ROZDZIAŁ 1 SLADE
Dziedziniec wypełniają pospiesznie krzątający się żołnierze.
Na przygotowania miałem niewiele czasu i wychodzę przed zamek nieco zdyszany. Zaraz podchodzi do mnie dwóch gwardzistów - zwracają się do mnie z pytaniami, a gdy odpowiadam, szybko odmaszerowują. Wtedy kieruję wzrok przed siebie.
Pomiędzy wejściem do zamku a fosą naliczam trzy tuziny drewnopiórów. W szemrzącej wodzie odbija się zwarzony księżyc, którego żółtawa barwa przywodzi na myśl odstałą śmietanę. Wszyscy żołnierze mają na sobie grubą zimową odzież i bojowe kaftany ze skóry. Ustawione parami drewnopióry są właśnie przybierane w metalowe napierśniki i skórzane zbroje. Bestie są niespokojne. Trąc szponami o bruk, gniewnie zerkają ku niebu. Żołnierze są świadomi ryzyka, ale to drewnopióry najlepiej odczytują energię chwili. Każdy wyczuwa wszechobecne nerwy i napięcie. Każdy jest głodny krwi.
Tak bywa zawsze, ilekroć wyruszamy na wojnę.
U moich stóp walają się odłamki czarnego jak węgiel kamienia. To pamiątka po niedawnej wizycie królowej Kaili. Stojący nieopodal obelisk jest strzaskany, zniszczony. Wygląda, jakby trzymał się ostatkiem sił - i podobnie jest z moją cierpliwością...
Chcę wyruszyć natychmiast. Szykowałem się w pośpiechu, w pośpiechu wydawałem wytyczne kanclerzom i Gniewnym, a teraz pora ruszać. Mam mętlik w głowie i aż skręca mnie w żołądku - wszystko przez wieści od Lu. Most Lemurii został odbudowany!
Odtworzono go, a droga do krainy Fae znów stoi otworem.
Jak oni, kurwa, zdołali to zrobić? I jakim cudem Siódme Królestwo w ogóle istnieje?
Lecąc nad nim siedem lat temu, widziałem tylko skute mrozem, szaro-białe pustkowie pełne rozpadlin. Żadnych ludzi. Żadnych zwierząt. Żadnych miast.
Nic poza ziejącą pustką.
Jedynym, co wciąż dało się tam wyczuć, było echo magii, którą strzaskano tę krainę w drobny mak - jak lustro. Pamiętam je do dziś. Wrażenie, że stało się tam coś złego, było jak swąd spalenizny, który unosi się w powietrzu nawet po wyrzuceniu przypalonego jedzenia.
Z krainy na krańcu świata nie zostało nic.
Absolutnie nic.
Mój ojciec, Wielki Kruszyciel, zburzył most setki lat temu, na długo przed moim przyjściem na świat. Dzięki potężnej magii stał się najważniejszym sojusznikiem korony, zyskał sławę i bogactwo. Teraz jednak ktoś naprawił zburzony most.
Nie wiem, czy mój ojciec miał z tym coś wspólnego. Nie wiem nawet, czy wciąż żyje. Nie dowiedziałem się, kto rozkazał uderzyć na Oreę ani w jakim dokładnie stanie jest most. Ale to wszystko bez znaczenia. Liczy się tylko ona.
Mam wreszcie jak dotrzeć do Auren. Nie zdołałem utworzyć portalu i nie wywiązałem się z obietnicy, że ją odnajdę. Jednak teraz, tutaj, w końcu jest nadzieja.
Moje gnijące serce boli coraz bardziej. Pulsuje w rytm emocji, nie tyle bijąc, ile wygrywając zachętę do wyruszenia.
Już. Już. Już.
Ruszaj na most. Do Annwynu. Po nią.
Zanurzam rękę w kieszeni i otaczam palcami skrawek wstęgi Auren.
Odszukam cię! W tym życiu! Obiecuję ci to. Ale teraz musisz iść! Błagam, maleńka!
Wspomnienie własnych słów nie daje mi spokoju. Wciąż wracają do mnie spojrzenie Auren i ton, którym wypowiedziała moje imię. Była całkowicie zdruzgotana.
Moje serce nabrzmiewa bólem, który zdaje się napierać z dwóch stron: z prawa i lewa, z góry i od dołu, od wewnątrz i z zewnątrz.
Nie mogę zwlekać ani chwili dłużej.
Puszczam skrawek wstęgi i przeszukuję wzrokiem pogrążony w ciemności dziedziniec. Światło pochodni sączy w mrok nocy pomarańczową łunę. Zaraz dostrzegam Ryatta, który wydaje instrukcje swoim doborowym żołnierzom. Oświetlony blaskiem płomienia wskazuje na parę drewnopiórów, a jego ludzie - najlepsi z najlepszych - mocują na zwierzętach uprzęże. Każda para drewnopiórów będzie nieść pomiędzy sobą sakwy transportowe ze skóry i grubych powrozów. To bojowe rozwiązanie pozwala przewozić w locie żołnierzy i broń.
W sakwach nie podróżuje się zbyt wygodnie, a obciążone uzbrojeniem bestie poruszają się znacznie wolniej. To jednak sprawdzone rozwiązanie, stosowane w oreańskich armiach od wieków.
Trzydziestu sześciu jeźdźców i trzydzieści sześć wierzchowców - osiemnaście par. Każda zdoła unieść sakwę z pięcioma doborowymi żołnierzami. Oznacza to, że do obrony Ranholdu możemy błyskawicznie zaangażować stu dwudziestu sześciu z naszych najlepszych ludzi.
Stu dwudziestu sześciu. Przeciwko tysiącom Fae.
Zamierzamy błyskawicznie przedostać się do Ranholdu - tam pomożemy armii Piątego Królestwa przygotować się do oblężenia, a ja zaatakuję Fae swoją magią. Jednocześnie nasze elitarne oddziały i wojska króla Tholda będą robić, co w ich mocy, by powstrzymać marsz faeńskiej armii.
Daj Orei szansę, zaklinał mnie brat. Więc właśnie to robię.
Zbliżam się do Ryatta, a ten, gdy tylko mnie zauważa, odprawia żołnierzy, z którymi rozmawiał.
- Długo jeszcze? - pytam, gdy zostajemy sami. Dobrze wiem, że w moim głosie pobrzmiewa zniecierpliwienie.
Ryatt ma na sobie skórzany mundur marszałka. Wyraz jego twarzy jest spokojny i pełen fachowego opanowania.
- Brakuje jeszcze sześciu doborowych, a płatnerz w ciągu godziny ma dostarczyć resztę sprzętu. Kuchnia kończy szykować prowiant, a król Thold szykuje...
- Za długo to wszystko trwa. - Z moich ust wyrywa się warknięcie.
Ryatt zerka na mnie z rozdrażnieniem.
- Działam najszybciej, jak mogę. Chcę, żebyś mógł ruszyć o świcie, ale przygotowania wymagają czasu.
- Nie mam go już - odpowiadam ostrzejszym tonem, niż zamierzałem.
Wiem, że Ryatt robi, co może. Naprawdę harował, by jak najszybciej wyprawić oddział do Ranholdu. Sęk w tym, że nawet to okazuje się niewystarczające.
Raz jeszcze omiatam dziedziniec zniecierpliwionym wzrokiem. Od razu widzę, jak wiele dzieli nas jeszcze od wyruszenia. Niektórych drewnopiórów wciąż nawet nie osiodłano.
Już. Już. Już.
Nie wytrzymam tego dłużej.
- Polecę przodem - rzucam akurat w chwili, gdy zbliżają się do nas Lu i Judd. Ryatt unosi brwi.
- Chcesz lecieć już teraz? - pyta Lu, przystając. Cienie pod jej oczami natychmiast zdradzają, jak bardzo jest wyczerpana.
- Muszę - odpowiadam. - Nie dam, kurwa, rady tkwić tu ani sekundy dłużej.
- Polecę z tobą - ofiarowuje się niezwłocznie Gniewna. Ja jednak kręcę głową. Lu jest zapewne zbyt uparta, by to przyznać, ale potrzebuje jeszcze kilku godzin odpoczynku, nim znów usiądzie w siodle. Nie minęło nawet pół dnia, odkąd zjawiła się tu, przynosząc wieści o faeńskim szturmie na Highbell.
- Nie - odpowiadam. - Prześpij się kilka godzin, a potem leć z pozostałymi.
- Ale...
- To rozkaz, Talulo.
Gniewna posyła mi chłodne spojrzenie.
- Tylko bez takich! - rzuca ostrym tonem. W jej oczach dostrzegam jednak cień ulgi.
Naprawdę, kurwa, musi się przespać.
Kiedy zauważa, że Judd szczerzy się w uśmiechu, wymierza mu przedramieniem kuksańca w brzuch. Ten nie potrafi powstrzymać głośnego stęknięcia.
- Ej! - jęczy. - To nie ja nazwałem cię po imieniu! Za co to?
- Za ten twój durny uśmiech.
- Wcale nie jest durny - protestuje Judd, rozmasowując brzuch.
Lu tymczasem przewraca oczami i zwraca się znów do mnie.
- Jedno z nas powinno lecieć z tobą - nalega.
- Tylko by mnie to spowolniło - odpowiadam. - Argo lata najszybciej ze wszystkich drewnopiórów. W pojedynkę dotrę do Ranholdu szybciej i nie będę musiał na nikogo czekać. Poza tym, skoro Ryatt zostaje, by dowodzić armią, ty i Judd będziecie musieli pokierować Doborowymi i wesprzeć króla Tholda. Jego ludzie nie są obyci z Piątym Królestwem, a wy znacie najszybsze trasy i umiecie radzić sobie z żywiołem. Digby też. Zresztą - dodaję, widząc, że Lu wciąż jest nieprzekonana - to tylko pół dnia.
- Co zrobisz, kiedy dolecisz do Ranholdu?
- Powiem nowemu królowi o zagrożeniu i dopilnuję, żeby zaczął zbierać wojska, a potem wystrzelę w Fae tyle magii, ile zdołam. Później ruszam na most.
Lu wciąż nie podoba się, że miałbym lecieć sam. Gryzie się jednak w język, a to najlepszy dowód na to, jak bardzo jest zmęczona.
- Widzimy się w Ranholdzie - mówię do niej. - A teraz idź się przespać.
- Zgoda - ustępuje Lu, po czym zwraca się do Ryatta: - Dopilnuj, żeby ktoś mnie zbudził, kiedy będziecie kończyć przygotowania.
Judd otwiera usta, jednak Lu, nawet na niego nie patrząc, zaraz wskazuje jego twarz palcem.
- Nie on! - mówi do Ryatta.
Judd znów się szczerzy, a mój brat kręci głową z ironicznym uśmiechem.
- Spokojnie, poślę kogoś po ciebie - odpowiada.
Lu kiwa głową, po czym patrzy znów na mnie.
- Uważaj na siebie - mówi z powagą w oczach.
- Będę - zapewniam.
Lu się oddala. Nim znika wewnątrz zamku, przystaje jeszcze na moment, by pomówić z Digbym.
- Zawiadom ludzi Tholda. Niech dadzą mu znać, że polecę przodem - mówię do Judda.
- Tak jest - odpowiada Gniewny, salutując. - Widzimy się w tej pieprzonej lodówce. A następnym razem jedźmy na wojnę w jakieś cieplejsze miejsce, dobra?
- Jasne - odpowiadam oschle.
Odprowadzając Judda wzrokiem, krzywię się nagle z bólu. Poczuwszy silne ukłucie w klatce piersiowej, przyciskam palce do serca.
- Co się dzieje? - Ryatt natychmiast skupia na mnie uwagę.
- Nic - odpowiadam pospiesznie, cofając dłoń.
- Slade...
- Po prostu muszę już jechać.
Ryatt zaciska wargi, jednak zaraz kiwa głową.
- W porządku. Wyprawię ludzi najszybciej, jak zdołam. Wyruszą niedługo po tobie.
- Wiem, że wszystkiego dopilnujesz.
Brat towarzyszy mi, gdy ruszam w stronę Argo. Mojego wierzchowca łatwo wypatrzyć - jest większy od pozostałych, a do tego właśnie rozpostarł skrzydła z gniewnym grymasem na pysku. Pogrywa z resztą drewnopiórów, podkreślając swoją dominację i nie pozwalając żadnemu zbliżyć się do siebie na mniej niż dziesięć kroków.
To i tak jego bardziej powściągliwe oblicze. Odkąd omal nie stracił życia, wyraźnie złagodniał.
- Moja ty terytorialna bestio... - mruczę pod nosem, gładząc bok wierzchowca.
Ten bez skruchy mruga oczami, jednak zaraz odwraca łeb i się uspokaja. Gniewny grymas znika, a ciało Argo wyraźnie się rozluźnia.
Po chwili w podskokach zbliża się do niego mała Wynn. Towarzyszy jej starsza siostra, Shea. Obie zdążyły już przebrać się z pokutnych religijnych szat w kolorowe sukienki.
Wynn od razu zarzuca ręce na szyję drewnopióra. Ten pochyla łeb i popycha ją nim ku sobie, wtulając się w jej czarne loki. Tak chyba wygląda przytulanie w wykonaniu tych bestii.
Po chwili dziewczynka cofa się i spogląda na mnie.
- Czy on musi lecieć na wojnę? - pyta. Jej brązowe oczy szklą się od łez, a na dźwięk jej tonu natychmiast dopadają mnie wyrzuty sumienia.
- Dopilnuję, żeby nic mu się nie stało - odpowiadam.
Dziewczynka pociąga nosem. Starsza siostra kładzie dłoń na jej ramieniu, próbując dodać jej otuchy.
- Wynn chciała się tylko pożegnać - wyjaśnia. - Odkąd leczyła Argo na statku, bardzo się do niego przywiązała.
Zerkam na lgnącego do dziewczynki Argo i się uśmiecham.
- Jak widać, on do niej też.
Gdy słyszę, jak Wynn znów pociąga nosem, przykucam naprzeciwko niej i patrzę jej w oczy.
- Argo pozwala mi się dosiadać od dawna - mówię. - Kocha latać i jest bardzo szybki. Nic mu nie będzie.
- Ostatnim razem stała mu się krzywda - wytyka mi Wynn. Na jej buzi maluje się szczere oskarżenie.
- Wynnie... - Shea upomina siostrę, zaciskając palce na jej ramieniu, lecz ja od razu kręcę głową.
- Ma rację - przyznaję. - Kiedy ostatnio na nim leciałem, został ranny. - Tu spoglądam znów na Wynn. - Daję ci słowo, że jeśli zrobi się zbyt niebezpiecznie, odeślę go do domu. Umowa? - pytam, wyciągając rękę.
- Umowa - odpowiada dziewczynka, ściskając moją dłoń.
- W porządku - mówię. - Chciałem też jeszcze raz osobiście podziękować ci za uleczenie Rissy.
Wynn odwraca nieco głowę, jakby czuła się zawstydzona.
- Nie ma za co - odpowiada.
Prostuję się i zwracam do Shei:
- Otrzymałyście wszystko, czego wam trzeba?
- Nawet więcej. Dziękujemy, wasza królewska mość - odpowiada Shea, po czym zerka w stronę siostry. - Chodź, Wynnie, wracajmy już. Król jest teraz bardzo zajęty.
Dziewczynka raz jeszcze patrzy na mnie.
- Obiecuje pan, że nie stanie mu się znów krzywda?
- Obiecuję.
- To dobrze. - Wynn potwierdza swoje słowa skinieniem głowy. Potem ostatni raz obejmuje Argo i oddala się, trzymając siostrę za rękę.
Zerkam na Ryatta, a ten kiwa głową, natychmiast domyślając się, jaki mam plan.
- O nic się nie martw, Isalee i Warken pilnują, żeby o nie dbano. A Osrik kupił im dom w mieście. Naprawdę ładny, nad samą rzeką. Tylko nie mów mu, że ci o tym powiedziałem. Nie chce, żeby się wydało, że to od niego.
- Nie dziwi mnie to.
- Znasz go. Kiedy Os zrobi coś miłego, nigdy nie chce, żeby ludzie o tym wiedzieli.
- Gdyby usłyszał, że wypowiedziałeś jego imię i słowo "miły" w jednym zdaniu, zdzieliłby cię w brzuch.
- Zapewne - odpowiada Ryatt z przekornym uśmiechem.
Odwracam się i ponownie sprawdzam klamry popręgu. Potem wskakuję na siodło i z góry zerkam na brata. Choć dobrze się maskuje, dostrzegam na jego twarzy cień zdenerwowania. Nerwy udzielają się dziś wszystkim. Fae nie było w Orei od setek lat i nikt nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek będą jej zagrażać.
- Uważaj na Argo. I na siebie. - Ryatt ścisza głos, tak by nie słyszeli nas wszyscy wokół.
- Będę. A zanim ruszę na most, wykończę tylu Fae, ilu tylko zdołam.
- Wiem. Ogień trzeba zwalczać ogniem, a na tamtych... trzeba innego Fae. - Przez twarz Ryatta przebiega szyderczy uśmiech, jednak zaraz znów poważnieje. - Mając ciebie po swojej stronie, Orea naprawdę może zwyciężyć.
- Ma nie tylko mnie - odpowiadam. - To dzięki tobie będzie mieć szansę.
Ryatt ciężko przełyka ślinę. Znów dopada mnie poczucie winy, bo widzę, ile znaczą dla niego moje słowa. Powinien był usłyszeć ode mnie te rzeczy znacznie wcześniej. Byłem tak skupiony na roli starszego brata i jego obrońcy, że nie pozwoliłem Ryattowi samemu stać się obrońcą innych.
- Zawiadom nas, kiedy tylko dotrzesz do Ranholdu.
- Tak zrobię - odpowiadam natychmiast.
Jeśli trzeba będzie zmobilizować całą armię Czwartego Królestwa, Ryatt będzie na to gotowy. Wielu rzeczy nie zdążyliśmy sobie jeszcze powiedzieć, ale teraz nie ma na to czasu. Musi wystarczyć nam wymiana spojrzeń. Potem pozdrawiam brata skinieniem głowy.
- Prowadź, marszałku.
Ryatt kłania mi się w pas.
- W obronie królestwa oddam życie.
Tego się właśnie obawiam...
- Odszukasz Auren i naszą matkę - dodaje Ryatt bez cienia wątpliwości w głosie. Wie, że nie zadowolę się niczym innym. - Bądź ostrożny - prosi szeptem.
- Ty też, bracie.
Gdy ściskam w dłoniach wodze, ból i emocje rozsadzają mi pierś.
Chęć dotarcia do Auren jest jednak silniejsza.
Już! Już! Już!
Ostatni raz pozdrawiam brata ruchem głowy. Potem spinam Argo piętami, a ten wzbija się w nocne niebo. Gdy odlatujemy, pozostałe drewnopióry zanoszą się krzykiem. Zazdroszczą nam, że jesteśmy już w ruchu.
Tymczasem mój puls wystrzeliwuje. Bo w końcu wyruszyłem.
W końcu jestem w drodze po nią!
I choć w mojej piersi pulsuje ból, a moje żyły nabrzmiewają od trucizny, niemal nie zwracam na to uwagi. Bo nic - nawet to pieprzone gnijące serce - nie powstrzyma mnie przed odnalezieniem Auren.
ROZDZIAŁ 2 SLADE
Argo pnie się w górę, nabierając wysokości. Mrok nocy spowija nas jak całun. W dole widzę sylwetkę brata, który unosi rękę w ledwie widocznym geście pożegnania.
Zwracam wzrok znów naprzód. Przelatujemy nad fosą i zostawiamy za sobą zamek, kierując się nad miasto. Stolica skrzy się światłem ulicznych latarni i lamp umieszczonych na łodziach kołyszących się na rzekach. Każdy z migoczących płomyków przypomina mi, jak wielu ludzi mieszka w samym Brackhill. Odpowiadam za nich.
"Niech upada", powiedziałem o Orei do brata. Mówiłem szczerze, ale było to, zanim pojawiło się zagrożenie z zewnątrz. Pamiętam oskarżycielski błysk w oczach Ryatta. Choć głęboko skryty, był aż nadto wyraźny. Oreę zaatakowała przecież moja rasa. Fae to mój lud, i choć Ryatt nie zarzucił mi niczego na głos, czułem się, jakby każde z tych słów i tak zawisło między nami. W jakimś stopniu to na mnie spoczywa obowiązek obrony Orei przed moimi współbraćmi.
Daj Orei szansę.
Ruszaj na most.
Dwie pieczenie na jednym ogniu - mogę zahaczyć o Ranhold, a potem ruszyć dalej, do Siódmego Królestwa. Postój zajmie kilka godzin, nie więcej niż pół dnia. Wyrzucę z siebie tyle mocy, by odstraszyć Fae, a potem polecę na most.
Syczę przez zęby, czując w piersi kolejne ukłucie. Ból wnika w moje żyły i rozchodzi się po gnilnych liniach na rękach. Zaciskam i rozprostowuję palce prawej dłoni, chcąc strząsnąć z siebie to bolesne doznanie.
Na próżno.
Dorastałem, znosząc ból, i zyskałem na niego sporą odporność. Mój ojciec nie zadowoliłby się niczym innym. Skoro wytrzymałem wtedy, teraz, dla Auren, też to wytrzymam.
Ból, jakby rzucał mi wyzwanie, znów narasta. Ja jednak tylko mocniej zaciskam zęby.
Przetrzymaj to, kurwa.
Poprawiam chwyt na wodzach i rozpędzam Argo. Miasto i Zamek Brackhill wkrótce zostają daleko w tyle. Mój wierzchowiec najwyraźniej wyczuwa, jak bardzo zależy mi na czasie, bo pędzi, jakby ścigał się z nocą.
I wygrywa ten wyścig.
Połykamy milę za milą i wiem, że w tym tempie dotrzemy do Ranholdu w rekordowym czasie. Choć tyle, kurwa!
Lecimy przez noc ponad Czwartym Królestwem. Wytężam wzrok, cały czas zaciskając zęby. Mogę tylko odliczać sekundy pomiędzy kolejnymi ukłuciami bólu. Ich rytm zgrywa się z kolejnymi impulsami, które każą mi pędzić naprzód coraz szybciej.
Już! Już! Już!
Choćbym próbował w nieskończoność, nie dam rady utworzyć portalu. Ale mogę dostać się na ten pieprzony most.
Muszę to zrobić.
Tuż przed brzaskiem Argo dostrzega klucz lecących ptaków. Skupiając na nich uwagę, wynurza się zza zasłony chmur, lecz one nie zauważają go aż do chwili, gdy pikuje i chwyta dwa z nich pyskiem. Jego ofiary zanoszą się przeraźliwym wrzaskiem, który zaraz urywa się pod trzaskiem łamanych kości i szelestem opadających piór.
- Argo... - Spinam kolana, bo drewnopiór nurkuje, żeby dopaść trzeciego ptaka. Przeszywający ból wstrząsa mną tak gwałtownie, że chwieję się w siodle. Nie potrafię wydobyć z siebie słowa i nagle tracę ostrość widzenia.
Ból uderza z taką samą siłą, z jaką dziób Argo miażdży kości ofiar. Tyle że miażdży moje serce. Przeszywa je na wylot i wykrwawia.
Potężne szarpnięcie rzuca mną do przodu. Czuję się, jakby przepołowiono mnie na środku morza, a w głąb mojego ciała wdarł się wir zatrutej wody. Gdy kieruję wzrok ku miejscu, z którego promieniuje ból, moje oczy robią się wielkie ze zdumienia.
Gnijące serce puchnie, rozsadzając mój skórzany kaftan, a ja, miotany potwornym bólem, uświadamiam sobie, co się dzieje.
Jeszcze chwila i pęknie.
Nie!
Moje serce ma poddać się właśnie teraz? Kiedy w końcu mogę dotrzeć do Auren?! Kiedy wreszcie wyruszyłem?!
Nie, nie umrę. Nie ma, kurwa, mowy.
Moje ciało ma jednak inne plany. Gnijące serce tłoczy w nie truciznę, która jest jak wrzący, kwaśny deszcz. Toksyczna ciecz wypłukuje ze mnie krew i parzy moje żyły.
Zerkam na nabiegłe gniciem dłonie i nadgarstki. Każdy widoczny skrawek mojej skóry pokrywają czarne linie, spod których niemal nie widać już ciała. Mój chwyt słabnie, a wodze wypadają mi z rąk. Opadam ciężko na grzbiet Argo. Nie daję rady dźwignąć się z powrotem.
Nie jestem w stanie zrobić nic.
Bardziej czuję, niż widzę, jak drewnopiór odwraca łeb, próbując mi się przyjrzeć. A gdy zauważa, że zaczynam zsuwać się z siodła, zanosi się ogłuszającym krzykiem.
Do stu kurew!
Przeszywa mnie panika. Wymachując rękoma i nogami, zaczynam spadać.
Pasy przy siodle zatrzymują mnie zaraz gwałtownym szarpnięciem, ale czuć, że są niebezpiecznie napięte. Siodło pod ciężarem mojego ciała coraz mocniej przekrzywia się na grzbiecie Argo, aż w końcu całkiem zsuwa się na bok. Skórzany popręg to jedyne, co powstrzymuje mnie w tej chwili od runięcia w dół.
Ból jest wciąż niewyobrażalny.
Argo, znów głośno krzycząc, próbuje ruchem ciała przywrócić mi właściwą pozycję. Ja jednak nie daję rady nawet drgnąć. Sparaliżowany spazmami bólu, czuję, jak trucizna wnika w moją szyję, twarz i oczy...
Widząc tylko czerń, wyczuwam, że drewnopiór nurkuje. Pędzimy coraz szybciej w dół, a mnie żołądek podchodzi do gardła. Opasująca Argo skórzana uprząż skręca się, sprawiając, że osuwam się do tyłu i wypadam z siodła. Z wierzchowcem łączy mnie teraz już tylko krótki trok przy pasie. Jeśli skóra nie wytrzyma albo puści klamra...
Ból razi mnie jak błyskawice rozchodzące się po całym ciele.
Kurwa! Kurwa! Kurwa...
Nim zdążymy wylądować, mogę już nie żyć.
Argo z krzykiem pędzi w dół. Pęd powietrza smaga mnie i miota moim ciałem to w lewo, to w prawo. Ciągnięty za wierzchowcem, przypominam flagę targaną przez huragan.
Aż nagle naprężony skórzany trok pęka. Powietrze porywa mnie jak liść i zamiast celowo pędzić ku ziemi, zaczynam spadać.
Ze wzrokiem utkwionym w ciemność opadam coraz niżej i niżej.
Przez moment zastanawiam się, czy to samo czuła Auren, spadając w otchłań szczeliny. I czy ponoszę właśnie karę za to, że posłałem ją tam samą. Panicznie łapiąc powietrze, wymachuję nogami i rękoma. Dławi mnie przerażenie.
Spadam.
Umieram.
Obrzmiałe serce za chwilę rozsadzi mi pierś. Wezbrane gnicie tylko czeka, by się ze mnie wyrwać. A ciało - by roztrzaskać się o ziemię.
Spinam się przed nieuchronnym uderzeniem, jednak w ostatniej chwili Argo nurkuje, chwytając mnie szponami za rękę i nogę. Krzywię się z bólu, czując ich potężny uścisk, jednak po ledwie kilku sekundach drewnopiór upuszcza mnie na ziemię. Ślizgam się po mokrej trawie i przetaczam po miękkim gruncie, by po chwili wreszcie się zatrzymać.
Ląduję połową ciała w grzęzawisku. Cały mój prawy bok jest przemoczony błotnistą wodą. Ból próbuje pozbawić mnie sił i uczynić swoim zakładnikiem, ja jednak go przetrzymuję. Przypominam sobie, co musiałem znieść z rąk ojca.
Rusz się.
Rusz, rusz, rusz...
Z brzmiącym jak ryk krzykiem walczę o kontrolę nad własnym ciałem. I choć, dławiąc się błotem, z trudem oddycham, jakimś sposobem udaje mi się odzyskać nad nim panowanie. Sięgam ręką do przodu, chwytam za źdźbła trawy i ze wszystkich sił próbuję wydobyć się z grzęzawiska.
Ból jest wciąż nieznośny i nadal mam mroczki przed oczami, jednak jakoś udaje mi się podciągnąć kolana na tyle wysoko, by kawałek po kawałku wyczołgać się z błota. Zlany potem przetaczam się i opadam ciężko na plecy. Drżę na całym ciele, czując jednocześnie cholerne mdłości.
Sięgam rękoma do piersi i rozsuwam ubranie, odsłaniając serce. Wygląda, jakby lada moment miało eksplodować - przypomina nabrzmiały ropą pęcherz, z tą różnicą, że ma brunatną barwę i wyrzuca z siebie czarne gnilne smugi.
Nie wygląda to, kurwa, dobrze.
Widzę wszystkie żyły tłoczące truciznę w głąb mojego ciała. Gnilne linie nie pokrywają już tylko górnej części klatki piersiowej - spowijają mnie całego. Sięgają od brzucha po dłonie i nawet znaczą czernią paznokcie. Jest ich na moim ciele tyle, że wyglądam jak nie z tego świata.
Argo trąca moje ramię, wydając z siebie pełne niepokoju, gardłowe odgłosy. Nachyla się nade mną, próbując zmobilizować mnie do wstania, a ja sięgam ku górze i obejmuję rękami jego szyję. Jednak nim mam szansę spróbować się dźwignąć, moim ciałem wstrząsają konwulsje. Z zapartym tchem osuwam się gwałtownie do tyłu. Ból sięga zenitu.
Wiem, że to już.
Umieram.
Nie przebiega mi jednak przed oczami całe życie. Widzę tylko ją.
Auren jest nagle wszędzie wokół, a wspomnienia o niej całkowicie mnie pochłaniają.
To wciąż nie dość, ale prawie. Widzę je. Czuję. Słyszę.
Wszystkie te drobne chwile.
Momenty, gdy przyglądałem jej się, nawet sobie tego nie uświadamiając. Gdy wpatrywałem się w profil jej twarzy, kiedy jadła. Kiedy śmiała się z czegoś, co powiedział Judd. Wraca do mnie dźwięk jej głosu w chwilach, gdy dzieliła się ze mną prawdą. Zapach jej włosów, gdy leżała z głową opartą na mojej piersi.
Wraca też to, co najbardziej niezwykłe. Chwile, gdy była wspaniała, jak nie z tego świata. Gdy wszyscy przy niej wydawali się mali i nijacy. Jej żądza zemsty i siła. Jej dobro i światło, które w sobie nosi.
Od zawsze było mi pisane ją odnaleźć. I ujrzeć.
To nie może być koniec.
Nie może nas nie czekać nic więcej.
Z moich ust dobywa się chrapliwy szept, który zdaje się trzeć o żebra.
- Auren - dyszę z trudem. Jakby mogła mnie usłyszeć. Jakbym miał jeszcze szansę powiedzieć jej wszystko to, co powinna ode mnie usłyszeć.
Czuję wilgoć w kącikach oczu. Ciężką od goryczy mojej klęski. Od świadomości, że nie zobaczę, jak robi tak wiele rzeczy. Że ominie mnie tyle wielkich i małych chwil.
Pragnąłem ich wszystkich. Chciałem ją widzieć, doświadczać jej i mieć ją dla siebie na zawsze.
Teraz wszystko stracone.
Dławi mnie rozpacz, a gnicie zaczyna broczyć na ziemię wokół mnie.
Argo wydaje z siebie jęk, a moje serce wali jak oszalałe.
Wpatruję się w plątaninę gałęzi drzew o poskręcanych korzeniach. Zwisają tuż nad grzęzawiskiem, a ja przyglądam im się, czując, jak serce pompuje we mnie truciznę. Truciznę, która mnie zabija.
Gdy dociera do płuc i zatruwa oddech, zaczynam się krztusić. Moje serce jest tak obrzmiałe, że ciąży mi w piersi jak kamień. Przypomina przyczajone zwierzę gotowe do ataku.
Ale ja, kurwa, jeszcze się nie poddaję.
Zawsze będę o nią walczyć. Póki tylko mogę.
Całe moje ciało drży. Kończyny drętwieją, a ból staje się wszechogarniający. Mimo to zmuszam się do ruchu, bo nie zamierzam się poddać. Nie dam za wygraną!
Jeśli to mój koniec, będę walczyć dla niej do ostatniego tchu.
Póki oddycham i mam w piersi bijące serce, będę dawać z siebie wszystko.
Gardłowy krzyk, który wyrywa się z moich ust, płoszy ptaki siedzące w koronach drzew. Z rozpaczliwym wysiłkiem odwracam się i podciągam pod siebie kolana. Potem wyrzucam ręce w górę i chwytam za pas na karku Argo. Każdy ruch to walka na śmierć i życie.
Nie poddawaj się. Nie dawaj za wygraną.
Walcz dla niej.
Podciągam się w górę, czując, jak kręci mi się w głowie, a wzrok i nogi odmawiają posłuszeństwa. Chwytam jednak w garść skórzany trok i dźwigam się do pozycji stojącej.
- Auren. Muszę... do niej dotrzeć - dyszę przez zaciśnięte zęby.
Argo odwraca głowę i z cichym skomleniem przygląda mi się, mrugając. W moim głosie tymczasem coraz wyraźniej słychać upór i determinację.
- Odszukam ją... Dostanę się tam...
Ból w klatce piersiowej osiąga toksyczne apogeum. Gdy biorę krótki wdech, świst w płucach zdaje się ostrzegać mnie, że może być ostatni.
Chcę znowu zaczerpnąć powietrza. Próbuję. Ale nie daję rady.
Dopada mnie panika. Mając mroczki przed oczami, czuję, jak moje źrenice rozszerzają się, a spojrzenie dziczeje. Ból w piersi zaraz rozsadzi moje serce i wiem, że moja walka nie ma już znaczenia.
Bo to już.
Lecz nagle wszystko się zmienia.
Czuję uderzenie - ale nie bólu ani śmierci. To ona.
W mgnieniu oka wszystko jest inaczej. Śmierć przystaje.
Nabieram powietrza, czując w tym wdechu jej obecność.
Zupełnie jakby stała tuż obok.
Choć nie, to coś więcej. Jak gdyby nagle...
Powietrze wypełnia jej zapach. Czuję na języku jej smak, a jej ciepło spowija mnie jak potężny płomień. Wypala truciznę z moich kończyn i uwalnia ciało od gnilnych smug.
Jej ogień, jej słońce - rozbłyskują i wnikają w każdy zakamarek. Ich żar usuwa każdą drobinę zatrutej krwi. Gdy spowija moje nabrzmiałe serce, czuję na sobie dotyk esencji Auren.
Czuję, jak oplata mnie jej światło.
I nagle gdzieś głęboko we mnie... dochodzi do zderzenia.
SLADE
Nagłe westchnienie.
Czuję ją.
Jej ciepło.
Spowija mnie całego.
Uginają się pode mną kolana.
Moje gnijące serce nagle rośnie.
I pęka.
Coś się zmienia.
Moje dwie postaci... są uleczone.
Coś innego się wyzwala.
Wtem łuski wyłaniają się z tego,
co miałem za konające serce.
W uszach słyszę ryk. Dusze splatają się.
Moja aura pulsuje. Odmieniona.
Czuję ją.
AUREN
Nagłe westchnienie.
Oddycham.
Powietrzem Annwynu.
Powietrzem Orei.
Odchylam się.
Bestia i gnilne ziarno rosną.
Łączą się.
Moje plecy płoną. Gnicie wnika głębiej.
Nie niesie śmierci, a odrodzenie.
Życie wyrywa się na wolność.
Dwie dusze sięgają ku sobie. Splatają się.
Słyszę echo rytmu dwóch serc.
Złączonych więzią jednej pieśni.
Moja Aura potężnieje. Odmieniona.
Czuję go.
ROZDZIAŁ 3 SLADE
Wiem, co to. Choć nie umiałbym wyjaśnić skąd.
Jednak intuicyjne, wrodzone zrozumienie tego, co się dzieje, natychmiast przenika moją nadszarpniętą świadomość.
Dysząc, na kolanach, czuję, jak przez moje drżące ciało przetacza się pradawna magia. Magia zrodzona wraz z zaistnieniem Annwynu - rzadka, pożądana i otoczona czcią.
Więź Päyur.
Ledwie uświadamiam sobie, z czym mam do czynienia, a moje ciało... rozbłyska. Czarne smugi spływają ze mnie jak obłok dymu. Otaczają mnie złote promienie, które przebijają się przez gęstwinę ciemnych smug i spowijają mnie falującą poświatą.
Wpatruję się w dłonie i ramiona. Czerń i złoto spływają ze mnie jak para znad gorącego źródła. To splatają się nasze aury - moja i jej.
Magia Päyur faluje i drga. Czuję, jak wzmacnia mnie od środka. Jakby ktoś wsypywał ją we mnie i dźwigał na fundamentach złożonych z esencji Auren.
Nasze dusze są splecione. Nasze istnienia - na zawsze związane. Jej i moja magia stają się jednym.
To znaczy, że byliśmy sobie pisani z woli bogiń. Że otrzymaliśmy najcenniejszy dar, jaki mogą otrzymać Fae.
Auren jest moja.
Euforia przepełnia mnie na równi z magią. Oszołomiony, potrafię tylko dalej klęczeć na podmokłej ziemi. Ciepło Auren rozchodzi się po moim ciele. Jej magia pulsuje we mnie. Gnicie spływa w mokry grunt, a czarne smugi niosą ze sobą lśniące, złote pasma. Moc, która rozlewa się po ziemi, wezbrała także we mnie. Przenika najgłębsze zakamarki mojego ciała, po czym płynie ku piersi.
Czuję ogień płonący w Auren. Jej światło.
Zerkam w dół, na rozdartą koszulę i obrzmiałe serce. Czując narastające gorąco, zgrzytam zębami. Twarz spływa mi potem. Żar staje się niemal nie do zniesienia, ale jest w nim coś, co sprawia, że poddaję mu się jak działaniu leku. Jest jak żelazo wypalające ranę, oczyszczające mnie ze wszystkiego, co złe.
Skóra na opuchliźnie zaczyna swędzieć tak mocno, że aż się wzdragam i nie potrafię zapanować nad odruchem drapania. Sięgam drżącą ręką w dół, ale gdy tylko przesuwam palcami po świerzbiącym miejscu, moja skóra skwierczy. Zbrunatniały, chory naskórek łuszczy się i odchodzi płatami przypominającymi zwęglony pergamin. Swędzenie jednak nie słabnie. Ani trochę.
Poruszam palcami mocniej, sięgając kolejnych warstw martwej skóry. Dokopuję się do następnych skrawków i odrzucam je jak spleśniałe kęsy chleba. Drapię coraz szybciej, coraz bardziej gorączkowo, chcąc jak najszybciej pozbyć się nieznośnego odczucia. Płaty naskórka odpadają jeden za drugim, a każda kolejna warstwa jest jaśniejsza od poprzedniej. Wciąż jednak czuję w piersi nieznośny żar.
Gdy pozbywam się ostatniego skrawka chorej skóry, swędzenie wreszcie ustaje. Opuchlizna znika, a ja przyglądam się swojej piersi, mrugając i ciężko oddychając. Nie ma już śladu po martwej skórze i gniciu trawiącym serce. Widzę jednak teraz, że zbrunatniała opuchlizna skrywała pod sobą coś jeszcze.
Na moim sercu pojawiła się łuska.
Złota łuska.
Biorę ostry wdech, po czym sięgam ku niej palcami. Jednak gdy tylko jej dotykam, coś mnie rozsadza.
To nie moje serce eksploduje. Cały ja dosłownie wybucham.
Kolce i łuski wystrzeliwują ze mnie tak gwałtownie, że zostaję odrzucony do tyłu. W mgnieniu oka pojawiają się na moich przedramionach, plecach i ponad brwiami. Krzyczę, gdy przebijają moją skórę, a z przekłuć zaczynają sączyć się strużki krwi. W chwili, gdy wyłaniają się moje faeńskie kły, niezliczone smugi czerni zaczynają znów wić się po moim ciele. Na kościach policzkowych, ponad którymi pojawiają się łuski, czuję bolesną szorstkość, a w wydłużających się małżowinach uszu - szczypanie.
Przypominam sobie dzień, w którym po raz pierwszy rozerwałem się na dwoje. Ojciec zmuszał mnie do walki na czystą magię, aż nagle... powstała wyrwa w świecie. Pamiętam chwilę, gdy sama moc jakimś sposobem mnie przepołowiła.
Teraz jednak... czuję się, jakby swą siłą znowu scalała obie moje postaci w jedno.
Doświadczając euforii, jednocześnie cierpię. Jakby ktoś nakłuwał mnie igłami aż po samą duszę, przewlekając nić przez całe moje jestestwo i na nowo zszywając mnie w całość.
Dwa oblicza stają się jednością.
Kiedy jednak zostaje ukończony ostatni ścieg... nagle pojawia się coś jeszcze.
Argo wydaje okrzyk i cofa się nerwowo, widząc, jak z mojego ciała uwalniają się cienie.
Nie jest to moja aura, lecz coś zupełnie innego. Obłok czarny jak noc, choć o wyraźnym, złotym, świetlistym konturze, który wydobywa się ze mnie jak bezwonny dym.
Próbuję się poruszyć, ale nurt magii mnie unieruchamia. Dym wzbiera i gęstnieje, sącząc się ze mnie, a jednocześnie pozbawiając mnie tchu. Na mojej piersi tworzy się ciąg łusek - jak strup po ranie zadanej potężnymi szponami.
Unoszę głowę i przypatruję się gęstniejącym cieniom, czując, jak pot znów występuje mi na twarz. Czarny obłok spływa ku ziemi, a Argo wycofuje się jeszcze bardziej.
Dźwigam się do siadu i wytężam wzrok.
Dym zaczyna przybierać kształt, a ja wciągam nerwowo powietrze i przyglądam mu się zszokowany. Gęsty, falujący obłok dorównuje wysokością mojemu wzrostowi. Gdy uświadamiam sobie, jaką formę przybiera, rozdziawiam usta ze zdumienia.
- Co, do stu kurew...? - dukam, robiąc wielkie oczy.
Z czarnej otchłani patrzy na mnie oblicze istoty. Istoty potężnej i zabójczej, niewidzianej w Annwynie od setek lat.
To smok.
Pieprzony smok.
Na jego ciele widać takie same zagięte kolce jak u mnie. Po cztery na każdej z kończyn i sześć na plecach. Do tego rządek drobnych kolców ponad każdym z oczu. Zupełnie jak u mnie. Choć smok powstał z dymnego obłoku, jego złowieszcze kły wydają się dość materialne, by naprawdę zranić. Oczy - dość bystre, by wytropić ofiarę.
Stwór ma nad srebrzystymi policzkami ciąg złotych łusek. Kolejne - niczym złocona zbroja - okrywają jego pierś. Każda jest szerokości mojej dłoni i lśni jaśniej niż łuna okalająca moje cienie. Smok mieni się w ciemności i wygląda jak postać rodem z sennego koszmaru. Jak coś, co nie ma prawa istnieć naprawdę.
A jednak - istnieje.
Zwraca się ku mnie, mrugając opalizującymi oczami, a jego spojrzenie mrozi mi krew w żyłach. Gdy otwiera pysk, obnażając czarne jak smoła kły, czuję, jak jeżą mi się włosy na karku. Zaraz jednak dym rzednie, a smok znika równie szybko, jak się pojawił. Jakby ktoś ot tak go zdmuchnął.
W mgnieniu oka jego postać i magia nikną.
A wraz z nimi niknę ja.
Ostatnie, co widzę, to Argo wzbijający się w niebo i spłoszone ptaki ulatujące z koron drzew. Osuwam się na ziemię, a moje powieki opadają. Pochłania mnie ciemność.
Spowity nią wciąż czuję jednak, że ogień Auren płonie.
ROZDZIAŁ 4 AUREN TURLEY
Coś wije się wewnątrz mojego umysłu. Wgryza się w niego i go przewierca.
Chcę się tego pozbyć. Natychmiast to z siebie wyrwać.
Zlana potem, czuję, jak moje ciało ciężko się osuwa, a ktoś podtrzymuje je rękoma. W uszach słyszę brzęczenie... które zdaje się dobiegać z daleka.
Mam wrażenie, że sama jestem daleko od rzeczywistości.
Co się dzieje?
Nie wiem. Brak mi jasnej myśli czy wyraźnego wspomnienia, którego mogłabym się uchwycić. Jestem jak drobina pyłu niesiona wiatrem.
- Auren!
Zdezorientowana mrugam i rozglądam się błędnym spojrzeniem. Nie mam siły trzymać się prosto. Jakiś mężczyzna krzyczy, patrząc w moją stronę. Ma ciemną karnację, czarne włosy i brązowe oczy. Jest ranny w rękę, sprawia wrażenie rozgorączkowanego i przerażonego.
Coś jest nie tak... Co?
Choć sama nie wiem dlaczego, ogarnia mnie panika.
Głowę rozsadza mi pulsowanie, a ostre ukłucia sprawiają, że bolą mnie oczy.
- Zostaw ją! - krzyczy mężczyzna, próbując rzucić się naprzód.
Zaraz jednak parska powietrzem, które zdaje się lśnić...
Uderzenie rękojeścią miecza w skroń pozbawia go przytomności.
- Wick! - rozlega się krzyk.
Mój wzrok podąża za głosem kobiety, która dopada do leżącego mężczyzny i gorączkowo przesuwa palcami po jego ręku.
Wokół rany na ciele nieprzytomnego coś połyskuje.
Dziwne, zdawało mi się, że widzę błysk złota... Krew mężczyzny jest jednak czerwona.
Wrażenie, że coś drąży mój umysł, przyprawia mnie o drżenie całego ciała.
Kobieta zostaje oderwana od rannego mężczyzny. Ktoś ubrany w zbroję rzuca ją na kolana.
Czy to żołnierz?
Coś tu bardzo, bardzo nie gra...
Zbrojny chwyta ją za włosy o pomarańczowych końcówkach. Szarpie jej głową do tyłu i odsłania gardło. Próbuję wstać, ale przytrzymujące mnie ręce szarpią mnie za ramię.
Krzyczę, a ból pozbawia mnie sił.
Dlaczego jestem tak potwornie obolała?
- Vulmińskie ścierwo - rzuca ktoś z pogardą.
Mrugam, próbując dojrzeć cokolwiek przez łzy. Nad klęczącą kobietą stoi mężczyzna w koronie. Mój żołądek się skręca, jakby miał związać się w supeł.
- Jesteście zdrajcami własnej rasy - cedzi ten w koronie do drżącej kobiety. - Nie zasługujecie na to, by nazywać się Fae.
Mężczyzna daje komuś znak skinieniem głowy. Tamten rusza ku klęczącej i na moment zasłania mi widok. Wszystko dzieje się w mgnieniu oka.
Nagle rozlega się krzyk kobiety.
Żołnierz trzyma w dłoni ociekający krwią sztylet. Kobieta szlocha z rękoma skrępowanymi za plecami. Górna część małżowiny jej ucha... została odcięta. Na zakrwawionym płatku wciąż kołysze się łańcuszek.
- Emonie! - krzyczy stojący z tyłu mężczyzna o biało-niebieskich włosach. Odpycha uzbrojonego strażnika i próbuje przedostać się do rannej kobiety.
Jego szarża trwa ledwie sekundę. Już w następnej w jego piersi tkwi ostrze miecza. Mężczyzna patrzy na nie, jakby sam był zdumiony tym widokiem. Potem spojrzenie jego błękitnozielonych oczu kieruje się na mnie.
Tuż po tym pada i już się nie podnosi. Z jego ciała broczy krew, jej strugi wsiąkają w ziemię wokół.
Rozlegają się kolejne krzyki.
To musi być sen.
Koszmar?
Jak zarażona przerażeniem unoszę wzrok ponad zabitego mężczyznę. Tuż za nim widać kolejne ciała. Nieruchome i skąpane we krwi.
"Martwe" - to słowo powoli do mnie dociera.
Są martwe.
Właśnie tak. Martwe.
Mój skręcony żołądek nabrzmiewa. Węzły w moim ciele pęcznieją od żółci.
Całą trójkę gdzieś odciągają - nieprzytomnego mężczyznę, szlochającą kobietę i tego zabitego o niebieskich oczach.
Dokąd ich zabierają?
Mimo bólu usiłuję się poruszyć. Może uda mi się ocknąć.
Muszę się przebudzić.
Ktoś jednak zaraz ściska rękoma moje uszy i wbija mi w skórę ostre paznokcie. Dotyk wnika jednak głębiej. Czuję go pod czaszką.
To przez otwory.
Wyryte przez intruza wyrwy wzmagające pulsowanie w moich skroniach.
Co się ze mną dzieje?
Kręcę głową, próbując otrząsnąć się z tego wszystkiego. Nie umiem jednak uchwycić się czegokolwiek. W głowie mam... postrzępioną mgłę.
Muszę to powstrzymać.
Szarpię ciałem tak mocno, że udaje mi się strząsnąć chwyt z uszu i wyrwać temu, kto krępował mi ręce.
Rozlega się warknięcie, a ja dopiero po chwili uświadamiam sobie, że wydobyło się z moich własnych ust. Na dłoniach czuję lepką ciecz. Gdy zerkam w dół, orientuję się, że z moich rąk płynie ciekłe złoto. Lśniące smugi niosą ze sobą cienkie, wijące się pasma czerni, od których nie potrafię oderwać wzroku.
Nie wiem, czy to mój umysł jest tak ospały, czy to on porusza się tak szybko. Mężczyzna w koronie pojawia się nagle przede mną i przyciska mi ostrze do gardła.
Miga mi w głowie widok innego człowieka w koronie... i innego ostrza.
Wspomnienie bólu i obezwładnienia.
Jestem zdezorientowana.
Ktoś za mną stoi. Dotyka mojego karku. Słyszę też, jak wydaje jakiś odgłos - czyżby zdziwienia? Próbuję odwrócić głowę, jednak zaraz znów czuję na sobie chwyt czyichś rąk. Moją uwagę zaprząta tymczasem mężczyzna w koronie, którego mam przed sobą.
- Powinienem cię zabić, turleyowskie ścierwo. Raz na zawsze miałbym was z głowy - cedzi przez zęby z nienawistnym spojrzeniem.
Znów czuję wiercenie w głowie.
Czy powinnam się bać, mając przy skórze ostrze? Czy gdy spływają po niej ciepłe krople, w moim umyśle powinien rozlec się sygnał alarmowy?
Nie wiem, co myśleć. Ani co czuć. Umysł powinien dać mi punkt oparcia, a tymczasem w głowie mam... sito.
Przeszłość i teraźniejszość przeciekają przez nie, kompletnie mnie dezorientując.
Czy to tu? Wtedy? Teraz? Nigdy?
Dlaczego nie mogę się przebudzić?
Zza moich pleców wyłania się mężczyzna z przepaską na prawym oku. Wokół jego szyi owinięta jest krwistoczerwona chusta. A przecież to moja szyja krwawi...
- Spójrz tylko, wasza królewska mość - mówi gładkim tonem, stając obok mnie. - Złota Turley. Każdy, kto ją zobaczy, od razu pojmie, kim jest. To z niej rebelianci uczynili swój symbol.
- Więc poderżnę jej gardło tu i teraz!
Jednooki mężczyzna kręci głową, a ja tymczasem znów czuję napór ostrza. Żelazo razi moją skórę jak żądło osy, a po szyi spływają kolejne krople krwi. Gdy czuję, jak wsiąkają w kołnierzyk, gardło ścina mi mróz.
- Pomyśl tylko, wasza wysokość, jaką siłę zyskałbyś dzięki niej - ciągnie jednooki. - Posługując się nią, możesz pogrążyć rebelię. Wystarczy, że zamiast męczenniczki dasz buntownikom pośmiewisko.
Złowieszczy nacisk na mojej szyi słabnie. I nieruchomieje.
Kieruję ociężałe spojrzenie w górę, ku mężczyźnie ze sztyletem. Ten patrzy na mnie wzrokiem, który swoim chłodem i wyglądem przypomina skałę. Korona na jego głowie wygląda z kolei jak głaz, który zaraz ma na mnie runąć i rozgnieść mnie na miazgę.
- Pośmiewisko... - powtarza.
- Tak, królu Carricku. Wystaw ją na pokaz. Posłuż się magią pamięci i zrób z niej marionetkę. Niech ten nibysymbol rebelii stanie się pośmiewiskiem. Każ jej klękać przed sobą i pokaż wszystkim, jaka to zdrajczyni, a bunt upadnie. Bez niej Vulminowie nie będą mieli o co walczyć, ich ruch się rozsypie. Zamiast ją zabijać, lepiej się nią posłuż, a staniesz się o wiele potężniejszy.
Posłuż się nią.
Słowa jednookiego niosą się echem po mojej wydrążonej głowie. Zdaje się powtarzać je nie tylko jego głos, ale wiele różnych. Jakby jedna osoba za drugą mówiły:
Posłuż się nią, posłuż się nią, posłuż się nią.
Ostra klinga odsuwa się od mojej skóry. Zaraz potem znów czuję przy uchu dotyk dłoni. Coś zimnego i śliskiego wnika przez małżowinę w głąb mojej czaszki.
Chwieję się, nie potrafiąc powstrzymać opadania głowy.
Carrick, ten w koronie, wpatruje się we mnie, a na jego kamiennoszarej twarzy pojawia się występny uśmiech. Jego skóra wygląda, jakby miała się pokruszyć. W kałuży zastygającego u jego stóp złota widać odbicie jednookiego.
- Jest dla nas znacznie cenniejsza żywa niż martwa - przekonuje króla jego rozmówca. - Przyjrzyj się, panie, jej magii.
Obaj wpatrują się w złoto sączące się z moich rąk na ziemię. Moje własne odbicie w kałuży kruszcu jest zniekształcone i nie potrafię dobrze się sobie przyjrzeć.
- Jest jak metal, który można kuć. Zrobisz z niej, panie, co zechcesz...
Coś wilgotnego spada z kącika mojego oka na koszulę. Nie wiem dlaczego.
Ból i wrażenie pustki w głowie przeważają nad emocjami i zagubieniem.
Zwieszam głowę i osuwam się ciężko.
Tak chyba czuje się ktoś rzucony w bezdenną, przytłaczającą ciemność.
A jednak... pośród mroku dostrzegam smugi czerni, które nie nikną, a rozprzestrzeniają się.
koniec darmowego fragmentu
zapraszamy do zakupu pełnej wersji