Goebbels. Życie i śmierć - Roger Manvell, Heinrich Fraenkel

Kup ebooka

49.99 zł
39.99 zł (22,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

W poszukiwaniu faktów

Jo­seph Go­eb­bels za­słu­gu­je pod wie­lo­ma wzglę­da­mi na mia­no naj­cie­kaw­sze­go spo­śród na­zi­stow­skich przy­wód­ców, nie li­cząc sa­me­go Hi­tle­ra. Mimo to rola, ode­gra­na przez nie­go we wcze­snej hi­sto­rii na­zi­stow­skie­go ru­chu, jest czę­sto prze­kła­my­wa­na le­gen­da­mi, któ­re wy­my­ślał i upo­wszech­niał na swój te­mat sam, aby do­wieść, że przy­stał do na­ro­do­wych so­cja­li­stów znacz­nie wcze­śniej, niż mia­ło to miej­sce w rze­czy­wi­sto­ści.

Ani He­in­rich Fra­en­kel, ani ja nie zda­wa­li­śmy so­bie spra­wy z tego, jak wy­jąt­ko­wą oso­bo­wość od­kry­je­my, przy­stę­pu­jąc do ba­dań nad ży­ciem Go­eb­bel­sa, nad jego cha­rak­te­rem oraz nad oso­bli­wą ka­rie­rą agi­ta­to­ra i pro­pa­gan­dy­sty. Au­to­por­tret, któ­ry Go­eb­bels od­ma­lo­wał po doj­ściu do wła­dzy, zo­stał po­wszech­nie za­ak­cep­to­wa­ny jako praw­dzi­wy przez oso­by pi­szą­ce o nim bądź o hi­sto­rii ru­chu na­zi­stow­skie­go.

Na dłu­go przed pod­ję­ciem de­cy­zji o na­pi­sa­niu tej książ­ki wspól­nie ze mną, He­in­rich Fra­en­kel roz­po­czął gro­ma­dze­nie fak­tów, opo­wie­ści i nie­opu­bli­ko­wa­nych oświad­czeń, któ­re utwier­dzi­ły go w prze­ko­na­niu, że ży­cie i cha­rak­ter Go­eb­bel­sa wy­ma­ga­ją po­now­ne­go, bar­dziej wni­kli­we­go spraw­dze­nia. On sam zbiegł z Nie­miec w noc po­ża­ru Re­ich­sta­gu, dzię­ki cze­mu unik­nął aresz­to­wa­nia, a na­stęp­nie za­an­ga­żo­wał się w ruch "Wol­ne Niem­cy", dzia­ła­jąc w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Po­ma­gał po­nad­to w pro­wa­dze­niu nie­za­leż­ne­go śledz­twa ba­da­ją­ce­go przy­czy­ny po­ża­ru, któ­rym kie­ro­wał sir Staf­ford Cripps wspo­ma­ga­ny przez zna­nych praw­ni­ków. Na­pi­sał też wie­le ksią­żek i bro­szur na te­mat Nie­miec pod rzą­da­mi na­zi­stów.

Po woj­nie He­in­rich Fra­en­kel udał się do No­rym­ber­gi, gdzie są­dzo­no na­zi­stow­skich zbrod­nia­rzy; roz­po­czął po­szu­ki­wa­nie ma­te­ria­łów i in­for­ma­cji z pierw­szej ręki. Te uzy­skał mię­dzy in­ny­mi od lu­dzi zwią­za­nych bez­po­śred­nio z Hi­tle­rem bądź Go­eb­bel­sem - von Pa­pe­na, Ot­to­na Stras­se­ra, Han­sa Fritz­sche­go, Maxa Winc­kle­ra, Hjal­ma­ra Schach­ta, Wal­the­ra Fun­ka i Kar­la Kauf­man­na. Jako że był zwią­za­ny za­wo­do­wo z nie­miec­kim prze­my­słem fil­mo­wym, na­pi­sał też pra­cę o wpły­wie na­zi­stow­skie­go re­żi­mu na nie­miec­ką ki­ne­ma­to­gra­fię oraz na oso­by, któ­re po­zo­sta­ły w Niem­czech po ob­ję­ciu wła­dzy przez na­zi­stów i pra­co­wa­ły w tym za­wo­dzie pod nad­zo­rem Go­eb­bel­sa.

Mimo wszyst­ko do wy­ja­śnie­nia i od­kry­cia po­zo­sta­wa­ło na­dal wie­le luk w ży­cio­ry­sie i ka­rie­rze za­wo­do­wej Go­eb­bel­sa. To praw­da, że jego oso­bą in­te­re­so­wa­li się dzien­ni­ka­rze, au­to­rzy pa­mięt­ni­ków i bio­gra­fo­wie po­zo­sta­ją­cy głów­nie pod wpły­wem na­zi­stow­skiej ide­olo­gii, a wzmian­ki o nim po­ja­wia­ły się w roz­licz­nych książ­kach po­świę­co­nych hi­sto­rii Trze­ciej Rze­szy i za­gad­ko­wej oso­bo­wo­ści Füh­re­ra. W ca­łym wy­mie­nio­nym po­wy­żej zbio­rze li­te­ra­tu­ry, tej lep­szej i tej gor­szej, Go­eb­bel­sa oce­nia się przede wszyst­kim po po­zo­rach - bu­dzi za­in­te­re­so­wa­nie ba­da­czy i pi­sa­rzy je­dy­nie z po­wo­du swo­jej bli­skiej zna­jo­mo­ści z Hi­tle­rem. Tyl­ko je­den bio­graf, Curt Riess, pod­jął się fa­scy­nu­ją­ce­go za­da­nia od­kry­cia i zro­zu­mie­nia naj­waż­niej­szej fazy w ży­ciu Go­eb­bel­sa, któ­ra rzu­ca­ła cień na jego za­cho­wa­nie i de­cy­zje po­dej­mo­wa­ne po doj­ściu do wła­dzy. Ta faza obej­mo­wa­ła trud­ny okres po­mię­dzy ukoń­cze­niem szko­ły a dwu­dzie­sty­mi siód­my­mi uro­dzi­na­mi, kie­dy to Go­eb­bels od­krył ruch na­zi­stow­ski, a na­zi­ści od­kry­li jego.

W tym do­pi­sa­ło nam szczę­ście. He­in­rich Fra­en­kel udał się do Nie­miec i z po­mo­cą sio­stry Go­eb­bel­sa, Ma­rii Kim­mich, spo­tkał się z wie­lo­ma oso­ba­mi zna­ją­cy­mi jej bra­ta w prze­szło­ści, gdy ten miesz­kał i uczył się w ro­dzin­nym Rheydt. Do gro­na tego na­le­że­li mię­dzy in­ny­mi szkol­ny na­uczy­ciel, oj­ciec Mol­len, naj­bliż­szy przy­ja­ciel, Fritz Prang (któ­ry za­po­znał go z pro­gra­mem NSDAP) oraz Alma, mło­da na­uczy­ciel­ka z Rheydt, któ­ra po­zna­ła Jo­se­pha z Else - w la­tach 1922-1926 na­rze­czo­ną Go­eb­bel­sa. Dzię­ki Al­mie He­in­rich Fra­en­kel do­tarł do Else, szczę­śli­wej mę­żat­ki miesz­ka­ją­cej w Ber­li­nie. Od bli­skich, zna­jo­mych i przy­ja­ciół Go­eb­bel­sa He­in­rich Fra­en­kel ze­brał in­for­ma­cje na te­mat tego, ja­kim dziec­kiem, uczniem, stu­den­tem, po­cząt­ku­ją­cym pi­sa­rzem i w koń­cu agi­ta­to­rem był mło­dy Jo­seph. Oso­by te dały nam po­zwo­le­nie na za­cy­to­wa­nie wie­lu li­stów Go­eb­bel­sa, któ­re rzu­ca­ją wy­jąt­ko­we świa­tło na jego my­śli i cha­rak­ter. Do­dat­ko­wo otrzy­ma­li­śmy do­stęp do ar­chi­wów Sto­wa­rzy­sze­nia Al­ber­ta Wiel­kie­go, ka­to­lic­kiej or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej, któ­ra po­ma­ga­ła fi­nan­so­wo Go­eb­bel­so­wi na pierw­szym eta­pie stu­diów. W ar­chi­wum na­tra­fi­li­śmy na waż­ne li­sty i ra­por­ty, pi­sa­ne przez stu­diu­ją­ce­go na róż­nych uczel­niach Go­eb­bel­sa. Wszyst­kie in­for­ma­cje uzu­peł­ni­li­śmy wy­po­wie­dzia­mi sio­stry Go­eb­bel­sa, Ma­rii Kim­mich.

Mie­li­śmy też szczę­ście, gdyż udo­stęp­nio­no nam nie­opu­bli­ko­wa­ny rę­ko­pis dzien­ni­ków Go­eb­bel­sa obej­mu­ją­cy lata 1925-1926, czy­li okres, w któ­rym pra­co­wał w okrę­gu Nad­re­nia-West­fa­lia i kie­dy po­sta­no­wił przy­łą­czyć się do frak­cji Hi­tle­ra, po­rzu­ca­jąc bra­ci Stras­se­rów, swo­ich pierw­szych pra­co­daw­ców. Dzien­nik ten nie był do­tąd szcze­gó­ło­wo ana­li­zo­wa­ny i je­ste­śmy nie­zmier­nie wdzięcz­ni In­sty­tu­to­wi Ho­ove­ra na Uni­wer­sy­te­cie Stan­for­da, od któ­re­go uzy­ska­li­śmy zgo­dę na za­po­zna­nie się z tym źró­dłem, utrwa­lo­nym na mi­kro­fil­mach.

Po doj­ściu na­zi­stów do wła­dzy oso­bi­sta hi­sto­ria Go­eb­bel­sa splo­tła się z hi­sto­rią Trze­ciej Rze­szy, któ­rej po­świę­cał każ­dą go­dzi­nę ży­cia za­wo­do­we­go. Nie za­mie­rza­my przy­ta­czać w tej książ­ce skom­pli­ko­wa­nej opo­wie­ści o do­cho­dze­niu Hi­tle­ra do wła­dzy ani o Niem­czech za cza­sów rzą­dów Füh­re­ra. Uczy­ni­ło to już za nas wie­lu zna­ko­mi­tych pi­sa­rzy i hi­sto­ry­ków, a przede wszyst­kim Alan Bul­lock. Na­sza książ­ka jest li­te­rac­kim por­tre­tem tyl­ko jed­ne­go czło­wie­ka, Jo­se­pha Go­eb­bel­sa, któ­ry ode­grał bar­dzo istot­ną rolę w rów­nie istot­nym okre­sie współ­cze­snej hi­sto­rii. Po­ru­sza­my w niej po­nad­to te­mat me­tod i tech­nik pro­pa­gan­do­wych, za­sto­so­wa­nych przez Go­eb­bel­sa w celu uto­ro­wa­nia Hi­tle­ro­wi dro­gi do wła­dzy i póź­niej­sze­go utrzy­ma­nia jej przez Hi­tle­ra. Rzu­ca­my świa­tło na hi­sto­rię na­zi­stow­skie­go ru­chu je­dy­nie w kon­tek­ście opi­nii i dzia­łań po­dej­mo­wa­nych przez Go­eb­bel­sa, aby peł­niej wy­ja­śniać ich zna­cze­nie.

W ba­da­niach nad okre­sem, w któ­rym Go­eb­bels spra­wo­wał urząd mi­ni­stra Rze­szy, po­mo­gli nam wy­dat­nie Karl Kauf­mann, gau­le­iter Ham­bur­ga, oraz Wer­ner Na­umann, pod­se­kre­tarz sta­nu w Mi­ni­ster­stwie Pro­pa­gan­dy, któ­ry to­wa­rzy­szył mu do śmier­ci w bun­krze Füh­re­ra. Ich re­la­cje, a tak­że opo­wie­ści wie­lu in­nych lu­dzi współ­pra­cu­ją­cych z Go­eb­bel­sem w róż­nych za­kre­sach, po­zwo­li­ły nam uzu­peł­nić in­for­ma­cje za­war­te w dwóch mniej zna­nych pu­bli­ka­cjach, a mia­no­wi­cie wspo­mnie­niach Wil­fre­da von Ove­na oraz Ru­dol­fa Sem­m­le­ra. Ten dru­gi po­mógł nam do­dat­ko­wo, uzu­peł­nia­jąc opu­bli­ko­wa­ne tek­sty ko­men­ta­rza­mi. Je­ste­śmy po­nad­to bar­dzo wdzięcz­ni Li­dzie Ba­aro­vej za po­moc w wier­nym od­two­rze­niu jej związ­ku z Go­eb­bel­sem. Nie­oce­nio­na pra­ca wy­ko­na­na przy re­da­go­wa­niu oca­la­łych frag­men­tów dzien­ni­ków przez Lo­uisa P. Loch­ne­ra bę­dzie mu na za­wsze za­pa­mię­ta­na przez wszyst­kich ba­da­czy zaj­mu­ją­cych się wspo­mnia­nym okre­sem. Przez cały czas, gdy Go­eb­bels ro­bił ka­rie­rę w po­li­ty­ce, opi­sy­wał swo­je do­świad­cze­nia i prze­le­wał na pa­pier dłu­gie wy­wo­dy do­ty­czą­ce po­glą­dów na te­mat bie­żą­cych wy­da­rzeń oraz spo­tka­nych osób, tak­że tych z na­zi­stow­skich dy­gni­ta­rzy, któ­rych nie zno­sił. Ist­nie­ją pew­ne po­szla­ki wska­zu­ją­ce na to, że duża część uwiecz­nio­nych na mi­kro­fil­mach dzien­ni­ków znaj­du­je się obec­nie w Ro­sji. Oprócz czę­ści ma­szy­no­pi­sów i rę­ko­pi­sów prze­cho­wy­wa­nych na Uni­wer­sy­te­cie Stan­for­da nie zo­sta­ły one opu­bli­ko­wa­ne. Na­le­ży je­dy­nie mieć na­dzie­ję, że te mi­lio­ny słów zo­sta­ną kie­dyś udo­stęp­nio­ne ba­da­czom. Nam, jak do­tąd, nie uda­ło się uzy­skać żad­nych in­for­ma­cji na ich te­mat.

Dzie­je Go­eb­bel­sa jako czło­wie­ka i Go­eb­bel­sa - ge­niu­sza pro­pa­gan­dy moż­na uznać za ro­dzaj roz­pra­wy psy­cho­lo­gicz­nej. W ży­ciu pry­wat­nym i za­wo­do­wym zma­gał się z wie­lo­ma pro­ble­ma­mi, choć naj­czę­ściej - z próż­no­ści - sam je wy­wo­ły­wał. Czę­sto przed­sta­wia­no go jako oso­bę nie­pa­su­ją­cą do gro­na na­zi­stow­skich przy­wód­ców, lecz to wła­śnie on, oprócz Hi­tle­ra, naj­le­piej ro­zu­miał zna­cze­nie oraz me­cha­ni­zmy wła­dzy i po­tra­fił je wy­ko­rzy­stać. Bez jego udzia­łu ruch na­zi­stow­ski nie zy­skał­by naj­praw­do­po­dob­niej na zna­cze­niu w prze­ło­mo­wych dla swo­jej hi­sto­rii la­tach 1932-1933. Moż­na na­wet za­ry­zy­ko­wać twier­dze­nie, że tyl­ko Hi­tler i Go­eb­bels wy­ka­za­li się in­tu­icją i prak­tycz­ną wie­dzą, któ­re po­zwo­li­ły na­zi­stom się­gnąć po wła­dzę w Niem­czech. Go­eb­bels z fa­na­tycz­nym wręcz za­pa­łem pod­cho­dził do wy­ko­ny­wa­nej pra­cy, od pu­blicz­nych wy­stą­pień, przez agi­ta­cję w pra­sie i ra­diu, po nad­zo­ro­wa­nie spraw or­ga­ni­za­cyj­nych i ad­mi­ni­stra­cyj­nych. W la­tach 1944-1945, czy­li w schył­ko­wym okre­sie na­zi­zmu, jako je­dy­ny ze sta­rej gwar­dii do­cho­wał wier­no­ści Hi­tle­ro­wi i mi­to­wi rasy pa­nów, któ­ry ra­zem stwo­rzy­li. Obaj też po­peł­ni­li sa­mo­bój­stwo, aby ów mit oca­lić dla po­tom­no­ści i na­ro­du nie­miec­kie­go, któ­ry bez li­to­ści zło­ży­li w ofie­rze na oł­ta­rzu woj­ny to­tal­nej. Po śmier­ci Hi­tle­ra Go­eb­bels pia­sto­wał przez kil­ka go­dzin urząd kanc­le­rza Rze­szy, "pań­stwa" o te­ry­to­rium obej­mu­ją­cym kil­ka ber­liń­skich prze­cznic. Osta­tecz­nie, zło­żył sa­me­go sie­bie - i swo­ich naj­bliż­szych: żonę i szcze­ścio­ro dzie­ci - na na­zi­stow­skim sto­sie po­grze­bo­wym.

Ka­rie­ra Go­eb­bel­sa nie ma pre­ce­den­su, gdyż wy­kre­owa­ła go współ­cze­sna pro­pa­gan­da - pra­sa, ra­dio, film, gło­śni­ki ulicz­ne i skom­pli­ko­wa­na ma­chi­na od­po­wia­da­ją­ca za or­ga­ni­za­cję, dys­cy­pli­nę i do­ku­men­to­wa­nie ma­so­wych wie­ców. Na­szą obec­ną wie­dzę o tej dzie­dzi­nie, sto­sun­ko­wo dużą, za­wdzię­cza­my mię­dzy in­ny­mi Go­eb­bel­so­wi, mi­strzo­wi tech­nik, form i me­tod upra­wia­nia pro­pa­gan­dy. Ra­dio i film dźwię­ko­wy były no­wo­ścia­mi w cza­sie, gdy po­sta­no­wił je wy­ko­rzy­stać, by omo­tać Niem­ców na tyle sku­tecz­nie, że po­sta­no­wi­li od­dać wła­dzę Hi­tle­ro­wi, a na­stęp­nie pod­po­rząd­ko­wać całe pań­stwo ide­olo­gii na­zi­stow­skiej, któ­ra do­pro­wa­dzi­ła do wy­bu­chu naj­strasz­niej­szej woj­ny w hi­sto­rii ludz­ko­ści. Aby zro­zu­mieć w peł­ni, jak na­zi­ści zdo­ła­li osiąg­nąć swój cel w tak krót­kim cza­sie, nie wol­no się sku­piać wy­łącz­nie na oso­bie Hi­tle­ra, lecz na­le­ży po­świę­cić rów­nie dużo uwa­gi oso­bli­we­mu, od­py­cha­ją­ce­mu, nie­bez­piecz­ne­mu, a jed­no­cze­śnie fa­scy­nu­ją­ce­mu czło­wie­ko­wi, ja­kim był Jo­seph Go­eb­bels.

Ro­ger Ma­nvell

Rozdział 1

Pierwsze lata

Nie­wie­le bu­dyn­ków w ma­łym, sły­ną­cym z włó­kien­nic­twa mia­stecz­ku Rheydt prze­trwa­ło zma­so­wa­ne alianc­kie bom­bar­do­wa­nia, któ­rych ce­lem sta­ła się pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej uprze­my­sło­wio­na Nad­re­nia. Su­ro­wy, ma­syw­ny dom sto­ją­cy przy Dah­le­ner Stras­se 156 był jed­nym z nich. Jego fron­to­we drzwi wy­cho­dzą wprost na uli­cę. W par­te­ro­wych wą­skich oknach wi­szą za­słon­ki skry­wa­ją­ce wnę­trza przed wzro­kiem prze­chod­niów. Z okien na pierw­szym pię­trze wi­dać miesz­czą­cy się po dru­giej stro­nie uli­cy za­kład ka­mie­niar­ski i krzy­że na­grob­ne. W na­chy­lo­nym, spa­dzi­stym da­chu tkwią dwa świe­tli­ki. O ile nie przy­ci­śnie­my no­sów do szy­by, do­strze­że­my przez szkla­ne kwa­dra­ty je­dy­nie słoń­ce, nie­bo i chmu­ry.

To wła­śnie w tym domu Jo­seph Go­eb­bels spę­dził swo­je dzie­ciń­stwo i mło­dość. Przy­szedł na świat 29 paź­dzier­ni­ka 1897 roku, w bu­dyn­ku miesz­czą­cym się przy Oden­kir­che­ner Stras­se. Tro­chę póź­niej ro­dzi­ce prze­pro­wa­dzi­li się jed­nak na Dah­le­ner Stras­se. Jak więk­szość ro­dzin miesz­ka­ją­cych w Za­głę­biu Ruh­ry Go­eb­bel­so­wie byli ka­to­li­ka­mi. Dzia­dek przez całe ży­cie pra­co­wał fi­zycz­nie w fir­mie na­le­żą­cej do W.H. Len­nart­za, któ­ra pro­du­ko­wa­ła ko­szul­ki ża­ro­we do lamp naf­to­wych. Oj­ciec, Frie­drich Go­eb­bels, roz­po­czął pra­cę w tej sa­mej fir­mie jako go­niec, mo­zol­nie piął się po szcze­blach urzęd­ni­czej ka­rie­ry, by osta­tecz­nie otrzy­mać dru­go­rzęd­ne sta­no­wi­sko dy­rek­tor­skie - pro­ku­ren­ta. Go­eb­bel­so­wie na­le­że­li tym sa­mym do niż­szej kla­sy śred­niej. Za­trud­nio­ny w fa­bry­ce Frie­drich z tru­dem spie­rał brud z man­kie­tów ko­szul, a jed­no­cze­śnie za­ra­biał oko­ło 2400 ma­rek rocz­nie - a więc nie­wie­le wię­cej od ro­bot­ni­ków nie­aspi­ru­ją­cych by­naj­mniej do gro­na bur­żu­azji. Ży­ją­cy skrom­nie Go­eb­bel­so­wie, po­dob­nie jak ich są­sie­dzi, sku­pia­li się jed­nak na za­cho­wy­wa­niu po­zo­rów.

Pew­ne­go dnia, ma­ją­cy wów­czas czte­ry lata Jo­seph sie­dział na so­fie w gute Stu­be, czy­li miesz­czą­cym się na pierw­szym pię­trze sa­lo­nie. Na­gle i nie­spo­dzie­wa­nie chło­piec roz­pła­kał się, na­rze­ka­jąc na ból. We­zwa­ny do domu le­karz zdia­gno­zo­wał po­ra­że­nie dzie­cię­ce i za­le­cił na­tych­mia­sto­wą ope­ra­cję.

Herr Go­eb­bels był su­ro­wym i po­boż­nym czło­wie­kiem, któ­re­go szorst­kie za­cho­wa­nie i oby­cza­je ła­go­dzi­ło do pew­ne­go stop­nia wy­wa­żo­ne po­czu­cie hu­mo­ru. Z góry za­ło­żył, iż sy­no­wie po­lep­szą swą pra­cą los ro­dzi­ny, osią­ga­jąc z cza­sem wy­ma­rzo­ny sta­tus za­moż­nej kla­sy śred­niej. Drob­na po­stu­ra i przy­gar­bio­ne ra­mio­na Jo­se­pha, któ­re­go roz­wój fi­zycz­ny za­ha­mo­wa­ły cho­ro­ba i ope­ra­cja, wsku­tek cze­go chło­piec stał się ka­le­ką, smu­ci­ły ojca za każ­dym ra­zem, gdy spo­glą­dał na syna.

Jo­seph nie był je­dy­na­kiem. Miał dwóch star­szych bra­ci, Han­sa i Kon­ra­da, oraz star­szą sio­strę Eli­za­beth, któ­ra zmar­ła w dzie­ciń­stwie. Ma­ria, naj­młod­sza sio­stra, do któ­rej tak bar­dzo przy­wią­zał się w póź­niej­szym okre­sie, przy­szła na świat, gdy Jo­seph miał już dwa­na­ście lat.

Frau Ka­the­ri­na Go­eb­bels była pro­stą i nie­wy­kształ­co­ną ko­bie­tą. Uro­dzi­ła się w Ho­lan­dii i otrzy­ma­ła nie­miec­kie oby­wa­tel­stwo tuż przed ślu­bem z Frie­dri­chem, co Jo­seph usil­nie pró­bo­wał za­ta­ić[1]. Mó­wi­ła po nie­miec­ku z wy­raź­nym nad­reń­skim ak­cen­tem. Przed za­war­ciem mał­żeń­stwa na­zy­wa­ła się Ka­the­ri­na Ma­ria Oden­hau­sen. Była cór­ką ko­wa­la, ko­bie­tą o bar­dzo sil­nym cha­rak­te­rze. Jej syn, już po ob­ję­ciu sta­no­wi­ska Re­ich­smi­ni­stra, lu­bił po­wta­rzać, że da­rzy mat­kę ogrom­nym sza­cun­kiem. Zda­niem Jo­se­pha, o czym pi­sał w swo­ich opu­bli­ko­wa­nych pa­mięt­ni­kach, mat­ka re­pre­zen­to­wa­ła "głos ludu", w któ­ry za­wsze sta­rał się wsłu­chi­wać. Czę­sto opo­wia­dał rów­nież hi­sto­rię (za­pew­ne zmy­ślo­ną) o tym, jak mat­ka ze­bra­ła wszyst­kie dzie­ci przy łóż­ku cho­ru­ją­ce­go na za­pa­le­nie płuc ojca, a te - tań­ca­mi i mo­dli­twa­mi - przy­wró­ci­ły cu­dem Frie­dri­cha do zdro­wia. Co cie­ka­we, Ka­the­ri­na prze­ży­ła za­rów­no męża, któ­ry zmarł w 1929 roku, a w ostat­nich la­tach ży­cia czę­sto wda­wał się w za­żar­te kłót­nie z Jo­se­phem, jak i syna.

Jo­se­pha tak­że pró­bo­wa­ła le­czyć mo­dli­twą, nie wi­dzia­ła bo­wiem in­nej dro­gi ra­tun­ku. Pro­wa­dzi­ła syna za rękę do ko­ścio­ła, klę­ka­ła przy nim i bła­ga­ła Wszech­mo­gą­ce­go, aby ze­słał chłop­cu siły i ulżył w dźwi­ga­niu cię­ża­ru sła­be­go i cho­ro­wi­te­go cia­ła.

Wspo­mnie­nia Jo­se­pha z wcze­sne­go dzie­ciń­stwa wią­za­ły się z po­czu­ciem od­mien­no­ści i nie­szczę­ścia. Miał świa­do­mość, że ro­dzi­ce mar­twi­li się o jego zdro­wie i przy­szłość. Za­czął po­wąt­pie­wać we wła­sną war­tość, a brak wia­ry w sie­bie stał się istot­nym ele­men­tem kształ­tu­ją­cej się oso­bo­wo­ści. Czę­sto za­my­kał się w ma­łym po­ko­ju na pod­da­szu i ob­ser­wo­wał przez je­dy­ne okno chmu­ry lub zer­kał w dół, na cia­sne i mrocz­ne po­dwó­rze, znaj­du­ją­ce się na ty­łach domu. Pierw­sze lata ży­cia Jo­se­pha były trud­ne, co w ze­sta­wie­niu z wła­dzą, jaką spra­wo­wał w póź­niej­szym okre­sie, ma istot­ne zna­cze­nie.

Jak więk­szość dzie­ci, któ­re z roz­licz­nych po­wo­dów nie mogą się ba­wić ani roz­ra­biać w gro­nie ró­wie­śni­ków, Jo­seph bar­dzo szyb­ko od­krył świat ksią­żek. Wkra­cza­jąc do nie­go, czuł się nie­za­leż­ny i sa­mo­dziel­ny. Po­zo­sta­li człon­ko­wie ro­dzi­ny nie przy­wią­zy­wa­li wagi do tego, co czy­tał. Kie­dy zni­kał im z oczu, zni­ka­ły też, choć­by na mo­ment, kło­po­ty, ja­kie im spra­wiał. W chłop­cu zbu­dzi­ła się pa­sja - czy­tał z za­pa­łem książ­ki prze­zna­czo­ne dla star­szych czy­tel­ni­ków. Ani ro­dzi­ce, ani na­uczy­cie­le nie pod­su­wa­li mu lek­tur. Po po­wro­cie ze szko­ły do domu Jo­seph za­my­kał się w po­ko­ju i się­gał po książ­kę. Jed­ną z nich było ta­nie, zdez­ak­tu­ali­zo­wa­ne i skró­co­ne wy­da­nie po­pu­lar­nej en­cy­klo­pe­dii - Ko­nver­sa­tions-Le­xi­con Mey­era. To wła­śnie ta lek­tu­ra sta­ła się dla mło­de­go Jo­se­pha głów­nym źró­dłem wia­do­mo­ści o ota­cza­ją­cym go świe­cie i dała przed­smak wła­dzy, któ­rą moż­na osią­gnąć dzię­ki wie­dzy i in­te­lek­to­wi.

Z upły­wem lat Jo­seph za­czął na­bie­rać pew­no­ści sie­bie. Roz­ra­sta­ją­ce się ra­mio­na od­cią­ga­ły uwa­gę od nie­na­tu­ral­nie du­żej gło­wy, a wie­dza i umie­jęt­ność za­pa­mię­ty­wa­nia fak­tów, wy­ćwi­czo­ne przez po­chła­nia­ne w dzie­ciń­stwie lek­tu­ry, ro­bi­ły wra­że­nie na­wet na po­wścią­gli­wym ojcu. Za­mi­ło­wa­nie do ksią­żek da­wa­ło szan­sę na roz­wią­za­nie pro­ble­mu nie­pew­nej przy­szło­ści Jo­se­pha. Ale czy chło­pak po­ra­dził­by so­bie w gim­na­zjum? A co waż­niej­sze, czy ro­dzi­nę stać było na fi­nan­so­we wy­rze­cze­nia i po­no­sze­nie kosz­tów na­uki aż do osiem­na­stych uro­dzin Jo­se­pha? Czy miał ja­ką­kol­wiek szan­sę, by zdo­być uni­wer­sy­tec­kie sty­pen­dium? Wi­zja syna, do któ­re­go zwra­ca­no by się na uli­cy "pa­nie dok­to­rze", z pew­no­ścią na­pa­wa­ła Herr Go­eb­bel­sa dumą. Nie wspo­mi­na­jąc na­wet o nie­wąt­pli­wej po­pra­wie tak bar­dzo po­żą­da­ne­go przez ojca sta­tu­su spo­łecz­ne­go.

De­cy­zję pod­ję­to szyb­ko i Jo­seph roz­po­czął nie­ba­wem na­ukę w gim­na­zjum w Rheydt.

W szko­le po­nad­pod­sta­wo­wej obo­wią­zy­wał pro­gram na­ucza­nia, któ­ry nie zmie­nił się od po­nad stu­le­cia, przy­go­to­wu­jąc chłop­ców do koń­co­we­go eg­za­mi­nu doj­rza­ło­ści - Abi­tu­rium, zwa­ne­go też ma­tu­rą. Jego za­li­cze­nie upraw­nia­ło do pod­ję­cia dal­szej na­uki na uni­wer­sy­te­cie. Pod­cho­dzi­li do nie­go naj­czę­ściej osiem­na­sto­let­ni szó­sto­kla­si­ści.

Jo­seph nie był w szko­le oso­bą lu­bia­ną. Na­uczył się re­kom­pen­so­wać brak chło­pię­cej ener­gii eru­dy­cją. Uczył się do­brze, lecz nie wzbu­dzał sym­pa­tii, na­wet u osób, któ­re prze­ka­zy­wa­ły mu wie­dzę. Uczą­cy się w tym sa­mym gim­na­zjum Fritz Prang wspo­mi­nał póź­niej, że Jo­seph za­wsze sta­rał się wy­wrzeć do­bre wra­że­nie na na­uczy­cie­lach. Chęć przy­po­do­ba­nia się była tak sil­na, iż zda­rza­ło się mu do­no­sić na ko­le­gów. Jo­seph opo­wie­dział na­wet gim­na­zjal­ne­mu ka­te­che­cie ojcu Mol­le­no­wi o wa­ga­ru­ją­cych uczniach. Prang nie do­łą­czył do za­mie­rza­ją­cych dać skar­ży­py­cie łup­nia ko­le­gów tyl­ko dla­te­go, że ten był ka­le­ką. W szko­le wo­ła­no na Jo­se­pha Ulex, po­rów­nu­jąc go do prze­bie­głe­go Ulis­se­sa. Mło­de­mu Go­eb­bel­so­wi prze­zwi­sko przy­pa­dło do gu­stu tak bar­dzo, że sam uży­wał go przez cały okres doj­rze­wa­nia.

Oprócz ksią­żek Jo­seph uwiel­biał jesz­cze mu­zy­kę. Fakt ów nie uszedł uwa­dze jego ojca. Trzy­dzie­ści lat po upły­wie opi­sy­wa­ne­go zda­rze­nia Go­eb­bels zwie­rzył się swo­je­mu ad­iu­tan­to­wi Wil­fre­do­wi von Ove­no­wi, że gdy miał czter­na­ście lat, we­zwał go do sie­bie oj­ciec:

Po­sta­no­wił ku­pić mi pia­ni­no. Tak rzad­ko otrzy­my­wa­li­śmy pre­zen­ty, iż nie do­tar­ło do mnie zna­cze­nie jego słów. Po­szli­śmy jed­nak obej­rzeć in­stru­ment, kosz­to­wał trzy­sta ma­rek. Był, co oczy­wi­ste, uży­wa­ny (...). Pia­ni­no do­brze pa­so­wa­ło do po­zo­sta­łych kla­mo­tów zgro­ma­dzo­nych w sa­lo­nie. Każ­de­go dnia wol­no mi było na nim ćwi­czyć (...). Było ele­men­tem więk­sze­go pla­nu na przy­szłe ży­cie, któ­ry dla mnie na­kre­ślo­no[2].

Ubra­ny w pal­to Jo­seph prze­sia­dy­wał w zi­mo­we mie­sią­ce w nie­ogrze­wa­nym po­ko­ju, by grać dla człon­ków ro­dzi­ny. Pie­nią­dze na za­kup in­stru­men­tu od­kła­da­no la­ta­mi, fe­nig do fe­ni­ga.

Kie­dy Go­eb­bels ob­jął sta­no­wi­sko mi­ni­stra Rze­szy, prze­ka­zał swo­im bio­gra­fom ma­te­ria­ły uka­zu­ją­ce go w po­zy­tyw­nym świe­tle. Twier­dził mię­dzy in­ny­mi, iż po­cho­dził z chłop­skiej ro­dzi­ny, gdyż dzia­dek ze stro­ny ojca oże­nił się z cór­ką rol­ni­ka spod Düs­sel­dor­fu. Te pół­praw­dy i le­gen­dy zwią­za­ne z wcze­snym eta­pem ży­cia Go­eb­bel­sa są dziś trud­ne do spraw­dze­nia i zwe­ry­fi­ko­wa­nia. Ciąg­łe po­wtó­rze­nia spra­wi­ły, że uzna­je się je po­wszech­nie za fak­ty. Czy­nią tak na­wet oso­by nie­ko­rzy­sta­ją­ce z głów­nych źró­deł. Tyl­ko jed­no zda­rze­nie nie pod­le­ga dys­ku­sji. Go­eb­bel­sa bar­dzo do­tknę­ło zwol­nie­nie ze służ­by woj­sko­wej z po­wo­du ułom­no­ści fi­zycz­nej.

Kie­dy w 1914 roku wy­bu­chła woj­na, Jo­seph zbli­żał się do swo­ich sie­dem­na­stych uro­dzin i uczęsz­czał do szó­stej kla­sy. W szko­le za­pa­no­wał po­wszech­ny en­tu­zjazm, a chłop­cy (we wła­snym mnie­ma­niu już do­ro­śli męż­czyź­ni) prze­ści­ga­li się w za­pew­nie­niach o tym, kto szyb­ciej za­cią­gnie się do woj­ska. W gro­nie pierw­szych ochot­ni­ków zna­lazł się rów­nież Jo­seph, któ­ry wie­rzył, że oj­czy­zna do­ce­ni jego za­an­ga­żo­wa­nie i po­świę­ce­nie. Po­zo­sta­li re­kru­ci mu­sie­li skwi­to­wać jego obec­ność śmie­chem. Woj­sko­we­mu le­ka­rzo­wi wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie na nie­wy­so­kie­go, przy­gar­bio­ne­go chło­pa­ka, by z miej­sca, bez ja­kich­kol­wiek ba­dań, uznać go za nie­zdol­ne­go do służ­by. Jo­seph wró­cił do domu i za­mknął się w po­ko­ju. Przez cały dzień i całą noc łkał jak małe dziec­ko. Mi­nę­ły dwa dni, nim się do ko­goś ode­zwał. Bar­dzo moż­li­we, iż było to za­cho­wa­nie ob­li­czo­ne na po­kaz. Trud­no so­bie wy­obra­zić, by in­te­li­gent­ny czło­wiek, ma­jąc świa­do­mość wła­sne­go ka­lec­twa, na po­waż­nie roz­wa­żał służ­bę w ar­mii.

Raz jesz­cze Jo­seph mu­siał po­le­gać na swo­im in­te­lek­cie, Go­eb­bel­so­wie sta­nę­li zaś po­now­nie przed pro­ble­mem, jaki sta­no­wi­ła przy­szłość ich syna. Ka­rie­ra w woj­sku była nie­moż­li­wa, po­zo­sta­wa­ła dal­sza na­uka na uni­wer­sy­te­cie. Woj­na stwa­rza­ła sprzy­ja­ją­ce oko­licz­no­ści, gdyż więk­szość mło­dych męż­czyzn prze­ry­wa­ła edu­ka­cję, aby wstą­pić do ar­mii. Jo­seph kon­ty­nu­ował na­ukę w gim­na­zjum, na woj­nę po­szli dwaj jego bra­cia. Lata póź­niej, już jako po­li­tycz­ny agi­ta­tor i na­zi­stow­ski ofi­cjel, Go­eb­bels czę­sto wy­ka­zy­wał się od­wa­gą, nie chcąc, by po­są­dzo­no go o tchó­rzo­stwo. Z mi­ni­ste­rial­ne­go fo­te­la nie wa­hał się besz­tać nie­miec­kiej ar­mii i do­wo­dzą­cych woj­ska­mi ge­ne­ra­łów.

Oj­ciec i mat­ka po­sta­no­wi­li, że Jo­seph zo­sta­nie księ­dzem. Oj­ciec Mol­len wspo­mi­nał, że mło­dy Go­eb­bels bar­dzo in­te­re­so­wał się re­li­gią. Ro­dzi­ce ro­bi­li, co mo­gli, aby umoż­li­wić swo­je­mu oso­bli­we­mu, acz­kol­wiek by­stre­mu sy­no­wi dal­szą na­ukę w gim­na­zjum. Dzie­więt­na­sto­let­ni Jo­seph zdał do ostat­niej kla­sy. Nie wi­dział już po­trze­by ma­sko­wa­nia swo­ich ułom­no­ści, a jego in­te­lekt spra­wiał, iż mógł błysz­czeć na tle in­nych uczniów bez za­dzie­ra­nia nosa. Cię­ty ję­zyk po­mógł mu zy­skać roz­głos w szko­le - to Jo­se­pha wy­zna­cza­no do prze­ma­wia­nia na szkol­nych uro­czy­sto­ściach. Mło­dy Go­eb­bels wy­róż­nił się rów­nież jako ak­tor, bio­rąc udział w szkol­nych przed­sta­wie­niach. Gdy w 1917 roku pod­szedł do koń­co­we­go eg­za­mi­nu, zdał go z naj­lep­szą oce­ną. Dy­rek­tor po­pro­sił Jo­se­pha o wy­gło­sze­nie po­że­gnal­nej prze­mo­wy do wszyst­kich koń­czą­cych na­ukę ab­sol­wen­tów. Prang za­pa­mię­tał, że mowa ta była sztyw­na i pom­pa­tycz­na. Nie­lu­bią­cy Go­eb­bel­sa z po­wo­du wy­nio­słe­go za­cho­wa­nia dy­rek­tor uznał na­wet, iż z Jo­se­pha ni­g­dy nie wy­ro­śnie do­bry mów­ca, któ­ry po­rwał­by tłu­my!

Po­mysł wstą­pie­nia do sta­nu du­chow­ne­go nie ra­ził mło­de­go Go­eb­bel­sa, gdyż da­wał moż­li­wość bar­dzo szyb­kie­go speł­nie­nia pra­gnień i re­ali­za­cji pla­nów - osią­gnię­cia waż­nej po­zy­cji w świe­cie. Jego mło­dy i chłon­ny umysł z pew­no­ścią do­strze­gał zna­cze­nie, ja­kie w ka­to­lic­kich spo­łecz­no­ściach, a w ta­kiej się prze­cież wy­cho­wał, mie­li na­wet naj­młod­si księ­ża. Wi­zja spra­wo­wa­nia rzą­du dusz nad wier­ny­mi mu­sia­ła prze­ma­wiać do wy­obraź­ni mło­do­cia­ne­go Jo­se­pha.

Po­mi­mo skrom­nych za­so­bów fi­nan­so­wych ro­dzi­ny Go­eb­bels zdo­łał się za­pi­sać w 1917 roku na Uni­wer­sy­tet Boń­ski, pierw­szy na li­ście wyż­szych uczel­ni, na któ­re uczęsz­czał przez lata, nim w wie­ku dwu­dzie­stu czte­rech lat obro­nił ty­tuł dok­to­ra fi­lo­zo­fii na uni­wer­sy­te­cie w He­idel­ber­gu. Po pierw­szym se­me­strze w Bonn dal­sza edu­ka­cja Jo­se­pha sta­ła się za­leż­na od sty­pen­diów udzie­la­nych mu przez zna­ną ka­to­lic­ką in­sty­tu­cję cha­ry­ta­tyw­ną - Sto­wa­rzy­sze­nie Al­ber­ta Wiel­kie­go. To wła­śnie z tą or­ga­ni­za­cją wią­że się jed­na z naj­star­szych i naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­cych le­gend o Go­eb­bel­sie.

Pod­czas roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­nej Jo­seph po­sta­no­wił zro­bić na od­py­tu­ją­cym go księ­dzu jak naj­lep­sze wra­że­nie. Du­chow­ny za­uwa­żył sta­ra­nia mło­de­go, po­pi­su­ją­ce­go się wie­dzą Go­eb­bel­sa i skie­ro­wał roz­mo­wę na te­ma­ty zwią­za­ne z ży­ciem co­dzien­nym. Udzie­la­ne od­po­wie­dzi fak­tycz­nie za­cie­ka­wi­ły księ­dza, lecz wy­cią­gnię­te z nich wnio­ski da­le­kie były od ocze­ki­wań Jo­se­pha i jego ro­dzi­ców.

"Mło­dy czło­wie­ku - miał po­noć stwier­dzić du­chow­ny - ty nie wie­rzysz w Boga. W żad­nym wy­pad­ku nie wol­no ci przy­jąć świę­ceń ka­płań­skich".

Wiel­ka szko­da, że w tej przy­pra­wio­nej fau­stow­ską dra­ma­tur­gią opo­wie­ści nie ma ziar­na praw­dy. Fak­tycz­nie Go­eb­bels po raz pierw­szy zgło­sił się do Sto­wa­rzy­sze­nia Al­ber­ta Wiel­kie­go we wrze­śniu 1917 roku, tuż przed swo­imi dwu­dzie­sty­mi uro­dzi­na­mi. Zro­bił to sam, nie pro­sząc o po­moc ro­dzi­ców, a ko­re­spon­den­cja prze­trwa­ła w ar­chi­wach tej in­sty­tu­cji. Spi­sa­ne dło­nią Jo­se­pha proś­by uka­zu­ją schlud­ny styl pi­sma, bar­dzo szyb­ko prze­cho­dzą­cy w ko­śla­we, po­zor­nie ele­ganc­kie, lecz w wie­lu miej­scach nie­czy­tel­ne esy-flo­re­sy. Do­wia­du­je­my się z nich, że nie­do­szły ksiądz roz­po­czął na­ukę na uni­wer­sy­te­cie, lecz kosz­ty na­uki prze­kra­cza­ły moż­li­wo­ści fi­nan­so­we ro­dzi­ny Go­eb­bel­sów. Pierw­szy list nosi datę 5 wrze­śnia:

Ni­niej­szym pro­szę uni­że­nie (unter­tänigst) Ko­mi­tet Die­ce­zjal­ny Sto­wa­rzy­sze­nia Al­ber­ta Wiel­kie­go o fi­nan­so­we wspar­cie mo­je­go zi­mo­we­go se­me­stru w la­tach 1917-1918. W świę­ta Wiel­kiej Nocy zda­łem eg­za­min koń­co­wy w gim­na­zjum w Rheydt (za­łą­czam świa­dec­two), a na­stęp­nie pod­ją­łem stu­dia uni­wer­sy­tec­kie w Bonn, by kon­ty­nu­ować na­ukę na wy­dzia­łach fi­lo­lo­gii (nie­miec­kiej i ła­ciń­skiej) oraz hi­sto­rii. Ów pierw­szy se­mestr zdo­ła­łem opła­cić z oszczęd­no­ści, któ­re zro­bi­łem, udzie­la­jąc ko­re­pe­ty­cji młod­szym dzie­ciom. Jed­nak­że mu­sia­łem przed­wcze­śnie prze­rwać stu­dia, gdyż bar­dzo szyb­ko wy­czer­pa­łem skrom­ne środ­ki, ja­ki­mi dys­po­no­wa­łem.

Mój oj­ciec pra­cu­je jako urzęd­nik biu­ro­wy, a nie­wiel­kie sumy od­kła­da­ne z jego pen­sji, zwłasz­cza w ze­sta­wie­niu ich ze sta­le ro­sną­cy­mi kosz­ta­mi utrzy­ma­nia, prze­sy­ła­ne są moim dwóm bra­ciom, z któ­rych star­szy słu­ży obec­nie na fron­cie wschod­nim, młod­szy zaś znaj­du­je się we fran­cu­skiej nie­wo­li.

W świę­ta nie mia­łem nie­ste­ty wie­lu oka­zji do za­ro­bie­nia pie­nię­dzy, a wszyst­kie pró­by zna­le­zie­nia za­trud­nie­nia cza­so­we­go koń­czy­ły się nie­po­wo­dze­niem. Bar­dzo chciał­bym kon­ty­nu­ować na­ukę w na­stęp­nym se­me­strze, gdyż z po­wo­du nie­peł­no­spraw­nej nogi zwol­nio­no mnie ze służ­by woj­sko­wej. Moja dal­sza edu­ka­cja za­le­ży w ca­ło­ści od do­bro­czyn­no­ści mych ka­to­lic­kich bliź­nich.

Po­kor­nie pro­szę o speł­nie­nie mej szcze­rej proś­by i gor­li­wie ocze­ku­ję ry­chłej od­po­wie­dzi.

Je­stem prze­ko­na­ny, iż mój nie­daw­ny ka­te­che­ta, Herr Obe­rleh­rer Jo­han­nes Mol­len, po­twier­dzi praw­dzi­wość tego oświad­cze­nia.

Z wy­ra­za­mi sza­cun­ku i od­da­nia

Jo­sef Go­eb­bels (Stud. Fil.)[3]

Dru­gi list, wy­sła­ny 14 wrze­śnia, był jesz­cze bar­dziej ofi­cjal­ny w to­nie:

Jak uni­że­nie in­for­mo­wa­łem w mym po­przed­nim li­ście, nie zdo­ła­łem, z po­wo­du trud­no­ści fi­nan­so­wych, ukoń­czyć ostat­nie­go se­me­stru na­uki. Co wię­cej, pod ko­niec czerw­ca po­wo­ła­no mnie do obo­wiąz­ko­wej służ­by ad­mi­ni­stra­cyj­nej, ale od niej je­stem już wol­ny. W za­ist­nia­łych oko­licz­no­ściach nie mogę przed­sta­wić po­świad­cze­nia mo­ich ocen z pierw­sze­go se­me­stru. Czy jest moż­li­we, aby ze wzglę­du na wzmian­ko­wa­ne oko­licz­no­ści obyć się bez nie­go? Zwłasz­cza iż bez wa­szej ła­ska­wej po­mo­cy będę zmu­szo­ny, z roz­pa­czą, za­nie­chać dal­szej na­uki.

Do­łą­czam for­mu­larz i, gdy tyl­ko otrzy­mam od­po­wiedź, zo­bo­wią­zu­ję się do­słać po­zo­sta­łe do­ku­men­ty.

W ko­lej­nym, rów­nież bar­dzo ofi­cjal­nym li­ście, z datą 18 wrze­śnia, Go­eb­bels oka­zał się jesz­cze bar­dziej bez­po­śred­ni. Co cie­ka­we, opi­su­je w nim sie­bie w trze­ciej oso­bie:

Oj­ciec ni­żej pod­pi­sa­ne­go jest urzęd­ni­kiem biu­ro­wym za­trud­nio­nym w fir­mie W.H. Len­nartz w Rheydt. Jego rocz­ny do­chód waha się w gra­ni­cach 3800-4000 ma­rek. Nie dys­po­nu­je żad­ny­mi po­waż­niej­szy­mi oszczęd­no­ścia­mi ani fun­du­sza­mi. Mat­ka pe­ten­ta rów­nież żyje. Z trzech sy­nów au­tor tej proś­by jest naj­młod­szy. Jego naj­star­szy brat (lat 24) jest ka­no­nie­rem na fron­cie wschod­nim. Dru­gi brat (lat 22) jest jeń­cem wo­jen­nym we Fran­cji. Je­dy­na ży­ją­ca sio­stra ma lat osiem.

Wo­bec ro­sną­cych kosz­tów ży­cia oraz ko­niecz­no­ści utrzy­my­wa­nia dwóch star­szych sy­nów (mają pierw­szeń­stwo z po­wo­du tego, iż są żoł­nie­rza­mi) ro­dzi­ce skła­da­ją­ce­go tę proś­bę nie są w sta­nie wspo­móc fi­nan­so­wo jego dal­szych stu­diów.

Na tej sa­mej kart­ce pra­łat Mol­len do­pi­sał re­ko­men­da­cję:

Herr Go­eb­bels po­cho­dzi z po­rząd­nej, ka­to­lic­kiej ro­dzi­ny i jest oso­bą god­ną po­le­ce­nia z po­wo­du swej re­li­gij­nej po­sta­wy oraz oby­czaj­ne­go za­cho­wa­nia.

Po­dob­ne re­ko­men­da­cje Go­eb­bels do­stał po­nad­to od dwóch in­nych szkol­nych wy­kła­dow­ców.

Do po­da­nia Jo­seph do­łą­czył wy­kaz po­stę­pów w na­uce, a tak­że opi­nie na te­mat swo­je­go po­stę­po­wa­nia i cha­rak­te­ru. Wszyst­kie przed­sta­wia­ły go jako wy­bit­ne­go ucznia. W ru­bry­kach do­ty­czą­cych za­cho­wa­nia, fre­kwen­cji, schlud­no­ści, pil­no­ści i cha­rak­te­ru pi­sma na­uczy­cie­le wpi­sa­li naj­wyż­sze oce­ny - "bar­dzo do­bry". Po­dob­ne noty wy­sta­wio­no mu z re­li­gii, ję­zy­ka nie­miec­kie­go oraz ła­ci­ny. Z gre­ki, ję­zy­ka fran­cu­skie­go, hi­sto­rii, geo­gra­fii, ma­te­ma­ty­ki i fi­zy­ki Jo­seph otrzy­mał oce­nę do­brą. Wy­star­czy­ło to do po­zy­tyw­ne­go roz­pa­trze­nia proś­by. Sto­wa­rzy­sze­nie po­sta­no­wi­ło udzie­lić mu sty­pen­dium w po­sta­ci kil­ku nie­opro­cen­to­wa­nych po­ży­czek. Po trze­ciej proś­bie z 8 paź­dzier­ni­ka, w któ­rej ubie­gał się z po­wa­ża­niem o bez­zwłocz­ne prze­la­nie pie­nię­dzy na za­kup pod­ręcz­ni­ków i opła­tę za­jęć, Go­eb­bels otrzy­mał pierw­szą po­życz­kę w wy­so­ko­ści 185 ma­rek[*]. Po­mię­dzy 1917 a 1920 ro­kiem Sto­wa­rzy­sze­nie Al­ber­ta Wiel­kie­go udzie­li­ło Go­eb­bel­so­wi po­życz­ki na łącz­ną kwo­tę 964 ma­rek. Gdy­by oso­by po­dej­mu­ją­ce tę de­cy­zję wie­dzia­ły, jak wie­le tru­du przy­nie­sie od­zy­ska­nie tych pie­nię­dzy, z pew­no­ścią nie da­ły­by Go­eb­bel­so­wi ani jed­nej mar­ki. Or­ga­ni­za­cja cha­ry­ta­tyw­na mu­sia­ła osta­tecz­nie wstą­pić na dro­gę są­do­wą, a koń­co­wą ugo­dę za­war­to z Go­eb­bel­sem do­pie­ro w 1930 roku, gdy ten był już de­pu­to­wa­nym w Re­ich­sta­gu zna­nym ze swych an­ty­ka­to­lic­kich po­glą­dów. Peł­na do­ku­men­ta­cja tej dłu­giej wal­ki o od­zy­ska­nie na­leż­no­ści prze­trwa­ła w ar­chi­wum wspo­mnia­ne­go sto­wa­rzy­sze­nia[4]. Oprócz po­ży­czek Jo­seph otrzy­my­wał wspar­cie od ojca, któ­ry co mie­siąc ra­to­wał go sumą 50 ma­rek. Od cza­su do cza­su drob­ne kwo­ty prze­ka­zy­wa­ła mu rów­nież w for­mie pre­zen­tów mat­ka.

Nie­miec­kie uni­wer­sy­te­ty mia­ły na po­cząt­ku XX wie­ku tyl­ko czte­ry wy­dzia­ły - teo­lo­gii, me­dy­cy­ny, pra­wa oraz fi­lo­zo­fii. Na tym ostat­nim wy­kła­da­no prze­waż­nie przed­mio­ty, któ­re nie mie­ści­ły się w po­zo­sta­łych trzech ka­te­go­riach, tak róż­ne jak li­te­ra­tu­ra, ma­te­ma­ty­ka, na­uki po­li­tycz­ne, eko­no­mia czy hi­sto­ria sztu­ki. Wy­bie­ra­li go przede wszyst­kim stu­den­ci wią­żą­cy swo­ją przy­szłość z na­ucza­niem, gdyż za­li­cze­nie Sta­at­se­xa­men - eg­za­mi­nu koń­co­we­go - po­zwa­la­ło na ob­ję­cie sta­no­wi­ska na­uczy­cie­la w gim­na­zjum. Uzy­ska­nie ty­tu­łu dok­to­ra nie było obo­wiąz­ko­we, choć więk­szość stu­den­tów de­cy­do­wa­ła się na taki krok, gdyż pod­no­si­ło to ich pre­stiż. Wy­kształ­ce­ni Niem­cy bar­dzo lu­bi­li, gdy zwra­ca­no się do nich Herr Dok­tor. Dok­to­ry­za­cja wy­ma­ga­ła trzech lat na­uki, po któ­rych upły­wie stu­dent pre­zen­to­wał krót­ką roz­pra­wę na te­mat wy­bra­ny przez pro­mo­to­ra, a na­stęp­nie przy­stę­po­wał do eg­za­mi­nu ust­ne­go.

W Bonn Go­eb­bels stu­dio­wał hi­sto­rię oraz li­te­ra­tu­rę, sku­pia­jąc się na pierw­szym eta­pie stu­diów na dra­ma­tach Go­ethe­go. Wstą­pił do Ka­to­lic­kie­go Związ­ku Stu­den­tów no­szą­ce­go na­zwę Uni­tas, co było kro­kiem do­brze wi­dzia­nym w oczach ka­to­lic­kich władz, a z do­ku­men­tów prze­cho­wy­wa­nych przez Sto­wa­rzy­sze­nie Al­ber­ta Wiel­kie­go wy­ni­ka, iż czy­nił po­stę­py w stu­diach. Po pierw­szym se­me­strze wkro­czył jed­nak w nie­po­ko­ją­cy okres cią­głe­go zmie­nia­nia uczel­ni. Stu­dio­wa­nie na dwóch, na­wet trzech uczel­niach nie na­le­ża­ło wów­czas do rzad­ko­ści, lecz oso­bli­wa, czte­ro­let­nia wę­drów­ka Go­eb­bel­sa po ko­lej­nych in­sty­tu­cjach edu­ka­cyj­nych zdra­dza jego nie­co­dzien­ną nie­sta­łość. Let­ni se­mestr 1918 roku Jo­seph roz­po­czął na Uni­wer­sy­te­cie we Fry­bur­gu, gdzie zwol­nio­no go ze wszyst­kich opłat. Stu­dio­wał tam dzie­ła Jo­han­na Jo­achi­ma Winc­kel­man­na, osiem­na­sto­wiecz­ne­go ar­che­olo­ga i hi­sto­ry­ka sztu­ki, sku­pia­jąc się na wpły­wie wy­war­tym przez sta­ro­żyt­ny Rzym i Gre­cję na okres śre­dnio­wie­cza. W zi­mie prze­niósł się jed­nak na uni­wer­sy­tet w Würz­bur­gu, gdzie kon­ty­nu­ował stu­dio­wa­nie hi­sto­rii współ­cze­snej i sta­ro­żyt­nej.

Do na­szych cza­sów prze­trwa­ło kil­ka li­stów na­pi­sa­nych przez Go­eb­bel­sa po­mię­dzy paź­dzier­ni­kiem a li­sto­pa­dem 1918 roku do szkol­ne­go ko­le­gi Frit­za Pran­ga oraz do jego krew­nych. Uka­zu­ją one, w cie­ka­wy spo­sób, prze­mia­nę cha­rak­te­ru Jo­se­pha, stu­den­ta miesz­ka­ją­ce­go z dala od ro­dzin­ne­go domu. Go­eb­bels wy­słał je z Würz­bur­ga. Pierw­szy, opa­trzo­ny datą 2 paź­dzier­ni­ka i za­adre­so­wa­ny do Frit­za, za­wie­ra in­te­re­su­ją­cy ko­men­tarz na te­mat ogól­nych wa­run­ków wpły­wa­ją­cych na fre­kwen­cję stu­den­tów uczą­cych się na nie­miec­kich uni­wer­sy­te­tach w ostat­nich ty­go­dniach i mie­sią­cach Wiel­kiej Woj­ny. Wy­ni­ka z nie­go, że Jo­seph nie wy­brał uczel­ni, któ­rej chciał, gdyż jego de­cy­zja za­le­ża­ła od uprzed­nie­go zna­le­zie­nia miej­sca za­miesz­ka­nia.

Dro­gi Frit­zu,

Przyj­mij moje szcze­re, to przede wszyst­kim, po­wi­ta­nie, i po­zwól, że od razu wy­ra­żę swo­je ogrom­ne nie­za­do­wo­le­nie z fak­tu, iż nie speł­ni­ły się moje wie­lo­let­nie ma­rze­nia, gdyż w tym se­me­strze nie­ste­ty mu­sia­łem po­now­nie za­po­mnieć o Mo­na­chium. W ca­łym mie­ście nie było żad­ne­go wol­ne­go po­ko­ju do wy­na­ję­cia, a sy­tu­acja ży­wie­nio­wa wy­glą­da tam na rów­nie złą. Nie, nie prze­sie­dzia­łem bez­czyn­nie na sta­cji, wy­pła­ku­jąc żale. Spa­ko­wa­łem swój do­by­tek i od­trą­bi­łem, moż­na tak rzec, tak­tycz­ny od­wrót. Za to w Würz­bur­gu uśmiech­nę­ło się do mnie szczę­ście. Zna­la­złem wspa­nia­ły po­kój w domu tuż nad rze­ką. Jest tu bar­dzo do­bry wikt i... Cóż, cze­go moż­na ocze­ki­wać wię­cej w dzi­siej­szych cza­sach? Co do Mo­na­chium, za­mie­rzam spró­bo­wać po­now­nie w trak­cie bo­żo­na­ro­dze­nio­wej prze­rwy.

W dal­szej czę­ści li­stu Go­eb­bels opi­su­je pięk­no sta­re­go Würz­bur­ga, uży­wa­jąc kwie­ci­stych po­rów­nań ro­dem z prze­wod­ni­ka tu­ry­stycz­ne­go, okra­sza­jąc je zna­ny­mi cy­ta­ta­mi, i na­zy­wa­jąc sa­me­go sie­bie mło­dym sy­nem muz:

Na uni­wer­sy­te­cie wszyst­ko w po­rząd­ku. W tym se­me­strze zno­wu sku­piam się na hi­sto­rii sztu­ki i współ­cze­snej li­te­ra­tu­rze nie­miec­kiej. Mam na­dzie­ję, że w zi­mie po­czy­nię duże po­stę­py in atri­bus li­be­ra­li­bus. A co u cie­bie, mój dro­gi przy­ja­cie­lu? Cóż, mam na­dzie­ję, iż w cią­gu naj­bliż­szych ty­go­dni ty rów­nież znaj­dziesz dro­gę do tego prze­pięk­ne­go przy­byt­ku muz. Z pew­no­ścią tego nie po­ża­łu­jesz. A może prze­rwiesz obec­ne za­ję­cia i wpad­niesz na krót­ką wi­zy­tę? Spra­wi­ło by mi to ogrom­ną przy­jem­ność! Wie­czo­rem za­mie­rzam się­gnąć po Ogrod­ni­ka Ra­bin­dra­na­tha Ta­go­re, cu­dow­ny zbiór wier­szy mi­ło­snych, któ­re po­le­cam ci z ca­łe­go ser­ca. Nie za­po­mnij, pro­szę, przy­słać mi drob­ny bo­żo­na­ro­dze­nio­wy ry­su­nek, tak szyb­ko jak bę­dzie to moż­li­we. I po­zdrów ode mnie swo­ją sza­now­ną mat­kę oraz ojca i przyj­mij naj­szczer­sze ży­cze­nia od twe­go Ule­xa.

Ze wspo­mnia­nych li­stów wy­ni­ka ja­sno, że Go­eb­bels uwa­żał sie­bie za czło­wie­ka pió­ra i wy­ko­rzy­sty­wał spo­sob­ność do po­pi­sy­wa­nia się ta­len­tem li­te­rac­kim. Wi­dać to naj­wy­raź­niej w póź­niej­szej ko­re­spon­den­cji, w któ­rej prze­wi­ja się te­mat lo­sów po­le­głe­go w ostat­nich dniach woj­ny Han­sa Pran­ga, bra­ta Frit­za. Jo­seph wy­słał 13 paź­dzier­ni­ka prze­sad­nie ofi­cjal­ny list, ad­re­su­jąc go do ca­łej ro­dzi­ny, w któ­rym sta­rał się po­łą­czyć wy­ra­że­nie oso­bi­stych od­czuć z od­po­wied­nio pod­nio­słym sty­lem pi­sa­nia.

Wła­śnie otrzy­ma­łem od Frit­za okrop­ną wieść o bo­ha­ter­skiej śmier­ci wa­sze­go uko­cha­ne­go syna i bra­ta Han­sa, i od­czu­wam po­trze­bę zło­że­nia mych naj­szczer­szych kon­do­len­cji, do­łą­cza­jąc się do wa­szej ża­ło­by z po­wo­du tej jak­że smut­nej stra­ty. Zwa­żyw­szy, iż przez pe­wien czas Hans był mi oso­bą bar­dzo bli­ską i spę­dzi­łem w jego to­wa­rzy­stwie wie­le wie­czo­rów, po­zwól­cie, że po­świę­cę kil­ka słów, czcząc wspo­mnie­nie mło­de­go bo­ha­te­ra.

Hans był praw­dzi­wym i od­da­nym przy­ja­cie­lem. Za­skar­bił so­bie moje od­da­nie, za­wsze będę po­wta­rzał z dumą, że go zna­łem, swo­im nie­ska­zi­tel­nym i szcze­rym cha­rak­te­rem, praw­dzi­wie szla­chet­ną po­sta­wą i na­tu­ral­nym spo­so­bem by­cia, choć jego po­wścią­gli­wość i krzep­kość nie zjed­ny­wa­ły mu sym­pa­tii w mgnie­niu oka. Miał do za­ofe­ro­wa­nia znacz­nie cen­niej­szy dar: wie­dział, jak zdo­by­wać ser­ca przy­ja­ciół w chwi­lach spę­dza­nych ra­zem w ci­szy... Ve­rehr­te [sza­now­na] ro­dzi­no Prang, my­ślę, że te sło­wa przy­nio­są wam po­krze­pie­nie. Je­śli bo­go­wie fak­tycz­nie umi­ło­wa­li so­bie mło­dych i za­bie­ra­ją ich do sie­bie, wiedz­cie, że Hans na­le­żał do wą­skie­go gro­na wy­brań­ców.

Mniej wię­cej mie­siąc póź­niej, a do­kład­nie 11 li­sto­pa­da 1918 roku, w wa­go­nie mar­szał­ka Fo­cha pod­pi­sa­no za­wie­sze­nie bro­ni. Ten sam wa­gon Go­eb­bels po­le­cił prze­trans­por­to­wać w 1940 roku z po­wro­tem do Com­pi­égne, by Niem­cy mo­gły uczcić try­umf nad Fran­cją. Zło­żo­na sy­tu­acja po­li­tycz­na w kra­ju, któ­ra do­pro­wa­dzi­ła do tego ro­zej­mu, wzbu­dza­ła ogrom­ne emo­cje u więk­szo­ści stu­den­tów, a tak­że wszyst­kich miesz­kań­ców Nie­miec. Nie­miec­kie na­czel­ne do­wódz­two, po­cząt­ko­wo po­pie­ra­ją­ce po­mysł za­wie­sze­nia dzia­łań zbroj­nych, w ostat­niej chwi­li zmie­ni­ło zda­nie, zrzu­ca­jąc od­po­wie­dzial­ność za pod­ję­cie trud­nej de­cy­zji w ca­ło­ści na bar­ki władz cy­wil­nych. Erich Lu­den­dorff, któ­ry w póź­niej­szym okre­sie udzie­lił po­par­cia Hi­tle­ro­wi, ustą­pił ze sta­no­wi­ska do­wód­cze­go pod ko­niec paź­dzier­ni­ka i zbiegł za gra­ni­cę. Gdy klę­ska Nie­miec sta­ła się fak­tem, w ca­łym kra­ju żoł­nie­rze, ma­ry­na­rze i ro­bot­ni­cy zbun­to­wa­li się prze­ciw­ko skom­pro­mi­to­wa­nym wła­dzom, do­ma­ga­jąc się po­ko­ju. 8 li­sto­pa­da po­wo­ła­no w Ba­wa­rii pierw­szy rząd re­pu­bli­kań­ski. Zmu­szo­ny do ab­dy­ka­cji ce­sarz schro­nił się w Ho­lan­dii, gdy tyl­ko zdał so­bie spra­wę, iż nie może dłu­żej po­le­gać na lo­jal­no­ści na­czel­ne­go do­wódz­twa ani woj­ska. 10 li­sto­pa­da w wie­lu nie­miec­kich mia­stach ogło­szo­no wy­buch re­wo­lu­cji so­cja­li­stycz­nej.

W li­ście da­to­wa­nym na 13 li­sto­pa­da i za­adre­so­wa­nym do Frit­za Pran­ga Go­eb­bels opi­sał te wy­da­rze­nie z per­spek­ty­wy stu­den­ta. Co cie­ka­we, jego ów­cze­sne prze­my­śle­nia, a przede wszyst­kim cał­ko­wi­ta ak­cep­ta­cja nie­miec­kiej klę­ski, sto­ją w za­ska­ku­ją­cej sprzecz­no­ści z póź­niej­szy­mi na­ro­do­wo­so­cja­li­stycz­ny­mi po­glą­da­mi na tę kwe­stię:

Kil­ka dni temu mie­li­śmy w Au­di­to­rium Ma­xi­mum duże spo­tka­nie, na któ­re przy­szli pra­wie wszy­scy stu­den­ci z Würz­bur­ga chcą­cy zmie­rzyć się z pa­lą­cy­mi kwe­stia­mi do­ty­czą­cy­mi na­szej obec­nej sy­tu­acji po­li­tycz­nej. W trak­cie de­ba­ty pa­dły zda­nia, któ­re prze­sy­łam ci w od­po­wie­dzi na two­je ser­decz­ne i przy­ja­ciel­skie sło­wa. Dys­ku­to­wa­li­śmy na te­mat tego, w jaki spo­sób nie­miec­cy stu­den­ci po­win­ni się usto­sun­ko­wać do no­wych władz. Je­den ze star­szych ko­le­gów (ran­ny w woj­nie) po­wie­dział tak: "Uwa­żam, że na obec­ną chwi­lę naj­bar­dziej po­żą­da­ną po­sta­wą bę­dzie spo­koj­ne ob­ser­wo­wa­nie wy­da­rzeń. Te­raz górą są śle­pe i sro­gie masy. Ale może na­dej­dzie po­now­nie czas, kie­dy po­czu­ją po­trze­bę in­te­li­gent­ne­go przy­wódz­twa, a wte­dy wkro­czy­my my, z całą na­szą mocą".

Czy i ty nie uwa­żasz, że na­dej­dzie jesz­cze czas, kie­dy lu­dzie za­tę­sk­nią za in­te­lek­tu­al­ny­mi i du­cho­wy­mi war­to­ścia­mi, za­po­mi­na­jąc o po­ku­sach przy­stą­pie­nia do bru­tal­nej masy? Za­cze­kaj­my na ten mo­ment, a w mię­dzy­cza­sie trwaj­my, har­tu­jąc swe umy­sły na cze­ka­ją­ce nas za­da­nie. Ży­cie w mrocz­nych go­dzi­nach na­szej oj­czy­zny jest gorz­kie, ale kto wie, czy nie przy­nie­sie nam pew­ne­go dnia ko­rzy­ści. Z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia Niem­cy zde­cy­do­wa­nie prze­gra­ły tę woj­nę, ale na­sza oj­czy­zna może jesz­cze wyjść z niej zwy­cię­ska.

Do­da­jąc w na­stęp­nym aka­pi­cie ko­lej­ne kon­do­len­cje, koń­czy list cy­ta­tem z Ho­ra­ce­go!

Na se­mestr let­ni 1919 roku Go­eb­bels po­wró­cił do Fry­bur­ga. Choć na­dal nie opła­cał cze­sne­go, a do­dat­ko­wo otrzy­my­wał po­życz­ki do Sto­wa­rzy­sze­nia Al­ber­ta Wiel­kie­go, jego za­pał re­li­gij­ny za­czął słab­nąć, o czym świad­czy wy­stą­pie­nie z Uni­tas.

Se­mestr zi­mo­wy 1919 roku spę­dził na Uni­wer­sy­te­cie Mo­na­chij­skim, gdzie ode­brał ostat­nią ratę po­życz­ki ze Sto­wa­rzy­sze­nia Al­ber­ta Wiel­kie­go. Od tego cza­su prze­stał in­for­mo­wać or­ga­ni­za­cję o zmia­nach uczel­ni oraz po­stę­pach w na­uce, choć po­wi­nien prze­sy­łać sto­sow­ny ra­port przy­naj­mniej raz na dwa­na­ście mie­się­cy. Po­mi­mo dwu­let­nie­go wspar­cia udzie­la­ne­go mu przez ka­to­lic­kie sto­wa­rzy­sze­nie Go­eb­bels po­sta­no­wił ze­rwać sto­sun­ki z Ko­ścio­łem. Nie­ba­wem miał się też zna­leźć pod znacz­nie sil­niej­szym wpły­wem, któ­ry roz­pa­lił jego li­te­rac­kie ma­rze­nia i prze­ko­nał do ka­rie­ry za­wo­do­we­go pi­sa­rza. Te am­bi­cje to­wa­rzy­szy­ły Go­eb­bel­so­wi przez całe ży­cie - ogrom­ne za­licz­ki i ho­no­ra­ria, któ­re po­bie­rał u szczy­tu wła­dzy za pu­bli­ko­wa­ne ar­ty­ku­ły, prze­mo­wy i pa­mięt­ni­ki, za­wsze uwa­żał za po­twier­dze­nie suk­ce­su, jaki od­niósł na polu li­te­ra­tu­ry.

Bar­dzo cie­ka­wy list, któ­ry Jo­seph otrzy­mał od ojca w tym sa­mym okre­sie, opu­bli­ko­wa­no w pew­nym ka­to­lic­kim cza­so­pi­śmie po za­koń­cze­niu dru­giej woj­ny świa­to­wej[5]. Nosi on datę 7 li­sto­pa­da - mło­dy Go­eb­bels prze­by­wał już wów­czas w Mo­na­chium. Wy­ni­ka z nie­go ja­sno, a w szcze­gól­no­ści z ostat­niej czę­ści, że Jo­seph miał skłon­ność do dra­ma­ty­zo­wa­nia na wła­sny te­mat, przed­sta­wia­jąc sie­bie jako "syna mar­no­traw­ne­go", a po­sta­wa ta utrwa­li­ła się i to­wa­rzy­szy­ła mu już do koń­ca ży­cia. Nie tra­cił wia­ry w skry­to­ści du­cha, czuł wręcz po­trze­bę roz­bu­dza­nia żar­li­wych emo­cji nie tyl­ko w so­bie, lecz rów­nież w kon­tak­tach z bli­ski­mi. Ze słów ojca bije szla­chet­ność, co do­brze świad­czy o Go­eb­bel­sie se­nio­rze i uka­zu­je jego uczu­cia do syna, któ­ry w przy­szło­ści miał go tak bar­dzo roz­cza­ro­wać, przy­spa­rza­jąc ogro­mu zmar­twień.

Dro­gi Jo­se­phie,

Mój list z przed­wczo­raj po­wi­nien już do cie­bie do­trzeć. Ale chciał­bym od­nieść się krót­ko raz jesz­cze do two­ich słów z 31 ub. m. Zna­la­złem w nich wie­le po­wo­dów do za­do­wo­le­nia, ale jed­no­cze­śnie spra­wi­ły mi one wie­le bólu. Wie­rzę, że przy odro­bi­nie do­brej woli z obu stron na­szą re­la­cję opar­tą na peł­nym za­ufa­niu moż­na bar­dzo szyb­ko od­bu­do­wać. Rzecz ja­sna, nie osią­gnie­my tego, je­śli nie bę­dziesz w peł­ni szcze­ry i uczci­wy w sto­sun­ku do swo­je­go ojca.

Ni­g­dy nie oka­zy­wa­łeś bra­ku pil­no­ści i wy­trwa­ło­ści w na­uce, a dzię­ki temu zdo­ła­łeś od­nieść suk­ces, któ­re­go mogą ci po­zaz­dro­ścić inni stu­den­ci. Szcze­gól­nie ra­du­je mnie świa­do­mość, iż nie na­ra­zi­łeś na szwank swej mo­ral­no­ści, bo two­je za­pew­nie­nia koją oj­cow­skie ser­ce.

Nie­mniej jed­nak, pi­szesz da­lej: "Lecz je­śli miał­bym utra­cić wia­rę". Wno­szę z tego, że jesz­cze jej się stra­ci­łeś, a je­dy­nie za­drę­czasz się wąt­pli­wo­ścia­mi. W ta­kim ra­zie po­wi­nie­neś zna­leźć po­cie­sze­nie w tym, iż ża­den czło­wiek, a w szcze­gól­no­ści czło­wiek mło­dy, nie jest wol­ny od po­dob­nych zwąt­pień. W isto­cie ci, któ­rzy je od­czu­wa­ją, sta­ją się lep­szy­mi chrze­ści­ja­na­mi. W tym przy­pad­ku nie moż­na od­nieść zwy­cię­stwa bez wal­ki. Dla­te­go też uwa­ża­nie ich za po­wód uni­ka­nia Naj­święt­szych Sa­kra­men­tów jest ogrom­nym błę­dem. Bo któż może stwier­dzić, że za­wsze pod­cho­dził do Sto­łu Pana z czy­sto­ścią dzie­cię­ce­go ser­ca jak pod­czas pierw­szej ko­mu­nii?

Te­raz mu­szę za­dać ci kil­ka py­tań, bo je­śli mamy przy­wró­cić na­szym re­la­cjom daw­ne za­ufa­nie - a nikt nie ży­czył­by so­bie tego bar­dziej ode mnie - nie mogę wąt­pić w szcze­rość twych od­po­wie­dzi:

Czy na­pi­sa­łeś książ­ki lub za­mie­rzasz na­pi­sać co­kol­wiek, co sta­ło­by w sprzecz­no­ści z wia­rą ka­to­lic­ką?

Czy za­mie­rzasz obrać ka­rie­rę nie­od­po­wied­nią dla do­bre­go ka­to­li­ka?

Je­śli od­po­wie­dzia­łeś na oba py­ta­nia prze­czą­co, a two­je wąt­pli­wo­ści są in­nej na­tu­ry, po­wiem ci jed­no: Módl się i nie usta­waj w mo­dli­twach, a ja też będę pro­sił Pana, aby cię wspo­mógł.

Je­śli na­dal bę­dziesz uwa­żał, iż gro­zi ci utra­ta wia­ry, po­zwól, że przy­po­mnę ci rok 1917, kie­dy pew­ne­go ran­ka klę­cza­łeś wraz ze mną przy łóż­ku na­szej dro­giej i śmier­tel­nie cho­rej Eli­sa­beth, mo­dląc się o du­szę za­bie­ra­ne­go nam przed­wcze­śnie anioł­ka. W czym szu­ka­li­śmy wów­czas uko­je­nia? W pro­stej świa­do­mo­ści, iż dro­ga du­szycz­ka otrzy­ma­ła ostat­nie na­masz­cze­nie, a my mo­gli­śmy się za nią mo­dlić ra­zem.

Co­kol­wiek czu­jesz w głę­bi ser­ca, na­wet je­śli two­je wąt­pli­wo­ści są więk­sze niż moje do­my­sły, je­stem pe­wien, że oka­zu­jąc od­wa­gę, od­zy­skasz spo­kój du­cha. A je­śli tak się nie sta­nie, wróć do domu, mój synu, i po­roz­ma­wiaj o tym z nami. Prze­ślę ci opła­tę za po­dróż, kie­dy tyl­ko o nią po­pro­sisz...

Pi­szesz w swo­im li­ście: "Dla­cze­go nie prze­klą­łeś mnie i nie na­zwa­łeś sy­nem mar­no­traw­nym, któ­ry opu­ścił ro­dzi­ców i uciekł na bez­dro­ża"?

A da­lej do­da­jesz: "Je­śli uwa­ża­cie, że nie za­słu­gu­ję dłu­żej na mia­no wa­sze­go syna...".

Jako oj­ciec i ka­to­lik nie uczy­nię ani pierw­sze­go, ani dru­gie­go, lecz będę się za cie­bie mo­dlił tak, jak mo­dli­łem się wcze­śniej.

Nie mu­sisz się spie­szyć z od­po­wie­dzią na ten list, lecz nie ury­waj ko­re­spon­den­cji. Sły­sza­łem, że w dzia­le pa­czek znie­sio­no ob­ostrze­nia, i nie­ba­wem nadam ci pacz­kę z pro­wian­tem.

Z bar­dzo ser­decz­ny­mi po­zdro­wie­nia­mi, ode mnie, two­jej mat­ki, sio­stry i bra­ci, twój nie­zmien­nie ko­cha­ją­cy oj­ciec.

Z po­wyż­sze­go li­stu moż­na wy­cią­gnąć bar­dzo cie­ka­wy wnio­sek - chęć im­po­no­wa­nia, za­rów­no in­nym, jak i sa­me­mu so­bie, do­pro­wa­dzi­ła Go­eb­bel­sa do apo­sta­zji.

W 1920 roku Jo­seph prze­niósł się na uni­wer­sy­tet w He­idel­ber­gu, gdzie rok póź­niej obro­nił pra­cę dok­tor­ską. Na no­wej uczel­ni zna­lazł się pod sil­nym wpły­wem Frie­dri­cha Gun­dol­fa, pro­fe­so­ra po­cho­dze­nia ży­dow­skie­go, a za­ra­zem jed­ne­go z naj­bar­dziej zna­nych ba­da­czy hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry w Niem­czech, au­to­ra bar­dzo zna­nej, na­wet dziś, bio­gra­fii Go­ethe­go. Gun­dolf był nie tyl­ko sza­no­wa­nym na­ukow­cem, lecz rów­nież bar­dzo cie­ka­wą oso­bą przy­cią­ga­ją­cą do sie­bie mło­dych stu­den­tów li­te­ra­tu­ry. Splen­do­ru do­da­wa­ła mu przede wszyst­kim bli­ska zna­jo­mość ze Ste­fa­nem Geo­r­gem, sław­nym ezo­te­rycz­nym po­etą nie­miec­kim z po­cząt­ku XX wie­ku. Gun­dolf od­gry­wał istot­ną rolę w li­te­rac­kim krę­gu sku­pio­nym wo­kół Geo­r­ge­go, a stu­dio­wa­nie pod jego okiem spra­wia­ło, że część sła­wy i splen­do­ru spły­wa­ła na uczniów. Mło­dy stu­dent z pro­win­cjo­nal­ne­go Rheydt z całą pew­no­ścią czer­pał dumę z fak­tu uczęsz­cza­nia na za­ję­cia sław­ne­go pro­fe­so­ra. W He­idel­ber­gu dwu­dzie­sto­trzy­let­ni wów­czas Go­eb­bels oprócz li­te­ra­tu­ry stu­dio­wał jesz­cze hi­sto­rię, fi­lo­lo­gię i sztu­kę.

Na te­mat pra­cy dok­tor­skiej wy­brał ana­li­zę dzieł Wil­hel­ma von Schüt­za, opa­tru­jąc ją pod­ty­tu­łem "Wkład w hi­sto­rię dra­ma­tu ro­man­tycz­ne­go". W póź­niej­szych la­tach Go­eb­bels na­ka­zał usu­nąć swo­ją roz­pra­wę z uni­wer­sy­tec­kie­go ar­chi­wum, zmie­nia­jąc jed­no­cze­śnie jej ty­tuł na: "Du­cho­we i po­li­tycz­ne prą­dy wcze­sne­go ro­man­ty­zmu"[6]. Pia­sto­wał już wów­czas sta­no­wi­sko mi­ni­stra i mu­siał pod­kre­ślić, że jego wcze­sne za­in­te­re­so­wa­nia opi­sy­wa­nym okre­sem mia­ły pod­ło­że wy­łącz­nie po­li­tycz­ne. W rze­czy­wi­sto­ści na jego ów­cze­sny wy­bór wpły­nę­ły wzglę­dy es­te­tycz­ne, a na po­li­ty­kę Go­eb­bels zwró­cił uwa­gę znacz­nie póź­niej.

Tu war­to po­świę­cić chwi­lę, aby przyj­rzeć się do­kład­niej pro­ce­so­wi kształ­to­wa­nia się nie­zwy­kłej oso­bo­wo­ści Jo­se­pha w jak­że istot­nym dla każ­de­go okre­sie prze­cho­dze­nia z wie­ku mło­dzień­cze­go w do­ro­słość. Nikt nie ne­gu­je in­te­li­gen­cji Go­eb­bel­sa, lecz jego po­stę­po­wa­nie wo­bec Sto­wa­rzy­sze­nia Al­ber­ta Wiel­kie­go do­wo­dzi, iż już wów­czas dzia­łał sa­mo­lub­nie i opor­tu­ni­stycz­nie, a po­wyż­sze ce­chy mia­ły w przy­szło­ści sta­no­wić istot­ne ele­men­ty cha­rak­te­ru mi­ni­stra Rze­szy. Mło­dy Go­eb­bels sta­rał się usil­nie unie­za­leż­nić od ro­dzi­ny i od­ciąć od wła­snych ko­rze­ni. Dziś trud­no go so­bie wy­obra­zić jako ubo­gie­go stu­den­ta bła­ga­ją­ce­go o drob­ne po­życz­ki, z ko­niecz­no­ści prze­no­szą­ce­go się co kil­ka mie­się­cy z jed­nej uczel­ni na dru­gą, wy­naj­mu­ją­ce­go małe po­ko­je, w któ­rych pi­sał ko­lej­ne proś­by o za­po­mo­gi i ra­por­ty z po­stę­pów w na­uce, a na­stęp­nie wy­sy­łał je do Sto­wa­rzy­sze­nia Al­ber­ta Wiel­kie­go; z Por­t­stras­se 18 w Bonn; z Bre­isa­cher­stras­se 2, czwar­te pię­tro, we Fry­bur­gu; z Blu­men­stras­se 8, czwar­te pię­tro, w Würz­bur­gu; z Go­ethe­stras­se 8, we Fry­bur­gu; z miesz­ka­nia ro­dzi­ny Vi­gie­rów na Ro­man­stras­se w Mo­na­chium. Do­pie­ro w He­idel­ber­gu, czy­li po swo­ich dwu­dzie­stych trze­cich uro­dzi­nach, mło­dy stu­dent za­czął uświa­da­miać so­bie, na czym mu na­praw­dę za­le­ży, przyj­mu­jąc po­sta­wę zna­mio­nu­ją­cą pew­ność sie­bie po­łą­czo­ną z nie­ma­łą próż­no­ścią.

Miał wie­le po­wo­dów, by od­czu­wać po­trze­bę do­wie­dze­nia wła­snej war­to­ści. Jego nie­wy­kształ­ce­ni ro­dzi­ce mó­wi­li z wy­raź­nym ak­cen­tem, a choć sami uwa­ża­li się za człon­ków niż­szej kla­sy śred­niej, w rze­czy­wi­sto­ści na­le­że­li do kla­sy ro­bot­ni­czej. Jako mło­dzie­niec Jo­seph opu­ścił na trzy lata ro­dzin­ną Nad­re­nię, żeby uczyć się na od­da­lo­nych o wie­le ki­lo­me­trów uczel­niach w Mo­na­chium i He­idel­ber­gu. Na każ­dym uni­wer­sy­te­cie miał stycz­ność z oso­ba­mi wy­kształ­co­ny­mi i oby­ty­mi. Z cza­sem za­czął tra­cić nad­reń­ski ak­cent, acz­kol­wiek nie wy­zbył się go do koń­ca - śla­dy mo­że­my wy­chwy­cić w wy­gła­sza­nych po la­tach pu­blicz­nie prze­mó­wie­niach. Przez cały wspo­mnia­ny okres zma­gał się jed­nak­że z bie­dą, po­le­ga­jąc na skrom­nych su­mach prze­sy­ła­nych przez krew­nych (głów­nie mat­kę), po­życz­kach i pie­nią­dzach, za­ro­bio­nych dzię­ki udzie­la­nym ko­re­pe­ty­cjom lub do­ryw­czym pra­com biu­ro­wym. Wie­my, że więk­szość uczel­ni zwal­nia­ła go z ko­niecz­no­ści opła­ca­nia cze­sne­go, nie­mniej jed­nak ten mło­dy, a jed­no­cze­śnie dum­ny i próż­ny męż­czy­zna z pew­no­ścią był roz­go­ry­czo­ny z po­wo­du swo­je­go ubó­stwa.

Do­dat­ko­wo Go­eb­bels mu­siał się zma­gać z ułom­no­ścią fi­zycz­ną. Był drob­nej po­stu­ry - miał nie­wie­le po­nad pół­to­ra me­tra wzro­stu i wa­żył oko­ło czter­dzie­stu pię­ciu ki­lo­gra­mów. Cho­dził, po­chy­la­jąc ra­mio­na i po­włó­cząc nogą, choć na­uczył się świet­nie ma­sko­wać ów de­fekt. Brak pie­nię­dzy spra­wiał, że oszczę­dzał na je­dze­niu i ubra­niach, więc by od­nieść suk­ces to­wa­rzy­ski świa­do­mie kształ­to­wał wła­sną oso­bo­wość. Miał jed­nak dwie istot­ne za­le­ty, któ­re za­czął wy­ko­rzy­sty­wać w bar­dzo wcze­snym okre­sie swe­go ży­cia. Pierw­szą był głos, piesz­czo­tli­wy lub moc­ny w za­leż­no­ści od oko­licz­no­ści i po­trze­by; dru­gą urok oso­bi­sty.

Twarz mło­de­go Jo­se­pha była po­cią­gła, nos dłu­gi, a ko­ści po­licz­ko­we wy­so­kie. Sze­ro­kie usta ukła­da­ły się w urze­ka­ją­cy uśmiech, któ­rym Go­eb­bels czę­sto się po­słu­gi­wał. Ciem­ne, piw­ne oczy re­ago­wa­ły żywo na emo­cje, a kie­dy za­szła po­trze­ba, mro­zi­ły prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Ład­ne ru­chli­we dło­nie o dłu­gich pal­cach słu­ży­ły za na­rzę­dzie au­to­ek­spre­sji. Wy­mie­nio­ne po­wy­żej ce­chy mia­ły dla Jo­se­pha zna­cze­nie rów­nie duże, jak wro­dzo­na bły­sko­tli­wość i in­te­li­gen­cja. W póź­niej­szych la­tach, o czym się nie­ba­wem prze­ko­na­my, wie­lu wni­kli­wych ob­ser­wa­to­rów ży­cia pu­blicz­ne­go pod­ję­ło pró­by opi­sa­nia cha­rak­te­ru Go­eb­bel­sa. Ani pod wzglę­dem wy­glą­du, ani uspo­so­bie­nia nie pa­so­wał do wy­obra­że­nia ty­po­we­go Aryj­czy­ka. Uro­dą przy­po­mi­nał bar­dziej ro­man­tycz­ne­go Cel­ta, bli­żej mu było, za­rów­no tem­pe­ra­men­tem, jak i men­tal­no­ścią, do Rzy­mia­ni­na niż do Sasa, co traf­nie za­uwa­żył pro­fe­sor Tre­vor-Ro­per[7]. Ne­vi­le Hen­der­son przy­rów­nał go na­wet do ir­landz­kie­go agi­ta­to­ra z cel­tyc­ki­mi na­wy­ka­mi[8].

Jed­ną z pierw­szych na­pi­sa­nych przez Go­eb­bel­sa rze­czy była krót­ka po­wieść Mi­cha­el, któ­ra po­wsta­ła w 1921 roku, tuż po zda­nym eg­za­mi­nie. Jo­seph wy­słał ją do kil­ku wy­daw­nictw, mię­dzy in­ny­mi do Ul­l­ste­in und Mos­se, lecz wszę­dzie spo­tkał się z od­mo­wą jej pu­bli­ka­cji. Do­pie­ro osiem lat póź­niej de­cy­zję o wy­da­niu no­we­li pod­ję­ło na­zi­stow­skie wy­daw­nic­two - Eher Ver­lag[9]. Ta nie­zwy­kła, z li­te­rac­kie­go punk­tu wi­dze­nia po­wieść - Eher wzna­wia­ło ją w na­stęp­nych la­tach kil­ku­krot­nie, za­wsze w ni­skich na­kła­dach - uka­zu­je na­der wy­raź­nie po­sta­wę ży­cio­wą Go­eb­bel­sa z jego stu­denc­kie­go okre­su.

Kie­dy Mi­cha­el tra­fił w koń­cu do księ­garń, Go­eb­bels do­pi­sał do nie­go kwie­ci­stą de­dy­ka­cję dla przy­ja­cie­la Ri­char­da Flis­ge­sa, któ­ry zmarł sześć lat wcze­śniej:

1918

Twe ran­ne ra­mię, wciąż na tem­bla­ku, sza­ry hełm na gło­wie i pierś po­kry­ta or­de­ra­mi - taki sta­ną­łeś przed sta­tecz­ny­mi oby­wa­te­la­mi, zby zdać eg­za­min. Ob­la­li cię, bo nie zna­łeś tego czy tam­te­go. Po­wie­dzie­li, że nie do­ro­słeś.

NA­SZĄ OD­PO­WIE­DZIĄ BYŁA: RE­WO­LU­CJA!

1920

Obaj prze­szli­śmy du­cho­we za­ła­ma­nie i zło­ży­li­śmy broń. Lecz po­mo­gli­śmy so­bie na­wza­jem i prze­sta­li­śmy słab­nąć.

MOJĄ OD­PO­WIE­DZIĄ BYŁ: BUNT!

1923

Rzu­ci­łeś wy­zwa­nie lo­so­wi. Na śmierć i ży­cie! Lecz czas nie doj­rzał i mu­sia­łeś zo­stać po­świę­co­ny.

TWO­JĄ OD­PO­WIE­DZIĄ BYŁA: ŚMIERĆ!

1927

Sta­ną­łem przy two­im gro­bie. Ci­chy, zie­lo­ny kop­czyk w lśnią­cych pro­mie­niach słoń­ca. Mó­wił - Śmier­tel­ność.

MOJĄ OD­PO­WIE­DZIĄ BYŁO: ZMAR­TWYCH­WSTA­NIE!

Flis­ges wy­warł na ży­cie Go­eb­bel­sa trud­ny do spre­cy­zo­wa­nia wpływ. Ten przy­ja­ciel Go­eb­bel­sa zma­gał się z cho­ro­ba­mi, od­niósł na woj­nie po­waż­ną ranę, zo­stał od­zna­czo­ny za mę­stwo. Po za­koń­cze­niu kon­flik­tu zbroj­ne­go, nie mo­gąc do­sto­so­wać się do no­wych wa­run­ków ży­cia, pod­chwy­cił po­glą­dy anar­chi­stów. Z de­dy­ka­cji do­łą­czo­nej do Mi­cha­ela wie­my, że w 1918 roku nie za­li­czył koń­co­we­go eg­za­mi­nu, po­zwa­la­ją­ce­go roz­po­cząć na­ukę na stu­diach. Za­in­te­re­so­wał się wów­czas ide­ami Mark­sa i En­gel­sa, ko­mu­ni­zmem i pa­cy­fi­zmem, wszel­ki­mi for­ma­mi kry­ty­ki po­wo­jen­nych li­be­ral­nych rzą­dów, któ­re po­zwa­la­ły mu wy­ła­do­wać fru­stra­cje i wzbie­ra­ją­cą nie­na­wiść. To wła­śnie Flis­ges pod­su­nął Go­eb­bel­so­wi pra­ce głów­nych teo­re­ty­ków ko­mu­ni­zmu, a tak­że pi­sma Wal­the­ra Ra­the­naua, nie­miec­kie­go po­li­ty­ka i fi­lo­zo­fa[10].

Dzię­ki Flis­ge­so­wi Go­eb­bels od­krył rów­nież Do­sto­jew­skie­go. Przy­ja­cie­le oma­wia­li za­pew­ne czy­ta­ne książ­ki, w któ­rych szu­ka­li po­my­słów na roz­wią­za­nie du­cho­wych dy­le­ma­tów oraz spo­łecz­nych pro­ble­mów. Póź­ne lata mło­dzień­cze były dla obu okre­sem spę­dzo­nym w trud­nej, burz­li­wej at­mos­fe­rze po­wo­jen­nych Nie­miec, wy­jąt­ko­wo trud­nym dla wszyst­kich mło­dych in­te­lek­tu­ali­stów pró­bu­ją­cych za­cho­wać zdro­wą rów­no­wa­gę, za­rów­no w za­kre­sie wy­zna­wa­nych po­glą­dów, jak i wła­sne­go po­stę­po­wa­nia. Go­eb­bels nie od­ciął się w peł­ni od chrze­ści­jań­stwa, a emo­cjo­nal­ny mi­sty­cyzm Do­sto­jew­skie­go pod­sy­cał re­li­gij­ną wy­obraź­nię stu­den­ta li­te­ra­tu­ry. Tuż po ukoń­cze­niu Mi­cha­ela na­pi­sał wier­szo­wa­ny dra­mat Wę­dro­wiec, opo­wia­da­ją­cy o ży­ciu Chry­stu­sa[11]. Ni­g­dy go jed­nak nie wy­dał.

Wcho­dząc w do­ro­słość, Go­eb­bels prze­szedł wraz z przy­ja­cie­lem etap ni­hi­li­zmu, któ­ry po­zo­sta­wił w jego oso­bo­wo­ści pew­ną skłon­ność do de­struk­cji. W póź­niej­szym okre­sie ży­cia czę­sto za­cho­wy­wał się ni­czym draż­li­wy mło­dzian, msz­czą­cy się na spo­łe­czeń­stwie za to, że w jego oczach było nie­do­sta­tecz­nie do­sko­na­łe. Uwa­żał się też za doj­rza­łe­go re­wo­lu­cjo­ni­stę. Wie­lo­krot­nie od­re­ago­wy­wał do­zna­ne w mło­do­ści upo­ko­rze­nia - czy­tał pod­su­wa­ne mu przez Flis­ge­sa roz­pra­wy ży­dow­skich au­to­rów, Mark­sa i Ra­the­naua, i pi­sał ar­ty­ku­ły od­rzu­ca­ne przez re­dak­to­ra na­czel­ne­go "Ber­li­ner Ta­ge­blatt" The­odo­ra Wolf­fa, rów­nież Żyda.

Szu­ka­ją­cy dla sie­bie miej­sca w no­wym świe­cie Flis­ges zna­lazł pra­cę jako ro­bot­nik i w lip­cu 1923 roku zgi­nął w wy­pad­ku w ko­pal­ni. W tym okre­sie ten mło­dy ni­hi­li­sta nie utrzy­my­wał już wła­ści­wie kon­tak­tu z Go­eb­bel­sem, a ten uczy­nił go w swo­ich my­ślach mę­czen­ni­kiem, nie­win­ną ofia­rą nie­go­dzi­wo­ści cha­rak­te­ry­zu­ją­cej nie­miec­ki sys­tem spo­łecz­ny. Pod wpły­wem daw­nej przy­jaź­ni Jo­seph po­łą­czył wła­sne ce­chy z ce­cha­mi Flis­ge­sa i stwo­rzył wy­ide­ali­zo­wa­ną po­stać ro­man­tycz­ne­go wo­jow­ni­ka, a na­stęp­nie uka­zał ją w swo­jej po­wie­ści.

Mi­cha­el li­czy za­le­d­wie trzy­dzie­ści ty­się­cy słów. Go­eb­bels na­pi­sał tę mi­ni­po­wieść w pierw­szej oso­bie, wy­ko­rzy­stu­jąc swo­ją ulu­bio­ną for­mę li­te­rac­ką - pa­mięt­nik. Od dwu­na­ste­go roku ży­cia pro­wa­dził dia­riusz. Ze sty­lu wy­ni­ka nie­zbi­cie, że w mło­do­ści Jo­seph uwa­żał się za wy­jąt­ko­we­go czło­wie­ka. Nar­cy­stycz­ne, pre­ten­sjo­nal­ne sfor­mu­ło­wa­nia przy­po­mi­na­ją pozy i miny ro­bio­ne przed lu­strem. Pa­mięt­nik to za­zwy­czaj za­pis do­ko­nań, spis po­zna­nych lu­dzi i od­wie­dza­nych miejsc, a cza­sa­mi wgląd w oso­bi­ste prze­ży­cia au­to­ra. Mi­cha­el nie od­bie­ga w tym wzglę­dzie od ka­no­nu, lecz Go­eb­bels po­słu­gu­je się w nim ba­nal­ny­mi fra­ze­sa­mi, roz­wle­kły­mi eks­kla­ma­cja­mi i roz­bu­cha­nym emo­cjo­na­li­zmem, ukła­da­jąc je w ro­dzaj bia­łe­go wier­sza. Przy­wo­dzi na myśl skąp­ca głasz­czą­ce­go piesz­czo­tli­wie swo­je sztab­ki zło­ta.

Mi­cha­el to pa­mięt­nik bo­ha­te­ra, któ­ry jest jed­no­cze­śnie żoł­nie­rzem, ro­bot­ni­kiem, po­etą, ko­chan­kiem, pa­trio­tą i re­wo­lu­cjo­ni­stą. Oto jak się za­czy­na:

Już nie rży pod mymi uda­mi ogier; nie gar­bię się już nad ka­ra­bi­nem, nie dep­czę przez błot­ni­stą gli­nę nędz­nych oko­pów.

Ileż mi­nę­ło cza­su, od­kąd prze­mie­rza­łem bez­miar ro­syj­skich pól i zry­ty po­ci­ska­mi kra­jo­braz Fran­cji!

To wszyst­ko prze­szłość!

Ni­czym Fe­niks od­ra­dza­ją­cy się z po­pio­łów woj­ny i znisz­cze­nia. Po­kój!

Sło­wo jak bal­sam na­kła­da­ny na krwa­wią­cą i drżą­cą ranę. Zda­je się, że chwy­tam w dło­nie jego bło­go­sła­wień­stwo.

Kie­dy wy­glą­dam przez okno, wi­dzę nie­miec­ką zie­mię; mia­sta, wio­ski, pola, lasy...

Oj­czy­zna! Niem­cy!

Głów­ny bo­ha­ter po­zo­sta­wia za sobą woj­nę i śmierć, by roz­po­cząć na­ukę na stu­diach. "Pra­gnę chwy­tać z utę­sk­nie­niem ży­cie każ­dą dro­bi­ną mego je­ste­stwa" - stwier­dza póź­niej. Jest pa­nem wła­sne­go losu. Spo­ty­ka daw­nych przy­ja­ciół ze szko­ły, a ci py­ta­ją go, co czy­ta na uni­wer­sy­te­cie. Mi­cha­el za­sta­na­wia się nad od­po­wie­dzią:

12 maja

W rze­czy sa­mej, co?

Wszyst­ko i nic. Je­stem na­zbyt le­ni­wy i, być może, zbyt głu­pi na na­uki ści­słe.

Chcę być czło­wie­kiem. Z wła­snym cha­rak­te­rem.

Oso­bo­wo­ścią! Na dro­dze ku no­wym Niem­com!

17 maja

Od daw­na za­sta­na­wia­łem się, co spra­wia, że tak łap­czy­wie chłep­cę ży­cie.

Bo sto­ję obie­ma no­ga­mi na twar­dej gle­bie mej oj­czy­zny. Osnu­wa mnie jej za­pach. W mych ży­łach wzbie­ra żywo chłop­ska krew.

Wspar­ty przy­jaź­nią Flis­ge­sa Go­eb­bels mógł so­bie po­zwo­lić na snu­cie ma­rzeń o feu­da­li­zmie i ry­cer­sko­ści. Jako Mi­cha­el prze­sta­wał być ka­le­ką, sy­nem miesz­czań­skie­go urzęd­ni­ka, od­rzu­co­nym przez ar­mię ochot­ni­kiem. Du­chem i cia­łem łą­czył się z przy­ja­cie­lem w jed­ną fik­cyj­ną po­stać, pi­sząc jed­no­cze­śnie dwa pa­mięt­ni­ki - je­den zmy­ślo­ny, dru­gi praw­dzi­wy.

Na uni­wer­sy­te­cie Mi­cha­el po­zna­je dziew­czy­nę, Her­thę Holk, i bar­dzo się z nią za­przy­jaź­nia. Cho­dzą ra­zem na dłu­gie spa­ce­ry, to­czą po­waż­ne roz­mo­wy. To wła­śnie jej wy­zna­je swój żar­li­wy pa­trio­tyzm: "Mło­dy Nie­miec, w tych cza­sach, może uczy­nić tyl­ko jed­no - ująć się za Oj­czy­znę"! Gdy jest sam, uty­sku­je na brak pie­nię­dzy (w tych miej­scach prze­pi­su­je za­pew­ne zda­nia z wła­sne­go pa­mięt­ni­ka): "(...) pie­nią­dze to łaj­no, ale łaj­no to nie pie­nią­dze"! Przy dziew­czy­nie zwie­rza się, że uwiel­bia mu­zy­kę i roz­ko­sze mi­ło­ści:

Ty­siąc bzy­czą­cych owa­dów. Nie­mo­żeb­nie zie­lo­na tra­wa. Ca­łu­ję Her­thę Holk w mięk­kie, tę­sk­ne usta. Obo­je je­ste­śmy za­wsty­dze­ni.

Ci­sza, ci­che let­nie po­po­łu­dnie...

Na jej uli­cy się roz­sta­je­my...

Dźwi­gam swe szczę­ście ni­czym słod­ki, słod­ki cię­żar.

Noc!

Wra­cam do mia­sta i zry­wam róże z ogro­do­wych mu­rów.

Co­raz wię­cej i wię­cej róż.

Sta­ję pod oknem Her­thy Holk...

Kła­dę bu­kiet na pa­ra­pe­cie okien­nym.

Je­stem szczę­śli­wy, szczę­śli­wy zmie­rzam do domu.

Bło­ga go­dzi­na!

"Her­tha Holk- za­wsze opi­su­je ją w ten spo­sób, po­da­jąc za­rów­no imię, jak i na­zwi­sko - daje mi na prze­mian ra­dość i siłę. Nie wiem, jak się jej od­wdzię­czę". To ona in­spi­ru­je go do pi­sa­nia.

Mi­cha­el po­zna­je też Iwa­na Wie­nu­row­skie­go - jest to za­pew­ne ko­lej­ne od­bi­cie przy­jaź­ni Go­eb­bel­sa z Flis­ge­sem - po­chmur­ne­go stu­den­ta z Ro­sji, któ­ry po­ży­cza mu Idio­tę Do­sto­jew­skie­go. Po­wieść robi na Mi­cha­elu ogrom­ne wra­że­nie:

Duch Do­sto­jew­skie­go uno­si się nad tą ci­chą i sen­ną zie­mią. Kie­dy Ro­sja się zbu­dzi, świat do­świad­czy na­ro­do­wo­ścio­we­go cudu.

Na­ro­do­wo­ścio­wy cud? Tak wła­śnie! Ta­kie są cuda po­li­tycz­nej na­tu­ry. In­ter­na­cjo­na­lizm jest je­dy­nie do­gma­tem, bo cuda na­ro­du nie dzie­ją się z woli in­te­lek­tu, lecz są spra­wą krwi. A oni mają wolę mocy Le­ni­na. Bez Le­ni­na nie ma bol­sze­wi­zmu.

Po­wtó­rzę raz jesz­cze, to lu­dzie kształ­tu­ją hi­sto­rię. Na­wet je­śli oka­zu­je się ona zła.

Da­lej, w roz­mo­wie z Her­thą, stwier­dza:

My­ślę i dzia­łam tak, jak mu­szę my­śleć i dzia­łać. W nas tkwi de­mon, któ­ry wie­dzie nas ku prze­zna­cze­niu. Nic na to nie po­ra­dzi­my.

Dzię­ki roz­mo­wom z Her­thą i Iwa­nem, a tak­że du­cho­wi po­wie­ści Do­sto­jew­skie­go, Mi­cha­el od­kry­wa w so­bie po­trze­bę pi­sa­nia. Na te­mat wy­bie­ra Je­zu­sa Chry­stu­sa.

Roz­ma­wiam z Chry­stu­sem. My­śla­łem, że go po­ko­na­łem, lecz po­my­li­łem Go tyl­ko z Jego fał­szy­wy­mi ka­pła­na­mi.

Chry­stus jest su­ro­wy i nie­ustę­pli­wy.

Prze­pę­dza ży­dow­skich prze­kup­niów ze Swo­jej świą­ty­ni.

To wy­po­wie­dze­nie woj­ny ma­mo­nie.

Gdy­by ktoś po­stą­pił dziś po­dob­nie, skoń­czył­by w wię­zie­niu lub w domu wa­ria­tów.

Wszy­scy cho­ru­je­my.

Hi­po­kry­zja to ce­cha gni­ją­cej bur­żu­azyj­nej epo­ki.

Kla­sa rzą­dzą­ca jest zmę­czo­na i nie ma dość od­wa­gi na ko­lej­ne przy­go­dy.

In­te­lekt za­truł na­szych ro­da­ków.

A po­tem do­da­je:

Her­tha Holk spo­glą­da na mnie i po­trzą­sa gło­wą.

Na po­do­bień­stwo Do­sto­jew­skie­go Mi­cha­el za­cho­wu­je się jak czło­wiek opę­ta­ny, "ule­ga­ją­cy fan­ta­zmom", cier­pią­cy na "twór­czą sa­mot­ność". Po za­koń­cze­niu se­me­stru Her­tha wra­ca do domu, Mi­cha­el zaś wy­jeż­dża na jed­ną z fry­zyj­skich wysp u pół­noc­ne­go wy­brze­ża Nie­miec, by na­pi­sać dra­mat me­sja­ni­stycz­ny. "Leżę na wzgó­rzu i cze­kam na sło­wo, któ­re spły­nie z ust Boga". Tam też otrzy­mu­je list od Her­thy, któ­ry uka­zu­je, w jaki spo­sób mło­dy Go­eb­bels chciał być po­strze­ga­ny przez ko­bie­ty:

(...) Cza­sa­mi wąt­pię w two­ją mi­łość, a po­tem pła­czę rzew­ny­mi łza­mi. Wy­bacz mi! Cza­sa­mi nie za­sy­piam przez całą noc, tę­sk­niąc za twą sro­gą dumą (...). Wiem, że od­naj­dziesz swą dro­gę, bo je­steś sil­ny. Ale po­wi­nie­neś brać ży­cie ta­kim, ja­kim jest. Nie­wie­le je­ste­śmy wszak w sta­nie zmie­nić. Oszczędź so­bie wszyst­kich ob­jaz­dów. Wiem, co od­po­wiesz - że ob­jaz­dy są nie­kie­dy naj­lep­szy­mi eta­pa­mi dro­gi. Ale pa­mię­taj, że pro­sta dro­ga ni­g­dy nie spro­wa­dzi cię na ma­now­ce.

Two­ja Her­tha Holk

Mi­cha­el stwier­dza na ko­niec: "Praw­dzi­wa ko­bie­ta ko­cha orła", po czym nie­spo­dzie­wa­nie wy­bu­cha gnie­wem:

Nie ma tu w ogó­le Ży­dów, cóż za bło­go­sła­wień­stwo. Ży­dzi wzbu­dza­ją we mnie fi­zycz­ną od­ra­zę, wy­star­czy ich wi­dok. Na­wet nie po­tra­fię ich nie­na­wi­dzić. Za­le­d­wie nimi gar­dzę. Żyd zgwał­cił nasz lud, zbru­kał ide­ały, osła­bił siłę na­ro­du, ska­ził oby­cza­je. Jest tru­ją­cą eg­ze­mą na cie­le na­sze­go scho­ro­wa­ne­go na­ro­du. Nie ma to nic wspól­ne­go z re­li­gią. Albo on znisz­czy nas, albo my jego...

Chry­stus nie mógł być Ży­dem. Nie po­trze­bu­ję żad­nych na­uko­wych do­wo­dów. Tak po pro­stu było!

Ten hi­ste­rycz­ny i wście­kły atak zda­je się nie pa­so­wać do resz­ty i na­le­ży się za­sta­no­wić, czy Go­eb­bels nie do­pi­sał go przy­pad­kiem sie­dem lub osiem lat póź­niej, przy­go­to­wu­jąc książ­kę do dru­ku. Peł­ną od­po­wiedź na to dał­by nam je­dy­nie ory­gi­nal­ny rę­ko­pis. Do­wie­dzie­li­by­śmy się z nie­go, jak wie­le au­tor uznał za sto­sow­ne do­dać, gdy stał się za­wo­do­wym agi­ta­to­rem na­zi­stow­skiej par­tii i jed­nym z naj­za­go­rzal­szych kry­ty­ków mniej­szo­ści ży­dow­skiej. Przed­sta­wio­ny po­wy­żej frag­ment słu­ży je­dy­nie do sfor­mu­ło­wa­nia tezy, iż Chry­stus nie mógł być Ży­dem.

Męż­czyź­ni i ko­bie­ty miesz­ka­ją­cy na wy­spie in­spi­ru­ją Mi­cha­ela ("Chciał­bym zo­stać tu księ­dzem, tłu­ma­czyć tym pro­stym lu­dziom Ka­za­nie na Gó­rze"). Na­zy­wa ich sil­ny­mi i dum­ny­mi. Ko­bie­ty są zdro­we i pięk­ne, "a wiecz­ne mo­rze od­bi­ja się w ich oczach".

Oto­cze­nie po­ru­sza uśpio­ne­go we wnę­trzu re­wo­lu­cjo­ni­stę. We wcze­śniej­szych roz­mo­wach z Her­thą Mi­cha­el dał wy­raz swej nie­na­wi­ści do tchórz­li­we­go, mi­łu­ją­ce­go wła­sność miesz­czań­stwa, któ­re uwa­ża za po­li­czek wy­mie­rzo­ny przez mi­ja­ją­cy wiek krnąbr­nej wol­no­ści mło­dych. Te­raz pi­sze:

Jed­na kla­sa wy­peł­ni­ła swą hi­sto­rycz­ną mi­sję i ustę­pu­je dru­giej. Bur­żu­azja musi ustą­pić kla­sie ro­bot­ni­czej (...). To, co ma upaść, po­win­no być ze­pchnię­te. Wszy­scy je­ste­śmy żoł­nie­rza­mi re­wo­lu­cji. Pra­gnie­my zwy­cię­stwa ro­bot­ni­ków nad brud­ną for­są. Tym jest so­cja­lizm.

Re­asu­mu­jąc, Mi­cha­el jest so­cja­li­stą, pa­trio­tą, wiel­bi­cie­lem mi­tycz­nej rasy pa­nów i wy­znaw­cą Chry­stu­sa, któ­ry, we­dług nie­go, nie był Ży­dem. Iwan za­chę­ca go w li­ście do przy­jaz­du do Mo­na­chium, bo to naj­cie­kaw­sze mia­sto Nie­miec. W ko­lej­nym li­ście Her­tha in­for­mu­je, że wy­na­ję­ła po­kój w Schwa­bing, dziel­ni­cy Mo­na­chium, w któ­rym za­miesz­ka­ją obo­je na czas se­me­stru zi­mo­we­go.

Zwią­zek Mi­cha­ela z Her­thą sta­je się po­waż­niej­szy i bar­dziej zło­żo­ny. Owa zło­żo­ność jest ja­ko­by skut­kiem od­dzia­ły­wa­nia py­chy Mi­cha­ela. Her­tha jest mu za­ra­zem "udrę­ką i wy­ba­wie­niem". "W złe dni nie ra­dzę so­bie bez niej (...). Za­da­ję Her­cie Holk wie­le bólu". Para spę­dza świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia w gó­rach. "Dzię­ku­ję jej za to, że jest mą ulgą i mą siłą (...). Ra­ni­my się wza­jem­nie w nie­istot­nych sprzecz­kach (...). O, góry! Strze­li­ste góry! (...) Na­sze ży­cie to ciąg zbrod­ni i kar, a pro­wa­dzi nas przez nie nie­od­gad­nio­ny los". W Nowy Rok Her­tha zwra­ca się do Mi­cha­ela: "Zo­sta­niesz czło­wie­kiem, któ­ry od­ci­śnie pięt­no dla do­bra oj­czy­zny".

Ko­lej­ne zi­mo­we mie­sią­ce przy­no­szą twór­czą udrę­kę, Mi­cha­el pra­cu­je mo­zol­nie nad dra­ma­tem po­etyc­kim. Wpływ Iwa­na jest co­raz więk­szy. Mi­cha­el na­zy­wa go de­mo­nem. Her­tha nie ufa Ro­sja­ni­no­wi i nie da­rzy go sym­pa­tią, "nie po­tra­fi zro­zu­mieć mej udrę­ki", stwier­dza Mi­cha­el. Ba, czy­ni ją bar­dziej nie­zno­śną. W co­dzien­nych roz­mo­wach prze­wi­ja się nie­prze­rwa­nie te­mat re­wo­lu­cyj­nej po­li­ty­ki:

Na­szych ro­da­ków zmu­szo­no do ży­cia w jarz­mie. Rasę pa­nów [Her­re­nvolk] przy­mu­szo­no do nie­wol­ni­czej pra­cy, od szczy­tów po doły i od do­łów po szczy­ty.

Ale nie do­pro­wa­dzą nas tam prze­mo­wy i re­zo­lu­cje. Trze­ba nam świę­tej bu­rzy.

Niech żyje re­pu­bli­ka - to wy­krzy­ku­ją na uli­cach. A czym jest dla nas re­pu­bli­ka? Niech żyją Niem­cy!

Da­lej stwier­dza z po­wa­gą: "Chcę być dro­go­wska­zem. Chcę słu­żyć oj­czyź­nie".

W przy­pad­ku tego frag­men­tu rów­nież nie mo­że­my mieć pew­no­ści, czy Go­eb­bels nie prze­re­da­go­wał go w 1929 roku, aby na­pi­sa­na za mło­du po­wieść wier­niej od­zwier­cie­dla­ła jego ów­cze­sne po­glą­dy. Mi­cha­el prze­sy­co­ny jest mi­sty­cy­zmem i ni­hi­li­zmem, któ­re au­tor do­pra­wił wes­tchnie­nia­mi za nie­tz­sche­ań­skim bo­ha­te­rem - to za­po­wiedź przy­szłe­go sto­sun­ku Go­eb­bel­sa do Hi­tle­ra. Ustę­py od­no­szą­ce się do an­ty­se­mi­ty­zmu i me­sja­ni­zmu brzmią jed­nak­że znacz­nie ostrzej i bar­dziej sta­now­czo niż po­zo­sta­łe. Na przy­kład róż­nią się dia­me­tral­nie od nie­co de­mo­nicz­ne­go dia­lo­gu Mi­cha­ela z Iwa­nem.

- Iwa­nie Wie­nu­row­ski, chcesz ogra­bić mnie z mo­jej oj­czy­zny. Ro­bisz ze mnie że­bra­ka.

- To le­d­wie bóle dzie­cię­ce­go wie­ku. Chcę cię na­uczyć, dać ci od­wa­gę.

- Za­czy­nam wąt­pić.

- Tak wła­śnie wy­glą­da świat.

- Je­steś dia­błem.

- Dia­beł to wszak upa­dły anioł.

- Nie­na­wi­dzę cię!

- To bez zna­cze­nia. Nie wy­pusz­czę cię, Mi­cha­elu!

- A więc chcesz mnie znie­wo­lić?

- Tak, chcę.

Wsta­łem i ude­rzy­łem go w twarz.

W mar­cu Mi­cha­el otrzy­mu­je list od Her­thy, a w nim na­stę­pu­ją­ce sło­wa: "Cier­pię z two­je­go po­wo­du. Dla­cze­go nie mo­że­my sie­bie zro­zu­mieć? Ko­cham cię po­nad mia­rę. Dla­te­go tak bar­dzo cier­pię. Je­śli roz­pa­czasz, będę roz­pa­czać z tobą, nie znaj­du­jąc w ni­czym opar­cia (...)".

W kwiet­niu Mi­cha­el wy­jeż­dża po­now­nie w góry. Po po­wro­cie od­bie­ra od Her­thy ko­lej­ny list - in­for­mu­je go w nim o roz­sta­niu. Zroz­pa­czo­ny idzie pod dom dziew­czy­ny, lecz jej tam nie za­sta­je. Nikt nie wie, do­kąd wy­je­cha­ła.

Dzie­sięć dni póź­niej do­zna­je wiel­kie­go ob­ja­wie­nia. 27 kwiet­nia uda­je się przy­pad­kiem na po­li­tycz­ny mi­tyng, gdzie wy­słu­chu­je prze­mo­wy ano­ni­mo­we­go mów­cy o nie­prze­cięt­nym uro­ku i bi­ją­cej od nie­go mocy:

(...) Sie­dzę w sali, w któ­rej je­stem po raz pierw­szy. Po­śród cał­ko­wi­cie ob­cych mi lu­dzi. Bied­nych i wy­nisz­czo­nych. Ro­bot­ni­ków, żoł­nie­rzy, ofi­ce­rów, stu­den­tów. Le­d­wie zwra­cam uwa­gę, że czło­wiek ten za­czy­na mó­wić - z po­cząt­ku po­wo­li i z wa­ha­niem.

Na­gle sło­wa za­czy­na­ją pły­nąć wart­kim stru­mie­niem. A nad gło­wą ja­śnie­je świa­tło. Słu­cham. Je­stem urze­czo­ny. Ho­nor! Pra­ca! Sztan­dar! Czy dla tych lu­dzi, od któ­rych Bóg cof­nął swą świę­tą dłoń, sło­wa te coś jesz­cze zna­czą?

Wi­dow­nia pro­mie­nie­je. Na­dzie­ja świ­ta na sza­rych twa­rzach. Ktoś za­ci­ska dłoń w pięść. Ktoś ocie­ra spo­co­ne czo­ło. Sta­ry żoł­nierz łka ni­czym dziec­ko.

Jest mi na zmia­nę zim­no i go­rą­co. Nie wiem, co się ze mną dzie­je. Zda­je mi się, że sły­szę wy­strza­ły ar­mat­nie. Grup­ka żoł­nie­rzy wsta­je, by za­krzyk­nąć: "Hura!". Nikt nie zwra­ca na nich uwa­gi.

Czło­wiek na po­dium mówi, a to, co we mnie kieł­ko­wa­ło, na­bie­ra kształ­tu.

Cud!

Po­śród ruin zna­lazł się ktoś, kto wska­zał nam sztan­dar.

Lu­dzie obok mnie prze­sta­ją być nie­zna­jo­my­mi. Sta­ją się brać­mi. Pod­cho­dzę do try­bu­ny i spo­glą­dam w twarz męż­czy­zny.

Nie jest on mów­cą! To pro­rok!

Pot spły­wa po jego twa­rzy. Para oczu ża­rzy się na tle bla­dej skó­ry. Za­ci­ska moc­no pię­ści.

I ni­czym na są­dzie osta­tecz­nym grzmi sło­wo po sło­wie, zda­nie po zda­niu.

Nie wiem, co po­cząć. Je­stem bli­ski obłę­du.

Krzy­czę: "Hura!". I nikt mnie nie sły­szy.

Męż­czy­zna zer­ka na mnie spo­nad mów­ni­cy. Błę­kit­ne spoj­rze­nie prze­ni­ka mnie ni­czym pło­mień. To roz­kaz!

Czu­ję się jak nowo na­ro­dzo­ny.

Te­raz już wiem, do­kąd pro­wa­dzi moja ścież­ka. Ścież­ka do­ro­sło­ści. Je­stem oszo­ło­mio­ny.

Pa­mię­tam tyl­ko za­ci­ska­ją­cą się na mym ra­mie­niu dłoń tego czło­wie­ka. To przy­się­ga na całe ży­cie.

Moje oczy na­po­ty­ka­ją dwie błę­kit­ne gwiaz­dy.

To po­nadzmy­sło­we do­świad­cze­nie wy­wie­ra na Mi­cha­elu tak duże wra­że­nie, że po­sta­na­wia bez sło­wa opu­ścić Mo­na­chium. Wy­jeż­dża do He­idel­ber­gu, gdzie spę­dza czas na czy­ta­niu ksią­żek i ga­zet lub bez­czyn­nym sie­dze­niu "ca­ły­mi go­dzi­na­mi, obo­jęt­ny, bez celu". Oso­bli­wy wpływ ano­ni­mo­we­go mów­cy na Mi­cha­ela za­dzi­wia. Wy­da­je się, że Go­eb­bels chciał, aby dy­na­micz­ne spo­tka­nie z me­sja­szem do­pro­wa­dzi­ło do uni­ce­stwie­nia in­te­lek­tu­al­ne­go ni­hi­li­zmu głów­ne­go bo­ha­te­ra. Ist­nie­je jed­nak praw­do­po­do­bień­stwo, że Go­eb­bels fak­tycz­nie usły­szał w czerw­cu 1922 roku (czy­li pod­czas pi­sa­nia po­wie­ści) prze­mo­wę Hi­tle­ra, a ta wy­war­ła na nim pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie. Z dru­giej stro­ny, cy­to­wa­ny frag­ment oraz ustęp opi­su­ją­cy po­now­ne spo­tka­nie z mów­cą mogą być do­da­ny­mi póź­niej wstaw­ka­mi.

Jed­nak Mi­cha­el nie wie, co po­wi­nien zro­bić. Osta­tecz­nie de­cy­du­je:

Ży­cie moż­na za­cho­wać je­dy­nie wte­dy, gdy go­to­wi je­ste­śmy za nie zgi­nąć. Kla­sa pra­cu­ją­ca ma w Niem­czech mi­sję do speł­nie­nia. Zba­wie­nie Nie­miec to mi­sja o zna­cze­niu dla ca­łe­go świa­ta. Bo je­śli zgi­ną Niem­cy, na świe­cie za­pa­nu­ją ciem­no­ści.

Mi­cha­el na­bie­ra na­stęp­nie cech swe­go dru­gie­go pier­wo­wzo­ru, Ri­char­da Flis­ge­sa. Opusz­cza uni­wer­sy­tet, by zo­stać gór­ni­kiem. Za­miesz­ku­je u gór­ni­czej ro­dzi­ny, w pu­stym po­ko­ju ma je­dy­nie łóż­ko, krze­sło i sto­lik. Za­bie­ra ze sobą tyl­ko dwie książ­ki - Bi­blię i Fau­sta. Od tego mo­men­tu utrzy­mu­je się z cięż­kiej pra­cy fi­zycz­nej. Jest z sie­bie dum­ny, choć sa­mot­ny. Na­dal ko­cha Her­thę. "Ko­cha­łem Her­thę Holk i za­pew­ne będę ją ko­chał za­wsze. Ale nie jest to­wa­rzysz­ką, któ­ra może ko­goś zro­zu­mieć w peł­ni". Póź­niej prze­no­si się do ko­pal­ni w Ba­wa­rii, gdzie po­now­nie wy­słu­chu­je wy­stą­pie­nia ano­ni­mo­we­go mów­cy:

Tego wie­czo­ru za­sia­dłem w du­żej sali z ty­sią­cem in­nych osób i zo­ba­czy­łem go po­now­nie. Wy­słu­cha­łem tego, któ­ry mnie prze­bu­dził.

Stoi po­śród gru­py wier­nych. Zda­je się, że urósł. Tkwi w nim ogrom­na siła, a z wiel­kich błę­kit­nych oczu bły­ska mo­rze świa­tła.

Sia­dam po­śród ze­bra­nych, lecz od­no­szę wra­że­nie, że prze­ma­wia wprost do mnie.

Mówi o bło­go­sła­wień­stwie pra­cy! To, cze­go do­my­śla­łem się, bądź co prze­czu­wa­łem, ubie­ra w sło­wa. Moja re­li­gia i moja wia­ra: tu na­bie­ra­ją kształ­tu.

Czu­ję, jak jego siła wy­peł­nia mą du­szę. Tu są mło­de Niem­cy, tu są ko­wa­le no­wej Rze­szy. Jesz­cze ko­wa­dła, lecz wkrót­ce mło­ty.

Tu jest moje miej­sce.

Wo­kół sie­dzą lu­dzie, któ­rych wi­dzę po raz pierw­szy w ży­ciu. Czu­ję się jak dziec­ko, do oczu na­pły­wa­ją łzy.

W paź­dzier­ni­ku Mi­cha­el do­wia­du­je się, że Iwan, któ­ry w mię­dzy­cza­sie wró­cił do Pe­ters­bur­ga (Le­nin­gra­du), gi­nie w po­li­tycz­nym za­ma­chu.

Ostat­ni wpis w krót­kim pa­mięt­ni­ku nosi datę 29 stycz­nia. Go­spo­dy­ni pro­si go, aby nie scho­dził na­za­jutrz do ko­pal­ni. Śni­ło się jej, że zgi­nął przy­gnie­cio­ny gła­zem. Mi­cha­el wy­śmie­wa te oba­wy i gi­nie, po­dob­nie jak Flis­ges, w wy­pad­ku. Książ­ka koń­czy się li­stem na­pi­sa­nym przez jed­ne­go z gór­ni­ków, w któ­rym in­for­mu­je Her­thę Holk, że Mi­cha­el zgi­nął z uśmie­chem na ustach, a w swo­im eg­zem­pla­rzu Tako rze­cze Za­ra­tu­stra Nie­tz­sche­go za­zna­czył na­stę­pu­ją­cy frag­ment: "Wie­lu umie­ra zbyt póź­no, nie­któ­rzy umie­ra­ją zbyt wcze­śnie. Obco brzmi jesz­cze na­uka: Umie­raj w porę!".

Mi­cha­ela wy­da­no po raz pierw­szy w 1929 roku, mniej wię­cej sie­dem lat po tym, jak po­wsta­ła ta po­wieść. Go­eb­bels był już wów­czas gau­le­ite­rem Ber­li­na i de­pu­to­wa­nym w Re­ich­sta­gu. Kie­ro­wał po­nad­to wy­dzia­łem pro­pa­gan­dy par­tii na­zi­stow­skiej. Miał­by za­tem po­wód do do­da­nia kil­ku frag­men­tów, aby dać do zro­zu­mie­nia czy­tel­ni­kom, że już w mło­do­ści do­strzegł świa­tło i ob­wie­ścił na­dej­ście no­we­go me­sja­sza. Jak się nie­ba­wem prze­ko­na­my, pod­czas spo­tka­nia z przy­szłym przy­wód­cą naj­więk­sze wra­że­nie na mło­dym Go­eb­bel­sie wy­war­ły błę­kit­ne oczy Hi­tle­ra, a spoj­rze­nie tego ora­to­ra za­uro­czy­ło Mi­cha­ela.

Udo­ku­men­to­wa­no, że w la­tach na­stę­pu­ją­cych po mi­li­tar­nej klę­sce Nie­miec nor­my mo­ral­ne w Niem­czech ule­gły po­waż­ne­mu roz­luź­nie­niu. Mło­de ko­bie­ty, na­wet te po­cho­dzą­ce z sza­no­wa­nych ro­dzin, uzna­ły cno­tli­wość za nie­mod­ny prze­ży­tek. W sto­li­cy i każ­dym du­żym mie­ście za­pa­no­wa­ło przy­zwo­le­nie na roz­wią­złość oby­cza­jo­wą. Mło­dzi lu­dzie za­czę­li się bun­to­wać prze­ciw­ko kon­tro­li na­rzu­ca­nej przez ka­to­lic­ki i pro­te­stanc­ki Ko­ściół oraz sztyw­nym za­sa­dom nor­mu­ją­cym ży­cie bur­żu­azji. Do­pie­ro w po­ło­wie lat dwu­dzie­stych XX wie­ku pod­ję­to pró­by przy­wró­ce­nia w kla­sach śred­nich daw­nych za­sad po­stę­po­wa­nia, nie­mniej jed­nak okres doj­rze­wa­nia Jo­se­pha Go­eb­bel­sa i sta­wia­nia pierw­szych kro­ków w do­ro­słość to czas swo­bo­dy oby­cza­jo­wej i eko­no­micz­nej nie­sta­bil­no­ści, któ­ra do­pro­wa­dzi­ła osta­tecz­nie do ga­lo­pu­ją­cej hi­per­in­fla­cji mar­ki. Z pa­mięt­ni­ków obej­mu­ją­cych lata 1925-1926 do­wia­du­je­my się, że Go­eb­bels od­czu­wał dumę ze swo­jej spraw­no­ści sek­su­al­nej, a jed­no­cze­śnie ob­se­syj­nie za­mar­twiał się wła­snym ubó­stwem.

Pierw­sze wzmian­ki o po­waż­nym związ­ku Go­eb­bel­sa z ko­bie­tą do­ty­czą nie­ja­kiej Anki Stahl­hern[12]. Nie była to szczę­śli­wa mi­łość i na­der wier­nie od­da­je ją opis prze­żyć Mi­cha­ela i Her­thy Holk. Zwią­zek ten trwał od oko­ło 1918 do 1922 roku. Prang za­pa­mię­tał, że Anka była ład­ną i peł­ną ży­cia blon­dyn­ką; po­cho­dzi­ła z do­brej ro­dzi­ny, sto­ją­cej na wyż­szym szcze­blu dra­bi­ny spo­łecz­nej niż Go­eb­bel­so­wie. To ro­dzi­ce Anki sprze­ci­wi­li się jej związ­ko­wi z Jo­se­phem i osta­tecz­nie do­pro­wa­dzi­li do jego roz­pa­du, choć z oca­la­łej ko­re­spon­den­cji wy­ni­ka, że mło­dzi lu­dzie nie czu­li się ze sobą szczę­śli­wi[13]. Wspo­mnia­ne li­sty (da­to­wa­ne na lata 1918-1920) uka­zu­ją po­nad­to na­ra­sta­ją­ce stop­nio­wo roz­cza­ro­wa­nie Go­eb­bel­sa Ko­ścio­łem ka­to­lic­kim. W jed­nym z tych li­stów ciot­ka Anki po­mstu­je z roz­go­ry­cze­niem na za­cho­wa­nie Jo­se­pha wo­bec dziew­czy­ny, gdyż wi­dzia­ła, jak ta wy­my­ka się ze swo­je­go po­ko­ju o bar­dzo wcze­snej po­rze. Wzbu­rzo­na ciot­ka nie po­tra­fi do­strzec sen­su w wią­za­niu się Anki z ubo­gim stu­den­tem, któ­ry z pew­no­ścią nie bę­dzie w sta­nie utrzy­mać sie­bie ani przy­szłej żony.

O kry­zy­sie uczu­cio­wym Go­eb­bel­sa we wspo­mnia­nym okre­sie świad­czy rów­nież jego "Ostat­nia Wola i Te­sta­ment" z 1 paź­dzier­ni­ka 1920 roku[14]. Kłó­cą­cy się sta­le z Anką Jo­seph po­sta­na­wia "skoń­czyć z tym ży­ciem, któ­re sta­ło się pie­kłem" i wy­zna­cza star­sze­go bra­ta Han­sa na "za­rząd­cę li­te­rac­kiej spu­ści­zny" (li­te­ra­ri­scher Na­chlas­sver­wal­ter), gdyż sam za­mie­rza po­peł­nić sa­mo­bój­stwo. Uży­ty przez Go­eb­bel­sa zwrot, pa­su­ją­cy bar­dziej do war­to­ścio­wych dzieł uzna­nych pi­sa­rzy, od­no­sił się do nie­opu­bli­ko­wa­nych ni­g­dzie szki­ców sztuk te­atral­nych, wier­szy i ese­jów, z któ­rych był on, po­mi­mo ko­lej­nych od­mów ich pu­bli­ka­cji, dum­ny - nie­współ­mier­nie do ich war­to­ści. Do­ku­ment, któ­ry prze­trwał w ro­dzin­nym ar­chi­wum, stał­by się za­pew­ne hi­sto­rycz­ną cie­ka­wost­ką, gdy­by nie po­słu­żył za pod­sta­wę dłu­go­trwa­łe­go spo­ru są­do­we­go o pra­wa au­tor­skie. Otóż bli­ski śmier­ci Hans wy­słu­chał opie­ku­ją­cej się nim pie­lę­gniar­ki i za­cho­wał "do­ro­bek" młod­sze­go bra­ta, choć ten na­ka­zał mu go znisz­czyć w ostat­nich ty­go­dniach woj­ny.

Anka po­ja­wi­ła się jesz­cze w ży­ciu Jo­se­pha w póź­niej­szym okre­sie - po­pro­si­ła go o pra­cę w mi­ni­ster­stwie. Go­eb­bels za­ła­twił jej an­gaż w ze­spo­le re­dak­cyj­nym cza­so­pi­sma "Die Dame", cze­go chy­ba po­ża­ło­wał, gdyż daw­na mi­łość mia­ła w zwy­cza­ju prze­chwa­lać się zbio­rem wier­szy He­in­ri­cha He­ine­go, po­ety ży­dow­skie­go po­cho­dze­nia, w któ­rym mi­ni­ster za mło­du wpi­sał jej kwie­ci­stą de­dy­ka­cję! Go­eb­bels wsty­dził się, rzecz ja­sna, bar­dziej swe­go za­uro­cze­nia He­inem - jego wier­sze ka­zał wszak pa­lić - niż zna­jo­mo­ści z uro­dzi­wą dziew­czy­ną.

Po nie­uda­nej przy­go­dzie mi­ło­snej z Anką Jo­seph nie tra­cił cza­su i bar­dzo szyb­ko za­przy­jaź­nił się z nie­ja­ką Else. Fritz Prang, uwa­ża­ją­cy don­żu­ane­rię przy­ja­cie­la za prze­jaw kom­plek­sów i po­trze­by po­pi­sy­wa­nia się przed in­ny­mi, znał do­brze mło­dą na­uczy­ciel­kę, Almę, pra­cu­ją­cą w szko­le w Rheydt, i to ona przed­sta­wi­ła Go­eb­bel­so­wi Else. Po za­koń­cze­niu stu­diów Jo­seph wró­cił do ro­dzin­ne­go mia­sta w po­szu­ki­wa­niu pra­cy, któ­ra po­zwo­li­ła­by mu na dal­sze snu­cie pla­nów zwią­za­nych z ka­rie­rą li­te­rac­ką lub dra­ma­to­pi­sar­ską. Else, po­dob­nie jak Alma, pra­co­wa­ła w miej­sco­wej szko­le, cho­ciaż sama po­cho­dzi­ła z Du­is­bur­ga. Szyb­ko za­przy­jaź­ni­ła się z całą ro­dzi­ną Go­eb­bel­sów, za­chę­ca­ła na­wet małą Ma­rię do szy­deł­ko­wa­nia i ćwi­czeń fi­zycz­nych pod­czas czę­stych od­wie­dzin w domu Jo­se­pha. Jak sama przy­zna­ła, po­wo­li za­ko­chi­wa­ła się w bły­sko­tli­wym i nie­tu­zin­ko­wym mło­dzień­cu, a pierw­szą ce­chą, na któ­rą zwró­ci­ła uwa­gę, były jego pięk­ne i żywe oczy ("Cały był ocza­mi"). Fritz, Alma, Jo­seph i Else two­rzy­li przez pe­wien okres szczę­śli­wą gru­pę przy­ja­ciół, któ­ra wy­bie­ra­ła się wspól­nie na pie­sze wę­drów­ki (Go­eb­bels prze­stał ukry­wać swo­je ka­lec­two), rej­sy łód­ka­mi, od­wie­dza­ła ka­wiar­nie, dys­ku­to­wa­ła i flir­to­wa­ła w du­żym domu za­moż­nych Pran­gów. Fritz za­in­te­re­so­wał się po­li­ty­ką i na po­cząt­ku 1922 roku wstą­pił do NSDAP. Jo­se­pha po­cią­ga­ły wów­czas wy­łącz­nie li­te­ra­tu­ra i dzien­ni­kar­stwo. Prze­ko­nał na­wet Else do swo­je­go nie­prze­cięt­ne­go, jego zda­niem, ta­len­tu pi­sar­skie­go. Do gro­na przy­ja­ciół przy­łą­czał się cza­sa­mi Flis­ges, któ­ry do­rzu­cał do dys­ku­sji wła­sne ni­hi­li­stycz­ne po­glą­dy i sło­wa świad­czą­ce o za­mi­ło­wa­niu do dzieł Do­sto­jew­skie­go. Else za­pa­mię­ta­ła go jako przy­stoj­ne­go ide­ali­stę i ma­rzy­cie­la.

Go­eb­bels nie chciał pra­co­wać w szkol­nic­twie. Wszy­scy sta­ra­li się prze­ko­nać go do pod­ję­cia pra­cy w za­wo­dzie na­uczy­cie­la, gdyż był to wręcz ide­al­ny wy­bór dla do­brze wy­kształ­co­ne­go mło­dzień­ca bez gro­sza przy du­szy i na­dal miesz­ka­ją­ce­go z ro­dzi­ca­mi. Jo­seph nie mi­gał się od pra­cy, wie­lo­krot­nie za­trud­niał się do­ryw­czo, nie chciał jed­nak za­czy­nać mo­no­ton­nej ka­rie­ry bel­fra. Miał więk­sze i wznio­ślej­sze ma­rze­nia, bez­u­stan­nie pro­sił Almę i Else o prze­pi­sa­nie wstęp­nych wer­sji swo­ich sztuk, wier­szy, po­wie­ści i ar­ty­ku­łów, gdyż jego schlud­ne z po­zo­ru pi­smo było w rze­czy­wi­sto­ści bar­dzo nie­czy­tel­ne. Pi­sar­skie pró­by Go­eb­bel­sa nie prze­ło­ży­ły się jed­nak­że na za­wo­do­wy suk­ces na polu li­te­rac­kim. Nie­zmien­nie spo­ty­kał się z od­mo­wą wy­daw­ców i re­dak­to­rów na­czel­nych. Nie wy­pro­wa­dził się z ro­dzin­ne­go domu i za­ra­biał do­ryw­czo ko­re­pe­ty­cja­mi oraz pro­wa­dze­niem księ­go­wo­ści. Mimo nie­po­wo­dzeń nie prze­sta­wał pi­sać.

To Else zna­la­zła Jo­se­pho­wi etat, oba­wia­jąc się o jego zdro­wie, a na­wet ży­cie. Jej krew­ni zna­li za­stęp­cę kie­row­ni­ka ko­loń­skiej fi­lii Dresd­ner Bank i za jego wsta­wien­nic­twem Go­eb­bels otrzy­mał tam po­sa­dę biu­ro­wą. Szcze­rze jej nie zno­sił, więc prze­le­wał wła­sne nie­za­do­wo­le­nie na pod­le­ga­ją­cych mu pra­cow­ni­ków. Jed­nak prze­pra­co­wał w ban­ku oko­ło dzie­wię­ciu mie­się­cy. Na ra­tu­nek po­spie­szył Jo­se­pho­wi Prang, któ­ry wy­szu­kał mu pra­cę na ko­loń­skiej gieł­dzie pa­pie­rów war­to­ścio­wych. Dzię­ki temu Go­eb­bels po raz pierw­szy zro­bił uży­tek ze swo­je­go dźwięcz­ne­go gło­su nie w trak­cie pło­mien­nej po­li­tycz­nej prze­mo­wy, jak póź­niej twier­dził, lecz na par­kie­cie gieł­do­wym, gdy wy­krzy­ki­wał zmia­ny cen ak­cji spół­ek I.G. Far­ben, Krupp i Ve­re­inig­te Stahl­wer­ke. Jo­seph nie miał też żad­nej stycz­no­ści z nie­miec­kim ru­chem opo­ru, dzia­ła­ją­cym w oku­po­wa­nym przez Fran­cu­zów Za­głę­biu Ruh­ry, a od­zna­kę człon­ka NSDAP, jed­ną z pierw­szych, po­mógł mu zdo­być Prang, gdy było to jesz­cze sto­sun­ko­wo ła­twe. W póź­niej­szych la­tach, kie­dy na­wet trzy- i czte­ro­cy­fro­we nu­me­ry iden­ty­fi­ka­cyj­ne człon­kow­skie sta­ły się do­wo­dem po­li­tycz­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia, le­gi­ty­ma­cje z nimi sprze­da­wa­no na czar­nym ryn­ku za ogrom­ne sumy. Go­eb­bels utrzy­my­wał, że do NSDAP wstą­pił już w 1922 roku, za­raz po tym, jak wy­słu­chał prze­mó­wie­nia wy­gło­szo­ne­go przez Hi­tle­ra w Mo­na­chium (po­dob­nie jak Mi­cha­el), i otrzy­mał nu­mer 8762. Jest to jed­nak mało praw­do­po­dob­ne. Po­dob­nie jak to, że wy­słał do osa­dzo­ne­go w wię­zie­niu w Lands­ber­gu Hi­tle­ra list. W roku 1923, czy­li w okre­sie, gdy pra­co­wał w ban­ku i na gieł­dzie, nie an­ga­żo­wał się w ogó­le w dzia­łal­ność pro­pa­gan­do­wą, Hi­tle­ra spo­tkał zaś za­pew­ne do­pie­ro w 1925 roku.

To wła­śnie w tym cza­sie w umy­śle Go­eb­bel­sa za­kieł­ko­wa­ły na­sio­na ra­dy­ka­li­zmu i za­ja­dłe­go an­ty­se­mi­ty­zmu. Wcze­śniej ta­kie po­glą­dy były Jo­se­pho­wi w za­sa­dzie obce. Jego ulu­bio­ny wy­kła­dow­ca miał ży­dow­skie ko­rze­nie, po­dob­nie jak dr Jo­seph, ad­wo­kat oka­zjo­nal­nie za­trud­nia­ny przez ro­dzi­nę Go­eb­bel­sów - mło­dy Go­eb­bels lu­bił z nim roz­ma­wiać, gdyż praw­nik był czło­wie­kiem wy­kształ­co­nym, oby­tym i kul­tu­ral­nym. Co wię­cej, mat­ka Else była Ży­dów­ką. Wraz z ko­lej­ny­mi od­sy­ła­ny­mi przez wy­daw­nic­twa rę­ko­pi­sa­mi Jo­seph na­bie­rał prze­ko­na­nia, że aby osią­gnąć co­kol­wiek na polu li­te­ra­tu­ry, te­atru, fil­mu czy dzien­ni­kar­stwa, trze­ba być Ży­dem, "jed­nym z fe­raj­ny", jak ża­lił się Else. Dziew­czy­na ob­ser­wo­wa­ła i do­strze­ga­ła na­ra­sta­ją­cy an­ty­se­mi­tyzm uko­cha­ne­go. Jego zda­niem Ży­dzi kształ­to­wa­li nie­miec­ką kul­tu­rę i z miej­sca od­rzu­ca­li jego wspa­nia­łe dzie­ła. Jed­nym z wy­daw­nictw, któ­re nie po­zna­ły się na ge­niu­szu au­to­ra Mi­cha­ela, było mię­dzy in­ny­mi re­no­mo­wa­ne Ul­l­ste­in Ver­lag.

W grud­niu 1922 roku Jo­seph na­pi­sał do Else list z oka­zji świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia, w któ­rym opła­ki­wał w gór­no­lot­nych sło­wach, pa­ra­fra­zu­jąc Mi­cha­ela, ru­inę, jaką sta­ło się jego mło­de ży­cie i bez­na­dziej­ny los nie­do­ce­nia­ne­go przez przy­ziem­ny świat ge­niu­sza. Hi­per­in­fla­cja spra­wi­ła, że mar­ka tra­ci­ła z dnia na dzień na war­to­ści, a mi­lio­ny nie wy­star­cza­ły nie­kie­dy na prze­ży­cie ty­go­dnia:

Chcę na­pi­sać ci kil­ka słów na świę­ta. Wiem do­brze, że nie mu­szę ci ob­ja­śniać Pi­sma Świę­te­go, a do prze­ka­za­nia nie mam żad­nych ra­do­snych wie­ści (...).

Świat za­mie­nił się w dom wa­ria­tów i na­wet naj­lep­si z nas go­to­wi są do­łą­czyć do sza­leń­cze­go tań­ca wo­kół zło­te­go ciel­ca. Co gor­sze, sami się do tego nie przy­zna­ją, a je­dy­nie pró­bu­ją uspra­wie­dli­wić. Nowe cza­sy, jak ma­wia­ją, wy­ma­ga­ją no­wych lu­dzi, każ­dy po­wi­nien do­sto­so­wać się do no­wych oko­licz­no­ści (...).

Nie mogę do nich do­łą­czyć. Nie do­strze­gam po­ko­ju ani w tym świe­cie, ani w mej du­szy (...). Tam, gdzie daw­niej wła­da­ły war­to­ści du­cho­we i try­um­fo­wa­ła mi­łość, dziś rzą­dzi przy­wią­za­nie do rze­czy do­cze­snych. Lu­dzie zwą to do­trzy­my­wa­niem kro­ku cza­som. Wiel­ki lo­sie, jak mam się z tobą mie­rzyć? Nie mogę dłu­żej być twym wier­nym słu­gą. Wszy­scy cię opu­ści­li, po­rzu­ci­li twój sztan­dar i ru­szy­li w świat. A te­raz na­de­szła moja ko­lej. Też mu­szę wy­ru­szyć. Jak mam w ta­kim ra­zie mó­wić o po­ko­ju? Mu­szę opu­ścić mój dom i uciec.

Ein Tor zu tau­send Wüsten, stumm und kalt -

Wer ver­ler, was Du ver­lost, macht nir­gends halt.

Flieg, Vo­gel, schnarr Dein Lied im Wüste­nvo­gel­ton,

Vert­steck, Du Narr, Dein blu­tend Herz in Eis und Hohn.

Die Krähen schre­in und zie­hen schwir­ren Flugs zur Stadt.

Bald wird es schne­in; weh dem, der ke­ine He­imat hat[**].

Moja dro­ga, czy wiersz o roz­pacz­li­wej sa­mot­no­ści bę­dzie dla cie­bie je­dy­ną "do­brą no­wi­ną"? Czy na tym świe­cie peł­nym cha­osu i sza­leń­stwa nie za­znam już uko­je­nia? Więc dla­cze­go cier­pię? Czy wy­ma­gam zbyt wie­le od świa­ta?

Co spra­wia, że cier­pię tak okrop­nie? Nie dla­te­go, że mu­szę przejść do in­ne­go świa­ta. Ale dla­te­go, że mój wła­sny świat do­żył kre­su i mu­sia­łem go znisz­czyć.

Ale cze­mu to zro­bi­łem? Czy coś mnie do tego zmu­si­ło? Tak, mu­sia­łem go znisz­czyć, bo jak­kol­wiek pięk­ny i nie­biań­ski, był za­le­d­wie fik­cją błą­ka­ją­cą się u pod­nó­ży Olim­pu. Tyl­ko tam, na wy­so­ko­ściach, znaj­dzie­my kra­inę du­cha, kra­inę po­ko­ju, kra­inę mi­ło­ści. Tu ni­sko, nic nie ma sen­su (...).

A na­wet je­śli li­chwia­rze śmiać się będą i drwić z praw­dzi­wej mi­ło­ści, czyż na­sza mi­łość, ma naj­droż­sza, czyż na­sza wiel­ka i nie­złom­na mi­łość nie po­win­na da­lej upięk­szać na­sze­go ży­cia?

To moja je­dy­na na­dzie­ja, ona daje mi siłę, by iść w świat z od­wa­gą i sta­now­czo­ścią.

Bła­gam cię, naj­droż­sza, byś po­mo­gła mi za­trzy­mać i pie­lę­gno­wać na­szą mi­łość - mi­łość tak wiel­ką, iż z chę­cią po­świę­cę dla niej wszyst­ko, choć­by po to, by cie­szyć się nią z tobą bło­gi­mi go­dzi­na­mi du­cha, po­ko­ju i mi­ło­ści.

Else do­strze­ga­ła cy­nicz­ne i ka­pry­śne za­cho­wa­nia Jo­se­pha, a ten po­now­nie za­czął roz­my­ślać o po­peł­nie­niu sa­mo­bój­stwa. Na­pa­dy głę­bo­kiej de­pre­sji prze­pla­ta­ły się z chwi­la­mi ra­do­ści, ja­kie da­wa­ło to­wa­rzy­stwo bli­skich przy­ja­ciół. Alma stwier­dzi­ła, że nie spo­tka­ła ni­ko­go, kto śmiał­by się tak gło­śno z byle po­wo­du, co Jo­seph. Jak w przy­pad­ku wie­lu cech i po­staw Go­eb­bel­sa, trud­no stwier­dzić, w któ­rym punk­cie koń­czy­ły się jego hu­mo­ry, a roz­po­czy­na­ło uda­wa­nie.

Else spę­dza­ła z Jo­se­phem co­raz wię­cej cza­su. Była spo­strze­gaw­cza, za­baw­na, in­te­li­gent­na, po­wab­na i uro­dzi­wa. Jak więk­szość przy­ja­ciół zwra­ca­ła się do Jo­se­pha, uży­wa­jąc prze­zwi­ska Ulex, ale nada­ła mu też wła­sne - Stropp. Od­wie­dza­li się na­wza­jem, spa­ce­ro­wa­li nocą, roz­ma­wia­li, upra­wia­li mi­łość. Kie­dy Go­eb­bels roz­po­czął pra­cę w Ko­lo­nii, czy­li za­le­d­wie 50 ki­lo­me­trów od Rheydt, za­czę­li pi­sać do sie­bie dłu­gie li­sty mi­ło­sne, choć spo­ty­ka­li się przy­naj­mniej raz, cza­sa­mi na­wet dwa razy w ty­go­dniu. Else przy­zna­ła, że od 1922 roku trak­to­wa­ła ko­chan­ka jak na­rze­czo­ne­go. Kie­dy ro­bi­li krót­kie wy­pa­dy nad mo­rze, to ona pła­ci­ła ra­chun­ki. Go­eb­bels ni­g­dy nie miał oszczęd­no­ści, Else zaś pra­co­wa­ła na eta­cie w szko­le, a do­dat­ko­wo po­cho­dzi­ła z do­brze sy­tu­owa­nej ro­dzi­ny. Ich bar­dzo bli­ska zna­jo­mość prze­trwa­ła pięć lat.

Else za­kła­da­ła, iż pew­ne­go dnia po­ślu­bi tego by­stre­go, nie­pew­ne­go, ka­pryś­nego męż­czy­znę o pięk­nych oczach, dło­niach i gło­sie. Ra­dzi­ła się na­wet Almy, czy czło­wiek o zde­for­mo­wa­nej no­dze może być do­brym ma­te­ria­łem na ojca, i obie uzna­ły, że de­fekt nie jest dzie­dzicz­ny, gdyż po­wstał w wy­ni­ku prze­by­tej w dzie­ciń­stwie ope­ra­cji. Kie­dy zo­ba­czy­ła po raz pierw­szy smu­kłe, na­gie ple­cy Jo­se­pha, uzna­ła, że przy­po­mi­na­ją jej cia­ło dwu­na­sto­let­nie­go chłop­ca.

Mi­łość nie prze­sła­nia­ła jed­nak Else in­nych pro­ble­mów. Jo­seph nie miał ma­jąt­ku, był zaś czło­wie­kiem dum­nym. Zda­rza­ło się, że pro­sił ją o po­życz­ki. Do­dat­ko­wo, Else mu­sia­ła zno­sić hu­mo­ry ko­chan­ka, któ­ry w jed­nej chwi­li try­skał ener­gią, za­cho­wy­wał się bez­tro­sko, dow­cip­ko­wał w to­wa­rzy­stwie, by na­gle po­paść w de­pre­sję i mieć sa­mo­bój­cze my­śli. To wła­śnie w tych mo­men­tach naj­czę­ściej się kłó­ci­li. Roz­sta­wa­li się i po­now­nie scho­dzi­li nie­zli­czo­ną ilość razy, cier­piąc i ża­ląc w dłu­gich li­stach. Zma­nie­ro­wa­ny sto­su­nek do mi­ło­ści i próż­ność Go­eb­bel­sa do­szły do gło­su w li­ście wy­sła­nym Else 5 czerw­ca 1923 roku, kie­dy pra­co­wał w Ko­lo­nii:

Moje dro­gie dziec­ko,

Nie gnie­waj się na mnie, iż nie na­pi­sa­łem tego li­stu atra­men­tem; pod­czas wa­ka­cji wy­sechł mój ka­ła­marz i uzna­łem, że ucie­szysz się bar­dziej, do­sta­jąc taki list, niż ża­den (...).

Prze­pro­wa­dzi­łem się po­now­nie, za­braw­szy cały do­by­tek, i we wła­snych czte­rech ścia­nach czu­ję się cał­kiem do­brze. Two­je róże zna­la­zły dla sie­bie miej­sce przy two­im zdję­ciu, pach­ną cu­dow­nie, na­wet bar­dziej niż po­przed­nie. W ban­ku po sta­re­mu i nie wy­da­rzy­ło się to, na co li­czy­łem. Nie do­sta­nę wy­pła­ty przed 15-tym. A to ozna­cza, że bę­dziesz mu­sia­ła za­cze­kać jesz­cze je­den ty­dzień.

Dziś, po go­dzi­nach pra­cy, prze­sze­dłem się po mie­ście i za­uwa­ży­łem kil­ka ład­nych miejsc. Jaka szko­da, że nie dzia­ła­ją te cho­ler­ne po­cią­gi i nie mo­że­my oglą­dać wszyst­kie­go ra­zem. A co do pie­nię­dzy - cóż, ja­koś je zdo­bę­dzie­my (Odło­ży­łaś tro­chę? Nie?? Ja też nie!).

Naj­wyż­szy już czas, by­śmy się spo­tka­li. Kie­dy je­stem da­le­ko od cie­bie, tę­sk­nię i nie znaj­du­ję uko­je­nia ani w pra­cy, ani w za­ba­wie. Zda­je mi się, że nie wi­dzia­łem cię od ty­go­dni, a jed­no­cze­śnie po­tra­fię zli­czyć na pal­cach go­dzi­ny od na­sze­go roz­sta­nia. Dla­cze­go my, tak bar­dzo w so­bie roz­ko­cha­ni, uro­dzi­li­śmy się w tych prze­klę­tych cza­sach? (...) Czę­sto wsty­dzę się swo­jej roz­pa­czy i za­tro­ska­nia (...).

Czy lu­dziom nie po­win­no się te­raz wy­ba­czać chwil sła­bo­ści i bra­ku zde­cy­do­wa­nia? (...) Dla­cze­go tak wie­lu uzna­je mnie za bez­na­dziej­ne­go i le­ni­we­go, nie­roz­sąd­ne­go i za­co­fa­ne­go? Ja uwa­żam swo­je le­ni­stwo, mój brak roz­sąd­ku, sta­ro­mod­ność za swo­je naj­lep­sze ce­chy (...).

Je­stem głę­bo­ko prze­ko­na­ny, iż na­dej­dą jesz­cze cza­sy, w któ­rych udo­wod­nię swo­ją siłę. Mu­szę ją tyl­ko oszczę­dzać dla lep­szej spra­wy, tak jak ser­ce i su­mie­nie. To nie prze­my­sło­wi ma­gna­ci i ban­ko­wi dy­rek­to­rzy do­pro­wa­dzą do na­ro­dzin no­we­go mi­le­nium. Uczy­nią to ci, któ­rzy po­zo­sta­ną wier­ni sa­mym so­bie, i któ­rzy nie spla­mią ży­cia tak zwa­ny­mi skar­ba­mi ofe­ro­wa­ny­mi przez świat po­zba­wio­ny bo­gów. Cze­kam na na­sta­nie no­wej epo­ki, by czy­nić to, cze­go nie mogę czy­nić dziś. A je­śli owa wspa­nia­ła epo­ka na­dej­dzie dla mnie za póź­no, cóż, po­czy­tam so­bie za suk­ces, że wy­ty­czy­łem dla niej ścież­kę (...).

Na Boga, ze­gar wy­bił dwu­na­stą, a ja obie­ca­łem ci, że po­ło­żę się spać wcze­śnie, praw­da? Gdy­bym pi­sał da­lej, za­peł­nił­bym ko­lej­ne dzie­sięć stro­nic. Ale wo­lisz, bym prze­rwał. I dla­te­go - ży­czę ci do­brej nocy. Twój Ulex.

O ile z ide­owym ni­hi­li­zmem Go­eb­bels ze­tknął się za po­śred­nic­twem Flis­ge­sa, o tyle po­li­ty­ką za­in­te­re­so­wał go dru­gi z przy­ja­ciół, Prang. Mło­dy Jo­seph miał, ogól­nie rzecz uj­mu­jąc, le­wi­co­we po­glą­dy. Po utra­cie pra­cy w ban­ku roz­po­czął po­szu­ki­wa­nia no­we­go za­ję­cia, któ­re w kon­se­kwen­cji do­pro­wa­dzi­ły go do świa­ta po­li­ty­ki.

23 stycz­nia 1924 roku wy­słał list, sta­ra­jąc się o po­sa­dę w "Ber­li­ner Ta­ge­blatt". Do­łą­czył do nie­go krót­ki opis swej do­tych­cza­so­wej ka­rie­ry za­wo­do­wej. Utrzy­my­wał w nim, że pra­co­wał w fir­mie na­le­żą­cej do bra­ta, choć mi­ja­ło się to z praw­dą. Stwier­dził po­nad­to, że za­do­wo­li się pen­sją mie­sięcz­ną w wy­so­ko­ści 250 ma­rek i sta­no­wi­skiem w ze­spo­le re­dak­cyj­nym. Po­da­nie roz­pa­trzo­no od­mow­nie. Go­eb­bels wią­zał też duże na­dzie­je z ka­rie­rą w te­atrze. Jo­achim von Ostau[15] wspo­mi­nał po la­tach, że je­den z jego przy­ja­ciół, nad­reń­ski in­sce­ni­za­tor, opo­wie­dział mu o pew­nym mło­dym męż­czyź­nie, schlud­nie lecz nędz­nie ubra­nym, o pło­ną­cym spoj­rze­niu i za­pad­nię­tej twa­rzy, wy­raź­nie ku­le­ją­cym, któ­ry zło­żył mu wi­zy­tę, pro­sząc o po­sa­dę asy­sten­ta, a wła­ści­wie o ja­kie­kol­wiek za­trud­nie­nie w te­atrze. Przy­by­ły wy­ja­śnił, że sam pi­su­je dra­ma­ty, ma­rzy o pra­cy pro­du­cen­ta te­atral­ne­go i z chę­cią po­dej­mie każ­dą pra­cę przy wy­sta­wia­niu sztu­ki. Na ko­niec do­dał, że na­zy­wa się Go­eb­bels i nie ma żad­ne­go do­świad­cze­nia sce­nicz­ne­go. Cóż za stra­ta, stwier­dził in­sce­ni­za­tor. Mia­łem szan­sę pra­co­wać z ge­niu­szem po­ry­wa­ją­cym tłu­my! Od­pra­wio­ny z kwit­kiem Jo­seph miał wię­cej cza­su, by za­an­ga­żo­wać się w po­li­tycz­ną agi­ta­cję. Else za­pa­mię­ta­ła ogrom­ne roz­go­ry­cze­nie i roz­cza­ro­wa­nie, ja­ki­mi za­re­ago­wał na to nie­po­wo­dze­nie.

Go­eb­bels roz­po­czął ka­rie­rę po­li­tycz­ną w 1924 roku. Prang, o czym już wie­my, znacz­nie wcze­śniej za­in­te­re­so­wał się na­zi­zmem. Po­cho­dził z bo­ga­tej ro­dzi­ny i choć ta sprze­ci­wia­ła się sta­now­czo za­an­ga­żo­wa­niu syna w upra­wia­nie brud­nej po­li­ty­ki, Fritz nie za­mie­rzał jej słu­chać. Wy­pra­wiał się do Mo­na­chium na wie­ce Hi­tle­ra, a do domu przy­wo­ził bro­szu­ry i dzien­ni­ki, któ­re pod­su­wał Jo­se­pho­wi, ten zaś czy­tał je z ro­sną­cym za­pa­łem. Pew­ne­go dnia Prang za­pro­wa­dził Go­eb­bel­sa i in­nych zna­jo­mych na mi­tyng, or­ga­ni­zo­wa­ny przez ugru­po­wa­nie so­cja­li­stów. Fritz na­mó­wił Jo­se­pha, by wszedł na mów­ni­cę i do­łą­czył do de­ba­ty. Drob­ne­go i no­szą­ce­go sfa­ty­go­wa­ne ubra­nie Go­eb­bel­sa, tak za­pa­mię­tał go Prang, po­cząt­ko­wo wy­gwiz­da­no. Do­pie­ro gdy za­pro­wa­dzo­no po­rzą­dek, Jo­seph prze­mó­wił:

"Me­ine lie­ben deut­schen Volks­ge­nos­sen". (Moi ko­cha­ni ro­da­cy)

W ten spo­sób roz­po­czy­na­li za­zwy­czaj mowy pra­wi­co­wi po­li­ty­cy. Z tłu­mu po­nio­sły się okrzy­ki i wzgar­dli­wy śmiech. Go­eb­bels za­stygł w bez­ru­chu. Ktoś krzyk­nął: "Ty ka­pi­ta­li­stycz­ny wy­zy­ski­wa­czu!". Jo­seph za­re­ago­wał gnie­wem. Czym za­słu­żył so­bie na taką znie­wa­gę? In­stynk­tow­nie zro­zu­miał, co po­wi­nien zro­bić, by uci­szyć krzy­ka­cza.

"Czy czło­wiek, któ­ry na­zwał mnie ka­pi­ta­li­stycz­nym wy­zy­ski­wa­czem, może wejść na po­dest i opróż­nić kie­sze­nie? Zro­bię to samo i prze­ko­na­my się, kto z nas ma wię­cej pie­nię­dzy!" - od­krzyk­nął, po czym wy­rzu­cił garść mo­net na stół, czym zjed­nał so­bie pu­bli­kę. Pro­sty gest po­mógł przejść pró­bę ognia. Po­li­tycz­ny agi­ta­tor zro­bił pierw­szy, nie­mow­lę­cy kro­czek.

Na prze­ło­mie lat 1923-1924 za­in­te­re­so­wa­nie po­li­ty­ką przy­bra­ło na sile. Go­eb­bels za­czął cho­dzić na mi­tyn­gi w to­wa­rzy­stwie Pran­ga. Pew­ne­go dnia do­łą­czył do przy­ja­cie­la i ra­zem wy­bra­li się do We­ima­ru, aby wy­słu­chać prze­mó­wie­nia na zlo­cie par­tyj­nym. Od­wo­łu­ją­ce się do na­ro­do­we­go du­cha ora­cje tak bar­dzo po­ru­szy­ły Jo­se­pha, że nie mógł prze­stać o nich mó­wić, nie­mal­że tra­cąc oka­zję do pod­ja­da­nia i za­ba­wy na koszt Frit­za. Go­eb­bels roz­pra­wiał na po­li­tycz­ne te­ma­ty na­wet wów­czas, gdy do pary przy­ja­ciół do­łą­czy­ła pięk­na ko­bie­ta - cór­ka bo­ga­te­go zie­mia­ni­na, któ­ry rów­nież przy­je­chał do mia­sta na ten zlot. Ko­bie­tę tę in­te­re­so­wa­ła jed­nak bar­dziej per­spek­ty­wa wie­czor­nych roz­ry­wek niż ide­owy en­tu­zjazm Jo­se­pha. Frit­zo­wi w koń­cu uda­ło się po­zbyć to­wa­rzy­stwa roz­po­li­ty­ko­wa­ne­go przy­ja­cie­la i za­jąć się ad­o­ro­wa­niem atrak­cyj­nej dziew­czy­ny.

Go­eb­bels imał się wie­lu oso­bli­wych za­wo­dów. Je­den z nich zbli­żył go bar­dzo do po­li­ty­ki. Za 100 ma­rek mie­sięcz­nie zo­stał se­kre­ta­rzem oso­bi­stym Fran­za von Wie­ger­shau­sa, de­pu­to­wa­ne­go do Re­ich­sta­gu i człon­ka Deut­sche­völ­ki­sche Fre­ihe­it­spar­tei (DFP) - ma­łe­go, pra­wi­co­we­go ugru­po­wa­nia o po­glą­dach zbli­żo­nych do tych gło­szo­nych w Mo­na­chium przez na­zi­stów. Wie­ger­shaus miesz­kał w El­ber­feld i tam wy­da­wał po­li­tycz­ną ga­zet­kę "Völ­ki­sche Fre­ihe­it" (Wol­ność Na­ro­du). Do obo­wiąz­ków Go­eb­bel­sa na­le­ża­ło mię­dzy in­ny­mi po­ma­ga­nie w re­da­go­wa­niu tek­stów. Nie­ba­wem za­czę­to go rów­nież za­chę­cać do za­bie­ra­nia gło­su na pu­blicz­nych mi­tyn­gach Fre­ihe­it­spar­tei. To wła­śnie na nich po­znał bli­żej człon­ków ru­chu na­zi­stow­skie­go, któ­ry po­cząt­ko­wo zro­bił na nim złe wra­że­nie. Jed­nak pod ko­niec roku zgło­sił się sam do Kar­la Kauf­man­na, ów­cze­sne­go gau­le­ite­ra okrę­gu Nad­re­nii i Za­głę­bia Ruh­ry, i za­ofe­ro­wał mu swo­je usłu­gi. Kauf­mann omó­wił tę pro­po­zy­cję z Gre­go­rem Stras­se­rem, waż­ną oso­bą ru­chu na­zi­stow­skie­go w pół­noc­nych Niem­czech, gdyż ten za­mie­rzał wy­da­wać ty­go­dnik par­tyj­ny i choć cza­so­pi­smo to mia­ło się uka­zy­wać w nie­wiel­kim na­kła­dzie, okre­ślo­no je pom­pa­tycz­nie jako ge­isti­ges Füh­rung­sor­gan (or­gan pra­so­wy du­cho­we­go przy­wódz­twa). Gre­gor Stras­ser miał być wy­daw­cą, a jego brat Otto re­dak­to­rem na­czel­nym, obaj zaś po­trze­bo­wa­li asy­sten­ta. Do­wie­dziaw­szy się o Go­eb­bel­sie, za­sta­na­wia­li się przez mo­ment, czy Jo­seph bę­dzie od­po­wied­nim kan­dy­da­tem do ob­ję­cia po­sa­dy z pen­sją w wy­so­ko­ści 200 ma­rek mie­sięcz­nie, czy­li dwu­krot­nie więk­szą od tej, któ­rą otrzy­my­wał od Wie­ger­shau­sa.

Otto Stras­ser za­aran­żo­wał z po­mo­cą Kauf­man­na spo­tka­nie z Go­eb­bel­sem. Gau­le­iter opi­sał Go­eb­bel­sa sło­wa­mi "sehr ge­sche­it aber sehr wen­dig" (bar­dzo in­te­li­gent­ny, lecz bar­dzo nie­so­lid­ny).

Za­rów­no Kauf­mann, jak i Otto Stras­ser po­twier­dzi­li, że było to wpro­wa­dze­nie Go­eb­bel­sa do ru­chu na­zi­stow­skie­go. Stras­ser stwier­dził póź­niej, że wy­gląd Go­eb­bel­sa zro­bił na nim oso­bli­we wra­że­nie. Do­dał na­wet, że każ­dy po­li­tycz­ny ry­wal z ła­two­ścią prze­wró­cił­by tego mło­de­go czło­wie­ka, po­py­cha­jąc go jed­ną ręką. Jo­seph przy­szedł na spo­tka­nie w sza­rym gar­ni­tu­rze, prze­tar­tym, lecz czy­stym. Nie miał jed­nak na so­bie płasz­cza po­mi­mo je­sien­nej po­go­dy. Szan­sa pra­cy dla waż­nej oso­by mu­sia­ła zna­czyć dla Go­eb­bel­sa wie­le. Mimo to w trak­cie roz­mo­wy nie zni­żył się do czo­ło­bit­no­ści. Wręcz prze­ciw­nie, od­no­sił się do Stras­se­ra nie­mal wy­nio­śle, a ten za­pa­mię­tał na dłu­go świ­dru­ją­ce spoj­rze­nie piw­nych oczu. Jo­seph mó­wił bar­dzo po­wo­li i wy­raź­nie. Pięk­nym gło­sem oznaj­mił szcze­rze, że w jego mnie­ma­niu Deut­sche­völ­ki­sche Frei­he­it­spar­tei nie mia­ła przed sobą żad­nej przy­szło­ści.

"Przy­wód­cy [tej par­tii] nie zna­ją w ogó­le ludu - stwier­dził we­dług re­la­cji Stras­se­ra. - Oba­wia­ją się so­cja­li­zmu, a ja je­stem prze­ko­na­ny, że tyl­ko okreś­lone po­łą­cze­nie so­cja­li­zmu i na­cjo­na­li­zmu zba­wi Niem­cy. Nie wsty­dzę się przy­znać, że to pań­ski brat Gre­gor po­mógł mi w zro­zu­mie­niu tej idei. Jest praw­dzi­wym so­cja­li­stą i to jego syn­te­za so­cja­li­stycz­nych ide­ałów i na­ro­do­wych uczuć po­win­na zo­stać przy­ję­ta, bez­wa­run­ko­wo, przez nas, na­ro­do­wych so­cja­li­stów".

Stras­ser zwró­cił uwa­gę na uży­cie sło­wa "nas". Go­eb­bels za­cho­wy­wał się, jak gdy­by już na­le­żał do par­tii.

"Po­zy­ska­my nie­miec­kie­go ro­bot­ni­ka dla na­ro­do­we­go so­cja­li­zmu - mó­wił da­lej Go­eb­bels, a jego oczy lśni­ły. - Znisz­czy­my mark­sizm!".

Na ko­niec roz­mo­wy ma­ją­cej prze­ko­nać Stras­se­ra, że jest wła­ści­wą oso­bą na to sta­no­wi­sko, Go­eb­bels uniósł pięk­ne dło­nie w wy­stu­dio­wa­nym ge­ście wy­ra­ża­ją­cym za­pał.

"A je­śli na­po­tka­my opór bur­żu­azji, za­mie­cie­my ją do ko­sza na śmie­ci!".

Stras­ser był pod wra­że­niem. Szcze­gól­ną uwa­gę zwró­cił na głos mło­de­go męż­czy­zny, któ­rym ten po­słu­gi­wał się ni­czym skrzy­pek gra­ją­cy na ulu­bio­nym in­stru­men­cie.

Bra­cia Stras­se­ro­wie po­sta­no­wi­li za­trud­nić Go­eb­bel­sa jako se­kre­ta­rza or­ga­ni­za­cji par­tyj­nej w pół­noc­nej czę­ści Nie­miec oraz se­kre­ta­rza re­dak­cji pla­no­wa­ne­go pe­rio­dy­ku. Co cie­ka­we, Jo­seph za­jął miej­sce zwol­nio­ne przez in­ne­go mło­dzień­ca, He­in­ri­cha Him­m­le­ra, któ­re­go Stras­se­ro­wie po­zby­li się, po­nie­waż bra­ko­wa­ło mu kom­pe­ten­cji do pra­cy re­dak­cyj­nej. Him­m­ler po­wró­cił do po­przed­nie­go za­wo­du - ho­dow­cy dro­biu. Jego czas miał do­pie­ro na­dejść.

[*] War­tość mar­ki nie­miec­kiej za­czę­ła gwał­tow­nie spa­dać w roku 1920, co do­pro­wa­dzi­ło do ka­ta­stro­fal­nej in­fla­cji lat 1921-1923.

[**] Bra­ma do ty­sią­ca pu­styń nie­mych i chłod­nych - Ten, kto utra­cił, co Ty utra­ci­łeś, nie za­zna spo­ko­ju. Leć, pta­ku, i wy­kracz swą pieśń, pu­styn­ną pieśń, Skryj, głup­cze, swe krwa­wią­ce ser­ce w lo­dzie i wzgar­dzie. Wro­ny kra­czą, dzi­ko trze­po­cząc skrzy­dła­mi nad mia­stem. Nie­ba­wem spad­nie śnieg. Bia­da temu, kto nie ma domu!

Przypisy

Wszyst­kie cy­ta­ty w tłu­ma­cze­niu M. Kom­pa­now­skie­go z an­giel­skie­go wy­da­nia tej książ­ki. In­for­ma­cje o pol­skich wy­da­niach por. Bi­blio­gra­fia - przyp. red.

Rozdział 1

Źró­dłem in­for­ma­cji przed­sta­wio­nych w tym roz­dzia­le są prze­waż­nie oso­bi­ste wspo­mnie­nia, prze­ka­za­ne w roz­mo­wach z He­in­ri­chem Fra­en­ke­lem (da­lej ozna­czo­nym ini­cja­ła­mi H.F.) przez sio­strę Go­eb­bel­sa, Ma­rię Kim­mich, oraz przez przy­ja­ciół­ki Go­eb­bel­sa z lat mło­do­ści, Almę i Else (obie po­pro­si­ły, aby­śmy uży­wa­li wy­łącz­nie ich imion), oraz dok­to­ra Frit­za Pran­ga i jego mat­kę. Cy­to­wa­ne do­ku­men­ty z tego okre­su ży­cia Go­eb­bel­sa zo­sta­ły nam życz­li­wie udo­stęp­nio­ne przez Sto­wa­rzy­sze­nie Al­ber­ta Wiel­kie­go. Więk­szość opo­wie­ści do­ty­czą­cych dzie­ciń­stwa, mło­do­ści i wcze­snej do­ro­sło­ści Go­eb­bel­sa zna­la­zła się w ofi­cjal­nych bio­gra­fiach wy­da­wa­nych w okre­sie rzą­dów na­zi­stów, przede wszyst­kim au­tor­stwa Ba­de­go i Krau­se­go, i zo­sta­ły na­stęp­nie po­wtó­rzo­ne przez Ries­sa, Eber­may­era i wie­lu in­nych au­to­rów, ba­da­ją­cych hi­sto­rię na­zi­stow­skie­go ru­chu bądź ży­cie Go­eb­bel­sa. In­for­ma­cje o przy­stą­pie­niu Go­eb­bel­sa do NSDAP po­twier­dzi­li dr Prang, Karl Kauf­mann, dr Otto Stras­ser oraz dr Hel­muth El­brech­ter. Cy­ta­ty z książ­ki Mi­cha­el au­tor­stwa Go­eb­bel­sa prze­tłu­ma­czo­no z ory­gi­na­łu, któ­ry uka­zał się na­kła­dem Eher Ver­lag.

[1] Ma­ria Kim­mich po­wie­dzia­ła H.F., że jej bab­ka ze stro­ny mat­ki przy­szła na świat 18 kwiet­nia 1869 roku w ho­len­der­skim mia­stecz­ku Ubach uever nad rze­ką Worms (nie cho­dzi tu więc o nie­miec­kie mia­sto Wor­ma­cja [niem. Worms] nad Re­nem). Pa­nień­skie na­zwi­sko bab­ki brzmia­ło Co­ervers, co do­dat­ko­wo po­twier­dza jej fla­mandz­ki ro­do­wód. W 1932 roku Go­eb­bels po­sta­no­wił zde­men­to­wać plot­ki o ży­dow­skim po­cho­dze­niu bab­ki, i wy­dał w Ber­li­nie wraz z Via­to­rem bro­szu­rę Dok­tor Go­eb­bels - wer ist das? W bro­szu­rze tej pa­nień­skie na­zwi­sko bab­ki za­pi­sa­no zgod­nie z nie­miec­ką wy­mo­wą - Co­er­des - ukry­wa­jąc jed­no­cze­śnie jego fla­mandz­kie ko­rze­nie. Dzia­dek Go­eb­bel­sa ze stro­ny mat­ki był Niem­cem, któ­ry osie­dlił się w Ho­lan­dii, i no­sił na­zwi­sko Oden­hau­sen.

[2] W. Oven, Mit Go­eb­bels bis zum Ende, t. I, s. 243.

[3] Go­eb­bels za­pi­sy­wał po­cząt­ko­wo swo­je imię "Jo­sef". Do­pie­ro w póź­niej­szym okre­sie przy­jął utrwa­lo­ną wer­sję za­pi­su - Jo­seph.

[4] Po dłu­gim okre­sie mil­cze­nia Go­eb­bels pró­bo­wał spła­cić dług, prze­sy­ła­jąc sto­wa­rzy­sze­niu 10 000 ma­rek, któ­re z po­wo­du in­fla­cji war­te były za­le­d­wie 1,09 mar­ki. Sto­wa­rzy­sze­nie hoj­nie prze­li­czy­ło tę kwo­tę do 2 ma­rek, a na­stęp­nie prze­ka­za­ło spra­wę ko­mor­ni­kom! Pro­ces cią­gnął się aż do 1931 roku, gdy Go­eb­bels zo­stał de­pu­to­wa­nym Re­ich­sta­gu. Osta­tecz­nie spła­cił cały dług wraz z od­set­ka­mi, z bar­dzo du­żym opóź­nie­niem, w trzech ra­tach.

[5] List uka­zał się w "Kir­chen­ze­itung für das Bi­stum Aachen" z 27 paź­dzier­ni­ka 1946 roku.

[6] C. Riess, Jo­seph Go­eb­bels, s. 16.

[7] H.R. Tre­vor-Ro­per, The Last Days of Hi­tler s. 18.

[8] N. Hen­der­son, Fa­ilu­re of a Mis­sion, s. 76.

[9] Ru­dolf Ul­l­ste­in za­żar­to­wał w roz­mo­wie z H.F., że ża­łu­je, iż jed­nak nie wy­da­li Mi­cha­ela. Moż­li­we, że Go­eb­bels skon­cen­tro­wał­by wów­czas całą swo­ją ener­gię na pi­sar­stwie i nie za­an­ga­żo­wał się w po­li­ty­kę.

[10] Ra­the­nau zgi­nął póź­niej z rąk na­zi­stów, a Go­eb­bels wy­chwa­lał jego za­bój­ców.

[11] Rę­ko­pis tej sztu­ki prze­trwał w zbio­rze ro­dzin­nych do­ku­men­tów w Bonn. W mo­men­cie po­wsta­wa­nia tej książ­ki to­czył się pro­ces o pra­wa do jej wy­da­nia.

[12] Dr Klauck ze Sto­wa­rzy­sze­nia Al­ber­ta Wiel­kie­go utrzy­my­wał, że zwią­zek Go­eb­bel­sa z Anką roz­po­czął się w let­nim se­me­strze 1919 roku we Fry­bur­gu.

[13] Li­sta do­ku­men­tów znaj­du­je się w Lon­dy­nie w Wie­ner Li­bra­ry.

[14] Ko­pia do­ku­men­tu znaj­du­je się w po­sia­da­niu sio­stry Go­eb­bel­sa, Frau Kim­mich.

[15] Tę hi­sto­rię opo­wie­dział H.F. Jo­achim von Ostau.