Grono zebrane wokół kominka składało się niemal wyłącznie
z prawników i osób zainteresowanych prawem. Był tam mecenas
Martindale, Rufus Lord, tytularny doradca królewski, kilku
adwokatów, w tym młody Daniels, który wyrobił sobie nazwisko dzięki
sprawie Carstairsa, sędzia Cleaver, Lewis z kancelarii Lewis
i Trench oraz sędziwy pan Treves. Ten ostatni zbliżał się do
osiemdziesiątki, i to osiemdziesiątki bardzo owocnej i bogatej
w doświadczenie. Jako członek słynnej firmy adwokackiej, sam zresztą
cieszący się w niej największą sławą, znał podobno więcej
zakulisowych historii niż ktokolwiek w Anglii i był wybitnym specjalistą
w dziedzinie kryminologii.
Ludzie bez pomyślunku uważali, że pan Treves powinien
napisać wspomnienia, on sam jednak wolał się od tego powstrzymać.
Wiedział, że za dużo wie.
Chociaż dawno wycofał się z czynnego życia zawodowego, nie
istniał w Anglii człowiek, z którego opinią członkowie palestry
liczyliby się bardziej. Gdy tylko rozlegał się jego dychawiczny, lecz
wyraźny głos, natychmiast zapadała pełna szacunku cisza.
Rozmowa dotyczyła głośnej sprawy, która tego właśnie dnia
znalazła swój finał w sądzie Old Bailey. Chodziło o przypadek
morderstwa, zakończony uniewinnieniem oskarżonego.
Towarzystwo przy kominku wałkowało teraz cały proces od początku,
poddając krytyce każdy szczegół.
Oskarżenie popełniło błąd, polegając na jednym ze swych
świadków; stary Depleach powinien zdawać sobie sprawę, jaką furtkę
otwiera obronie. Młody Artur najwięcej zyskał właśnie dzięki
zeznaniom służącej. Wprawdzie Bentmore w końcowej mowie
bardzo słusznie ukazał całą rzecz we właściwej perspektywie, ale
szkoda już się dokonała: przysięgli uwierzyli dziewczynie. Swoją drogą,
to śmieszne: nigdy nie wiadomo, co tacy przysięgli łykną, a czemu
za nic nie dadzą wiary. Niech tylko sobie wbiją coś do głowy
i koniec - nikt ich już nie przekona. Teraz też uznali, że dziewczyna
mówi prawdę w kwestii łomu - i basta. Świadectwo lekarskie nieco
przerastało ich zdolność pojmowania: zbyt skomplikowane
terminy, zbyt naukowy żargon... fatalni świadkowie z tych biegłych,
zawsze kluczą, nigdy nie udzielą jasnej odpowiedzi, tylko "
w pewnych okolicznościach", "może się zdarzyć" i tak dalej.
Ponieważ każdy powiedział już swoje, rozmowa coraz bardziej
się rwała. Zebrani czuli jednak wyraźnie pewien niedosyt i wkrótce
wszystkie oczy zaczęły się zwracać w stronę pana Trevesa, gdyż
tylko on jeden nie zabrał jeszcze głosu. Stopniowo stało się jasne, że
towarzystwo czeka na ostatnie słowo swego najbardziej
szacownego kolegi.
Pan Treves, rozparty wygodnie w fotelu, czyścił bezwiednie
okulary. Cisza, jaka nagle zapadła, sprawiła, że natychmiast podniósł
wzrok.
- No? - rzucił. - O co chodzi? Pytaliście mnie o coś?
- Rozmawialiśmy o przypadku Lamorne'a - odrzekł młody
Lewis i zamilkł wyczekująco.
- Tak, tak. Właśnie o tym myślałem.
Rozległ się szmer uznania.
- Obawiam się jednak - ciągnął pan Treves, wciąż polerując
szkła - że poniosła mnie wyobraźnia. Tak, wyobraźnia. To kwestia
mojego wieku. Na stare lata człowiek ma prawo trochę pobujać
w obłokach.
- O, z pewnością - przytaknął gładko młody Lewis, ale wyglądał
na zaintrygowanego.
- Moje rozważania nie dotyczyły prawnych aspektów tej sprawy,
choć te niewątpliwie są bardzo ciekawe... o, tak, bardzo ciekawe...
gdyby zapadł inny wyrok, znalazłyby się mocne podstawy do
apelacji. Jestem zdania... ale wolałbym teraz w to nie wchodzić. Jak już
mówiłem, myślałem nie o kwestiach prawnych, tylko... hmmm...
o ludziach zamieszanych w ten przypadek.
Wszyscy się zdumieli. Na ludzi patrzyli dotąd tylko z jednego
punktu widzenia: wiarygodności ich zeznań. Nikt nie pozwalał
sobie na ryzykowne spekulacje, czy - na przykład - oskarżony jest
winny stawianych mu zarzutówczy - jak orzekł sąd - niewinny.
- Ludzkie istoty... - mówił z namysłem pan Treves. - Ludzkie
istoty najprzeróżniejszych gatunków. Rozumne, ale i całkiem
pozbawione mózgu. Pochodzące z każdego niemal punktu na mapie:
z Lancaster, ze Szkocji... Na przykład tamten restaurator był
z Włoch, a nauczycielka ze Środkowego Zachodu. Wszyscy oni,
uwikłani w tę sprawę, spotykają się na koniec pewnego szarego
listopadowego dnia w londyńskim sądzie. Każdy wnosi jakiś drobny
udział, który prowadzi nas do punktu kulminacyjnego: procesu
o morderstwo.
Umilkł i zaczął bębnić palcami o kolano.
- Lubię dobre historie kryminalne - podjął po chwili. - Ale,
uważacie, one zwykle zaczynają się w złym miejscu: od
morderstwa. A tymczasem morderstwo to koniec historii, która rodzi się
znacznie wcześniej, czasem przed wieloma laty, kiedy to różne
przyczyny i wypadki zaczynają sterować pewnymi ludźmi, tak aby
o pewnej porze pewnego dnia znaleźli się w pewnym miejscu.
Weźcie choćby zeznania tej małej pokojówki: gdyby pomywaczka nie
sprzątnęła jej sprzed nosa fatyganta, dziewczyna nie rzuciłaby
w złości posady, nie najęłaby się do Lamorne'ów, a tym samym nie
stałaby się głównym świadkiem obrony. Albo ten Giuseppe
Antonelli: przyjechał na miesiąc, żeby zastąpić brata. A że brat był ślepy
jak kret, nie mógłby zobaczyć tego, co dostrzegło sokole oko
Giuseppe'a. Z kolei gdyby konstabl nie robił słodkich oczu do
kucharki spod numeru 48, nie spóźniłby się na obchód... - Pokiwał
łagodnie głową. - Wszystko zmierza do określonego punktu. I nagle...
stop! Wybija godzina zero. Taak, wszystkie drogi prowadzą ku
godzinie zero.
Po chwili powtórzył:
- Ku godzinie zero... - I lekko się wzdrygnął.
- Zimno panu? Prosimy bliżej do ognia.
- Nie, nie. Po prostu, jak to mówią, ktoś przeszedł po moim
grobie. No, na mnie już czas, muszę się zbierać do domu.
Skinął przyjaźnie głową i wolno podreptał do drzwi.
Nastąpił moment kłopotliwej ciszy, po czym Rufus Lord
zauważył, że biedny pan Treves bardzo się ostatnio posunął.
- Wielki umysł, naprawdę wielki, ale cóż... Na "anno Domini"
nie ma rady.
- Ma słabe serce - dodał Lord. - W każdej chwili można się
spodziewać końca.
- Bardzo dba o siebie - zaprotestował młody Lewis.
W tym czasie pan Treves sadowił się ostrożnie we wnętrzu swego
niezawodnego daimlera, którym dojechał do domu usytuowanego
przy spokojnym placyku. Troskliwy kamerdyner pomógł mu zdjąć
płaszcz, po czym starszy pan udał się do biblioteki, gdzie na
kominku płonął ogień. Sypialnia znajdowała się tuż obok, ponieważ
ze względu na swe serce pan Treves nigdy nie chodził na górę.
Usiadłszy przed kominkiem, przysunął sobie plik listów.
Myślami błądził nadal wokół swych rozważań, którymi
wcześniej podzielił się z towarzystwem w klubie.
Nawet w tej chwili, dumał, szykuje się jakaś tragedia, ktoś gdzieś
przygotowuje się do popełnienia zbrodni. Gdybym miał zamiar
napisać jedną z tych zajmujących krwawych historyjek, zacząłbym od
starszego pana, który siedząc przy kominku, otwiera swoje listy
i nie ma pojęcia, że w ten sposób zmierza mimo woli ku godzinie
zero...
Rozciął kopertę i przesunął roztargnionym wzrokiem po kartce
papieru.
Nagle zmienił się na twarzy. Ze świata fantazji wrócił wprost do
rzeczywistości.
- Tam do licha - mruknął. - Co za niesamowita historia!
Przykre, naprawdę przykre... Po tylu latach! Cóż, to zmienia wszystkie
moje plany.