zbieracz nasion
Patagonia, 1997 r.
Leżał w łóżku, w swoim barłogu, owinięty płaszczem. Odwrócił głowę w stronę okna. Miał wrażenie, że coś go woła i że to wołanie tak nagle go obudziło. Do pokoju wsączało się nikłe jeszcze światło nadchodzącego dnia. Jakiś impuls, zewnętrzny dźwięk. Usiadł gwałtownie i aż zaparło mu dech od zimna. Myśli go opuściły, były tylko ten lodowaty chłód i samotność. Zmusił się, żeby wstać, rozpalił w palenisku, nastawił czajnik. Mógł mieć elektryczność, kuchenkę, kanalizację, sklepy, produkty. Ale nie chciał, tak żył, tak umrze.
Zdjął niemal sztywne skarpety z chudych nóg, rozruszał palce, rozgrzał stopy i podszedł do okna.
W dole aż po horyzont rozpościerała się masa wody. Jego twarz zmieniła się, kiedy obserwował poprzecinaną drobnymi liniami fal powierzchnię oceanu, wyraz zdumienia i troski, jaki nadawały mu głębokie zmarszczki, złagodniał.
Patrząc na wodę, doświadczał uczucia dopełnienia - jakby wciąż był młodym chłopakiem, który stoi w pociągu, w zatłoczonym korytarzu, bez biletu, i widzi pierwszy raz w życiu wynurzający się zza lasu skrzący się w słońcu ocean, że nadal stoi przed tą wizją, która wtedy całkowicie go pochłonęła. Reszta życia była tylko biegiem do tego obrazu i uczucia wolności, zachwytu, próbą odtworzenia go jeszcze i jeszcze raz. To z tej miłości zaciągnął się na pierwszy kontenerowiec, na który go chcieli. I z niej stworzył związek z Miriam.
Próbował teraz coś zobaczyć, ale wszędzie to samo, ledwo oświetlona - kołysząca się woda.
Poczucie zewu wyraźnie dochodziło stamtąd.
Postał tak chwilę, jakby czekał, aż gwałtownie obudzona dusza wygrzebie się z barłogu i dowlecze do starego ciała. Wyszedł przed dom, żeby się odlać, mocz parował na boki, oddając jego własne ciepło. Potem zaparzył herbatę. Podszedł do wąskiej metalowej szafy zamykanej na klucz. Schylił się, wsadził rękę w szparę między podłogą a ścianą i wyjął klucz. Wciąż zgrabiałą dłonią otworzył drzwiczki. Szafka była niemal pusta - pozostało tylko kilka nierównych świec. Policzył je, pokiwał głową i zabrał jedną. Zamknął drzwiczki, a klucz schował z powrotem do skrytki. Szedł ostrożnie ze świecą w obu rękach, jakby trzymał w nich skarb, umieścił ją na stole na metalowym spodku. Z szuflady stołu wyjął kartki papieru, pióro, atrament, zgarnął okruchy z drewnianego blatu, owinął się szczelnie płaszczem i znów - spojrzał przez okno. Ten lodowaty świt niepokoił go, coś w oceanie, coś, co przychodziło z zewnątrz. Nieomal wiedział, co to było, zupełnie jakby za cienką ścianą stał obraz, który dobrze zna, którego rozpoznanie da odpowiedź na to, co dzieje się - wokół z jego życiem, ze światem.
Usiadł. Wziął pióro do ręki zaczął pisać.
"Pochodzę ze starego świata, wiem, nie zostało mi wiele czasu, za chwilę zapalę świecę, żeby móc dalej pisać - kto jeszcze dziś tak robi? Żeby usłyszeć myśli potrzebuję absolutnej ciszy, nic, najmniejszy ruch mógłby przeszkodzić.
Pochodzę ze starego czasu, otaczam się ogniem, kręgiem ze świecy, kartek, atramentu, pióra - to przedmioty które przeminęły, z innej epoki człowieka. Siedzę na skraju starego krzesła, bo w tej pozycji dół kręgosłupa ścina napięcie. A ja lubię walkę z sobą samym, walcząc z bólem, który chce panować nade mną, wyzwalam w sobie siłę do tego, żeby tu tkwić - tak mnie nauczono - to opór przynosi siłę.
Nie ma mnie dla nikogo, kiedy tu siedzę. Nie odbieram telefonu. Ja przecież ratuję świat. Jestem zbieraczem nasion.
Nawet teraz, okryty starym płaszczem, podziurawionym przez mole, widzę, że kilka z nasion zaczepiło się na materiale, patrzą na mnie, jakby rozumiały: to, co do tej pory wymyśliła natura, już nie wystarczy, muszą trafić do ludzkich głów i ja mam im to załatwić. Wyraźnie patrzą na mnie, tłumaczę im, złoszczę się, że nie mogę czegoś takiego napisać, nie mam odpowiedniego wykształcenia, zresztą, umówmy się - kogo dziś to obchodzi - Historia Nasion?
Zacząłem je zbierać wiele lat temu, tylko dlatego, że się nudziłem i że to było łatwe. Do tej pory robiłem zupełnie inne rzeczy. Urodziłem się w zimnym wschodnioeuropejskim kraju, w Polsce. W wiosce obok naszego domu płynęła rzeka i jako mały chłopiec konstruowałem wciąż na nowo statki z kory, którymi w myślach płynąłem w dół rzeki, aż do morza. Opuściłem dom rodzinny w wieku szesnastu lat i zostałem włóczęgą bez miejsca zamieszkania. Marzyłem o wielkim świecie. Ale żadne z miejsc uzurpujące prawo do tego określenia nie zadziwiło mnie, nie uwiodło. Tak było do momentu, kiedy zobaczyłem ocean. Zaciągnąłem się od razu na statek, zostałem marynarzem, następnie pracownikiem statku poławiającego wieloryby, a kiedy wróciłem do kraju, zainwestowałem zarobione pieniądze i poszedłem na studia inżynierskie. Poznałem Miriam, wzięliśmy ślub, zacząłem projektować kanały wodne, wyjeżdżaliśmy do południowych krajów, gdzie na pustyniach budowano miasta.
Podróżowałem z żoną, a wtedy było niełatwo, nie każdy mógł pojechać, gdzie chciał, a my jeździliśmy, mogliśmy. Lubiłem ciepły klimat, życie na Południu, targi, krzyki sprzedających, przewalające się falami modlitwy i ciągły tłum. Miriam - nie tak bardzo, "ludzie i upał mnie męczą", mówiła, wolała samotność. Wydawało się, jest tylko przekorna, znudzona. Mnie traktowano z szacunkiem, przydzielano sztaby wykwalifikowanych ludzi, dom z ogrodem z kamiennymi schodami prowadzącymi wprost nad niewielkie jezioro, otaczały nas młode, piękne służące.
Praca była potrzebna - ludzie chcieli czystej wody pitnej. Do rozwoju krajów potrzebowali sprawnie działającego systemu wodnego. A mnie opanowała obsesja. Całe dnie spędzałem na udrożnianiu miast i wsi, na spełnianiu cudu - tam, gdzie kiedyś była pustynia, człowiek stawiał domy, zakładał sady, uprawiał pola, oto dowód jego siły, przedsiębiorczości, i ja to sprawiałem.
Kiedy wracaliśmy, przywoziliśmy z żoną pieniądze, za które mogliśmy żyć lepiej niż inni. Urządzaliśmy nasz dom, niewielką willę. Do dziś w łazience na ścianach wiszą ręcznie malowane kafle - z ornamentem różowych piwonii, symbolem wiecznej miłości i szczęścia. W pokojach stoją rozkładany jak szafa gramofon z hebanu, z kolekcjami płyt pieśni ludowych, ręcznie robione komody, lustra w rzeźbionych oprawach, drewniana pachnąca jesionem podłoga i boazeria na ścianach. Boazerię położyłem z teściem. Drzewa nie było można kupić i ścięliśmy stary modrzew w ogrodzie - przez wiele lat, nawet teraz w upalne dni można poczuć jego zapach. Dobrze nam się razem z Miriam żyło. Kochaliśmy się i miałem w niej też przyjaciela. Ale może - teraz tak myślę - ja nie rozumiałem, nie zauważyłem, że ona chciała, potrzebowała innego życia, nie należało tak jeździć. Zostać, pomieszkać, mieć dzieci. Nie mieliśmy dzieci - bo ciągłe podróże. Miriam zachorowała, trzy miesiące i zmarła, i po człowieku, i to co do tej pory dla mnie - straciło sens.
Tak. Tak. Streszczone w kilku słowach życie. Przewidywalne jedyne możliwe zakończenie.
Nie pozwoliłem nic zmienić, dotknąć jej rzeczy. Gadali za moimi plecami, pamiętam ich wymowne spojrzenia, miny. Pierścionki Miriam, kolczyki leżały przy łóżku i jeszcze korale, odkręcona tubka z kremem, szczotka do włosów w łazience odłożona w pośpiechu, buty pod wieszakami z sukienkami, jej płaszcz przerzucony przez fotel w korytarzu.
I wtedy to się zaczęło. Wracały do mnie najgorsze wspomnienia z czasów na morzu. Woda, sól wżerająca się w skórę, ciągła wilgoć, sprośne żarty, których często nie rozumiałem, zapach suszonych alg, wieloryby.
Przetwórnia, do której podpływało się po połowie - wciągaliśmy ogromne tusze, po specjalnej pochylni do środka. Nie da się zapomnieć obrazu Grety, wysokiej Norweżki, jak wielkim nożem przecinała, cięła, i cięła, krew bluzgała tak, że gdzie nie spojrzeć, płynęły strumienie, krew zaczerwieniała zatokę, całą ogromną. Ściekała po schodach wprost do oceanu. Greta, z zawziętością, której bali się otaczający ją inni pracownicy, marynarze, zahartowani morzem mężczyźni, pruła niebotyczne flaki wielorybów i zaśmiewała się, bo praca sprawiała jej radość, satysfakcję i bechtał ją strach w oczach tych zwalistych ponurych, pobożnych wielorybników. Chciała więcej, chciała więcej krwi. Raz wyłupała oko i straszyła nim, a oni odsuwali się, bo wieloryb, nawet po śmierci, patrzył jak zarżnięty człowiek - ze śmiertelną trwogą. Oko, milczący świadek, z wiecznym pytaniem. Nie umiem tego dobrze wytłumaczyć, ale wieloryby miały w sobie coś ludzkiego, a nawet więcej, czuło się ich pokojowe życie, więzi. Nie gadało się o tym, tylko wiedziało, każdy z nas przecież to zauważał podczas polowania, jak natychmiast formowały koło, do którego, do środka, wpychały młode i najsłabsze stare osobniki, ostrzegały się nawzajem, i nie porzucały nawet w najbardziej beznadziejnej chwili - biło od nich światło, nawet z ich martwych ciał, kiedy się ich dotykało.
O pochodnie! - pisał dalej, wciskając pióro niemal w papier. - Pochodnie! Ogień, rozpalmy ogień w nocy, miasta całego świata! Rozświetlone przez lata światłem z tłuszczu wieloryba! Niech pochłonie nas zła noc. O pochodnie! Rozpętajmy ogień jeszcze raz! Noc jest w nas dziś maluczka, za rękę z gniewem, złością i zemstą.
Odpłyńmy jak najdalej od matki, od jej rąk, tam, gdzie nieznany brzeg, gdzie wieczny zaułek, migający neon baru. Spójrz, jak tańczą, trzymają w rękach trunki, jakby to był wehikuł, który zapewni im inne, lepsze czasy.
Ale my, my stoimy za szybą i jesteśmy teraz, i już
tuż tuż
już
tuż tuż.
Zaczekajcie na nas. Zaczekajcie na nas. Z dobrą zabawą.
Szaman, a może wódz. Widzę go tak wyraźnie, jakby stał w tej chwili obok mnie.
Nie był szaleńcem - to my byliśmy obłąkani.
Wracaliśmy po szczególnie ponurym połowie, gdzieś na Pacyfiku, brudni od roboty, milczący, z pokiereszowanym statkiem, obwieszonym ciałami wielorybów, głównie młodych. Podpłynęliśmy do pobliskiej wyspy po wodę. Tubylcy wyszli do nas, przystrojeni kwiatami, z darami, ale kiedy zobaczyli przywiązane tusze, rzucili się w piasek, zaczęli się tarzać, płakać i wołać w przerażeniu. Ten człowiek, ich wódz, szedł, a ludzie się przed nim rozstępowali.
Stanął, patrzył osłupiały, a potem krzyczał na nas, niczym ojciec na dzieci, które go zdradziły. Pokazywał, gestykulował, tańczył, jakby chciał nam powiedzieć: "Świat przechyli się w jedną stronę! Spadniecie z niego! A my razem z wami!". Trząsł się i tupiąc nogami, wzbijał chmury pyłu.
Bił się w pierś, niemal siny na twarzy. "Wasze serca, wasze serca już przegrały" - tak mówił, tak to rozumiałem.
W końcu tylko patrzył na wieloryby, płacząc i odwracając wzrok, nie mógł znieść tego widoku.
Staliśmy w milczeniu. Wiedziałem, że jest tak, jak pokazuje. Tkwiłem tam, trzęsąc się z zimna i obrzydzenia od zapachu krwi, śluzu.
Cisza wokół mnie wskazywała, że nie byłem jedyny.
Ten połów był moim ostatnim - widzisz, kiedy spotykasz stado, to chcesz najpierw zabić młode, bo i samce, a szczególnie samice wpadają w taki szał, tak tracą rozum, że przestają bronić siebie, rozwalają zwarty krąg i stado staje się łatwym łupem. I wtedy była taka jedna samica - zraniliśmy jej młode, długo się męczyło, płakało niczym ludzkie dziecko - a ona, samica, oszalała. Wibracje jej wycia przechodziły dziwnymi drganiami przez nas. Następowała cisza, zatykało nam uszy od wytworzonego ciśnienia, jakby powietrze wokół nas zasysało się, i uderzała fala dźwięku, fizycznie czuliśmy, jak przechodzi nasze ciała, coś z nimi robi, było to zupełnie tak, jakby rzucała na nas klątwę, a na końcu, po śmierci młodej, ta samica zabiła się. Wiedzieliśmy, że wieloryby są do tego zdolne. Wiele razy tępo uderzała głową w nasz statek, bez energii jakby sama była już martwa w środku, aż poszła na dno - my prawie z nią.
I właśnie obraz tej samicy, po śmierci żony, ciągle mi się śnił. Przetrawiony bólem wyraz oczu wieloryba, jak patrzy na mnie, pyta wzrokiem: "Dlaczego to robicie?", a zaraz potem, że Miriam siedzi obok na łóżku i też patrzy, dokładnie z tym samym wyrazem w oczach.
Popadłem w ruinę. Prześladowała mnie myśl "co myśmy najlepszego zrobili". Nie chciałem już być inżynierem. Nie chciałem być człowiekiem.
Jedynym, co mi pomagało, odkryłem to przez przypadek, były spacery po lesie.
Jechałem ponad godzinę do ulubionego miejsca. Wychodziłem z samochodu i szedłem w kierunku drzew, a im bliżej byłem, tym bardziej łagodniał ból.
Zanurzałem się pomiędzy drzewa. Przystawałem, kładąc od czasu do czasu rękę na jakimś pniu. Szorstkość i zgrubienia kory, to jak przypomina skórę człowieka, wzór linii papilarnych, mieszkające między korą owady, ukryte kokony, zaczepione nasiona. Ziemia w lesie pokryta była plątaniną mchów, paproci, krzewami jagód, była przez to miękka i sprężysta i chodząc po niej, zaczynałem rozumieć, że pod moimi nogami rozciągały się również w dół kolejne piętra życia oraz że las miał też wysoko nade mną połączenia niewidzialne dla nas ludzi.
Kiedy przykucałem, potrafiłem bez końca wpatrywać się w szczegóły podłoża. Zielone korytarze, doliny i góry, miasta i wsie, nagle gdzieś wyrosłe jak na polu uprawnym słupki z zarodnikami, zaaferowane mrówki biegały jak niektórzy znani mi ludzie, nie zwalniając nawet w obliczu dużej przeszkody, omijały ją i szybko odnajdywały kierunek wcześniej wytyczonego celu. Leniwe żuki lśniły kolorowymi pancerzami, wychodziły spod liścia czy trawy, wysuwały czułki i potrafiły zastygnąć w bezruchu na długie chwile. Grzyby, których kapelusze i nóżki błyszczały kolorami, życiem, czym jeszcze? Kładłem się w tym mchu, trawie i patrzyłem w górę na niebo, chmury, światło, konary drzew nade mną. Szumiały brzozy, osiki, lipy pachniały mocno.
Pewnego razu zasnąłem tuż obok niewielkiej sosny. Obudziłem się, leżąc na boku, skulony. Otworzyłem oczy i napotkałem spojrzenie srebrzystobrązowej żaby. Schowana pod korzeniami sosny w maleńkiej jamce otulonej mchem i ziemią, przysypiała znużona jak i ja upałem, co chwilę otwierając szerzej oczy. Patrzyłem na nią, wyglądała zupełnie, jakby uśmiechała się przez sen. Wstałem cicho i odszedłem. Nie mogłem opanować płaczu, jaki napadł mnie, kiedy oddaliłem się od niej. Płakałem, idąc do samochodu, płakałem, jadąc, i w domu, jedząc zupę. Płakałem całe popołudnie przed telewizorem i zasnąłem w łóżku, przebrany w piżamę, na swojej połowie, płacząc. Dotknięty do żywego jej spokojem, jej uśmiechem, istnieniem. Wdzięczność, jaką wtedy odczułem, której teraz nie umiem wam dobrze opisać, tego, że zaufała mi, zasypiając tak blisko, po prostu była i pokazała mi, że jest, że jest.
I tak podczas coraz dłuższych wypraw do lasu zacząłem też zbierać szyszki, żołędzie, wszelkie nasiona i przynosić je do domu. Jeden ze znajomych myśliwych objaśnił, jak się z nimi obchodzić.
Suszyłem je, umieszczałem w specjalnych ramach. W końcu zostawiłem dom, jak stał. Zamknąłem na klucz zapach modrzewia, wieczne szczęście piwonii na kaflach i wróciłem tutaj, do miejsca położonego kilka kilometrów na północ od przetwórni, którą zamieniono teraz w dobrze prosperujące muzeum wielorybnictwa. Kupiłem rozwalającą się chałupę, stojącą wysoko na klifie, ponaprawiałem. W szopie obok przygotowałem specjalne suche chłodne pomieszczenie z szufladami. Tam je wszystkie przechowuję. Nasiona pozbierane ze spacerów w lesie, codziennych wędrówek po nowej okolicy, i te zamówione z różnych, odległych krajów leżakują w specjalnych, czystych szufladach. Zamieszkują w dużo lepszych warunkach niż ja".