Wstęp
Wstęp
Kiedyś wpadłem na zuchwały pomysł, by opisać swoje najważniejsze
spostrzeżenia dotyczące psychoterapii, co dało początek użytecznej
książce zatytułowanej Dar terapii. We wstępie do niej napisałem, że w dojrzałym wieku siedemdziesięciu lat doświadczyłem dwóch rzeczy. Po
pierwsze, moi pacjenci zaczęli się martwić, jak długo będę mógł im
pomagać. Czy pojadę na wakacje i nigdy nie wrócę? Czy wkrótce będą
odwiedzać mój grób? Po drugie, biorąc pod uwagę swoją nieuchronną
śmierć, poczułem, że chcę przekazać innym to, czego się nauczyłem przez
cztery dekady pracy psychoterapeutycznej, i zrobić to jak najszybciej.
Obawy okazały się odrobinę przedwczesne i przeszło dwadzieścia lat
później w dalszym ciągu się zastanawiam, jak najlepiej pomóc pacjentom i terapeutom. Teraz, gdy mam prawie dziewięćdziesiąt trzy lata, niepokój,
że umrę i że muszę się śpieszyć z przekazywaniem ciężko zdobytych
doświadczeń, może naprawdę być uzasadniony. Nie wiem, czy to prawda.
Skontaktujcie się ze mną za dwadzieścia lat!
W ciągu sześćdziesięciu lat mojej pracy terapeutycznej nie zmienia się
tylko jedno: tęsknota za kontaktem z drugim człowiekiem zawsze pozostaje
główną motywacją osób szukających pomocy. Ludzie pragną bliższych,
głębszych więzi. Kluczem do ich rozwijania jest umiejętność nawiązywania
szczerych relacji, poruszania osobistych problemów. Może się to wydawać
łatwe, a jednak sprawia kłopoty zdecydowanej większości pacjentów, z którymi miałem do czynienia. Bliskość wymaga wrażliwości: nikt nie może
oczekiwać, że przyjaciel, krewny albo partner będzie szczery, jeśli sam
nie potrafi być szczery. A taka wrażliwość niemal z definicji niesie ze
sobą niebezpieczeństwo. Wielu z nas -?większość z nas -?wie z doświadczenia, że wrażliwość emocjonalna może doprowadzić do problemów.
Jest to bolesne i szybko uczymy się bronić, przede wszystkim unikać
szczerości. Ale, niestety, jeśli nigdy nie będziemy szczerzy, nigdy nie
nawiążemy upragnionego kontaktu.
Dla tych, którzy znają moje prace poświęcone psychoterapii
egzystencjalnej, nacisk na kontakt interpersonalny może wydawać się
dziwny. Gdy ponownie czytam wstęp do Daru terapii, zauważam, że
omawiałem te dwie kwestie jako "równoległe, ale oddzielne problemy".
Psychoterapia egzystencjalna skupia się na wewnętrznych konfliktach
pacjentów, które wynikają z konfrontacji z podstawowymi składnikami
ludzkiej egzystencji -?śmiercią, samotnością, sensem życia i wolnością.
Dostrzegłem, że egzystencjalny punkt widzenia (nie jest to odrębne,
kompletne podejście do terapii) wpływa na moją pracę z poszczególnymi
pacjentami. W trakcie terapii interpersonalnej pacjenci zmagają się z problemem niemożności nawiązania, pielęgnowania i utrzymywania relacji z innymi. Zauważyłem to przede wszystkim podczas pracy z grupami
terapeutycznymi, gdzie koncentrowałem się na impulsach i emocjach
wynikających z interakcji między członkami.
Teraz czuję, że te dwie obawy wcale nie muszą się od siebie różnić.
Jedną z głównych przyczyn lęku egzystencjalnego jest samotność we
wszechświecie, niemożność podzielenia się swoimi doświadczeniami z innymi. Ta samotność może być przerażająca i z pewnością odgrywa rolę w większości religii, które oferują pocieszenie, zapewniając nas, że
jesteśmy częścią większej całości. Dla wielu z nas, niezależnie od tego,
czy jesteśmy religijni, głęboka więź z innymi ludźmi jest najlepszym
lekarstwem na samotność egzystencjalną i wiążące się z nią lęki.
Większość osób rozpoczyna terapię, bo poszukuje pomocy związanej z problemami interpersonalnymi, co również wydaje się w pewnym sensie
związane z problemami egzystencjalnymi.
Historie składające się na tę książkę dotyczą pracy z indywidualnymi
pacjentami, ale moje podejście terapeutyczne jest wyraźnie
interpersonalne, analizuje przestrzeń emocjonalną między mną a pacjentem
i wykorzystuje to, czego się uczymy, by pomóc pacjentowi poprawić
relacje z innymi. A zatem problemy egzystencjalne i interpersonalne nie
są od siebie oddzielone.
Potrzeba nawiązania kontaktu, by złagodzić egzystencjalne obawy, z pewnością była prawdziwa w moim przypadku i nabrała siły po śmierci
mojej żony Marilyn w 2019 roku. Zaledwie kilka miesięcy później wybuchła
pandemia covid, po czym spędziłem większość następnych trzech lat, czyli
okresu, w którym rozgrywa się ta książka, w głębokiej izolacji. Należy
dodać do tego to, że stałem się naprawdę bardzo stary. Niemal wszyscy
moi przyjaciele i współpracownicy odeszli albo wydawało się, że wkrótce
umrą. Dożycie późnej starości, choć wydaje się korzystne, ma swoje wady.
W trakcie starzenia się stale zaprzątały mnie kwestie egzystencjalne.
Jedna z głównych cech starzenia to pogorszenie pamięci. Analiza tego
procesu jest jednym z najważniejszych tematów niniejszej książki, więc
nie zdradzę zbyt wiele we wstępie, poruszę tylko dwie kluczowe kwestie.
Po pierwsze, sześć lat temu spostrzegłem, że nie jestem już w stanie
zapamiętać wszystkich ważnych szczegółów dotyczących moich pacjentów i pracy terapeutycznej, którą wspólnie wykonaliśmy. Po prostu nie mogłem
obiecać, że będę skutecznym terapeutą, jakim byłem przez tak długi czas.
Zamiast od razu zawiesić praktykę, postanowiłem prowadzić jednogodzinne
konsultacje. Najciekawsze z tych konsultacji i wyciągnięte z nich
wnioski stanowią treść rozdziałów tej książki.
Po drugie, narratorem tej książki jestem ja, Irvin Yalom, ale napisałem
ją we współpracy ze swoim najmłodszym synem Benjaminem. Nawiązaliśmy ten
interesujący układ z konieczności, ponieważ nie potrafiłem ogarnąć
licznych opisanych tutaj spotkań i powiązanych z nimi wątków
terapeutycznych. Na szczęście Ben jest doskonałym pisarzem, który od
wielu lat redaguje moje książki. Nastąpiło to w idealnym momencie -?po
dwudziestu pięciu latach pracy w teatrze i, jak to nazywa, unikaniu
pozostawaniu w moim zawodowym cieniu, mój marnotrawny syn postanowił
dołączyć do rodzinnego biznesu. Uczestniczył w studiach doktoranckich z terapii małżeńskiej i rodzinnej, gdy moje aspiracje do napisania tej
książki zderzyły się z rzeczywistością i spostrzegłem, że mam coraz
większe problemy z pamięcią. Rezultat to połączenie moich doświadczeń z jego spostrzeżeniami i wnikliwymi pytaniami. Co za szczęście!
Współpraca, a także możliwość wyjaśnienia i przemyślenia niektórych z moich teorii sprawiły nam ogromną przyjemność. Pracując nad tą książką,
stał się jednym z moich ostatnich studentów.
Terminologia i krytyczne zastrzeżenie
Na koniec kilka uwag. Dwa terminy często używane w całej książce są
warte wyjaśnienia. Po pierwsze, często piszę o "intymności". Nie używam
tego słowa w znaczeniu seksualnym lub fizycznym, choć taki jego sens
jest obecnie powszechny. Mam na myśli bliskość, szczerość, serdeczność -
wyrazy oznaczające ciepły, bliski kontakt między dwojgiem ludzi. Opisane
przeze mnie historie ilustrują, że gabinet terapeuty powinien być
bezpiecznym miejscem, gdzie można doświadczać intymnego kontaktu
rozumianego w ten sposób.
Po drugie, piszę o osobach, które poprosiły mnie o konsultację jako
pacjenci. To termin trochę problematyczny. Twórcami psychoterapii byli
psychiatrzy wykształceni jako lekarze i w związku z tym w sposób
zupełnie naturalny uważali, że pracują z "pacjentami". Jednak w ostatnich dekadach psychoterapia stała się w dużej mierze domeną
psychologów, terapeutów małżeńskich i rodzinnych, pracowników socjalnych
i pedagogów różnego rodzaju, z których większość używa terminu
"klienci". Nie jestem wielkim fanem żadnego z tych słów -?pierwsze
sugeruje chorobę, a drugie relację handlową. Zwrot "osoba udzielająca
konsultacji" jest długi i niezręczny. Wolę myśleć o sobie jako o towarzyszu podróży -?kimś, kto może nieco lepiej rozumieć drogę, którą
podążamy. Jednak w tej książce posługuję się słowem "pacjent", choć nie
prowadziłem leczenia ani nie podejmowałem działań o charakterze
medycznym.
Na koniec muszę napisać, że jest to zbiór opowieści o pojedynczych
spotkaniach z ludźmi szukającymi wskazówek. Z ponad trzystu takich
spotkań wybrałem dwadzieścia dwa, które mogą pomóc w nauczaniu
terapeutów i osób zainteresowanych terapią, przekazywaniu konkretnych
lekcji lub ujawnianiu konkretnych dylematów. Chciałbym jasno podkreślić
jedno: "Nie sugeruję, że jedna sesja może stanowić model skutecznej
terapii!". Umieszczanie tego zastrzeżenia powinno być zbędne, ale należy
brać pod uwagę, że firmy ubezpieczeniowe i farmaceutyczne zmuszają moich
kolegów do stosowania coraz krótszych i coraz uboższych wersji terapii,
więc mimo wszystko czuję potrzebę wyjaśnienia. Nie żywię nadziei, że mój
eksperyment zostanie powtórzony, ale że Wy, drodzy Czytelnicy,
wykorzystacie opisane lekcje i zastosujecie je we własnej praktyce w sposób, który uznacie za najbardziej użyteczny.
Rozdział 1. Dzień z życia bardzo starego terapeuty
Rozdział 1
Dzień z życia bardzo starego terapeuty
Dzień nie zaczął się dobrze. Obudziłem się o trzeciej w nocy, czując
skurcze nóg. Cicho wstałem z łóżka, starając się nie wyrwać z głębokiego
snu swojej żony Marilyn. Wziąłem gorący prysznic, by złagodzić ból, aż
woda stała się letnia; potem się wytarłem i wróciłem do łóżka. Gorąca
woda ukoiła ból mięśni i skurcze nieco złagodniały. Bardzo starałem się
znowu zasnąć. Ale kiedy ktoś bardzo stara się zasnąć, zawsze kończy się
to fiaskiem. Bezsenność była moim stałym towarzyszem od dziesięcioleci.
Z ociąganiem ograniczyłem przyjmowanie środków nasennych, bo mój lekarz
podejrzewał, że przyśpieszają pogarszanie się pamięci. Próbowałem
wykonywać ćwiczenia oddechowe. Wiele razy wdychałem powietrze, szepcąc
"spokój", a potem je wydychałem, mówiąc to samo -?praktyka medytacyjna,
której nauczyłem się przed wielu laty. Ale niczego to nie dawało -
niewielkie uspokojenie po wypowiedzeniu słowa "spokój" wkrótce
przekształciło się w lęk, kolejną starą nemezis. Skoncentrowałem się na
liczeniu oddechów. Kilka minut później zdałem sobie sprawę, że
zapomniałem o liczeniu, a mój wiecznie niespokojny umysł powędrował
gdzie indziej.
Rok wcześniej u Marilyn zdiagnozowano szpiczaka mnogiego, podstępny
nowotwór układu krwiotrwórczego. Była w trakcie chemioterapii, która jak
dotąd nie przyniosła znaczącej poprawy. Znałem jej ciepło i oddech;
spałem z nią od wielu dziesięcioleci. Ale teraz pojawiło się coś nowego,
złowroga choroba, z którą walczyła.
Z przyjemnością widziałem, że tej nocy spokojnie odpoczywa; dostrzegałem
zarysy jej twarzy w słabym świetle. Byliśmy nierozłączni od szkoły
średniej. Teraz całymi dniami martwiłem się o nią i próbowałem cieszyć
się chwilami, które nam zostały. Nie mogłem zasnąć, zadręczałem się
myślami o życiu bez Marilyn. Co będę robił? Z kim będę się dzielił
myślami? Jaka samotność mnie czeka?
Zauważyłem, że mój umysł błądzi, i zrezygnowałem z prób zaśnięcia.
Popatrzyłem na zegarek i z zaskoczeniem spostrzegłem, że jest już szósta
rano. Musiałem nieświadomie się zdrzemnąć na parę godzin.
Po śniadaniu spojrzałem na terminarz. Tego dnia miałem dwa spotkania.
Pierwsze było ostatnią sesją z Jerrym, pacjentem, z którym spotykałem
się przez rok. Jerry był odnoszącym sukcesy czterdziestokilkuletnim
prawnikiem; rozpoczął terapię, bo próbował zrozumieć, czemu rzuciła go
dziewczyna, z którą był dwa lata; był to trzeci z serii nieudanych
związków.
-?Nie rozumiem, dlaczego to się stało -?powiedział w czasie pierwszej
sesji. -?Mam piękny dom, świetną pracę, mnóstwo pieniędzy. Czego mi
brakuje? Niech pan na mnie popatrzy. -?Wskazał swój dobrze skrojony,
drogi garnitur.
Jerry nie był człowiekiem pełnym ciepła, miłym, tylko wymagającym,
często krytycznym. Narzekał na moje stawki, zasugerował, bym zatrudnił
lepszego ogrodnika do pielęgnacji roślin wzdłuż ścieżki do gabinetu, a gdy znaleźliśmy się w środku, krytykował grafiki wiszące na ścianach.
W trakcie naszych pierwszych spotkań powtarzał mi wielokrotnie, że
zgłosił się do mnie, bo słyszał, że jestem najlepszy, a on zasługuje na
to, co najlepsze. Wkrótce w jego oczach pojawiło się rozczarowanie, że
nie wyleczyłem go szybko z problemów. Jego spojrzenie sugerowało, że nie
jestem najlepszy.
Jednak z czasem odnieśliśmy sukces. Co zadziałało? Sprzyjały nam dwa
ważne czynniki. Przede wszystkim Jerry miał bardzo silną motywację, by
zmienić swoje życie. Mimo arogancji zdawał sobie sprawę, że w jakiś
sposób przyczynia się do problemów w związkach, i chciał je rozwiązać,
wkładając w to tyle pracy, ile trzeba. Musiałem zwolnić tempo terapii,
pozwolić mu odetchnąć i zasugerować, że częścią problemu są ogromne
wymagania, jakie stawia sobie i mnie, bym w magiczny sposób go wyleczył.
-?Niech pan sobie wyobrazi na kilka minut, że jest pan swoją dziewczyną
-?zaproponowałem. -?Czy by pana kochała i wspierała, gdyby nie był pan
geniuszem, gdyby ścieżka w pana ogrodzie nie była fachowo pielęgnowana
przez ogrodnika, gdyby dziewczyna źle wyglądała na pańskim ramieniu?
-?Wątpię -?odpowiedział.
-?Zamiast tego nieustannie by pana krytykowała, a pan czułby się
niekomfortowo ze sobą i swoim związkiem. Co dalej? -?Umilkłem. Pytanie
wisiało w powietrzu.
Jerry zastanowił się przez chwilę.
-?Prawdopodobnie bym zrezygnował -?powiedział w końcu.
Uświadomił sobie, że był wymagający i często nieuprzejmy, co głęboko
wpływało na jego relacje. Zrozumiał swoją rolę i zaczął się zmieniać. W następnych tygodniach starał się poprawić. Zaczął łapać się na tym, że
był wobec mnie zbyt krytyczny; zbyt często narzekał, że inne osoby
obecne w jego życiu postępują nieodpowiednio. Wziął na siebie większą
odpowiedzialność za sposób, w jaki reagują na niego ludzie, zwłaszcza
potencjalne partnerki. I zaczął powściągać swój cięty język. Zaciekła
determinacja Jerry'ego, by się zmienić, była kluczowym czynnikiem jego
terapii, lecz nie potrafiłem jej kontrolować.
Mogłem jednak wpłynąć na inny aspekt -?silną relację nawiązaną za mną.
Jerry testował mnie od samego początku. Dlaczego nie mam lepszego gustu?
Gdzie jest mój luksusowy samochód? Czemu ciągle nie udało mi się go
naprawić? Zachowywałem spokój mimo wszystkich jego złośliwości. Byłem
empatyczny i serdeczny, choć stawiałem opór, gdy wydawało się, że
przyniesie mu to jakąś korzyść. Stopniowo złagodniał i przestał ze mną
rywalizować. W miarę rozwoju naszej relacji jego złośliwe uwagi
przestały być atakami; zmieniły się w dowcipne, żartobliwe
uszczypliwości, na które mogłem zareagować ripostą lub wezwaniem do
debaty. Stopniowo zbudowaliśmy silną relację, "sojusz terapeutyczny",
jak to nazywamy w naszym fachu.
To przymierze, tworzenie go i wykorzystywanie, stanowi najważniejszy
element mojej techniki terapeutycznej. W niezliczonych wykładach i publikacjach powtarzałem, że relacja ta pełni funkcję leczniczą.
Przemiana nie jest arkuszem wypełnianym przez pacjenta ani błyskotliwym
pytaniem zadanym przez terapeutę, zmianą zachowania codziennie śledzoną
przez pacjenta. W moim podejściu do terapii szczera więź między
terapeutą a pacjentem jest medium, dzięki któremu dokonujemy odkryć,
uczymy się, zmieniamy i leczymy.
Jerry i ja poczyniliśmy ogromne postępy w ciągu roku, gdy pracowaliśmy
razem. Stał się bardziej przyjacielski; kiedy czasami w dalszym ciągu
wygłaszał niepochlebne uwagi, szybko mu to wytykałem. Nauczył się
przepraszać, a potem gryzł się w język, nim powiedział coś kąśliwego, i często, w dość uroczy sposób, zastępował takie komentarze nieco
dwuznacznymi komplementami: "Drzewa cytrynowe przy ścieżce wyglądają w tym tygodniu o wiele lepiej" albo: "Wie pan, posążek Buddy na pana półce
jest bardziej interesujący, niż myślałem".
Z niecierpliwością czekałem na nasze cotygodniowe spotkania i ze
smutkiem żegnałem się z Jerrym, kiedy dzisiejsza sesja kończyła się o jedenastej pięćdziesiąt. Ale z powodów, które wkrótce staną się jasne,
na początku terapii ustaliliśmy, że powinna trwać jedynie rok. Z pewnością wykorzystał go w pełni i obaj mieliśmy nadzieję, że jego
przyszłe związki, romantyczne i inne, będą bogatsze i bardziej
satysfakcjonujące.
Tego dnia druga sesja w moim terminarzu miała być zupełnie inna.
Umówiłem się z kobietą o imieniu Susan, którą zamierzałem zobaczyć tylko
raz. Tylko raz?! Jak skutecznie kogoś wyleczyć w trakcie jednej sesji? I po co w ogóle próbować? Aby to wyjaśnić, muszę trochę cofnąć się w czasie i opisać kontekst.
Około pięciu lat wcześniej, gdy przekroczyłem osiemdziesiątkę,
zauważyłem, że moja pamięć zaczyna szwankować. Zawsze byłem trochę
zapominalski, regularnie gubiłem terminarz, okulary albo kluczyki do
samochodu. Teraz spostrzegłem coś nowego. Spotykałem osoby, które
poznawałem, ale nie pamiętałem ich imion ani nazwisk. Czasami milkłem w środku zdania, szukając brakującego słowa. I coraz częściej przestawałem
rozumieć fabułę w filmach, które oglądaliśmy z Marilyn.
Kiedy kłopoty z pamięcią się pogłębiły, zacząłem myśleć, że może nie
jestem w stanie prowadzić długoterminowej terapii, którą uprawiałem
prawie sześćdziesiąt lat. Zamiast terapii bez z góry określonych ram
czasowych, czasami trwającej trzy albo cztery lata, postanowiłem
wyznaczyć wszystkim nowym pacjentom roczny termin, uzgodniony z góry.
Stąd moja umowa z Jerrym. Podchodziłem do tych nowych ram czasowych z żalem, ponieważ stanowiły dużą zmianę w mojej pracy, wynikającą z konieczności, nie z pragnienia. Ale wkrótce ciekawość i chęć dalszego
udzielania pomocy zwyciężyły.
W końcu uznałem to za dobre rozwiązanie. Jeśli starannie dobierałem
pacjentów, prawie zawsze byłem w stanie wiele zaoferować w trakcie
rocznej wspólnej pracy. W przypadku niektórych z nich dzięki
ograniczeniu czasowemu wzrosło poczucie, że sprawa jest pilna, co
sprzyjało motywacji. W ciągu ostatnich pięciu lat było to korzystne
zarówno dla mnie, jak i dla pacjentów. Później, gdy miałem około
osiemdziesięciu siedmiu lat, odkryłem, że coraz bardziej polegam na
notatkach, które robiłem po każdej sesji, by zapamiętać szczegóły
dotyczące rozmówców; nawet wtedy ich twarze i problemy czasami wydawały
się obce. Zacząłem się wahać, kwestionować wartość swojej pracy
terapeutycznej. Czułem, że mam jeszcze wiele do zaoferowania, ale było
jasne, że nie mogę w dobrej wierze angażować się w stałą pracę, nawet
ograniczoną do jednego roku.
A jednak, a jednak... myśl o rezygnacji z praktyki była szokująca.
Dzielenie się doświadczeniami z pacjentami, pomaganie im w najtrudniejszych chwilach i towarzyszenie w odkrywaniu własnej psychiki
stanowiło moje powołanie i codzienną pracę przez większość życia. Kim
byłbym, gdybym nie został psychoterapeutą? Szczerze mówiąc, czułem złość
i głęboki strach. Nie chciałem stać się bezużytecznym starcem. Myśl o rezygnacji z terapii sugerowała pogodzenie się z szybką degrengoladą
psychiczną, a potem z nieuchronną śmiercią.
Głęboko się nad tym zastanawiałem. Musiałem stawiać potrzeby pacjentów
na pierwszym miejscu, więc długoterminowa terapia nie wchodziła w rachubę. Ale zdawałem sobie sprawę, że po wielu dziesiątkach lat
praktyki i badań zdobyłem rzadką intuicję i wiedzę fachową, w dalszym
ciągu potężne narzędzia terapeutyczne. Poza tym czułem osobistą potrzebę
dalszej pracy. Jak mógłbym wciąż pomagać pacjentom, być zaangażowanym, a jednocześnie nie narażać nikogo na niebezpieczeństwo? Wpadłem na
niekonwencjonalny pomysł. Może udzielać pacjentom jednorazowych,
godzinnych konsultacji? W ciągu tej godziny dawałbym z siebie wszystko,
na co mnie stać -?intuicje, wskazówki, serdeczność, akceptację -?a następnie, w razie potrzeby, kierowałbym pacjentów do kolegi, który
mógłby najlepiej zaspokoić ich szczególne potrzeby terapeutyczne.
Taka krótkoterminowa terapia była dla mnie czymś zupełnie obcym. Zawsze
postrzegałem terapię jako przedsięwzięcie długoterminowe -?nie
staromodną psychoanalizę trwającą dziesięciolecia, lecz kilkuletni ciąg
sesji mający pomóc pacjentom w lepszym zrozumieniu samych siebie i dokonaniu znaczących zmian w życiu. Pytanie, jak skuteczny byłbym
podczas godzinnych konsultacji, mogłoby być przynajmniej ciekawym
eksperymentem.
Kiedy wpadłem na ten pomysł, przez jakiś czas targały mną sprzeczne
emocje, sceptycyzm (czy to tylko sposób na odroczenie końca mojej pracy,
a nie oferowanie czegoś naprawdę korzystnego dla pacjentów?) walczył z ekscytacją. Wiedziałem, że mam niezwykłe umiejętności i pomogłem wielu,
wielu ludziom zmagającym się z problemami osobistymi, co niewątpliwie
miało wartość. Starannie przeanalizowałem swoje uczucia. Niewykluczone,
że duma nie pozwala mi pogodzić się z mniej ważną rolą. A jednak wiadomo
było, że w pewnym momencie będę musiał zaakceptować starość i przekazać
pałeczkę następnym pokoleniom. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, co
przyniesie ten eksperyment, co samo w sobie wydawało się intrygujące. W ten sposób rozpocząłem nową przygodę polegającą na udzielaniu godzinnych
konsultacji terapeutycznych i analizowaniu, co mogłoby być najbardziej
pomocne w trakcie terapii tego rodzaju, choć wcześniej nie uważałem jej
za skuteczną metodę.
Ogłosiłem na Facebooku, że przechodzę na emeryturę w zakresie terapii
długoterminowej i proponuję chętnym godzinne konsultacje -?albo osobiste
w moim gabinecie w Palo Alto, albo online. W ciągu kilku godzin zaczęły
napływać prośby o umówienie wizyty, znacznie liczniejsze, niż się
spodziewałem. Przychodziły z całego świata, oczywiście z krajów
angielskojęzycznych, ale także z wielu innych miejsc -?Turcji, Grecji,
Izraela, Niemiec -?ponieważ Zoom pokonał barierę przestrzeni. Wysyłali
je ludzie w różnym wieku, różnych zawodów. Szybko zdałem sobie sprawę,
że format godzinnej sesji pozwoli mi pracować z wieloma osobami, do
których nigdy nie mógłbym dotrzeć w inny sposób i dla których stała
terapia ze mną byłaby zbyt kosztowna. Było jasne, że będzie to bardzo
interesujące odstępstwo od stosunkowo tradycyjnej prywatnej praktyki,
którą przez dwadzieścia lat prowadziłem w pięknym domku w stylu
hiszpańskim w naszym ogrodzie, a wcześniej przez dziesięciolecia w trakcie pracy na Wydziale Psychiatrii Uniwersytetu Stanforda. Czy nowe
metody pomogą pacjentom? Czy dadzą mi satysfakcję? Dowiem się tego z czasem. Z pewnością będzie to coś nowego, a w moim wieku nie należy
drwić z nowości.
Tego szczególnego ranka myślałem o swojej pierwszej godzinnej
konsultacji z Susan. Byłem podekscytowany, lecz również zaniepokojony.
Nie zawsze dręczą mnie wątpliwości, ale po bezsennej nocy, gdy snułem
mroczne myśli o śmierci Marilyn i o moim własnym słabnącym umyśle,
zacząłem wątpić w sensowność nowego przedsięwzięcia. Czy w czasie tak
krótkich spotkań mogę zrobić wiele dobrego?
Przypomniałem sobie, że kilka rzeczy działa na moją korzyść. Przede
wszystkim moje szczególne podejście terapeutyczne zawsze było
skoncentrowane na wykorzystaniu tego, co nazywam "tu i teraz". Mam na
myśli swoje interakcje z pacjentem, podstawowe narzędzie leczenia.
Problemy pacjenta -?niepewność, nerwica, kłopoty zaburzające relacje z innymi -?prawdopodobnie wyjdą na jaw w trakcie sesji terapeutycznej, w interakcji ze mną. Najlepszym przykładem jest Jerry, który musiał mieć
najlepszego terapeutę. Poprosił mnie o pomoc i prawdopodobnie wysoko
mnie cenił, lecz nieustannie mnie krytykował. Wielokrotnie mu to
uświadamiałem. Początkowo przypisywał te komentarze moim wadom; uważał,
że jestem przewrażliwiony i zazdroszczę mu sukcesów finansowych. Ale
stopniowo zaczął rozumieć, że zachowuje się w ten sposób także w innych
dziedzinach życia, że ma to wpływ na jego relacje i szczęście osobiste.
Metoda "tu i teraz" jest w dużym stopniu ahistoryczna, co oznacza, że
nie bazuje na osobistych doświadczeniach pacjentów. Zamiast spędzać dużo
czasu na analizowaniu ich życiorysów, co jest niewykonalne w trakcie
godzinnych sesji, powinienem się skupić na teraźniejszości, analizować
każde słowo i gest, a także to, co pacjenci pomijają. Byłem pewien, że
takie podejście pozwoli nam szybko rozpocząć poważną pracę. Miało to
również tę wielką zaletę, że dobrze współgrało z ograniczonymi
możliwościami mojego słabnącego umysłu: pamiętanie przeszłości było dla
mnie coraz trudniejsze, a przypominanie sobie licznych szczegółów
biografii każdego pacjenta przekraczało moje możliwości. Ale mogłem
świetnie funkcjonować "tu i teraz".
Drugą sprzyjającą mi rzeczą było to, że prawie wszystkie osoby, które
prosiły o konsultacje, coś o mnie wiedziały. Przez ponad sześćdziesiąt
lat napisałem wiele książek, w tym ważne podręczniki dla studentów
psychoterapii, powieści filozoficzne i zbiory opowiadań, których celem
było objaśnienie procesu terapii. Dzięki nim miałem szczęście stać się
znaną postacią w tej dziedzinie, a większość osób proszących o konsultacje wspominała o przeczytaniu przynajmniej jednej z moich
książek. Z mejli jasno wynikało, że postrzegają mnie jako osobę
obdarzoną mądrością i siłą. Przyjmowałem to sceptycznie, pamiętając, że
wszyscy czasami szukamy pocieszenia u siwowłosych starców. W rzeczywistości odzywał się we mnie cichy głos, młodzieńczy i buntowniczy, który chciał krzyknąć: "Jeszcze nie jestem taki stary!", i odwołać całe to przedsięwzięcie. Mimo to byłem szczęśliwy, że mogę
odgrywać rolę mędrca żyjącego na szczycie góry, wykorzystać mądrość i moc, którą otrzymałem, by pomóc pacjentom się zmienić.
Taki był stan mojego umysłu, gdy usiadłem w fotelu w gabinecie i otworzyłem okno Zooma, by porozmawiać z Susan, pięćdziesięcioletnią
nauczycielką ze stanu Oregon, która popadła w głęboką depresję. Szybko
się przywitaliśmy. Wyjaśniłem, że mogę się z nią spotkać tylko raz, jak
napisałem w poście na Facebooku, i że mam nadzieję okazać się tak
pomocny, jak to możliwe. Czułem się bardzo dziwnie, mówiąc to wszystko;
myślę, że przygotowywałem fundamenty zarówno dla siebie, jak i dla
Susan. Skinęła głową, a następnie zaczęła opowiadać swoją tragiczną
historię. Dwa lata wcześniej, około dziesiątej wieczór w czwartek,
otworzyła lodówkę i zauważyła, że duży placek wiśniowy, który wcześniej
upiekła, prawie zniknął. Zamierzała go podać następnego dnia bliskim
przyjaciołom zaproszonym na kolację, ale teraz został tylko kawałek, z którego sączyło się ciemnoczerwone nadzienie.
Co się stało z ciastem? To nie była żadna tajemnica: musiał go zjeść jej
mąż Peter. Nie byłby to pierwszy raz.
-?Żarłoczny łajdak! -?krzyknęła i wybuchnęła płaczem. Ten incydent
przekroczył granice jej wytrzymałości. Ostatnia kropla, która przelała
czarę. Nazajutrz pracowała do wpół do szóstej, godzinę przed przybyciem
gości. Ledwo starczyłoby jej czasu, by się ubrać i nakryć do stołu, nie
wspominając o upieczeniu kolejnego ciasta. Co za wstyd!
Pobiegła z wściekłością na piętro i zaczęła krzyczeć na męża, który
leżał już w łóżku. Kłócili się przez dziesięć minut. Krzyczeli coraz
głośniej, poniosły ich emocje. Oświadczył, że zawsze utrzymywał rodzinę
("Nieprawda!" -?protestowała) i że zje każde ciasto, na które ma ochotę.
Odparła, że jest grubą świnią, która obżera się, aż zdechnie.
Kazał jej spać na kanapie w salonie i wypchnął ją z sypialni. Zatrzasnął
drzwi i zamknął je na klucz.
-?Doskonale! -?wrzasnęła. -?Dzielenie łóżka z samolubnym żarłokiem to
ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę!
Następnego ranka mocno pukała w drzwi sypialni i głośno wołała męża,
lecz odpowiedzią była cisza. W końcu Susan i jej dwie córki włamały się
do pokoju i znalazły ojca martwego w łóżku. Wezwały pogotowie; medycy
oświadczyli, że nie żyje od kilku godzin. Kiedy przyjechali policjanci,
zamknęli dom i przeszukali każdy pokój. Susan i jej córki były długo
przesłuchiwane: policja brała pod uwagę możliwość popełnienia
przestępstwa, podejrzewała nawet, że ciasto było zatrute.
-?Okropna historia -?powiedziałem. -?Otrząsnęłaś się jakoś po śmierci
męża?
-?Moim zdaniem wcale się nie otrząsnęłam -?odparła Susan. -?Ani trochę.
Sytuacja stale się pogarsza. Bardzo za nim tęsknię i dręczy mnie
poczucie winy z powodu tego, co mu powiedziałam ostatniej nocy. Jestem
też na niego zła, że zostawił mnie samą. Bez przerwy płaczę i teraz to
ja nie mogę przestać jeść, przytyłam trzydzieści kilogramów. Niedawno
byłam u psychiatry, który powiedział, że w jakiś sposób utożsamiam się z mężem. Czy mi to pomogło? Mam okropne problemy ze skórą i stale się
drapię. Nie mogę spać, a gdy zasypiam, śni mi się Peter. Kiedy za
miesiąc moje córki wyjadą na studia, będę jadła sama posiłki w restauracjach. Ludzie będą na mnie patrzyli i na pewno współczuli grubej
kobiecie jedzącej samotnie.
Głośno wciągnęła powietrze, być może powstrzymując łzy.
-?To wszystko, doktorze Yalom, opowiedziałam panu całą swoją historię.
Skończyłam. Nie wiem, co mogłabym dodać.
Opadła na krzesło.
-?Wiesz, Susan, często pracowałem z kobietami, które straciły mężów, i twoja opowieść o tym, co przeżywasz, nie jest dla mnie nowa. Pozwól mi o coś zapytać. Mówisz, że twój mąż zmarł ponad dwa lata temu. Czy mogłabyś
porównać swój obecny stan z tym sprzed roku? Czy jest inny? Mniej
bolesny?
-?Nie. Wręcz przeciwnie. Dręczę się, myślę o nim coraz częściej, a kiedy
jestem sama w domu, czuję przerażenie, że będę smutna i samotna na
zawsze. To niesprawiedliwe, do licha!
-?Żal zawsze łagodnieje, ale to wymaga czasu. Zazwyczaj żałoba ma
przewidywalny przebieg. Jest najsilniejsza w pierwszym roku, kiedy
przeżywamy bez współmałżonka pierwsze urodziny, pierwsze Boże Narodzenie
albo sylwestra. Ale potem, w miarę upływu czasu, ból słabnie. A później,
kiedy po raz drugi przeżywamy kolejne rocznice, staje się to mniej
przykre. W twoim przypadku jest inaczej. Coś się zablokowało i mam
przeczucie, że ma to związek z twoją złością.
Susan energicznie skinęła głową, a ja spytałem:
-?Czy możesz wyrazić to słowami?
-?Nie potrafię znaleźć właściwych słów, by to opisać, ale czuję, że ma
pan rację. To dziwne. Tonę w żalu, a potem nagle czuję tylko gwałtowną
złość.
-?Skupmy się na twojej złości -?powiedziałem. -?Myśl o niej i za chwilę
podziel się ze mną swoimi myślami. Innymi słowy, myśl na głos.
Wydawała się zdezorientowana i pokręciła głową.
-?Nie wiem, od czego zacząć.
-?Najłatwiej zacząć od początku. Pomyśl na głos o swoim pierwszym
doświadczeniu złości.
-?Złość... złość. Pierwszy raz poczułam złość w chwili narodzin.
-?Mów dalej, Susan.
-?Kiedy się urodziłam, czułam gniew. Gniew matki. Pamiętam, jak wiele
razy powtarzała, że chce urodzić chłopca. Gdybym była chłopcem,
poprzestałaby na jednym dziecku. Chciała mieć jedno dziecko i nie byłam
to ja. Stale mi to powtarzała.
-?Więc przez całe wczesne dzieciństwo słyszałaś, że twoje narodziny,
twoje istnienie, są dla niej niewygodne?
-?O Boże, tak, cały czas dawała mi to do zrozumienia, niech ją diabli!
-?A twój ojciec?
-?Było gorzej. Czasami koszmarnie. Ciągle powtarzał swój ulubiony żart,
że kiedy się urodziłam, pielęgniarka popełniła błąd i przyniosła łożysko
zamiast dziecka.
-?Au. Susan, to okropne. Twój ojciec żartował, że nie jesteś osobą,
tylko łożyskiem.
-?Uważał to za świetny dowcip. Matka też tak myślała. Będę z panem
szczera. Wiem, że byłam wyrodną córką, ale nienawidziłam rodziców.
Obojga. Zwłaszcza ojca. Nie chciał pokryć kosztów moich studiów. Wolał,
żebym pracowała jako sprzedawczyni w jego sklepie. Dlatego szybko
wyprowadziłam się z domu i pracowałam, żeby przebrnąć przez uniwersytet.
Umilkła. Kłębiły się w niej emocje. Po chwili, gdy przeżywała głębokie
upokorzenie, zmusiłem ją, by sięgnęła głębiej.
-?A złość na twojego męża? Opowiedz mi o niej.
-?To coś innego niż złość na ojca. Na pewno nie na początku. Poznałam
Petera na studiach, kiedy opuściłam dom. Chodziliśmy ze sobą, był dla
mnie dobry. Jego rodzice byli zamożni i zawsze miał pieniądze. Gdy
brakowało mi gotówki, płacił czynsz albo robił zakupy. Nigdy wcześniej
nie miałam takiej pomocy, nikt nie okazywał mi takich uczuć. Ojciec
Petera był politykiem i chciał, żeby syn poszedł w jego ślady. Peter
miał charyzmę: potrafił być niewiarygodnie czarujący i zabawny. Ale był
leniwy, kiepsko się uczył, nałogowo uprawiał hazard i w końcu rzucił
studia. Został ochroniarzem w miejscowym banku, pracę załatwił mu
ojciec. Nigdy nie zarabiał na tyle dużo, żeby nas utrzymać, a jeśli
nawet, to potajemnie przegrywał pieniądze. Tak czy inaczej, dawał mi
jasno do zrozumienia, że muszę pracować. Nigdy nie brałam urlopów, z wyjątkiem trzymiesięcznego urlopu macierzyńskiego, gdy rodziłam kolejne
córki. Nigdy nie mogłam stać się sobą, matką, jaką chciałam być dla
naszych córek. Zamiast tego pracowałam, ciężko harowałam. I wie pan, co
się stało? Kilka dni przed śmiercią powiedział, że jest za gruby, by
pracować w banku jako ochroniarz, więc przeniesiono go do pracy
biurowej, co oznaczało obniżkę pensji. Mówił, że to drobiazg, a ja byłam
na niego wściekła, bo nie dba nawet o swoje zdrowie. Prawdopodobnie
musiałabym znaleźć drugą pracę, by opłacić rachunki.
-?Słyszę w twoim głosie gniew, Susan -?zauważyłem. -?Mąż nie doceniał
twojej pracy, lekceważył twoje potrzeby i pragnienia. Okrutny ojciec,
który widział w tobie albo problem, albo żart. I bezduszna matka, która
cię nie chciała i nie oferowała miłości. Teraz wszyscy nie żyją: matka,
ojciec, mąż, wszyscy. Masz za sobą dużą część życia. Och, nic dziwnego,
że jesteś wściekła. Kto w twojej sytuacji nie byłby wściekły? Ja na
pewno tak.
Kiwnęła głową.
-?Jak się czujesz, gdy słyszysz mój komentarz, Susan? -?ciągnąłem.
-?To przykre. Prawdziwe, ale przykre.
-?Chciałbym przez chwilę skupić się na tym, co osiągnęłaś mimo tych
przeciwieństw. Masz dwójkę kochających dzieci, odniosłaś sukces zawodowy
jako nauczycielka. To nie wszystko, czego dokonałaś, Susan.
Przełknęła ślinę, zastanawiając się nad moimi słowami.
-?Tak naprawdę nie mogę z nikim o tym porozmawiać -?odpowiedziała. -
Wszyscy pamiętają Petera jako dobrego człowieka, a nas jako świetną
parę. Nikt nie wspomina o mrocznej stronie naszego związku.
-?Dziękuję, że mówisz o tym w rozmowie ze mną. Twój gniew to normalna
ludzka reakcja. Podejrzewam jednak, że stanowi poważny problem. Uważamy,
że nigdy nie powinniśmy mówić źle o zmarłych, że to niewłaściwe, że
świadczy o braku szacunku. Czy ty też tak sądzisz?
Skinęła głową i jej oczy wypełniły się łzami.
-?Cóż, nie zgadzam się z tobą -?ciągnąłem. -?Każda osoba mająca twoje
doświadczenia czułaby taką samą złość. Zbyt surowo się oceniasz.
Susan zaczęła szlochać, a ja czekałem, aż się uspokoi.
-?Nie wiem, co robić, jak to powstrzymać -?powiedziała w końcu. -
Chciałabym przypomnieć sobie dobre rzeczy z naszego wspólnego życia.
Naprawdę go kochałam. Ale teraz jestem po prostu wściekła.
-?Podejrzewam, że gdy zaakceptujesz swój gniew, uznasz go za właściwy i uzasadniony, powrócą inne wspomnienia. Ale to potrwa.
-?Może. -?Skinęła głową. -?Mam taką nadzieję.
Potem dodałem swoim najbardziej uroczystym głosem:
-?Susan, uważnie wysłuchałem wszystkiego, co powiedziałaś, rozważyłem i przeanalizowałem. Ogłaszam, że jesteś niewinna, chcę, żebyś o tym
wiedziała. Posłuchaj: ogłaszam, że jesteś niewinna! Zasługujesz na dobre
życie. Ciężko pracowałaś, byłaś dobrą matką, dobrą żoną i zasługujesz na
trochę szczęścia.
Uśmiechnęła się przez łzy, a ja zakończyłem sesję z głębokim poczuciem,
że okazałem się pomocny. Podałem jej nazwisko terapeuty, z którym
mogłaby dalej pracować. "Ten staruszek najwyraźniej ma jeszcze coś do
zaoferowania!" -?pomyślałem, gdy przejrzałem notatki z naszego
spotkania.
Kilka tygodni później otrzymałem od Susan mejl, który to potwierdził.
Podziękowała za pomoc i napisała:
Nie zapomnę chwili, kiedy powiedział Pan coś w tym rodzaju:
"Najwyraźniej twoja matka i ojciec nie byli dobrymi rodzicami, ale mimo
to znakomicie poradziłaś sobie w życiu [...]. Podziwiam cię za to
[...]". Dzięki Panu poczułam, że jestem szanowana i są ludzie, na
których mogę liczyć [...]. Oświadczył Pan, że jestem niewinna. Nigdy
nie zapomnę tej uwagi ani uśmiechu na Pana twarzy, kiedy Pan to
powiedział. Zachowam Pana słowa w pamięci i sercu.
Później, wieczorem, myśląc o naszej rozmowie, doszedłem do wniosku, że
była to jedna z moich najlepszych sesji terapeutycznych. Postanowiłem w dalszym ciągu udzielać pacjentom nietypowych, godzinnych konsultacji, by
się przekonać, komu mogę pomóc, i jak najwięcej się nauczyć. Co równie
ważne, zamierzałem dzielić się tym, czego sam się nauczyłem. Wcześniej,
mówiąc o swoim pragnieniu pomocy pacjentom, pominąłem inny ważny aspekt
własnego życia zawodowego, jakim jest nauczanie. Większość mojej pracy
pisarskiej służyła nauczaniu młodych terapeutów i innych osób
praktykujących w tej dziedzinie. Wiele moich pomysłów przeciwstawiało
się dominującym trendom. Psychiatria coraz chętniej promowała leki jako
metodę leczenia chorób psychicznych, natomiast ja byłem orędownikiem
nawiązywania relacji międzyludzkich. Psychoterapeuci często uczą się
technik mających na celu zwalczanie objawów, jak terapia
poznawczo-behawioralna albo terapia skoncentrowana na rozwiązaniach, ja
jednak kładłem nacisk na ciekawość i głęboki związek osobisty.
Poświęcenie w dzieleniu się tym, czego się nauczyłem, zawsze było
potężną siłą popychającą mnie do przodu. Znowu zacząłem czuć ten impuls,
gdy myślałem o Susan i wyobrażałem sobie wiele ciekawych, godzinnych
spotkań stojących przede mną. Postanowiłem kontynuować ten projekt nie
tylko po to, aby pomóc tym, którzy pragną konsultacji, i pozostać
aktywnym psychoterapeutą, lecz także po to, aby przekazać innym to,
czego się nauczyłem.