Goalie - Lena M. Bielska

Kup ebooka

44.00 zł
34.89 zł (34,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autorki

W książce wystę­pują tematy, które mogą wywo­łać nie­przy­jemne wspo­mnie­nia lub wpły­nąć na samo­po­czu­cie Czy­tel­nika. Należą do nich: poro­nie­nie, prze­moc psy­chiczna, dys­kry­mi­na­cja kobiet, trudne rela­cje z rodziną, śmierć, żałoba, pro­blemy zdro­wotne.

Zbież­ność osób, imion, nazwisk czy nazw jest przy­pad­kowa. Nazwy dru­żyn zostały wymy­ślone na potrzeby książki. Podo­bień­stwa w nazew­nic­twie do tych ist­nie­ją­cych w rze­czy­wi­sto­ści są nie­za­mie­rzone.

Aby unik­nąć nie­po­ro­zu­mień: do sceny z pierw­szej inte­rak­cji Arlee i Kane'a zain­spi­ro­wało mnie wyda­rze­nie z 2021 roku. Caro­line McLain poświę­ciła swój tele­fon, aby pomóc Tomowi Wil­so­nowi, hoke­iście z Washing­ton Capi­tals, w uwol­nie­niu kija uwię­zio­nego mię­dzy ścian­kami pleksy.

Akcja Goalie roz­grywa się w Kana­dzie. Dru­żyna, do któ­rej należy główny boha­ter, ma sie­dzibę w Mont­re­alu, w pro­win­cji Quebec. W książce wystę­pują sceny zbli­żeń.

Jeśli śle­dzisz moje social media, to być może wiesz, że cho­ruję na endo­me­triozę. Od poja­wie­nia się pierw­szych obja­wów do posta­wie­nia dia­gnozy minęło ponad dzie­sięć lat. Przez dekadę cier­pia­łam z powodu bólu, braku wspar­cia ze strony leka­rzy i cią­głych komen­ta­rzy "taki twój urok", "po ciąży przej­dzie". Dla­tego, kiedy po tylu latach wresz­cie została mi posta­wiona dia­gnoza, któ­rej sama się domy­śla­łam, zde­cy­do­wa­łam, że muszę coś zro­bić, aby cho­ciaż spró­bo­wać zwięk­szyć świa­do­mość tego, jak ważne jest słu­cha­nie wła­snego ciała i intu­icji. Bo prze­cież to my naj­le­piej wiemy, jak się naprawdę czu­jemy. Nikt nie powi­nien godzić się na zby­wa­nie sło­wami "taki twój urok". Nie­za­leż­nie od płci czy wieku. Ta książka powstała mię­dzy innymi po to, aby zwró­cić więk­szą uwagę na endo­me­triozę. Liczba wia­do­mo­ści pry­wat­nych od Czy­tel­ni­czek, które prze­czy­tały szkic Goalie na Wat­t­pa­dzie i zma­gają się z nie­zro­zu­mie­niem ze strony leka­rzy czy oto­cze­nia z powodu towa­rzy­szą­cemu im bólu, była zatrwa­ża­jąca.

Pamię­taj, aby się regu­lar­nie badać. <3\ A jeśli masz cho­ciaż cień podej­rzeń, że coś jest nie tak - udaj się do leka­rza. Jeśli pierw­szy nie pomoże, idź do dru­giego. Walcz o sie­bie do skutku - to może ura­to­wać Ci życie.

Część mojego wyna­gro­dze­nia ze sprze­daży Goalie zosta­nie przeze mnie prze­ka­zana na rzecz Fun­da­cji Poko­nać Endo­me­triozę. Fun­da­cji, któ­rej misją jest nie­sie­nie pomocy wszyst­kim cier­pią­cym na endo­me­triozę, ale rów­nież ich bli­skim.

Rozdział 1

1

Arlee

Na prze­strzeni ostat­nich mie­sięcy moją rela­cję z hoke­jem można okre­ślić tylko w jeden spo­sób: hate-love. Cho­ciaż ten sport jest dla mnie nie­mal świę­to­ścią, to rów­no­cze­śnie nie­na­wi­dzę go tak bar­dzo, że mam ochotę wypro­wa­dzić się do miej­sca, w któ­rym nikt go nie upra­wia. Dawno temu sądzi­łam, że ni­gdy nie będę chciała wyrzu­cić hokeja ze swo­jego życia, ale oczy­wi­ście się myli­łam. Jak w wielu kwe­stiach. Wystar­czył jeden dupek, Tho­mas Col­lins, żebym stra­ciła serce do tego sportu. Ten sam dupek, który wła­śnie roz­pę­dzony wjeż­dża w mojego star­szego brata, kie­ru­ją­cego się z krąż­kiem w stronę bramki Flo­rida Piran­has. Sekundę póź­niej obaj dobi­jają do bandy, a ludzie sie­dzący przy plek­sie aż wstają z krze­seł.

Po are­nie roz­no­szą się odgłosy krzy­czą­cych, buczą­cych i pisz­czą­cych ludzi. Gdy­bym była laikiem, pew­nie pie­ni­ła­bym się na sędziego za to, że nie roz­dzie­lił hoke­istów, ale nie jestem i po pro­stu patrzę ze zmarsz­czo­nymi brwiami na tłu­ką­cych się na lodzie face­tów. Obaj zrzu­cili ręka­wice i kaski, a teraz po pro­stu pró­bują napie­przać się pię­ściami. Są za daleko, abym mogła dostrzec wyraź­nie ich twa­rze, ale gdy­bym miała się zało­żyć... mina mojego brata najpew­niej wyraża z tru­dem hamo­waną wście­kłość. Gdy­bym powie­działa mu przed meczem, jak dokład­nie skoń­czył się mój zwią­zek z Tho­ma­sem, praw­do­po­dob­nie Lucas wylą­do­wałby na ławce kar na znacz­nie dłu­żej niż tylko dwie minuty.

Walki na lodzie są nie­od­łącz­nym ele­men­tem gry w hokeja. Napom­po­wani adre­na­liną, prze­peł­nieni testo­ste­ro­nem faceci chyba tylko w ten spo­sób potra­fią spu­ścić z sie­bie nagro­ma­dzoną w trak­cie meczu parę.

Lucas zjeż­dża z tafli na ławkę, w ogóle się nie roz­glą­da­jąc. Po wej­ściu za bandę natych­miast rzuca kaskiem o pod­łogę.

Na ten widok par­skam śmie­chem.

Ner­wus.

Przez chwilę przy­glą­dam mu się z oddali, ale szybko sku­piam spoj­rze­nie na roz­gry­wa­nym meczu. Mont­real Hun­ters i Flo­rida Piran­has idą łeb w łeb. Dawno nie widzia­łam, aby dru­ży­nie mojego brata tak dobrze szło. To ich pierw­sze play-offy1 od... chyba dzie­się­ciu lat.

Co jakiś czas czuję na sobie czyjś wzrok, ale gdy tylko zaczy­nam się roz­glą­dać, nie zauwa­żam nikogo, kto mógłby na mnie patrzeć. Zrzu­cam to więc na karb mojego zmę­cze­nia.

Z chwilą, gdy Lucas wraca na lód, sku­piam się na jego grze. Obser­wuję go niczym jastrząb ofiarę. Kon­cen­truję się wyłącz­nie na dol­nych par­tiach ciała, a kon­kret­nie pra­wej nodze. Pró­buję doszu­kać się jakich­kol­wiek pozo­sta­ło­ści po zeszło­rocz­nej kon­tu­zji. Robię to wła­ści­wie od początku meczu i - ku mojej uldze - nie dostrze­gam zupeł­nie nic. Jego ruchy są płynne, a postawa sta­bilna. Naj­wy­raź­niej nie kła­mał, kiedy mówił mi w trak­cie naszej ostat­niej roz­mowy tele­fo­nicz­nej, że wszystko jest w porządku. Nie do końca mu wie­rzy­łam, bo nie­jed­no­krot­nie przy­ła­py­wa­łam go w prze­szło­ści na kłam­stwie odno­śnie do jego zdro­wia i tylko dla­tego tu dziś jestem. Żeby zoba­czyć na żywo, czy na pewno wró­cił do peł­nej spraw­no­ści. Oglą­da­nie trans­mi­sji w tele­wi­zji nie było do tego wystar­cza­jące.

Popra­wiam czapkę z dasz­kiem i się­gam do kie­szeni bluzy po wibru­jący tele­fon, po czym na oślep odbie­ram połą­cze­nie. Mój brat wła­śnie pró­buje prze­szko­dzić środ­ko­wemu Flo­rida Piran­has w ataku na bramkę i nie zamie­rzam tego prze­ga­pić.

- Halo?! - odzy­wam się gło­śno, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć wrzawę.

Bram­karz bez­błęd­nie blo­kuje strzał, a krą­żek chwilę póź­niej zostaje prze­jęty przez Granta, lewego skrzy­dło­wego Mont­real Hun­ters.

- Jesteś w Mont­re­alu i do nas nie przy­je­cha­łaś?

Spi­nam się w tym samym momen­cie, w któ­rym roz­po­znaję dzwo­niącą. Ura­żony głos matki brzmi tak, jak­bym co naj­mniej zhań­biła dobre imię naszej rodziny, a prze­cież tylko się nie ode­zwa­łam. No, dobra, nie roz­ma­wia­łam z nimi od mie­sięcy, ale to nie moja wina.

Zresztą, mam prze­cież dwa­dzie­ścia jeden lat, nie powin­nam musieć jej się z cze­go­kol­wiek tłu­ma­czyć.

- Skąd...? - Głos grzęź­nie mi w gar­dle w tej samej chwili, w któ­rej tuż przede mną poja­wia się przy­ci­śnięta do pleksy twarz Tho­masa.

Nie mam poję­cia, co się stało kilka sekund temu, bo przez matkę prze­sta­łam sku­piać się na meczu, ale cokol­wiek to było, wywo­łało nie­małe zamie­sza­nie. Męż­czy­zną, który zaata­ko­wał Tho­masa, jest bram­karz Mont­real Hun­ters i teraz...

Nim zdo­łam ogar­nąć, co ja tak wła­ści­wie robię, zry­wam się z krze­sła i rzu­cam w stronę bandy. Pomię­dzy dwiema czę­ściami pleksy utknął jasno­nie­bie­ski kij i bram­karz wła­śnie pró­buje go wyszarp­nąć. Nie myślę, tylko dzia­łam. Ści­skam moc­niej tele­fon w ręce i ude­rzam nim o koń­cówkę kija. Jedno, dru­gie, trze­cie ude­rze­nie i... hoke­ista aż cofa się śli­zgiem; naj­wy­raź­niej naprawdę mocno cią­gnął za uchwyt.

Czuję na sobie spoj­rze­nia ludzi sie­dzą­cych na try­bu­nach. Wwier­cają się we mnie jak pie­przone śruby. Ktoś nawet to nagrał. Szlag. Im wię­cej czasu mija od mojego nie­zbyt genial­nego pomy­słu, tym bar­dziej do mnie dociera, że mam nie­równo pod kopułą. Bram­karz prze­cież mógł sobie wziąć nowy kij, ale nie... Arlee stwier­dziła, że musi pomóc.

Taa... nie­na­wi­dzę hokeja, nie?

No, wła­śnie widać.

Wra­cam na swoje miej­sce i zer­kam na komórkę. Na widok roz­trza­ska­nego ekranu nie odczu­wam nawet mini­mal­nej zło­ści, wła­ści­wie... spływa po mnie ulga. Może jed­nak moje zacho­wa­nie nie było takie głu­pie? Teraz przy­naj­mniej mam wymówkę, dla­czego nie kon­ty­nu­uję roz­mowy z matką. Co prawda tele­fon niby działa, ale nie­wiele na nim widzę.

Reszta meczu jest względ­nie spo­kojna. Względ­nie, bo oczy­wi­ście Tho­mas dalej pró­buje roz­py­chać się łok­ciami i ata­kuje każ­dego hoke­istę z Mont­real Hun­ters, który jest aktu­al­nie w posia­da­niu krążka, ale próby odwetu nie są zbyt ostre. Nie­mniej wresz­cie tre­ner Flo­rida Piran­has doko­nuje zmiany, a Tho­mas - ku mojej nie­skry­wa­nej ucie­sze - zjeż­dża z lodu.

Oddy­cham z ulgą, gdy tylko tracę go z oczu.

Po zakoń­czo­nym meczu, wygraną dru­żyny mojego brata, natych­miast ruszam w stronę wyj­ścia. Czapkę z dasz­kiem nacią­gam bar­dziej na czoło i prze­py­cham się przez tłum ludzi, co jakiś czas tylko rzu­ca­jąc "prze­pra­szam". Nie roz­py­cham się łok­ciami, nie jestem tego typu czło­wie­kiem, ale moje zde­cy­do­wane ruchy mogą wyglą­dać z boku nie­zbyt kul­tu­ral­nie. Nie powin­nam się tym przej­mo­wać, ale mimo to z tyłu mojej głowy poja­wia się myśl, że naj­pew­niej będę to póź­niej ana­li­zo­wać. Czy kogoś przy­pad­kiem nie ude­rzy­łam? Może ktoś poczuł się zaata­ko­wany? Nad­mierne myśle­nie dopro­wa­dza mnie cza­sem do ist­nego sza­leń­stwa.

Przy roz­wi­dle­niu skrę­cam w prawo i zatrzy­muję się tuż za rogiem. Ścią­gam z ramie­nia mały ple­cak i wkła­dam do środka rękę. Pró­buję wygrze­bać z niego pla­kietkę z wej­ściówką. Lucas pew­nie już wie, przez moją akcję z tele­fo­nem, że tu jestem. Powin­nam może cho­ciaż spró­bo­wać do niego zadzwo­nić, ale kiedy przed koń­cem gry chcia­łam zer­k­nąć na skrzynkę pocz­tową, mój tele­fon kom­plet­nie odmó­wił posłu­szeń­stwa. Zasko­czę go więc, cze­ka­jąc przed szat­nią.

Mój ambitny plan jed­nak szybko się roz­pada.

Nie potra­fię zna­leźć cho­ler­nej pla­kietki.

Kucam i bez więk­szego namy­słu wysy­puję zawar­tość ple­caka na posadzkę. Opa­ko­wa­nia leków prze­ciw­bó­lo­wych i awa­ryjny ter­mo­for natych­miast wrzu­cam z powro­tem do środka. Oprócz tego mam chu­s­teczki, port­fel, power­bank i klu­czyki do auta, ale ni­gdzie nie dostrze­gam pie­przo­nej wej­ściówki.

Nie­mal walę się dło­nią w czoło, gdy przy­po­mi­nam sobie, że zosta­wi­łam ją w samo­cho­dzie z myślą "żeby nie zapo­mnieć". Że też cho­lerna mgła mózgowa musiała mnie dopaść aku­rat dzi­siaj. Przy­się­gam, że szlag mnie kie­dyś trafi z moim orga­ni­zmem.

Wci­skam pospiesz­nie do ple­caka wszyst­kie kla­moty, po czym wstaję i oddy­cham głę­boko. Okej, muszę wymy­ślić coś innego. Może powin­nam wró­cić do auta? Poru­szam ustami na boki. Nie, nie ma szans, że zdążę. Zapar­ko­wa­łam tuż obok wjazdu, więc prze­bi­cie się teraz przez tłum zaj­mie mi co naj­mniej pół godziny. A gdzie doj­ście do samo­chodu i powrót?

Prze­krę­cam się w stronę barie­rek oddzie­la­ją­cych ogól­no­do­stępny kory­tarz od tej czę­ści, do któ­rej mogą wcho­dzić tylko dru­żyny, per­so­nel areny i cała reszta obsługi. Gdy to robię, nie­mal natych­miast natra­fiam na uważne spoj­rze­nie wyso­kiego i wyglą­da­ją­cego jak trzy­drzwiowa szafa ochro­nia­rza. Odno­szę wra­że­nie, że koleś obser­wuje mnie jak podej­rzaną o napad z bro­nią w ręce.

Bez prze­sady, to nie Stany Zjed­no­czone.

Ruszam w jego stronę i z całej siły sta­ram się uśmiech­nąć słodko, cho­ciaż raczej wycho­dzi z tego cho­ler­nie nie­za­do­wo­lony gry­mas. Nie moja jed­nak wina, że moim natu­ral­nym wyra­zem twa­rzy jest "resting bitch face".

- Dzień dobry - rzu­cam lekko i wygrze­buję z tyl­nej kie­szeni bilet. Wid­nieje na nim kod kre­skowy i mam cichą nadzieję, że jakimś cudem po zeska­no­wa­niu wysko­czy infor­ma­cja o posia­da­nej przeze mnie wej­ściówce "za kulisy". - Zapo­mnia­łam swo­jej pla­kietki, a chcia­ła­bym zro­bić nie­spo­dziankę bratu.

Nie­na­wi­dzę. Takich. Sytu­acji.

Po pierw­sze typ pod­nosi brew i posyła mi jedno z tych spoj­rzeń, które suge­rują, że nie zamie­rza nabie­rać się na moje kłam­stewka. Po dru­gie prze­suwa swoje ciemne oczy po moim ciele i nie umyka mojej uwa­dze fakt, że jego usta wykrzy­wiają się w kpią­cym uśmieszku.

Przy­się­gam, jeśli rzuci komen­ta­rzem o tym, że jako puck bunny2 powin­nam się bar­dziej skąpo ubrać, to kopnę go w jaja, nie zwa­ża­jąc na kon­se­kwen­cje. Koja­rzy­cie te wszyst­kie Tik­Toki o tym, że "każda rodzina potrze­buje takiej córki, która jest wyta­tu­owana, ma wszystko gdzieś, naj­pierw robi, potem myśli, i kiedy przy­jeż­dża pod dom poli­cja, to wszy­scy pytają: co tym razem zro­bi­łaś?". To wła­śnie jestem ja.

- Bez wej­ściówki nie wej­dziesz - odpo­wiada wresz­cie chłodno.

W ogóle mnie to nie zaska­kuje. Wła­ści­wie... prze­wi­dzia­łam to w tym samym momen­cie, w któ­rym otwo­rzy­łam usta, żeby zacząć się tłu­ma­czyć. Cza­sem to nad­mierne myśle­nie do cze­goś się przy­daje. Przy­naj­mniej mam plan zapa­sowy. Irra­cjo­nalny i odro­binę infan­tylny, ale jest.

- Jasna sprawa! - rzu­cam luźno, po czym salu­tuję mu i robię w tył zwrot.

Naprawdę powin­nam iść po pro­stu do auta. Tak zro­biłby każdy, racjo­nal­nie myślący doro­sły. Ale ja i racjo­nal­ność to jak powie­dze­nie, że gracz NHL jest zaje­bi­stym łyż­wia­rzem figu­ro­wym.

Nie jest.

Skrę­cam w główny kory­tarz i cho­ciaż ludzi jest tu już tro­chę mniej, to i tak idę wzdłuż ściany. Prze­su­wam po niej pal­cami, pró­bu­jąc wyczuć nie­wielką szcze­linę. Dawno temu, w naprawdę zamierz­chłych cza­sach, kiedy jako nasto­latka gra­łam w dziew­czę­cej dru­ży­nie hoke­jo­wej, spę­dza­łam na tej are­nie tyle czasu, że pozna­łam chyba wszyst­kie tajne przej­ścia. Więc to nie szczę­ście spra­wia, iż wresz­cie udaje mi się zna­leźć wyj­ście z sytu­acji. Po pro­stu wiem, czego szu­kać.

Uśmie­cham się do sie­bie trium­fal­nie, kiedy wresz­cie natra­fiam na nie­rów­ność. Roz­glą­dam się powoli na boki i gdy tylko prze­cho­dzi obok mnie grupka kibi­ców, napie­ram ramie­niem na ścianę. Ukryte drzwi odska­kują deli­kat­nie, a ja natych­miast wśli­zguję się do wąskiego kory­ta­rza. Oczy­wi­ście, że jest tu ciemno i gdyby nie roz­wa­lony tele­fon, mogła­bym sobie roz­świe­tlić drogę, ale cóż. Cierp ciało, sko­roś chciało.

Kiedy udaje mi się dotrzeć do wyj­ścia, odszu­kuję w ciem­no­ści małą waj­chę i pod­wa­żam ją pal­cem. Zanim jed­nak wycho­dzę z kory­ta­rzyka, wyglą­dam przez szparę. Znaj­duję się dosłow­nie trzy metry od ochro­nia­rza, z któ­rym roz­ma­wia­łam. Na szczę­ście koleś nie ogląda się przez ramię, więc czym prę­dzej wycho­dzę na główny hol i pospiesz­nym kro­kiem kie­ruję się w stronę szatni.

Zdą­żam na czas. Dosłow­nie. Gdy tylko zatrzy­muję się kilka kro­ków przed drzwiami z logo Mont­real Hun­ters, w przej­ściu staje bar­czy­sty męż­czy­zna. Jego zie­lone oczy nie­mal natych­miast spo­glą­dają wprost w moje, a ciemne brwi marsz­czą się w sku­pie­niu.

Kane Trem­blay. Dwu­dzie­sto­sze­ścio­letni bram­karz. Uro­dził się w Van­co­uver i od dzie­ciaka gra w hokeja. Miło­ścią do tego sportu zara­ził go sie­dem lat star­szy od niego brat, Lin­coln, środ­kowy Van­co­uver Coy­otes...

Pew­nie jesz­cze mogła­bym wymie­nić w myślach jego sta­ty­styki z zeszłego sezonu, ale - ku mojemu zasko­cze­niu - prze­rywa mi w tym sam Kane.

- Nie żal ci było tele­fonu? - Zatrzy­muje się tuż przede mną z prze­wie­szoną przez ramię błę­kitną torbą z logo Mont­real Hun­ters.

Przez naprawdę krótką chwilę nie mam poję­cia, o czym on mówi. Dopiero po kilku sekun­dach przy­po­mi­nam sobie, że prze­cież uży­łam swo­jej komórki jako młotka. Jak kre­tynka.

- Nie szkoda - odpo­wia­dam luźno, wzru­sza­jąc ramio­nami. - A tobie nie szkoda było rzu­cać się na Col­linsa, odsła­nia­jąc bramkę?

Męż­czy­zna przez chwilę przy­gląda mi się ze sku­pie­niem, jakby się nad czymś zasta­na­wiał. Wresz­cie uśmie­cha się nie­znacz­nie kąci­kiem ust i popra­wia czapkę, prze­krę­ca­jąc daszek do tyłu. Wci­ska dłoń do kie­szeni spodni dre­so­wych i prze­chyla z zacie­ka­wie­niem głowę.

- Cze­kasz na kogoś?

- Ja? - Przy­ty­kam dłoń do piersi, uda­jąc zdzi­wie­nie. - Nieee, wydaje ci się. - Uśmie­cham się słodko i wachluję rzę­sami. - Tak sobie tutaj stoję i cza­tuję, aż szat­nia będzie pusta, żeby móc nie­po­strze­że­nie wejść do środka i wcią­gać nosem zapach prze­po­co­nych ciał hoke­istów.

Męż­czy­zna mruga kil­ka­krot­nie, odchy­la­jąc nie­znacz­nie głowę, a na jego twa­rzy przez zale­d­wie uła­mek sekundy widać zdu­mie­nie.

- Żar­tu­jesz?

- Oczy­wi­ście, że żar­tuję. - Prze­wra­cam oczami i prze­staję się uśmie­chać.

Naprawdę mam nadzieję, że koleś zro­zu­mie moją alu­zję, czy­taj: "Idź sobie stąd", ale albo jest nie­do­myślny, albo naiwny, albo... W sumie nie powie­dzia­łam mu wprost, nie? A do takich jak on, typo­wych puck­boyów3, trzeba mówić wiel­kimi lite­rami.

Otwie­ram usta, żeby go spła­wić, ale zanim zdo­łam się ode­zwać, on robi to pierw­szy.

- Masz ochotę na drinka?

- Co? - wykrztu­szam z tru­dem, kom­plet­nie zbita z pan­ta­łyku.

- Chciał­bym ci posta­wić drinka w ramach podzię­ko­wa­nia - wyja­śnia, uśmie­cha­jąc się łagod­nie. W oczach błysz­czy mu jesz­cze eufo­ria po uda­nym meczu, ale oprócz tego dostrze­gam rów­nież błysk zacie­ka­wie­nia.

Nie. Podoba. Mi. Się. To.

- Nie jestem zain­te­re­so­wana - odpo­wia­dam oschle i spo­glą­dam w bok.

Bła­gam, idź sobie, czło­wieku, i daj mi spo­kój. Już byłam z jed­nym hoke­istą, kolej­nego dupka nie potrze­buję. I tak, wiem, ludzie są różni, ale nie zamie­rzam ryzy­ko­wać. Zbyt długo leczy­łam serce i umysł po Col­lin­sie.

Nie mam poję­cia, czy Kane chce coś jesz­cze powie­dzieć, bo w ogóle nie zwra­cam na niego uwagi, ale nawet jeśli tak jest, to prze­szka­dza mu w tym mój brat, który wła­śnie wycho­dzi z szatni. Z chwilą gdy jego jasno­nie­bie­skie oczy spo­glą­dają w moje, jego usta roz­chy­lają się w szoku, a torba nie­mal ześli­zguje mu się z ramie­nia. Zale­d­wie sekundę póź­niej rzu­cam się na niego z piskiem jak totalna wariatka. Obej­muję go rękami za kark i nogami w pasie, ści­ska­jąc tak mocno, że gdy­bym była bar­dziej odpo­wie­dzialna, pew­nie zaczę­ła­bym się mar­twić, iż mogła­bym go uszko­dzić.

Lucas sapie gło­śno. Jego torba upada na posadzkę, a on zata­cza się w tył. W ostat­niej chwili łapie rów­no­wagę i rów­nież mnie obej­muje.

- Co ty tu robisz?

Śmieję się cicho i odchy­lam nie­znacz­nie, po czym uśmie­cham się słodko i wachluję rzę­sami.

- Przy­je­cha­łam zoba­czyć, jak gra mój ulu­biony brat.

- Jestem twoim jedy­nym bra­tem - mówi powoli, marsz­cząc brwi.

Odry­wam prawą dłoń od jego karku i macham nią lek­ce­wa­żąco.

- Nomen­kla­tura - pry­cham, prze­wra­ca­jąc oczami. - Byłeś świetny. Twoje zagra­nia, te wszyst­kie uniki i zmyłki, a naj­bar­dziej podo­bało mi...

- Okej, okej - prze­rywa mi i powoli odsta­wia na pod­łogę. - Co chcesz?

Pry­cham po raz kolejny.

- Od razu tam, że coś chcę...

Posyła mi zna­czące spoj­rze­nie.

- Arlee, ty jesteś miła tylko wtedy, kiedy cze­goś chcesz. Im mil­sza jesteś, tym prośba jest poważ­niej­sza - wyja­śnia tym swoim tonem star­szego brata, który nie­jed­no­krot­nie dopro­wa­dzał mnie do wście­kło­ści. - Od pół roku zapra­szam cię na moje mecze, a ty poja­wi­łaś się dopiero teraz, i to jesz­cze na meczu z Flo­rida Piran­has, więc... - Oddy­cha głę­boko, a jego spoj­rze­nie mięk­nie. - Co się dzieje?

Nie­na­wi­dzę tego, jak ten czło­wiek potrafi ana­li­zo­wać moje zacho­wa­nie. Nie­na­wi­dzę, że jako chyba jeden z nie­licz­nych bez­błęd­nie potrafi odgad­nąć, iż się z czymś zma­gam. Po pro­stu nie-na-wi-dzę.

- Od wczo­raj jestem bez­ro­botna i potrze­buję noc­legu - wyrzu­cam z sie­bie na jed­nym wyde­chu i skła­dam dło­nie jak do modli­twy. - Kilka dni, maks.

Lucas kręci głową i wzdy­cha gło­śno.

- Chyba chcia­łaś powie­dzieć kilka tygo­dni, o ile nie mie­sięcy.

Otwie­ram usta, jed­nak zanim zdo­łam cokol­wiek powie­dzieć, tuż obok mnie roz­brzmiewa głos Kane'a:

- Możesz z nami zamiesz­kać. Mamy wolny pokój na pię­trze.

Rozdział 2

2

Arlee

Możesz z nami zamiesz­kać. Mamy wolny pokój na pię­trze. Te dwa zda­nia tłuką się w mojej gło­wie przez całe dwa­dzie­ścia minut drogi z Cen­tre Bell do Bros­sard, mia­sta poło­żo­nego na wschód od Mont­re­alu. Z jed­nej strony to bar­dzo miłe, że Kane nie ma nic prze­ciwko mojej obec­no­ści i wła­ści­wie zgo­dził się na nią, zanim Lucas to zro­bił, ale z dru­giej... Od kiedy mój brat ma współ­lo­ka­to­rów? Mówił mi o tym, a ja zapo­mnia­łam? Nie no, aku­rat to raczej bym zapa­mię­tała.

Pocie­ram pal­cami czoło, skrę­ca­jąc w Aleję de Lugano. Zgod­nie ze wska­zów­kami na nawi­ga­cji objeż­dżam dookoła nie­wielki Park Étang ze sta­wem, wjeż­dżam na pod­jazd pię­tro­wego domu z czer­wo­nej cegły i kie­ruję się na tył pose­sji.

Nie mam poję­cia, czy Lucas i Kane poje­chali jed­nym autem, czy może busem z dru­żyną, ale gdy tylko wejdę do domu, nie zamie­rzam go opusz­czać aż do rana, więc par­kuję wysłu­żoną hondę z daleka od sze­ro­kich drzwi gara­żo­wych. Tak na wypa­dek, gdyby faceci nie chcieli zosta­wiać swo­ich szpa­ner­skich wozów pod chmurką. Mimo że Doma­ines de la Rive-Sud to eks­klu­zywna oko­lica z ogrom­nymi posia­dło­ściami, na próżno szu­kać tutaj ogro­dzeń czy cho­ciażby bramy wjaz­do­wej ze szla­ba­nem. Sta­wiam więc, że chłopcy cho­wają swoje cacka w garażu. Przy­naj­mniej ja bym tak zro­biła na ich miej­scu.

Wysia­dam z auta i z całej siły trza­skam drzwiami. Oczy­wi­ście, że natych­miast odska­kują. Robię więc to po raz kolejny. I jesz­cze raz. Dopiero za pią­tym odno­szę suk­ces.

- Prze­ro­bię cię na żyletki - odgra­żam się, kie­ru­jąc kroki do tyłu auta. Się­gam po walizkę, która waży co naj­mniej dwa­dzie­ścia kilo, i sapię gło­śno, kiedy wresz­cie udaje mi się ją wycią­gnąć. Sta­wiam ją na kostce, po czym przez chwilę zasta­na­wiam się, czy torbę rów­nież teraz wziąć, ale w końcu potrzą­sam głową i zamy­kam z hukiem bagaż­nik. Jutro to zro­bię.

Popra­wiam ple­cak na ramie­niu i zaci­skam dłoń wokół rączki walizki, ale zanim zdo­łam ją pocią­gnąć w stronę tyl­nego wej­ścia do domu, pod­jazd roz­świe­tlają świa­tła samo­chodu. War­kot sil­nika i gło­śne dud­nie­nie basów spra­wiają, że natych­miast uno­szę brew. Czer­wone porsche wjeż­dża gwał­tow­nie na pose­sję, a w tym cza­sie brama gara­żowa zaczyna się pod­no­sić. Chwilę póź­niej auto znika mi z pola widze­nia i wła­śnie ten moment wybie­ram na to, aby wresz­cie się poru­szyć. Mój brat jeź­dzi czar­nym mer­ce­de­sem klasy G, który - ku jego utra­pie­niu - nazy­wam g-wago­nem, więc zakła­dam, że to spor­towe cacko należy do Kane'a.

Jestem mniej wię­cej w poło­wie drogi do wej­ścia, już nawet stoję na dru­gim stop­niu, gdy z oko­licy garażu dociera do mnie nie­znany, męski głos.

- Skar­bie, co ty myślisz, że robisz?

Odwra­cam się w stronę faceta i ścią­gam w nie­zro­zu­mie­niu brwi.

- Co? - pytam nie­zbyt inte­li­gent­nie, wcią­ga­jąc walizkę o sto­pień wyżej.

Koleś się poru­sza i dopiero, gdy jego twarz roz­świe­tla lampa zawie­szona nad tylną werandą, roz­po­znaję w nim Damiena John­sona, dwu­dzie­sto­trzy­let­niego pra­wego obrońcę Mont­real Hun­ters. Jego ciemne oczy wwier­cają się w moją twarz z czymś na wzór zacie­ka­wie­nia i iry­ta­cji rów­no­cze­śnie.

- Pyta­łem, co tu robisz - wyja­śnia oschle. - Koja­rzę cię, więc zakła­dam, że byłaś u nas na jakiejś impre­zie, ale sorry, dzi­siaj żad­nej nie orga­ni­zu­jemy, więc zmy­kaj.

Roz­chy­lam wargi w zdu­mie­niu, co on chyba opacz­nie rozu­mie, sądząc po jego następ­nym komen­ta­rzu.

- Na szybki nume­rek rów­nież nie mam ochoty.

Zaci­skam mocno szczęki i obrzu­cam go kpią­cym spoj­rze­niem.

- Sorry, koleś, ale nie dała­bym ci się prze­le­cieć nawet gdy­byś był ostat­nim face­tem na Ziemi, a ode mnie zale­ża­łoby prze­dłu­że­nie gatunku - infor­muję obo­jęt­nie, po czym sta­bi­li­zuję kola­nem walizkę, żeby nie spa­dła. Następ­nie opie­ram dło­nie na bio­drach i spo­glą­dam wycze­ku­jąco na męż­czy­znę. - Będziesz tak stać jak sopel lodu, czy może poka­żesz wresz­cie, że masz jaja i pomo­żesz mi z baga­żem? No, chyba że ich nie masz... - Spo­glą­dam suge­styw­nie na jego kro­cze. - W sumie to moż­liwe, sądząc po two­jej dzi­siej­szej grze.

Moje słowa chyba wpra­wiają go w zdu­mie­nie, bo otwiera usta i natych­miast je zamyka. Gapi się na mnie jak sroka w gnat, na co z gło­śnym wes­tchnie­niem prze­wra­cam oczami. No, tak. Zapewne jest jed­nym z tych, któ­rzy nie są przy­zwy­cza­jeni do oschło­ści i obo­jęt­no­ści ze strony kobiet.

- Czyli nie...

- Kim ty wła­ści­wie jesteś? - prze­rywa mi, rusza­jąc w moją stronę zde­cy­do­wa­nym kro­kiem.

Być może powin­nam się wzdry­gnąć na tę jego sta­now­czość w gło­sie i w ogóle, tak zapewne zro­bi­łaby co naj­mniej połowa kobiet na świe­cie, ale nie­spe­cjal­nie mnie to rusza. Ni­gdy nie sły­sza­łam od Lucasa, żeby któ­ry­kol­wiek z jego kum­pli z dru­żyny miał zapędy do bycia prze­mo­cow­cem, więc...

Damien zatrzy­muje się przed scho­dami i nawet teraz, bez wcho­dze­nia na stop­nie, jest ode mnie wyż­szy. Patrzy na mnie z góry i być może nawet myśli, że mnie to w jaki­kol­wiek spo­sób ruszy. Ma trochę? ponad dwa metry, co zde­cy­do­wa­nie uła­twia mu grę na pozy­cji obrońcy, więc zupeł­nie nie rozu­miem jego dzi­siej­szych pro­ble­mów w obro­nie.

Niby nie każdy hoke­ista to dupek, ale każdy dupek, któ­rego pozna­łam, to hoke­ista, więc naprawdę z ogrom­nym tru­dem gryzę się w język, żeby nie rzu­cić w jego stronę kolej­nej uszczy­pli­wej uwagi. Nawet ja wiem, że cza­sami powin­nam się po pro­stu przy­mknąć albo przy­sto­po­wać z komen­ta­rzami.

Chrzą­kam i wycią­gam do Damiena prawą rękę.

- Arlee - przed­sta­wiam się spo­koj­nie, sta­ra­jąc się, aby w moim gło­sie nie roz­brzmie­wała żadna nega­tywna nuta.

Facet z waha­niem ści­ska moją dłoń, ścią­ga­jąc przy tym w sku­pie­niu brwi. Otwiera nawet usta, ale zanim zdoła cokol­wiek powie­dzieć, na teren pose­sji wjeż­dża czarne mase­rati. Auto zatrzy­muje się tuż przed scho­dami, a chwilę póź­niej od strony pasa­żera wysiada Lucas.

Uśmie­cham się do niego i nie­mal wyry­wam rękę z uści­sku Damiena, żeby poma­chać bratu.

- Jecha­li­ście do domu przez Kah­na­wake4? - pytam, krzy­żu­jąc ramiona na pier­siach.

- Nie - bur­czy. - Kane jeź­dzi jak stary dzia­dek.

Pry­cham pod nosem, wyczu­wa­jąc na sobie spoj­rze­nie Damiena. Zer­kam na niego na sekundę i nie­mal par­skam śmie­chem na widok kon­ster­na­cji w jego oczach.

- Zna­cie się? - pyta, nie kry­jąc zasko­cze­nia.

- To moja sio­stra.

- To mój brat - odpo­wia­damy rów­no­cze­śnie.

- Twoja... - Damien urywa nagle, otwie­ra­jąc sze­rzej oczy. - Jesteś sio­strą Lucasa?

- Naj­lep­szą pod słoń­cem.

- I naj­bar­dziej skromną - bur­czy Lucas, wycią­ga­jąc z bagaż­nika mase­rati spor­tową torbę. Kiedy zatrza­skuje klapę, Kane rusza spo­koj­nie autem i wjeż­dża do garażu. - Czemu nie weszli­ście do środka?

- Nie mam klu­czy. - Spo­glą­dam zna­cząco na brata. - A Damien myślał, że przy­szłam się tutaj zaba­wić z któ­rymś z was i chciał mnie prze­go­nić.

- Wcale tak nie myśla­łem! - pro­te­stuje gwał­tow­nie chło­pak, uno­sząc wysoko dło­nie.

Posy­łam mu kpiące spoj­rze­nie.

- Nie­ład­nie tak kła­mać, John­son - cmo­kam.

Lucas kle­pie go w ramię kilka razy, zanim zgar­nia ze stop­nia moją walizkę i bez pro­blemu wnosi ją po scho­dach na werandę.

- Prze­pra­szam, Arlee, za...

- Nie płaszcz się przed nią - prze­rywa mu ze śmie­chem mój brat, otwie­ra­jąc drzwi. - Moja sio­stra za godzinę nie będzie o tym pamię­tać.

- Nie­prawda!

- Może za dwie - popra­wia się i rzuca mi roz­ba­wione spoj­rze­nie znad ramie­nia. - Nie dręcz go, Arlee.

Prze­wra­cam oczami i pry­cham pod nosem, ale już nic wię­cej nie mówię, tylko wcho­dzę do... Chcia­ła­bym móc okre­ślić ten budy­nek mia­nem "domu", ale chyba jed­nak lep­szym okre­śle­niem jest "willa" albo "zamczy­sko". Pod­łoga wyło­żona jest mar­mu­rem, a co naj­mniej jego imi­ta­cją. Ten, kto tu wcze­śniej miesz­kał, miał dość wyra­fi­no­wany gust - cho­ler­nie nie­po­dobny do mojego wyobra­że­nia co do miesz­ka­nia hoke­istów. Ściany zdo­bią obrazy w zło­tych ramach, z sufitu zwi­sają złote żyran­dole, a im dalej się wcho­dzi, tym bar­dziej to miej­sce krzy­czy "jeste­śmy zaje­bi­ście bogaci"!

Nie podoba mi się tu.

Ani tro­chę.

Ale nie zamie­rzam wyra­żać swo­jego zda­nia na głos. Nie chcę wyjść na więk­szą sukę, niż już wyszłam. Pew­nie swoim zacho­wa­niem i tak ich wszyst­kich do sie­bie zrażę. Jak zawsze.

- Może zapro­wa­dzę cię do two­jego pokoju? - pro­po­nuje pojed­naw­czym tonem Damien.

Spo­glą­dam na niego z unie­sioną brwią.

- Może naj­pierw zapro­po­nu­jesz mi coś do picia?

- Arlee... - odzywa się ostrze­gaw­czo Lucas.

Znowu prze­wra­cam oczami. Jesz­cze tro­chę i naba­wię się przez niego zeza.

- Co?

- Daj mu spo­kój.

- Chry­ste... - mam­ro­czę z gło­śnym wes­tchnie­niem i uśmie­cham się słodko do Damiena. - Mój brat cię niań­czy, co?

- Arlee!

Spo­glą­dam znowu na Lucasa i posy­łam mu pyta­jące spoj­rze­nie, ale on nie zwraca na mnie uwagi, tylko sku­pia się na Damie­nie.

- Moja sio­stra to pie­przona har­pia...

- Ej! - obu­rzam się.

- ...zamiast roz­pa­czać nad twoją suge­stią, że przy­szła tu po jed­no­ra­zowy nume­rek, prę­dzej by cię połknęła i nie w tym sen­sie, o któ­rym myślisz, tylko dosłow­nie pożar­łaby cię, prze­mie­liła i wypluła, na koniec kwi­tu­jąc, że dostała nie­straw­no­ści.

- To było nie­miłe - oznaj­miam poważ­nie, cho­ciaż tak naprawdę mam ochotę wybuch­nąć śmie­chem. Głów­nie z powodu dez­orien­ta­cji na twa­rzy Damiena i faktu, że Kane, który w poło­wie wypo­wie­dzi mojego brata wszedł do domu, teraz stoi w progu i gapi się na mnie jak cielę na malo­wane wrota. - Bar­dzo nie­miłe.

- To była naj­praw­dziw­sza prawda - oznaj­mia z tym swoim głup­ko­wa­tym uśmiesz­kiem na ustach Lucas, a kiedy ponow­nie pry­cham, unosi brew. - A może nie? Może powi­nie­nem prze­pro­wa­dzić poważną roz­mowę z moimi współ­lo­ka­to­rami i powie­dzieć im... - Chrząka i przy­biera groźną minę: - "Moja sio­stra jest nie­ty­kalna, jeśli któ­ryś spró­buje zacią­gnąć ją do łóżka, to będzie miał ze mną do czy­nie­nia?".

Na samą myśl o tym, że mógłby odwa­lić taką szopkę, robiąc ze mnie bez­bronną idiotkę, wzbiera we mnie iry­ta­cja.

- No wła­śnie - kwi­tuje i par­ska śmie­chem, po czym spo­gląda na Kane'a. - Wła­zisz do środka czy będziesz tam stać jak posąg?

Zer­kam na bram­ka­rza i par­skam śmie­chem, bo facet dalej wygląda na roz­ma­rzo­nego. Mimo że wła­śnie zamyka drzwi i zrzuca z nóg adi­dasy, to rów­no­cze­śnie co jakiś czas na mnie zerka, jakby nie potra­fił ode­rwać ode mnie tych swo­ich zie­lo­nych oczu.

Uno­szę brew i prze­chy­lam głowę, gdy zatrzy­muje się tuż obok mnie i wysta­wia w moją stronę rękę.

- Nie przed­sta­wi­li­śmy się sobie ofi­cja...

- Wiem, kim jesteś - prze­ry­wam mu i ści­skam deli­kat­nie jego dłoń. - Arlee Ben­nett, har­pia. - Uśmie­cham się słodko na widok roz­ba­wie­nia w jego oczach. - Pożrę cię, prze­mielę i wypluję.

Męż­czy­zna potrząsa ze śmie­chem głową, po czym zarzuca rękę na bark Damiena i obaj ruszają w stronę kuchni. Po dro­dze zsu­wają z ramion torby i zosta­wiają je tuż przy scho­dach.

- Czy...?

- Arlee - prze­rywa mi ostrze­gaw­czo Lucas.

- Co znowu?! - Wyrzu­cam ramiona w górę. - Jesz­cze nic nie powie­dzia­łam!

- Ale chcia­łaś. - Spo­gląda suge­styw­nie na torby, a potem na mnie. - Wygra­li­śmy mecz.

- No i?

- Jeste­śmy zmę­czeni.

- I? To już nie mogę? o nic zapy­tać?

- Prze­cież wiem, że chcia­łaś im zwró­cić uwagę, żeby sprząt­nęli swój śmier­dzący potem sprzęt.

Roz­chy­lam w zdu­mie­niu wargi i przy­kła­dam dłoń do piersi.

- Ja? - pytam zbul­wer­so­wana. - Ja mogła­bym coś takiego powie­dzieć? W życiu! - zaprze­czam gwał­tow­nie.

Dokład­nie to była­bym w sta­nie powie­dzieć, on o tym wie i ja o tym wiem, ale nie zamie­rzam się do tego przy­zna­wać. Ale abs­tra­hu­jąc od moich moż­li­wo­ści bycia bez­po­śred­nią suką, wcale nie chcia­łam im suszyć głowy. Wła­ści­wie... wła­ści­wie chcia­łam zapro­po­no­wać, czy nie wrzu­cić do pralki ich stro­jów.

Poważ­nie!

Ale nawet jak­bym teraz o tym wspo­mniała, żaden z nich by mi nie uwie­rzył. No, może Kane, skoro nie­ustan­nie na mnie zerka. Nawet teraz, gdy wyciąga z lodówki jedze­nie.

- Chcia­łam zapy­tać, czy macie może coś moc­niej­szego do picia. - Ruszam w stronę brata i kle­pię go lekko w tors, doda­jąc ści­szo­nym gło­sem: - Nie rób ze mnie takiej wred­nej zołzy, bo naprawdę nie mam gdzie miesz­kać.

Posyła mi zna­czące spoj­rze­nie i cho­ciaż prze­czu­wam, że zaraz może mi się odgryźć, to cie­pło w jego oczach mnie uspo­kaja. Na razie chyba niczego nie spar­to­li­łam.

- Możesz tu zostać tak długo, jak tego potrze­bu­jesz.

- Dzię­kuję.

- Ale bądź miła dla chło­pa­ków.

- Jestem - bur­czę i wzdy­cham gło­śno, ponie­waż prze­chyla zna­cząco głowę. - Okej, okej, posta­ram się. Wiesz, że nie robię tego spe­cjal­nie.

- Wiem. - Uśmie­cha się łagod­nie i pociera dło­nią moje ramię. - Ale nie wszy­scy hoke­iści to...

- Dupki? - Uno­szę pyta­jąco brew. - Może zmie­nię zda­nie.

Kręci z gło­śnym wes­tchnie­niem głową, jed­nak nie mam moż­li­wo­ści, żeby jak­kol­wiek na to zare­ago­wać, bo tylne drzwi ponow­nie się otwie­rają, a do środka wcho­dzi kolejny hoke­ista.

- Och, na litość boską - mam­ro­czę pod nosem na widok Hun­tera Mar­shalla. - Ilu was tu mieszka?

- Czemu nikt mi nie powie­dział, że kogoś zapra­szamy? - bur­czy od wej­ścia dwu­dzie­sto­sze­ścio­letni lewy obrońca.

- To moja sio­stra, będzie z nami przez jakiś czas miesz­kać - wyja­śnia Lucas.

- Acha. - Męż­czy­zna kiwa głową, po czym rzuca torbę obok pozo­sta­łych. Kiedy prze­cho­dzi obok nas, wyciąga do mnie dłoń zwi­niętą w pięść. - Hun­ter.

Przy­bi­jam z nim żół­wika.

- Arlee.

Mimika jego twa­rzy nie wyraża zupeł­nie nic. Żad­nego zasko­cze­nia, zbul­wer­so­wa­nia, zauro­cze­nia, pro­te­stu, dosłow­nie nic. Ten facet jest jak wykuty z lodu. Obo­jęt­nym kro­kiem pod­cho­dzi do lodówki, wyciąga z niej - chyba - shake'a i rusza w stronę kanapy. Opada na nią z wes­tchnie­niem i natych­miast przy­suwa ust­nik do warg. Wypija zawar­tość pojem­nika nie­mal na raz i z hukiem odsta­wia go na sto­lik.

- Następ­nym razem roz­pier­dolę kij na gło­wie Col­linsa - oznaj­mia poważ­nie, włą­cza­jąc tele­wi­zor.

Uśmie­cham się sze­roko. Nawet nie prze­szka­dza mi fakt, że padło nazwi­sko mojego eks. W taki spo­sób każdy może się o nim wypo­wia­dać i jesz­cze będę mu kibi­co­wać.

- Jak będziesz chciał to zro­bić, daj mi wcze­śniej znać, uwiecz­nię to na nagra­niu - rzu­cam z zado­wo­le­niem i uśmie­cham się do Lucasa. - To jak? Masz jakiś alko­hol?

Mój brat prze­wraca oczami, ale przy­ta­kuje mi ruchem głowy i macha dło­nią w stronę rogu salonu. W mig dostrze­gam znaj­du­jący się tam barek. Wypeł­niony jest po brzegi róż­nymi trun­kami, ale jak pod­cho­dzę bli­żej, orien­tuję się, że wszyst­kie butelki są zamknięte. Nie powinno mnie to dzi­wić. Żaden spor­to­wiec, któ­remu zależy na for­mie, nie pije w trak­cie roz­gry­wek.

- Którą mogę? otwo­rzyć? - Zer­kam przez ramię, żeby spoj­rzeć na brata, ale zamiast tego natra­fiam na zie­lone oczy Kane'a.

Znowu się na mnie gapi.

- Obo­jęt­nie. - Uśmie­cha się nie­znacz­nie.

Ścią­gam brwi.

- Poważ­nie? Żadna z nich nie jest tą, którą zamier­za­cie otwo­rzyć po ostat­nim meczu?

- Nie.

- Huh - sapię pod nosem i chwy­tam pierw­szą lep­szą butelkę.

Nie­mal natych­miast ją odsta­wiam - moje auto jest mniej warte. Szkoda dobrego alko­holu na żało­sne upi­cie się z powodu kolej­nych zmian w moim życiu. Osta­tecz­nie się­gam po wódkę i robię sobie drinka z sokiem poma­rań­czo­wym, ale...

Nawet go nie dopi­jam. Jestem w poło­wie, kiedy zaczyna mnie morzyć sen, więc odno­szę szklankę do zmy­warki i pod­cho­dzę do stołu.

- Lucas? - Kładę dłoń na ramie­niu brata, który dosłow­nie pochła­nia ape­tycz­nie pach­nącą zawar­tość swo­jego tale­rza.

Sama powin­nam coś zjeść, ale wąt­pię, żebym zna­la­zła w lodówce cokol­wiek, co nie byłoby bombą kalo­ryczną.

- Mhm?

- Poka­żesz mi mój pokój?

- Ja to zro­bię - pro­po­nuje Kane, nie­mal zry­wa­jąc się z krze­sła.

Pew­nie gdy­bym nie była tak zmę­czona, rzu­ci­ła­bym jakimś komen­ta­rzem, ale nie mam na to siły. Jestem w tym domu zale­d­wie od pięt­na­stu... może dwu­dzie­stu minut i mój orga­nizm wresz­cie daje za wygraną. Adre­na­lina i walka o prze­trwa­nie po utra­cie pracy kom­plet­nie ze mnie wypa­ro­wują.

- Dzięki. - Uśmie­cham się do niego z wdzięcz­no­ścią.

Kane pro­wa­dzi mnie na pię­tro, nio­sąc moją walizkę. Ani tro­chę nie jestem zasko­czona, że nawet nie sap­nął, gdy ją pod­no­sił. Pod jego koszulką wyraź­nie odzna­czają się mię­śnie, a on sam pew­nie jesz­cze funk­cjo­nuje na zastrzyku ener­gii po meczu. Jeśli jest choć odro­binę podobny do mojego brata, to po zje­dze­niu tych nie­zli­czo­nych ilo­ści kalo­rii pad­nie jak kłoda, gdy tylko położy się do łóżka.

- Pokój gościnny nie ma łazienki - infor­muje, prze­pusz­cza­jąc mnie w progu małej, naprawdę przy­tul­nej sypialni. Na środku stoi jasne łóżko, a przy ścia­nie szafa i biurko. To dru­gie mnie bar­dzo cie­szy, bo przyda mi się w doryw­czej pracy. Przy­naj­mniej nie będę ryso­wać na table­cie powy­gi­nana jak para­graf. - Ale na końcu kory­ta­rza jest toa­leta i prysz­nic.

- Dzięki. - Posy­łam mu nie­wielki uśmiech, gdy odsta­wia walizkę przy sza­fie. - Dobry mecz - dodaję, gdy facet wyco­fuje się na kory­tarz.

- Jed­nak nie jest z cie­bie taka zołza - rzuca roz­ba­wio­nym gło­sem.

Pry­cham.

- Nie wiem, co ci mój brat o mnie naga­dał, ale...

- Znam two­jego brata od czte­rech lat i ani razu nie powie­dział o tobie złego słowa - prze­rywa mi miękko. - Co wię­cej, faj­nie jest w końcu poznać cię oso­bi­ście.

Nie kryję zasko­cze­nia. Przez naprawdę krótką chwilę mam nawet ochotę sobie zażar­to­wać, ale... mój zmę­czony mózg dopiero teraz pod­suwa mi myśl o tym, że Kane może wie­dzieć aż za dużo. Po moim wcze­śniej­szym zacho­wa­niu powi­nien mieć o mnie nie­zbyt dobre zda­nie, jed­nak teraz jego spoj­rze­nie wypeł­nione jest łagod­no­ścią. To tylko utwier­dza mnie w prze­ko­na­niu, że Lucas mógł podzie­lić się z nim zbyt wie­loma szcze­gó­łami z mojego życia.

- Dobrze wie­dzieć - odzy­wam się może nieco zbyt oschle, ale nie mam teraz ani czasu, ani ochoty roz­wo­dzić się nad tym, czy go przy­pad­kiem nie urażę.

Zamie­rzam nato­miast prze­ko­nać samą sie­bie, że udu­sze­nie brata nie jest dobrym pomy­słem. Aktu­al­nie jest jedy­nym czło­wie­kiem na kuli ziem­skiej, przy któ­rym czuję się bez­piecz­nie.

Rozdział 3

3

Arlee

Kiedy rano wstaję - jede­na­sta to rano, okej? - dom oka­zuje się pusty, a na mar­mu­ro­wym bla­cie kuchen­nej wyspy leży kar­teczka od mojego brata.

Nie spal nam chaty. Gdy­byś cze­goś potrze­bo­wała, dzwoń do Amandy, mojej agentki. Lucas

Cie­kawe, jak mia­ła­bym do niej zadzwo­nić, skoro mój tele­fon nie włą­czył się przez całą noc, mimo pod­łą­cze­nia do łado­warki. Wzdy­cham gło­śno i zgar­niam kar­teczkę z nume­rem, po czym przy­cze­piam ją do lodówki magne­sem z logo Mont­real Hun­ters. W brzu­chu zaczyna mi bur­czeć, więc otwie­ram drzwiczki i obrzu­cam spoj­rze­niem wnę­trze.

- Huh - sapię cicho.

Nie jest źle. Wczo­raj sądzi­łam, że będę musiała jechać na zakupy, ale oka­zuje się jed­nak, że lodówka jest bar­dzo dobrze zaopa­trzona. Są warzywa, owoce i nie­prze­two­rzone jedze­nie. No, w więk­szo­ści, bo na drzwicz­kach zauwa­żam butelkę coli i... przez krótką chwilę mam ochotę się jej napić, ale nie robię tego. Nie zamie­rzam łamać narzu­co­nej sobie zasady "jedna szklanka gazo­wa­nego napoju raz w tygo­dniu". Czas się wziąć za sie­bie - i to porząd­nie, bez żad­nych oszustw.

Nie mam poję­cia, który z chło­pa­ków zaj­muje się goto­wa­niem, ale... Im dłu­żej prze­by­wam w kuchni, tym wię­cej pro­duk­tów znaj­duję. Mogła­bym zro­bić sobie kanapki z twa­ro­giem i rzod­kiewką, ale nie umiem się doko­pać do pie­czywa, więc osta­tecz­nie sta­wiam na jogurt natu­ralny z orze­chami i owo­cami.

Roz­sia­dam się wygod­nie z table­tem przy wyspie kuchen­nej i jem powoli, co jakiś czas popi­ja­jąc kawę. Prze­glą­dam skrzynkę pocz­tową i zazna­czam e-maile, na które muszę jak naj­szyb­ciej odpo­wie­dzieć. Zer­kam rów­nież na konto ban­kowe i nie­mal natych­miast się krzy­wię. Jesz­cze nie dosta­łam ostat­niej wypłaty. Cho­lera. Będę musiała jakoś prze­żyć naj­bliż­szy czas bez tele­fonu, ale ani tro­chę mi się to nie podoba.

Nie­mal całe następne cztery dni spę­dzam na ogar­nia­niu nowych zle­ceń i odda­wa­niu zale­głych gra­fik. Tro­chę tego jest, ale udaje mi się wyro­bić w osta­tecz­nych ter­mi­nach. Uśmie­cham się z zado­wo­le­niem na widok e-maila od jed­nej z auto­rek, któ­rej chwilę wcze­śniej ode­sła­łam gotową okładkę.

Arlee, ona jest prze­piękna! Nie mam poję­cia, jak udało Ci się zro­zu­mieć moją papla­ninę i cha­otyczne zdję­cia poglą­dowe, ale ta okładka? JEST IDE­ALNA.

Ta wia­do­mość i fakt, że na moje konto wpływa wyna­gro­dze­nie za pro­jekt spra­wiają, że wresz­cie pozwa­lam sobie zwol­nić tempo. Posta­na­wiam odło­żyć tablet i się­gnąć po pilota. Włą­czam tele­wi­zor i odszu­kuję pro­gram spor­towy, na któ­rym rela­cjo­no­wany jest dzi­siej­szy mecz hokeja. Chyba bar­dzo lubię wbi­jać sobie szpilki w bok, skoro dobro­wol­nie zamie­rzam oglą­dać kolejną roz­grywkę mię­dzy Flo­rida Piran­has a Mont­real Hun­ters, ale rów­no­cze­śnie wma­wiam sobie, że po pro­stu chcę zoba­czyć, jak gra dziś mój brat. Dwa dni temu wygrali z Pira­niami, więc mam nadzieję, że dzi­siaj rów­nież tak będzie.

Wybie­ram sobie nie­zbyt dobry moment.

Lucas wła­śnie kie­ruje się w stronę bramki prze­ciw­nika, ale tuż przed nią z całym impe­tem wjeż­dża w niego Tho­mas. Przy­ty­kam dłoń do ust, gdy mój brat upada na lód i przez chwilę się nie poru­sza. Zawod­nicy pod­jeż­dżają do niego, któ­ryś z nich rzuca się w mię­dzy­cza­sie na Tho­masa. Nie sły­szę, co krzy­czą komen­ta­to­rzy, bo jedyne, co odbija się echem w mojej gło­wie, to odgłos ciała zde­rza­ją­cego się z taflą.

Oddy­cham z ulgą dopiero, gdy mój brat się pod­nosi. Nie wraca jed­nak do gry, tylko zjeż­dża do boksu.

Cho­lera.

Nie opiera się na pra­wej nodze. W ogóle.

Nie jestem ide­alną sio­strą, naprawdę jest mi do tego daleko, ale w dniu powrotu chło­pa­ków z Flo­rydy - i jed­no­cze­śnie zakoń­cze­nia ich udziału w roz­gryw­kach, bo po kon­tu­zji Lucasa prze­gry­wają mecz z Flo­rida Piran­has - cze­kam na nich z kola­cją. Może nie jest wyra­fi­no­wana i zapewne nie tak smaczna, jak dania w wykwint­nej restau­ra­cji, ale jest.

Wstaję z krze­sła w tej samej chwili, w któ­rej gło­śno trza­skają tylne drzwi. Wychy­lam się zza rogu i na widok zała­ma­nego wyrazu twa­rzy mojego brata, nie­wi­dzialna pięść ści­ska mnie za serce. W jego jasno­nie­bie­skich oczach błysz­czy wście­kłość, szczęki są mocno zaci­śnięte, a knyk­cie pobie­lałe od ści­skania kul.

- Cześć - odzy­wam się nie­pew­nie.

Lucas zrzuca z ramie­nia torbę i kiwa mi nie­mrawo głową. Kiedy prze­cho­dzi obok mnie, pod­trzy­mu­jąc cię­żar ciała na kulach, całuje mnie prze­lot­nie w skroń i kuś­tyka do stołu. Opada z cięż­kim wes­tchnie­niem na krze­sło, po czym bez słowa zabiera się do jedze­nia. Nie pyta nawet, co to jest ani czy w ogóle jest smaczne. Zupeł­nie tak, jakby nic go nie inte­re­so­wało.

Nie­do­brze.

- Co z nogą? - pytam cicho, pod­cho­dząc bli­żej niego.

Spo­gląda na mnie znad tale­rza, gdy sia­dam po prze­ciw­nej stro­nie.

- Nade­rwane wię­za­dło boczne kolana.

Wypusz­czam spo­mię­dzy warg długi oddech.

- Okej. - Przy­ta­ku­jąco kiwam głową. - Co teraz?

- Jutro widzę się z leka­rzem.

Już po jego spo­so­bie odpo­wie­dzi i fak­cie, że odzywa się pomię­dzy kęsami, ale robi to nie­chęt­nie, wiem, żeby zamilk­nąć i prze­stać wypy­ty­wać. Dosko­nale pamię­tam, jaki zała­many był w zeszłym roku, kiedy w poło­wie sezonu doznał dokład­nie takiej samej kon­tu­zji, ale jej sprawcą był ktoś inny. Mam tylko nadzieję, że i tym razem obej­dzie się bez ope­ra­cji.

- Dzięki za kola­cję - prze­rywa ciszę chwilę póź­niej i wstaje od stołu.

Kiedy sięga po pusty talerz, natych­miast zry­wam się z krze­sła i chwy­tam go za nad­gar­stek.

- Nie nad­wy­rę­żaj nogi - mówię pospiesz­nie. - Naszy­ko­wać ci kąpiel?

Po raz pierw­szy, odkąd wró­cił do domu, spo­gląda na mnie miękko i z uśmie­chem na ustach.

- I wła­śnie dla­tego jesteś moją ulu­bioną sio­strą.

Cie­pło roz­lewa się w moich pier­siach jak zawsze, gdy to mówi. Robi to rzadko, bo i rzadko do tej pory roz­ma­wia­li­śmy o spra­wach rodzin­nych, ale... To miłe, że ist­nieje przy­naj­mniej jedna osoba w naszej rodzi­nie, która sta­wia mnie wyżej niż Hannę, naszą sio­strę.

Chcę zapy­tać, kiedy wrócą jego kum­ple, ale oni chyba mają jakiś radar na moje myśle­nie o nich, bo wła­śnie wcho­dzą do domu. Cóż... Żaden z nich nie wygląda na zado­wo­lo­nego z życia - i wcale im się nie dzi­wię. Dziś, jak chyba jesz­cze ni­gdy, wiem, że czas głę­boko scho­wać swoją suko­watą stronę cha­rak­teru.

- Na stole macie kola­cję. - Uśmie­cham się nie­znacz­nie do Hun­tera, który pierw­szy wcho­dzi do kuchni, po czym wra­cam spoj­rze­niem do Lucasa. - Ogarnę ci tę kąpiel, a ty siedź na dupie i nie skacz jak koza.

Mój brat par­ska śmie­chem, co - zwa­żyw­szy na sytu­ację i wisiel­czą atmos­ferę - uznaję za swój oso­bi­sty suk­ces.

Kiedy wra­cam kil­ka­na­ście minut póź­niej na par­ter, cała czwórka sie­dzi roz­wa­lona w salo­nie. Gapią się w ekran tele­wi­zora i roz­ma­wiają gło­śno o akcjach na lodzie. Wyty­kają sobie wszyst­kie popeł­nione błędy - nawet te, które moim zda­niem nimi nie były. No bo prze­cież nie da się wszyst­kiego prze­wi­dzieć. O ile rozu­miem iry­ta­cję Lucasa na Hun­tera i Damiena, bo zaspali przy obro­nie tuż przed tym, jak Col­lins się na niego rzu­cił, o tyle reszta zarzu­tów jest już czy­stym cze­pial­stwem.

Zanim jed­nak z moich ust wydo­sta­nie się jaki­kol­wiek komen­tarz, gryzę się w język. Nie będę się wpie­przać w ich spo­soby na prze­tra­wie­nie porażki. Po raz pierw­szy od dzie­się­ciu lat Mont­real Hun­ters dostali się do play-offów i nawet nie prze­szli do Rundy Dru­giej, a to nie­źle roz­wala morale.

- Kąpiel gotowa - odzy­wam się, opie­ra­jąc przed­ra­miona o kanapę tuż za Luca­sem. - Dasz radę wejść sam na górę?

- Taa... - odpo­wiada z wes­tchnie­niem i wstaje, poma­ga­jąc sobie kulą. - Na razie.

- Śpij dobrze. - Uśmie­cham się do niego nie­znacz­nie.

Gdy tylko mój brat znika mi z pola widze­nia, prze­no­szę wzrok na tele­wi­zor. Natych­miast się krzy­wię, bo Col­lins wła­śnie zdo­bywa kolejny punkt. W tym meczu tra­fił dwie bramki. Zaci­skam mocno zęby, pod­czas gdy w moim wnę­trzu rodzi się coraz więk­sza złość.

Nie­na­wi­dzę faktu, że ten dupek jest tak dobry w hokeja. Po pro­stu nie­na­wi­dzę.

- Wyglą­dasz, jak­byś chciała kogoś zabić - zauważa z lek­kim roz­ba­wie­niem Kane.

Nie odry­wa­jąc mor­der­czego spoj­rze­nia od ekranu, cedzę przez zaci­śnięte zęby:

- Być może wła­śnie tak jest.

- Jeśli mar­twisz się nogą Lucasa, to jestem pewien, że szybko wróci do peł­nej spraw­no­ści - dodaje łagod­nie.

Wzdy­cham i potrzą­sam sfru­stro­wana głową.

- Mam nadzieję, że w przy­szłym roku roz­gro­mi­cie Pira­nie do tego stop­nia, że kibice będą ich musieli łopa­tami zeskro­by­wać z tafli.

Natych­miast wyczu­wam na sobie spoj­rze­nia całej trójki. Jedno z nich - mogę się zało­żyć, że należy do Kane'a - jest naj­bar­dziej dener­wu­jące. Męż­czy­zna chyba pró­buje prze­do­stać się przez moją czaszkę do mózgu.

Zer­kam na Hun­tera i uno­szę brew na widok jego zmru­żo­nych oczu.

- Co? - pytam oschle. - Po raz pierw­szy usły­sza­łeś coś takiego od kobiety?

- Po raz pierw­szy spo­tka­łem kobietę, która ma mor­der­cze zapędy, a jed­no­cze­śnie jest słodka.

Nie­mal krztu­szę się wła­sną śliną.

- Że co? - char­czę, waląc się otwartą dło­nią w pierś. - Słodka? Czy ty upa­dłeś na głowę? Aż tak cię potur­bo­wali na lodzie?

- I nie potrafi przyj­mo­wać kom­ple­men­tów.

- Wypra­szam sobie! - obu­rzam się gło­śno. - Potra­fię przyj­mo­wać kom­ple­menty.

- Kola­cja była bar­dzo dobra - kon­ty­nu­uje Hun­ter, pod­czas gdy Damien chyba dusi się ze śmie­chu.

Zer­kam na niego z unie­sioną brwią.

- A tobie co?

- Nic, nic - zapew­nia mnie pospiesz­nie cały czer­wony na twa­rzy.

- Nie jestem słodka - mówię poważ­nie. - Jestem wredną...

- ...har­pią - koń­czy za mnie Kane, a gdy krzy­żuję z nim spoj­rze­nia, orien­tuję się, że jego zie­lone oczy błysz­czą roz­ba­wie­niem. - Tak, wiemy.

- Har­pia i słodka to nie są syno­nimy.

Dla­czego ja się tak wła­ści­wie bro­nię? Powin­nam podzię­ko­wać za kom­ple­ment i się uśmiech­nąć, ale nie... Oczy­wi­ście, że będę robić wszystko, aby jed­nak uznali mnie za nie­przy­stępną i chłodną babę.

Chrzą­kam i się pro­stuję.

- Cie­szę się, że kola­cja wam sma­ko­wała, przy­kro mi, że prze­gra­li­ście, ale muszę powie­dzieć, że dali­ście dupy.

Z ich twa­rzy natych­miast zni­kają uśmieszki.

Och, prze­gię­łam.

Żołą­dek aż mi się zaci­ska z ner­wów.

Jesz­cze bra­kuje, żeby z gło­śni­ków popły­nął teraz frag­ment pio­senki The­ory of a Dead­man: The bitch came back5.

- Tak, wiemy - mam­ro­cze z wes­tchnie­niem Damien.

- Sorry, nie powin­nam była...

- Wylu­zuj, Elsa - prze­rywa mi Kane. - Masz rację, dali­śmy dupy.

Mru­gam kil­ka­krot­nie, wpa­tru­jąc się w niego onie­miała. Nie dla­tego, że przy­znał mi rację i nie wydaje się ura­żony moim komen­ta­rzem, a przez to, jak się do mnie zwró­cił.

- Czy ty wła­śnie nazwa­łeś mnie Elsą?

Męż­czy­zna posyła mi na wpół roz­ba­wione, a na wpół poważne spoj­rze­nie.

- Ow­szem. - Uśmie­cha się uro­czo. - Prze­szka­dza ci to?

Otwie­ram usta i nie­mal natych­miast je zamy­kam. Ścią­gam brwi w kon­ster­na­cji i pró­buję prze­pro­wa­dzić ze sobą wewnętrzną dys­ku­sję na temat tego prze­zwi­ska. Czy mi się to podoba? Nie wiem. Czy to do mnie pasuje? Być może.

- Okej, czyli nie prze­szka­dza - kwi­tuje. - Od dziś jesteś Elsą.

- Ale... - Ury­wam, bo aku­rat ten moment Hun­ter i Damien uznają za ide­alny, aby ewa­ku­ować się z salonu.

Gdy tylko zni­kają na pię­trze, opie­ram ręce na bio­drach i wpa­truję się z unie­sioną brwią w roz­ba­wio­nego Kane'a. Roz­ło­żył się w fotelu z sze­roko roz­sta­wio­nymi nogami i rów­nież na mnie patrzy, tyle że jego oczy prze­su­wają się po moim ciele. Powoli.

- Nie potra­fię cię roz­gryźć - odzywa się nie­spo­dzie­wa­nie.

Potrzą­sam głową.

- A dla­czego miał­byś nawet pró­bo­wać? - pytam zdez­o­rien­to­wana.

- Wyda­jesz się inte­re­su­jąca i tro­chę jak... ogrzyca.

Sapię gło­śno.

- Suge­ru­jesz, że jestem gruba?!

Przy­się­gam, że zaraz wybiję mu zęby. Nie mam poję­cia, ile z nich jest sztucz­nych, czy w ogóle ma jakieś sztuczne, ale w tym momen­cie mnie to nie inte­re­suje. Nawet jak ma je zało­żone na śruby, to po tym, jak z nim skoń­czę, będzie musiał je na nowo wkrę­cać.

- Nie - pro­te­stuje szybko, wwier­ca­jąc się spoj­rze­niem w moje oczy. - Suge­ruję, że masz war­stwy.

Nie wie­rzę.

To już kolejne nawią­za­nie do ani­mo­wa­nego filmu.

- Jesteś fanem bajek? - wykrztu­szam z tru­dem. Nic innego nie przy­cho­dzi mi teraz do głowy. Przy­się­gam, ten facet w jed­nej chwili działa mi na nerwy, a w dru­giej ledwo trzy­mam w ryzach swoje usta, żeby ich nie roz­cią­gnąć w uśmie­chu.

Wzru­sza nie­dbale ramio­nami.

- Lubię sobie cza­sem na nie popa­trzeć.

- Lubisz sobie cza­sem... - powta­rzam powoli pod nosem. - Ile ty masz lat?

- Dwa­dzie­ścia sześć.

- To było pyta­nie reto­ryczne. - Prze­wra­cam oczami. - Wiem, ile masz lat.

- Tak? - Opiera łok­cie na udach i pochyla się do przodu, a w jego oczach bły­ska zain­te­re­so­wa­nie. - Co jesz­cze o mnie wiesz?

Zanim z moich ust zdo­łają wyle­cieć jego zeszło­roczne sta­ty­styki, zaci­skam mocno wargi.

Męż­czy­zna par­ska cichym śmie­chem i potrząsa głową.

- Roz­gryzę cię, Elsa.

Nie mam poję­cia, czy ostrze­że­nie w jego gło­sie jest zamie­rzone, ale wzdłuż mojego krę­go­słupa i tak prze­biega dreszcz prze­ra­że­nia.

- Powo­dze­nia - rzu­cam oschle i odwra­cam się na pię­cie.

To już posta­no­wione: muszę trzy­mać się z daleka od tego czło­wieka, bo ja wcale nie chcę zostać przez nikogo roz­gry­ziona. Ani dosłow­nie, ani w prze­no­śni. A już na pewno nie chcę, aby pró­bo­wał mnie roz­gryźć kum­pel mojego brata.

Rozdział 4

4

Arlee

PÓŁ­TORA MIE­SIĄCA PÓŹ­NIEJ

Miesz­ka­nie z czte­rema hoke­istami ma wię­cej minu­sów niż plu­sów, a naj­więk­szym z nich jest fakt, że po zakoń­cze­niu sezonu przez dom prze­wija się tyle dziew­czyn, iż nawet nie pró­buję zapa­mię­ty­wać ich imion. Ba, ja nawet nie sta­ram się ich od sie­bie odróż­nić, bo więk­szość wygląda dokład­nie tak samo. Skąpe ubra­nia z logo Mont­real Hun­ters, jasne albo ciemne blond włosy, sta­ranny maki­jaż i wieczny uśmiech na ustach. Na szczę­ście nie wcho­dzą tutaj jak do sie­bie i zwy­kle kręci się przy nich któ­ryś z chło­pa­ków, więc przy­naj­mniej nie muszę robić za dobrą gospo­dy­nię domową. Po pierw­sze kom­plet­nie się do tego nie nadaję, a po dru­gie nie mam naj­mniej­szej ochoty mar­no­wać ener­gii na epi­zo­dycz­nych ludzi.

Na szczę­ście - głów­nie moje - chłopcy orga­ni­zują imprezy tylko w week­endy i cho­ciaż prze­wa­lają się przez nie nie­zli­czone ilo­ści alko­holu, to hoke­iści trzy­mają poziom. Względny. Tylko mój brat zdaje się nie przej­mo­wać swoją kon­dy­cją. Nie­jed­no­krot­nie któ­ryś z chło­pa­ków odpro­wa­dza go do jego pokoju, a potem szep­czą mię­dzy sobą w kuchni.

Sześć tygo­dni i dwa­na­ście imprez - zale­d­wie tyle wytrzy­muję z powstrzy­my­wa­niem się od jakich­kol­wiek komen­ta­rzy. Nie powinno się gryźć ręki, która cię karmi, ale nie potra­fię tak po pro­stu olać tego, co robi Lucas. Dla­tego gdy w nie­dzielę poja­wia się na par­te­rze, wbi­jam w niego ostre spoj­rze­nie i wska­zuję pal­cem krze­sło.

- Sia­daj - war­czę.

Spo­gląda na mnie ze zmarsz­czo­nymi brwiami. Nie wygląda za dobrze. Ma worki pod oczami, jego włosy ster­czą na wszyst­kie strony i śmier­dzi od niego alko­ho­lem.

- Co cię w dupę ugry­zło? - pyta zdez­o­rien­to­wany, ale przy­naj­mniej mnie słu­cha i siada na tyłku.

- Mnie w dupę nic nie ugry­zło. - Zaj­muję miej­sce po prze­ciw­nej stro­nie stołu i opie­ram przed­ra­miona o blat. - Za to ty zabi­łeś chyba wszyst­kie swoje szare komórki.

W mię­dzy­cza­sie na par­te­rze poja­wia się Damien, ale gdy tylko nas zauważa, natych­miast się wyco­fuje. Chwilę póź­niej sły­szę szepty na kory­ta­rzu i cięż­kie kroki na scho­dach. Naj­wy­raź­niej kum­ple mojego brata uznali, że już nie są głodni.

- O co ci cho­dzi? - pyta obo­jęt­nie.

- O co mi cho­dzi? - powta­rzam za nim z nie­do­wie­rza­niem. - O twoje zacho­wa­nie, Lucas! Długo tak zamie­rzasz się upi­jać?

- Piję tylko w week­endy, więc prze­stań mi mat­ko­wać...

- O, mój drogi. - Wysta­wiam w jego stronę ostrze­gaw­czo palec. - Ja dopiero mogę zacząć ci mat­ko­wać. Ja wszystko rozu­miem, naprawdę, ale...

- Gówno rozu­miesz - cedzi przez zaci­śnięte zęby. - Czeka mnie ope­ra­cja i chuj wie, czy będę mógł wró­cić do gry, więc sorry, że nie jestem cały w skow­ron­kach i zaje­bi­ście szczę­śliwy.

Zaci­skam mocno szczęki i wcią­gam nosem powie­trze, żeby po chwili wypu­ścić je spo­mię­dzy warg ze świ­stem.

- Rozu­miem wię­cej, niż ci się zdaje - odzy­wam się spo­koj­nie i ukła­dam dło­nie na stole. - Znacz­nie wię­cej, Lucas - dodaję ści­szo­nym gło­sem. - Wiem, jak to jest, gdy zde­rzasz się ze ścianą i myślisz, że twoja kariera się skoń­czyła.

Pry­cha pod nosem i spo­gląda na mnie z poli­to­wa­niem.

- Cie­bie tylko zwol­nili, Arlee, więc...

- Musia­łam rów­nież chwi­lowo zre­zy­gno­wać z dal­szego kursu na tre­nera - prze­ry­wam mu, cho­ciaż obie­ca­łam sobie, że nie będę o tym wspo­mi­nać, ale nie sądzę, abym w inny spo­sób mogła do niego dotrzeć.

Ściąga w nie­zro­zu­mie­niu brwi.

- Dla­czego? I czemu nic wcze­śniej nie mówi­łaś?

- Nie chcia­łam cię mar­twić.

W jego jasno­nie­bie­skich oczach natych­miast widać tro­skę. Wcze­śniej był blady, ale teraz wygląda jak kartka papieru.

- Czym nie chcia­łaś mnie mar­twić? - pyta twar­dym gło­sem. - Czego mi nie mówisz?

- Po pro­stu mam pewne pro­blemy zdro­wotne i dopóki ich nie... wyci­szę, to kurs odcho­dzi na dal­szy plan - wyja­śniam ogól­ni­kowo, a gdy otwiera usta, uno­szę dłoń. - Nie mam raka, Lucas.

Oddy­cha z ulgą, jakby wła­śnie to przy­szło mu na myśl. Bo prze­cież, kiedy czło­wiek mówi, że "ma pro­blemy zdro­wotne", to dru­giej oso­bie od razu przy­cho­dzi na myśl nowo­twór. Jakby tylko raczy­sko było w sta­nie prze­szko­dzić komuś w nor­mal­nym funk­cjo­no­wa­niu.

- Nie jest to rów­nież nic, co może mnie zabić w naj­mniej ocze­ki­wa­nym momen­cie. - Uśmie­cham się łagod­nie. - Ale tak, prze­szka­dza mi to w moich pla­nach na życie, nawet bar­dzo, nie­mniej, nie zamie­rzam z nich rezy­gno­wać, po pro­stu odsu­nę­łam je w cza­sie - dodaję i chrzą­kam. - Ty też nie powi­nie­neś rezy­gno­wać ze swo­ich, a wła­śnie to robisz.

Jestem gotowa na zasy­pa­nie go kolej­nymi argu­men­tami prze­ciw jego auto­de­struk­cyj­nemu zacho­wa­niu, ale osta­tecz­nie po pro­stu cze­kam, aż coś powie.

Przy­gląda mi się w sku­pie­niu i mija naprawdę kilka dłu­gich minut, zanim otwiera usta.

- Jeśli nie wydo­brzeję, nie prze­dłużą mi w przy­szłym roku kon­traktu.

- Masz cały rok na powrót do peł­nej spraw­no­ści.

Prze­wraca oczami i kręci głową, a ja natych­miast pochy­lam się nad sto­łem i ści­skam jego dłoń.

- Lucas... - szep­czę miękko. - Jesteś jed­nym z lep­szych skrzy­dło­wych w NHL. Nie ma szans, żeby zre­zy­gno­wali z cie­bie z powodu kon­tu­zji - zapew­niam go sta­now­czo. - Ale mogą to zro­bić, jeśli dotrze do nich, że co week­end upi­jasz się aż do odcię­cia.

Wpa­truje się we mnie w ciszy, zapewne ana­li­zu­jąc moje słowa. Fakt, że w jego oczach dostrze­gam żal, spra­wia, iż coś bole­śnie ści­ska mnie za serce.

- Nie pozwól, aby ta jedna prze­ciw­ność losu znisz­czyła twoje marze­nia - dodaję cicho. - Cho­lera, po tylu latach dopro­wa­dzi­li­ście z chło­pa­kami dru­żynę do play-offów.

Unosi kącik ust.

- A po dru­gie bar­dzo, ale to bar­dzo chcia­ła­bym zoba­czyć, jak ucie­rasz nosa pie­przo­nemu Col­lin­sowi.

- Nie­na­wi­dzę tego skur­wiela.

- No cóż... Ja rów­nież, ale ja prze­cież nie mogę dać mu popa­lić na tafli, nie? - Chrzą­kam, uno­sząc aro­gancko kącik ust. - Ale wiesz, kto może? - Wachluję rzę­sami. - Mój star­szy bra­ci­szek.

Ledwo koń­czę mówić, a on zaczyna się krztu­sić wła­sną śliną.

- Jesteś nie­moż­liwa - chrypi, kiedy udaje mu się zła­pać nor­malny wdech. - Masz nie­równo pod kopułą.

Wzru­szam nie­dbale ramio­nami, ale szybko poważ­nieję.

- Więc jak? - pytam, spo­glą­da­jąc na niego odro­binę wyzy­wa­jąco. - Zro­bisz wszystko, żeby wasza dru­żyna ode­brała temu paja­cowi puchar?

Bo oczy­wi­ście, że Flo­rida Piran­has wygrali Puchar Stan­leya trzeci rok z rzędu.

- Posta­ram się.

Nie sądzę, żebym wycią­gnęła z niego jaką­kol­wiek obiet­nicę, dla­tego te dwa słowa muszą mi w zupeł­no­ści wystar­czyć. Uśmie­cham się nie­znacz­nie i zeska­kuję z krze­sła, po czym przy­tu­lam się mocno do brata.

- Zro­bić ci omlet?

- Jesteś anio­łem.

- Chyba upa­dłym - kwi­tuję, par­ska­jąc śmie­chem, po czym odsu­wam się od Lucasa i kiwam głową w stronę kory­ta­rza. - Śmier­dzisz jak gorzel­nia. Idź się wyką­pać.

Kroję wła­śnie pomi­dora, gdy wyczu­wam na sobie czyjś wzrok. Zer­kam w bok i uno­szę brew na widok Kane'a sto­ją­cego w wej­ściu do kuchni. Wygląda, jakby nie do końca wie­dział, czy może wejść dalej.

- Nie gryzę - rzu­cam obo­jęt­nie i sku­piam się ponow­nie na nożu, żeby nie odkroić sobie przy­pad­kiem palca.

- No nie wiem, nie wiem. - W jego gło­sie roz­brzmiewa roz­ba­wie­nie.

Mam ochotę zapy­tać, dla­czego jest taki weso­lutki, ale potem przy­po­mina mi się, że pół nocy spę­dził w towa­rzy­stwie jed­nej z dziew­czyn i wła­ści­wie nie muszę znać już odpo­wie­dzi. Doprawdy nie rozu­miem, co oni mają z tymi jed­no­noc­nymi przy­go­dami, ale skoro nikomu nie dzieje się krzywda - nic mi do tego. A te piękne puck bun­nies nie wyglą­dały wczo­raj na nie­za­do­wo­lone z towa­rzy­stwa hoke­istów.

- Pomóc ci? - zaga­duje, przy­sta­jąc obok.

Opiera się ramie­niem o lodówkę i wbija we mnie spoj­rze­nie. Czuję je na policzku, ale nie spo­glą­dam na niego nawet na uła­mek sekundy.

- Jeśli nie boisz się ubru­dzić rączek, możesz wybić dzie­sięć jajek do misy i...

Jestem nie­mal pewna, że mnie wyśmieje, dla­tego ury­wam w poło­wie zda­nia, kom­plet­nie zasko­czona, ponie­waż Kane natych­miast wyciąga z lodówki wytłoczkę. Pozwa­lam sobie patrzeć na jego umię­śnione plecy, gdy odwraca się w stronę wyspy kuchen­nej i zaczyna oddzie­lać żółtka od białka. Jego ruchy są szyb­kie i sprawne, jakby dosko­nale wie­dział, co robić.

Nie to, żebym uwa­żała męż­czyzn za pół­głów­ków, ale Tho­mas nie potra­fił nawet ugo­to­wać ryżu. Hmm... Być może nie powin­nam oce­niać innych tą samą miarą co mojego eks, ale nic nie pora­dzę na to, że ten tok­syczny typ kom­plet­nie zrył mi mózg.

Przy­naj­mniej jestem tego świa­doma, a to już jedna trze­cia suk­cesu. Pozo­stałe dwie trze­cie to nabra­nie chęci na zmianę mojego sto­sunku do hoke­istów. Aktu­al­nie są na pozio­mie zero­wym... No, może pię­ciu pro­cent.

- Roz­grzać patel­nię?

- Popro­szę - odpo­wia­dam od razu i zgar­niam oliwę z oli­wek. Podaję Kane'owi butelkę w tym samym cza­sie, w któ­rym on sięga do lodówki po, jak się domy­ślam, masło. - Użyj tego, dobra?

- Jasne. - Przy­ta­kuje deli­kat­nym ruchem głowy.

Przez następ­nych kilka minut pra­cu­jemy w ciszy. Ubi­jam jajka, mie­szam skład­niki i kiedy wszystko jest gotowe, pod­cho­dzę do kuchenki. Kane natych­miast prze­suwa się na bok, ale nie wycho­dzi z kuchni. Pod­cho­dzi do eks­presu i wyciąga dwa kubki z szafki. Obser­wuję kątem oka, jak usta­wia jeden z nich pod dyszę. Mrużę oczy, gdy po chwili robi to z dru­gim.

- Pijesz z mle­kiem bez lak­tozy, co nie? - pyta jak gdyby ni­gdy nic.

Omlet nie­mal upada mi na pod­łogę. W ostat­niej chwili udaje mi się go zła­pać, ale jed­no­cze­śnie przy­pad­kiem doty­kam małym pal­cem roz­grza­nej patelni. Syczę gło­śno i rzu­cam się w stronę zle­wo­zmy­waka. Odkrę­cam wodę i oddy­cham z ulgą, gdy zimny stru­mień koi pie­kący ból.

- Oj, Elsa, Elsa... - mru­czy z wes­tchnie­niem Kane.

Kiedy staje obok mnie, bur­czę do niego, żeby pil­no­wał jedze­nia.

- Wyłą­czy­łem już kuchenkę. Cia­sto na omlety ni­gdzie nie uciek­nie - odzywa się łagod­nie i wysta­wia w moją stronę dłoń. - Mogę zer­k­nąć?

Zaci­skam sfru­stro­wana zęby, ale zamiast się z nim kłó­cić, prze­krę­cam rękę i poka­zuję mu zaczer­wie­niony palec.

- Będę żyć, dok­torku.

Uśmie­cha się pod nosem, deli­kat­nie obej­mu­jąc mnie za nad­gar­stek. Ogląda dokład­nie palec, jak­bym co naj­mniej odrą­bała go sobie sie­kierką.

- Dajże spo­kój. - Wyswo­ba­dzam się z uści­sku. - To nie pierw­szy i nie ostatni raz, gdy zro­bi­łam sobie krzywdę. I tak, mleko bez lak­tozy - zmie­niam temat, po czym wymi­jam go pospiesz­nie i wra­cam do kuchenki.

Kane nie komen­tuje mojego zacho­wa­nia, ale cały czas mnie obser­wuje. Zaczyna mnie to wner­wiać, bo czuję się tak, jak na spo­tka­niu z tera­peutą. Cho­ciaż tamto wła­ści­wie było cał­kiem przy­jem­nym prze­ży­ciem, skoro pozwo­liło mi poukła­dać w gło­wie wiele kwe­stii. No i wie­dzia­łam, że mamy wspólny cel - ogar­nię­cie cha­osu w moim umy­śle. A jaki niby Kane miałby mieć cel w byciu dla mnie miłym, kiedy ja jestem po pro­stu wredna?

Ha. Może jest typem, któ­rego cią­gnie do tok­sycz­nego zacho­wa­nia i pró­buje mnie napra­wić?

- Głowa ci paruje - rzuca ze śmie­chem, gdy sta­wiam na stole tale­rze pełne gorą­cych omle­tów.

- A ty jesteś upier­dliwy - odgry­zam się.

- Upier­dliwy? - Posyła mi roz­ba­wione spoj­rze­nie. - Wiesz co? Po tobie mógł­bym spo­dzie­wać się bar­dziej wyra­fi­no­wa­nych obelg.

- To nie... - Milknę i ścią­gam brwi. - Czy ty wła­śnie rzu­casz mi wyzwa­nie?

Uśmie­cha się aro­gancko i krzy­żuje ramiona na pier­siach, przez co aż za bar­dzo eks­po­nuje mię­śnie.

- Jestem cie­kaw, czy masz w ogóle jakiś filtr w ustach.

Uno­szę brew i opie­ram dło­nie na bla­cie.

- Nie mam.

- Huh.

- Co to ma niby zna­czyć?

- Nic takiego - odpo­wiada luźno i jak gdyby ni­gdy nic siada do stołu. Prze­rzuca jeden z omle­tów na pusty talerz i zabiera się do jedze­nia.

- Co to miało zna­czyć? - powta­rzam pyta­nie, a kiedy nie reaguje, jak dziecko zabie­ram mu jedze­nie sprzed nosa.

Kane spo­gląda na mnie z nie­do­wie­rza­niem, a sekundę póź­niej wybu­cha grom­kim śmie­chem. Ramiona mu się przy tym trzęsą, w zie­lo­nych oczach poja­wiają się łzy roz­ba­wie­nia, a na policz­kach uro­cze dołeczki.

Mru­gam kil­ka­krot­nie, nie kry­jąc zasko­cze­nia jego reak­cją.

A on to wyko­rzy­stuje i krad­nie z powro­tem talerz, po czym ota­cza go umię­śnio­nym przed­ra­mie­niem i wysta­wia język.

- Jeden zero dla mnie.

Zamiast jak­kol­wiek mu odpo­wie­dzieć, wycho­dzę z kuchni.

Tak po pro­stu.

Wycho­dzę, bo jesz­cze kilka sekund prze­py­cha­nek z tym czło­wie­kiem i zacznę się śmiać.

Rozdział 5

5

Arlee

Arlee! - Głos mojego brata roz­nosi się po domu, jakby krzy­czał do mega­fonu, a tylko stoi w poło­wie scho­dów. - Widzia­łaś gdzieś moje spodnie dre­sowe?!

Prze­wra­cam do sie­bie oczami.

- Są w pralni! - odkrzy­kuję i uśmie­cham się pod nosem.

Sły­szę, jak stuka gło­śno kulami o stop­nie, gdy scho­dzi na par­ter. Potem kie­ruje się w głąb kory­ta­rza i otwiera drzwi. Następny odgłos to klik­nię­cie drzwi­czek suszarki.

- Nie ma ich tutaj!

Z tru­dem powstrzy­muję par­sk­nię­cie śmie­chem.

- Spraw­dza­łeś kosz na pra­nie?!

Kolejne skrzyp­nię­cie i kilka stuk­nięć kulami.

- Jest pusty!

- To nie wiem, gdzie są!

- Leżały na pod­ło­dze - mówi już ciszej, wcho­dząc do salonu. - W mojej sypialni.

- Och. - Prze­krę­cam się lekko na kana­pie i zer­kam na niego znad ramie­nia. - Myśla­łam, że to śmieci.

- Śmie... - Urywa nagle i mruga, kom­plet­nie sko­ło­wany. - Jak śmieci?!

- Nor­mal­nie - odpo­wia­dam powoli, jak­bym mówiła do dziecka. - Leżały na pod­ło­dze, obok kosza na śmieci, więc uzna­łam, że są do wyrzu­ce­nia.

Przez jego twarz prze­myka prze­ra­że­nie, a tuż po tym Lucas rusza w stronę wyj­ścia. Kuś­tyka do drzwi, ale zanim do nich dociera, ponow­nie się odzy­wam:

- Śmie­ciarka już była!

- ARLEE!

Pochy­lam głowę i przy­ci­skam pod­bró­dek do piersi, pró­bu­jąc powstrzy­mać się przed wybu­chem śmie­chu. Czuję na policz­kach cie­pło i jestem pewna, że moja twarz jest czer­wona z wysiłku.

- Podobno tak mam na imię - odzy­wam się dopiero, gdy jestem pewna, że nie par­sknę i nie zadła­wię się powie­trzem.

- Nie wyrzu­ci­łaś ich. - Nie mam poję­cia, czy to pyta­nie, czy zda­nie twier­dzące, ale gdy Lucas staje obok kanapy, a ja na niego zer­kam, w jego oczach dostrze­gam bła­ga­nie. - Pro­szę, powiedz, że ich nie wyrzu­ci­łaś.

- Prze­cież powie­dzia­łam przed chwilą, że myśla­łam, że to śmieci - przy­po­mi­nam mu spo­koj­nie. Kącik ust mi przy tym drga nie­kon­tro­lo­wa­nie, ale udaje mi się zapa­no­wać nad wyra­zem twa­rzy. - To tylko spodnie, kupisz sobie nowe.

- Tam były klu­czyki z merca! - Jego jasno­nie­bie­skie oczy płoną wście­kło­ścią. - Jakim pra­wem...?!

- Popro­si­łeś mnie, żebym pomo­gła ci w ogar­nię­ciu syfu w twoim pokoju - prze­ry­wam mu chłodno. - Robi­łam to przez ostat­nich kilka dni. Jak nie jesteś u fizjo, to sie­dzisz tam non stop i nic, tylko syfisz. Ostrze­ga­łam, że masz odkła­dać ciu­chy na komodę, bo nie zamie­rzam zbie­rać two­ich brud­nych gaci i skar­pe­tek z pod­łogi.

- To nie były brudne gacie! To były moje spodnie!

- Co to za krzyki? - pyta Hun­ter, wcho­dząc do domu fron­to­wymi drzwiami. - Sły­chać was aż na ulicy.

Tuż za nim podą­żają Kane i Damien. Cała trójka jest spo­cona, czoła im się świecą, a torsy gwał­tow­nie falują. Czyli poranna prze­bieżka się udała.

- Arlee wyje­bała do kosza moje spodnie! - Lucas spo­gląda na nich i choć nie widzę teraz dobrze jego twa­rzy, to jestem pewna, że wyraża nadzieję, iż go poprą w opie­prza­niu mnie.

- Bo zosta­wi­łeś je na pod­ło­dze - przy­po­mi­nam mu obo­jęt­nie. - To, co na pod­ło­dze, to śmieci, a śmieci lądują do kosza.

- Jesteś...

Uno­szę brew i spo­glą­dam na niego wycze­ku­jąco.

- No, jaka jestem, bra­ciszku? - dopy­tuję, wsta­jąc z kanapy. Odkła­dam tablet na sto­lik, po czym pod­cho­dzę do Lucasa, opie­ram dło­nie na bio­drach i uno­szę pod­bró­dek. - Nie­zno­śna? Wredna? Głu­pia? Bez­myślna? Powin­nam była spraw­dzić kie­sze­nie?

Otwiera usta, ale zanim zdoła cokol­wiek powie­dzieć, Hun­ter ponow­nie się odzywa:

- Co było w spodniach?

- Pier­do­lone klu­czyki do merca - cedzi przez zaci­śnięte zęby Lucas, nie spusz­cza­jąc ze mnie ostrego spoj­rze­nia.

Chłopcy wcią­gają z gło­śnymi syk­nię­ciami powie­trze do płuc. Mogę się zało­żyć, że teraz na ich twa­rzach rów­nież wid­nieje prze­ra­że­nie - zupeł­nie tak, jak chwilę temu na twa­rzy mojego brata. Nie spraw­dzam jed­nak, czy mam rację, tylko nie­ustan­nie wbi­jam wzrok w Lucasa.

- Pro­si­łam cię - powta­rzam spo­koj­nie. - Nie raz i nie dwa.

- Będziesz grze­bać na wysy­pi­sku.

Par­skam z nie­do­wie­rza­niem.

- Ja? - Wska­zuję na sie­bie dło­nią, po czym wbi­jam mu palec w tors. - Nie, mój drogi, ty będziesz tam grze­bać.

- Zacho­wu­jesz się jak matka. - Gdy tylko koń­czy mówić, prze­łyka gło­śno ślinę, a przez jego twarz prze­bie­gają wyrzuty sumie­nia.

I być może ja rów­nież powin­nam odro­binę je czuć, ale... teraz żałuję, że naprawdę nie wypie­przy­łam mu tych jego spodni. Zaci­skam mocno szczęki, z tru­dem nie dając po sobie poznać, jak bar­dzo bolą mnie w tym momen­cie jego słowa.

- Arlee...

Zanim zdoła cokol­wiek wię­cej powie­dzieć, schy­lam się i wycią­gam spod sto­lika czy­ste, zło­żone w kostkę dresy. Na ich wierz­chu leżą klu­czyki do g-wagona.

- Gdy­bym zacho­wy­wała się jak nasza matka, szu­kał­byś tego przez naj­bliż­sze tygo­dnie, a ja uda­wa­ła­bym, że ich nie widzia­łam. - Wci­skam mu wszystko w brzuch i odwra­cam się gwał­tow­nie, po czym zgar­niam tablet i ruszam w stronę scho­dów. - W kuchni macie gotowy lunch. Nie nasta­wiaj­cie się na nic wykwint­nego.

W oczy szczy­pią mnie łzy fru­stra­cji, a do głowy napły­wają obrzy­dliwe myśli o tym, że może fak­tycz­nie jestem jak nasza matka? Może prze­ję­łam po niej tyle tok­sycz­nych zacho­wań, że połowy z nich nie dostrze­gam? Ale szlag mnie dziś tra­fił, kiedy znowu zoba­czy­łam ubra­nia wala­jące się w jego pokoju. A pro­si­łam, do dia­bła!

I nie, ja wcale nie jestem nie­wdzięczna. Kocham go i jestem prze­szczę­śliwa, że pozwo­lił mi u sie­bie zamiesz­kać, ale ni­gdy nie pozwolę żad­nemu face­towi zro­bić ze mnie kury domo­wej. Ni­gdy.

I on o tym dosko­nale wie.

Budzę się kilka godzin póź­niej z rysi­kiem przy­ci­śnię­tym do mojego policzka. Jęczę cicho i roz­cie­ram skórę, po czym prze­krę­cam się na plecy i gapię w sufit. Co mnie obu­dziło? Wytę­żam słuch, ale nie docie­rają do mnie żadne odgłosy z par­teru...

Za to wyraź­nie sły­szę ciche i dość nie­pewne puka­nie.

Pod­no­szę się i opie­ram plecy o zagłó­wek, men­tal­nie przy­go­to­wu­jąc się na star­cie z bra­tem. Jestem nie­mal pewna, że to on. Wąt­pię, żeby któ­ry­kol­wiek z jego kum­pli pró­bo­wał teraz do mnie przyjść.

- Pro­szę! - odzy­wam się dopiero, gdy mam pew­ność, że moja twarz to pie­przona Enigma.

Drzwi się uchy­lają, a przez szparę do pokoju zagląda Lucas. Jego spoj­rze­nie wypeł­nia skru­cha.

- Mogę wejść?

Nie­mal prze­wra­cam oczami, ale w ostat­niej chwili się przed tym powstrzy­muję i zamiast tego po pro­stu kiwam głową.

Mój brat wcho­dzi do środka, zamyka za sobą drzwi i rusza w moją stronę. Siada na skraju łóżka, opiera o jego bok kule i prze­kręca się tak, żeby na mnie patrzeć.

- Nie powi­nie­nem był mówić, że zacho­wu­jesz się jak matka.

Prze­su­wam języ­kiem po zębach, powstrzy­mu­jąc się przed skrzy­wie­niem na wspo­mnie­nie tam­tych słów. Podobno czas leczy rany, ale moje jakoś nie potra­fią się zagoić. Co jakiś czas zda­rzają się wła­śnie takie - albo kom­plet­nie nie­zwią­zane z naszymi rodzi­cami - sytu­acje, które roz­grze­bują wszystko od nowa.

- Byłeś wku­rzony - odzy­wam się pojed­naw­czo. Nie chcę się z nim kłó­cić. Naprawdę to ostat­nie, na co mam ochotę. - A ja też prze­gię­łam...

- Wła­ści­wie nie zro­bi­łaś nic złego. - Uśmie­cha się łagod­nie. - Ostrze­ga­łaś mnie trzy razy. To i tak o dwa za dużo. - Wzdy­cha gło­śno i kła­dzie dłoń na mojej nodze, po czym lekko ją ści­ska i wbija we mnie poważne spoj­rze­nie. - Ponio­sły mnie nerwy, ale wiedz, że wcale tak nie myślę. Nie jesteś jak...

- To, co mówi się w ner­wach, zazwy­czaj pocho­dzi z tych czę­ści naszego umy­słu, o któ­rych sta­ramy się na co dzień nie pamię­tać - prze­ry­wam mu spo­koj­nie. - Nie zro­bię tego wię­cej, Lucas, i wła­ści­wie nie powin­nam była tego robić w ogóle, ale pro­szę, na przy­szłość, sza­nuj mój czas i pamię­taj o moich proś­bach, okej?

- Jesteś kochana.

Wydaję z sie­bie odgłos pełen obrzy­dze­nia.

- Prze­stań się przy­mi­lać, to nie w twoim stylu.

Prze­wraca oczami i cicho się śmieje, na co też odpo­wia­dam nie­znacz­nym uśmie­chem, ale szybko poważ­nieję.

- Lucas...

- Hm?

- Czy ona...? - Obli­zuję ner­wowo wargi. - Nie pamię­tam takich sytu­acji, w końcu mia­łam dzie­sięć lat, gdy się wypro­wa­dzi­łeś, ale czy ona wyrzu­cała ci twoje rze­czy? Dla­tego aż tak się wku­rzy­łeś?

- Moich nie wyrzu­cała - odpo­wiada powoli. - Ale twoje już tak. - Dra­pie się po tyle głowy i wzru­sza ramio­nami. - Chyba... Chyba po pro­stu prze­ra­ziło mnie to, że mogła­byś stać się nią.

Cho­ciaż wiem, że tylko pró­buje wyja­śnić swój tok rozu­mo­wa­nia, to i tak coś cięż­kiego siada mi na pier­siach, utrud­nia­jąc nor­malne oddy­cha­nie. Ni­gdy w życiu nie chcia­ła­bym stać się moją matką. Naj­gor­szemu wro­gowi nie życzy­ła­bym posia­da­nia takiej osoby wśród naj­bliż­szych ludzi. Wśród ludzi, któ­rzy powinni być opar­ciem, a nie... Cóż, przy­czyną znacz­nej czę­ści pro­ble­mów.

- Rozu­miem - szep­czę przez ści­śnięte gar­dło, po czym chrzą­kam cicho. - Nie będę nią. Ni­gdy nie wyrzu­ci­ła­bym ci two­ich rze­czy. Ciężko na nie pra­co­wa­łeś. - Poru­szam się i przy­su­wam do niego. Obej­muję go w pasie i ukła­dam poli­czek na jego ramie­niu. - Następ­nym razem je scho­wam i nie oddam.

Par­ska cichym śmie­chem.

- Nie będzie następ­nego razu, bo tą jedną akcją chyba nauczy­łaś mnie odkła­da­nia rze­czy na swoje miej­sce.

Uśmie­cham się pod nosem.

- Twoja przy­szła żona mi za to podzię­kuje.

Aż krztusi się śliną.

- Żona? Jaka, kurwa, żona?

- Och, bła­gam. - Spo­glą­dam na niego zna­cząco. - W końcu jakaś cię usi­dli, musisz tylko wycią­gnąć głowę spo­mię­dzy nóg puck bun­nies.

Przez jego twarz prze­biega prze­ra­że­nie.

- Weź, nie pani­kuj. - Śmieję się. - Prze­cież nie powie­dzia­łam, że zaaran­żuję ci mał­żeń­stwo.

- Pro­blem w tym, że była­byś do tego zdolna.

- W sumie... - Udaję, że się zamy­ślam, stu­ka­jąc pal­cem o pod­bró­dek. - Mogła­bym wybrać kogoś, z kim bym się doga­dy­wała, więc mia­ła­bym naj­lep­szą psiapsi pod słoń­cem.

- Ty i psiapsi? - Posyła mi kpiące spoj­rze­nie. - Ty się z face­tami ledwo doga­du­jesz, a co dopiero z kobie­tami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Play-offy (roz­grywki o Puchar Stan­leya) - to coroczny tur­niej eli­mi­na­cyjny NHL (Ame­ry­kań­skiej Ligii Hokeja na Lodzie), który ma na celu wyło­nie­nie mistrza ligi. Domyśl­nie zwy­cię­ska dru­żyna jest rów­nież mistrzem NHL. Osiem dru­żyn z każ­dej kon­fe­ren­cji kwa­li­fi­kuje się do play-offów na pod­sta­wie punk­tów z sezonu zasad­ni­czego. [wróć]

2. Puck bunny - dosłowne tłu­ma­cze­nie z jęz. angiel­skiego: krąż­kowy kró­li­czek, ale bar­dziej wła­ściwe jest "kró­li­czek hoke­jowy". Ter­min ten uży­wany jest wobec fanek hokeja na lodzie, które rze­komo inte­re­sują się tym spor­tem, ale ze względu na pociąg sek­su­alny do zawod­ni­ków, a nie radość z samej gry. [wróć]

3. Puck­boy (z ang.) - hoke­ista, któ­rego inte­re­sują wyłącz­nie jed­no­nocne przy­gody. Pocho­dzi od słowa "fuck­boy", w któ­rym słowo "fuck" zostało zamie­nione na "puck" - z jęz. angiel­skiego krą­żek hoke­jowy. [wróć]

4. Kah­na­wake [gahna'wa:ge] - Tery­to­rium Mohaw­ków Kah­na­wake - rezer­wat Pierw­szych Naro­dów Mohaw­ków z Kahnawá:ke usy­tu­owany na połu­dnio­wym brzegu Rzeki Świę­tego Waw­rzyńca w pro­win­cji Quebec w Kana­dzie. Kah­na­wake i Mont­real leżą po prze­ciw­nym stro­nach rzeki w kie­run­kach pół­noc-połu­dnie, pod­czas gdy Bros­sard leży na wschód od Mont­realu. [wróć]

5. The bitch came back (z ang.) - Suka wró­ciła. [wróć]