Dziewczyna siedząca przy stoliku na patio rekreacyjnym Szpitala
przypominała delikatny, egzotyczny kwiat jednej z wielu
genmodyfikowanych odmian, które wiły się po ścianach i chromowanych
stelażach strefy dla odwiedzających. Tak się kończą zabawy w Edenie,
pomyślała Matylda, patrząc na przyjaciółkę. Kolejny raz nie zdołała
powstrzymać się przed tą obsesyjną myślą. Obsesyjną, bo bezcelową;
niczego nie mogła już zmienić, powstrzymać, naprawić.
Na czystym blacie przed Sonią leżał plik kartek z bambusowego papieru i węgielki do szkicowania z tej samej ekskluzywnej, oldskulowej
manufaktury. To była część terapii; rysowanie ponoć uspokajało. W sabacie z tego samego powodu wkręcali się w kaligrafię. Odkąd Matylda
zbliżyła się z Timurem, próbowała go przekonać, że choć raz powinien
spróbować podobnej medytacji. Kartki przed Sonią były białe i sterylne
jak blat.
- Jadłaś już? Bo nie wiem, ile mamy czasu. Zbyt szałowo to was tu nie
karmią, heh... Opowiadałam ci, jak nam się udał ostatni miód koniczynowy?
Przychodziła do Soni z perwersyjną regularnością, choć jej równolatka
miała ograniczony kontakt z rzeczywistością. Dziewczyna należała do ich
sabatu, ale to z Matyldą łączyło ją najwięcej. Po tym, co obie przeszły,
trudno było nie traktować jej jako najbliższej przyjaciółki. A może
nawet siostry, takiej w dawnym stylu? Albo współofiary. Matylda nie
lubiła tego określenia, choć już przed nim nie uciekała; lata terapii
zrobiły na szczęście swoje. Stare rany zaleczyły się, miała na to
papier; co nie znaczy, że blizny już nie swędziały. Dziewczyny tkwiły
pod przeszkloną kopułą i znów prawie nie rozmawiały.
Także dlatego, że w Szpitalu Matylda wyłączyła wszystkie Warstwy. Na
innych oddziałach obowiązywały mniej hardkorowe protokoły, terapeutyczna
gamifikacja i sesje w odpowiednio projektowanych realmach były tam na
porządku dziennym - no bo jak inaczej oswoić dręczące cię traumy,
zdemaskować mechanizmy fobii, odwiedzić i rozwiać najduszniejsze sny?
Jednak tu było inaczej. Matylda chciałaby teraz wysłać glifa,
opowiedzieć-przekazać-dać poczuć Soni to, co niewypowiadalne, ale jak to
zrobić, mając do dyspozycji jedynie słowa, nerwowo spoconą dłoń,
schrypnięte gardło?
Na oddziale dla takich, którzy na serio przećpali rzeczywistość, w ogóle
mało kto rozmawiał; co można było dodać, kiedy już wszystko zostało
powiedziane? Każda z cotygodniowych wizyt przypominała Matyldzie dawne
wydarzenia, wspólnotę Edenu, wszystkie tamte dziwne lata, przede
wszystkim zaś Alicję Reut-Nowicką. Jej matkę. A jednak nie uciekała
przed swym obowiązkiem; wiedziała, że to ważne, by nie zaniechać
podobnych wizyt. Z półprzymkniętymi powiekami i rozchylonymi wargami,
Sonia wystawiała właśnie twarz do słońca, które przebiło się przez
tropikalne chmury nad Warszawą, i naprawdę wyglądała jak roślinka, która
wzrasta w blasku, pije światło.
Matylda od czasu do czasu łamała tę boską ciszę między nimi, rzucała
jakąś błahą uwagę, żeby nie wzbudzać podejrzeń Szpitala, ale tak
naprawdę milczały. Sonia w zasadzie nigdy nie otrząsnęła się z tego, co
widziała w Raju. Inaczej nie spróbowałaby... z tym wreszcie skończyć, i nie wysmażyłaby sobie prawie połowy mózgu. A przynajmniej tych jego
części, które były odpowiedzialne za skupienie, koordynację przestrzenną
i rozpoznawanie twarzy. Przy okazji paląc sobie gniazdo do octopusów.
Mimo tego, co razem przeżyły, bez podpowiedzi z ośmiorniczek były teraz
jak dwie obce sobie dwudziestoczterolatki, które przypadkowo usiadły
przy tym samym stoliku.
- Pan Marcin mówił, że znów zrobiłaś postępy w rehabilitacji. Podobno
składasz już w zasadzie całe zdania. Ale ten czas... - Matylda ugryzła się
w język. Trzy ćwieki żelaznego piercingu wpięte w górną wargę
zmarszczyły się charakterystycznie. Przed wejściem do kliniki dziewczyna
ze zdumieniem uświadomiła sobie, że Sonia znajdowała się w niej już
prawie rok. Ciekawe, czy kiedykolwiek będzie mogła wrócić do ich sabatu.
Matylda nie lubiła wizyt w ośrodku nie tylko dlatego, że przypominały
jej o matce. Nie to, że chciała o niej zapomnieć; ale widząc ten
sterylny dizajn, po prostu czuła, jakby coś łapało ją za gardło, i potem
długo musiała wytrząsać z siebie to obce emo, szpilić do upadłego w najdziwniejszych virach, szprycować się realmami. A może po prostu bała
się tego, co widziała za każdym razem w eterycznej, prawie
przezroczystej twarzy siostry w cierpieniu? Że to przecież mogła być
ona. Wtedy, w Edenie, ją to też spotkało.
No i najzwyczajniej w kamerach Szpitala czuła się bezbronna przed okiem
Marszałka.
Przechodził ją dreszcz, kiedy myślała o tych wszystkich rejestrach,
logach, śladach, które musiała zostawić, żeby wpuszczono ją na oddział.
Czuła się obnażona, poddana pod władzę cudzego spojrzenia, pozbawiona
wszelkich wtyczek sabatu, pozwalających choć trochę zmylić wszechobecne
rejestratory Marszałka, spijającego dane ze Szpitali, Szkół, Urzędów i w ogóle każdego z ośrodków działających pod samodzielną SI, do których
miało dostęp Państwo. Tyle dobrego, że nauczyła się już przynajmniej
udawać, że wcale jej to nie rusza, nawet bez technologicznych
wspomagaczy; oni wszyscy się tego nauczyli, pokolenia niewolników
tresowanych przez bezwzględne anioły algorytmów. Gorzej, że dziś miała
do stracenia więcej niż dumę i swoją prywatność. Przecież za kilka dni
akcja...
Skarciła się instynktownie, żeby nawet o tym nie myśleć. Podrapała się
po krótkich włosach, sterczących jak sztywne druty na szczycie wysoko
podgolonej czaszki. Kilka razy gwałtownie zamrugała. Ziewnęła.
Mrugnęła-kichnęła-zaśmiała się. Niech analizatory kliniki się tym teraz
martwią. Szpital prawie na pewno nie monitorował jej fal mózgowych i nie
mógł aproksymować myśli, na szczęście były na to jeszcze paragrafy,
zwłaszcza po niedawnym skandalu w kręgach berlińskich merytokratów. Ale
nie trzeba czytać myśli, żeby zhakować ci duszę; stale to sobie
powtarzali w sabacie. Z drgnienia brwi, podwyższenia temperatury skóry o ułamek stopnia, ze zmiany ilości dwutlenku węgla w wydychanym powietrzu.
Mógł cię zdradzić nawet uciekający wzrok albo bezwiedny tik, który w rejestrach Marszałka pojawiał się zawsze, kiedy kłamiesz. Albo ominięta
wizyta u siostry-przyjaciółki, wyrwa w cyklicznym rytuale. Więc lepiej
nie myśleć, nie mówić, nie rozmawiać w realu. Unikać wszelkich
powtarzalnych zachowań. Paradoksalnie w Warstwach dużo łatwiej było o solidną enkrypcję i skuteczne klucze prywatne.
- To może ja już... - zaczęła, ale właśnie wtedy Sonia się poruszyła.
Przez owadzią twarz przebiegł skurcz.
Matylda ucieszyła się, że może jednak usłyszy dziś przyjaciółkę. Ale ta
nie otworzyła oczu. Zamiast tego jej dłoń odnalazła jeden z grubych
węgielków, ujęła go koślawo, palce zaciśnięte na palcach jak
supły-narośla-guzy. Jakby dłoń funkcjonowała niezależnie od umysłu,
poruszała się bez związku z resztą ciała. A potem zaczęła szkicować.
Nerwowe, rwane ruchy. Chaotyczne przyspieszenia, zero gracji, cięcia
szarych linii pojawiające się w przypadkowych miejscach, to na jednym,
to na drugim rogu prawdziwej biokartki. Kilka smug, czarnych iskier,
szarych meteorów, wyprysło nawet na blat. Za mocno dociśnięty węgielek
strzelił grudką grafitu, ale Sonia nie przerwała gorączkowej pracy.
Matylda już się zorientowała, że dzieje się coś niezwykłego, i na pewno
by kogoś wezwała, zanim zadziałają algorytmy Szpitala. Na pewno tak. Ale
wtedy w chaotycznej plątaninie linii i rozcieniowanych kantem dłoni
płaszczyzn dostrzegła wyłaniający się kształt. Coś jej przypominał.
Kogoś. Wiedziała kogo. Przecież rozpoznała go od razu.
To nie mógł być on, ale to na pewno był on.
Marduk. Marduk Nowicki.
Jej ojciec majner.
Jej ojciec majner, skryty od lat między gwiazdami.
Zanim przybiegli zaalarmowani przez Szpital asystenci leczenia, Matylda
zdołała jeszcze dojrzeć jego - ale przecież nie jego, to nie było
możliwe - twarz.
Te cięcia, zagęszczone siatki, poszatkowane światłocienie - to była
wściekła radość? pijany gniew? euforyczny strach?
A może szalona rozpacz?
Później, kiedy już umarła dla świata, przypomniała sobie, że rankiem w dniu akcji rzeczywiście wydawało jej się, że ktoś ją obserwuje. W glinie, nie w realmie. Ale wtedy oczywiście było już za późno. Idea
fizycznej inwigilacji była zresztą tak absurdalna, że nawet gdyby
Matylda nie zlekceważyła niepokoju, traktując go jako naturalną
odpowiedź na hecę czekającą ich sabat, nie przyszłoby jej do głowy, że
coś należy z tym zrobić. Zresztą, co? Wysłać zgłoszenie na polipy? Już
prędzej przyjęłaby, że to właśnie one przejrzały ich plan. A może po
prostu uznałaby, że to wciąż echo wizyty u przyjaciółki, kiedy ujrzała
to, czego ujrzeć nie miała prawa? Długo wtedy patrzyła na tę pomiętą i zarysowaną kartkę, chociaż Sonia ostatecznie pokreśliła ją całą, chwila
epifanii przeminęła, w chaotycznej szaro-czarnej plątaninie nie dało się
rozpoznać już żadnych kształtów.
W dniu wielkiej hecy dziewczyna obudziła się o szóstej trzydzieści.
Dziwny sen, pełen burzących się wściekle zdań bez desygnatów, też musiał
być echem wizyty w Szpitalu. Dziewczyna pilnowała się, żeby o tym nie
myśleć. Znajomi znajomych z sabatów spoza jej bąbla lubili ustawiać
sobie jakieś seksowne stymulanty, żeby zrywać się z łóżka na pełnym
gazie, napompowani adrenaliną i endorfinami, autentycznie szczęśliwi,
gotowi pomnażać PKB i sumę ludzkich nieszczęść. Marszałek cenił ten
rodzaj zaangażowania w życie i pracę. No cóż, każdemu jego piekło,
prawda? Matyldzie wystarczały żywe kwiaty, pnące się po ceglanych
ścianach ich królestwa, i automatyczne rolety w oknach, które Dom
podnosił o świcie, przynajmniej wiosną i latem, kiedy zapasy z paneli
słonecznych wystarczały na dłużej. Tak jak dziś. Mieli szczęście: w nocy
kwietniowa ulewa zmyła z miasta szary nalot z krążącej nad Mazowszem
chmury smogu i do pokoju wpadły pierwsze promienie mocnego słońca. Dla
Warszawy, inaczej niż dla Matyldy, zapowiadał się dobry dzień.
Przez chwilę leżała nieruchomo, wdychając ciepłą woń kompostu i siennika
ułożonego w jej kąciku przestronnego loftu, i ćwiczyła oczy: dziesięć
okręgów w prawo, dziesięć w lewo, potem relaks i zogniskowanie wzroku na
odległym suficie. Przygotowywała je do pracy. Wreszcie ziewnęła,
odrzuciła z bioder nogę Timura, nieziemsko pięknego androgynicznego
uciekiniera z Federacji, podrapała się pod piersią i wstała.
Zielono-szare pędy tatuażu z drobną domieszką chlorofilu, wyrastające
spod bawełnianego podkoszulka na ramiączkach i wypuszczające korzenie w dół uda, przez białe figi, gięły się z każdym jej ruchem, jakby chłostał
je wiatr. Ygdrassil-Drzewiec dostojnie kroczył wraz z nią do łazienki;
zastanawiała się, czy na starość, kiedy już prysną wszelkie złudzenia,
nie opleść wokół pnia Jormunga, który miażdży świat.
Szybko założyła ośmiorniczki i sprawdziła godzinę.
/upalny przełom dnia - głodna, wypłowiała lwica - wiatr kruszy
zamki z piasku/
Lewe ramię urządzenia samo wyszukało port i wpięło się w przesłonięte
cienką syntetyczną błoną gniazdo za uchem. Matylda miała jeszcze kilka
minut, zanim zacznie się jej kwadrans na poranną toaletę. Sprawdziła
swoją wróżbę na dzisiaj. Wyrocznia wyszeptała jej heksagram
dziewiętnasty, Lin, cztery pierwsze pałeczki krwawnika przełamane,
ostatnie dwie całe. "Zbliżenie, nadejście wielkiego". Nieszczęście, gdy
przeważy młody jin, symbol słabości, która dominuje w heksagramie, ale
ustępuje pod naporem jang.
/parne ciche popołudnie - szczur szczekający ludzkim głosem - osa
polująca w kielichu kwiatu/
Odgoniła niepokojące myśli, oczyściła ducha, napięła ciało. Lubiła
wykorzystać ten czas na kilka asan Powitania Słońca, pozycję góry,
głęboki skłon, wykrok do przodu, kobrę. Octopus wyrzucał jej poranne
aktualizacje sosziali, z personalnie miksowanym soundtrackiem.
- Cześć, piękna.
- Bry.
Opuściwszy udzielne królestwo toalety, Aśka Pani-na-Pradze Zawadzka
przywitała się z wypuszczającą właśnie powietrze przez nos Matyldą,
manualnie odpaliła ekspres na zielone waty. Manifest ich sabatu mówił
wyraźnie: kiedy możesz, żyj w glinie. Unikaj technologii, które da się
zastąpić pracą ludzkich mięśni. Nie bój się dotyku, materia nie parzy.
Wysoka, anorektycznie chuda, piękna, z napuszczonymi błękitnym
atramentem bliznami po prymitywnej skaryfikacji na łysej czaszce, Aśka
miała dwadzieścia dziewięć lat, najwięcej z nich wszystkich. Choć w całym konwencie zdarzali się jeszcze starsi weterani. Wiek zawsze robił
różnicę, pokolenia rozjeżdżały się jak uciekające galaktyki; od tej
prawdy biologii uciec się nie dało.
Od Matyldy dzieliło ją niby tylko pięć lat, ale różnica była bardziej
niż wyczuwalna: wychowały cię już inne szpile, glify, sosziale.
Jakbyście dorastały w równoległych wszechświatach. Pani-na-Pradze
najdłużej z nich wszystkich była też anarkiem; zaczynała jeszcze w czasach, kiedy nie podpisali wspólnego manifestu.
/stromy górski stok - rozeźlona kobra rozpościera kaptur - chłodny
refleks słońca na tafli jeziora/
Matylda w końcu wyszła z asany, przywitała się i zerknęła w jasnoczerwone tęczówki swojej siostry w sabacie, zabarwione przez szczep
mutującego w ściśle określonym tempie wirusa, który z każdym obrotem
swojego zegara RNA powodował nowe efekty wizualne. Parę osób ponoć już
od tego oślepło. Jego twórca, prawdziwy banksi body artu, nie pierdolił
się w tańcu i dlatego był tak popularny. Cóż, live slow, die hard.
Żebyś nie zapomniał, jak zabijałeś Matkę.
- To co, widzimy się później?
- Kto chciałby to przegapić, młoda, no nie?
Łysa wojowniczka Gai wyszczerzyła się w drapieżnym uśmiechu. Matylda od
razu pomyślała, żeby nagrać ten grymas i puścić jej ośmiorniczką
zamrożony w wojowniczego glifa, ale oczywiście nic by z tego nie wyszło.
Aśka jako jedyna z sabatu w ogóle nie zakładała octopusów aż do wyjścia
z domu, w uliczne Warstwy Warszawy.
- Po wszystkim widzimy się u Aldika albo tutaj, jak nie zgubicie ogona w drodze do pubu. Matylda...
- Tak?
- Uważajcie na siebie.
- Mamuśka, no co ty? Przecież to nie pierwsza taka akcja.
- No wiem, ale. Po prostu pamiętaj.
- Do góry cycki, nic nam nie będzie.
- Dobra, zbieraj się już, bo cię Sklep zamknie.
Pani-na-Pradze łypnęła na Matyldę czerwonym wzrokiem wściekłego albinosa
i uśmiechnęła się łagodnie, żeby przełamać atmosferę chwili, ale pod tym
wzrokiem wyszło to tak, jakby zamierzała przegryźć jej twarz. Matylda
mimowolnie parsknęła. To prawda, teoretycznie Sklep mógł nadać ją na
polipy, ale takie rzeczy raczej się nie zdarzały. Zarząd spółdzielni,
który by rzeczywiście uruchomił podobne skrypty menedżerskie, musiałby
sam zapierdalać za ladą, przynajmniej tu, na Pradze.
Według ustalanego co tydzień grafiku zęby przed Matyldą myła Aśka, po
niej łazienkę zajmowała Okoye, młoda i piękna, jak oni wszyscy. Znaczyło
to, że Matylda miała najbliższy kwadrans tylko dla siebie. Zresztą
większość sabatu i tak żyła obecnie w innych strefach czasowych.
Grimhilda klepała po nocach kod AIdwokatów dla amazońskich bojówek Grüne
Welle, próbujących znaleźć luki prawne w kontraktach chińskich
konsorcjów wydobywczych, które dogadywały się z kolejnymi amazońskimi
juntami. Po niedawnej próbie przejęcia plantternetu w dzierżawionej
przez korporacje dżungli właśnie posypały się na nich oskarżenia i nastolatka żyła w nieustającym kranczu, jedząc tylko orzechy i co trzy
godziny wkrapiając serotoninę w kąciki oczu, żeby z przemęczenia nie
połknąć Czarnego Psa.
Geralt i Boruta, regularnie falujący w rytmie ckliwych powrotów i najprawdziwszych soapoperowych kłótni, przeżywali właśnie kolejne
ożywienie romansu, jakby nie mogli się z niego otrząsnąć raz na zawsze.
(Była już na to chemia). Widać naprawdę przycisnęła ich Wielka
Nieskończona Miłość. Zatrudnili się więc też razem, na kontrakcie, jako
reżyserzy przeżyć zblazowanych asapów w Bangkoku, i teraz wprasowywali
się z nimi w Warstwy w różnych strefach geograficznych, co zupełnie
rozregulowało im biozegar. Trudno, czasami trzeba robić interesy nawet z wrogiem; to przy nim była wciąż forsa i władza.
Reszta sabatu może by to oprotestowała, korzystając z rodzinnego prawa
weta, ale szczere miłosne zapasy chłopaków naprawdę ich rozczulały i stanowiły temat najlepszych tarasowych plotek, więc na razie nie drążono
sprawy. Ile zresztą wytrzymają w tym zdradzieckim arbajcie, miesiąc,
półtora? Tyle przynajmniej wytrzymywali zazwyczaj, gdy harowali za
pieniądze Państwa jako rehabilitanci marki, ewakuatorzy chmur czy
animatorzy soszialowych posthumusów (to ostatnie po prawdzie było bardzo
słabe i sabat szybko wybił im to z głowy w cosobotnim głosowaniu). Fucha
przemytników plemiennych i tłumaczy międzykulturowych też dawała im dużo
adrenaliny i fanu, ale takie rzeczy możesz robić, jeśli masz nerwy ze
stali i osobowość borderline; rotacja tam była większa niż wśród
testerów nowych, freakowo psychodelicznych Warstw. Nawet jako
instruktorzy shibari i trenerzy personalni w inkluzywnym klubie dla
anarków na Bródnie dobili ledwo do kwartału, a wydawało się, że nie ma
lepszej roboty dla młodych, wysportowanych, zakochanych. Niepamiętające
o strachu przed jutrem, szczęsne dzieci pokolenia YOLO.
Rysiul, soulmate Pani-na-Pradze jeszcze z czasów pierwszych zawodowych
kursów za gówniaka, był tylko o rok młodszy od Aśki, właśnie przeżywał
egzystencjalny kryzys, wywołany coraz szybciej zbliżającą się
trzydziestką, i od jakiegoś czasu trudno było w ogóle z nim pogadać.
Dawali mu więc spokój i pozwalali, żeby pokisił się trochę na Państwowej
podstawce. Timur zaś leciał na końcówce zapomogi dla repatriantów, za
którą balował do rana w retrospelunkach Grochowa, a gdy go przycisnęło,
lał piwo z kija w owadziarniach na palach stawianych na terenach
zalewowych na prawym brzegu Wisły. Uciekinierzy ze wschodnich stepów
albo głębokiego Południa byli tam zatrudniani najchętniej, bo to oni
najlepiej radzili sobie z moskitami. Na wirusy można się było szczepić,
ale jak dotąd nikt nie wynalazł skutecznego lekarstwa na swędzące rany
po ukąszeniach tych wściekłych diabłów.
/złota polska jesień - rozjazgotany pies w kagańcu, o oszalałych z bólu, świadomych wszystkiego oczach - po przedramieniu spływa kropla
wody/
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki