Prolog
Holden
Chrisjen Avasarala nie żyje.
Cztery miesiące temu zmarła we śnie na Lunie. Po długim, pełnym życiu i krótkiej chorobie zostawiła ludzkość bardzo odmienną od tej, jaką
zastała. Wiadomości miały od dawna nagrane klepsydry i wspominki, gotowe
do wyemitowania na wszystkie tysiąc trzysta układów odziedziczonych
przez ludzkość. Paski na ekranach i nagłówki były pełne hiperboli:
Ostatnia królowa Ziemi, Śmierć tyranki czy Ostatnie pożegnanie
Avasarali.
Niezależnie od ich treści wszystkie mocno dotykały Holdena. Nie potrafił
sobie wyobrazić świata, który nie będzie się uginał przed wolą
staruszki. Nawet gdy na Lakonię dotarły potwierdzenia raportów, Holden
wciąż gdzieś w głębi duszy wierzył, że ona jednak jeszcze żyje,
złoszcząc się i klnąc, wbrew wszelkim ograniczeniom siłą woli próbując
nagiąć historię, by choć o ułamek stopnia oddalić ją od potworności.
Zanim pozwolił sobie w to uwierzyć, minął prawie miesiąc od chwili, gdy
pierwszy raz usłyszał tę wiadomość. Chrisjen Avasarala nie żyje.
Ale to nie oznaczało jej końca.
Zanim interweniował Duarte, jej państwowy pogrzeb zaplanowano na Ziemi.
Czas rządów Avasarali jako sekretarz generalnej Organizacji Narodów
Zjednoczonych był kluczowym okresem historii i jej zasługi - nie tylko
dla swej planety, ale i całej ludzkości - sprawiły, że zasłużyła sobie
na honorowe miejsce w dziejach, które nigdy nie zostanie zapomniane.
Wysoki konsul Lakonii uznał za właściwe, by jej doczesne szczątki
spoczęły w samym sercu nowego imperium. Pogrzeb odbędzie się w Budynku
Rządowym. Zostanie wzniesiony monument na jej cześć, by nigdy nie
została zapomniana.
Przemilczano ten kawałek, w której Duarte był współwinny niezwykłej
rzezi na Ziemi, stanowiącej podstawę kariery Avasarali. Historię jak
zwykle spisywali zwycięzcy. Holden był prawie pewien, że choć wzmianki o tym nie pojawiły się w komunikatach prasowych i kanałach informacyjnych,
wszyscy pamiętają, że w tamtych czasach stała z Duartem po przeciwnych
stronach barykady. A jeśli nawet nikt inny nie pamiętał, to on tak.
Mauzoleum - jej mauzoleum, ponieważ jeszcze nie było nikogo o równie
wielkich zasługach, by je z nią dzielić - wzniesiono z białego kamienia
wypolerowanego z mikronową precyzją. Ceremonię zakończono, wielkie drzwi
zamknięto. Centralny panel północnej ściany struktury wypełniał portret
Avasarali. Wytrawiono go w kamieniu z datami urodzin i śmierci oraz
kilkoma wersami nieznanego mu wiersza. Setki krzeseł ustawionych wokół
podium, z którego przemawiał kapłan, były już w połowie puste. Ludzie
przybyli tu z całego imperium, a teraz, skoro już się tu znaleźli,
przeważnie zebrali się w grupki z osobami, które znali. Trawa rosnąca
wokół krypty nie była podobna do tej na Ziemi, ale zapełniała tę samą
niszę ekologiczną i zachowywała się na tyle podobnie, by nazywali ją
trawą. Powiewy wiatru były ciepłe. Mając pałac za plecami, Holden
pomyślał, że może odmaszerować w dzikie rejony za terenem pałacu i odejść, dokąd tylko zechce.
Miał na sobie ubranie o kroju lakońskiego munduru wojskowego, niebieskie
z rozłożonymi skrzydłami wybranymi przez Duartego na imperialny herb.
Kołnierz był wysoki i sztywny, drapał mu skórę z boku szyi. Miejsce na
insygnia stopnia zostało puste, co najwyraźniej było symbolem
szanowanego więźnia.
- Uda się pan na przyjęcie, sir? - zapytał gwardzista.
Holdena zaciekawiło, jak wyglądało drzewko eskalacji na wypadek odmowy.
Gdyby uznał, że jest wolnym człowiekiem i odmówił gościnności pałacu.
Niezależnie od procedur nie miał wątpliwości, że zostały spisane i przećwiczone, a jemu wcale by się nie podobały.
- Za chwilę - odpowiedział. - Chciałem tylko... - Machnął ręką w stronę
grobowca, jakby nieuchronność śmierci była czymś w rodzaju uniwersalnej
przepustki. Przypomnieniem, że wszelka ludzka władza jest tymczasowa.
- Oczywiście, sir - odparł gwardzista i ukrył się w tłumie.
Choć Holden nie miał wrażenia, że jest wolnym człowiekiem. "Dyskretnie
ograniczany" to najlepsze, na co mógł liczyć.
Na podłodze mauzoleum stała kobieta i patrzyła w górę na portret
Avasarali. Miała na sobie jaskrawoniebieskie sari o barwie na tyle
zbliżonej do kolorów Lakonii, by świadczyła o uprzejmości, a równocześnie dostatecznie różnej, by jednoznacznie zakomunikowała jej
nieszczerość. Choć nie wyglądała podobnie do babki, jednoznacznie
identyfikowało ją emanujące z niej równocześnie subtelne i oczywiste
"pierdol się". Holden podszedł do niej.
Skórę miała ciemniejszą niż Avasarala, ale kiedy zerknęła na niego,
kształt oczu i wąski uśmiech wyglądały znajomo.
- Bardzo mi przykro z powodu pani straty - odezwał się Holden.
- Dziękuję.
- Nie przedstawiono nas sobie. Jestem...
- James Holden - dokończyła kobieta. - Wiem, kim pan jest. Nani
wspominała o panu.
- Ach. Cóż, musiało to brzmieć bardzo ciekawie. Nie zawsze patrzyła na
świat w taki sposób, jak ja.
- Owszem, różniliście się. Jestem Kajri, ale ona mówiła na mnie Kiki.
- Była niezwykłą kobietą.
Przez dwa oddechy milczeli wspólnie. Powiew powietrza sprawił, że
tkanina sari Kajri załopotała jak flaga. Holden zamierzał się wycofać,
gdy znów się odezwała.
- Nienawidziłaby tego - stwierdziła. - Zaciągnięta do obozu wrogów i wychwalana teraz, gdy nie może już ich ścisnąć za jaja. Przechwycona,
gdy tylko nie może się już opierać. W tej chwili, podłączając do niej
turbinę, można by zasilić miasto, tak szybko obraca się w grobie.
Holden wydał z siebie cichy dźwięk, który można było uznać za zgodę.
Kajri wzruszyła ramionami.
- A może nie. Mogłaby to uznać za zabawne. Z nią nigdy nie byłam niczego
pewna.
- Dużo jej zawdzięczam - rzucił Holden. - Nie zawsze zdawałem sobie
wtedy z tego sprawę, ale robiła, co mogła, żeby mi pomóc. Nigdy nie
miałem okazji jej podziękować, choć... Właściwie to miałem, ale z niej
nie skorzystałem. Jeśli mógłbym coś zrobić dla pani albo rodziny...
- Nie wydaje się, by był pan na pozycji umożliwiającej wyświadczanie
przysług, kapitanie Holden.
Holden obejrzał się na pałac.
- No tak, ostatnio nie jestem u szczytu formy. Ale i tak chciałem to
powiedzieć.
- Doceniam pańskie dobre chęci - zapewniła Kajri. - I z tego, co
słyszałam, zdołał pan zdobyć pewne wpływy? Więzień z dostępem do ucha
imperatora.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Owszem, dużo mówię, ale nie jestem pewien,
czy ktoś tego słucha. Oczywiście poza ochroną. Zakładam, że słuchają
wszystkiego.
Zaśmiała się i był to cieplejszy, bardziej współczujący dźwięk, niż się
spodziewał.
- Nie jest łatwo, gdy nie ma się w życiu niczego tylko dla siebie.
Dorastałam ze świadomością, że wszystko, co zrobię, będzie monitorowane,
katalogowane, rejestrowane i oceniane pod kątem zagrożenia dla mnie i rodziny. Gdzieś w archiwach wywiadu są zapisy dat wszystkich moich
okresów.
- Z jej powodu? - zapytał Holden, kiwając głową w stronę grobowca.
- Z jej powodu. Ale dała mi też narzędzia, żeby sobie z tym poradzić.
Nauczyła nas używania wszystkich wstydliwych elementów naszego życia
jako broni do upokarzania ludzi, którzy chcieliby nas umniejszać. Wie
pan, na tym polega tajemnica.
- Jaka tajemnica?
Kajri się uśmiechnęła.
- Ludzie z władzą nad panem też są słabi. Srają, krwawią i martwią się,
że ich dzieci już ich nie kochają. Wstydzą się głupich rzeczy robionych
w młodości, o których zapomnieli już wszyscy inni. I przez to są podatni
na ataki. Wszyscy definiujemy się przez otaczających nas ludzi, bo tego
typu małpami jesteśmy. Nie potrafimy wyjść poza te ograniczenia. Kiedy
więc pana obserwują, przekazują też w pańskie ręce możliwość zmienienia
tego, kim są.
- Ona tego panią nauczyła?
- Owszem - potwierdziła Kajri. - Choć wcale o tym nie wiedziała.
Jakby na dowód jej tezy, gwardzista ruszył ku nim po trawie, utrzymując
pełen szacunku dystans do chwili, gdy się upewnił, że go zobaczyli, a potem dał im czas na dokończenie rozmowy, zanim podszedł bliżej. Kajri
obróciła się do niego, unosząc brew.
- Przyjęcie rozpocznie się za dwadzieścia minut, proszę pani -
poinformował. - Wysoki konsul liczył na spotkanie z panią.
- Nawet nie przyszłoby mi do głowy, żeby go rozczarować - odpowiedziała
z uśmiechem, który Holden widział już na innych wargach.
Zaoferował ramię, skorzystała z oferty. Gdy odchodzili, kiwnął głową w stronę grobowca i wyrytych na nim słów. jeśli życie przekroczy śmierć,
odszukam cię tam. jeśli nie, to tam też.
- To ciekawy cytat - powiedział. - Mam wrażenie, że powinienem go
rozpoznać. Kto to napisał?
- Nie wiem - przyznała. - Ale powiedziała nam, żeby umieścić go na jej
grobie. Nie wyjaśniła, skąd pochodził.
***
Na Lakonię przybyli wszyscy, którzy coś znaczyli. Było to prawdą na
kilku poziomach. Plan Duartego polegający na przeniesieniu centrum
ludzkości z układu Sol do serca swojego imperium trafił na poziom
współpracy i poparcia, który z początku zaszokował Holdena, a potem
wzbudził w nim trwałe, łagodne rozczarowanie ludzkością jako gatunkiem.
Na Lakonię przeniosły swoje kwatery główne najbardziej prestiżowe
instytuty badawcze. Cztery szkoły baletowe zrezygnowały ze stuleci
rywalizacji, by dzielić wspólnie miejsce w Lakońskim Instytucie Sztuki.
Celebryci i uczeni przepychali się do nowych, pałacowych i sponsorowanych przez państwo ośrodków w stolicy. Zaczynano tu już kręcić
filmy. Miękka moc kultury na najwyższych obrotach, gotowej zalać sieci i kanały życzliwymi komunikatami o wysokim konsulu Duartem i trwałości
władzy Lakonii.
Przybywały też firmy. Duarte miał wybudowane banki i budynki biurowe
czekające na najemców. Stowarzyszenie Światów nie sprowadzało się już
tylko do Carrie Fisk w nędznym biurze na Medynie, zajmowało katedralną
przestrzeń w samym środku stolicy z lobby większym od hangaru i ścianami
ze szklanych mozaik, które wyglądały, jakby wznosiły się w nieskończoność. Były tam też główne władze Związku Transportowego, w skromniejszym budynku zajmującym mniejszą powierzchnię, dzięki czemu
fizycznie i socjalnie widać było, kto jest faworyzowany, a kto
traktowany z niechęcią. Holden przyglądał się temu wszystkiemu z Budynku
Rządowego będącego jego domem i więzieniem, kojarzącym mu się z mieszkaniem na wyspie.
W granicach miasta Lakonia była czystsza, nowsza, jaśniejsza i bardziej
kontrolowana niż większość stacji kosmicznych, które Holdenowi zdarzyło
się odwiedzić. Tuż za miastem zaczynały się tereny tak dzikie, jakie
widywał tylko na filmach. Starożytne lasy i ruiny obcych, na których
zbadanie i oswojenie potrzeba będzie całych stuleci. Holden słyszał
plotki i podgłoski o resztkowych technologiach, obudzonych do chwiejnego
życia przez wczesne eksperymenty z protomolekułą: wiercące w ziemi
robaki wielkości statków kosmicznych, podobne do psów drony naprawcze,
którym nie robiło różnicy, czy pracują z maszynami, czy ciałem,
krystaliczne jaskinie z efektem piezoelektrycznym indukującym
halucynacje, muzykę i obezwładniające zawroty głowy. Choć stolica
stawała się synonimem całej ludzkości, to planeta, na której się
znajdowała, pozostawała obca. Wyspa czegoś świetnie znajomego w morzu
"jeszcze tego nie rozumiemy". Na swój sposób pocieszająca była myśl, że
Duarte, pomimo możliwości boga-imperatora, nie potrafił osiągnąć
wszystkiego w ciągu zaledwie kilku dziesięcioleci.
Z drugiej strony było to przerażające.
Przyjęcie zorganizowano w wielkiej, ale nie przesadzonej sali. Jeśli
Lakonię zbudowano na obraz Duartego, w duszy wysokiego konsula kryła się
dziwna osobista powściągliwość. Niezależnie od tego, jak wspaniałe było
miasto, jak przytłaczające były ambicje, kompleks pałacowy i dom
Duartego nie były jarmarczne ani nawet szczególnie wyszukane. Salę
balową wyznaczały proste linie i neutralna paleta barw sięgająca
elegancji bez zbytniego przejmowania się czyimiś opiniami. Tu i ówdzie
rozstawiono kanapy i krzesła, pozwalając gościom dowolnie je przesuwać.
Młodzi ludzie w mundurach wojskowych roznosili kieliszki z winem i herbatę z przyprawami. Duarte potrafił sprawić, że wszystko, co go
otaczało, wydawało się zrodzone nie tyle z potęgi, ile z pewności
siebie. Sztuczka była bardzo dobra, bo choć Holden ją przejrzał, i tak
działała.
Przyjął kieliszek wina od młodej kobiety i ruszył nieśpiesznie przez
tłumek zebranych. Kilka osób rozpoznał od razu. Carrie Fisk ze
Stowarzyszenia Światów, udzielającą audiencji przy długim stole,
otoczoną gubernatorami licznych kolonii walczących o to, który z nich
pierwszy zaśmieje się z jej żartu. Thorne Chao, twarz
najpopularniejszego programu z wiadomościami z Bara Gaon. Emil-Michelle
Li w długiej zielonej sukience, będącej jej znakiem szczególnym, gdy nie
grała w filmie. Każdej rozpoznanej przez niego twarzy odpowiadało
kilkanaście, które wyglądały znajomo.
Przemieszczał się przez cienką chmurkę socjalnych uprzejmości, uśmiechów
i ukłonów, starannie ograniczających potencjalne zaangażowanie. Był tu,
bo Duarte chciał, by go widziano, ale diagram Venna osób, które chciały
zaskarbić sobie przychylność wysokiego konsula, będąc równocześnie
gotowymi na jego niezadowolenie z powodu zadawania się z najbardziej
znanym więźniem stanu, nie miał wielkiej części wspólnej.
Choć coś się tam znalazło.
- Nie jestem na to dość pijana.
Prezes Związku Transportowego Camina Drummer opierała się o stolik,
trzymając kieliszek obiema dłońmi. Na żywo jej twarz wyglądała starzej.
Zmarszczki wokół oczu i ust były wyraźniejsze, niż kiedy filmowała ją
kamera, a on oglądał obraz na ekranie odległym o kilka miliardów
kilometrów. Przesunęła się nieco, robiąc mu miejsce przy stole, a on
przyjął zaproszenie.
- Nie jestem pewien, jak wygląda upicie się dostateczne na coś takiego -
odezwał się. - Spicie się do nieprzytomności? Na bojowo? Popłakiwanie w kącie?
- Nie wydajesz się nawet wstawiony.
- Nie jestem. Ostatnio prawie nie pijam alkoholu.
- Zachowujesz przytomność umysłu?
- I źle mi działa na żołądek.
Drummer parsknęła śmiechem.
- Wypuścili szacownego więźnia pośród ludzi. Co może znaczyć, że nie
jesteś już dla nich tak użyteczny. Wycisnęli z ciebie wszystkie soki?
Sposób, w jaki to powiedziała, mógł być przekomarzaniem się między
starymi znajomymi, którzy razem stracili władzę i żyli w półmroku
politycznej akceptacji, ale mogło to być też coś innego. Sposób na
spytanie, czy został już zmuszony do zdradzenia podziemia na Medynie.
Czy zdecydowali się go złamać. Drummer równie dobrze jak on wiedziała,
kto słucha, nawet tutaj.
- Pomagałem, ile mogłem, w sprawie zagrożenia ze strony obcych. Zresztą
gdyby zapytał mnie o cokolwiek innego, wszystkie moje odpowiedzi i tak
byłyby już nieaktualne. Zakładam też, że jestem tutaj, bo Duarte uważa,
że mu się przydam w tym miejscu.
- Element przedstawienia.
- Cyrku - poprawił Holden, a potem, widząc jej reakcję, dodał: - Mówiło
się o cyrku.
- Jasne - zgodziła się.
- A co z tobą? Jak idzie demontaż Związku Transportowego?
Drummer błysnęła oczami i szerzej się uśmiechnęła. Odpowiedziała
perfekcyjnym głosem dziennikarki wiadomości, pełnym energii, wyraźnym i sztucznym jak plastikowy owoc.
- Bardzo cieszę się z gładkiego przekazywania pełniejszego nadzoru
lakońskim władzom oraz Stowarzyszeniu Światów. Skupiamy się na
zachowaniu wszystkich starych praktyk, które sprawdziły się w działaniu,
oraz usprawnieniu i integracji nowych procedur eliminujących zbędny
balast. Zdołaliśmy utrzymać, a nawet poprawić skuteczność handlu bez
narażania bezpieczeństwa, czego wymaga wielkie przeznaczenie ludzkości.
- Aż tak źle?
- Nie powinnam narzekać. Mogło być gorzej. Jak długo jestem grzeczną
żołnierką i Duarte uważa, że mogę się przydać do wywabienia Saby, nie
wyląduję w stodole.
Od głównego wejścia dobiegł szmer podniecenia i poruszenie zebranych.
Uwaga w całej sali balowej zmieniła kierunek jak metalowe opiłki
zwracające się do magnesu. Holden nie musiał się oglądać, by wiedzieć,
że przybył Winston Duarte, ale i tak to zrobił.
Mundur dyktatora wyglądał niemal tak samo, jak ten Holdena. Emanował od
niego łagodny spokój, który towarzyszył mu w każdej sytuacji. Z drugiej
strony jego ochrona rzucała się w oczy dużo bardziej niż ludzie
zajmujący się pilnowaniem Holdena. Dwóch potężnych gwardzistów z pistoletami przy boku i oczami błyskającymi wszczepionym sprzętem. Wraz
z nim przyszedł też Cortázar, ale trzymał się na uboczu, wyglądając
trochę jak nastolatek odciągnięty na siłę od gry do rodzinnego obiadu.
Faktyczna nastolatka - córka Duartego, Teresa - szła przy boku ojca jak
cień.
Do Duartego pośpiesznie podeszła Carrie Fisk, porzucając swoją koterię,
i uścisnęła mu rękę na powitanie. Rozmawiali chwilę, po czym Fisk
zwróciła się do Teresy i uścisnęła również jej dłoń. Za plecami Fisk
zaczął się zbierać niewielki tłumek ludzi, starających się niezbyt
nachalnie walczyć o możliwość spotkania z wielkim człowiekiem.
- Aż ciarki przechodzą na widok sukinsyna, prawda? - rzuciła Drummer.
Holden mruknął. Nie wiedział, o czym dokładnie mówiła. Może chodziło po
prostu o to, jak wszyscy wokół niego zostali przeszkoleni do
posłuszeństwa - to byłoby wystarczające wyjaśnienie. Ale może zobaczyła
coś z tego, co widział w nim Holden: migotliwe przebłyski w oczach,
perłowy cień pod skórą. Holden widział protomolekułę w działaniu w stopniu dużo większym niż ktokolwiek, kto nie odwiedzał laboratorium
Cortázara, i zapewne dlatego skutki uboczne zabiegów na Duartem były dla
niego bardziej oczywiste.
Uświadomił sobie, że się gapi. Co więcej, dotarło do niego, że wszyscy
się gapią, a on dawał się ponieść zbiorczemu naporowi ich uwagi.
Obejrzał się na Drummer, czyniąc świadomy wysiłek odwrócenia wzroku.
Było to trudniejsze, niż chciałby przyznać.
Zamierzał zapytać, czy miała jakieś wieści o podziemiu, czy rządy
Duartego w bezmiarze próżni między gwiazdami wydają się równie
nieuchronne jak tu, w jego domu.
- Jakieś wieści o podziemiu? - zapytał.
- Zawsze będą jacyś malkontenci - odpowiedziała, poruszając się na
granicy między niewinnością a ukrytym znaczeniem. - A co z tobą? Jak
spędza czas sławetny kapitan James Holden? Chodzisz na przyjęcia?
Wymachujesz pięściami w bezsilnej furii?
- Nie. Po prostu spiskuję i czekam na właściwą chwilę, by uderzyć -
odpowiedział Holden.
Oboje uśmiechnęli się, jakby to był żart.
Rozdział pierwszy
Elvi
"Wszechświat jest zawsze dziwniejszy, niż myślisz".
Było to ulubione powiedzenie jednego z profesorów w czasach studiów
doktoranckich Elvi. Profesora Ehrlicha, burkliwego starego Niemca z długą białą brodą, który Elvi przywodził na myśl krasnala ogrodowego, a powtarzał to zawsze, gdy kogoś zaskoczyły wyniki otrzymane w laboratorium. W tamtych czasach Elvi uważała ten tekst za tak prawdziwy,
że był truizmem. Oczywiście, że wszechświat krył nieoczekiwane
niespodzianki.
Profesor Ehrlich prawie na pewno już nie żył, bo był na granicy
możliwości technologii przedłużania życia w czasach, gdy Elvi miała
niewiele ponad dwadzieścia lat. Sama teraz miała już córkę starszą od
niej wtedy. Jednakże gdyby wciąż żył, Elvi wysłałaby mu długie
przeprosiny z głębi serca.
Wszechświat był nie tylko dziwniejszy, niż myślała, był dziwniejszy, niż
dało się przewidzieć. Każde nowe odkrycie, niezależnie od tego, jak było
zdumiewające, kładło zaledwie podwaliny pod jeszcze niezwyklejsze
odkrycie później. Wszechświat i jego nieustannie zmieniająca się
definicja dziwności. Odkrycie tego, co wszyscy uznali za obce życie, gdy
na Febe znaleziono protomolekułę, wstrząsnęło ludźmi aż do podstaw, a jednak było to zdecydowanie mniej niepokojące od stwierdzenia, że
protomolekuła jest nie tyle obcym życiem, ile zaledwie jego narzędziem.
Ich wersją klucza francuskiego, tyle że takiego, który potrafił zmienić
całą stację na asteroidzie Eros w statek kosmiczny, przechwycić Wenus,
stworzyć pierścień wrót i dać im niespodziewany dostęp do tysiąca
trzystu układów słonecznych po drugiej stronie.
"Wszechświat jest zawsze dziwniejszy, niż myślisz". Cholerna racja,
profesorze.
- Co to jest? - odezwał się jej mąż, Fayez.
Znajdowali się na mostku jej okrętu, Jastrzębia. Okrętu, który dało
jej Imperium Lakońskie. Na ekranie przed nimi powoli wypełniał się
szczegółami wysokiej rozdzielczości obraz tego, co wszyscy nazywali
"obiektem". Było to ciało planetarne nieco większe od Jowisza i prawie
przezroczyste, wyglądające jak niezwykle wielka kryształowa kula o lekko
zielonkawym zabarwieniu. Jedyna struktura w układzie Adro.
- Według danych z pasywnej spektrometrii to niemal wyłącznie węgiel -
poinformował Travon Barrish, nawet nie podnosząc wzroku znad ekranu
wyświetlającego dane. Był ich specjalistą od materiałów i najbardziej
dosłowną osobą, jaką Elvi kiedykolwiek poznała. Oczywiście, że podał
Fayezowi odpowiedź na pytanie zawierającą fakty. Sama dobrze wiedziała,
że mąż wcale nie o to pytał. Chodziło mu o "po co to jest?".
- Jest upakowany w gęstą sieć - dorzuciła Jen Livey, fizyczka zespołu. -
To...
Umilkła, więc Elvi dokończyła za nią.
- To diament.
W wieku siedmiu lat Elvi Okoye wróciła do Nigerii z mamą, gdy zmarła jej
babka cioteczna, której nigdy nie poznała. Kiedy mama zajmowała się
organizacją pogrzebu, Elvi zwiedzała dom babki. Uczyniła z tego coś w rodzaju gry, próbując stworzyć sobie obraz zmarłej kobiety na podstawie
przedmiotów, jakie po sobie zostawiła. Na półce obok łóżka zdjęcie
uśmiechniętego młodego mężczyzny o ciemnej skórze i jasnych oczach,
który mógł być mężem, bratem albo synem. W maleńkiej łazience, pośród
opakowań tanich mydeł i środków czyszczących, stała jedna piękna
kryształowa buteleczka z tajemniczym zielonym płynem. Perfumy? Trucizna?
Bez znajomości kobiety pozostawione przez nią przedmioty wydawały się
tajemne i pociągające.
Wiele lat później, podczas płukania ust, zapach przywołał wspomnienie i zrozumiała, że zielona substancja w butelce prawie na pewno była płynem
do płukania ust. Rozwiązała jedną zagadkę, ale pojawiły się nowe
pytania. Czemu płyn do płukania ust znajdował się w tak pięknej butelce,
zamiast po prostu w nadającym się do recyklingu pojemniku, w którym
został kupiony? Skąd wzięła się tam ta butelka? Czy babka używała go do
płukania ust, czy też płyn można było wykorzystać także w jakiś sposób,
o którym Elvi nigdy nie pomyślała? Bez martwej kobiety, która by to
wyjaśniła, te pytania na zawsze pozostaną bez odpowiedzi. Niektóre
rzeczy można było zrozumieć wyłącznie w kontekście.
Na ekranie widniał pojedynczy lekko zielonkawy diament o perfekcyjnie
gładkiej powierzchni, unoszący się w Układzie Słonecznym bez żadnych
innych planet, krążący wokół gasnącego białego karła. Butelka płynu do
płukania ust z rżniętego kryształu na brudnym łazienkowym blacie w towarzystwie taniego mydła. Fayez miał rację. Jedyne liczące się
pytanie, brzmiało: "Czemu?", ale wszyscy znający odpowiedź już dawno nie
żyli. Jedyna odpowiedź, jaka jej została, to ta, której udzielał
profesor Ehrlich.
Jastrzębia zaprojektowano specjalnie na zlecenie wysokiego konsula
Duartego właśnie dla niej. I miał tylko jedno zadanie: odwiedzać
"martwe" układy sieci wrót i sprawdzać, czy zawierały jakieś wskazówki
dotyczące bezimiennego wroga, który zniszczył cywilizację twórców
protomolekuły albo dziwne niefizyczne pociski, które oni - niezależnie
od tego, jakiego określnika używały pozawymiarowe istoty - po sobie
zostawili.
Jastrząb jak dotąd odwiedził trzy takie układy i każdy był niezwykły.
Elvi nie podobało się określenie "martwe układy". Ludzie zaczęli je tak
nazywać, bo nie zawierały planet zdolnych do podtrzymywania życia. Dla
niej taka klasyfikacja była irytująca i zbyt uproszczona. Owszem, żaden
rodzaj życia, jakie potrafili zrozumieć, nie zdołałoby egzystować na
diamencie wielkości Jowisza unoszącym się wokół białego karła, ale też
nie istniał żaden choćby odrobinę prawdopodobny naturalny proces, który
mógłby coś takiego stworzyć. Ktoś go zrobił. Inżynieria na taką skalę
była fantastyczna w klasycznym znaczeniu tego słowa. Wzbudzała w równym
stopniu zachwyt, jak i strach. Opisanie układu jako "martwego", bo nie
rosły tu kwiatki, wydawało się zwycięstwem strachu nad zachwytem.
- Wszystko posprzątali - zauważył Fayez. Przeglądał obrazy teleskopowe i radarowe Układu Słonecznego. - W promieniu roku świetlnego od gwiazdy
nie ma nawet pasa kometarnego. Zebrali każdy kawałek materiału w całym
Układzie Słonecznym, zmienili wszystko na węgiel i zbili w pieprzony
diament.
- Ludzie kiedyś wręczali diamenty jako prezenty podczas oświadczyn -
przypomniała Jen. - Może ktoś chciał się upewnić, że dostanie właściwą
odpowiedź.
Travon gwałtownie poderwał głowę znad konsoli i przez kilka sekund
patrzył na Jen, mrugając. Sztywna dosłowność znaczyła, że jego biochemia
nie przewidywała żadnych przekaźników pozwalających na poczucie humoru,
więc Elvi nie raz już obserwowała, jak beztroska ironia Jen wprawiała go
w osłupienie.
- Nie sądzę... - zaczął Travon, ale Elvi nie dała mu dokończyć.
- Skupcie się na pracy, ludzie. Musimy dowiedzieć się wszystkiego o tym
układzie, zanim aktywujemy katalizator i zaczniemy psuć różne rzeczy.
- Robi się, szefowo - odpowiedział Fayez i mrugnął do niej tak, że nie
widział tego nikt inny.
Pozostali członkowie jej zespołu, najlepsi naukowcy i technicy z całego
imperium, osobiście wybrani i przydzieleni pod jej dowództwo przez
samego wysokiego konsula, wrócili do swoich ekranów. W kwestiach
naukowych związanych z bieżącą misją jej rozkazy miały pełną moc
imperialnego prawa. Nikt w zespole nigdy nie próbował się z nią spierać.
Oczywiście zastrzeżenie było takie, że nie wszyscy byli członkami jej
zespołu i nie wszystko uważano za kwestię naukową.
- Ty mu powiesz, że przechodzimy do kolejnej fazy - zapytał Fayez - czy
ja mam to zrobić?
Znowu tęsknie spojrzała na ekran. W diamencie zapewne kryły się jakieś
struktury. Ślady jak wyblakły atrament antycznego tekstu, który mógł
przybliżyć ich nieco do następnej tajemnicy, następnego odkrycia,
następnej niepojętej dziwności. Nie chciała nikomu o niczym mówić,
chciała oglądać.
- Zajmę się tym - zdecydowała i ruszyła do windy.
***
Admirał Mehmet Sagale był mężczyzną wielkim jak góra, z czarnymi jak
węgiel oczami i twarzą płaską jak talerz. Jako wojskowy dowódca ich
misji przeważnie nie wtrącał się do pracy naukowców, ale gdy coś
wkraczało w obszar, za który zgodnie z rozkazami to on odpowiadał, był
równie niewzruszony i nieustępliwy, jak sugerowały jego rozmiary. Na
dodatek miał w sobie coś, przez co siedzenie w jego biurze zawsze
kojarzyło jej się z reprymendą. Jakby została wysłana do dyrektora
szkoły z powodu ściągania na teście. Elvi nie znosiła odgrywania
petentki przed wojskowym figurantem, ale w lakońskim imperium na
szczycie struktury władzy zawsze znajdowali się wojskowi.
- Doktor Okoye - przywitał ją admirał Sagale. Potarł grzbiet nosa
czubkami palców wielkości kiełbasek i popatrzył na nią z taką samą
mieszaniną sympatii i protekcjonalnej irytacji, jaką ona odczuwała wobec
swoich dzieci, gdy robiły coś głupiego. - Jak pani wie, jesteśmy
zdecydowanie spóźnieni względem harmonogramu. Według moich rozkazów...
- Ten system jest niesamowity, Met - przerwała mu. Użycie przydomka było
lekkim aktem agresji, ale tolerowanym przez niego. - Jest zbyt
niesamowity, żeby odrzucić go z niecierpliwości. Musimy spędzić czas na
dogłębnym przestudiowaniu tego artefaktu, zanim wyciągniesz katalizator
i zaczniemy sprawdzać, czy coś wybuchnie!
- Major Okoye. - Sagale odpowiedział, używając jej stopnia wojskowego,
by jednoznacznie przypomnieć ich wzajemne relacje w strukturze
dowodzenia. - Gdy tylko pani zespół skończy wstępne zbieranie danych,
wyprowadzimy katalizator w celu sprawdzenia, czy ten układ ma jakąś
wartość wojskową, dokładnie według naszych rozkazów.
- Admirale - odpowiedziała Elvi ze świadomością, że gdy jest w takim
nastroju, agresją nic nie wskóra, i spróbowała zamiast tego łagodzącego
sytuację szacunku. - Chciałabym tylko dostać trochę więcej czasu. Możemy
nadrobić opóźnienia podczas drogi powrotnej. Duarte dał mi najszybszy
statek w dziejach ludzkości, żebym mogła spędzać więcej czasu, zajmując
się nauką, a mniej podróżami. Dokładnie zgodnie z tym, o co teraz
proszę.
Przypomniała Sagale o fakcie, że ma bezpośredni kontakt z wysokim
konsulem, który cenił jej pracę na tyle, by zbudować specjalnie dla niej
statek. Trudno było dopatrzyć się w tym przesadnej subtelności.
Sagale pozostał niewzruszony.
- Ma pani dwadzieścia godzin na ukończenie zbierania danych -
oświadczył, składając ręce na szerokim brzuchu niczym Budda. - I ani
minuty dłużej. Proszę poinformować zespół.
***
- Tego rodzaju sztywne podejście jest dokładnie powodem, dla którego nie
da się robić dobrej nauki pod rządami Lakonii - powiedziała Elvi. -
Powinnam kierować jakimś uniwersyteckim wydziałem biologii, jestem za
stara na przyjmowanie rozkazów.
- Zgadzam się - odpowiedział Fayez. - Ale siedzimy tutaj.
Byli z Fayezem w ich kabinie i mieli czas na prysznic i zjedzenie czegoś
na szybko, zanim Sagale i jego szturmowcy wyciągną swoją żywą próbkę
protokolekuły i zaryzykują zniszczenie liczącego miliardy lat artefaktu,
żeby sprawdzić, czy wybuchnie w przydatny sposób.
- Jeśli nie da im to lepszej bomby, to kogo obchodzi, że coś zepsują!
Mówiąc to, odwróciła się do Fayeza, który cofnął się przed nią o pół
kroku. Zdała sobie sprawę, że wciąż trzyma w ręce talerz.
- Nie będę nim rzucać - zapewniła. - Nie rzucam rzeczami.
- Zdarzało ci się - odpowiedział. On też zrobił się starszy. Jego kiedyś
czarne włosy były teraz prawie całkiem siwe, a z kącików oczu
rozchodziły się pajączki zmarszczek od uśmiechu. Nie miała nic
przeciwko, zdecydowanie wolała, gdy się uśmiechał, niż marszczył brwi.
Teraz właśnie się uśmiechał. - Różne rzeczy latały.
- Ja nigdy... - zaczęła, zastanawiając się, czy Fayez faktycznie boi
się, że rzuci w niego talerzem, czy tylko się z nią droczy, żeby
rozładować napięcie. Nawet po dziesięcioleciach życia razem czasami nie
miała pojęcia, co dzieje się w jego głowie.
- Bermudy, zaraz po wyjeździe Ricky'ego z domu na uniwersytet
pojechaliśmy na pierwsze wakacje od lat i...
- Tam był karaluch. Po moim talerzu chodził karaluch!
- Ale rzucając nim, prawie urwałaś mi głowę.
- No cóż - powiedziała - przestraszyłam się.
Roześmiała się, a Fayez wyszczerzył się, jakby wygrał nagrodę. Czyli
faktycznie, jego celem od początku było skłonienie jej do śmiechu.
Odłożyła talerz.
- Słuchaj, dobrze wiem, że salutowanie i słuchanie rozkazów nie było
dokładnie tym, o czym myśleliśmy, odbierając dyplomy - powiedział - ale
to nowa rzeczywistość, dopóki Lakonia jest przy władzy. Zatem...
Właściwie porwanie do Dyrektoriatu Naukowego było jej winą. Lakonia
przeważnie zostawiała ludzi w spokoju. Planety same wybrały gubernatorów
i przedstawicieli do Stowarzyszenia Światów i mogły ustanawiać własne
prawa pod warunkiem, że nie były sprzeczne z prawem imperialnym.
Ponadto, w przeciwieństwie do większości dyktatur w historii, Lakonia
nie wydawała się zainteresowana ograniczaniem dostępu do wyższego
wykształcenia. Uniwersytety w całej galaktyce działały praktycznie tak
samo jak przed zmianą władzy, a czasem nawet trochę lepiej.
Jednakże Elvi popełniła błąd, stając się czołową ekspertką ludzkości w dziedzinie protomolekuły, zaginionej cywilizacji, która ją stworzyła, i zagłady, jaka ją spotkała. Będąc znacznie młodszą kobietą, została
wysłana na Ilusa w ramach pierwszej misji naukowej w celu zbadania
biologii obcego świata. Do tamtej chwili jej specjalizacja w egzobiologii była czysto teoretyczna, skupiała się głównie na życiu
batypelagialnym i pod głębokim lodem, zdającym się oferować dobrą
analogię do tego, co można było znaleźć pod powierzchnią Europy.
Na Europie nigdy nie znaleźli żadnych bakterii, ale otworzyła się sieć
wrót i nagle egzobiologia stała się prawdziwą nauką, mogącą badać ponad
tysiąc trzysta nowych biomów. Poleciała na Ilusa, spodziewając się badać
odpowiedniki jaszczurek, a zamiast tego natknęła się na artefakty
obejmującej całą galaktykę wojny starszej niż jej gatunek. Pochłonęła ją
obsesja zrozumienia. Oczywiście. Dom wielkości galaktyki pełen pokojów z fascynującymi rzeczami, a jego właściciele nie żyli od miliardów lat.
Poświęciła resztę naukowej kariery na próby rozgryzienia ich, kiedy więc
Winston Duarte zaprosił ją do poprowadzenia zespołu badającego dokładnie
tę tajemnicę i zaoferował nieograniczone fundusze, nie była w stanie
odmówić.
Do tamtej pory znała Lakonię tylko w postaci prezentowanej w kanałach
informacyjnych: niemożliwie potężną, niepokonaną militarnie, ale
niezainteresowaną czystkami etnicznymi czy ludobójstwem. Może nawet
mającą na sercu faktyczne interesy ludzkości. Przyjmowanie pieniędzy na
prowadzenie badań nie wzbudziło jej oporów, między innymi dlatego, że
nie bardzo miała wybór. Kiedy król mówi: "Pracuj dla mnie", nie ma wielu
sposobów na odmówienie mu.
Wątpliwości przyszły później, gdy poznała bliżej ich flotę i źródło
przewagi technologicznej Lakonii.
Kiedy spotkała katalizatory.
- Powinniśmy wracać - stwierdził Fayez, gdy skończył sprzątać ostatnie
naczynia z ich kolacji. - Zegar tyka.
- Przyjdę. Za minutę - odpowiedziała, wchodząc do małej, dzielonej przez
nich prywatnej łazienki. Jednego z przywilejów jej stopnia. Z lustra nad
umywalką patrzyła na nią stara kobieta. Jej oczy wypełniała świadomość
tego, co za chwilę zrobi.
- Jesteś gotowa?! - zawołał Fayez.
- Idź już, zaraz dołączę.
- Jezu, Els, nie pójdziesz chyba znowu tego zobaczyć?
"Tego". Katalizatora.
- To nie twoja wina - powiedział Fayez. - Nie ty zaprojektowałaś to
badanie.
- Ale zgodziłam się je nadzorować.
- Skarbie. Najdroższa. Światło mego życia. Niezależnie od tego, jak
nazywamy Lakonię wśród ludzi, gdy odrzeć ją z szat, jest dyktaturą -
stwierdził. - Nigdy nie mieliśmy wyboru.
- Wiem.
- To czemu to sobie robisz? - zapytał Fayez.
Nie odpowiedziała, bo nie potrafiłaby wytłumaczyć, nawet gdyby chciała.
- Dogonię cię.
***
Przechowalnia katalizatorów mieściła się w samym sercu Jastrzębia,
otoczona ze wszystkich stron grubym pancerzem ze zubożonego uranu i najbardziej złożoną klatką Faradaya w galaktyce. Bardzo wcześnie stało
się jasne, że protomolekuła porozumiewa się szybciej od prędkości
światła. Najpopularniejsza teoria zakładała jakąś postać splątania
kwantowego, ale niezależnie od mechanizmu protomolekuła potrafiła
ignorować lokalność, tak samo jak stworzony przez nią system pierścieni
wrót. Cortázar i jego ludzie potrzebowali wielu lat na odkrycie sposobu
uniemożliwienia próbce protomolekuły rozmowy z innymi, ale pracowali nad
tym całe dziesięciolecia i w końcu zaproponowali połączenie materiałów i pól, które przekonywało węzeł protomolekuły do odcięcia się od reszty
świata.
Węzeł. To. Katalizator.
Drzwi do jego komory pilnowało dwóch marines Sagale'a. Mieli na sobie
ciemnoniebieskie pancerze wspomagane, jęczące i klikające przy każdym
ruchu. W rękach trzymali miotacze ognia. Tak na wszelki wypadek.
- Wkrótce użyjemy katalizatora. Chcę go sprawdzić - powiedziała Elvi w przestrzeń między strażnikami.
Choć sama miała stopień wojskowy, wciąż często nie potrafiła dojść do
tego, kto był najwyższym stopniem oficerem w danym pomieszczeniu.
Brakowało jej kursu wprowadzającego na szkoleniu podstawowym i dziesięcioleci praktyki, która dla Lakończyków była czymś oczywistym.
- Oczywiście, majorze - odpowiedziała ta po lewej. Wyglądała zbyt młodo,
żeby być starszym oficerem, ale w przypadku Lakończyków było to częste.
Większość z nich wyglądała za młodo na swoje stopnie. - Będzie pani
potrzebować eskorty?
- Nie - odpowiedziała Elvi. "Nie, zawsze robię to sama".
Młoda marine zrobiła coś na przedramieniu swojego pancerza i rozsunęły
się drzwi za jej plecami.
- Proszę nam dać znać, gdy będzie pani gotowa do wyjścia.
Pokój katalizatora był sześcianem o boku czterech metrów. Nie miał
łóżka, umywalki ani ubikacji, tylko twardy metal i zakratowane odpływy.
Raz dziennie pokój przemywano rozpuszczalnikiem, który następnie
odpompowywano do spalenia. Lakończycy mieli obsesję na punkcie procedur
zakażenia wszędzie, gdzie w grę wchodziła protomolekuła.
Węzeł, to, katalizator - kiedyś był kobietą po pięćdziesiątce. Jej
nazwisko ani powód wybrania do zakażenia protomolekułą nie zostały
zamieszczone w żadnej dokumentacji, do której Elvi miała dostęp, ale nie
służyła w ich armii długo, gdy dowiedziała się o Stodole. Miejscu, gdzie
wysyłano skazanych więźniów w celu świadomego zakażenia, żeby imperium
dysponowało nieograniczonym źródłem protomolekuły do wykorzystania.
Choć katalizator był szczególny. Dzięki efektom pracy Cortázara lub
przypadkowej kombinacji czynników genetycznych kobieta była tylko
nosicielką. Wykazywała wczesne objawy zakażenia - zmiany skórne i struktury szkieletu - ale w ciągu miesięcy, od kiedy została sprowadzona
na pokład Jastrzębia, te zmiany w ogóle nie postępowały. I nigdy nie
weszła w fazę, którą wszyscy nazywali "rzygającym zombie", w której
zakażeni wymiotowali materiałem biologicznym, próbując roznieść
zakażenie.
Elvi wiedziała, że jest doskonale bezpieczna, przebywając w jednym
pokoju z katalizatorem, ale i tak za każdym razem, gdy tam wchodziła,
przebiegał ją dreszcz.
Zakażona kobieta popatrzyła na nią, miała puste spojrzenie i poruszała
wargami w bezdźwięcznym szepcie. Pachniała głównie rozpuszczalnikiem,
którym myto ją codziennie, ale pod nim kryło się coś jeszcze. Trupi odór
rozkładającego się ciała.
Poświęcanie zwierząt było normalne. Szczury, gołębie, świnie. Psy.
Szympansy. Biologia zawsze miała problem poznawczy z dowodzeniem, że
ludzie są tylko jeszcze jednym zwierzęciem, twierdząc równocześnie, że
różnią się moralnie. Zabicie szympansa w imię nauki było w porządku, ale
nie dotyczyło to ludzi.
Z wyjątkiem sytuacji, gdy jednak tak było.
Może katalizator się na to zgodził. Może alternatywą do tego była jakaś
inna, gorsza forma śmierci. Czymkolwiek miałaby być.
- Przepraszam - powiedziała do niej Elvi, jak zawsze, gdy wchodziła do
komory katalizatora. - Bardzo przepraszam, nie wiedziałam, że robią coś
takiego. Nigdy bym się na to nie zgodziła.
Głowa kobiety zachwiała się na szyi, pochylając się, niczym w udawanej
zgodzie.
- Nie zapomnę, że zrobili ci coś takiego. I jeśli kiedyś zdołam to
naprawić, uczynię to.
Kobieta zaparła się o podłogę, jakby chciała wstać, ale nie miała w rękach dość siły i dłonie tylko przesunęły się bezradnie. To wyłącznie
odruchy. Przynajmniej tak sobie powtarzała. Instynkt. Kobieta nie miała
już mózgu, a przynajmniej został zmieniony w coś, co nie spełniało
żadnej rozsądnej definicji mózgu. Tej skóry nie wypełniał już nikt żywy.
Już nie.
Choć kiedyś tak było.
Elvi wytarła oczy. Wszechświat był zawsze dziwniejszy, niż można się
było spodziewać. Czasem był pełen cudów, czasem pełen koszmarów.
- Nie zapomnę.
Rozdział drugi
Naomi
Naomi tęskniła za Rosynantem, ale z drugiej strony w tych czasach
tęskniła za mnóstwem rzeczy.
Jej stary statek i dom wciąż stał zaparkowany na Freehold. Zanim
odlecieli, razem z Aleksem na skraju wysuniętego najbardziej na południe
kontynentu planety znaleźli system jaskiń z wejściem dostatecznie dużym,
by wprowadzić do nich statek. Ustawili go w suchym tunelu i spędzili
tydzień, rozciągając foliowe osłony i uszczelnienia, które miały
powstrzymać miejscową florę i faunę przed wchodzeniem do środka. Jeśli
tylko wrócą do Rosa, będzie tam, czekając w gotowości. Jeśli nie
wrócą, będzie tam stał przez stulecia, wciąż czekając.
Czasami, na skraju snu, pozwalała sobie na spacer po nim. Wciąż
pamiętała każdy centymetr statku, od szczytu kokpitu do krzywizny dyszy
silnika. Wiedziała, jak przez niego przejść w ciągu albo w nieważkości.
Słyszała o starożytnych uczonych na Ziemi, budujących w ten sposób
pałace pamięci. Wyobraź sobie Aleksa w kokpicie, trzymającego klepsydrę
do pomiaru czasu. Potem w dół, na mostek, gdzie Amos i Clarissa rzucali
sobie w tę i z powrotem kulę do golgo z namalowanym na boku numerem 2,
dla prędkości początkowej i końcowej podzielonej przez dwa. Potem w dół,
do kabiny jej i Jima. Sam Jim. Jim oznaczający przemieszczenie. Proste
równanie kinematyczne, w którym trzy wartości pozostawały bez zmian,
łatwe do zapamiętania, bo głęboko odcisnęły się jej na sercu.
To właśnie było jednym z powodów, dla których zgodziła się na plan gry w trzy kubki, gdy skontaktował się z nią Saba w imieniu podziemia.
Wspomnienia były jak duchy i jak długo Jima i Amosa nie było, Ros
zawsze pozostanie trochę nawiedzony.
I nie chodziło tylko o Jima, choć on był pierwszy. Naomi straciła też
Clarissę, która umarłaby od powolnego zatrucia toksynami z jej
implantów, gdyby nie zdecydowała się na gwałtowną śmierć. Amos przyjął
od podziemia misję obarczoną wysokim ryzykiem, prowadzoną w głębi terenu
wroga, i zamilkł, nie zgłaszając się na kolejne okna odbioru, aż wszyscy
przestali się spodziewać, że jeszcze kiedyś się odezwie. Nawet Bobbie,
choć zdrowa i w dobrym stanie, ale teraz już na fotelu kapitańskim
własnego statku. Straciła ich wszystkich, choć Jim był stratą
największą.
Z drugiej strony wcale nie tęskniła za Freehold. Doświadczenie życia pod
bezkresnym i pustym niebem miało przez chwilę pewien urok, ale niepokój
utrzymywał się znacznie dłużej niż fascynacja. Jeśli miała prowadzić
życie wyjętej spod prawa uciekinierki, mogła to przynajmniej robić
gdzieś, gdzie powietrze trzymało na miejscu coś widocznego. Jej nowa
przestrzeń życiowa - choć prosta i kiepska - oferowała przynajmniej
tyle.
Z zewnątrz jej chatka wyglądała jak standardowy kontener transportowy do
przewożenia planetarnego reaktora fuzyjnego niskiej mocy. Typu
stosowanego przez kolonistów na nowych planetach - dokładnie było ich
tysiąc trzysta - do zasilania małego miasta lub średniej wielkości
instalacji górniczej. Po usunięciu faktycznego ładunku w kontenerze było
dość miejsca na pryczę przeciążeniową na zawieszeniu kardanowym,
awaryjny recykler, zapas wody i kilka zmodyfikowanych torped
niewielkiego zasięgu. Prycza przeciążeniowa była jej łóżkiem i miejscem
pracy. Recykler awaryjny zapewniał zasilanie, pożywienie i usuwanie
odpadów. Było to urządzenie mogące całymi tygodniami utrzymać przy życiu
załogę uszkodzonego statku, choć takie życie trudno byłoby nazwać
komfortowym. Woda służyła do picia, ale też zapewniała maskowanie:
połączona z małymi panelami parowania na zewnątrz kontenera pozwalała
pozbyć się nadmiaru ciepła.
Natomiast torped używała do rozmowy ze światem zewnętrznym.
Ale nie dzisiaj. Dziś spotka się z żywymi ludźmi. Będzie oddychać tym
samym powietrzem, dotykać ich skóry. Słyszeć ich głos bez pośrednictwa
elektroniki. Nie była pewna, czy odczuwała z tego powodu podniecenie,
czy dziwne uczucie w żołądku wynikało z niepokoju. Czasami trudno było
je od siebie odróżnić.
- Pozwolenie na otwarcie? - powiedziała, a monitor pryczy
przeciążeniowej zawahał się, wysłał wiadomość i po kilku oddechach
wyświetlił odpowiedź: potwierdzam. wylot o 18:45 standardowego. nie
spóźnij się.
Naomi odpięła się od pryczy i odepchnęła do wewnętrznych drzwi
kontenera, po drodze zakładając hełm skafandra. Gdy skafander wyświetlił
zielone kontrolki wszystkich uszczelek, sprawdziła je i tak jeszcze raz,
a potem odpompowała powietrze z kontenera do awaryjnego recyklera,
sprowadzając wnętrze swojego mieszkania prawie do próżni. Gdy ciśnienie
osiągnęło granicę wydajności urządzenia i przestało spadać, otworzyła
drzwi kontenera i wyciągnęła się na zewnątrz, w olbrzymią przestrzeń
ładowni.
Verity Close był przerobionym lodowcowcem latającym jako
transportowiec dalekiego zasięgu wożący zaopatrzenie dla kolonii. Jego
ładownia była równie bezkresna jak niebo Freehold, a przynajmniej takie
sprawiała wrażenie. Mógłby się tu zmieścić Rosynant w towarzystwie
jedenastu identycznych jednostek, bez potrzeby dotykania się burtami.
Zamiast tego w ładowni zamocowano tysiące kontenerów takich jak ten
Naomi, gotowych do transportu z Sol do dowolnych nowych stacji i miast
budowanych przez ludzkość, by oswoić nowe dzicze planet nieznających
kodu genetycznego ani drzewa życia ludzkości. Większość kontenerów
zawierała to, co zapisano w manifeście - glebę, przemysłowe inkubatory
drożdży, biblioteki bakteryjne.
Ale były i takie jak jej, kryjące coś innego.
Gra w trzy kubki.
Nie wiedziała, czy autorem pomysłu był Saba, czy też jego żona,
figurantka na stanowisku prezes Związku Transportowego, znalazła jakiś
potajemny sposób na skontaktowanie się z nim. Ponieważ stacja Medyna i powolna strefa znajdowały się pod ścisłą kontrolą Lakonii, największą
przeszkodą stojącą przed ruchem oporu było przewożenie statków i personelu między układami gwiezdnymi. Nawet coś tak małego jak Ros nie
mogło liczyć na przelecenie obok Medyny i pozostanie niezauważonym.
Kontrola ruchu w sieci wrót była zbyt ważna, by kiedykolwiek dopuścić do
czegoś takiego.
Jednakże dopóki Związek Transportowy wciąż sam dysponował swoimi
jednostkami, można było fałszować zapisy. Kontenery towarowe takie jak
jej można było przenosić między statkami, utrudniając lub wręcz
uniemożliwiając powiązanie jej łączności - albo łączności Saby lub
Wilhelma Walkera czy dowolnego z innych przywódców podziemia - z jakimkolwiek pojedynczym statkiem.
Lub, jeśli nagroda uzasadniała podejmowane ryzyko, można było przemycić
coś większego. Coś groźnego, jak przechwycony okręt Zwiastun burzy, i przewieźć go potajemnie do układu Sol. A wraz z nim Bobbie Draper i Aleksa Kamala, których nie widziała już od ponad roku. I którzy w tej
chwili czekali na spotkanie z nią.
Odbiła się i poleciała wzdłuż rzędu kontenerów, sunąc tuż przy nich z precyzją zyskaną dzięki doświadczeniu całego życia. Na rogach kontenerów
mrugały światła prowadzące, wyznaczając wiecznie zmieniający się
labirynt dostępu i kontroli, prowadząc ją do włazu załogowego. Faktyczna
przestrzeń załogowa była pewnie mniejsza niż na Rosynancie, a jej
tajny kontener towarowy był równie przestronny jak kabiny załogi.
Nie znała załogi statku, który woził ją przez ostatnie kilka miesięcy.
Większość z nich nawet nie wiedziała o jej obecności. Saba tak to
urządził. Im mniej ludzi wiedziało, tym mniej mogli powiedzieć. Stary
termin Pasiarzy na to brzmiał guerraregle. Zasady wojenne. Tak żyła
jako dziewczyna, w dawnych złych czasach, tak żyła i teraz.
Znalazła śluzę prowadzącą do wnętrza statku i przez nią przeszła. Jej
kontakt na nią czekał. Była młodą kobietą, nie więcej niż
dwudziestoletnią, z jasną skórą i szeroko rozstawionymi ciemnymi oczami.
Ogolona głowa zapewne miała jej nadać twardy wygląd, ale Naomi
skojarzyła się tylko z meszkiem niemowlęcia. Wcale nie musiała mieć na
imię Blanca, ale takie właśnie znała Naomi.
- Jest pani kryta przez dwadzieścia minut - powiedziała Blanca. Miała
dobry głos, melodyjny i czysty. I marsjański akcent, który Naomi
przypominał Aleksa. - Potem schodzę ze zmiany. Mogę się tu jeszcze
pokręcić, ale nie zdołam zatrzymać przyjścia następnego gościa.
- To w zupełności wystarczy - odpowiedziała Naomi. - Muszę się tylko
dostać do pierścienia mieszkalnego.
- Żaden problem. Będziemy przenosić pani kontener na Mos ley,
stanowisko szesnaście-dziesięć. Zajmie to kilka godzin, ale zlecenie
wykonania transferu zostało już zatwierdzone.
Przerzucenie fasolki pod inny kubek. Do czasu, gdy Naomi będzie gotowa
do wysłania następnego zestawu rozkazów i analiz, Verity Close
przeleci już przez wrota Sol i uda się w stronę jakiegoś innego układu,
a Naomi znajdzie się z powrotem w swojej małej norce, śpiąc na tej samej
pryczy, choć podróżując innym statkiem. Blanca prawdopodobnie zostanie
zastąpiona przez nowy kontakt czekający na nią w doku. Naomi nie
potrafiła już zliczyć, ile razy to robiła. Stało się to prawie rutyną.
- Dziękuję - odpowiedziała i zaczęła przeciągać się w stronę śluzy
prowadzącej do doku.
- To był zaszczyt, proszę pani - rzuciła Blanca, prawie za szybko
wypowiadając słowa. - To znaczy spotkanie pani. Poznanie Naomi Nagaty.
- Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. Doceniam to bardziej, niż
potrafię wyrazić słowami.
Blanca się wyprostowała. Naomi czuła się jak na przedstawieniu, ale i tak jej zasalutowała. Dla dziewczyny to coś znaczyło, a potraktowanie
jej przez Naomi z mniejszą powagą byłoby niegrzeczne. Gorzej, nawet
okrutne.
Potem wciągnęła się do ciasnego zielonego korytarza Verity Close i zostawiła Blancę za sobą. Nie spodziewała się jej już więcej zobaczyć.
***
Daleka stacja transferowa trzy unosiła się między orbitą Saturna i Urana, dopasowana do pozycji wrót Sol. Jej architektura była bardzo
znajoma: duży sferyczny dok zdolny do przyjęcia kilkudziesięciu statków
równocześnie i pierścień mieszkalny wirujący z jedną trzecią g. Miejsce
to było równocześnie kluczowym ośrodkiem dla ruchu do i z układu Sol,
jak i po prostu kompleksem magazynowym. Statki z całego układu zwoziły
tu towary gotowe do wysłania do skolonizowanych światów lub przylatywały
odebrać przychodzące przesyłki. W każdej chwili na stacji transferowej
znajdowało się zapewne więcej artefaktów obcych niż gdziekolwiek indziej
w układzie.
Stacja mogła pomieścić około dwudziestu tysięcy ludzi, choć ruch rzadko
wymagał wykorzystania wszystkich kwater. W środku przebywały załogi
przylatujących i odlatujących statków, był też stały personel, wraz z pracownikami zakontraktowanymi do obsługi szpitali, barów, burdeli,
kościołów, sklepów i restauracji towarzyszących ludzkości wszędzie,
dokąd się udawała. To była baza, do której załogi z całego układu oraz
innych układów po drugiej stronie pierścieni mogły uciec przed sobą na
kilka dni, zobaczyć nieznane twarze, usłyszeć głosy, których nie
słuchali codziennie przez wiele miesięcy, i pójść do łóżka z kimś, kto
nie sprawiał wrażenia rodziny. Tworzyło to atmosferę nieustannego
bratania się, dzięki czemu pierścień mieszkalny zyskał nieoficjalną
nazwę "Alei ojcostwa".
Naomi lubiła to miejsce. W stabilności ludzkiego zachowania było coś
dającego pociechę. Cywilizacje obcych i galaktyczne imperium, wojna i ruch oporu: wszystko tam było. Ale też picie i karaoke. Seks i dzieci.
Szła przez publiczny korytarz pierścienia mieszkalnego z opuszczoną
głową. Podziemie umieściło jej fałszywe dane identyfikacyjne w systemie
stacji, żeby jej parametry biometryczne nie wywołały alarmu, ale mimo
wszystko pilnowała, żeby się nie wyróżniać, na wypadek gdyby rozpoznał
ją ktoś żyjący.
Spotkanie miało się odbyć w restauracji na najniższym i najbardziej
zewnętrznym poziomie pierścienia. Spodziewała się wprowadzenia do
magazynu lub chłodni, ale mężczyzna czekający przy drzwiach zaprowadził
ją do prywatnej salki restauracyjnej. Wiedziała, że tam są, jeszcze
zanim przeszła przez drzwi.
Bobbie zobaczyła ją pierwsza i wstała z szerokim uśmiechem. Miała na
sobie niczym się niewyróżniający kombinezon statkowy bez identyfikatorów
i plakietek, ale nosiła go jak mundur. Wstający razem z nią Aleks był
ubrany w starszy wzór. Stracił trochę wagi, a pozostałe włosy przyciął
krótko. Równie dobrze mógłby być księgowym, jak i generałem. Podeszli do
siebie bez słowa, unosząc ręce. Potrójny uścisk z głową Naomi na
ramieniu Aleksa i policzkiem Bobbie przy jej. Ciepło ich ciał dawało
większy komfort, niż chciałaby się do tego przyznać.
- Och, do diaska - rzuciła Bobbie - ależ dobrze znowu cię widzieć.
Zakończyli uścisk i ruszyli do stołu. Czekały na nim trzy szklaneczki i butelka whiskey: jasny i charakterystyczny znak nadchodzących złych
wieści. Toast do wzniesienia, pamięć o kimś do uczczenia, kolejna strata
odkładająca się na duszy. Naomi zapytała spojrzeniem.
- Słyszałaś o Avasarali - odpowiedział Aleks.
Gwałtowną falą przyszła ulga, a po niej wstyd z powodu jej odczuwania.
Chodziło tylko o śmierć Avasarali.
- Słyszałam.
Bobbie nalała wszystkim po porcji, a potem uniosła swoją szklaneczkę.
- To była cholernie wielka kobieta. Nie zobaczymy już nikogo takiego.
Stuknęli się szkłem i Naomi wypiła. Utrata staruszki była bolesna -
zapewne dla Bobbie bardziej niż dla pozostałych. Ale jeszcze nie
opłakiwali Amosa. Albo Jima.
- No dobrze - powiedziała Bobbie, odstawiając szklaneczkę. - Jak wygląda
życie tajnej generał ruchu oporu?
- Wolę "tajnej dyplomatki" - odparła Naomi. - I nie robi wielkiego
wrażenia.
- Chwila, chwila - rzucił Aleks. - Nie możemy rozmawiać bez jedzenia. To
nie rodzina, jeśli nie ma posiłku.
Restauracja oferowała dobre menu fusion Pasa i Marsa. Coś nazwanego
"białe kibble" miało korzenie w oryginalnej potrawie, ale ze świeżymi
warzywami i kiełkami fasoli. Porcje hodowanej w zbiornikach hybrydy
wołowiny i wieprzowiny ugotowanej w kształt szalki Petriego, podane z odrobiną sosu ostro-słodkiego. Opierali się na stole tak, jak robili to
na Rosynancie w swoich poprzednich wcieleniach.
Naomi nawet nie wiedziała, jak bardzo brakowało jej śmiechu Bobbie albo
sposobu, w jaki Aleks podrzucał na jej talerz kolejną małą porcję
czegoś, gdy już prawie skończyła jedzenie. Drobne intymności życia z kimś w ciasnej przestrzeni przez dziesięciolecia. A potem już
niemieszkanie tam dalej. Poczułaby smutek, gdyby nie przyjemność
przeżywania chwili w ich towarzystwie.
- Burza jest całkiem dobrze obsadzona - mówiła Bobbie. - Przez jakiś
czas martwiłam się, że będą to tylko Pasiarze. No wiecie, w tym dziale
Saba ma największe zasoby. Ale dwójka Marsjan kierująca całą załogą
ludzi, którzy wciąż nazywają nas wewnętrznymi?
- To mógłby być problem - zgodziła się Naomi.
- Saba wyciągnął cały zastęp weteranów FONZ i FMRK - uzupełnił Aleks. -
I trochę młodych. Dziwnie jest przebywać z ludźmi w wieku, w którym
byłem, gdy odszedłem ze służby. Wiesz, wyglądają jak dzieci. Same
gładkie twarze i ciągle tacy poważni.
Naomi się roześmiała.
- Wiem. Teraz każdy poniżej czterdziestki wygląda dla mnie jak dziecko.
- Dobrzy są - wtrąciła Bobbie. - Prowadzę ćwiczenia i symulacje przez
cały czas, od kiedy jesteśmy zaparkowani.
- Doszło do paru bójek - przypomniał Aleks.
- To tylko nerwy - odparła Bobbie. - Gdy wykonamy misję, te niesnaski
się skończą.
Naomi wzięła kolejny kęs białego kibble, żeby nie zmarszczyć brwi. Ale
nie zadziałało. Aleks odchrząknął i odezwał się swoim głosem używanym do
zmiany tematu:
- Domyślam się, że wciąż nie ma żadnych wiadomości od wielkoluda?
Dwa lata temu Saba odkrył możliwość przemycenia na samą Lakonię agenta z kieszonkową bombą jądrową i nadajnikiem zaszyfrowanego sygnału
przywołania. Misja niewielkiej szansy na odzyskanie Jima lub zniszczenie
dowództwa Lakonii przez odcięcie jej głowy. Saba zapytał Naomi, komu
mogłaby zaufać z czymś tak ważnym. Tak niebezpiecznym. Kiedy Amos o tym
usłyszał, w ciągu godziny spakował torbę. Od tamtej pory Lakonia
wzmocniła systemy obronne. Podziemie straciło większość swojej obecności
w układzie Lakonii, a Amos zamilkł.
Naomi pokręciła głową.
- Jeszcze nie.
- No cóż - stwierdził Aleks. - Pewnie już niedługo.
- Pewnie tak. - Naomi zgodziła się, jak za każdym razem, gdy odbywali tę
rozmowę.
- Napijesz się kawy, Bobbie? - zapytał Aleks. Bobbie pokręciła głową w tej samej chwili, gdy Naomi powiedziała "nie dla mnie", a Aleks wstał z miejsca. - W takim razie pójdę zapłacić.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Naomi się pochyliła. Chciała zatrzymać
tę chwilę, by pozostała tym, czym była - ponownym spotkaniem rodziny.
Jasnym punktem w ciemności. Chciała, ale nie mogła.
- Misja z Burzą w układzie Sol to cholerne ryzyko - powiedziała.
- Ale ma realną szansę ściągnięcia na siebie uwagi - zgodziła się
Bobbie, nie nawiązując kontaktu wzrokowego. Mówiła lekkim tonem, ale
brzmiało w nim ostrzeżenie. - Wiesz, nie robię tego tylko dla siebie.
- Saba.
- I inni.
- Wciąż wracam myślami do Avasarali - powiedziała Naomi. W butelce
zostało jeszcze trochę whiskey, więc nalała sobie na palec. - Była
wielką wojowniczką. Nigdy nie cofnęła się przed niczym, nawet gdy już
przegrała.
- Była jedyna w swoim rodzaju - zgodziła się Bobbie.
- Była wojowniczką, ale nie żołnierką. Zawsze prowadziła w zmaganiach,
tylko że robiła to, znajdując inne sposoby na osiągnięcie celu. Sojusze,
presja polityczna, handel, logistyka. Jej strategia zawsze zakładała, że
przemoc jest ostatecznością.
- Miała przewagę - zauważyła Bobbie. - Rządziła planetą, podczas gdy my
jesteśmy bandą szczurów szukających szczelin w betonie. Będziemy musieli
działać inaczej.
- Mamy przewagę - odparła Naomi. - Co więcej, możemy ją sobie wyhodować.
Bobbie bardzo ostrożnie odłożyła widelec. Mrok w jej oczach wcale nie
był gniewem. A w każdym razie nie tylko gniewem.
- Lakonia to dyktatura wojskowa. Jeśli chcesz, żeby ktoś sprzeciwił się
Duartemu, musimy pokazać ludziom, że można mu się sprzeciwić. Działanie
wojskowe pokaże, że jest nadzieja. Jesteś Pasiarką, Naomi, dobrze o tym
wiesz.
- Wiem, że to nie działa - odcięła się Naomi. - Pas przez pokolenia
walczył z planetami wewnętrznymi...
- I wygrał - rzuciła Bobbie.
- Rzecz w tym, że wcale nie. Nie wygraliśmy. Trzymaliśmy się do czasu,
aż przyszło coś większego i wywróciło planszę. Naprawdę uważasz, że
dostalibyśmy coś takiego jak Związek Transportowy, gdyby nie pojawiły
się wrota? Udało się nam wygrać tylko dzięki temu, że coś całkowicie
niespodziewanego zmieniło zasady gry. Tylko że teraz zachowujemy się,
jakby to samo miało zadziałać po raz drugi.
- My się zachowujemy?
- Saba się tak zachowuje - uściśliła Naomi. - A ty go wspierasz.
Bobbie odchyliła się na oparcie, przeciągając się jak zwykle, gdy czuła
irytację. Wyglądała przy tym na większą, niż była w rzeczywistości, ale
Naomi nie dało się łatwo przestraszyć.
- Wiem, że nie zgadzasz się z tym podejściem, i rozumiem, że nie jesteś
zadowolona z tego, że Saba nie wprowadził cię w szczegóły, ale...
- Nie w tym rzecz - wtrąciła się Naomi, ale nieskutecznie.
- Nikt nie argumentuje przeciwko uzyskaniu przewagi. Nikt nie twierdzi,
że nie powinniśmy szukać także rozwiązań politycznych, ale pacyfizm
działa tylko wtedy, gdy twój wróg ma sumienie. Lakonia ma głęboką
tradycję dyscypliny wymuszanej karami i wiem... nie, wysłuchaj mnie.
Wiem o tym, bo to także marsjańska tradycja. Ty dorastałaś w Pasie, ale
ja na Marsie. Chcesz mi powiedzieć, że moja droga nie prowadzi do
zwycięstwa? Dobrze, wierzę ci. Ale ja z kolei usiłuję ci uświadomić, że
twoje łagodne podejście nie zadziała z tymi ludźmi.
- To gdzie nas to prowadzi?
- Tam gdzie zawsze - powiedziała Bobbie. - Robimy wszystko, co możemy,
najdłużej, jak możemy, z nadzieją, że zdarzy się coś nieoczekiwanego.
Pozytywny jest fakt, że coś nieoczekiwanego zdarza się prawie zawsze.
- To wcale nie jest tak pocieszające, jak ci się zdaje - odpowiedziała
ze śmiechem Naomi, próbując rozładować napięcie.
Bobbie jej na to nie pozwoliła.
- Bo czasem tym, czego się nie spodziewamy, jest strata Clarissy i Holdena. Albo strata Amosa. Lub mnie, Aleksa albo ciebie. Ale to się nie
zdarzy. Wszyscy w końcu stracimy siebie nawzajem i było to prawdą, zanim
staliśmy się załogą. To właśnie znaczy urodzić się, wszystko inne to
tylko detale. A moje detale są takie, że wykonuję ściśle tajną misję
wojskową w systemie Sol, używając przechwyconego okrętu wroga przeciw
niemu, ponieważ nawet jeśli to zły plan, to innego nie mam. I może
podejmowane przeze mnie ryzyko zapewni ci przewagę.
Ale ja nie chcę, żebyś ryzykowała, pomyślała Naomi. Straciłam już zbyt
wiele. Nie zniosę kolejnej straty.
Wyraz twarzy Bobbie odrobinę złagodniał. Może więc rozumiała.
Znajomy rytm kroków przed drzwiami ogłaszał nadejście Aleksa równie
wyraźnie, jak gdyby wypowiedział swoje imię. Naomi głęboko wciągnęła
powietrze i zmusiła się do odprężenia.
Nie chciała zepsuć spotkania także dla niego.
Rozdział trzeci
Aleks
Bobbie i Naomi znowu się kłóciły.
Udawały luz, gdy wrócił do salki, ale widział, że pod jego nieobecność
nastąpiło tu ostre starcie. Naomi opuściła głowę tak, by włosy opadły
jej na oczy, jak zwykle, gdy była zezłoszczona. Twarz Bobbie była o stopień ciemniejsza, zaczerwieniona z podniecenia lub złości. Aleks
mieszkał na jednym statku z Naomi przez dziesięciolecia, a Bobbie
dołączyła do nich tylko trochę później, więc prawie niczego nie mogli
przed sobą ukryć.
Bolało go trochę, że w ogóle próbowały ukrywać starcie, bo przez to on
też musiał udawać, że niczego nie zauważył.
- Wszystko załatwione - oznajmił.
Bobbie kiwnęła głową i zastukała palcami o blat stołu. Naomi posłała mu
lekki uśmiech zza kurtyny włosów.
Mógłby się założyć, że kłóciły się o to samo co zawsze, od kiedy tylko
opuścili Freehold. Jedynym bezpiecznym działaniem było udawanie, że
wszystko jest w porządku. Mądry człowiek nie próbuje wkraczać między
dwójkę walczących zwierząt, ale nawet idiota nie próbuje się wtrącać w kłótnię między Naomi Nagatą a Bobbie Draper. Przynajmniej jeśli chce
zachować wszystkie palce. Oczywiście w sensie metaforycznym.
- No dobrze... - zaczął Aleks, przeciągając słowo, aż zabrzmiało
niezręcznie.
- No tak - odpowiedziała Naomi. - Mam dużo do zrobienia, zanim schowam
się z powrotem w swojej skrzynce.
Bobbie przytaknęła, zaczęła coś mówić i urwała. W jednej chwili pokonała
odległość dzielącą ją od Naomi i chwyciła ją w uścisk potężnych ramion.
Choć obie były z grubsza tego samego wzrostu, Bobbie była cięższa od
Naomi o przynajmniej czterdzieści kilogramów. Wyglądało to tak, jakby
niedźwiedź polarny obejmował wieszak na ubrania. Jednakże nie był to
początek walki, bo obie kobiety płakały i klepały się wzajemnie po
plecach.
- Dobrze było cię zobaczyć - powiedziała Bobbie, tuląc Naomi trochę
mocniej i unosząc ją z podłogi.
- Brakuje mi was - odpowiedziała Naomi - Obojga. Bardziej, niż potrafię
powiedzieć.
"Obojga" zabrzmiało jak zaproszenie, więc Aleks podszedł i objął je
obie. Chwilę później na jego policzkach też pojawiły się łzy. Po jakimś
czasie, gdy nadeszła właściwa chwila, rozdzielili się. Bobbie wytarła
oczy chusteczką, ale Naomi zignorowała mokre smugi na twarzy. Uśmiechała
się. Aleks zrozumiał, że był to chyba pierwszy jej szczery uśmiech, od
kiedy Holden został wywieziony na Lakonię. Zaczął się przez to
zastanawiać, jak bardzo samotne prowadziła teraz życie, ukryta w kontenerze towarowym, przenoszona ze statku na statek i ze stacji na
stację. Choć był to wybór, którego dokonali wspólnie, poczuł ukłucie
poczucia winy za zostawienie jej samej w ten sposób. Jednakże Bobbie
potrzebowała pilota, a Naomi w roli wędrującej polityczki nie. I nie
chciała go.
- Kiedy znowu się zobaczymy? - zapytała Bobbie.
- Chciałabym wiedzieć - odparła Naomi. - Długo będziecie w Sol?
- To nie zależy ode mnie.
Odpowiedzi Bobbie towarzyszyło wzruszenie ramion. Tym razem była to
prawda, ale nawet gdyby tak nie było, odpowiedź i tak brzmiałaby tak
samo. Nigdy nie było wiadomo, kto słucha ich rozmów, a nawet tutaj, na
stacji Związku Transportowego, w pokoju na tyłach baru sympatyzującego z SPZ, trudno było zrezygnować z przyzwyczajenia do zachowywania
tajemnicy.
Jakby na sygnał, zabrzęczał ręczny terminal Aleksa. Byli już gotowi do
przeniesienia Burzy z bieżącego statku do nowego. Nie tylko Naomi
prowadziła życie w formie gry w kubki o bardzo wysokiej stawce.
- Muszę iść dopilnować transferu, szefowo - zwrócił się do Bobbie.
- Pójdę z tobą - odpowiedziała, a potem ostatni raz mocno uścisnęła
Naomi. - Trzymaj się bezpiecznie, pierwsza.
- Ostatnio to wszystko, co robię - odparła ze smutnym uśmiechem Naomi.
Zostawienie jej wydawało się niewłaściwe. Jak zawsze.
***
Aleks nigdy nie przyznałby się do tego na głos, ale Zwiastun burzy
ciągle strasznie go przerażał. Rosynant wciąż był jego pierwszą
miłością. Jak narzędzie, które dopasowało się do kształtu trzymającej je
dłoni, Ros był wygodny, znajomy i bezpieczny. Choć był groźną
jednostką bojową, był też jego domem. Wydawał się "odpowiedni". Bardzo
za nim tęsknił.
Burza kojarzyła mu się z mieszkaniem wewnątrz obcej istoty udającej
przesadnie dopakowany statek wyścigowy, na którym ktoś zamocował jeszcze
mnóstwo uzbrojenia. Podczas gdy latanie Rosem było jak współpraca ze
statkiem będącym przedłużeniem jego woli, w przypadku Burzy było to
bardziej negocjowanie z niebezpiecznym zwierzęciem. Za każdym razem, gdy
siadał w fotelu pilota, martwił się, czy nie zostanie ugryziony.
Bobbie przeszła przez statek z technikami od dzioba do rufy i zapewniła
go, że w specyfikacji nie ma nic, co czyniłoby Burzę groźną dla
załogi, a przynajmniej nie bardziej niż niebezpieczne dla swoich załóg
były wszystkie statki kosmiczne. Aleks nie dał się przekonać. W korzystaniu ze sterowania było coś, przez co miał wrażenie, że statek
nie reaguje na jego ruchy, a raczej, że je interpretuje i zgadza się z nimi, równocześnie podejmując swoje własne, cholerne decyzje. Jedyną
osobą, której kiedyś to wyznał, był jego drugi pilot, Caspar Asoau.
- To znaczy... wiesz, owszem, dżojstiki wydają się trochę luźne, ale nie
jestem pewien, czy to znaczy, że statek się opiera - odpowiedział
Caspar, posyłając mu podejrzliwe spojrzenie z ukosa.
Aleks więcej nie poruszał tego tematu, ale sterował statkami już od
bardzo wielu lat i wiedział swoje. Burza miała w sobie coś więcej niż
tylko metal, węgiel i to, czymkolwiek był ten kryształowy syf. Nawet
jeśli nikt inny tego nie dostrzegał.
A mimo wszystko był to cholernie piękny statek.
Aleks stał przy małym okienku obserwacyjnym i patrzył, jak jest
ostrożnie wyprowadzany przez otwarte drzwi hangaru ich dotychczasowego
transportowca do nowego. Dwa olbrzymie transportowce osłaniały
przemieszczającą się Burzę, a wszystkie trzy jednostki kryły się w cieniu centralnej kuli stacji. Układ dobrano bardzo świadomie, tak, by
zablokować widok wszystkim znanym rządowym stacjom teleskopowym i radarowym. Wedle najlepszej wiedzy imperium Lakonii dwa ciężkie
transportowce zadokowały na krótko przy tej samej stacji transferowej,
pozbywając się lub pobierając jakiś ładunek, a potem poleciały w różne
strony. Fakt, że z jednego do drugiego przeniesiono skradziony lakoński
okręt wojenny nie zostanie odnotowany w żadnych oficjalnych rejestrach
ani utrwalony na nagraniach. Dzięki czemu Burza i jej załoga będą
mogły dalej żyć, by walczyć kolejnego dnia. Zakładając, że niczego nie
przeoczyli.
Lśniące kryształowo-metalowe boki statku jarzyły się własnym światłem
nawet w gęstym cieniu ścian tworzonych przez burty dwóch frachtowców i stacji transferowej. Jasne białe chmury przegrzanego gazu błyskały i znikały w rytmie odpalania silników manewrowych. Przy sterach siedział
Caspar, ostrożnie wyprowadzając lakoński niszczyciel z otwartej ładowni
ich dotychczasowego statku i wprowadzając do nowego z wyćwiczoną
swobodą. Często bawili się w tę grę i obaj piloci stali się ekspertami w przemieszczaniu statku w bardzo ciasnych przestrzeniach.
Jako były wojskowy Aleks zawsze odczuwał zaskoczenie faktem, że byli w stanie utrzymywać konspirację. Szmuglowali skradziony imperialny okręt
bojowy przez sieć wrót, ukrywając go w trzewiach statków Związku
Transportowego. W procederze uczestniczyły bezpośrednio dziesiątki, a może nawet setki ludzi, ale jakoś udawało im się zachować to w tajemnicy.
Dotyczący niemal wszystkich spisków argument o brzytwie Okhama głosił,
że ludzie niezbyt dobrze potrafią zachowywać tajemnice, więc wraz ze
wzrostem liczby wtajemniczonych ryzyko ujawnienia informacji rosło
wykładniczo. Jednakże z pomocą przyjaciół z byłego SPZ w Związku
Transportowym przemykali się i ostrożnie wystawiali nos przez wiele
miesięcy, a jak dotąd nikt nie próbował ich łapać. Co stanowiło
doskonały dowód na to, jak głęboko ruch oporu wrósł w kulturę Pasiarzy
przez ostatnie stulecie czy dwa. Ukrywanie podziemia przed przeciwnikiem
o przemożnej przewadze militarnej było zakodowane w ich DNA. Podczas
dwudziestoletniej służby w marsjańskiej flocie, a potem walki z Wolną
Flotą, brał udział w polowaniu na ich bardziej radykalne frakcje i często do furii doprowadzała go zdolność Pasiarzy do wykorzystania
podstępów i walki partyzanckiej. Teraz to właśnie utrzymywało go przy
życiu.
Nie był pewien, czy powinien doszukiwać się w tym ironii. Może uznać to
za zabawne?
Burza zakończyła ukrywanie się w nowym frachtowcu. Był to olbrzymi
transportowiec o kształcie grubego pocisku, nazwany Łuk wahadła. Wrota
ładowni zasunęły się i zablokowały, a Aleks poczuł towarzyszące temu
lekkie drżenie pokładu. Drzwi większe od niszczyciela miały znaczącą
masę.
Aleks wyciągnął terminal i otworzył kanał do Bobbie.
- Dziecko zapakowane. Jak tylko powiesz, możemy ruszać.
- Potwierdzam - rzuciła Bobbie i zamknęła połączenie.
Zajmowała się końcowymi przygotowaniami ze swoim oddziałem. Szeptany
telefon Saby nie powiedział im, na czym będzie polegać ich zadanie w układzie Sol, ale Bobbie tak gruntownie szkoliła swoich ludzi z podstaw,
że konkretne zadanie stawało się tylko listą kontrolną zadań do
wykonania. Aleks miał wątpliwości, gdy Bobbie przyjęła na pokład grupę
starej gwardii SPZ, wcisnęła ich do pancerzy wspomaganych lakońskich
marines i powiedziała, że zmieni ich w prawdziwy oddział uderzeniowy do
tajnych misji. Ale, do cholery, dokładnie to zrobiła. Przeprowadzili
trzy akcje ze stuprocentową skutecznością i zerowymi stratami własnymi.
Okazało się, że choć i tak Gunny Draper jest niezwykłym przeciwnikiem,
to robi się jeszcze groźniejsza, jeśli może sobie wyszkolić wsparcie.
Musiał nastąpić taki moment, kiedy stało się to nową normą: granie w obejmującą transportowce wersję przekrętu na trzy kubki z Burzą,
podczas gdy Saba, Naomi i reszta podziemia wybierali dla nich cele
misji. Nie potrafił stwierdzić, kiedy ta chwila minęła. Wiedział tylko,
że znowu stał się kierowcą autobusu, jak w dawnych czasach służby w FMRK, całe subiektywne wieki temu. Każdy dzień niósł ryzyko odkrycia,
schwytania i śmierci. Każda operacja wysyłała Bobbie z jej oddziałem w maszynkę do mięsa dominium lakońskiego. Pomimo wszystkich odnoszonych
sukcesów cały czas tańczyli na ostrzu noża. Gdyby miał dwadzieścia lat i nie był świadom swojej śmiertelności, pewnie by to uwielbiał.
Odwrócił się od okna obserwacyjnego i dźwignął torbę ze sprzętem. W drodze zabrzęczał jego terminal.
- Zablokowany i wyłączony - poinformował Caspar.
- Przyglądałem się. Gładka robota. Gunny będzie prowadzić ćwiczenia, a ja już do nich idę. Na razie statek jest twój.
- Potwierdzam.
Korytarze stacji transferowej były skromne i funkcjonalne. Gładkie
ceramiczne ściany w odcieniu brązu i podłoga wyściełane tylko w takim
stopniu, by mieszkańcom nie groziły połamane piszczele przy jednej
trzeciej g generowanej przez obroty pierścienia mieszkalnego stacji.
Aleks przemaszerował jednym z korytarzy pół kilometra, a potem zapukał
do drzwi opisanych magazyn 348-001.
Otworzył je Pasiarz o pobrużdżonej twarzy, który zlustrował korytarz po
obu stronach Aleksa. Miał siwe włosy przycięte w wojskowym stylu, a jego
oczy miały niemal taki sam kolor jak włosy. Aleks zauważył ciężki czarny
pistolet trzymany przez niego przy biodrze podczas sprawdzania
korytarza. Nazywał się Takeshi Oba i był jednym z zabójców Bobbie.
- Czysto - zapewnił z uśmiechem Aleks, a Oba wpuścił go z mruknięciem.
Wszedł do pokoju bez wyposażenia o wymiarach mniej więcej pięć na
dziesięć metrów i takich samych brązowawych ścianach, jak korytarz na
zewnątrz. Oddział stał w luźnym dwuszeregu naprzeciw przemawiającej do
nich Bobbie. Kiwnęła głową wchodzącemu Aleksowi, ale nie przerwała
przemowy.
- Pamiętajcie o jednym - mówiła. - Układ Sol jest najniebezpieczniejszym
obszarem ze wszystkich, w jakich dotąd działaliśmy. Poziom zagrożenia
dla naszego stylu działań bojowych ustępuje tylko Lakonii. Prawie każda
skała lub kawał lodu większy od transportowca ma na sobie jakąś stację,
teleskop albo stanowisko radarowe. Tutaj oczy są wszędzie.
Przez grupę przeszedł pomruk, choć Aleks nie wiedział, czy oznaczał
niezadowolenie, czy zgodę.
- Na dodatek - mówiła dalej Bobbie - flota Koalicji Ziemsko-Marsjańskiej
jest pod pełną kontrolą Lakonii, co oznacza, że w niczym nie pomoże nam
tutaj stosunkowo nieduża liczba okrętów lakońskich, co jak dotąd było
decydującym czynnikiem umożliwiającym nam działanie. Co gorsza,
Lakończycy zostawili na orbicie Ziemi swój pancernik Serce nawałnicy.
Został tam głównie w charakterze groźby, do zapewnienia posłuszeństwa
planet wewnętrznych, ale jeśli nas wykryje, będzie bolało. Burza nie
zdoła przetrwać starcia z pancernikiem klasy Magnetar. Kropka.
- Jakieś wieści na temat celu? - zapytała Jillian Houston, córka
gubernatora Freehold, Payne'a Houstona, która jako jedna z pierwszych
dołączyła na ochotnika do oddziału Bobbie.
Była wysoka i koścista, z bardzo jasnymi blond włosami, ze strukturą
kostną i mięśniami urodzonej Ziemianki oraz wieczną zmarszczką
niezadowolenia między oczami. Z czasem stała się nieoficjalną
zastępczynią Bobbie, co martwiło Aleksa. Jillian była wredna jak wąż.
Kiedy powiedział to Bobbie, odpowiedziała: "Dopilnuję po prostu, żeby
nigdy nie zabrakło jej myszy". Wciąż nie do końca wiedział, co to miało
znaczyć.
- Nie. Dzieciaki na górze rozgrywają to, trzymając karty bardzo blisko
piersi - odparła Bobbie. - Zaczynam mieć wrażenie, że dowiemy się
dopiero w trakcie akcji.
- Doskonale - rzuciła Jillian.
- Burza jest gotowa do akcji i za trzydzieści godzin polecimy na
Wahadle w stronę Słońca - powiedziała Bobbie. - Korzystajcie z czasu w Alei ojcostwa, ale dopilnujcie, żebyście przytomni trafili na statek za
dwadzieścia cztery godziny od teraz, albo odkryjecie, jak przyjemnie
chodzi się z moim butem w tyłku.
To wywołało falę życzliwego śmiechu zebranych.
- Rozejść się.
Po kilku chaotycznych chwilach w pomieszczeniu zostali tylko Bobbie,
Jillian i Aleks. Bobbie wciąż miała na sobie niewyróżniający się
kombinezon pokładowy, w którym spotkała się z Naomi, ale Jillian ubrała
się w czarny kombinezon wybrany przez oddział uderzeniowy Bobbie na ich
nieoficjalny mundur. W kaburze przy biodrze miała też duży pistolet.
Aleks nigdy nie widział jej bez broni. Dla obywateli Freehold noszenie
broni było jak noszenie spodni.
- Nie podoba mi się, że Saba tak bardzo niczego nam nie mówi - odezwała
się Jillian. - Mam wrażenie, że po prostu improwizuje.
- Może być mnóstwo uzasadnionych powodów, dla których szczegóły misji
wciąż nie zostały ustalone - odpowiedziała Bobbie łagodnym, lecz
stanowczym głosem. Przebijało z niego: "Rozumiem twój niepokój, ale i tak wykonuj polecenia".
- To musi być Kalisto - kontynuowała Jillian, jakby nie usłyszała
ostrzeżenia w głosie Bobbie. - To jedyne, co ma jakąkolwiek wartość i znajduje się dość daleko od tego pancernika, żeby stanowić realny cel.
Bobbie zrobiła pół kroku w jej stronę i wyprostowała się, podkreślając
różnicę wzrostu obu kobiet. Jillian umilkła, ale wcale nie ustąpiła. Nie
dość, że wredna jak wąż, to jeszcze ma wielkie, stalowe jaja, pomyślał
Aleks.
- Tego rodzaju spekulacje do niczego nie prowadzą. I szczerze mówiąc, są
niebezpieczne - powiedziała Bobbie. - Zatrzymaj je dla siebie. Idź wypij
drinka albo pięć, wdaj się w jakąś bójkę w barze, jeśli musisz, ale
oczyść się z tego i wróć jutro na Burzę. Wtedy będziemy wiedzieć
więcej. Możesz odejść.
Do Jillian chyba wreszcie dotarło. Posłała Bobbie na wpół ironiczny
salut i wymaszerowała z sali.
Aleks otworzył usta, a Bobbie wycelowała w niego palcem.
- Żadnego pieprzonego słowa.
- Tak jest - odparł. - Dzień na stacji i nic do roboty. Szkoda, że Naomi
nie mogła jeszcze zostać, moglibyśmy zrobić coś więcej niż tylko zjeść
razem kiepskie kibble.
- Ona też ma swoje zadanie - odpowiedziała Bobbie. Zacisnęła wargi w wąską kreskę.
- No dobra - stwierdził Aleks. - To powiesz mi, co między wami zaszło,
czy będę musiał cię pobić, żeby to z ciebie wyciągnąć?
Złapana znienacka Bobbie parsknęła śmiechem, dokładnie tak, jak się tego
spodziewał. To było tak, jakby chihuahua groziła gorylowi, a Aleks
wyszczerzył się przy tym, potwierdzając, że to żart.
Bobbie westchnęła.
- Ona wciąż uważa, że powinniśmy wynegocjować się z tej sytuacji. Nie
zgadzamy się w tej sprawie. Czas płynie, stanowiska się nie zmieniają.
- Dużo straciła - skomentował Aleks. - Boi się stracić całą resztę.
Bobbie chwyciła ramię Aleksa i ścisnęła je przyjacielsko.
- Cały czas próbuję jej to uświadomić, przyjacielu. W walce takiej jak
ta, jeśli nie jesteś gotów stracić wszystkiego w imię zwycięstwa,
stracisz wszystko, przegrywając.
Rozdział czwarty
Teresa
- Nie wiemy, jak sami siebie nazywali - powiedział pułkownik Ilich,
leżąc na plecach w trawie, z rękami podłożonymi pod głowę. - Właściwie
to nawet nie wiemy, czy w ogóle jakoś się nazywali. Mogli wcale nie
używać języka.
Teresa znała pułkownika Ilicha całe swoje życie. Był elementem świata,
jak gwiazdy czy woda. Stanowił spokojną, pełną namysłu obecność w życiu
pełnym po brzegi spokojnych, przemyślanych ludzi. Wyróżniał się tym, że
całkowicie skupiał się na niej. I w ogóle się jej nie bał.
Poruszył się, przeciągnął.
- Niektórzy nazywają ich "protomolekułą", choć tak naprawdę było to
tylko stworzone przez nich narzędzie. To tak, jakby nazywać ludzi
"obcęgami". "Inżynierowie protomolekuły" to bliższa nazwa, ale trochę
mało wygodna. "Pierwotny organizm", "społeczeństwo obcych" albo
"architekci" - wszystko to w zasadzie z grubsza oznacza to samo.
- Jak pan ich nazywa? - zapytała Teresa.
Zaśmiał się.
- Mówię na nich "Rzymianie". Wielkie imperium, którego wzlot i upadek
nastąpił w antyku i które zostawiło po sobie drogi.
To była ciekawa myśl. Teresa analizowała ją przez kilka chwil, jakby
próbowała jej posmakować. Analogia spodobała się jej nie dlatego, że
była szczególnie dokładna, ale tylko dlatego, że niosła dobre
skojarzenia. To właśnie czyniło analogie przydatnymi. Jej umysł na kilka
oddechów podążył w głąb tej króliczej nory, oglądając jej zawartość,
ciekawe elementy, i uznając, że będzie musiała zapytać Timothy'ego o opinię. Zawsze miał do powiedzenia coś, co ją zaskakiwało. To dlatego go
lubiła. Nie bał się jej ani trochę bardziej niż pułkownik, choć szacunek
Ilicha miał posmak szacunku dla jej ojca, przez co był... niezupełnie
mniejszy. Po prostu inny. Timothy szanował tylko ją.
Poczuła, że cisza przeciąga się zbyt długo. Ilich będzie oczekiwał, że
coś powie, a Timothy nie był tematem, który chciała poruszać. Znalazła
coś innego.
- Czyli to oni to wszystko zbudowali?
- Nie wszystko. Wrota, platformy konstrukcyjne, drony naprawcze.
Artefakty, owszem. Ale wcześniej na innych planetach istniało życie.
Stabilne replikatory nie są wcale tak rzadkie, jak kiedyś sądziliśmy.
Trochę wody, nieco węgla, stały dopływ energii ze światła słonecznego
albo komina termicznego? Dodaj do tego kilka milionów lat i przeważnie
coś się z tego wykluje.
- A jeśli nie, to Rzymianie nie będą mieli niczego, z czym mogliby
pracować.
- Wiemy o tysiąc trzystu siedemdziesięciu trzech przypadkach -
przypomniał Ilich. - To dużo. Skolonizowane światy - włącznie z układem
Sol - znajdowały się w sieci wrót tylko dlatego, że zawierały życie,
które mogli przejąć Rzymianie. Kilka setek układów w galaktyce
zawierającej ich miliardy.
Ilich był dość stary, by dla niego cudem było cokolwiek powyżej jednego.
Teresa nie dorastała w samotnym wszechświecie, jakiego zaznał pułkownik.
Dorastała w swoim samotnym wszechświecie, a tych dwóch w żaden sposób
nie dało się porównać.
Zamknęła oczy i obróciła twarz do słońca. Światło i ciepło przyjemnie
oddziaływały na jej skórę. Blask przebijał się przez powieki, nadając
wszystkiemu czerwoną barwę. Fuzja jądrowa przefiltrowana przez krew.
Uśmiechnęła się.
Teresa Angelica Maria Blanquita Li y Duarte wiedziała, że nie jest
zwykłym dzieckiem, tak samo jak wiedziała, że światło odbijające się od
gładkiej powierzchni ulega polaryzacji. Nie szczególnie przydatny
element wiedzy akademickiej. Była jedyną córką wysokiego konsula
Winstona Duartego, co samo w sobie znaczyło, że jej dzieciństwo było
dziwne.
Całe swoje życie przeżyła w pomieszczeniach - lub okazjonalnie i potajemnie tuż poza nimi - Budynku Rządowego na Lakonii. Od czasów
niemowlęctwa sprowadzano do niej inne dzieci, by zapewniały jej
towarzystwo w zabawie i nauce. Zwykle pochodziły z najbardziej
ustosunkowanych rodzin imperium, ale czasami nie, bo ojciec chciał, by
poznała bardzo różnorodnych ludzi. Pragnął jej zapewnić życie możliwie
zbliżone do normalnego, by stała się jak najbardziej podobna do zwykłej
czternastolatki. I udawało mu się to w pewnym stopniu, ale ponieważ
mogła się w ocenach opierać tylko na swoim życiu, nie potrafiła tak
naprawdę stwierdzić, jak bardzo mu się udało.
Miała wrażenie, że rówieśnicy byli bardziej życzliwymi znajomymi niż
prawdziwymi przyjaciółmi. W szczególności Muriel Cowper i Shan Ellison
traktowały ją najlepiej, a przynajmniej w sposób najbardziej zbliżony do
tego, jak traktowały innych uczniów w jej klasie.
Osobną kategorię stanowił Connor Weigel, uczęszczający do jej klasy
niemal tak długo, jak ona. Zajmował w jej sercu szczególne miejsce,
którego w dziwny sposób nie miała ochoty analizować.
Jeśli czuła się samotna - a zakładała, że tak jest - nie miała tego z czym porównać. Gdyby wszystko na świecie było czerwone, nikt by o tym
nie wiedział. Bycie wszędzie było równie dobrym sposobem na stanie się
niewidocznym, jak bycie nigdzie. To kontrast nadawał kształt rzeczom.
Światło rodziło mrok, pełnia tworzyła pustkę. Samotność definiowała
granice tego, czym była nie-samotność. Wszystko było względne.
Zaczęła się zastanawiać, czy tak samo jest z życiem i śmiercią. A przynajmniej z życiem i nie-życiem.
- Co ich zabiło? - zapytała, otwierając oczy. Wszystko wydawało się
niebieskie. - To znaczy pańskich Rzymian.
- No cóż, to następny krok, prawda? - odpowiedział pułkownik Ilich. -
Odkrycie odpowiedzi na to pytanie, a potem stworzenie strategii
poradzenia sobie z tym. Wiemy, że cokolwiek to było, wciąż gdzieś tam
jest. Widzieliśmy, że reaguje na nasze działania.
- To coś na Nawałnicy - stwierdziła Teresa.
Widziała raport na ten temat. Gdy admirał Trejo po raz pierwszy użył
głównej broni okrętu klasy Magnetar w normalnej przestrzeni, zdarzyło
się coś, co na kilka minut pozbawiło przytomności wszystkich ludzi w układzie Sol i zostawiło zniekształcenie wizualne na samym statku,
zakotwiczone do jego współrzędnych odniesienia. Dlatego właśnie James
Holden trafił do pałacu, co tak naprawdę było aspektem całej sprawy,
który miał na nią największy wpływ.
- Dokładnie - potwierdził Ilich. Obrócił się na brzuch i oparł się na
łokciach, by na nią popatrzeć. Nawiązanie kontaktu wzrokowego było jego
sposobem na zasygnalizowanie, że powie coś ważnego. - To największe
zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa. Rzymianie zginęli dlatego, że
natknęli się na jakieś zjawisko naturalne, na które nie byli
przygotowani, albo dlatego, że zabił ich wróg. Tego właśnie próbujemy
dowiedzieć się w pierwszej kolejności.
- Jak? - zapytała.
- Nie wiemy, jak zabito Rzymian. Wciąż jesteśmy dopiero na granicy
zrozumienia, czym byli w porównaniu do nas.
- Nie. Pytałam o to, jak próbujemy się dowiedzieć, czy był to wróg, czy
zjawisko naturalne?
Pułkownik Ilich przytaknął, by dać jej znać, że to dobre pytanie.
Wyciągnął swój terminal ręczny, stuknął w niego kilka razy i wywołał
tabelę.
Teresa współpracuje
Teresa zdradza
Jason współpracuje
T3, J3
T4, J0
Jason zdradza
T0, J4
T2, J2
- Dylemat więźnia - skomentowała Teresa.
- Pamiętasz, jak to działa?
- Oboje decydujemy, czy współpracować, czy zdradzić, nie rozmawiając ze
sobą. Jeśli oboje współpracujemy, oboje dostajemy trzy punkty. Jeśli
współpracuje tylko jedno z nas, nie dostaje żadnych punktów, a zdradzający dostaje cztery. Jeśli oboje zdradzimy, oboje dostajemy dwa.
Problem polega na tym, że niezależnie od tego, co zrobię, lepszy wynik
uzyskam, zdradzając. Dostanę cztery zamiast trzech, jeśli pan będzie
współpracował, lub dwa zamiast niczego, jeśli to pan zdradzi. To znaczy,
że zawsze powinnam zdradzić, ale ponieważ ta sama logika dotyczy pana,
pan też zawsze powinien zdradzić, przez co oboje zdobędziemy mniej
punktów, niż gdybyśmy oboje współpracowali.
- To jak można to naprawić?
- Nie da się. To jak powiedzenie "to stwierdzenie jest fałszywe". Po
prostu dziura logiczna - odpowiedziała Teresa. - To znaczy... chyba tak,
prawda?
- Nie, jeśli zagrasz w to więcej niż raz - wyjaśnił Ilich. - Jeśli
będziesz w to grać wielokrotnie przez bardzo długi czas. Za każdym
razem, gdy drugi gracz zdradzi, następnym razem robisz to ty. A potem
wracasz do współpracy. Nazywa się to "wet za wet". Jeśli chcesz, mogę ci
przesłać analizę tego problemu z punktu widzenia czystej teorii gier,
ale nie potrzebujesz jej w tej chwili.
Teresa przytaknęła, ale powoli. Czuła się, jakby miała watę w głowie, co
zwykle działo się, kiedy zastanawiała się nad czymś intensywnie, nie do
końca wiedząc świadomie, nad czym myśli. Zwykle krótko potem pojawiało
się coś interesującego. Lubiła to uczucie.
- Pomyśl o tym jak o szkoleniu Piżmak, gdy była jeszcze szczeniakiem -
zasugerował Ilich. - Szczeniak sika na dywan, więc go besztasz. Ale nie
robisz tego w nieskończoność, tylko raz, zaraz po fakcie, a potem
wracasz do zabawy z nim, głaskania i traktowania jak szczeniaka. On
zdradza, ty zdradzasz, a potem wracasz do współpracy.
- Do czasu, aż odkryje, że istnieje lepsza strategia - zauważyła Teresa.
- A to zmienia jego zachowanie. To najbardziej elementarny, najprostszy
sposób, w jaki możemy negocjować z czymś, z czym nie możemy rozmawiać.
Ale co będzie, jeśli postąpisz tak samo z przypływem? Ukarzesz fale za
zmoczenie dywanu?
Teresa zmarszczyła czoło.
- Dokładnie - rzucił pułkownik Ilich, jakby powiedziała to na głos. -
Jeśli zbesztasz przypływ, to nie będzie miało to znaczenia. Nie
przejmuje się tym. Nie uczy się. A co najważniejsze, nie zmieni się.
Twój ojciec zamierza zagrać wet za wet z siłą, która zabiła Rzymian, i będziemy obserwować, czy to zmieni jej zachowanie. Jeśli nie, przyjmiemy
hipotezę, że natrafili na prawo przyrody, jak wywołujące przypływy
ciążenie czy prędkość światła. Wtedy będziemy mogli je studiować i znaleźć sposoby na obejście go. Ale jeśli się zmieni...
- Wtedy będziemy wiedzieć, że to coś żywego.
- Na tym polega różnica między eksploracją a negocjowaniem - powiedział
pułkownik Ilich, wskazując na nią.
Poczuła napływ przyjemności, jakiej zaznawała, gdy udało się jej znaleźć
dobre rozwiązanie trudnego problemu, ale coś nie dawało jej spokoju.
- Ale to zabiło Rzymian.
- Wojna też jest rodzajem negocjacji - odpowiedział.
***
Pokoje Teresy mieściły się w północnym skrzydle Budynku Rządowego,
podobnie jak ojca. To był jedyny znany jej dom. Sypialnia urządzona w wojskowym stylu, prywatna łazienka i pokój będący wcześniej bawialnią, a teraz biurem, choć różnice między nimi były głównie kosmetyczne. Kiedy
była gotowa do pozbycia się zdobiących pokój dinozaurów i szczeniaczków,
powiedziała o tym, a następnego dnia przyszedł projektant, by pomóc jej
wybrać nowe kolory i układ mebli. Jej kąt Budynku Rządowego nie był duży
ani ostentacyjny, ale to ona decydowała o jego wyglądzie i urządzeniu.
Jej mała bańka autonomii.
Zdecydowała się urządzić biuro tak, by wyglądało jak laboratorium
naukowe. Biurko było dość wysokie, by przy nim stać, ale stały też przy
nim wysokie stołki, gdyby zdecydowała się usiąść. Wschodnią ścianę
wypełniał ekran ustawiony na wyświetlanie animacji prostych dowodów
matematycznych i geometrycznych, gdy nie oglądała wiadomości ani kanału
rozrywkowego. Nie chodziło o to, że rozumie całą prezentowaną
matematykę, po prostu uważała, że są ładne. Dowody były bardzo
eleganckie, a wyświetlanie ich tam przypominało jej o własnej
inteligencji. Lubiła o niej pamiętać.
Miała tam też i kanapę dość długą, by mogła się na niej rozciągnąć i zmieścić Piżmak, sukę labradora, która zwijała się u jej stóp. Oraz okno
z prawdziwego szkła, wychodzące na formalny ogród. Bywały dnie, gdy -
jeśli nie spędzała czasu z pułkownikiem Ilichem lub na zajęciach -
układała się na kanapie z Piżmak i całymi godzinami czytała książki albo
oglądała filmy. Miała dostęp do wszystkiego, co zostało zatwierdzone
przez cenzora - jej ojciec bardzo liberalnie podchodził do udostępniania
jej literatury i filmu - a ona gustował w historiach o dziewczynach
żyjących samotnie w zamkach, pałacach lub świątyniach. Jak na tak
unikatowe wymagania okazało się, że jest w czym wybierać.
Jej obecnym faworytem był dziesięciogodzinny serial, którego akcja
działa się na Marsie przed otwarciem wrót, pod tytułem Piąty tunel. W serialu dwunastoletnia bohaterka - teraz już młodsza od Teresy, ale była
od niej starsza, gdy pierwszy raz to oglądała - odkryła tajny tunel pod
miastem Innis Deep i dostała się nim do podziemnej społeczności z elfami
i wróżkami, potrzebującymi pomocy w dotarciu z powrotem do swojego
wymiaru.
Wszystko to wydawało się szalenie egzotyczne, a idea dziewczynki
prowadzącej całe życie pod ziemią do tego stopnia zawładnęła jej
wyobraźnią, że zasłoniła okna kocami i udawała, że ciemność to efekt
marsjańskiej ziemi. Zdumiało ją, gdy ojciec powiedział, że ta część
historii była prawdziwa - że istnieje miasto Innis Deep, a marsjańskie
dzieci faktycznie żyją w tunelach i podziemnych miastach - i że zmyślono
tylko elfy i wróżki.
Oglądała to ponownie, gdy przyszedł ojciec. Właśnie dotarła do części, w której dziewczynka - jej imienia nigdy nie wspominano - biegła przez
ciemny korytarz, uciekając przed złą wróżką Pinsleep, kiedy rozległo się
pukanie. Zbierała się do odpowiedzi, ale drzwi same się otworzyły. Tylko
tata sam otwierał jej drzwi, wszyscy inni czekali, aż zrobi to ona.
Zabiegi zmieniły go przez ostatnie kilka lat, ale z drugiej strony ją
zmieniało samo dorastanie, więc wcale nie wydawało się to dziwne. W białkach jego oczu pojawiły się tęczowe przebłyski jak w oleju rozlanym
na wodzie, a paznokcie mu pociemniały, ale to był tylko wygląd. Został
taki sam na wszystkie sposoby, które się liczyły.
- Nie przeszkadzam? - zapytał jak zwykle. Co było częściowo żartobliwe,
bo nie miała niczego, w czym mógłby przeszkadzać, ale tylko częściowo.
Gdyby kiedyś zaprotestowała, zostawiłby ją w spokoju.
Bezimienna dziewczynka krzyknęła, gdy Pinsleep rzuciła się w jej stronę.
Teresa zatrzymała program, zamrażając w powietrzu ofiarę i napastniczkę.
Ojciec podrapał szerokie uszy Piżmak, która sapnęła, uderzając radośnie
ogonem o kanapę.
- Za dwie godziny będę miał odprawę - powiedział. - Chciałbym, żebyś
wzięła w niej udział.
Teresa poczuła lekkie ukłucie irytacji. Chciała zaraz po zakończeniu
filmu wyjść i odwiedzić Timothy'ego. Gdyby dowiedzieli się, że opuszcza
teren budowli bez pozwolenia...
- Zrobiłam coś złego?
Ojciec zamrugał, a potem się roześmiał. Piżmak wcisnęła głowę w jego
dłoń, domagając się dalszych pieszczot. Wrócił do drapania jej po
uszach.
- Ależ skąd. Spotkanie dotyczy raportu admirała Walthe na temat planu
rozbudowy kompleksu Bara Gaon. Nikt nie oczekuje twoich uwag, ale
chciałbym, żebyś się przysłuchiwała. Później będziemy mogli o tym
porozmawiać.
Teresa przytaknęła. Jeśli chciał tylko tyle, to oczywiście mogła, ale
wydawało się to nudne. I dziwne. Spojrzenie ojca na chwilę straciło
skupienie, jak czasem mu się zdarzało, a potem pokręcił głową, jakby
próbował ją oczyścić. Oparł się o bok kanapy, nie do końca siedząc, ale
też nie stojąc. Mocno dwa razy klepnął bok Piżmak, w sposób oznaczający,
że to koniec pieszczot. Psica westchnęła i opuściła głowę na poduszkę.
- Coś cię martwi - zauważył.
- Coraz częściej prosisz mnie, żebym to robiła - odpowiedziała. - Robię
to niewłaściwie?
Roześmiał się ciepło, dzięki czemu trochę się odprężyła.
- Kiedy byłem w twoim wieku, starałem się o wcześniejsze dopuszczenie do
studiów. Jesteś jak ja: szybko się uczysz, a ja chcę za tobą nadążyć.
Sprowadzam cię na odprawy coraz częściej, bo jesteś już dość duża, by
zrozumieć rzeczy, których nie pojmowałaś jako dziecko. A pułkownik Ilich
mówi, że jesteś na bieżąco z nauką. Nawet w zaawansowanych tematach.
Poczuła dumę, ale i zmieszanie. Ojciec westchnął.
- Zapewnienie ludziom bezpieczeństwa to ciężka praca - powiedział. -
Część tego wynika z faktu, że zmagamy się z bardzo niebezpiecznymi i nieznanymi zagrożeniami. Wolałbym, żeby tak nie było, ale moje życzenia
niczego nie zmienią. A druga część to fakt, że pracujemy z ludźmi.
- A ludzie to straszne, straszne małpy - odpowiedziała Teresa.
- Tak, to prawda - zgodził się ojciec. - Niemal cały czas mamy bardzo
wąskie horyzonty. Włącznie ze mną. Ale próbuję być lepszy.
Sposób, w jaki to powiedział, zasugerował zmęczenie. Pochyliła się, a Piżmak uznała to za znak, że szuka kogoś do głaskania. Przesunęła się,
dysząc ciepłym powietrzem w twarz Teresy, aż dziewczynka łagodnie
odsunęła psa.
- Czy to znaczy, że rozbudowa kompleksu Bara Gaon jest naprawdę ważna? -
zapytała Teresa.
- Wszystko jest ważne. Wszystko - zapewnił ojciec. - A w związku z tym
każda część musi móc zawieść w taki sposób, żeby nie zniszczyć całego
projektu. Włącznie ze mną. I dlatego właśnie coraz częściej proszę cię,
żebyś przychodziła na odprawy.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - obruszyła się.
- Nic mi nie jest - zapewnił ojciec. - Wszystko jest w porządku, nie ma
żadnego problemu. Po prostu chodzi o to, że... gdyby kiedyś się pojawił,
w przyszłości. Za dziesięciolecia. Ktoś musiałby znać i rozumieć kształt
całego planu i móc go przejąć. A ludzie ufają temu, co już znają. Zmiana
na stanowisku wysokiego konsula byłaby trudna w każdych okolicznościach,
ale sytuację złagodziłaby towarzysząca jej ciągłość. Sukcesja. Chcę cię
wyszkolić do tego, gdyby - niech Bóg broni - coś mi się stało.
- Ale czemu miałabym być w tym dobra tylko dlatego, że ty taki jesteś? -
zapytała. - Nie ma powodu, żeby tak uważać. To głupie.
- Owszem - zgodził się ojciec. - Ale to błąd, jaki ludzie popełniali
przez całą historię. A skoro to wiemy, oboje możemy użyć narzędzia,
jakie mamy do dyspozycji. Przychodź uczestniczyć w odprawach i spotkaniach. Słuchaj. Obserwuj. Rozmawiaj ze mną później. To następny
etap twojej edukacji. Na wypadek, gdybyś musiała przejąć moje obowiązki,
żebyś faktycznie stała się przywódczynią, której będą potrzebować.
Potrzebowała paru chwil na zrozumienie, co tak naprawdę mówi.
Najważniejsze momenty w życiu powinny nieść ze sobą więcej ceremonii i efektów specjalnych. Ważne słowa - te zmieniające życie - powinny
pobrzmiewać echem. Ale tak nie było. Brzmiały tak, jak wszystkie inne.
- Chcesz mnie szkolić, bym została następną wysoką konsul?
- Na wypadek, gdyby coś mi się stało - potwierdził Duarte.
- Ale tylko na wszelki wypadek - upewniła się. - Tylko na wszelki
wypadek.
- Na wszelki wypadek, księżniczko - zapewnił.
Rozdział piąty
Elvi
Kilkadziesiąt lat wcześniej i około dwustu tysięcy trylionów kilometrów
od miejsca, gdzie właśnie siedziała, maleńki zgęstek aktywnej
protomolekuły w nośniku biologicznym wszedł na orbitę planety zwanej
Ilus, lecąc jako pasażer na gapę okrętu Rosynant.
Próbując nawiązać kontakt z innymi węzłami dawno upadłego imperium
budowniczych bram, półświadoma inteligencja protomolekuły obudziła
mechanizmy uśpione przez miliony - a może nawet miliardy - lat. Efektem
tych działań było przywrócenie do życia starożytnej fabryki, atak
olbrzymiego robota, stopienie sztucznego księżyca i wybuch elektrowni,
który prawie rozerwał planetę na pół.
W sumie cholernie gówniane przeżycie.
Kiedy więc zespół Elvi wyprowadzał katalizator z izolacji w niezbadanych
układach, by ten przeprowadził podobne, choć może odrobinę bardziej
kontrolowane sięganie do artefaktów i pozostałości, pilnowała, by robili
to ostrożnie. Obserwowali, co się działo, byli gotowi schować
katalizator z powrotem do pudła i nie zbliżali się za bardzo do niczego.
- Jastrząb na pozycji - oznajmił pilot.
Gdyby coś poszło katastrofalnie źle, pilot, Sagale lub Elvi mogli wydać
pojedynczy rozkaz - ewakuacja ratunkowa - podając swoje imię i nazwisko oraz kod autoryzacji delta-osiem, a statek zająłby się całą
resztą. Biorąc pod uwagę przesadnie wielki silnik Jastrzębia oraz jego
potężne przyśpieszenie, każdy, kto nie znajdowałby się w jednej ze
specjalnie zaprojektowanych prycz do wysokiego ciążenia, zostałby ranny
lub zabity, ale zebrane dane by przetrwały. Lakonia stosowała dużo tego
rodzaju zabezpieczeń. Nie była to jej ulubiona część pracy.
- Dziękuję, poruczniku - odpowiedział admirał Sagale. On też siedział
przypięty do pryczy przeciążeniowej na mostku, co było kolejną oznaką
tego, jak poważnie traktował swoją część zadania. - Major Okoye, może
pani kontynuować.
- Wyprowadźcie ją - powiedziała do interkomu Elvi. W tej sytuacji była
tylko jedna "ona".
Elvi siedziała w specjalnie zmodyfikowanej lakońskiej pryczy
przeciążeniowej otoczona ekranami. Instrumenty mogły zostać pochowane w niecałą sekundę, a komorę pryczy mógł krótko potem wypełnić specjalny,
pozwalający na oddychanie płyn do lotów z wysokim przeciążeniem. Była
jedną z niewielu osób dostatecznie ważnych, by nie szczędzono żadnych
nakładów na utrzymanie jej przy życiu. Czuła się, jakby siedziała
wewnątrz torpedy. W zasadzie tego nie znosiła.
Na jednym z ekranów kamera śledziła ruch katalizatora wywożonego ze
swojego sejfu na zaawansowanym wózku wyposażonym w mnóstwo czujników.
Łączność protomolekularna działała w obie strony. To, co działo się z ich próbką, było równie ważne dla ich badań, jak aktywność w martwym
układzie, której być może za chwilę doświadczą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki