Gniew nosorożca - Bear Grylls

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (26,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Pierw­szą rze­czą, jaką Beck Gran­ger zo­ba­czył, gdy wszedł do kuch­ni, była gą­sie­ni­ca. I to ol­brzy­mia. Sta­nął jak wry­ty, a po­tem na­chy­lił się, by ją le­piej wi­dzieć. Nie ru­sza­ła się.

Do­pie­ro co przy­szedł ze szko­ły, zrzu­cił z sie­bie ple­cak, skie­ro­wał się do kuch­ni i... zo­ba­czył ją. Gą­sie­ni­ca zaj­mo­wa­ła po­ło­wę sto­łu. Była dłu­ga jak ra­mię chłop­ca, mia­ła gru­bą i usia­ną kol­ca­mi zie­lo­ną skó­rę. Na jed­nym koń­cu uśmie­cha­ła się twarz z mar­ce­pa­nu. Beck spoj­rzał na wuj­ka.

- Ha ha.

- Wie­dzia­łem, że ci się spodo­ba, Beck!

Wuj Al - dla lu­dzi spo­za ro­dzi­ny: pro­fe­sor sir Alan Gran­ger - przy­ło­żył za­pał­kę do kol­ców gą­sie­ni­cy, któ­re zro­bio­no ze świe­czek. Było ich czter­na­ście.

- To na pa­miąt­kę wszyst­kich owa­dów, któ­re zja­dłeś w cią­gu czter­na­stu lat ży­cia.

- Mmm. Dzię­ki za przy­po­mnie­nie.

Al zga­sił za­pał­kę mach­nię­ciem nad­garst­ka i ob­jął Bec­ka ra­mie­niem. Chło­piec od­wza­jem­nił uścisk.

- Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go! Szcze­rze mó­wiąc, nie­raz ba­łem się, że ża­den z nas nie do­ży­je tego dnia.

Po­wie­dział to żar­to­bli­wym to­nem, ale Beck wy­czuł ukry­te za tymi sło­wa­mi na­pię­cie. Ni­g­dy nie przy­wią­zy­wał więk­szej wagi do uro­dzin - one po pro­stu wy­pa­da­ły same z sie­bie, jed­ne po dru­gich. Ale co ra­cja, to ra­cja: nie­je­den raz w cią­gu tych czter­na­stu lat nie był pe­wien, czy uda mu się do­cze­kać na­stęp­nych.

Ostat­nio, na przy­kład, do­wie­dział się, że na świe­cie są lu­dzie, któ­rzy za wszel­ką cenę sta­ra­ją się nie do­pu­ścić, żeby prze­żył choć­by do na­stęp­ne­go świ­tu. Może więc fak­tycz­nie miał wię­cej po­wo­dów do świę­to­wa­nia niż prze­cięt­ne na­sto­lat­ki.

Wła­ści­we przy­ję­cie uro­dzi­no­we za­pla­no­wał na week­end, za­pra­sza­jąc na nie za­przy­jaź­nio­nych ró­wie­śni­ków. Dzi­siaj świę­to­wa­li tyl­ko we dwóch.

Wszyst­kie świecz­ki już za­pło­nę­ły.

- Po­myśl ży­cze­nie - za­su­ge­ro­wał Al.

Chło­piec za­sta­no­wił się chwi­lę, a po­tem na­chy­lił się do tor­tu i dmuch­nął. Świecz­ki zga­sły za jed­nym za­ma­chem, a Beck po­my­ślał ży­cze­nie: Pro­szę, niech ko­le­dzy Ala się po­spieszą!

Ostat­nie trzy mie­sią­ce, któ­re mi­nę­ły pod zna­kiem usta­bi­li­zo­wa­ne­go try­bu ży­cia i uda­wa­nej nor­mal­no­ści, były dla nie­go mę­czar­nią. To wte­dy wró­cił z pa­mięt­ne­go rej­su po Ka­ra­ibach, któ­ry ob­fi­to­wał w wie­le wy­da­rzeń, ta­kich jak za­to­nię­cia stat­ków, wy­bu­cha­ją­ce plat­for­my wiert­ni­cze czy za­bój­stwa. Beck po raz pierw­szy miał oka­zję po­znać lu­dzi sto­ją­cych za kon­cer­nem, któ­ry za­mor­do­wał jego ro­dzi­ców i za­tru­wał mu ży­cie.

Lu­mos. Tę na­zwę znał od daw­na. Wcze­śniej wrzu­cał tę kor­po­ra­cję do jed­ne­go wor­ka z wszyst­ki­mi in­ny­mi wiel­ki­mi fir­ma­mi, któ­re nie mają opo­rów przed nisz­cze­niem Zie­mi, je­śli tyl­ko im się to opła­ca. Nie zda­wał so­bie jed­nak spra­wy, jak bar­dzo nik­czem­ny jest Lu­mos - wręcz ze­psu­ty do szpi­ku ko­ści.

Zro­zu­miał to, gdy fir­ma na­sła­ła na nie­go swo­ją czo­ło­wą spe­cja­list­kę od brud­nej ro­bo­ty. Ich plan się nie po­wiódł, a Beck wró­cił z Alem do An­glii... i sie­dzie­li z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi.

Ta­kie przy­naj­mniej wra­że­nie od­no­sił Beck. Wie­dzie­li, co robi Lu­mos, ale nie mie­li ni­cze­go na po­par­cie swo­ich po­dej­rzeń. Po­trze­bo­wa­li twar­dych do­wo­dów, któ­re da­ło­by się obro­nić w są­dzie. A dys­po­no­wa­li je­dy­nie tym, co sie­dzia­ło w ich gło­wach.

Al miał zna­jo­mo­ści, i to spo­ro, w eko­lo­gicz­nej gru­pie za­da­nio­wej o na­zwie Jed­nost­ka Zie­lo­na. Jej ak­ty­wi­ści uwie­rzy­li w jego sło­wa. Pod­po­wie­dział im, gdzie mogą za­cząć szu­kać do­wo­dów prze­stęp­czej dzia­łal­no­ści Lu­mo­su. Tyle że to wszyst­ko wy­ma­ga­ło cza­su - tak dużo cza­su. A Jed­nost­ka Zie­lo­na mia­ła jesz­cze inne pro­jek­ty, choć­by te, do któ­rych zo­sta­ła po­wo­ła­na, czy­li pod­no­sze­nie świa­do­mo­ści eko­lo­gicz­nej i zwal­cza­nie prze­stępstw prze­ciw śro­do­wi­sku na ca­łym świe­cie.

Jed­nost­ka Zie­lo­na nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na rzu­ce­nie wszyst­kich środ­ków do wal­ki z Lu­mo­sem, je­śli ozna­cza­ło­by to od­cią­gnię­cie jej od in­nych za­dań. Wszyst­ko to prze­ło­ży­ło się na trzy dłu­gie mie­sią­ce cze­ka­nia w nie­pew­no­ści, czy kor­po­ra­cja ude­rzy po­now­nie.

Przez ja­kiś czas Al co­dzien­nie przed wy­jaz­dem do pra­cy za­glą­dał pod auto w po­szu­ki­wa­niu bom­by. Beck nie cho­dził do szko­ły pod pre­tek­stem cho­ro­by. W koń­cu jed­nak uzna­li, że Lu­mos nie po­czy­nał­by so­bie aż tak osten­ta­cyj­nie. Fir­ma mia­ła wła­sne po­wo­dy, żeby się nie wy­chy­lać i nie ścią­gać na sie­bie uwa­gi - to, że Beck zgi­nął­by na­gle tak szyb­ko po ich po­przed­nim spo­tka­niu, za­szko­dzi­ło­by ich wi­ze­run­ko­wi.

Ostat­nim ra­zem, gdy pró­bo­wa­li za­bić chłop­ca, wy­wa­bi­li go poza An­glię. On i Al po­win­ni być więc bez­piecz­ni, je­śli zo­sta­ną w kra­ju.

Beck wró­cił więc do szko­ły i pró­bo­wał za­cho­wy­wać się jak nor­mal­ny uczeń. Tyle że dla nie­go "nor­mal­ność" była czymś w ro­dza­ju oso­bi­ste­go pie­kła na zie­mi.

Rozdział 2

- Wy­glą­da na to, że w tym roku do­sta­łeś całe mnó­stwo kar­tek!

Ra­do­sny ton Ala wy­rwał Bec­ka z za­my­śle­nia. Wuj wrę­czył mu plik sztyw­nych ko­pert. Kie­dy chło­piec je prze­rzu­cał, zer­kał na stem­ple i znacz­ki pocz­to­we, pró­bu­jąc od­gad­nąć, skąd przy­szły.

Zna­czek z kan­gu­rem i stem­pel z Au­stra­lii Za­chod­niej - ła­twi­zna. To od Bri­ho­ny, choć kan­gur wy­da­wał się dziw­nym wy­bo­rem. Jej spe­cjal­no­ścią były kro­ko­dy­le ró­żań­co­we, sta­no­wią­ce tyl­ko jed­no z wie­lu nie­bez­pie­czeństw, z któ­ry­mi ze­tknę­li się pod­czas for­sow­ne­go mar­szu przez Out­back1) w po­szu­ki­wa­niu star­ca, któ­ry mógł po­móc im w star­ciu z Lu­mo­sem.

1) Słabo zaludnione rozległe pustynne, półpustynne lub górzyste obszary środkowej Australii (wszystkie przypisy tłumacza).

Zna­czek z Ala­ski, przed­sta­wia­ją­cy sta­do orek nur­ku­ją­cych pod po­wierzch­nię spo­koj­ne­go zim­ne­go mo­rza, był od Ti­ka­anie­go, z któ­rym Beck prze­mie­rzył ośnie­żo­ne góry, by spro­wa­dzić po­moc dla po­waż­nie ran­ne­go Ala. To wte­dy po raz pierw­szy bez­po­śred­nio ze­tknął się z Lu­mo­sem.

Coś w ro­dza­ju pa­no­ra­my ko­lum­bij­skiej dżun­gli - to na pew­no od Chri­sti­ny i Mar­co, bliź­niąt, któ­re prze­ży­ły z nim ka­ta­stro­fę stat­ku, a póź­niej wę­drów­kę przez dżun­glę śla­dem nar­ko­ty­ko­we­go bos­sa.

Wśród ko­pert była też taka bez znacz­ka, tyl­ko z od­ręcz­nym ry­sun­kiem oran­gu­ta­na, mó­wią­ce­go: "Cześć, Beck!". Tę oso­bi­ście do­rę­czył mu Pe­ter, jego naj­lep­szy przy­ja­ciel, któ­ry miesz­kał le­d­wie kil­ka ulic da­lej.

Za pierw­szym ra­zem zna­leź­li się ra­zem na Sa­ha­rze, ucie­ka­jąc przed okrut­ny­mi prze­myt­ni­ka­mi dia­men­tów. Po­tem mu­sie­li uni­kać ty­gry­sów i wul­ka­nów w in­do­ne­zyj­skim le­sie desz­czo­wym. Po tych pe­ry­pe­tiach ro­dzi­ce Pe­te­ra nie za­pa­try­wa­li się już tak en­tu­zja­stycz­nie na wspól­ne wa­ka­cje ich syna z Bec­kiem. Sam Pe­ter jed­nak cią­gle miał ocho­tę na wię­cej.

Beck się uśmiech­nął. Przez te peł­ne przy­gód czter­na­ście lat zro­bił so­bie kil­ku wro­gów, ale zy­skał o wie­le wię­cej przy­ja­ciół. I były to przy­jaź­nie, któ­re bę­dzie pie­lę­gno­wał do koń­ca ży­cia.

Jego uśmiech nie­co przy­gasł. Był je­den chło­piec, od któ­re­go nie spo­dzie­wał się kart­ki. Nie wie­dział na­wet, czy Ja­mes Bla­ke wciąż żyje. Kie­dy wi­dział go ostat­ni raz, pła­kał, pró­bu­jąc uwol­nić mat­kę spod po­skrę­ca­nych szcząt­ków na roz­pa­da­ją­cej się plat­for­mie wiert­ni­czej.

A cze­mu się tam w ogó­le zna­leź­li? Mina zrze­dła mu jesz­cze bar­dziej. Przez Lu­mos. Lu­mos, Lu­mos i jesz­cze raz Lu­mos - gdzie nie spoj­rzeć, wszę­dzie ta sama fir­ma. Tym ra­zem kor­po­ra­cja eks­pe­ry­men­to­wa­ła z no­wym źró­dłem pa­li­wa na dnie mo­rza. Dzię­ki nie­mu mo­gła się do­ro­bić for­tu­ny, ale przy oka­zji zde­wa­sto­wa­ła­by śro­do­wi­sko. Lu­mos dbał je­dy­nie o kasę. Beck zna­lazł się tam, bo mat­ka Ja­me­sa była za­bój­czy­nią na usłu­gach Lu­mo­su. Wy­peł­nia­jąc po­le­ce­nie dziad­ka Ja­me­sa - sze­fa Lu­mo­su, Edwi­na Bla­ke'a - zwa­bi­ła mło­de­go Gran­ge­ra na plat­for­mę, żeby go za­bić.

A cze­mu plat­for­ma się roz­pa­da­ła? Bo Lu­mos był tak pa­zer­ny, że po­sta­wił ją na dro­dze hu­ra­ga­nu stu­le­cia. Tak, to praw­da, że Beck przy­czy­nił się do tego, wy­wo­łu­jąc pod­wod­ną eks­plo­zję, ale tyl­ko po to, żeby móc uciec. Wy­buch ni­ko­mu nie zro­bił krzyw­dy, a nie mu­siał­by prze­cież ni­cze­go wy­sa­dzać, gdy­by nie sta­ra­no się go za­bić...

Gdy Beck przy­po­mniał so­bie szcze­gó­ły, za­krę­ci­ło mu się w gło­wie. Mimo wszyst­ko chciał po­móc Ja­me­so­wi ura­to­wać mat­kę. Mógł jej po­ka­zać, że ist­nie­je coś lep­sze­go niż jej smut­ny, skrzy­wio­ny i sa­mo­lub­ny punkt wi­dze­nia. Ale nie zdą­żył, bo ktoś więk­szy i sil­niej­szy od nie­go od­cią­gnął go, a póź­niej wrzu­cił do śmi­głow­ca. Za­le­d­wie chwi­lę po tym, jak po­de­rwa­li się w po­wie­trze, plat­for­ma wy­bu­chła.

Ja­mes mógł prze­żyć, mógł też spo­czy­wać na dnie mo­rza.

Beck pró­bo­wał po­wstrzy­mać go­ni­twę my­śli i sku­pić się na kart­kach uro­dzi­no­wych. Była wśród nich jesz­cze jed­na, któ­ra wy­raź­nie przy­szła z za­gra­ni­cy, ale nie umiał okre­ślić kra­ju. Nie po­tra­fił na­wet od­czy­tać znacz­ka. Coś na nim na­pi­sa­no, ale al­fa­be­tem, któ­ry był Bec­ko­wi zu­peł­nie obcy. Wid­nia­ło tam coś, co ewi­dent­nie było li­te­rą "E", po­tem dwa zna­ki przy­po­mi­na­ją­ce pi­ra­mi­dy, da­lej "A" i coś w ro­dza­ju od­wró­co­nej cy­fry "3", tyle że bez za­okrą­gleń. Chło­piec uniósł brew i po­ka­zał ko­per­tę Alo­wi.

- Hel­las - prze­tłu­ma­czył wuj. - Albo po na­sze­mu: Gre­cja.

- Gre­cja? - Beck zmarsz­czył brwi i wsa­dził pa­lec pod skrzy­deł­ko ko­per­ty, żeby ją otwo­rzyć. - Kogo stam­tąd znam?

Ko­per­ta za­wie­ra­ła kart­kę i list na­pi­sa­ny od­ręcz­nie po an­giel­sku. Beck po­wo­li od­czy­tał pierw­szą li­nij­kę, z tru­dem roz­szy­fro­wu­jąc nie­zna­jo­me pi­smo.

Dro­gi Bec­ku,

Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji uro­dzin! Nie pa­mię­tasz mnie, ale po­zna­liśmy się, gdy by­łeś bar­dzo mały. Na­zy­wam się Athe­na Sa­pe­ra...

Al zro­bił wiel­kie oczy.

- Jezu! Athe­na Sa­pe­ra? Kopę lat!

- Kto to?

- Bar­dzo sta­ra przy­ja­ciół­ka. Pani od no­so­roż­ców. Czy­taj i chodź ze mną.

Beck po­dą­żył więc za Alem do sa­lo­nu, od­czy­tu­jąc resz­tę li­stu li­nij­ka po li­nij­ce.

Rozdział 3

Al grze­bał w kre­den­sie, w któ­rym trzy­mał ich sta­re al­bu­my na zdję­cia, a Beck czy­tał:

- Przez wie­le lat pra­co­wa­łam z Two­imi ro­dzi­ca­mi i wuj­kiem w Afry­ce.

Beck prze­rwał i zer­k­nął na wuj­ka, któ­ry wciąż tkwił z gło­wą w kre­den­sie.

- To praw­da? - za­py­tał.

- Praw­da. - Głos Ala był nie­co przy­tłu­mio­ny. - Da­waj da­lej.

- Hmm - mruk­nął Beck. Ostat­nim ra­zem, gdy po­znał ko­goś, kto pra­co­wał z jego ro­dzi­ca­mi, ten ktoś pró­bo­wał go za­bić; był ama­to­rem, nie pro­fe­sjo­na­li­stą, ale wy­cho­dzi­ło na jed­no. To, że ja­kaś oso­ba jest sta­rym przy­ja­cie­lem jego ro­dzi­ców, samo w so­bie nie­ko­niecz­nie mia­ło dla nie­go ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Ale kie­dyś w koń­cu chy­ba wy­pa­da­ło­by za­ufać gu­sto­wi ro­dzi­ców w do­bo­rze przy­ja­ciół. Nie wszy­scy z nich mu­szą być źli.

- Czy­ta­łam wie­le o Two­ich przy­go­dach. Wi­dać, że wda­łeś się w ro­dzi­ców! By­li­by z cie­bie bar­dzo dum­ni...

- Mam! - Al rzu­cił cięż­ki al­bum na stół i otwo­rzył go mniej wię­cej w po­ło­wie.

Pierw­szym, co Beck za­uwa­żył, był zaj­mu­ją­cy więk­szą część fo­to­gra­fii no­so­ro­żec. Miał roz­miar ma­łe­go auta i po­kry­wa­ły go pły­ty z fał­da­mi gru­bej, ciem­nej i szorst­kiej skó­ry. Chło­piec przy­pusz­czał, że zwie­rzę zo­sta­ło odu­rzo­ne środ­ka­mi uspo­ka­ja­ją­cy­mi, bo le­ża­ło z gło­wą mię­dzy przed­ni­mi no­ga­mi, przy­po­mi­na­jąc prze­ro­śnię­te­go psa, wy­grze­wa­ją­ce­go się przy ogni­sku.

Z jed­nej stro­ny zdję­cia wi­dział swo­ją mamę, aku­rat wcho­dzą­cą w kadr. Przy gło­wie zwie­rzę­cia przy­kuc­nę­ła inna ko­bie­ta, naj­wy­raź­niej ba­da­jąc jego oczy. No­si­ła szor­ty, ko­szu­lę w kra­tę i ka­pe­lusz prze­ciw­sło­necz­ny. Spod ron­da wy­le­wa­ły się ciem­ne krę­co­ne wło­sy. Twarz mia­ła na­chy­lo­ną do obiek­ty­wu, jak­by do­pie­ro za­uwa­ży­ła, że ktoś robi jej zdję­cie.

Al po­stu­kał w jej twarz pal­cem i Beck zro­zu­miał, że to Athe­na. Czy­tał da­lej:

- Nie­dłu­go wra­cam do RPA, żeby kon­ty­nu­ować pra­cę z no­so­roż­ca­mi w Par­ku Na­ro­do­wym Kru­ge­ra. Pew­nie o nim sły­sza­łeś...

Sły­szał. Wie­dział, że to wiel­ki re­zer­wat zwie­rzy­ny w Re­pu­bli­ce Po­łu­dnio­wej Afry­ki - wiel­ki w zna­cze­niu: roz­mia­ru nie­wiel­kie­go pań­stwa.

- Za­sta­na­wia­łam się, czy nie ze­chciałbyś do mnie do­łą­czyć. Je­stem pew­na, że ta nowa sła­wa okrop­nie cię nu­dzi...

Beck uśmiech­nął się gorz­ko. Tu mia­ła zu­peł­ną ra­cję. Do cza­su jego pe­ry­pe­tii w Au­stra­lii nie mógł spe­cjal­nie na­rze­kać. Wte­dy me­dia pod­chwy­ci­ły jed­nak te­mat chłop­ca, któ­ry prze­żył i wy­grał star­cie z fir­mą, jak przed­sta­wiał go je­den z na­głów­ków. Od tego mo­men­tu Beck udzie­lił wie­lu wy­wia­dów pra­sie, te­le­wi­zji i por­ta­lom in­ter­ne­to­wym. Sta­rał się roz­waż­nie ko­rzy­stać ze sła­wy - pro­mo­wać ini­cja­ty­wy Jed­nost­ki Zie­lo­nej i mó­wić o rze­czach, na któ­re war­to było zwró­cić uwa­gę. Ale tak, po ja­kimś cza­sie w to wszyst­ko wkra­dła się nuda. Cią­gle te same te­ma­ty, cią­gle te same okle­pa­ne for­muł­ki. Cią­gle to samo py­ta­nie na ko­niec: "Więc co te­raz pla­nu­jesz, Beck?". I cią­gle ta sama szcze­ra od­po­wiedź: "Po­zo­stać przy ży­ciu".

Czy­tał da­lej:

- ...ale za­wsze po­wta­rzam, że trze­ba kuć że­la­zo, póki go­rą­ce. Two­ja twarz ide­al­nie nadałaby się do kli­pu Jed­nost­ki Zie­lo­nej, eks­po­nu­ją­ce­go kwe­stię kłu­sow­nic­twa no­so­roż­ców. Te wspa­nia­łe zwie­rzę­ta są na skra­ju wy­mar­cia. Zo­sta­ło je­dy­nie kil­ka ty­się­cy no­so­rożców bia­łych, a po­pu­la­cja czar­nych spa­dła do kil­ku­set. Je­śli te­raz tego nie zmie­ni­my, to nie zmie­ni­my tego ni­g­dy.

Beck prze­biegł wzro­kiem resz­tę li­stu.

- Da­lej jest tro­chę sta­ty­styk do­ty­czą­cych kłu­sow­nic­twa... - Aż gwizd­nął. - We­dług ofi­cjal­nych da­nych, w pierw­szej po­ło­wie 2013 roku za­bi­to czte­ry­sta dwa­dzie­ścia osiem no­so­roż­ców. To... hmm...

- Po­nad sie­dem­dzie­siąt mie­sięcz­nie - stwier­dził Al po­nu­rym gło­sem. - Czy­li wię­cej niż dwa dzien­nie.

- Tak czy owak, na ko­niec pi­sze tak: Mam na­dzie­ję, że to Cię za­in­te­re­su­je. Od­pisz mi na ad­res e-ma­ilo­wy... - Beck pod­niósł oczy na wuj­ka, któ­ry wy­da­wał się za­my­ślo­ny. - No i co ty na to?

- A ty?

Beck na­praw­dę wo­lał­by, żeby nikt nie na­sta­wał znów na jego ży­cie. Ale kłu­sow­ni­cy każ­de­go dnia za­bi­ja­li dwa no­so­roż­ce... Sko­ro zo­sta­ło ich tyl­ko kil­ka ty­się­cy, w tym tem­pie nie mi­nie wie­le cza­su, za­nim znik­ną zu­peł­nie. Nie lu­bił być na świecz­ni­ku, ale jak na­pi­sa­ła Athe­na, "trze­ba kuć że­la­zo, póki go­rą­ce". Je­śli jego sła­wa mo­gła w czymś po­móc...

- Chcę po­je­chać.

- Tego się spo­dzie­wa­łem. A czy w ogó­le nie przy­szło ci do gło­wy, że sa­mot­ny wy­jazd za gra­ni­cę z Lu­mo­sem na ogo­nie był­by naj­głup­szą rze­czą, jaką mo­żesz w tej chwi­li zro­bić?

- A skąd Lu­mos miał­by się o tym do­wie­dzieć? - skon­tro­wał Beck. - Nie mu­si­my ni­ko­mu mó­wić. Nie za­mie­rzam ogła­szać swo­ich wa­ka­cyj­nych pla­nów na Pla­ce­Spa­ce. Mogę zwy­czaj­nie tam po­je­chać, na­grać ma­te­riał i wró­cić, za­nim Lu­mos zdą­ży się zo­rien­to­wać, że wy­je­cha­łem.

Oczy Ala zwę­zi­ły się w za­my­śle­niu.

- Wiesz co? To nie jest naj­gor­szy po­mysł. Do­bra. Od­po­wiedz jej, że przy­jeż­dżasz. - Sprze­dał Bec­ko­wi kuk­sań­ca. - Ale nie pisz, że przy­jeż­dżam z tobą. Zrób­my jej nie­spo­dzian­kę.

- Też chcesz je­chać?

- Pew­nie. I tym ra­zem będę miał cię na oku przez cały czas. Kie­dy zo­sta­jesz sam, robi się go­rą­co.

Rozdział 4

Beck i Al wto­czy­li wa­liz­ki do hali przy­lo­tów lot­ni­ska w Jo­han­nes­bur­gu, a chło­pak omiótł wzro­kiem tłum ocze­ku­ją­cych. Wcze­śniej prze­stu­dio­wał uważ­nie inne zdję­cia Athe­ny, więc był pe­wien, że od razu ją po­zna.

Iden­ty­fi­ka­cja oka­za­ła się zbęd­na, bo ko­bie­ta nie­mal wrza­snę­ła:

- Al! - Prze­pchnę­ła się przez masę lu­dzi, żeby ich przy­wi­tać. - Ty czor­cie! Nie mó­wi­łeś, że też przy­jeż­dżasz! A ty mu­sisz być Beck... Cześć!

Jej strój wy­glą­dał w za­sa­dzie iden­tycz­nie jak na pierw­szym zdję­ciu zna­le­zio­nym przez Ala: ko­szu­la w kra­tę i dłu­gie szor­ty, tyle że jej krę­co­ne wło­sy były te­raz przy­pró­szo­ne si­wi­zną na skro­niach. Mia­ła ciem­no­brą­zo­we oczy i uśmiech, któ­ry wi­dać było z ko­smo­su.

- Do­brze was obu wi­dzieć! Jak lot? Do­tar­li­ście w samą porę: pra­cow­ni­cy lot­ni­ska mają wła­śnie ogło­sić strajk. Chodź­cie, tędy.

Beck pchał wó­zek ba­ga­żo­wy, wle­kąc się za Athe­ną i Alem, któ­rzy szli przo­dem obok sie­bie. Kie­dy tłum za­mknął się wo­kół nich, mu­siał cią­gle la­wi­ro­wać, by nie wpaść na lu­dzi kie­ru­ją­cych się w prze­ciw­ną stro­nę. W pew­nym mo­men­cie ktoś za­to­czył się na nie­go i ze­pchnął przed nad­cho­dzą­cą gru­pę. Chło­piec po­czuł się jak kul­ka, któ­ra utknę­ła mię­dzy łap­ka­mi flip­pe­ra. W koń­cu jed­nak zo­ba­czył przed sobą drzwi pro­wa­dzą­ce na ze­wnątrz.

Wyj­ście z lot­ni­ska za­wsze sta­no­wi­ło dla nie­go mo­ment, w któ­rym na­praw­dę czuł, że przy­był do ob­ce­go kra­ju. To wte­dy brał pierw­szy od­dech miej­sco­we­go po­wie­trza - po­wie­trza w na­tu­ral­nej tem­pe­ra­tu­rze, a nie tego prze­pusz­czo­ne­go przez kli­ma­ty­za­cję. Po­wie­trza, któ­re prze­pły­nę­ło przez róż­ne kon­ty­nen­ty i oce­any.

W tym wy­pad­ku przy­po­mi­na­ło to wy­sta­wie­nie ca­łe­go cia­ła na po­dmuch su­szar­ki. Póź­nym la­tem po­wie­trze w RPA jest su­che i spie­czo­ne, bez choć­by odro­bi­ny wil­go­ci. Mimo cał­kiem wcze­snej pory słoń­ce już da­wa­ło się moc­no we zna­ki, więc Beck szyb­ko za­ło­żył oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne.

Gdy do­szli na par­king, Athe­na po­pro­wa­dzi­ła ich do po­ob­tłu­ki­wa­ne­go dżi­pa z lo­giem Jed­nost­ki Zie­lo­nej na drzwiach. Rzu­ci­li wa­liz­ki na tył.

- Wy­spa­li­ście się w sa­mo­lo­cie? - za­py­ta­ła.

- Nie - burk­nął Al. Za­wsze miał pro­blem z za­śnię­ciem w cza­sie lotu.

- Cał­kiem nie­źle, dzię­ki! - od­parł Beck z uśmie­chem.

W po­dró­ży do Re­pu­bli­ki Po­łu­dnio­wej Afry­ki do­bre było to, że cho­ciaż le­ża­ła da­le­ko, to nie­mal do­kład­nie na po­łu­dnie od Wiel­kiej Bry­ta­nii. Prze­sta­wie­nie się o tę do­dat­ko­wą go­dzi­nę róż­ni­cy w stre­fie cza­so­wej, któ­ra dzie­li­ła Jo­han­nes­burg od Lon­dy­nu, nie spra­wia­ło trud­no­ści. W sa­mo­lo­cie moż­na było jeść czy spać o nor­mal­nych po­rach i do­le­cieć do celu w do­brej kon­dy­cji psy­cho­fi­zycz­nej.

Więk­szość ich lotu przy­pa­dła na noc. A Beck uwiel­biał pa­trzeć na roz­cią­ga­ją­cy się pod nim roz­le­gły kon­ty­nent, roz­świe­tla­ny cza­sem przez blask tego, co mo­gło być je­dy­nie ogni­ska­mi, wi­docz­ny­mi, o dzi­wo, z wy­so­ko­ści dzie­wię­ciu ty­się­cy me­trów.

Sze­ro­ką trój­pa­smów­ką włą­czy­li się w go­rącz­ko­wy ruch ulicz­ny Jo­han­nes­bur­ga. Gdy ru­sza­li z lot­ni­ska, Athe­na uprze­dzi­ła ich, że jaz­da do miej­sca jej za­miesz­ka­nia w mie­ście zaj­mie pół go­dzi­ny. Mogą spę­dzić tam dzień i noc, by ochło­nąć po lo­cie. Na­stęp­ne­go dnia po­ja­dą do Par­ku Na­ro­do­we­go Kru­ge­ra, żeby Beck mógł na­grać ma­te­riał.

Bar­dzo szyb­ko za­uwa­żył wy­ra­sta­ją­ce na ho­ry­zon­cie dra­pa­cze chmur Jo­han­nes­bur­ga. Wszę­dzie wo­kół nich na au­to­stra­dzie no­wiut­kie, no­wo­cze­sne land cru­ise­ry kon­tra­sto­wa­ły ze sta­ry­mi gru­cho­ta­mi, któ­re wy­glą­da­ły, jak­by mia­ły się roz­paść od zwy­kłe­go kich­nię­cia. Było to pierw­sze ostrze­że­nie, że RPA jest pa­ra­dok­sal­nym po­łą­cze­niem bo­gac­twa i nę­dzy. Spe­cy­ficz­nym kra­jem, w któ­rym świat roz­wi­nię­ty i ten do­pie­ro się roz­wi­ja­ją­cy wza­jem­nie się prze­ni­ka­ją.

Rozdział 5

Nie od­zy­wa­li się za dużo - Al przy­sy­piał, a Athe­na, ku wiel­kiej ucie­sze Bec­ka, wo­la­ła sku­pić się na jeź­dzie. Au­to­stra­da omi­ja­ła mia­sto, któ­re prze­my­ka­ło po pra­wej. W koń­cu znak za­sy­gna­li­zo­wał im, że nie­dłu­go do­ja­dą do So­we­to.

- Za­raz bę­dzie­my na miej­scu - po­in­for­mo­wa­ła Athe­na. - Wła­ści­wie to nie­da­le­ko stąd po­zna­łam two­ich ro­dzi­ców, Beck. Wte­dy wszy­scy pra­co­wa­li­śmy w So­we­to.

- To w So­we­to są no­so­roż­ce? - zdzi­wił się Beck. O ile mu było wia­do­mo, to get­to lud­no­ści ko­lo­ro­wej na przed­mie­ściach Jo­han­nes­bur­ga, a nie miej­sce, w któ­rym moż­na zna­leźć dzi­kie zwie­rzę­ta. Są tam za to lu­dzie: set­ki ty­się­cy lu­dzi, miesz­ka­ją­cych prze­waż­nie w osie­dlach usia­nych bu­da­mi z bla­chy fa­li­stej.

Al za­chi­cho­tał sen­nie.

- Byli maj­stra­mi od wszyst­kie­go. Zaj­mo­wa­li się czym po­pad­nie.

- Al ma ra­cję. To twój oj­ciec za­czął współ­pra­cę z Jed­nost­ką Zie­lo­ną z ra­cji ich dzia­łal­no­ści na rzecz dzi­kiej przy­ro­dy. Two­ja mat­ka zaj­mo­wa­ła się fi­lan­tro­pią. Nie mo­gła znieść wi­do­ku cier­pie­nia i nę­dzy, gdy lu­dzie wo­kół mie­li tak wie­le. Swo­ją dro­gą, po­wie­dzia­łam, że po­zna­łam two­ich ro­dzi­ców w So­we­to, ale oni sami też wła­śnie tam się po­zna­li!

Beck dał so­bie chwi­lę, by przy­swo­ić ten fakt. Nie wie­dział, że jego ro­dzi­ce... To zna­czy, wie­dział, oczy­wi­ście, że kie­dyś mu­sia­ło dojść mię­dzy nimi do tego pierw­sze­go spo­tka­nia. Sko­ro był czas, gdy jego jesz­cze nie było na świe­cie, mu­siał być czas, gdy oni się nie zna­li.

- Mo­że­my tam po­je­chać? Zo­ba­czyć? - za­py­tał na­gle.

Athe­na nie kry­ła uśmie­chu.

- Nie wiem, czy pa­mię­tam, gdzie do­kład­nie...

- Mo­że­my po pro­stu zo­ba­czyć get­to?

- Pew­nie. Je­śli nie masz nic prze­ciw­ko, Al? - Athe­na zer­k­nę­ła z uko­sa na męż­czy­znę, któ­ry wciąż przy­sy­piał, ale ten wzru­szył ra­mio­na­mi. - No do­brze. Znam kil­ka osób... Jed­nost­ka Zie­lo­na ma tam pla­ców­kę. Nie je­stem pew­na, czy zna­li two­ich ro­dzi­ców, ale bar­dzo ucie­szy ich wa­sza wi­zy­ta.

Uśmiech­nę­ła się do Bec­ka w lu­ster­ku wstecz­nym.

- By­łam na­praw­dę za­sko­czo­na, kie­dy się do mnie ode­zwa­łeś! Ale w li­ście brzmia­łeś zu­peł­nie jak oj­ciec. Mia­łeś świet­ny po­mysł i de­ter­mi­na­cję, żeby wcie­lić go w ży­cie...

- Ej, chwi­la. Co po­wie­dzia­łaś? - Beck usiadł za­nie­po­ko­jo­ny. - Nie od­zy­wa­łem się do cie­bie. To ty pierw­sza do mnie na­pi­sa­łaś! Wy­sła­łaś mi list na uro­dzi­ny.

- List? - Po­sła­ła mu zmie­sza­ny uśmiech. - Nie, to ty do mnie na­pi­sa­łeś, pa­mię­tasz? Prze­czy­ta­łeś o mnie w new­slet­te­rze Jed­nost­ki Zie­lo­nej i po­my­śla­łeś, że może mógł­byś zo­stać twa­rzą kam­pa­nii me­dial­nej, sko­ro pro­blem kłu­sow­nic­twa no­so­roż­ców był tak bli­ski two­im ro­dzi­com...

Beck i Al kom­plet­nie się już po­gu­bi­li. Wuj od­wró­cił się w sie­dze­niu, żeby spoj­rzeć py­ta­ją­co na bra­tan­ka, a ten wzru­szył ra­mio­na­mi, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że nie ma po­ję­cia, o co tu cho­dzi.

- Cze­kaj... - Beck miał ple­cak przy so­bie. Po­grze­bał w nim i wy­cią­gnął list nada­ny przez Athe­nę. Wy­jął go z ko­per­ty, roz­ło­żył i po­dał Alo­wi, któ­ry po­ka­zał go ko­bie­cie tak, żeby mo­gła go prze­czy­tać, nie od­ry­wa­jąc rąk od kie­row­ni­cy. Zro­bi­ła wiel­kie oczy.

- To nie moje pi­smo... - Przej­rza­ła list szyb­ko aż do ostat­niej li­nij­ki. - I nie mój e-mail.

Na ja­kiś czas w au­cie za­pa­dła ci­sza, w któ­rej każ­de z nich pró­bo­wa­ło po­ukła­dać to so­bie w gło­wie.

- Al - ode­zwa­ła się w koń­cu Athe­na, gło­sem ci­chym, ale peł­nym de­ter­mi­na­cji. - Masz moją tor­bę pod no­ga­mi. List od Bec­ka jest w przed­niej kie­sze­ni. Wy­cią­gniesz?

Pro­fe­sor speł­nił jej proś­bę. I znów po­grą­ży­li się w ci­szy, aż wuj po­dał go Bec­ko­wi do prze­czy­ta­nia. List za­czy­nał się od: Dro­ga Athe­no, nie wiem, czy mnie pa­mię­tasz... A na dole pod­pis: Beck Gran­ger.

- To samo pi­smo - mruk­nął Beck. - I to też nie jest mój e-mail. - Po chwi­li do­dał już gło­śniej: - Więc jak to się sta­ło, że się zna­leź­li­śmy? Sko­ro obo­je pi­sa­li­śmy do sie­bie na złe ad­re­sy...

- Kto­kol­wiek od­bie­rał te e-ma­ile, prze­ka­zy­wał je na wła­ści­we skrzyn­ki. A przy oka­zji do­wia­dy­wał się o na­szych pla­nach - stwier­dził po­nu­ro Al. Znów się od­wró­cił, żeby spoj­rzeć na bra­tan­ka. - Zwa­bi­li cię tu, Beck. Cie­ka­we, czy­ja to mo­gła być spraw­ka...

Beck jęk­nął i opadł na sie­dze­nie. Do gło­wy przy­cho­dzi­ła mu tyl­ko jed­na od­po­wiedź i wie­dział, że Al po­my­ślał o tym sa­mym.

Lu­mos.

Rozdział 6

Athe­na skrę­ci­ła pod drze­wa i za­trzy­ma­ła auto w ich cie­niu. Beck na­wet nie za­uwa­żył, że zje­cha­li z au­to­stra­dy, po­grą­żo­ny w my­ślach o za­gad­ko­wej ko­re­spon­den­cji. Ko­bie­ta od­wró­ci­ła się do pa­sa­że­rów.

- Al, co się tu wy­pra­wia?

Al i Beck spoj­rze­li po so­bie.

- Od cze­go by tu za­cząć... - ode­zwał się chło­piec.

Athe­na sły­sza­ła o wy­czy­nach Bec­ka, ale ani on, ani wuj ni­g­dy nie wspo­mi­na­li o Lu­mo­sie pu­blicz­nie. Nie wie­dzia­ła więc, jak bar­dzo nie­bez­piecz­na po­tra­fi być ta fir­ma.

- To dłu­ga hi­sto­ria - wy­ja­śnił Al. - Dość po­wie­dzieć, że na­ro­bi­li­śmy so­bie wro­gów. Sta­rych wro­gów Jed­nost­ki Zie­lo­nej, któ­rzy po­sta­no­wi­li sku­pić uwa­gę na Bec­ku.

- I my­śli­cie, że zna­leź­li­ście się tu przez nich?

- Do­kład­nie tak my­ślę.

Athe­na za­bęb­ni­ła o kie­row­ni­cę w za­my­śle­niu.

- A za­tem wie­dzą o wszyst­kim, co było w e-ma­ilach...

- Tak. Athe­na, od­wieź nas pro­sto na lot­ni­sko, pro­szę. Beck wsia­da do naj­bliż­sze­go sa­mo­lo­tu wy­la­tu­ją­ce­go z tego kra­ju, nie­waż­ne, do­kąd.

- Chcę zo­stać - sprze­ci­wił się chło­piec.

- Nie ob­cho­dzi mnie, cze­go chcesz.

- Mamy tu coś do zro­bie­nia. Mama i tata nie da­li­by się tak ła­two za­stra­szyć, praw­da?

- Twoi ro­dzi­ce po­my­śle­li­by przede wszyst­kim o tym, żeby za­pew­nić ci bez­pie­czeń­stwo, i wła­śnie to za­mie­rzam zro­bić. - Beck otwo­rzył usta, ale Al gniew­nie po­gro­ził mu pal­cem. - Nie! To już po­sta­no­wio­ne. Athe­na, na lot­ni­sko, je­śli ła­ska.

- Lot­ni­sko bę­dzie już za­mknię­te - od­par­ła z za­dzi­wia­ją­cym spo­ko­jem po chwi­li mil­cze­nia. - Mó­wi­łam ci, że do­tar­li­ście tu w ostat­niej chwi­li przed straj­kiem, pa­mię­tasz? Wie­le lo­tów bę­dzie już od­wo­ła­nych. Tą dro­gą nie wy­do­sta­nie­cie się z kra­ju jesz­cze co naj­mniej przez kil­ka dni.

Al ude­rzył w bok sa­mo­cho­du z fru­stra­cją, ale Athe­na się uśmiech­nę­ła.

- Chce­cie wy­wieść ich w pole? Jedź­my do get­ta. Nie wie­dzą, że o tym roz­ma­wia­li­śmy. Tego nie było w ma­ilach. Beck bę­dzie mógł się ro­zej­rzeć, a ty może bę­dziesz miał czas po­my­śleć w spo­ko­ju, co da­lej.

Dżip su­nął po­wo­li po szo­sie, a w pew­nym mo­men­cie Beck uj­rzał szla­ban: pro­wi­zo­rycz­ną za­po­rę zro­bio­ną ze słu­pa i kil­ku be­czek po ro­pie. Sto­ją­cy przed nim ro­śli męż­czyź­ni wy­krzy­wi­li twa­rze. Nie mie­li mun­du­rów, ale nie kry­li się z tym, że po­sia­da­ją broń - prze­wie­szo­ne przez ra­mię pół­au­to­ma­ty. Ich po­sta­wa mó­wi­ła ja­sno: Sto­imy tu na straży i nie wpusz­cza­my ob­cych.

Athe­na jed­nak po­ma­cha­ła i za­trą­bi­ła kil­ka razy, jak­by po­słu­gi­wa­ła się ja­kimś ko­dem. Gry­ma­sy ustą­pi­ły miej­sca uśmie­chom, a męż­czyź­ni ze­szli na bok. Je­den z nich uniósł szla­ban i po­ka­zał im ge­stem, żeby prze­je­cha­li.

Pierw­szym, co Bec­ko­wi rzu­ci­ło się w oczy, było mo­rze da­chów z bla­chy fa­li­stej. Pod nimi kry­ło się małe mia­stecz­ko bud skle­co­nych byle jak z be­to­nu, blach, dru­tu, ce­gieł i szcząt­ków sta­rych aut. Mię­dzy nimi bie­gły dróż­ki z czer­wo­nej zie­mi, któ­re przy­wo­dzi­ły Bec­ko­wi na myśl na­czy­nia krwio­no­śne - ścież­ki wy­dep­ta­ne­go bło­ta były ży­ła­mi i tęt­ni­ca­mi slum­sów.

Je­śli mia­stecz­ko spra­wia­ło wra­że­nie za­pusz­czo­ne­go, lu­dzie na pew­no tacy nie byli. Sznu­ry z wy­pra­ny­mi i po­zo­sta­wio­ny­mi do wy­schnię­cia ubra­nia­mi oraz po­ście­lą o pstro­ka­tych wzo­rach i ja­skra­wych ko­lo­rach zda­wa­ły się wi­sieć co kil­ka kro­ków. Wszy­scy miesz­kań­cy - od ko­biet, przez męż­czyzn, po dzie­ci - no­si­li się z god­no­ścią i pew­no­ścią sie­bie, ale Beck czuł też, że są peł­ni re­zer­wy. Na mi­ja­ją­ce­go ich dżi­pa po­pa­try­wa­li nie­uf­nie, a uśmie­cha­li się i ma­cha­li tyl­ko wte­dy, gdy za­uwa­ży­li logo Jed­nost­ki Zie­lo­nej. Cza­sem Athe­na od­ma­chi­wa­ła im albo od­po­wia­da­ła przy­ja­znym trą­bie­niem.

Za­trzy­ma­li się na ubi­tej zie­mi przy zbio­ro­wi­sku kon­te­ne­rów. Ten naj­bliż­szy sta­no­wił po­łą­cze­nie skle­pu mię­sne­go z kuch­nią. W środ­ku Beck za­uwa­żył czer­wo­ne pła­ty mię­sa i stos nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych ka­wał­ków zwie­rząt. Na ze­wnątrz gril­lo­wa­no je na rusz­cie po­sta­wio­nym na wiel­kich me­ta­lo­wych becz­kach i sprze­da­wa­no prze­chod­niom za gro­sze. Wy­glą­da­ły obrzy­dli­wie, ale od ich za­pa­chu za­czę­ła mu ciek­nąć ślin­ka.

Do na­stęp­ne­go kon­te­ne­ra pod­cią­gnię­to kil­ka gru­bych czar­nych ka­bli. Na pierw­szy rzut oka wy­glą­da­ło to na miej­sco­wą cen­tra­lę te­le­fo­nicz­ną.

Na trze­cim wid­nia­ło logo Jed­nost­ki Zie­lo­nej. Athe­na zaj­rza­ła do środ­ka.

- Ni­ko­go nie ma - stwier­dzi­ła. - W ta­kim ra­zie po­zwól­cie, że opro­wa­dzę was po oko­li­cy.

Rozdział 7

Szli po­wo­li za­tło­czo­nym wą­skim ka­nio­nem mię­dzy bu­da­mi. Nie­któ­rzy miej­sco­wi po­zdra­wia­li Athe­nę życz­li­wym ski­nie­niem gło­wy, ale więk­szość je­dy­nie mi­ja­ła tro­je bia­łych lu­dzi z obo­jęt­no­ścią.

W czer­wo­nej zie­mi wy­ko­pa­no tu otwar­ty ściek, skrzą­cy się sto­ją­cą wodą i nie­czy­sto­ścia­mi. Beck, wciąż ma­jąc na no­gach wy­god­ne buty, któ­re za­ło­żył na czas lotu, był zmu­szo­ny prze­stę­po­wać rów z jed­nej stro­ny na dru­gą, by prze­pu­ścić mi­ja­ją­cych go lu­dzi. Ża­ło­wał, że nie prze­brał się w so­lid­niej­sze obu­wie.

Jed­nak w po­rów­na­niu z tym, z czym zma­ga­ją się tu­tej­si - po­my­ślał w du­chu - ubru­dze­nie do­brej pary bu­tów nie jest wiel­kim pro­ble­mem.

- Zero ogrze­wa­nia, elek­trycz­no­ści czy bie­żą­cej wody - skon­sta­to­wa­ła Athe­na.

Beck roz­glą­dał się po dro­dze. Więk­szość bud za­miast drzwi mia­ła płach­ty z ma­te­ria­łu. Tyl­ko nie­licz­ne mo­gły się po­chwa­lić szy­ba­mi w oknach.

- Kie­dy ogień wy­my­ka się spod kon­tro­li, bły­ska­wicz­nie się roz­prze­strze­nia - pod­ję­ła, zwra­ca­jąc się do Bec­ka. - I nie ma jak go uga­sić, bo brak tu hy­dran­tów dla stra­ży po­żar­nej. A po­ża­ry wy­bu­cha­ją tu czę­sto. Te­raz jest dość cie­pło, ale zimą wie­lu umrze z zim­na.

Płach­ta nad wej­ściem jed­nej z bud była czę­ścio­wo od­sło­nię­ta i wy­glą­da­ła zza niej mała dziew­czyn­ka. A przy­naj­mniej Bec­ko­wi wy­da­wa­ło się, że to dziew­czyn­ka. Mia­ła tak wiel­kie oczy, że zda­wa­ły się zaj­mo­wać więk­szą część gło­wy, a cia­ło tak chu­de, iż dzi­wił się, że w ogó­le stoi pro­sto.

Uśmiech­nął się do niej naj­pro­mien­niej, jak po­tra­fił.

- Cześć!

Dziew­czyn­ka bły­ska­wicz­nie znik­nę­ła, a płach­ta opa­dła na otwór wej­ścio­wy.

- Nie­mal wszyst­kie tu­tej­sze dzie­ci cier­pią na nie­do­ży­wie­nie - cią­gnę­ła Athe­na. - Nie roz­wi­ja­ją się pra­wi­dło­wo, nie ro­sną im ko­ści. Je­śli je­dzą, to jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że to po­kar­my za­nie­czysz­czo­ne przez szczu­ry lub ka­ra­lu­chy, więc pa­nu­je czer­won­ka i nie­żyt żo­łąd­ko­wo-je­li­to­wy. Całe po­ży­wie­nie albo od razu wra­ca górą, albo prze­cho­dzi przez cie­bie i wy­cho­dzi w rzad­kiej po­sta­ci dru­gim koń­cem. Brak bie­żą­cej wody ozna­cza brak po­rząd­nych to­a­let, ka­na­li­za­cji czy urzą­dzeń sa­ni­tar­nych. I dla­te­go cho­ro­by sze­rzą się bły­ska­wicz­nie. Ludz­kie od­cho­dy do­sta­ją się do wody i wy­wo­łu­ją cho­le­rę. Po­waż­ny atak może cię za­bić w kil­ka go­dzin: od­wad­niasz się, bo wszyst­kie pły­ny wy­le­wa­ją się z cie­bie jed­nym albo dru­gim koń­cem.

Beck czuł się tu ni­czym wścib­ski tu­ry­sta, ale nie mógł...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej