Gniew i świt (Tom 1). Gniew i świt - Renee Ahdieh

-
Proszę czekać

PROLOG

To nie miał być upragniony świt.

Srebrna poświata na horyzoncie zapowiadała smutny koniec.

Młody mężczyzna stał obok ojca na tarasie znajdującym się na dachu marmurowego pałacu. Patrzyli, jak mrok nocy powoli niknie w bladym świetle poranka.

- Gdzie on jest? - zapytał młodszy z mężczyzn.

Ojciec nie spojrzał na niego.

- Od wydania rozkazu nie opuścił komnaty.

Młodzieniec przeczesał palcami lekko kręcone włosy, dosadnie wzdychając.

- To wywoła zamieszki.

- A ty natychmiast je stłumisz. - Padła lakoniczna odpowiedź pod wciąż ponuro rozjaśniającym się niebem.

- Natychmiast? Sądzisz, że matka czy ojciec, niezależnie od społecznego statusu, nie będą walczyć, by pomścić śmierć dziecka?

Ojciec w końcu spojrzał na syna. Jego oczy były zmęczone i zapadnięte, jakby jakaś siła wciągała je do środka. - Będą walczyć. Powinni. A ty dopilnujesz, by do niczego nie doprowadzili. Wypełnisz swój obowiązek wobec władcy. Zrozumiałeś?

Młodzieniec milczał przez chwilę.

- Zrozumiałem.

- Generale al-Chouri?

Ojciec odwrócił się do stojącego za nim żołnierza.

- Tak?

- Wykonane.

Ojciec skinął głową, a żołnierz odszedł.

Mężczyźni ponownie wpatrywali się w niebo.

Czekali.

Na suchą posadzkę pod ich stopami spadła kropla deszczu, znikając na jasnym kamieniu. Kolejna uderzyła w żelazną poręcz, by wnet spłynąć po niej w nicość.

Po chwili padał już wokół rzęsisty deszcz.

- Masz swój dowód - powiedział generał głosem pełnym cichej rozpaczy.

Młodzieniec nie odpowiedział od razu.

- On tego nie wytrzyma, ojcze.

- Wytrzyma. Jest silny.

- Nigdy nie rozumiałeś Chalida. Nie chodzi o siłę. Raczej o jego wnętrze. To, co nastąpi, do reszty zniszczy uczucia, które jeszcze w nim drzemią. Pozostawi jedynie ślad, cień tego, kim niegdyś był.

Generał się skrzywił.

- Myślisz, że tego dla niego pragnę? Wolałbym tonąć we własnej krwi, by temu zapobiec. Jednak nie mamy wyboru.

Młodszy mężczyzna pokręcił głową i otarł krople deszczu z podbródka.

- Nie wierzę.

- Dżalalu...

- Musi być jakiś inny sposób - powiedział młodzieniec, odsunął się od poręczy i szybko zniknął na schodach.

W całym mieście suche studnie zaczęły wypełniać się wodą. W popękanych, spieczonych słońcem zbiornikach zalśniła nadzieja. Mieszkańcy Reju odzyskiwali radość życia. Wybiegali na ulice i wznosili ku niebu uśmiechnięte twarze. Ale nie znali ceny.

W głębi pałacu z marmuru i kamienia osiemnastoletni chłopak siedział samotnie przy stole z polerowanego hebanu...

Wsłuchiwał się w deszcz.

Wątły promień światła w pomieszczeniu odbijał się w jego bursztynowych oczach.

Światła nękanego przez mrok.

Młodzieniec oparł łokcie na kolanach i, tworząc z palców koronę, wsparł na niej czoło. Zamknął oczy, a zewsząd dały się słyszeć echa słów, napełniając serce obietnicą życia nierozerwalnie zjednoczonego z przeszłością.

Życia będącego pokutą za grzechy.

Sto istnień za jedno, które odebrałeś. Jedno życie, jeden świt. Jeśli któregoś ranka zawiedziesz, obrócę wniwecz twoje marzenia, a twoje miasto zrównam z ziemią.

I odbiorę te życia po tysiąckroć.

ROZMYŚLANIA O JEDWABNEJ ZASŁONIE I ZŁOCIE

Nie były delikatne. Dlaczego miałyby takie być?

Nie oczekiwały przecież, że dotrwa do jutrzejszego dnia.

Ręce, które przesuwały grzebień z kości słoniowej przez długie do pasa włosy Szahrzad i które wcierały masę z drzewa sandałowego w brązowe ramiona kobiety, czyniły to z nieludzką obojętnością.

Szahrzad przyglądała się młodej służącej obsypującej jej nagie ramiona złotym pyłem migoczącym w świetle zachodzącego słońca.

Lekki wiatr poruszał jedwabnymi zasłonami zdobiącymi ściany komnaty. Słodki zapach kwiatów i drzew cytrusowych przedostawał się przez rzeźbione drewniane okiennice, zasłaniające wyjście na taras, i szeptał o wolności, tak bardzo w tej chwili nieosiągalnej.

To był twój wybór. Pamiętaj o Sziwie.

- Nie noszę naszyjników - powiedziała Szahrzad, gdy inna dziewczyna zaczęła zapinać zdobiony kamieniami, masywny klejnot wokół jej szyi.

- To upominek od kalifa. Musisz go włożyć, pani.

Szahrzad z rozbawieniem i niedowierzaniem spojrzała na drobną dziewczynę.

- A jeśli tego nie zrobię? Zabije mnie?

- Pani, proszę, ja...

Szahrzad westchnęła.

- Przypuszczam, że to nie czas na sprzeczki.

- Tak, pani.

- Mam na imię Szahrzad.

- Wiem, pani. - Skrępowana dziewczyna odwróciła wzrok, następnie pomogła Szahrzad założyć haftowany kaftan. Kiedy dwie młode służki ułożyły ciężki materiał na jej błyszczących ramionach, Szahrzad ujrzała w lustrze efekt ich starań.

Czarne pukle jej włosów lśniły niczym polerowany obsydian, piwne oczy, podkreślone kohlem i muśnięte płynnym złotem, jaśniały bardziej niż kiedykolwiek. Pośrodku jej czoła widniał rubin w kształcie łzy wielkości kciuka. Podobny kołysał się na cienkim łańcuszku oplecionym wokół jej nagiej talii, ocierając się o jedwabną szarfę szarawarów. Kaftan, uszyty z jasnego adamaszku, był wytłaczany misternym srebrno-złotym wzorem, który stawał się coraz bardziej nieokreślony, migocząc u jej stóp.

Wyglądam jak pozłacany paw.

- Wszystkie były wystrojone tak niedorzecznie? - zapytała Szahrzad.

Zawstydzone dziewczyny ponownie odwróciły spojrzenia.

Jestem pewna, że Sziwa nie wyglądała tak śmiesznie...

Twarz Szahrzad zastygła.

Sziwa musiała wyglądać pięknie. Pięknie i wspaniale.

Zacisnęła dłonie w pięści, wskutek czego na jej skórze odbiły się małe półksiężyce.

Na dźwięk cichego pukania odwróciły się wszystkie trzy głowy - kobiety czekały z zapartym tchem.

Mimo żarliwej determinacji serce Szahrzad zaczęło bić niespokojnie.

- Mogę wejść? - Miękki głos jej ojca przełamał ciszę, jednocześnie prosząc i niosąc przeprosiny.

Szahrzad odetchnęła powoli... ostrożnie.

- Baba, co ty tu robisz? - zapytała cierpliwie i nieufnie zarazem.

Jahandar al-Chajzuran wszedł do komnaty. Jego brodę i skronie znaczyła siwizna, niezliczone kolory błyszczały w piwnych oczach, burząc się niczym morze podczas sztormu.

W ręku trzymał pojedynczy różany pąk, który pośrodku pozbawiony był koloru, lecz krańce jego płatków barwił piękny odcień różu.

- Gdzie Irsa? - zapytała zaniepokojona Szahrzad.

Ojciec uśmiechnął się smutno.

- W domu. Nie pozwoliłem jej przyjść, chociaż kłóciła się i walczyła do ostatniej chwili.

Przynajmniej nie zignorował mojej prośby.

- Powinieneś z nią być. Będzie cię dzisiaj potrzebowała. Proszę, zrób to dla mnie, Baba. Zrób tak, jak mówiliśmy. - Wzięła go za wolną rękę i ścisnęła lekko, prosząc tym gestem, by postąpił zgodnie z planem, który przedstawiła mu kilka dni wcześniej.

- Nie... nie mogę, dziecko. - Jahandar pochylił głowę, szloch wymknął się z jego piersi, wątłe ramiona zadrżały z żalu. - Szahrzad...

- Bądź silny. Dla Irsy. Przyrzekam, wszystko będzie dobrze. - Szahrzad uniosła dłoń do jego naznaczonej czasem twarzy i otarła łzy z policzka.

- Nie mogę. Myśl, że może to być twój ostatni zachód słońca...

- Nie będzie ostatni. Zobaczę i jutrzejszy. Przysięgam.

Jahandar skinął głową, chociaż nie złagodziło to jego cierpienia. Uniósł różę.

- Ostatnia z mego ogrodu. Nie rozwinęła się w pełni, ale chciałem ci ją dać na pamiątkę po domu.

Uśmiechnęła się, sięgając po kwiat. Ich miłość wykraczała daleko poza wdzięczność, jednak ojciec powstrzymał córkę. Kiedy zrozumiała powód, zaczęła protestować.

- Nie. Przynajmniej w tym wypadku mogę coś dla ciebie zrobić - mruknął niemal do siebie. Wpatrywał się w różę, zaciskając usta i ściągając brwi. Jedna ze służek odkaszlnęła w dłoń, druga spojrzała pod nogi.

Szahrzad czekała cierpliwie. Wiedziała.

Róża zaczęła się rozwijać. Jej skulone płatki otworzyły się, pobudzone do życia niewidzialną ręką. Gdy się to stało, przestrzeń między nimi wypełnił wspaniały zapach - słodki, przez chwilę idealny... Jednak z każdym momentem woń stawała się coraz bardziej intensywna, w pomieszczeniu zrobiło się duszno, a krawędzie kwiatu w okamgnieniu przybrały inną barwę. Zamiast efektownego, głębokiego różu widniał teraz ciemny, rdzawy kolor.

Róża zaczęła więdnąć.

Skonsternowany Jahandar przyglądał się suchym płatkom opadającym na biały marmur pod ich stopami.

- Prze... przepraszam, Szahrzad - załkał.

- Nieważne. Nigdy nie zapomnę, jaka przez moment była piękna, Baba. - Objęła go za szyję i przytuliła. Tuż przy jego uchu, głosem tak cichym, że tylko on mógł usłyszeć, powiedziała: - Udaj się do Tarika, jak obiecałeś. Weź Irsę i jedź.

Przytaknął, jego oczy znów zaczęły błyszczeć.

- Kocham cię, dziecko.

- I ja cię kocham. Dotrzymam obietnic. Wszystkich.

Wzruszony Jahandar zamrugał, patrząc w ciszy na starszą córkę.

Tym razem pukanie do drzwi było stanowcze.

Szahrzad obróciła głowę w ich kierunku, przy tym ruchu zakołysał się krwawy rubin. Wyprostowała ramiona i uniosła szpiczasty podbródek.

Jahandar odsunął się na bok, zasłaniając twarz rękoma, gdy jego córka pomaszerowała przed siebie.

- Przykro mi... tak bardzo mi przykro - szepnęła do niego, nim przekroczyła próg, by podążyć za strażnikami prowadzącymi procesję. Gdy Szahrzad zniknęła za rogiem, Jahandar osunął się na kolana i załkał.

Szloch ojca niosący się korytarzami sprawił, że stopy Szahrzad odmówiły jej posłuszeństwa, nie była w stanie przebyć stopni wiodących w dół olbrzymiego pałacu. Dziewczyna zatrzymała się, kolana zadrżały jej w jedwabnych szarawarach.

- Pani? - odezwał się znudzonym tonem jeden ze strażników.

- Musicie poczekać - wydyszała Szahrzad.

Strażnicy wymienili spojrzenia.

Dziewczyna przycisnęła dłoń do piersi. Gorzkie łzy zostawiały wymowny ślad na jej policzkach. Nieświadomie dotknęła krawędzi grubego złotego naszyjnika wysadzanego klejnotami przeróżnej wielkości i odmiany, który spoczywał na jej szyi. Wydawał się ciężki... przytłaczający. Jak drogocenne kajdany. Zacisnęła palce na biżuterii, zastanawiając się przez chwilę, czy nie zerwać jej z siebie.

Bolesne wspomnienia i wściekłość pokrzepiały ją.

Sziwa.

Jej najlepsza przyjaciółka. Jej zaufana powierniczka.

Podwinęła palce w sandałach ze złotymi frędzlami i ponownie się wyprostowała. Bez słowa ruszyła przed siebie.

Strażnicy znów na siebie spojrzeli.

Gdy dotarli do masywnych podwójnych drzwi wiodących do sali tronowej, Szahrzad poczuła, że jej serce gwałtownie przyspieszyło. Drzwi rozwarły się z głośnym jękiem, a ona skoncentrowała się na swoim celu, ignorując wszystko wokół.

Na samym końcu ogromnej komnaty stał Chalid al-Raszid, kalif Chorasanu.

Król Królów.

Potwór z moich koszmarów.

Z każdym krokiem Szahrzad czuła rosnącą we krwi nienawiść, która jeszcze bardziej utwierdzała ją w przekonaniu o słuszności powziętego przez nią celu. Wpatrywała się w Chalida z determinacją. Duma widoczna w jego postawie wyróżniała go spośród mężczyzn w całym orszaku. Im bardziej dziewczyna się do niego zbliżała, tym więcej dostrzegała szczegółów.

Był wysoki i szczupły, miał sylwetkę młodego mężczyzny sprawnego w walce. Jego ciemne, proste włosy zdradzały, że uwielbia porządek.

Kiedy wszedł na podwyższenie, spojrzała na niego bez najmniejszego wahania, zupełnie jakby nie patrzyła w oblicze króla.

Ciemne brwi mężczyzny uniosły się nieznacznie. Znajdujące się pod nimi oczy miały barwę jasnego bursztynu i przy padającym świetle przypominały niemal oczy tygrysa. Oblicze władcy pozostawało niewzruszone, gdy ten bacznie obserwował swą wybrankę.

Jego spojrzenie było przenikliwe, twarz przystojna.

Wyciągnął do niej rękę.

Gdy podała mu swoją, przypomniała sobie o ukłonie.

W całym jej ciele pulsował gniew, więc rumieniec spowił jej twarz.

Gdy ponownie spojrzała w oczy władcy, ten mrugnął.

- Małżonko. - Skinął głową.

- Mój władco.

Doczekam jutrzejszego zmierzchu. Nie popełnię błędu. Przyrzekam, dożyję tylu zachodów słońca, ilu będzie trzeba.

I zabiję cię.

Własnoręcznie.