Rozdział 2
Z mokrymi włosami wyglądającymi najprawdopodobniej jak szczurze gniazdo siedziałam w kuchni, nagą stopą bębniąc w ścianę, a w dłoni trzymałam szklankę z sokiem pomarańczowym.
Mieszkanie Zayne'a było niewiarygodnie puste, przypominało raczej dom z katalogu.
Oprócz moich czarnych wysokich butów, które leżały przy windzie, nie widziałam tu żadnych porozrzucanych osobistych rzeczy. No chyba że za takową uznać wiszący w kącie worek bokserski i niebieskie maty przy ścianie.
Miękki, kremowy, starannie złożony koc leżał na kanapie i to by było na tyle. Na blacie nie zostawiono nawet zabłąkanej szklanki, żadne brudne naczynia nie leżały w zlewie. Jedynym pomieszczeniem, które sprawiało wrażenie zamieszkałego, była sypialnia, ale tylko dlatego, że walały się tam moje ubrania.
Może zimna dodawał również przemysłowy charakter loftu. Betonowe podłogi, wielkie metalowe wentylatory, które szumiały cicho obok stalowych belek na suficie, nie dodawały ciepła otwartej przestrzeni. Tak samo jak cała przeszklona ściana, której szyby musiały być przyciemnione, aby wpadające przez nie światło nie sprawiło, bym zapragnęła wydłubać sobie gałki oczne.
Oszalałabym, gdybym była jedyną, która tu mieszkała.
To właśnie o tym myślałam - o bardzo ważnych rzeczach - gdy nagle poczułam ciepło w klatce piersiowej.
- Co jest? - szepnęłam do pustego pomieszczenia. Ciepło narastało.
Miałam zawał serca? Dobra. To głupie z wielu powodów. Potarłam mostek. Może to niestrawność i początki wrzodów...
Chwila.
Opuściłam rękę, w której trzymałam szklankę. Usłyszałam, jakby echo bicia własnego serca i nagle zrozumiałam, co to było. Rety, więź - Zayne był blisko.
Teraz, kiedy miałam na niego radar, okazało się to lekko - albo bardzo - dziwne.
Zaczęłam obgryzać paznokieć, po czym wzięłam szklankę i w dwóch głośnych łykach dopiłam sok. Serce przyspieszyło na dźwięk windy i spojrzałam na stalowe drzwi, gdy moje ciało wypełniła nerwowa energia. Odstawiłam szklankę, nim wypadłaby mi z ręki. Za każdym razem, gdy widziałam Zayne'a, czułam się znowu jak za pierwszym razem, ale nie tylko o to chodziło.
Płakałam przez niego zeszłej nocy - nad jego losem.
Ciepło wspięło się po mojej szyi. Nie byłam beksą. Aż do zeszłego wieczoru sądziłam, że mam nieczynne kanaliki łzowe. Niestety okazało się, że są w pełni sprawne. Szlochałam i miałam niezbyt ładny katar.
Drzwi się rozsunęły, a niepokój powiększał się w moim brzuchu, gdy do pomieszczenia wszedł Zayne.
Kurde.
Miał na sobie zwykły, biały podkoszulek i ciemne jeansy, które wydawały się szyte na jego miarę. Materiał T-shirtu rozciągał się na szerokich ramionach i piersi, a jednocześnie był dopasowany do wąskiej talii. Wszyscy strażnicy byli duzi w ludzkiej postaci, ale Zayne był jednym z tych największych, jakich kiedykolwiek widziałam. Mierzył pewnie ze dwa metry.
Miał piękne blond włosy, naturalnie pofalowane tak, że nie byłabym w stanie tego odtworzyć nawet za pomocą samouczków na YouTubie i kilkunastu lokówek. Dziś miał je spięte na karku, a ja żywiłam nadzieję, że nigdy nie zetnie długich pasm.
Zauważył mnie natychmiast i nawet jeśli z miejsca, w którym siedziałam, nie byłam w stanie dojrzeć jego oczu, czułam, że na mnie patrzy. To w jakiś sposób jednocześnie było mocne i łagodne, przez co zadrżałam i pomyślałam, że dobrze zrobiłam, odkładając wcześniej szklankę.
- Cześć, śpiochu - przywitał się, gdy zasunęły się za nim drzwi windy. - Cieszę się, że wstałaś i możesz się ruszać.
- Przepraszam, że spałam aż tak długo. - Uniosłam ręce, po czym je opuściłam, nie wiedząc, co z nimi zrobić. Zayne miał jakiś zwinięty papier pod pachą, a w drugiej dłoni brązową papierową torebkę. - Pomóc ci z tym? - zapytałam, nawet jeśli to głupie, biorąc pod uwagę, że Zayne mógł jedną ręką podnieść forda explorera.
- Nie. I nie przepraszaj. Musiałaś odpocząć. - Nawet w okularach widziałam niewyraźnie jego twarz, ale stawała się ostrzejsza z każdym krokiem, z którym się do mnie zbliżał.
Wzrok mnie zawodził, lecz dobrze wiedziałam, jak wygląda strażnik. Zapierał dech w piersi, cechowało go brutalne piękno. Mogłabym wymyślać przymiotniki, żeby go opisać, choć, szczerze mówiąc, żaden nie byłby w pełni odpowiedni.
Cera miała złoty odcień, który jednak nie miał nic wspólnego z przebywaniem na słońcu. Wydatne kości policzkowe pasowały do wyrazistych ust i żuchwy, która równie dobrze mogłaby być rzeźbiona z granitu.
Chciałabym, by był nieco mniej atrakcyjny - albo ja mniej płytka - ale nawet gdyby obie te rzeczy miały miejsce, w efekcie końcowym nie uczyniłoby to większej różnicy. Zayne nie był przystojniakiem z paskudnym charakterem czy mdłą osobowością. Cechowała go wielka inteligencja oraz cięty dowcip. Uważałam go za zabawnego, nawet jeśli działał mi na nerwy i był nadopiekuńczy. A co najważniejsze, Zayne był naprawdę dobry, czego większość po prostu nie doceniała.
Miał duże, łaskawe serce, nawet jeśli brakowało mu fragmentu duszy.
Istniało powiedzenie mówiące, że oczy to zwierciadło duszy, co się sprawdzało. Przynajmniej w przypadku strażników, a przez to, co mu się przytrafiło, jego tęczówki były jasne i miały odcień lodowego błękitu.
Spotykał się z Laylą - półdemonem, półstrażniczką - z którą się wychowywał, a która była córką samej Lilith. Pocałowali się i przez moc matki, która zaczęła przejawiać się w ciele córki, została mu odebrana część duszy.
Zacisnęłam dłonie w pięści. Do wyssania doszło przypadkowo, a Zayne znał wiążące się z tym zagrożenie, jednak to nie powstrzymało gniewu i czegoś bardziej kwaśnego, co się we mnie zrodziło. Strażnik pragnął jej na tyle mocno... kochał ją na tyle, by podjąć ryzyko. Znalazł się w tak wielkim niebezpieczeństwie, żeby tylko ją pocałować.
To ekstremalne, bo wątpiłam, by mniejsza dusza została optymistycznie powitana przy niebiańskiej bramie bez względu na to, jak dobre było czyjeś serce.
Taka miłość nie mogła ot tak po prostu wyparować, nie w ciągu siedmiu miesięcy. Nie chciałam mieć tej świadomości. Powinnam zamknąć ją w swojej mentalnej szafce, a jednak kłuła w pierś.
- Dobrze się czujesz? - zapytał, kładąc torebkę i rulon na kuchennej wyspie. Zapach dobiegający z opakowania przypominał grillowane mięso.
Zastanawiałam się, czy wychwytywał coś przez więź, gdy wpatrywałam się w to, co przyniósł. Przytaknęłam.
- Jeśli chodzi o wczorajszą noc...
- Co z nią?
- Przepraszam, no wiesz, za to, że tak ryczałam. - Zaczerwieniłam się.
- Nie musisz przepraszać, Trin. Tak wiele przeszłaś...
- Ty również. - Wpatrywałam się w swoje palce z obgryzionymi paznokciami.
- Potrzebowałaś mnie, a ja musiałem tam być. - Sprawiał, że było to takie proste, jakby od zawsze takie było nasze przeznaczenie.
- Powiedziałeś to już wczoraj.
- Dziś to nadal prawda.
Zacisnęłam usta i ponownie pokiwałam głową, odetchnęłam głęboko, po czym powoli wypuściłam powietrze. Poczułam ciepło jego dłoni, zanim złapał mnie za podbródek. Kiedy zetknęły się nasze ciała, przeszył mnie dziwny prąd, ale nie miałam pojęcia czy to przez więź, czy to on tak na mnie działał. Wyjątkowy zapach, który przypominał miętę, dotarł do mojego nosa. Zayne odchylił moją głowę, abym popatrzyła na niego.
Pochylał się nad wyspą z ręką wyciągniętą nad rulonem. Jasne oczy omiotły wzrokiem moje oblicze, aż uniósł się kącik jego ust.
- Nosisz okulary.
- Tak.
Krzywy uśmieszek się powiększył.
- Nieczęsto ich używasz.
To prawda, ale nie robiłam tego z próżności. Pomagały jedynie przy czytaniu książek czy patrzeniu w ekran laptopa, a poza tym sprawiały, że przedmioty stawały się nieco mniej rozmyte.
- Lubię je. Podobasz mi się w nich.
To zwykłe kwadratowe szkła w czarnych oprawkach, bez żadnego wzoru, ale nagle pomyślałam, że mogłabym nosić je częściej.
Zaraz jednak zapomniałam o okularach, bo przesunął palce z mojego podbródka i poczułam, że powiódł kciukiem tuż pod moją dolną wargą. Zadrżałam i się zarumieniłam, bo poczułam ekscytację i radość.
Chcesz ponownie mnie pocałować, prawda?
Słyszałam te słowa tak wyraźnie, jakby wypowiedział je na głos, jak wtedy, gdy pomogłam mu usunąć z piersi szpon wroka. Przytaknęłam wówczas bez wahania, nawet jeśli to nie do końca był mądry pomysł.
Ale nierozsądne pomysły zawsze były fajne - bardzo.
Opuścił wzrok, rzęsy przysłoniły mu oczy i pomyślałam, że może patrzy na moje usta i że... bardzo bym tego chciała.
Odsunęłam się od niego.
Zayne przeniósł rękę na swoją szyję.
- Jak ci się spało?
- Dobrze - wydusiłam, gdy emocje opadły, a puls nieco zwolnił. - A tobie?
Spojrzenie, które mi posłał, gdy się wyprostował, mówiło, że nie był pewien, czy mi wierzyć.
- Spałem, bo byłem wykończony, ale mogłoby być lepiej.
- Kanapa pewnie nie jest za wygodna.
Ponownie popatrzył mi w oczy, aż dech uwiązł mi w gardle. Wiedziałam, że nie powinnam proponować mu łóżka, ale było na tyle duże, żebyśmy oboje się zmieścili, no i oboje byliśmy dorośli. Tak jakby. Wcześniej spaliśmy razem i nic się nie stało, chociaż ostatnim razem nie było już tak kolorowo.
Zayne wzruszył ramionami.
- Przeczytałaś mój liścik?
Odczułam ulgę po zmianie tematu i pokręciłam głową.
- Orzeszek widział, jak piszesz i mi o wszystkim powiedział. Mówił, że poszedłeś do Nicolaia.
Zamarł, otwierając papierową torebkę. Zacisnęłam usta, aby powstrzymać się od uśmiechu, gdy na niego popatrzyłam.
- Jest tu teraz?
Rozejrzałam się po pustym mieszkaniu.
- Nie, z tego co mi wiadomo. Dlaczego pytasz? Wkurzasz się, że był przy tobie, a ty o tym nie wiedziałeś? - droczyłam się. - Wystraszyłeś się małego Orzeszka?
- Jestem wystarczająco pewny siebie, aby przyznać, że duch w pobliżu przyprawia mnie o ciarki.
- Ciarki? - Parsknęłam śmiechem. - Czy ty masz nadal dwanaście lat?
Prychnął, otworzył torebkę i dało się wyczuć grillowane mięso.
- Uważaj, bo inaczej zjem hamburgera dla ciebie na twoich oczach i jeszcze będę się tym rozkoszował.
Zaburczało mi w brzuchu, gdy wyjął biały kartonik.
- Rzuciłabym cię na ścianę, gdybyś to zrobił.
Zaśmiał się, położył opakowanie przede mną, następnie wyjął kolejne.
- Chcesz coś do picia? - Obrócił się do lodówki. - Chyba może być tu cola, skoro nie chcesz pić wody.
- Woda jest dla tych, którzy martwią się o swoje zdrowie, a ja nie prowadzę takiego życia.
Ponownie kręcąc głową, wyjął puszkę gazowanej słodkości i butelkę wody. Przesunął puszkę po blacie wyspy.
- Wiesz, że większość osób uważa, iż picie ośmiu szklanek wody dziennie jest tak samo zdrowe, jak to, by codziennie jeść jabłko? - zapytałam. - A tak naprawdę musisz pić wodę jedynie, kiedy czujesz pragnienie, bo właśnie po to ono jest, a ją czerpiesz również z innych napojów, takich jak moja piękna, cudowna cola, oraz z jedzenia. Wiesz, że badania na ten temat dowiodły, że większość dziennego zapotrzebowania na wodę możesz czerpać z żywności, jednak kiedy upubliczniono raporty, jakoś wygodnie to pominięto? - rzucałam pytaniami. Zayne uniósł brwi i odkręcił butelkę. - Podsumowując, nie ma żadnych naukowych dowodów, które popierają zasadę ośmiu szklanek, a ja nie jestem kimś, kto chciałby topić się w wodzie. - Otworzyłam puszkę. - Zatem żyjmy na całego.
Wypił połowę butelki jednym haustem.
- Dzięki za lekcję dietetyki.
- Proszę. - Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu i otworzyłam kartonik. Żołądek zatańczył z radości, gdy zobaczyłam frytki oraz soczyste mięso wciśnięte między dwa kawałki opieczonej, sezamowej bułki. - A ja dziękuję za jedzenie. Jesteś bardzo opiekuńczy.
- Tak. Lubię się opiekować.
Spojrzałam na niego. Nie patrzył na mnie, bo otwierał opakowanie burgera, co było dobre, bo po jego słowach moja wyobraźnia zaczęła szaleć.
W mojej piersi zrodziła się emocja, która podejrzanie pachniała jak pieprz. To była frustracja i pomyślałam, że może pochodzić od Zayne'a.
Dziwne.
- Ale naprawdę nie możesz się mnie w tej chwili pozbyć, prawda? - Spojrzał na mnie przez rzęsy. - Utknęłaś ze mną.
- Tak. - Zamrugałam i dokończyłam odpakowywanie burgera. Nie myślałam o tym jednak w ten sposób. Był moim protektorem, a ja prawowitą, której miał strzec. Razem stanowiliśmy siłę, z którą należało się liczyć, ponieważ zostaliśmy stworzeni dla siebie nawzajem, a jedynym, co mogło nas rozdzielić była śmierć.
Czy w głębi duszy sądził, że ze sobą utknęliśmy, nawet jeśli nie zawahał się, gdy padła propozycja, żeby się ze mną związał? Czy nie tak było z Mishą? Poza tym, że nigdy nie powinna łączyć nas więź, wyczuwałam rosnący w nim niepokój, ale byłam tak zajęta własnymi sprawami, że nie zwróciłam na to uwagi.
Aż było już za późno.
Zayne dowiedział się, że mama powinna przyprowadzić mnie do jego ojca, a ponieważ tego nie zrobiła, lider klanu sądził, że Zayne powinien zaopiekować się Laylą. W jakiś sposób pomylił mnie, prawowitą, która miała sporo anielskiej krwi z dziewczyną, która była półdemonem i półstrażniczką.
Trochę wielkie ups.
Nie miałam pojęcia, jak czuł się w związku z tym Zayne. Albo czy miało to dla niego znaczenie, że to ze mną miał się wychowywać.
Uniosłam wierzchnią część bułki, wyjęłam gruby plasterek pomidora i już się miałam odezwać, ale popełniłam błąd i popatrzyłam na jego jedzenie. Miał kanapkę z grillowanym kurczakiem. Uniosłam wargę, bo wyglądała tak apetycznie, jak tylko może wyglądać nieprzyprawiona pierś z kurczaka. Położyłam wierzch bułki na burgerze, a Zayne wgryzł się w swoją kanapkę.
- Jesteś potworem - szepnęłam.
Zaśmiał się.
- Będziesz to jadła? - Wskazał na pomidora, którego się pozbyłam. Pokręciłam głową. - Oczywiście, że nie. Nie lubisz ani warzyw, ani wody.
- To nieprawda. Lubię cebulę i pikle.
- Tylko jeśli są w hamburgerze. - Okrążył wyspę i usiadł obok mnie, wziął pomidora i położył na grillowanym kurczaku. - Jedz, a pokażę ci, co dostałem od Nica.
Pochłonęliśmy burgery, siedząc obok siebie, dzieląc się serwetkami i nie czuliśmy potrzeby, by wypełniać ciszę nic nieznaczącymi słowami. Panowała dość zaskakująca intymna atmosfera. Kiedy skończyliśmy, zgłosiłam się na ochotnika do sprzątania, ponieważ on przyniósł jedzenie, a ja tylko spałam. Wytarłam wyspę i wróciłam na stołek obok niego.
- Zanim przyjrzymy się temu, co tam przyniosłeś, mam do ciebie prośbę. - Odetchnęłam płytko.
- Zrobione - odparł.
Uniosłam brwi.
- Jeszcze nie powiedziałam ci, o co chodzi.
Wzruszył wielkimi ramionami.
- Cokolwiek to będzie, zrobię to.
Wpatrywałam się w niego.
- A co, gdybym poprosiła, żebyś zamienił swoją impalę na minivana z lat osiemdziesiątych?
Spojrzał na mnie, marszcząc brwi.
- To byłaby naprawdę dziwna prośba.
- No właśnie, a ty się zgodziłeś!
Przechylił głowę na bok.
- Jesteś dziwna Trin, ale nie sądziłem, że aż tak.
- Wydaje mi się, że twoje słowa powinny mnie obrazić.
Wyszczerzył się w uśmiechu.
- Co to za przysługa?
- Potrzebuję pomocy... w treningu. - Zgarbiłam się nieco. - Wcześniej codziennie trenowałam z Mishą. Nie potrzebuję aż tak częstych ćwiczeń, ale muszę się podszkolić w pewnych kwestiach.
Przyjrzał mi się uważnie.
- Wiesz, że mam kiepskie widzenie peryferyjne, prawda? - Uniosłam nogi z podłogi i położyłam je na podpórce stołka. - Nic nie widzę kątem oka, więc kiedy walczę, staram się zachować wystarczającą odległość od przeciwnika, abym miała go możliwie najbardziej przed sobą.
Przytaknął.
- Logiczne.
- Misha znał moje słabości i wykorzystał je, dzięki czemu zadał mi tyle ciosów. Na jego miejscu zrobiłabym to samo. Wszystkie chwyty dozwolone.
- Ja też - mruknął.
- I wątpię, by Misha zachował tę informację dla siebie. Mógł powiedzieć Baelowi. Może nawet zwiastunowi - dumałam. - Muszę się podszkolić. Nie wiem jak, ale muszę...
- Chcesz nauczyć się nie polegać całkowicie na wzroku? - podsunął.
Westchnęłam i pokiwałam głową.
- Tak.
Zacisnął na chwilę usta.
- Praca nad tym to świetny pomysł, a treningi zawsze są dobre. Nie pomyślałem o tym.
- Cóż, utworzyliśmy więź i...
Posłał mi przelotny uśmiech.
- Pozwól, że najpierw przemyślę, jak spełnić twoją prośbę.
Uśmiechnęłam się, bo mi ulżyło.
- Też o tym pomyślę. Co więc chciałeś mi pokazać?
Rozwinął papier na wyspie.
- Gideon wydrukował plany domu senatora Fishera, które sfotografowała Layla. Przypuszczałem, że będziesz chciała je zobaczyć.
Nie byłam w stanie dostrzec ich w nocy, więc to niesamowicie zmyślne z jego strony. Pochyliłam się nad papierem, który zajmował połowę wyspy i przyjrzałam się planom, a Zayne podniósł się z miejsca. Nie miałam doświadczenia w oglądaniu czegoś takiego, ale zaraz dokładnie poznałam ich założenia.
- To plany szkoły, prawda? Te kwadraty to klasy. To stołówka, a to pokoje w internacie.
- Tak. - Wrócił do mnie z laptopem. - Gideon poszukał, ale nie znalazł żadnych pozwoleń powiązanych z senatorem i szkołą. Przejrzę ogólnodostępną wiedzę w internecie na ten temat, bo on szukał w specjalistycznych bazach danych.
- Dobry pomysł - mruknęłam, wpatrując się w plany.
- Posłuchaj - powiedział po dłuższej chwili. - Wiemy, że Fisher to lider społeczności i znany jest jako kochający Boga człowiek, który ceni wartości rodzinne z lat pięćdziesiątych.
- Jak na ironię - rzuciłam.
- Nawet nie zliczę, ile skojarzeń miałem do religijnych treści. Nawet do Kościoła Dzieci Bożych.
Przewróciłam oczami.
- Cóż, to powinna być jakaś podpowiedź.
Prychnął.
- Według ich strony, wierzą w jakiegoś proroka lub zbawcę, którego przeznaczeniem jest ocalenie Ameryki. Nie mam jednak pojęcia przed czym. - Poklikał na klawiaturze i przechylił głowę na bok. - Na szczęście ci ludzie wydają się być bardzo małą grupą.
Dzięki Bogu. W sytuacji z senatorem można się było doszukać pokręconej ironii. Mężczyzna definitywnie nie był fanem Boga, biorąc pod uwagę to, że zadawał się ze starożytnym demonem wyższej kasty i chodził do czarownic po zaklęcia, które zmieniały ludzi w chodzące mięso armatnie - to ten sam konwent, który nas zdradził, informując o nas demona Aima, który na szczęście teraz już nie żyje.
Rety, żałowałam, że nie umiem rzucać zaklęć, bo zesłałabym na ten konwent ospę i tym podobne.
- Wątpię, aby planował coś dobrego.
- Zgadzam się. - Nadal stukał w klawiaturę. - Wygląda na to, że pożar trafił do sieci. - Obrócił laptopa, bym mogła zobaczyć zdjęcie zwęglonego budynku z nagłówkiem: "Nocny pożar zniszczył domostwo senatora Fishera". - Nie piszą za wiele, poza tym, że ogień wybuchł z powodu wadliwej instalacji elektrycznej.
Prychnęłam.
- Może nie jestem specjalistką, ale poważnie wątpię, aby kogokolwiek skłoniło do myślenia, że pożar miał coś wspólnego ze zwarciem elektrycznym... - urwałam, gdy przed oczami stanęły mi czerwone płomienie i Zayne, który w postaci strażnika był niemal niezniszczalny, a palił się i niemal umarł...
- Fisher zapewne zna ludzi pracujących w straży pożarnej - wyjaśnił, wyrywając mnie z zamyślenia. - Kiedy demony infiltrują ludzi, staje się to epidemią, demoniczną chorobą. Pierwszy człowiek, którego dopadną, będzie nosicielem i rozsieje to na innych, jak wirusa, który rozprzestrzenia się poprzez kontakt. Im dalej znajduje się źródło od nosiciela, tym bardziej ludzie nie zdają sobie sprawy dla kogo lub czego tak naprawdę pracują.
- Ale senator wie, że współpracuje z demonem. Poszedł do konwentu i dostał zaklęcie. - Zmarszczyłam brwi. - I obiecał im część prawowitego, czyli mnie. Dupek.
Niski, chrapliwy dźwięk sprawił, że drobne włoski stanęły dęba na całym moim ciele. Rozejrzałam się po kuchni, by sprawdzić, skąd pochodzi. Nigdy nie widziałam ogara piekielnego, ale wyobrażałam sobie, że tak właśnie warczą. Jednak dźwięk ten pochodził od Zayne'a.
Wytrzeszczyłam oczy.
- Nie dojdzie do tego. - Jego tęczówki błysnęły intensywnym jasnoniebieskim blaskiem. - Nigdy. Mogę ci to przyrzec.
Powoli pokiwałam głową.
- Nie dojdzie.
Popatrzył mi w oczy, po czym wrócił do swoich poszukiwań. Moją pierś przeszył strach, mięśnie mi zesztywniały, po czym zrozumiałam, że Zayne... oddałby za mnie życie. Niemal już do tego doszło, a miało to miejsce jeszcze zanim utworzyliśmy więź. Odepchnął mnie z drogi podczas ataku Aima i niemal zginął. Demon władał piekielnym ogniem, który był w stanie spalić wszystko na swojej drodze, wliczając w to strażnika.
Oddanie za mnie życia należało do obowiązków Zayne'a jako mojego protektora. Jeśli umrę, to on także, a jeśli zginie ochraniając mnie - przeżyję i będę musiała znaleźć sobie kolejnego na jego miejsce - kolejnego jak Misha, z którym nigdy nie powinna łączyć mnie więź.
- Nie musisz się bać - powiedział, wpatrując się w ekran laptopa.
Zerknęłam na niego. Blask z urządzenia oświetlał jego oblicze.
- Co?
- Czuję to. - Położył dłoń na piersi, na co się spięłam. - To jak sopel przy moim sercu. I wiem, że nie boisz się ani mnie, ani o siebie. Jesteś na to za silna. Boisz się o mnie, ale nie musisz. Wiesz dlaczego?
- Nie - szepnęłam.
Posłał mi niewzruszone spojrzenie.
- Jesteś silna i cholernie dobrze walczysz. Mogę być twoim protektorem w niektórych przypadkach, ale kiedy walczymy, jestem twoim partnerem. Wiem, że celowo nie narazisz mojego tyłka. Nie ma mowy, bym dał się pokonać, gdy będziesz przy mnie, więc wyrzuć te obawy ze swojej głowy.
Zaparło mi dech w piersi. To była prawdopodobnie najmilsza rzecz, jaką ktokolwiek kiedykolwiek mi powiedział. Zapragnęłam go przytulić. Jednak tego nie zrobiłam. Zdołałam utrzymać ręce przy sobie.
- Lubię, gdy mówisz, że jestem niezła.
Uśmiechnął się.
- Jakoś się nie dziwię.
- Czy to oznacza, że w końcu przyznasz się do porażki? Do tego, że to ja wygrałam w sali treningowej w posiadłości strażników? - zagadnęłam.
- No weź. Nie będę kłamał, abyś poczuła się lepiej.
Roześmiałam się, zebrałam włosy z karku i skręciłam je na całej długości.
- Idziemy dziś na patrol?
Strażnicy pozostawali czujni, aby utrzymać demony w ryzach, ale nie o coś takiego mi chodziło. Szukaliśmy pewnego demona oraz stworzenia, które nie wiedzieliśmy jak nazwać, poza "zwiastunem".
Milczał przez chwilę.
- Myślałem, że wieczorem sobie odpoczniemy. Spędzimy miłe chwile w domu.
Miłe chwile w domu z Zayne'em? Częściowo tego chciałam, ale fakt, że tak mocno tego pragnęłam, powinien zasugerować, żebym absolutnie tego nie robiła.
- Myślę, że powinniśmy poszukać zwiastuna - powiedziałam. - Musimy go znaleźć.
- Tak, ale czy jedna noc, gdy odpoczniemy, zrobi nam różnicę?
- Znając nasze szczęście, to pewnie tak.
Na jego twarzy pojawił się uśmieszek, ale zaraz zniknął.
- Na pewno jesteś gotowa? Wczoraj...
Spięłam się.
- Wczoraj było wczoraj. Jestem gotowa. A ty?
- Zawsze - mruknął, po czym dodał nieco głośniej: - Pójdziemy dziś na patrol.
- Dobrze.
Ponownie skupił się na ekranie.
- Znalazłem coś. To artykuł ze stycznia z "Washington Post", w którym piszą, że Fisher opowiada o zdobywaniu funduszy na szkołę dla przewlekle chorych dzieci. Cytuję: "Szkoła stanie się miejscem radości i nauki, w którym choroba nie będzie nikogo definiowała i nie wpłynie na niczyją przyszłość". A potem mówił, że na stałe będzie tam personel medyczny, psychologowie oraz najnowocześniejszy sprzęt rehabilitacyjny.
- To nie może być prawdziwe, nie? To, że buduje szkołę dla chorych dzieci. Jak demoniczny szpital Świętego Judasza? - Wkurzona mogłam się jedynie wpatrywać w słowa, których nie widziałam wystarczająco wyraźnie, by je odczytać. - Wykorzystywanie chorych dzieci jako przykrywki? Rety, to całkiem nowy poziom zła.
- Cóż, poczekaj, aż usłyszysz to. - Odchylił się i skrzyżował ręce na piersi. - Mówi, że cały plan ma na celu uhonorowanie żony, która zmarła po długich zmaganiach z rakiem.
- Boże. Nie wiem, co gorsze.
- To równie straszne. - Spojrzał na mnie. - Napisano, że kupił ziemię pod tę szkołę, więc ciekawe, dlaczego Gideon nic nie znalazł. Zastanawiam się przez to, dlaczego to nie jest łatwo dostępna informacja publiczna.
Upiłam łyk coli.
- Nie wierzę, że to się naprawdę dzieje, że rzeczywiście buduje szkołę. Po co miałby to robić? Szczerze wątpię w jego dobre intencje.
- Masz rację. A wiesz, co jest najbardziej pokręcone? Ludziom przydałaby się taka szkoła, więc chętnych do zaangażowania się w projekt nie zabraknie. - Przerażająca prawda. - Moja wyobraźnia podpowiada, że może stać za tym wiele okropnych motywów, zwłaszcza jeżeli senator ma powiązania z Baelem i zwiastunem.
A wszyscy oni - Aim, Bael i zwiastun - prowadzili z powrotem do Mishy.
Dlatego musiałam wyjść, znaleźć Baela i zwiastuna. To po prostu konieczne. Nie dlatego, że zwiastun polował na strażników i demony, ani dlatego, że ojciec chciał nas ostrzec, że zwiastun dąży do końca świata, ale ponieważ była to również sprawa osobista.
Misha powiedział, że zwiastun go wybrał, a ja musiałam wiedzieć dlaczego... Dlaczego został wybrany, dlaczego na to przystał? Musiałam wiedzieć, dlaczego zrobił to, co zrobił.
Musiałam zrozumieć.
Spojrzałam w dół i uświadomiłam sobie, że zaciskam pięści tak mocno, że obgryzione paznokcie wbiły mi się w dłonie.
Nie mogłam doczekać się wieczoru.