1
Tydzień wcześniej
Gorlicki park miejski imienia Wojciecha Biechońskiego rozciągał się wzdłuż brunatnych wód rzeki Ropy. Przyklejona do niej podłużna plama zwana parkiem znacznie bardziej przypominała las. Bór pełen ciemnych zakamarków, dzikich zagajników, może nawet zwierząt. Nad parkiem wisiała ostra skarpa, nad skarpą zaś znajdowały się gęste krzaczory, a za nimi jeszcze szereg domów, z góry patrzących na Gorlice.
I nawet droga do niego prowadząca bardziej niż miasto powiatowe przypominała Amazonię. Przerzucony nad Ropą most był żelazny, wiszący, chwiejny; jakby miał się zapaść pod kolejną wycieczką szkolną.
Komisarz Nina Warwiłow stała na samym końcu tego mrocznego boru, oparta o pordzewiałe barierki. Przed nią kłębił się tłumek gorlickiej policji; łatwo było wyczuć ekscytację.
Zwłoki, to po pierwsze. Zabójstwo, to wydawało się również dość oczywiste. No i bezimienność.
Całkiem zgrabna bezimienność, białe jak mleko nogi ofiary, krótka skórzana kurtka. Twarz pokryta ranami i zamarzniętą krwią. Włosy kobieta miała rozsypane na śniegu, a za krawędzią jej spódnicy Nina dostrzegła fragment czegoś ciemnego. Pieprzyk? Wydawało się zbyt duże jak na znamię. Czekała więc, aż skończą, żałując, że nie może od razu zaspokoić ciekawości. Jeszcze chwila.
Wyprostowała się i machinalnie wyjęła z kieszeni kurtki elektronicznego papierosa. Tu, w górach, nie przestała się z nim rozstawać, jakby papieros na prąd w jakiś sposób ją ogrzewał. Za to elegancki granatowy płaszcz ustąpił miejsca workowatej puchowej kurtce z sieciówki. I jak na sieciówkę przystało, kurtka nie trzymała ciepła. Warwiłow wzdrygnęła się od ostrego, chłodnego podmuchu powietrza.
Usłyszała chrząknięcie za plecami. Prokurator Andrzej Tekielski pojawił się już na miejscu zbrodni. Był szarawy jak grudniowa aura: ziemista cera, wąskie usta, fryzura na wojskowego jeżyka. Podszedł bliżej, spojrzał wymownie na elektronicznego papierosa - ta moda powoli przecierała sobie szlaki w Gorlicach - i zapytał:
- Wnioski?
- Na razie brak.
Wbił w nią spojrzenie ciemnych oczu.
- Samobójstwo to nie jest - orzekł.
Nie odpowiedziała. Chwilę się w nią wpatrywał, czekając na reakcję.
- Rany na twarzy... - wznowił z mniejszą pewnością siebie.
- Nie sądzę, żeby były wydziobane przez ptaki, jeśli pan o to pyta. Ani inne leśne zwierzęta, jeśli bywają...
- W parku?
Wydawał jej się wyjątkowo dziki, a przecież tuż za rogatkami zaczynał się jeszcze dzikszy Beskid Niski i położony w jego sercu Magurski Park Narodowy. Przypuszczenie nie było więc zupełnie bezzasadne. Słyszała, że grasują tu również kuny i łasice.
- Głównie wiewiórki - powiedział prokurator i nie zamierzała spierać się z lokalnym mieszkańcem. - Całe szczęście, że dość szybko ją znaleźliśmy.
Bohater dnia, nieszczęsny biegacz, pracownik Circle K przy Lidlu, stał w pewnym oddaleniu. Powinien stąd odejść, nikt go jednak nie przegonił, być może odpłacając w ten sposób za traumę, która będzie tego człowieka prześladować do końca egzystencji. A może, przeciwnie, była to jego przygoda życia? Psychika ludzka bywa taka zaskakująca.
Odkrywca powinien już stąd pójść, niechybnie podzielić się opowieścią z każdym, kto zawita na cepeen, ale Warwiłow nie miała ochoty wydawać poleceń. Wciąż obserwowała, jak oni tutaj pracują, zdając sobie sprawę z tego, że być może niektórych czynności nie wykonywali już całkiem od dawna.
Morderstwo i Gorlice. Gorlice i morderstwo. Oczywiście zdarzały się pijackie bójki, zwłaszcza na Hallera bądź na Zawodziu. Przestępstwa skomplikowane jak perypetie Kubusia Puchatka. Recydywiści, recydywistyczne rodziny od pokoleń; zabójcy wkładający minimalny trud w ukrycie zbrodni. Albo dokonujący tych zbrodni przy masie świadków, którymi bywała najbliższa rodzina, wcale nie tak chętna, by potem kryć sprawcę. Zbliżał się zresztą gorący okres dla każdej policji, to znaczy zwarcia przy wigilijnym stole - a tu proszę, takie oto preludium.
Preludium nietypowe. Nietypowe dla Gorlic wydawało się również miejsce znalezienia ciała. Nina nie zamierzała przytakiwać prokuratorowi, ale cała ta sceneria, okaleczenie... to wszystko wskazywało na zbrodnię z premedytacją. W konsekwencji zaś - złożone śledztwo. A nadkomisarz Michał Karpiuk, którego obowiązkiem było nadzorować czynności, nawet się tutaj nie pojawił.
- Brak dokumentów, nic... - odezwał się prokurator. Spojrzał na nią uważnie. - A pani komisarz jest dziwnie milcząca.
- Po prostu jeszcze nie wysuwam wniosków.
- Dlaczego?
- Bo myślę.
- Ach tak?
- Żeby się nie pomylić. Nie podążyć w błędnym kierunku na starcie.
Spojrzał na nią, jakby pomyślał, że chciała go obrazić. A potem oczy zalśniły zrozumieniem.
- Chyba że pani już wie...
Pokręciła głową, uśmiechając się lekko, i schowała papierosa do kieszeni. Wokół ofiary zrobiło się nieco luźniej. Podeszła bliżej. Kim jesteś? Gorliczanką, która nieszczęśliwie trafiła dziś do parku? Ofiarą męża lub partnera, co sugerowałyby statystyki?
Pochyliła się nad zwłokami.
Dobrze jej się wydawało, że dostrzegła coś ciemnego na nodze. Podsunęła fragment czerwonej spódniczki, zdecydowanie zbyt lekkiej jak na tę porę roku. Przejechała dłonią po skórze kobiety. Uda bez cellulitu, skóra zadbana, wręcz kontrastująca z krzykliwym strojem.
Podniosła jeszcze wyżej. To, co dostrzegła, to nie był pieprzyk. To były kwiaty. Przechyliła głowę. Trzy czarne tulipany, nawet całkiem gustowne. Bardzo wyraziste. Dlaczego trzy? Po wewnętrznej stronie uda. Nienachalne, widoczne tylko na plaży albo w łóżku.
Usłyszała chrzęst na śniegu. Prokurator stanął za jej plecami. Tak blisko, że gdyby się teraz wyprostowała, musiałaby w niego wpaść.
- Tatuaż? - zapytał.
- Tak.
- Dobrze, przynajmniej jakiś punkt zaczepienia.
Wyprostowała się i przesunęła w stronę barierki, bliżej do Ropy. Nie powiedziała prokuratorowi prawdy. Kilka razy narzekała tutaj w myślach na brak prawdziwych spraw. Teraz miała bardzo prawdziwe zwłoki, ale nie potrafiła się skupić i wrócić do wypróbowanych mechanizmów dedukcji, a myśli, zupełnie chaotycznie, wędrowały w całkiem inną stronę.
Przymknęła oczy. Trzy czarne tulipany. Czysta estetyka? Czy jednak coś symbolizowały? Wewnętrzna część uda, bardzo erotyczne miejsce.
Oderwała się od barierki, czując, że wilgoć przebiła się przez papierową puchówkę. Niby na południu powinno być cieplej, ale tu, w Beskidzie, ciągle odczuwała chłód. W związku z tym przeczuwała szereg kolejnych inwestycji, a powinna zacząć od cieplejszej kurtki.
- Czekam na sekcję - powiedziała. - Teraz to jest zupełna niewiedza. Nie będę zgadywać, panie prokuratorze.
Kiwnął głową, a potem odszedł w stronę ekipy technicznej. Oni rządzili się jednak swoimi prawami i na pewno niepodyktowanymi przez prokuratora. Czuć było bezkrólewie, nieobecność nadkomisarza Michała Karpiuka, i Warwiłow ponownie zadała sobie pytanie, czemu go nie ma. Wydawało się to niemal równie interesujące jak zagadka kobiety z tatuażem.
Obserwowała, jak technicy kończą pracę i jak zwłoki w końcu opuszczają park. Droga do prosektorium była śmiesznie bliska, jak to w małych miastach. Karetka będzie musiała minąć odkryty basen i wjedzie w ulicę Sienkiewicza. Tam skręci w lewo, w Szpitalną, gdzie, adekwatnie do nazwy, znajdował się cel. Wszystko na kupie. Małe odległości, małe grono potencjalnych sprawców.
- Do widzenia - powiedziała do prokuratora i odwróciła się, pozostawiając za sobą policyjny tłumek. Podążyła na piechotę, śladem karetki, bo u wylotu parku zostawiła swoją mazdę.
Jej samochód zdążył już pokryć się śnieżną pierzynką. Wbrew wszystkim możliwym informacjom na temat ocieplenia klimatu odnosiła wrażenie, że tu trwa inna epoka. Mocno śnieżyło już od początku grudnia. Tak jakby Beskid Niski, zgodnie ze swoim kresowym położeniem, nie przyjmował do wiadomości zmian klimatycznych. Jakby obchodziły go bokiem.
Zanim wsiadła, cierpliwie odśnieżyła boczne szyby. Potem chwilę buksowała w miejscu i w końcu udało jej się wyjechać. Skręciła w pełną brunatnego śniegu ulicę. Wlokła się dłuższą chwilę szpalerem aut, ponownie przekraczając Ropę, tym razem normalnym mostem dla samochodów. Objechała rynek dołem, przy Wróblewskiego złapała skrót, podjeżdżając ostro w górę, żeby zaparkować na tyłach 3 Maja. Wysiadła, przekroczyła deptak - dumę Gorlic - i dotarła do restauracji Szara Karczma.
Weszła do środka. Rozejrzała się. Wbrew intuicji, która zdawała się ją ostrzegać, wbrew wszystkiemu miała nadzieję, że go tu znajdzie. I że on wstanie na jej widok. Wysoki, strzelisty, o szerokich barkach. W restauracji było kilka samotnych osób, a wkrótce, dosłownie gdy tylko przekroczyła próg lokalu, usłyszała sygnał esemesa i już wiedziała, co to oznacza.
Nie zdążył.
Nie ogarnął.
Zamknęła oczy, żeby lepiej dostrzec rzeźbiarza oczami wyobraźni. Zastanowić się, co on teraz robi.
Bo może palił peta za petem. Albo znienacka wziął się do wykańczania jakiejś starej rzeźby, niedokończonego dzieła. A może ubierał się bardzo starannie i trzy razy zmienił uczesanie - choć to było z tego wszystkiego najmniej prawdopodobne. Krótka wiadomość, wysłana zapewne już po zjeździe z Warnicy, brzmiała: "Nie dam rady. Widzimy się w galerii". Żadnego przepraszam, nawet głupiego sorry, które tak lubił stosować w mowie. Wielkie, puste nic.
W efekcie lunch zjadła sama i był jak zwykle bardzo dobry: krem ziemniaczano-porowy, curry z ryżem i warzywami. I potem wcale jej się nie śpieszyło, żeby udać się w kierunku Dworu Karwacjanów.
Skoro ona mogła czekać, to on też. Niech stoi sam z tymi swoimi głupimi rzeźbami, czekając na ludzi, być może konkretnie na nią. Spokojnie dopiła espresso. A korzystając z tego, że knajpa zaczęła się wyludniać, wykonała kilka telefonów - dopiero po szesnastej poprosiła o rachunek, po czym wyszła na zewnątrz. W zupełnie inną rzeczywistość. Na 3 Maja zapaliły się już latarnie. W ich świetle pięknie prószył śnieg, omiatając zarówno deptak, księgarnię, jak i ludzi, którzy przechodzili ulicą. Tak jakby gorliczanie, ci bez czapek, osiwieli w jedną noc.
Skręciła w prawo, gdzie znajdował się rynek. Miała nadzieję na piękny widok, pochyły ryneczek pokryty śniegiem. Ale zwały sprawnie usunięto już na bok, a nad tym wszystkim depresyjnie zapadł już zmierzch. Ten dręczący psychicznie moment, kiedy przechodzisz z dnia w noc. Dla niej barierę stanowił obiad, jakby pijąc to espresso, paradoksalnie zwolniła, wpadając w dziurę czasową, i świat się zatrzymał.
Było chłodno, schowała dłonie do kurtki, już zastanawiając się nad powrotem do domu w tych warunkach. Przeszła arkadami wzdłuż rynku i minęła ratusz. Galeria sztuki mieściła się tuż obok, w Dworze Karwacjanów, nazwanym tak od pierwszych właścicieli. Dersław Karwacjan, legendarny założyciel Gorlic, był zapewne najważniejszą postacią miasta aż do czasów Ignacego Łukasiewicza.
Zmierzając na miejsce, zaczęła sama siebie tłumaczyć przed Wojtkiem. Przygotowywać mowę powitalną. Doszła wręcz do wniosku, że ta mała zemsta była z jej strony małostkowa. Że dla niej to tylko jeden pieprzony lunch, a dla Wojtka coś wyjątkowego. Ten raz w roku, jak nie rzadziej, wystawienie prac, wystawienie siebie na widok publiczny.
Przeszła przez dziedziniec Dworu, w środku wspięła się schodami na górę. Zapach starego kamienia, lekka wilgoć... Szła i nagle zaczęła odczuwać niepokój. Coś było nie tak. Policyjny nos, jej własny licznik Geigera, latał na wszystkie strony. Odgłosy, zapachy, ciepło. I w końcu pojawiło się zrozumienie: wyczuwała pierwiastek ludzki, w znacznej ilości. Jeszcze zanim dotarła do celu, zrozumiała, że jej obawy nie tylko były niezasadne. Były idiotyczne.
Na miejscu kłębił się tłum ludzi, w przeważającej większości kobiet. Na tyle gęsty, że nawet nie widziała Wojtka, jego siwej, wysokiej głowy, górującej gdzieś nad całym tym towarzystwem.
Przecisnęła się, trzymając w dłoni kurtkę. W środku galerii od razu zrobiło się cieplej. Rzeźby stały po bokach. Przepiękne, musiała to przyznać. Wiele z nich znała, widziała, jak Wojtek je płodził. Teraz, ładnie oświetlone, budziły wręcz pewne współczucie. Nagość wystawiona na widok publiczny. Te oceniające, pełne podziwu, łapczywe, zazwyczaj zaś obojętne oczy. Wernisaż był wydarzeniem towarzyskim i nic w tym złego. Z roztargnienia zabrała kieliszek wina z tacy, a potem pociągnęła łyk, przypominając sobie o trasie powrotnej. Może z tego wszystkiego lepiej byłoby się upić. Wynająć pokój w hotelu Dumas. Zostać na tę jedną noc.
Wdychała zapach perfum w wąskiej sali. Po chwili zweryfikowała pierwsze wrażenie - mężczyzn też było trochę i przypuszczała, że jest to gorlicka śmietanka. Jak wszędzie indziej, składali się na nią biznesmeni, politycy, prawnicy, no i lekarze. Lekarze wydawali się cieszyć w Gorlicach wyjątkową pozycją. W jednej z kobiet rozpoznała swoją stomatolożkę. Kiwnęła jej głową z oddali, pozostała chyba jednak niezauważona. To niezauważenie zaczęło jej w końcu odrobinę wadzić. Za dużo, zwłaszcza ze strony Wojtka. Gdzie on się podział? Przeciskała się przez tłum, czując, że w końcu ktoś ją pozdrawia, ale nie zareagowała.
Nareszcie go dostrzegła.
Była gotowa wybaczyć mu zapomniany lunch: w życiu nie widziała, aby był taki zadbany. Zawsze uważała, że jest przystojny, ale w szorstki, męski sposób, podkreślany przez niemal permanentne przybrudzenie ubrań. Tym razem włożył ciemną bawełnianą marynarkę, do tego granatową koszulę. Po bokach był ostrzyżony tak krótko, że bardziej niż artystę przypominał żołnierza. Jak przystało na człowieka, który na życie zarabiał, operując ostrzem, strzygł się sam i Nina była zdania, że kiedy mu się chce, jest w tym całkiem sprawny.
No i się uśmiechał. Nie tak jak do niej, gdy byli sam na sam. Ten uśmiech był inny. Wojtek kiwał głową, suszył zęby, wydawał się czarujący. Otaczały go trzy paniusie i jedna bardzo, ale to bardzo ładna młoda dziewczyna z długimi ciemnymi włosami i w pasującej do nich czarnej sukience, którą śmiało można by nazwać wieczorową. Istna Pocahontas.
Świat nagle zwolnił. Hałasy ustały.
"Wojtek", chciała powiedzieć. Cicho, ale tak, by ją usłyszał, zrozumiał sygnał płynący z tych słów. Żeby przeprosił szczebioczące damy i podszedł do niej, pocałował w policzek. Mogłaby nawet dotknąć tych przystrzyżonych włosów za uchem, sprawdzić ich szorstkość, przejechać palcami w górę, a potem w dół. To oczywiście za dużo wśród tylu ciekawskich oczu, ale chciałaby wiedzieć, że ma do tego prawo.
Zamiast tego znienacka zaczęło ją mdlić od tych wszystkich perfum, zapachu wina i potu. Wnętrze było zdecydowanie zbyt zatłoczone. Szlachetne stare mury nie zasługiwały na taki najazd. A może temu obecnie służyły? Odczuwała irytację posłyszanymi rozmowami, które wcale nie dotyczyły rzeźb ani nawet sztuki. Wyćwiczonym uchem słyszała detale: fragmenty transakcji budowlanych, politykę i przede wszystkim śnieg. Śnieg, śnieg, śnieg. To jedno zdawało się zaprzątać myśli ludzi w Gorlicach i pewnie w całej Polsce, bo nareszcie trafiła się prawdziwa zima.
Dość. Zaczęła kierować się ku wyjściu. Obróciła się jednak za szybko i potrąciła człowieka, który nagle znalazł się za jej plecami.
- Przepraszam - szepnęła.
Zdawało jej się, że wylał sobie trochę wina na koszulę. Świadczyła o tym podejrzana, brunatna plama. A także ogólna woń alkoholu; niepotrzebnie skusił się na słowackie wino z kartonu.
Bardzo uprzejmy, odpowiedział, że nic się nie stało. Poczuła ulgę. Ludzie w Gorlicach byli mili, znacznie uprzejmiejsi niż w Warszawie. Te zdrobnienia... Wystarczy powiedzieć, że bywała tu "Ninką". Ciepłe myśli w stronę miasta sformułowała jednak przedwcześnie.
- Komisarz Warwiłow, zgadza się?
Lekko ją zaskoczył.
- Gruszczyński, "Gazeta Gorlicka" - kontynuował. - Jestem ciekaw, czy macie już państwo wnioski po zabójstwie z parku.
- Nie, żadnych wniosków.
- Ale z nadkomisarzem Karpiukiem zawsze...
- Nie było go przy sprawie.
- ...mieliśmy układ - dokończył Gruszczyński z uśmiechem.
- Układ? - lekko podniosła głos. Przynajmniej dziennikarz wyjawił swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym. Wydawało się, że wokół zapadła cisza. - Naprawdę będzie się pan powoływał na Karpiuka?
- Zawsze nam coś podrzucał, wie pani.
- Nie, nie wiem. Ja nie mam w zwyczaju. Proszę się zwrócić do oficera prasowego albo do swojego źródła, może coś wie. A dzisiaj, to znaczy tutaj, jestem osobą prywatną.
I minęła go, potrącając lekko ramieniem, pozostawiając z tym poczciwym uśmiechem na okrągłej twarzy. Nie miała wyrzutów sumienia, nie oglądała się za siebie. Liczyła tylko, że Wojtek nie widział tej sceny. Skierowała się ku wyjściu, zeszła z powrotem kamiennymi schodami, ciesząc się, że nie musi iść do szatni.
Na zewnątrz odetchnęła głęboko i z przyjemnością, choć wilgotny wiatr owiał jej policzki i przesiekł cienką puchówkę na pół. Przeszła przez dziedziniec na ulicę. Widziała stąd fragment rynku. Gorlice wydawały się bardziej szare niż ledwie przed kwadransem.
Redaktor Gruszczyński ostatecznie niewiele ją obszedł. Miała przecież rozległe doświadczenie w relacjach z upierdliwą prasą warszawską. Nie w tym rzecz.
Poczuła się jednak obco, nieprzyjemnie. Niepewnie.
Nie należała jeszcze do tej społeczności, nie była częścią ich "układów", przeplatanych zależności zawodowo-przyjacielskich, jak w każdym niewielkim mieście. Nie wiedziała, czy kiedykolwiek stanie się elementem układanki, co czyniłoby ją samotniejszą od Karpiuka, jednego z najbardziej samotnych ludzi, jakich znała. A jej najbliższa osoba w okolicy stała parę metrów dalej, tyle że odgrodzona niewidzialną barierą.
Nina tęskniła za dotykiem, za rodziną. Za bliskością. I tęskniła za swoją córką.