Gniazdo Białozora - Maria Rodziewiczówna

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG.

Jezioro leżało lśniąc srebrem w triumfie słonecznym majowego odwieczerza. Wszystko żyjące było barwą, wonią i śpiewem: łozy i trzciny, olchy i brzozy, porosty wodne, jałowe piachy nadbrzeżne i powietrze aż mgławe od kwietnego pyłu. Cały kraj święcił gody!

Otulony w gąszcz łóz, w zatoczce skąd widna była bezkreśna, gładka toń wodna, niewidzialny w nawisłych warkoczach brzozy, strojnej w wielki kierz jemioły, stał człowiek ze strzelbą i patrzał. Słońce miał za sobą, więc wzroku nic nie ćmiło i biegł po widowisku, cudnem dla przyrodnika. Bliżej w czerotach roiło się od kaczek wrzaskliwych, swarliwych, łapczywych i rozpustnych.

Zielonogłowe kaczory hulały zapamiętale, lub tłukły się do pół śmierci. Wrzask panował jak w karczmie. Smyrgały wśród tej kaczej czeredy kuliki i rybitwy, bekasy i czajki - czasem porywał się i odlatywał, zgorszony gomonem, ciężki kulon, lub bąk, spłoszony w swej medytacji.

Na gładzi jeziora, jak zjawy, wytryskiwały z głębi nury i nikły, przepływały majestatycznie jak nawy czarne łabędzie, przemykały śmiesznie czubate perkozy, muskały lotkami o toń w tańcach i korowodach, w igrzyskach i łowie czajki, zabłąkane mewy, przelotne miękopióry i burzyki, którym w tej rozkoszy godów nie śpieszno było na daleką północ.

Wrzaski, poświsty, chrapliwe wabie, chichoty, trąbienia, hejnały, bitewne wyzwiska - cała orkiestra wiosennej gry życia.

Parę razy, na widok rzadkiego gościa, myśliwy kładł prawicę na strzelbie, jakby ją od boku do oka chciał podnieść, i wpół ruchu ustawał w refleksji - przed mordem.

A wtem w błękicie nieba zamajaczył ciemny punkt i ozwał się gwizd drapieżny.

Jezioro nagle opustoszało, co żyło, skryło się pod wodę lub w haszcze i zapanowało milczenie lęku.

Cień wielkiego ptaka zatoczył krąg nad wodą, białawemi, potężnemi skrzydły prawie musnął toń i odpłynął w dal błękitu.

Uśmiechnęła się cała twarz człowieka.

- Witaj bracie! Dobrych ci łowów!

Długą chwilę obumarło jezioro trwogą.

Pierwsze nabrały rezonu kaczki, bezpieczne w trzcinach, ale nie śmiały wytknąć się na szeroką gładź - buszowały bezczelnie w ukryciu.

Tedy myśliwy powoli sięgnął do torby u boku.

- Bracie, pomogę ci! - cisnął daleko na wodę ciemny przedmiot i zawabił jak cyranka.

Natychmiast z łóz porwały się dwa kaczory i spadły z pluskiem na wodę otwartą.

Jak aksamity świeciły ich zielone głowy - płynęły na tego wabia samicy.

Nie zdążyły - jak pocisk spadł na nich ptak mocarny i już trzymał jednego w szponach stalowych, bez wysiłku uniósł zdobycz w powietrze i popłynął w błękicie ku ciemniejącym w dali borom.

Patrzał za nim człowiek, z wyrazem przyjacielskim w oczach. Patrzał długo, aż dal pochłonęła skrzydlatego władcę - i wyszeptał:

- Użyj, bracie, sytości! I tobie i nam już tu niedługie trwanie i panowanie!

I.

Katastrofa zdarzyła się na piaszczystym gościńcu - w pustce. Samochód zatoczył się jak człowiek kulą tknięty - skręcił wbok, uderzył o krzywą sosnę i przewrócił się.

Szofer wyleciał w powietrze i padł z jękiem na ziemi. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła, krzyki - potem z rozbitego pudła wydostał się mężczyzna z okrwawioną twarzą i jął ratować resztę towarzyszy. Było ich dwoje. Kobieta wyszła bez szwanku i wydobyta na drogę, machinalnie zaczęła poprawiać kapelusz, wołając:

- Jureczku!... Panie hrabio - co z Jurkiem?

Okrwawiony hrabia pomógł wydobyć się "Jureczkowi", który okazał się szczupłym mężczyzną z trochę tylko nadwichniętą ręką. I oto stanęli wszyscy nad zepsutą maszyną w pustce - zupełnie bezradni.

- Gdzie my właściwie jesteśmy? Trzeba wydobyć mapę. Ach, do djabła, ręką nie władam.

Hrabia począł szukać mapy we wnętrzu samochodu.

- Panie hrabio! I moją torebkę proszę mi wydostać! - wołała kobieta. - Ach, dziękuję panu. Mówiłam ci dawno, mężusiu, że ten komunard szofer zrobi nam na złość rozbicie! Pewnie był pijany.

Wtedy dopiero właściciel obejrzał się wokoło.

- Do djabła, a toć on leży bez ruchu. Zabił się.

- Ech! - mruknęła lekceważąco dama, wydobywając z torebki puder i przeglądając się w lusterku.

Szofer nie był zabity - leżał zapatrzony w niebo, obojętny na wszystko.

- Potłuczeni jesteście mocno, Sawicki? - spytał, stojąc nad nim chlebodawca.

- Nogę mam złamaną! - odpowiedział spokojnie.

- Co się stało?

- Kierownica pękła!

- A do djabła! Co teraz robić?

- Do ludzi iść - po pomoc i szukać innego szofera. Ja mam na miesiąc szpitala.

Hrabia rozłożył mapę na piasku i orjentował się.

- Jesteśmy tutaj... Do Zahosta siedm kilometrów. Ale tu na zachód powinien być niedaleko Nietroń - wieś i dwór. Zaraz się rozejrzę! - Wyszedł na piaszczyste wzgórze, i po chwili przeglądu przez lornetkę, wrócił.

- Zaraz się kończą piaski i widać na prawo wieś - na lewo pewnie dwór. Niedalej jak kilometr na oko. Pójdę tam po pomoc.

- Pójdziemy wszyscy. Ja tu za nic nie zostanę - zaprotestowała dama.

- Sawicki - miejcie oko na maszynę! - rzucił pan.

Szofer nic nie odpowiedział, a oni ruszyli: dama uczepiona do ramienia hrabiego, jej mąż utykając na nogę i piastując wykręconą kiść.

Był to żałosny pochód. Pantofelki damy lgnęły w piasku, przewracała się co krok z powodu wysokich obcasów, piszczała, jęczała, bliska płaczu, zanim przebrnęli wydmę. Potem znaleźli ścieżkę, wydeptaną od wsi i ruszyli ku dworowi.

Znaczył się gromadą starych drzew i wrzaskiem czarnej chmury gnieżdżących się w pobliżu gawronów.

- Ach, cóż to za straszny kraj! - jęczała dama. - A te komary! Jak ja będę wyglądała! A kto tam mieszka! Dzicy ludzie!

- Zapewne jakiś zbankrutowany szlagon. Znam tę nazwę Nietroń, ale nie pamiętam właściciela.

- Polowanie na kaczki musi tu być wspaniałe, - ozwał się mąż damy.

- Chyba mi nie każesz towarzyszyć!

- Nie. Znajdziemy lepsze u hrabiego!

- Niezawodnie.

Ścieżka zmieniła się w polną drożynę, pełną wybojów i kałuż z widocznemi śladami, że wożono świeżo nawóz. Po obu stronach były już pola uprawne, przygotowane pod kartofle.

I oto znaleźli się w obejściu dworskiem. Podwórze otaczały drzewa dzikie i resztki płotów, połatane starym drutem kolczastym. Wprost otworu, gdzie niegdyś była brama, stały resztki spalonego domu i dalej sad. Na lewo długa, niska, słomą kryta oficyna była widocznie zamieszkała, bo kręciły się tam kury i szczekały psy.

Zresztą nie było widać śladu człowieka i wielka cisza południowego posiłku i spoczynku panowała nad tym dworem - zmącona tylko zgiełkiem gawronich lęgów w olszynie opodal.

Skierowali się ku oficynie, a że nikt na spotkanie nie wychodził, hrabia otworzył środkowe drzwi pod gankiem z daszkiem - i znaleźli się odrazu w izbie niskiej, długiej i pomimo słońca, trochę mrocznej - gdzie przy stole obiadowało sporo osób.

- Przepraszam państwa! - rzekł hrabia. - Rozbił się nam samochód na trakcie - jesteśmy poturbowani, bezradni w tem bezludziu i prosimy o ratunek.

Od stołu powstał mężczyzna wysoki, szczupły, z gęstą szpakowatą czupryną.

- Proszę, państwa! - rzekł spokojnie, bez wielkiego zapału.

- Jestem Wiesztorp z Rydwian, a to moi towarzysze podróży, pan wicewojewoda Siecki z małżonką, - przedstawił się hrabia.

- Białozor! - mruknął gospodarz. - Proszę - niech się państwo rozgoszczą. Pan hrabia potrzebuje opatrunku, widzę - Michale!

Na to wezwanie wstał od stołu drugi mężczyzna, taki sam szczupły i szpakowaty, a reszta obiadujących poruszyła się ze swych miejsc.

Stary jegomość z wielką brodą patrjarchy wycofał się zaraz w głąb domu, podeszła jejmość znikła w bocznych drzwiach, dwoje dzieci, chłopak i dziewczynka, smyrgnęły za nią. W izbie zostali dwaj mężczyźni i dziewczyna, która się zajęła rozkładaniem na stole nakryć dla gości.

- To mój brat, trochę doktór, - rzekł Białozor. - On pana opatrzy. Czy nikt na miejscu wypadku nie został ciężko ranny?

- Owszem. Szofer tam leży ze złamaną podobno nogą - i samochód trzeba ubezpieczyć.

Michał już zbadał hrabiego.

- No - to głupstwo. Jodyną zalać i benzyną krew zmyć. Ida - daj mi tu apteczkę.

Dziewczyna wyszła i wróciła z pudełkiem. Postawiła je pod oknem na ławce, przyczem ani spojrzała, ani okazała zajęcie gośćmi.

Zato dama nie spuszczała z niej szyderczych, krytycznych oczu. Żeby ujrzeć takiego raroga, trzeba było zajechać w ten deskami zabity kraj. Była wprawdzie dorodna, swobodna w ruchu i nawet nie brzydka, ale kiedy była, i czy wogóle była między ludźmi?...

Głowę oplatał warkocz, gruby i tęgo spleciony, barwy dojrzałej pszenicy. Miała na sobie ciemną bluzkę pod szyję i z długiemi rękawami, spódnicę tak długą, że ledwie widać było ciemne pończochy i skórzane sandały bez obcasów. Ręce i twarz były opalone jednolicie na bronz, a ręce miały zgrubiałe stawy.

- Dziewka od trzody! - zdecydowała dama.

Tymczasem gospodarz wyszedł i po chwili zajechał pod gmach wozem pojedyńczym, wysłanym słomą.

- Michale, jedźmy po szofera... Ido, podaj państwu obiad i przyrządź posłanie w stryja pokoju dla tego biedaka.

- A co zrobić z samochodem? - zakłopotał się wicewojewoda.

- Radzę odstawić go końmi do Zahosta. Jest tam poczta. Wyślę depeszę do Rydwian - do wieczora mój przyślą, i będziemy mogli dalej jechać. Pan będzie tak uprzejmy wynająć na wsi konie i posłańca na mój rachunek, - hrabia sięgnął do pugilaresu.

Ale Białozor odparł spokojnie:

- Posłałem już cztery fornalskie konie po samochód - i oto chłopak - co z depeszą konno do Zahosta pojedzie. Proszę, niech się państwo tymczasem posilą. Ruszajmy, Michale, tam człowiek bardzo nas wygląda.

- Proszę na obiad! - rozległ się cienki głosik, i dziewczynka dziesięciolatka postawiła na stole półmisek kartofli i zaczęła rozlewać barszcz na talerze.

Zasiedli. Nakrycie było złożone z grubego fajansu i wytartego frażetu; czarny chleb, dzban mleka i bukiet bzu na stole.

- Pauvres gueux! Comme c'est rustique! - rzekła dama. - La petite est gentille...

- Jak się nazywasz, kochanie?

- Terka. Ale ja umiem po francusku.

- Taak! A któż cię nauczył? - zaśmiał się hrabia.

- Ciocia.

- A ty tu dawno mieszkasz?

- My tu jesteśmy zawsze. A tylko stryj i ciocia przybyli do nas z Rosji. Mamusi nie pamiętam, bo umarła na tyfus, gdy miałam trzy lata, a Michaś pięć. Nas hodowała Ida.

- A któż jest Ida?

- Nasza najstarsza, co tu wszystkiem rządzi.

Gwarząc, przysuwała półmiski, krajała chleb, zmieniała talerze, przejęta swą rolą gospodyni. Na zakończenie przyniosła foremkę czerwonego kisielu z żórawin, i rzekła:

- To już wszystko - i zniknęła.

Towarzystwo zapaliło papierosy, poczem wyszli na ganek, a potem ścieżką - w stronę sadu. Stał jeszcze w pełni kwiecia, rozgrodzony, zdziczały, ale pełen subtelnej woni i brzęku pszczół. Damę jednak rychło wypłoszyły komary i wróciła ku domowi.

- I trzeba tu tkwić do wieczora! A jeśli hrabiego samochód się spóźni, to może nawet przenocować! - pomyślała z rozpaczą.

Szofer, pozostawiony na drodze, cierpiał bez skrzywienia. W wojsku był kilka razy ranny - nauczył się cierpliwości. Ułożył się trochę wygodniej i trwał w swej bezradności.

I oto ujrzał jak z pomiędzy krzaków jałowcu, czając się i rozglądając, wyszło na drogę czterech chłopców i dziewczyna, wiejskie obdarte, dzikie pastuszki.

Zawahali się na jego widok, ale gdy pozostał nieruchomy i oczy przymknął - obstąpili samochód, obejrzeli i zaczęli rewidować. Jeden najśmielszy ściągnął derę, drugi dobrał się do koszyka z zapasami, dziewczyna ściągnęła szal jedwabny damy - czwarty, najstarszy, zbliżył się do niego - pochylił się - sięgnął do kieszeni kurty skórzanej.

Szofer błyskawicznym ruchem - wydobył rewolwer i wypalił w powietrze.

Zgraja rzuciła się do ucieczki, porzucając zrabowane rzeczy, a jednocześnie ukazał się na drodze wóz i nadbiegł Białozor.

- Strzelał pan? - spytał. - Do kogo?

- Do luftu. Jakieś dranie chłopskie już przyszły rabować.

- Niema czemu się dziwić. Cała wieś niedawno wróciła z bolszewji. Co pan ma złamanego?

- Lewą nogę - polskiem szczęściem pod kolanem. Bez doktora się nie obejdzie.

- Damy rady. Ja jestem "kostopraw", - odparł Michał Białozor. - Ale musi pan przecierpieć przewóz pod dach. To niedaleko.

- Choćby i daleko! Byłem w korpusie Dowbora, znam się z tym krajem i drogami. A moje burżuje?

- We dworze u nas. A ot konie i ludzie po samochód... No - dźwigniemy pana. Weźcie mnie za szyję - i zaciśnijcie zęby.

Gdy go złożono na słomie zbielał aż do warg z bólu, ale nie syknął. Dał mu doktór łyk wina z blaszanej manierki i powoli, stępa ruszyli ku domowi. Białozór został, dyrygując transport rozbitego samochodu.

Gdy zajechali przed dom, dama zakryła oczy i schroniła się do wnętrza.

- Hej - jest tam kto? Chodź, Ida - zawołał doktór. - Weź go krzepko za szyję - dobrze. - Michaś, otwórz drzwi szeroko do naszej stancji. Ostrożnie, powoli - równo. Zemdlał - nic to - zaraz się ocknie. Teraz go rozebrać. Zamknij, Michaś, drzwi. Tu nie widowisko dla gapiów, a człowiek, co cierpi.

Stosowało się to zapewne do damy, która zaglądała do pokoju, skrapiając sobie czoło wodą kolońską.

Od sadu nadeszli mężczyźni, ale zajęli się chłopakiem, który na spienionym koniu wrócił z kwitem depeszy, i zaczęli rachować, kiedy może nadejść zbawczy samochód hrabiego.

Nudzili się i niecierpliwili niesłychanie. Miejscowi byli niewidzialni i nikt się nimi nie zajmował. Stary pan z brodą patrjarchy - snuł się między ulami w sadzie, panna na grzędach warzywa obrabiała motyką kapustę, ciotka karmiła chmarę kurcząt - gospodarz jeszcze nie wrócił z dostawy samochodu do miasteczka, doktór był przy szoferze.

Oglądać nie było wiele. Parę gospodarskich budynków było skleconych ubogo po wojennem zniszczeniu, bydło było na paszy - z obór wyjeżdżały fury nawozu i wlokły się wolno w pole, kilkoro cieląt hasało po okólniku, dwa psy łańcuchowe schrypnięte szczekaniem na obcych, ukryły się w budzie przed komarami, i jak zwykle na wsi cała wielka praca, trud i mozół walki o byt odbywał się w cichości i niepozornie. Darły się tylko bezustannie gawrony.

- I ci ludzie to znoszą - i mogą tu wytrzymać, - oburzała się dama. - Panie hrabio, jak pan myśli? Depeszę już otrzymano? Kiedy przyjdzie wyzwolenie z tej męki?

- Myślę, że o zachodzie słońca!

- Ciekawym, czy to duży objekt ten majątek? - zagadnął wicewojewoda. - Za powrotem sprawdzę w urzędzie ziemskim.

- Zdaje mi się, że to graniczy z Rydwianami. Mam doskonałe mapy sztabowe niemieckie, zobaczymy! Bogactwa tu nie czuć.

- Ani kultury rolnej.

Nareszcie na drodze ukazała się wracająca fornalka i Białozor, a jednocześnie Terka z ganku zawołała piskliwie:

- Proszę na podwieczorek!

Weszli do jadalni i Białozor rzekł:

- Samochód zostawiłem pod opieką policji i najlepszego kowala w miasteczku - drobiazgi zabrałem na wóz. Jakże szofer? - spytał wchodzącego brata.

- Wyliże się, ale przeleży ze sześć tygodni. Organizm już mocno zużyty.

- U mnie służy zaledwie od miesiąca. Zostawię mu pieniądze na kurację i odszkodowanie i sprawy za niedozór maszyny mieć nie będzie. Nie chcę go niszczyć, ani psuć opinji, ale to zupełny bolszewik!

- Tymczasem nie warto z nim mówić, bo bardzo wyczerpany i zaczyna się gorączka.

- Zostawię polecenie u komendanta policji, aby nim się zajęli. Przepraszam stokrotnie za ambaras, a koszta wszelkie zwrócę.

- My nie Kasa chorych, panie wojewodo, i rachunku prowadzić i przedstawiać nie będziemy, - odparł doktór spokojnie.

Dygnitarz spojrzał na mówiącego.

- Pan przecie jest lekarzem.

- Ale nie praktykuję. Odpoczywam w domu po podróży.

- A gdzie pan doktór podróżował? - spytała pani.

- Na dwa lata przed wojną - jako student czwartego kursu medycyny w Warszawie zostałem zesłany do Tomska. Tam skończyłem nauki i miałem zacząć zarabiać. Ale mnie moskale zabrali na służbę i tłukłem się po całej Rosji - po szpitalach. Gdy nastali bolszewicy, uciekłem i zacząłem iść do kraju; byłem dwa lata w tajgach, a potem trzy lata przedzierałem się - z przeszkodami na zachód. No - i doszedłem, ale bez papierów i trochę zmęczony podróżą.

- Wierzę - pięć lat! - zawołał hrabia.

- A państwo ten majątek już dawno kupili? - spytał wicewojewoda gospodarza.

- Nie tak bardzo dawno. Mój pradziad kupił od Jelców, sto pięćdziesiąt lat temu.

- Pan znajduje, że to niedawno? - zaśmiał się.

- Nasi sąsiedzi Protasewicze siedzą tu od królowej Bony, a Jelcowie, nasi krewni - od króla Władysława IV-go.

- W tym strasznym kraju tyle wytrzymać! - zawołała dama. - To bohaterstwo! I państwo nie mogli sprzedać i wynieść się w inne strony!

Kilkoro par oczu utkwiło w niej. Szarozielonawe ostre źrenice Idy, lekko zmrużone doktora, i siwe chłopaka Michasia; Białozor patrzał na świat za oknem.

- Proszę pani i Wiesztorpy z Rydwian siedzą tu od wieków! - zaśmiał się hrabia. - Polesie ma wielką przyszłość przed sobą. Gdy te bagna zostaną osuszone, rzeki ujęte w kanały, miljony ludzi tu znajdzie chleb - a Polska zaspokoi głód ziemi mas włościańskich.

Nikt nie zabrał głosu - więc, by rozmowę podtrzymać, spytał gospodarza:

- A sprawa osadnicza jakże się tu przedstawia?

- Ode mnie zabrano folwark i od Protasewiczów też, ale co się tam dzieje, nie wiem.

- Szkoda, że się Polacy tu nie trzymają solidarnie i nie pomagają sobie wzajem. Rządowi chodzi o wzmocnienie żywiołu polskiego na Kresach.

- Cieszy mnie to oświadczenie pana wojewody. Może to wróży zapłatę za tę ziemię wziętą pod osadnictwo - a chociażby nie płaceniem za nią podatków jak dotychczas.

- Rozumie się, że to będzie uregulowane zczasem, ale pan pojmuje, że nie nagle. To są wielkie dzieła, a Państwo nasze młode i ubogie i w stadjum tworzenia wszystkiego od - podstaw. Zresztą podatki tu są minimalne i przy skrzętności i pracy byt i rozwój zupełnie możliwy. Ma pan pewnie lasy?

- Bardzo zniszczone. Częściowo obrabowane przez Niemców - a potem danina leśna na odbudowę wsi.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.