I.
Katastrofa zdarzyła się na piaszczystym gościńcu - w pustce. Samochód zatoczył się jak człowiek kulą tknięty - skręcił wbok, uderzył o krzywą sosnę i przewrócił się.
Szofer wyleciał w powietrze i padł z jękiem na ziemi. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła, krzyki - potem z rozbitego pudła wydostał się mężczyzna z okrwawioną twarzą i jął ratować resztę towarzyszy. Było ich dwoje. Kobieta wyszła bez szwanku i wydobyta na drogę, machinalnie zaczęła poprawiać kapelusz, wołając:
-
Jureczku!... Panie hrabio - co z Jurkiem?
Okrwawiony hrabia pomógł wydobyć się "Jureczkowi", który okazał się szczupłym mężczyzną z trochę tylko nadwichniętą ręką. I oto stanęli wszyscy nad zepsutą maszyną w pustce - zupełnie bezradni.
-
Gdzie my właściwie jesteśmy? Trzeba wydobyć mapę. Ach, do djabła, ręką nie władam.
Hrabia począł szukać mapy we wnętrzu samochodu.
-
Panie hrabio! I moją torebkę proszę mi wydostać! - wołała kobieta. - Ach, dziękuję panu. Mówiłam ci dawno, mężusiu, że ten komunard szofer zrobi nam na złość rozbicie! Pewnie był pijany.
Wtedy dopiero właściciel obejrzał się wokoło.
-
Do djabła, a toć on leży bez ruchu. Zabił się.
-
Ech! - mruknęła lekceważąco dama, wydobywając z torebki puder i przeglądając się w lusterku.
Szofer nie był zabity - leżał zapatrzony w niebo, obojętny na wszystko.
-
Potłuczeni jesteście mocno, Sawicki? - spytał, stojąc nad nim chlebodawca.
-
Nogę mam złamaną! - odpowiedział spokojnie.
-
Co się stało?
-
Kierownica pękła!
-
A do djabła! Co teraz robić?
-
Do ludzi iść - po pomoc i szukać innego szofera.
Ja mam na miesiąc szpitala.
Hrabia rozłożył mapę na piasku i orjentował się.
-
Jesteśmy tutaj... Do Zahosta siedm kilometrów. Ale tu na zachód powinien być niedaleko Nietroń - wieś i dwór. Zaraz się rozejrzę! - Wyszedł na piaszczyste wzgórze, i po chwili
przeglądu przez lornetkę, wrócił.
-
Zaraz się kończą piaski i widać na prawo wieś - na lewo pewnie dwór. Niedalej jak kilometr na oko. Pójdę tam po pomoc.
-
Pójdziemy wszyscy. Ja tu za nic nie zostanę - zaprotestowała dama.
-
Sawicki - miejcie oko na maszynę! - rzucił pan.
Szofer nic nie odpowiedział, a oni ruszyli: dama uczepiona do ramienia hrabiego, jej mąż utykając na nogę i piastując wykręconą kiść.
Był to żałosny pochód. Pantofelki damy lgnęły w piasku, przewracała się co krok z powodu wysokich obcasów, piszczała, jęczała, bliska płaczu, zanim przebrnęli wydmę. Potem znaleźli ścieżkę, wydeptaną od wsi i ruszyli ku dworowi.
Znaczył się gromadą starych drzew i wrzaskiem czarnej chmury gnieżdżących się w pobliżu gawronów.
-
Ach, cóż to za straszny kraj! - jęczała dama. - A te komary! Jak ja będę wyglądała! A kto tam mieszka! Dzicy ludzie!
-
Zapewne jakiś zbankrutowany szlagon. Znam tę nazwę Nietroń, ale nie pamiętam właściciela.
-
Polowanie na kaczki musi tu być wspaniałe, - ozwał się mąż damy.
-
Chyba mi nie każesz towarzyszyć!
-
Nie. Znajdziemy lepsze u hrabiego!
-
Niezawodnie.
Ścieżka zmieniła się w polną drożynę, pełną wybojów i kałuż z widocznemi śladami, że wożono świeżo nawóz. Po obu stronach były już pola uprawne, przygotowane pod kartofle.
I oto znaleźli się w obejściu dworskiem. Podwórze otaczały drzewa dzikie i resztki płotów, połatane starym drutem kolczastym. Wprost otworu, gdzie niegdyś była brama, stały resztki spalonego domu i dalej sad. Na lewo długa, niska, słomą kryta oficyna była widocznie zamieszkała, bo kręciły się tam kury i szczekały psy.
Zresztą nie było widać śladu człowieka i wielka cisza południowego posiłku i spoczynku panowała nad tym dworem - zmącona tylko zgiełkiem gawronich lęgów w olszynie opodal.
Skierowali się ku oficynie, a że nikt na spotkanie nie wychodził, hrabia otworzył środkowe drzwi pod gankiem z daszkiem - i znaleźli się odrazu w izbie niskiej, długiej i pomimo słońca, trochę mrocznej - gdzie przy stole obiadowało sporo osób.
-
Przepraszam państwa! - rzekł hrabia. - Rozbił się nam samochód na trakcie - jesteśmy poturbowani, bezradni w tem bezludziu i prosimy o ratunek.
Od stołu powstał mężczyzna wysoki, szczupły, z gęstą szpakowatą czupryną.
-
Proszę, państwa! - rzekł spokojnie, bez wielkiego zapału.
-
Jestem Wiesztorp z Rydwian, a to moi towarzysze podróży, pan wicewojewoda Siecki z małżonką, - przedstawił się hrabia.
-
Białozor! - mruknął gospodarz. - Proszę - niech się państwo rozgoszczą. Pan hrabia potrzebuje opatrunku, widzę - Michale!
Na to wezwanie wstał od stołu drugi mężczyzna, taki sam szczupły i szpakowaty, a reszta obiadujących poruszyła się ze swych miejsc.
Stary jegomość z wielką brodą patrjarchy wycofał się zaraz w głąb domu, podeszła jejmość znikła w bocznych drzwiach, dwoje dzieci, chłopak i dziewczynka, smyrgnęły za nią. W izbie zostali dwaj mężczyźni i dziewczyna, która się zajęła rozkładaniem na stole nakryć dla gości.
-
To mój brat, trochę doktór, - rzekł Białozor. - On pana opatrzy. Czy nikt na miejscu wypadku nie został ciężko ranny?
-
Owszem. Szofer tam leży ze złamaną podobno nogą - i samochód trzeba ubezpieczyć.
Michał już zbadał hrabiego.
-
No - to głupstwo. Jodyną zalać i benzyną krew zmyć. Ida - daj mi tu apteczkę.
Dziewczyna wyszła i wróciła z pudełkiem. Postawiła je pod oknem na ławce, przyczem ani spojrzała, ani okazała zajęcie gośćmi.
Zato dama nie spuszczała z niej szyderczych, krytycznych oczu. Żeby ujrzeć takiego raroga, trzeba było zajechać w ten deskami zabity kraj. Była wprawdzie dorodna, swobodna w ruchu i nawet nie brzydka, ale kiedy była, i czy wogóle była między ludźmi?...
Głowę oplatał warkocz, gruby i tęgo spleciony, barwy dojrzałej pszenicy. Miała na sobie ciemną bluzkę pod szyję i z długiemi rękawami, spódnicę tak długą, że ledwie widać było ciemne pończochy i skórzane sandały bez obcasów. Ręce i twarz były opalone jednolicie na bronz, a ręce miały zgrubiałe stawy.
-
Dziewka od trzody! - zdecydowała dama.
Tymczasem gospodarz wyszedł i po chwili zajechał pod gmach wozem pojedyńczym, wysłanym słomą.
-
Michale, jedźmy po szofera... Ido, podaj państwu obiad i przyrządź posłanie w stryja pokoju dla tego biedaka.
-
A co zrobić z samochodem? - zakłopotał się wicewojewoda.
-
Radzę odstawić go końmi do Zahosta. Jest tam poczta. Wyślę depeszę do Rydwian - do wieczora mój przyślą, i będziemy mogli dalej jechać. Pan będzie tak uprzejmy wynająć na wsi konie i posłańca na mój rachunek, - hrabia sięgnął do pugilaresu.
Ale Białozor odparł spokojnie:
-
Posłałem już cztery fornalskie konie po samochód - i oto chłopak - co z depeszą konno do Zahosta pojedzie. Proszę, niech się państwo tymczasem posilą. Ruszajmy, Michale, tam człowiek bardzo nas wygląda.
-
Proszę na obiad! - rozległ się cienki głosik, i dziewczynka dziesięciolatka postawiła na stole półmisek kartofli i zaczęła rozlewać barszcz na talerze.
Zasiedli. Nakrycie było złożone z grubego fajansu i wytartego frażetu; czarny chleb, dzban mleka i bukiet bzu na stole.
- Pauvres gueux! Comme c'est rustique! - rzekła dama. - La petite est gentille...
-
Jak się nazywasz, kochanie?
-
Terka.
Ale ja umiem po francusku.
-
Taak! A któż cię nauczył? - zaśmiał się hrabia.
-
Ciocia.
-
A ty tu dawno mieszkasz?
-
My tu jesteśmy zawsze. A tylko stryj i ciocia przybyli do nas z Rosji. Mamusi nie pamiętam, bo umarła na tyfus, gdy miałam trzy lata, a Michaś pięć. Nas hodowała Ida.
-
A któż jest Ida?
-
Nasza najstarsza, co tu wszystkiem rządzi.
Gwarząc, przysuwała półmiski, krajała chleb, zmieniała talerze, przejęta swą rolą gospodyni. Na zakończenie przyniosła foremkę czerwonego kisielu z żórawin, i rzekła:
-
To już wszystko - i zniknęła.
Towarzystwo zapaliło papierosy, poczem wyszli na ganek, a potem ścieżką - w stronę sadu. Stał jeszcze w pełni kwiecia, rozgrodzony, zdziczały, ale pełen subtelnej woni i brzęku pszczół. Damę jednak rychło wypłoszyły komary i wróciła ku domowi.
-
I trzeba tu tkwić do wieczora! A jeśli hrabiego samochód się spóźni, to może nawet przenocować! - pomyślała z rozpaczą.
Szofer, pozostawiony na drodze, cierpiał bez skrzywienia. W wojsku był kilka razy ranny - nauczył się cierpliwości. Ułożył się trochę wygodniej i trwał w swej bezradności.
I oto ujrzał jak z pomiędzy krzaków jałowcu, czając się i rozglądając, wyszło na drogę czterech chłopców i dziewczyna, wiejskie obdarte, dzikie pastuszki.
Zawahali się na jego widok, ale gdy pozostał nieruchomy i oczy przymknął - obstąpili samochód, obejrzeli i zaczęli rewidować. Jeden najśmielszy ściągnął derę, drugi dobrał się do koszyka z zapasami, dziewczyna ściągnęła szal jedwabny damy - czwarty, najstarszy, zbliżył się do niego - pochylił się - sięgnął do kieszeni kurty skórzanej.
Szofer błyskawicznym ruchem - wydobył rewolwer i wypalił w powietrze.
Zgraja rzuciła się do ucieczki, porzucając zrabowane rzeczy, a jednocześnie ukazał się na drodze wóz i nadbiegł Białozor.
-
Strzelał pan? - spytał. - Do kogo?
-
Do luftu. Jakieś dranie chłopskie już przyszły rabować.
-
Niema czemu się dziwić. Cała wieś niedawno wróciła z bolszewji. Co pan ma złamanego?
-
Lewą nogę - polskiem szczęściem pod kolanem.
Bez doktora się nie obejdzie.
-
Damy rady. Ja jestem "kostopraw", - odparł Michał Białozor. - Ale musi pan przecierpieć przewóz pod dach. To niedaleko.
-
Choćby i daleko! Byłem w korpusie Dowbora, znam się z tym krajem i drogami.
A moje burżuje?
-
We dworze u nas. A ot konie i ludzie po samochód... No - dźwigniemy pana. Weźcie mnie za szyję - i zaciśnijcie zęby.
Gdy go złożono na słomie zbielał aż do warg z bólu, ale nie syknął. Dał mu doktór łyk wina z blaszanej manierki i powoli, stępa ruszyli ku domowi. Białozór został, dyrygując transport rozbitego samochodu.
Gdy zajechali przed dom, dama zakryła oczy i schroniła się do wnętrza.
-
Hej - jest tam kto? Chodź, Ida - zawołał doktór. - Weź go krzepko za szyję - dobrze. - Michaś, otwórz drzwi szeroko do naszej stancji. Ostrożnie, powoli - równo. Zemdlał - nic to - zaraz się ocknie. Teraz go rozebrać. Zamknij, Michaś, drzwi. Tu nie widowisko dla gapiów, a człowiek, co cierpi.
Stosowało się to zapewne do damy, która zaglądała do pokoju, skrapiając sobie czoło wodą kolońską.
Od sadu nadeszli mężczyźni, ale zajęli się chłopakiem, który na spienionym koniu wrócił z kwitem depeszy, i zaczęli rachować, kiedy może nadejść zbawczy samochód hrabiego.
Nudzili się i niecierpliwili niesłychanie. Miejscowi byli niewidzialni i nikt się nimi nie zajmował. Stary pan z brodą patrjarchy - snuł się między ulami w sadzie, panna na grzędach warzywa obrabiała motyką kapustę, ciotka karmiła chmarę kurcząt - gospodarz jeszcze nie wrócił z dostawy samochodu do miasteczka, doktór był przy szoferze.
Oglądać nie było wiele. Parę gospodarskich budynków było skleconych ubogo po wojennem zniszczeniu, bydło było na paszy - z obór wyjeżdżały fury nawozu i wlokły się wolno w pole, kilkoro cieląt hasało po okólniku, dwa psy łańcuchowe schrypnięte szczekaniem na obcych, ukryły się w budzie przed komarami, i jak zwykle na wsi cała wielka praca, trud i mozół walki o byt odbywał się w cichości i niepozornie. Darły się tylko bezustannie gawrony.
-
I ci ludzie to znoszą - i mogą tu wytrzymać, - oburzała się dama. - Panie hrabio, jak
pan myśli? Depeszę już otrzymano? Kiedy przyjdzie wyzwolenie z tej męki?
-
Myślę, że o zachodzie słońca!
-
Ciekawym, czy to duży objekt ten majątek? - zagadnął wicewojewoda. - Za powrotem sprawdzę w urzędzie ziemskim.
-
Zdaje mi się, że to graniczy z Rydwianami. Mam doskonałe mapy sztabowe niemieckie, zobaczymy! Bogactwa tu nie czuć.
-
Ani kultury rolnej.
Nareszcie na drodze ukazała się wracająca fornalka i Białozor, a jednocześnie Terka z ganku zawołała piskliwie:
-
Proszę na podwieczorek!
Weszli do jadalni i Białozor rzekł:
-
Samochód zostawiłem pod opieką policji i najlepszego kowala w miasteczku - drobiazgi zabrałem na wóz. Jakże szofer? - spytał wchodzącego brata.
-
Wyliże się, ale przeleży ze sześć tygodni. Organizm już mocno zużyty.
-
U mnie służy zaledwie od miesiąca. Zostawię mu pieniądze na kurację i odszkodowanie i sprawy za niedozór maszyny mieć nie będzie. Nie chcę go niszczyć, ani psuć opinji, ale to zupełny bolszewik!
-
Tymczasem nie warto z nim mówić, bo bardzo wyczerpany i zaczyna się gorączka.
-
Zostawię polecenie u komendanta policji, aby nim się zajęli. Przepraszam stokrotnie za ambaras, a koszta wszelkie zwrócę.
-
My nie Kasa chorych, panie wojewodo, i rachunku prowadzić i przedstawiać nie będziemy, - odparł doktór spokojnie.
Dygnitarz spojrzał na mówiącego.
-
Pan przecie jest lekarzem.
-
Ale nie praktykuję. Odpoczywam w domu po podróży.
-
A gdzie pan doktór podróżował? - spytała pani.
-
Na dwa lata przed wojną - jako student czwartego kursu medycyny w Warszawie zostałem zesłany do Tomska. Tam skończyłem nauki i miałem zacząć zarabiać. Ale mnie moskale zabrali na służbę i tłukłem się po całej Rosji - po szpitalach. Gdy nastali bolszewicy, uciekłem i zacząłem iść do kraju; byłem dwa lata w tajgach, a potem trzy lata przedzierałem się - z przeszkodami na zachód. No - i doszedłem, ale bez papierów i trochę zmęczony podróżą.
-
Wierzę - pięć lat! - zawołał hrabia.
-
A państwo ten majątek już dawno kupili? - spytał wicewojewoda gospodarza.
-
Nie tak bardzo dawno. Mój pradziad kupił od Jelców, sto pięćdziesiąt lat temu.
-
Pan znajduje, że to niedawno? - zaśmiał się.
-
Nasi sąsiedzi Protasewicze siedzą tu od królowej Bony, a Jelcowie, nasi krewni - od króla Władysława IV-go.
-
W tym strasznym kraju tyle wytrzymać! - zawołała dama. - To bohaterstwo! I państwo nie mogli sprzedać i wynieść się w inne strony!
Kilkoro par oczu utkwiło w niej. Szarozielonawe ostre źrenice Idy, lekko zmrużone doktora, i siwe chłopaka Michasia; Białozor patrzał na świat za oknem.
-
Proszę pani i Wiesztorpy z Rydwian siedzą tu od wieków! - zaśmiał się hrabia. - Polesie ma wielką przyszłość przed sobą. Gdy te bagna zostaną osuszone, rzeki ujęte w kanały, miljony ludzi tu znajdzie chleb - a Polska zaspokoi głód ziemi mas włościańskich.
Nikt nie zabrał głosu - więc, by rozmowę podtrzymać, spytał gospodarza:
-
A sprawa osadnicza jakże się tu przedstawia?
-
Ode mnie zabrano folwark i od Protasewiczów też, ale co się tam dzieje, nie wiem.
-
Szkoda, że się Polacy tu nie trzymają solidarnie i nie pomagają sobie wzajem. Rządowi chodzi o wzmocnienie żywiołu polskiego na Kresach.
-
Cieszy mnie to oświadczenie pana wojewody. Może to wróży zapłatę za tę ziemię wziętą pod osadnictwo - a chociażby nie płaceniem za nią podatków jak dotychczas.
-
Rozumie się, że to będzie uregulowane zczasem, ale pan pojmuje, że nie nagle. To są wielkie dzieła, a Państwo nasze młode i ubogie i w stadjum tworzenia wszystkiego od - podstaw. Zresztą podatki tu są minimalne i przy skrzętności i pracy byt i rozwój zupełnie możliwy. Ma pan pewnie lasy?
-
Bardzo zniszczone. Częściowo obrabowane przez Niemców - a potem danina leśna na odbudowę wsi.