Głupiec - Katarzyna Franus

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Głu­piec ma u stóp cały świat.

Pod warun­kiem że porzuci wygodne życie i to, co zna. A potem, nie­świa­domy zagro­żeń i ogra­ni­czeń, z entu­zja­zmem i dzie­cięcą ufno­ścią ruszy przed sie­bie.

Patrzę na Głupca i nie rozu­miem. Nie rozu­miem, dla­czego cią­gle mi się wyświe­tla. Prze­kli­kuję się przez kolejne strony taro­to­wej apli­ka­cji, a on upar­cie wraca. I wraca. I znów wraca.

Uśmie­cha się do mnie, zarzuca tobo­łek na ramię i raź­nym kro­kiem roz­po­czyna marsz ku... prze­pa­ści.

No, tak. Prze­paść.

Czeka na mnie. Jak wyrok na zbrod­nia­rza.

Zbli­żam się do niej z każ­dym kolej­nym dniem. Ile jesz­cze kro­ków mi zostało?

Kli­kam w kartę Głupca i spraw­dzam, kiedy ten ucha­chany mło­dzie­niec w końcu spad­nie z klifu. A on, jakby ni­gdy nic, pusz­cza do mnie oko, macha dziu­ra­wym wor­kiem na krzy­wym patyku i star­tuje w stronę słońca.

Gdzie leziesz, gapo? Nie widzisz, że kilka metrów dalej ląd się urywa?

Nie widzi.

Pół­noc już, pora spać. Cyfry zerują się w pra­wym gór­nym rogu moni­tora. Późny wie­czór to nie jest dobry czas na roz­my­śla­nia, na otwie­ra­nie pal­cem setek okien i szu­ka­nie w nich pod­po­wie­dzi. Za każdą godzinę ośle­pioną ekra­nem kom­pu­tera i przy­gar­bioną natło­kiem infor­ma­cji orga­nizm wystawi rachu­nek.

Naj­pierw pod czaszką, w mroku nocy, wyświe­tli serię scen z hor­ro­rów i fil­mów kata­stro­ficz­nych. Potem przy­po­mni kla­sówkę w liceum, do któ­rej się nie przy­go­to­wało i na któ­rej nie było od kogo ścią­gać, bo mate­ma­tyca roz­sa­dziła wszyst­kich daleko od sie­bie. A nad ranem wje­dzie na sygnale SMS-em o spóź­nio­nej płat­no­ści i odcię­ciu prądu, ogrze­wa­nia, wody i... nawet tlenu.

Świta. Powieki czują napór dzien­nego świa­tła, ale nie chcą się roz­kleić.

Czy ja się duszę? Nie. Ja oddy­cham! I to bez pro­blemu.

A więc tlen jest! Dobrzy ludzie uli­to­wali się nade mną. Tlenu jed­nak nie odcięli.

Ale... Kto dostar­cza tlen do miesz­kań? Kto może zabrać powie­trze?

Nagłe prze­bły­ski świa­do­mo­ści dziu­ra­wią senne płótno.

Obrazy pod powie­kami roz­pa­dają się na kawałki, naj­szyb­ciej roz­sy­puje się sekwen­cja bia­łych liter na zie­lo­nym tle tele­fo­nicz­nej wia­do­mo­ści.

Po omacku szu­kam dło­nią twar­dego i śli­skiego pro­sto­kąta.

Kto, do cho­lery, wysłał mi SMS-a o odcię­ciu tlenu?

Otwie­ram oczy, ści­skam pla­stik tele­fonu, skro­luję wia­do­mo­ści. Spraw­dzam. Ha! To mój smart­fon wysyła zie­lone SMS-y! Nato­miast te, które przy­cho­dzą ze świata, mają szare tła i czarne litery.

Gapię się w ekran apa­ratu. Dla­czego we śnie wysy­łam do sie­bie wia­do­mo­ści o tym, że za chwilę stracę tlen i nie będę miała czym oddy­chać? Nie wiem, co o tej upior­nej zie­leni myśleć.

Nie chcę myśleć. Myśli są złe.

Zapa­rzam her­batę, staję z kub­kiem przy uchy­lo­nym oknie. Za szybą gołąb tupta po kuchen­nym para­pe­cie. Tam i z powro­tem. Tam i z powro­tem.

Jest jaśniej, niż mi się wyda­wało. I póź­niej.

Ostat­nie skrawki sen­nych kadrów roz­pierz­chają się na boki, jak dzi­kie zwie­rzęta nocy, zasko­czone wsta­ją­cym słoń­cem, gwa­rem ulicy i smro­dem spa­lin. I tym sza­rym kapu­cy­nem, który lubi zgiełk mia­sta i gru­cha rado­śnie.

Pro­stuję plecy, nabie­ram powie­trza w płuca.

Pio­ni­zuję myśli. Jedną po dru­giej głasz­czę i sze­re­guję, niczym grzbiety wolu­mi­nów w biblio­tece. Już żadna mi nie wypad­nie i nie naru­szy porządku dnia.

Bo to będzie dobry dzień. Dobrze uło­żony. Jak ja.

* * *

O trzy­na­stej mam lunch z sze­fem. Wpi­sa­łam mu poranne spo­tka­nie do kalen­da­rza, a on zamie­nił je na wspólny posi­łek. Pew­nie chce doło­żyć mi obo­wiąz­ków i boi się, że tym razem się nie zgo­dzę. Ma chło­pak intu­icję. Jak każdy prze­ło­żony, który dobrze czyta pod­wład­nych, ale sam nie lubi się prze­pra­co­wy­wać.

Przed trzy­na­stą zagląda do mnie i zaska­kuje zmianą loka­li­za­cji. Nie idziemy do knajpy naprze­ciwko, tylko jedziemy do mojego ulu­bio­nego sushi baru.

Pamię­tał. Tylko raz mu opo­wia­da­łam o tym miej­scu. Szok.

Mkniemy arte­riami sto­licy jego wypu­co­waną limu­zyną. Co on kom­bi­nuje?

Kel­nerka wita nas i pro­wa­dzi do sto­lika. Kręci mi się w gło­wie. Od cytru­so­wego zapa­chu męskiej wody, odpra­so­wa­nej koszuli Damiana i por­ce­la­no­wych uśmie­chów obsługi.

- Zasko­czona? - Damian szcze­rzy zęby z satys­fak­cją, gdy roz­sia­damy się przy szkla­nym stole.

- Tro­chę - bur­czę pod nosem. - Wie­trzę jakiś pod­stęp.

- Jak zwy­kle podejrz­liwa!

- Poprzed­nim razem mój pseu­do­awans zakoń­czył się na eta­pie "peł­nią­cej obo­wiązki" i pracy na dwa etaty. Wtedy też zabra­łeś mnie do restau­ra­cji.

- To był tylko etap pośredni.

- Trwa już trzy lata.

- Wła­śnie się zakoń­czył. - Damian zawie­sza głos i błą­dzi wzro­kiem po moim dekol­cie.

Szybko zapi­nam guziki pod szyją. Chyba się zmie­szał. To dobrze. Prze­ciw­nika należy wytrą­cać z pew­no­ści sie­bie.

I co to ma zna­czyć, że etap się zakoń­czył? Co on bre­dzi? Zapro­sił mnie na obiad, żeby wrę­czyć mi wypo­wie­dze­nie? Kogo weź­mie na świadka? Kel­nerkę? Kie­row­nika restau­ra­cji?

Roz­glą­dam się, czy mi tu nagle z ciem­nego kąta HR-owiec nie wysko­czy. Nie, w kame­ral­nej salce nie ma nikogo poza nami.

Wybie­ram z karty naj­droż­sze pozy­cje. Niech prze­ło­żony poczuje war­tość pod­wład­nego. Przy­naj­mniej w kie­szeni. A raczej na kar­cie płat­ni­czej. Nie­stety, nie swo­jej, tylko fir­mo­wej.

Damian wygląda na roz­ba­wio­nego, sam też sobie nie żałuje. Zama­wia sake i zazna­cza, że on tylko skosz­tuje, bo pro­wa­dzi, ale ja nie muszę się oszczę­dzać.

- W godzi­nach pracy?

- Jest oka­zja, jest dobre sake - tłu­ma­czy.

Pod­no­szę brwi ze zdzi­wie­nia i wpa­truję się w jego roze­śmiane oczy.

Roz­lewa ryżówkę do kie­lisz­ków, unosi swój, stuka mój i przy­biera odświętną minę.

- Olga, witamy w gro­nie dyrek­to­rów Ben­ton & Bow­les!

Zamie­ram. Odsta­wiam kie­li­szek na blat stołu.

- Ha! Jed­nak udało mi się cie­bie zasko­czyć. - Damian pociera brodę z zado­wo­le­niem.

Na stół wjeż­dża sashimi. Zacią­gam się surową wonią mię­si­stego tuń­czyka i tłu­stego łoso­sia, solą sosu sojo­wego, kwa­śną mary­natą imbiru i chrza­no­wym zapa­chem wasabi.

Zie­lone wasabi... Zaraz kichnę. Świ­druje mi w nosie to wasabi, tak pie­kiel­nie zie­lone, jak pie­kiel­nie zie­lona była nocna wia­do­mość o braku tlenu.

Czuję, że zaczy­nam się dusić. Damian dostrzega panikę w moich oczach.

- Nie cie­szysz się? - pyta, zawie­dziony.

Jakimś cudem udaje mi się roz­chy­lić żebra i napeł­nić płuca powie­trzem. Powta­rzam ten ruch kilka razy, to mnie uspo­kaja. Wycią­gam rękę po kie­li­szek. Opróż­niam go jed­nym hau­stem. Na języku zostaje słod­kawy posmak. Meta­liczny taki.

Schy­lam się do torby i wycią­gam z niej doku­ment.

Kładę go na pustym tale­rzu Damiana. Nie patrzę mu w oczy.

- Wypo­wie­dze­nie? - W jego gło­sie sły­chać nie­do­wie­rza­nie. - Dla... dla­czego? - Nie­do­wie­rza­nie zamie­nia się w zawo­dze­nie.

- Spa­dam. W prze­paść.

Damian wygląda teraz jak dzie­ciak, któ­remu zabrano ulu­bioną zabawkę.

- Nie chcę was cią­gnąć ze sobą - dodaję rze­czowo, bez emo­cji.

Wstaję od stołu. Żołą­dek przy­wiera mi do krę­go­słupa. Nawet mi nie żal ani tej nalewki, ani tych japoń­skich cyme­sów. I tak nie była­bym w sta­nie niczego wię­cej prze­łknąć, poza zawar­to­ścią jed­nego kie­liszka.

- Weź na wynos. Ludzie w zespole się ucie­szą. Powiedz im, że to poże­gnalny pre­zent ode mnie - rzu­cam przez ramię i odwra­cam się na pię­cie.

Nie widzę wyrazu twa­rzy Damiana. Nie chcę widzieć.

Bie­gnę chod­ni­kiem wzdłuż ulicy, potrą­cam ludzi, wpa­dam do jakiejś bramy, cho­wam się na podwórku. Już się nie kon­tro­luję. Ryczę. Ryczę wnie­bo­głosy.

Nie wie­dzia­łam, że potra­fię. Tak pła­kać. Szloch targa całym moim cia­łem, a oskrzela rzężą, jak jakiejś gruź­liczce.

- Płacz, płacz, kocha­nie, a będzie ci dane. - Skrze­kliwy głos wybija mnie z transu. Sta­ruszka wysu­szoną dło­nią głasz­cze mnie po ple­cach. - Naj­święt­sza Panienka odpu­ści ci grze­chy. Wszyst­kie.

Podą­żam za jej wzro­kiem. W ścia­nie, o którą się opie­ram, wyrzeź­biono figurę Matki Boskiej i poma­lo­wano na zie­lono.

- Płacz, płacz, nie prze­ry­waj sobie. - Siwo­włosa odwraca się i zgar­biona, drobi w głąb podwórka, do wej­ścia na klatkę scho­dową. - Pamię­taj, że zie­lony to kolor nadziei! - wykrzy­kuje piskli­wym tonem, zanim cięż­kie drzwi zatrza­sną się za nią.

Dud­nie­nie okuć nie­sie się po podwórku jak po studni.

* * *

Nie pozwa­lam już sobie na zary­wa­nie nocy. Ile ich jesz­cze mi zostało?

Nie­wiele.

Nie­wiele dni.

Dni szkoda bar­dziej niż nocy.

Trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć poran­ków. Może tro­chę wię­cej, może tro­chę mniej.

Chcia­ła­bym wszyst­kie dobrze zapla­no­wać, naj­le­piej jak się da, ale to nie­moż­liwe. Trudno wyli­czyć dokład­nie, ile mam czasu. Na ile dni roz­ło­żyć mają­tek, który zebra­łam? Tak żeby go mak­sy­mal­nie wyko­rzy­stać. Do ostat­niej zło­tówki. I jed­no­cze­śnie nie zostać bez środ­ków do życia, jeśli czasu mam wię­cej, niż mi się wydaje.

Czter­dzie­ści dwa lata to nie jest wiek, w któ­rym czło­wiek chce zada­wać sobie pyta­nia osta­teczne. O sens życia może tak, ale nie o to, co po nim zosta­nie.

Nie sądzi­łam, że brak kon­ty­nu­acji może boleć. Że nagle moje miesz­ka­nie wyda mi się osie­ro­cone tylko dla­tego, że nikt go po mnie nie odzie­dzi­czy. Nikt z mojej krwi. Nikt z mojego ciała.

To po to się rodzi dzieci? Żeby prze­ka­zać im wszystko to, co się zebrało w życiu? Wie­dzę, doświad­cze­nia, miesz­ka­nia, domy, meble, biżu­te­rię, ubra­nia, zdję­cia, płyty, książki, histo­rie? A jak nie ma się kogo obda­ro­wać, to tak jakby tego wszyst­kiego nie było? Jakby to wszystko ni­gdy się nie wyda­rzyło? Jakby samemu się nie naro­dziło?

Miesz­ka­nie trzeba sprze­dać jak naj­szyb­ciej. Niech idzie w dobre ręce. Wybrane przeze mnie, póki wybie­rać jesz­cze mogę. Podob­nie - działka nad jezio­rem, ją też pusz­czę zna­jo­mym. Może cza­sami wspo­mną mnie przy jakimś grillu? Uśmiechną się z wdzięcz­no­ścią? Spry­skają zie­mię czer­wo­nym winem? Moim ulu­bio­nym. I - zawsty­dzeni - przed gośćmi uda­dzą, że to tylko nie­chcący, bo się o kamyk potknęli.

Na końcu oddam samo­chód. Dam komuś w pre­zen­cie.

Przy­ja­ciół się nie sprze­daje.

Dobrze, że nie mam psa.

Ani kota.

Źle, że mam mamę.

* * *

- No, wresz­cie! Już chcia­łam dzwo­nić do two­ich sąsia­dek.

Odsu­wam ucho od apa­ratu, wiem, że czeka mnie dłuż­sza tyrada o tym, jak bar­dzo mama się mar­twiła, gdy przez pół­tora dnia nie odbie­ra­łam tele­fonu.

- Wiem, że coś cię trapi. Sły­szę to w twoim gło­sie - kon­ty­nu­uje.

- Nie zdą­ży­łam się jesz­cze ode­zwać.

- Jak zwy­kle zło­śliwa.

- Nie zło­śliwa, tylko kon­kretna. I w nie­do­cza­sie.

- Zwol­nij, roz­cho­ru­jesz się od tego pośpie­chu.

- Na cho­roby to ja już nie mam czasu.

- Oj, żebyś tego w złą godzinę nie powie­działa. Jola, córka Ewe­liny, wiesz, tej, z którą pra­co­wa­łam w labo­ra­to­rium...

- Mamo...

- Słu­chaj, to ważne. Jola też tak mówiła jak ty. Wczo­raj była u leka­rza i...

Odkła­dam tele­fon na stół, nasta­wiam czaj­nik, wbi­jam zęby w twardy miąższ jabłka.

- ...i nic dziw­nego, że nagle wszy­scy zasko­czeni, nikt się nie spo­dzie­wał takiej dia­gnozy, choć ja już od dawna mówi­łam, że...

Zale­wam liścia­stą her­batę, nie uży­wam tore­bek, odkąd usły­sza­łam, że mają w sobie pełno tok­sycz­nego syfu, ale wła­ści­wie jakie ma to teraz zna­cze­nie? Przy­kry­wam kubek spodkiem. Jed­nak ma, pozwala cele­bro­wać, nie pozwala się śpie­szyć.

- ...ale prze­cież mnie nikt nie słu­cha.

Wyrzu­cam ogry­zek do kosza. Klapa zamyka się z trza­skiem.

- Jesteś tam? Co to za huk? Czemu się nie odzy­wasz?

Wzdy­cham gło­śno, teatral­nie.

- Tak, oczy­wi­ście, to są zbyt banalne tematy dla cie­bie. Ale z nich składa się życie.

- Będę jutro.

- Już jutro? Ale ja nie jestem gotowa! Jesz­cze pra­nie muszę zro­bić, dom zaopa­trzyć. Jutro nie będzie obiadu.

- Nie przy­jeż­dżam na obiad, tylko zoba­czyć się z tobą.

- A to nie mogłaś mi wcze­śniej dać znać? Skąd ten nagły pośpiech?

- Pogoda ładna.

- Od mie­siąca jest ładna.

- Ale wcze­śniej nie mia­łam kiedy.

- Ty ni­gdy nie masz kiedy! Cią­gle tylko praca i praca.

- O nic się nie martw. Niczego nie musisz prać ani kupo­wać. O wszystko zadbam.

- Ty? Prze­cież ty nie masz czasu nawet śnia­da­nia sobie zro­bić, że o obie­dzie to nawet nie wspo­mnę.

- Od dziś mam.

* * *

Zjeż­dżam z eks­pre­sówki na par­king. Na siku. Ale powie­trze o szó­stej rano tak ożyw­czo pach­nie wil­go­cią ziemi, majową zie­le­nią i schnącą korą, roz­sy­paną wokół mło­dych drze­wek, że zatrzy­muję się na dłu­żej. Roz­le­gły MOP, liczący przy­naj­mniej kilka hek­ta­rów trawy, przy­go­to­wano pod przy­szłą auto­stradę. Pew­nie ja już jej nie... Nie, nie chcę o tym myśleć.

Zrzu­cam san­dały, zakła­dam buty bie­gowe. I co z tego, że kil­ka­dzie­siąt lat skró­ciło mi się do jed­nego roku? Nie, nie skró­ciło. Skon­den­so­wało!

Kiedy ostatni raz chciało mi się wstać o pią­tej rano, żeby o szó­stej być już daleko w tra­sie?

Prze­le­cia­ła­bym na auto­ma­tycz­nym pilo­cie przez te wszyst­kie lata, które miały otwie­rać się przede mną każ­dego kolej­nego pierw­szego stycz­nia. I obu­dzi­ła­bym się w wieku osiem­dzie­się­ciu lat z poczu­ciem, że nie żyłam i że niczego nie doświad­czy­łam. Niczego tak naprawdę. Do ostat­niego tchnie­nia. Do ostat­niej kro­pli potu. Do ostat­niego pro­myka słońca, zacho­dzą­cego na nad­mor­skiej plaży.

Roz­grze­wam mię­śnie i przy­po­mi­nam sobie słowa sur­fera spo­tka­nego na grec­kim spo­cie. Byłam tam na waka­cjach all inc­lu­sive dla nud­nych ludzi, zmę­czo­nych codzienną walką o lep­sze życie, a on na jakiejś sexy kli­nice dla zaawan­so­wa­nych ści­ga­czy. Gapi­łam się na gości śli­zga­ją­cych się po grzbie­tach fal i obie­ca­łam sobie, że kie­dyś spró­buję wind­sur­fingu.

Kie­dyś. Do nie­dawna moje ulu­bione słowo.

Trzeba się nażyć, powie­dział. Żeby pod koniec czuć się zuży­tym i nie mieć siły żyć dalej, dodał. Wtedy jego słowa nie przy­kle­iły się do mnie, teraz dźwię­czą mi pod czaszką każ­dego dnia. Każ­dego ranka po prze­bu­dze­niu, każ­dego wie­czora przed zaśnię­ciem.

Miał jakieś sześć­dzie­siąt parę lat. Prze­ka­zał firmę dzie­ciom i pla­no­wał kolejne mie­siące i lata dzie­lić mię­dzy plaże w Afryce, w Ame­ryce Połu­dnio­wej, w Azji i na naszym Pół­wy­spie. Mie­siące i lata... Spo­dzie­wał się wielu lat w dobrej for­mie.

Prze­la­tują mi przed oczami foty, które zna­jomi sur­fe­rzy słali i na­dal ślą na fejs­buka i na insta­grama. Z tych wszyst­kich miejsc, któ­rych ja już nie zoba­czę.

Ści­ska mnie w dołku.

Robię okrą­że­nie za okrą­że­niem, przy­śpie­szam, jak­bym chciała prze­biec kilo­me­try, któ­rych już nie prze­bie­gnę pod­czas przy­stan­ków na siku w dro­dze do mamy.

Czy można się nażyć na zapas?

* * *

- Coś ty wymy­śliła? - ochrza­nia mnie mama, ale w jej gło­sie sły­chać pod­nie­ce­nie przy­godą.

Mamy jesz­cze do obsko­cze­nia sklepy ze stro­jami kąpie­lo­wymi, T-shir­tami, spoden­kami i let­nimi sukien­kami. Uzu­peł­niamy maminą gar­de­robę na wypa­dek, gdyby w maju na Pół­wy­spie było gorąco.

Zmę­czone dzie­siąt­kami wybo­rów i obju­czone papie­ro­wymi tor­bami, przy­sia­damy na pufach kafejki w samym cen­trum gale­rii han­dlo­wej. Spraw­dzam z listą, czy o niczym nie zapo­mnia­ły­śmy. Zostały nam jesz­cze oku­lary prze­ciw­sło­neczne i pla­żowa mata ter­mo­izo­la­cyjna, bo stawy mamy nie lubią wil­goci. A majowy pia­sek bywa zimny i mokry.

- Pycha! - Mama przy­gląda się szklance z reszt­kami ciem­no­zie­lo­nego smo­othie i obli­zuje usta. - Z czego to zro­bili?

- Mango, kiwi, jar­muż i coś jesz­cze.

- Ale żeby to aż tyle kosz­to­wało?

- Zdro­wie kosz­tuje.

- Strasz­nie roz­rzutna się zro­bi­łaś.

- Nie, wręcz prze­ciw­nie. Zaczę­łam racjo­nal­nie pla­no­wać wydatki.

- Dzi­siaj wyda­ły­śmy, to zna­czy: ty wyda­łaś, mają­tek!

- Robię zakupy raz na kilka lat. Aku­rat teraz wypa­dło uzu­peł­nia­nie gar­de­roby.

- No, tak, nie możesz cho­dzić w tych samych ciu­chach przez kolej­nych dzie­sięć lat, tak jak cho­dzi­łaś przez dzie­sięć poprzed­nich. - Mama kiwa głową ze zro­zu­mie­niem, które brzmi jak wyrzut.

Ucie­kam wzro­kiem, odchrzą­kuję i udaję, że się zamy­ślam. Marsz­czę brwi i coś niby spraw­dzam na liście zaku­pów.

- A do pracy nic nowego nie potrze­bu­jesz? - Przy­po­mniała sobie.

- Do pracy są mi teraz potrzebne spor­towe rze­czy. Takie jak te, które kupi­ły­śmy.

- Co się stało? Prze­szli­ście na tryb zdalny?

Szu­kam odpo­wie­dzi, uśmie­cham się tajem­ni­czo, bo nic nie przy­cho­dzi mi do głowy.

- Naprawdę? - Głos mamy zamie­nia się w kon­spi­ra­cyjny szept. - Odpo­wie­dzieli?

Patrzę na nią nie­przy­tom­nie.

- Strasz­nie długo to trwało... Ile to już? Pół roku?

- Aaa... Cho­dzi ci o ten kon­kurs na sce­na­riusz?

- No! - Mama wpa­truje się we mnie z napię­ciem.

- Coś ty... - W poło­wie zda­nia już żałuję, że nie pod­ję­łam tropu. - Nie, nic nie wygra­łam, ale mój pomysł spodo­bał się na tyle, że zapro­sili mnie na roz­mowy - dodaję.

- I co? I co?

- I zapro­po­no­wali mi robotę. Ale nie mogę o tym mówić, bo to super duper tajne i objęte tajem­nicą służ­bową.

- Super duper co? Nie­ważne. - Macha ręką. - No, ale co... Co z tego będzie? Film? Serial?

- Będę pro­wa­dzić kilka pro­jek­tów. Nie moich, innych auto­rów. Nazywa się to deve­lop­ment sce­na­riu­szowy.

- Aha... - Mama odchyla się na fotelu, wzrok zacze­pia o coś na hory­zon­cie i uśmie­cha się do sie­bie.

Pew­nie już wyobraża sobie, co opo­wie sio­strom i kole­żan­kom.

- Ale nie możesz nikomu o tym mówić. Bo stracę robotę. I mogą nawet cią­gać mnie potem po sądach i żądać odszko­do­wa­nia.

- No, dobrze, dobrze, nikomu nic nie powiem. - Obru­sza się i poważ­nieje.

Będzie dokład­nie na odwrót, wiem to dosko­nale. Z zacho­wa­niem cze­go­kol­wiek w tajem­nicy jest u mamy jak u każ­dego, kogo coś swę­dzi. No, nie da się nie podra­pać.

- A co z Ben­ton & Bow­les? Jak pogo­dzisz dwie roboty? Prze­cież ledwo tam dajesz radę...

- Masz rację, nie dała­bym rady. Zło­ży­łam wypo­wie­dze­nie.

- Cooo? To z czego ty będziesz teraz żyć? I jesz­cze te zakupy!

- Jak to: z czego? Z nowej pracy.

- A to nie hobby, tylko praca? Aż tak dobrze tam płacą?

- No, pew­nie, prze­cież to mię­dzy­na­ro­dowa firma. - Czuję, że robi się nie­bez­piecz­nie i zaraz pad­nie pyta­nie o nazwę kor­po­ra­cji. - Lody? - Klasz­czę w dło­nie i zacie­ram je z prze­sa­dzo­nym zado­wo­le­niem.

Mogła­bym być aktorką. Cał­kiem nie­złą. Sprze­da­łam mamie temat, który zaj­mie ją na dłuż­szy czas. Temat, o któ­rym nie można mówić i któ­rego szcze­gó­łów nie trzeba zdra­dzać, czyli wymy­ślać. A więc temat ide­alny!

- No, może jedną gałkę. - Mama uśmie­cha się nie­śmiało. - Bo tro­chę ostat­nio przy­ty­łam.

- Jedną? Ja zama­wiam trzy!

- Zacho­wu­jesz się, jakby jutra miało nie być.

Udaję, że nie sły­szę, i macham na kel­nerkę.

* * *

Jestem w for­mie życia.

Mogę jechać bez prze­rwy przez cały kraj, z połu­dnia na pół­noc, ze wschodu na zachód. Mogę biec przez kilka godzin po pagór­ko­wa­tym tere­nie, bez zatrzy­my­wa­nia się. Mogę nie jeść, tylko uzu­peł­niać płyny, przez cały dzień. Mogę od rana do wie­czora sie­dzieć w piża­mie przy kom­pu­te­rze i walić w kla­wia­turę. Jak teraz.

Wystar­czą mi powie­trze i woda.

Bo wiem, że mój czas się koń­czy?

A może zawsze tak było, może zawsze mogłam wię­cej, moc­niej i szyb­ciej, tylko mi się nie chciało, bo nie wie­dzia­łam, że mój orga­nizm ma ter­min przy­dat­no­ści i linia życia kie­dyś się urwie?

A może pró­buję jedy­nie zaprze­czyć temu, co powie­dział lekarz? Zro­bić z niego kłamcę? Odwo­łać jego dia­gnozę?

Prze­cież to jakaś farsa, jakiś kosz­marny para­doks.

Jak mogę być ter­mi­nal­nie chora, jeśli ni­gdy nie byłam bar­dziej żywa niż teraz?

Nie oszu­kuj sie­bie, nie oszu­kuj sie­bie, sły­szę gdzieś mię­dzy jed­nym uchem a dru­gim. Nie, nie oszu­kuję sie­bie w tema­cie formy. Ta jest nie­za­prze­czalna.

Za to cho­roba nie jest wcale ter­mi­nalna...

Teraz jest naj­lep­szy moment, żeby wdro­żyć lecze­nie. Póki orga­nizm silny.

Ale co z tego, że silny, jeśli po ope­ra­cji i po che­mii będzie oka­le­czony? Trwale i nie­od­wra­cal­nie.

Pamię­tam przy­ja­ciółkę, która się zde­cy­do­wała. Na ope­ra­cję i na che­mię. Widzia­łam, jak cier­piała, jak z ener­ge­tycz­nej i czer­stwej dziew­czyny prze­mie­niała się w ano­rek­tyczny cień. Dwa lata dogo­ry­wa­nia, cią­głych wizyt w szpi­talu i spa­da­nia z bli­skimi w dół. W prze­paść.

Gdy­bym Elę dziś zapy­tała, czy drugi raz pod­ję­łaby taką samą decy­zję, pew­nie odpo­wie­dzia­łaby, że nie. Że wola­łaby prze­żyć choćby i pół roku w rado­ści i spraw­no­ści, w pełni przy­tom­nie, z rodziną. Cie­szyć się wspól­nym cza­sem. Zamiast umie­rać w mękach na oczach bez­rad­nego męża i prze­ra­żo­nych dzieci.

Nie, nie pozwolę wyciąć sobie połowy jelita i zało­żyć śmier­dzą­cego worka na brzu­chu. Na samą myśl robi mi się nie­do­brze. Nie chcę czuć wstrętu do samej sie­bie.

A potem wlewy, naświe­tla­nia, wymioty i omdle­nia... Ni­gdy w życiu!

To nie dla mnie. Nie wytrzy­mam. Nie zro­bię z sie­bie wiecz­nego pacjenta, nie­zdol­nego do więk­szego wysiłku i zależ­nego od innych. Innych, któ­rzy zawsze zawo­dzą.

Jed­nego nauczy­łam się przez lata samo­dziel­nej walki o wszystko. Jak być silną. Jak zawsze dawać radę. Jak poma­gać, gdy inni pomocy potrze­bują. Jak nie być cię­ża­rem dla nikogo. Innego życia nie znam. I nie chcę znać.

Zacią­gnę­ła­bym się dymem papie­rosa. Albo zioła. Raz, drugi, trzeci. Szkoda, że nie palę. Nie wiem, co zro­bić z roz­bie­ga­nymi pal­cami.

Że rezy­gna­cją z lecze­nia odbie­ram sobie szansę na dłu­gie życie?

Nie. Dłu­gie życie nie jest gwa­ran­to­wane. Ani dobre zdro­wie.

Że rok to niby mało?

Nie. Rok to bar­dzo dużo. Rok zdro­wia, rok siły, rok soczy­stego życia, peł­nego przy­gód, na które wcze­śniej nie było czasu, ochoty albo odwagi.

Rok z mamą, żeby nasy­ciła się mną na wszyst­kie te lata, które jesz­cze przed nią.

Rok spo­koju, bez­tro­skiej zabawy i miło­ści.

Nie­któ­rzy robią sobie gap year, gdy nie wie­dzą, co dalej.

Ja decy­duję się prze­rwać sekwen­cję dni podob­nych do sie­bie, gdy wiem.

Bar­dzo dobrze wiem.

Chyba pierw­szy raz w życiu naprawdę wiem, czego chcę.

* * *

- Ale ja nie mogę tak nagle wszyst­kiego rzu­cić i jechać! - Mama zapiera się sto­pami o pod­nó­żek i wci­ska pośladki w fotel.

- A co masz do zro­bie­nia? - nie daję za wygraną. - Ogar­nę­ły­śmy wczo­raj wszystko.

- Jak to co? Fry­zjer, mani­cure, pedi­cure, weki zapra­wić, doniczki z kwiat­kami roz­nieść do sąsia­dek...

- Jakie weki?

- Prze­cież coś musimy jeść!

- Tam, gdzie jedziemy, są bary, knajpy i tawerny.

- Wiesz, ile to kosz­tuje? No i trzeba zapasy spo­żyw­cze zro­bić.

- Nie jedziemy w dzi­kie ostępy, na jakieś bez­lu­dzie. Owoce i picie kupimy na miej­scu. Goto­wać też nie musimy.

- No, jeśli na to wszystko cię stać... - Mama nabur­mu­sza się zawsze, gdy ktoś przej­muje ini­cja­tywę i dowo­dze­nie.

- Ile potrze­bu­jesz czasu, żeby zro­bić się na bóstwo?

- Jakie bóstwo? Nie pokażę się prze­cież taka na plaży. - Roz­kłada ręce i demon­struje dło­nie, któ­rym moim zda­niem niczego nie bra­kuje.

- Ile czasu?

- Fry­zjera mam umó­wio­nego dopiero za mie­siąc.

- Na pewno jakiś przyj­mie cię już w tym tygo­dniu. Mało to fry­zje­rów w oko­licy? Na two­jej ulicy jest przy­naj­mniej trzech. Albo na miej­scu znaj­dziemy kogoś.

- Nie ma mowy! Ja tylko u mojego Micha­sia się obci­nam. Ty wiesz, jaki to arty­sta? Znowu wygrał duży kon­kurs gdzieś w Euro­pie. W Madry­cie albo w Paryżu, nie pamię­tam. Teraz jest na szko­le­niu w Sta­nach i jak wróci, to mi powie, jak tam było. Zawsze mi wszystko dokład­nie rela­cjo­nuje. Tak cie­ka­wie opo­wiada! A za dwa mie­siące leci...

- Mamu­siu...

- No, dobrze. Może w dwa tygo­dnie uda się wszystko zro­bić. To będzie jakieś wariac­two. Istne sza­leń­stwo. - Patrzy na mnie z wyrzu­tem. - Matkę chcesz wykoń­czyć.

Dwa tygo­dnie... Utknę tu na całe dwa tygo­dnie. W mie­ście, z któ­rego dawno temu ucie­kłam.

Post­in­du­strialne tereny stra­szą do dziś. Bie­da­szyby i wysy­pi­ska odpa­dów wpraw­dzie zaro­sły traw­skiem, chasz­czami i krzy­wymi drze­wami, ale świa­do­mość, po czym się łazi, ni­gdy nie pozwo­liła mi oddy­chać tu pełną pier­sią.

I te budynki, okop­cone i osmo­lone... Przez czerń, którą się oble­kły, stra­ciły trzeci wymiar. Bryły - tak jakby pozba­wione głębi - zle­wają się w jedną ciemną plamę. Czarną dziurę.

- Tylko nie marudź, że tu jest brzydko i nie ma co robić. - Mama chyba usły­szała moje myśli. - Przejdź się na rynek i zaj­rzyj w boczne uliczki. Zobacz, jak mia­sto się zmie­niło i jakie teraz jest piękne!

Wzdy­cham i wycho­dzę z salonu do pokoju, który kie­dyś był moim. Odpa­lam kom­pu­ter. Duże lustro w przed­po­koju pośred­ni­czy w naszej roz­mo­wie. Ja widzę mamę przy kuchence, mama widzi mnie przy biurku.

- Prze­cież musisz pra­co­wać! A tu masz lep­sze warunki do pracy niż w jakimś domku nad morzem! - krzy­czy z kuchni.

- Ja nic nie muszę - bur­czę do sie­bie pod nosem i zre­zy­gno­wana, wrzu­cam do wyszu­ki­warki nazwę mojego rodzin­nego mia­sta.

* * *

- Slay! - krzy­czy chło­pak w kucyku, dziu­ra­wych spodniach i over­si­zo­wej blu­zie.

Pod­biega do lustra, pochyla się nad boom­bo­xem, ści­sza muzykę.

- Super było! Dali­ście radę! - Wraca do dziew­czyny w pierw­szym rzę­dzie, przy­bija piątkę, ona podaje dalej, do kole­żanki tań­czą­cej obok.

Skrzy­dła prze­zro­czy­stych drzwi się roz­wie­rają, tłum uśmiech­nię­tych nasto­la­tek i stu­den­tek wysy­puje się z jasnej sali na ciemny kory­tarz. Usu­wam się im z drogi, prze­ci­skam się pod prze­szkloną ścianę mniej­szego pomiesz­cze­nia, w któ­rym jesz­cze trwają zaję­cia, przy­kle­jam czoło do szyby. Laski na wyso­kich obca­sach, jedna za drugą, masze­rują jak na wybiegu dla mode­lek, zatrzy­mują się, wypi­nają sek­sow­nie tyłki, opie­rają dło­nie na kola­nach, skrę­cają piersi do lustra i koń­czą falę zadzior­nym kiw­nię­ciem głowy, jakby rzu­cały wyzwa­nie zwier­cia­dłu, które ma potwier­dzić ich urodę i sek­sa­pil. Pro­wa­dząca koń­czy fil­mo­wa­nie i obie­cuje, że wrzuci zapis wideo na insta­storki.

Roz­ko­ja­rzona kako­fo­nią dźwię­ków i kolo­rami tan­ce­rzy, odważ­nie zagar­nia­ją­cych prze­strzeń, poty­kam się na scho­dach o wypło­wiałe sznu­rówki moich przy­bru­dzo­nych teni­só­wek. High heels, hip-hop, dan­ce­hall, com­mer­cial, con­tempo, salsa cubana... Pro­win­cjo­nalne mia­sto stało się sto­licą tańca?

Sym­pa­tyczna blon­dynka w recep­cji pró­buje mi dora­dzić, co wybrać z sze­ro­kiej oferty szkoły, poka­zuje fil­miki na tele­fo­nie, żebym zro­zu­miała róż­nice mię­dzy sty­lami. Przy­gląda się moim reak­cjom, a potem zapi­suje mnie na coś dziw­nie brzmią­cego, co ruszy o szes­na­stej w naj­bliż­szy pią­tek. Kiwam głową, że okej, chcę jak naj­szyb­ciej wyjść na zewnątrz i zaczerp­nąć świe­żego powie­trza.

Świeże powie­trze w cen­trum mia­sta? Dzie­sięć minut od miesz­ka­nia mamy, w któ­rym - odkąd pamię­tam - kurz trzeba było ście­rać codzien­nie? A cza­sami nawet dwa razy dzien­nie? Jak to się stało? Tu ni­gdy nie było tak zie­lono i tak... pach­nąco. Gdy zbli­żam się do rynku, woń róż ustę­puje cierp­kiemu zapa­chowi egzo­tycz­nych roślin, które pną się po wolno sto­ją­cych kon­struk­cjach. To pew­nie jakieś nowo­cze­sne wyna­lazki, mające zazie­le­nić beto­nową pusty­nię. Kon­ste­la­cje idą w pion, bo bra­kuje miej­sca w pozio­mie.

Uspo­kaja mnie zna­jomy szum tram­waju, suną­cego po szy­nach. Ale zaraz potem elek­try­zują kolo­rowe świa­tła, wybu­cha­jące pod sto­pami. Bielą, zie­le­nią i czer­wie­nią infor­mują o wago­nach - nad­jeż­dża­ją­cych lub ocze­ku­ją­cych. Mocno kon­tra­stują z wie­czorną czer­nią kostki bru­ko­wej.

Oswa­jam się z tram­wa­jo­wym kodem kolo­ry­stycz­nym, po chwili zaska­kuje mnie park mło­dych brzóz, z gęstą trawą i z pod­świe­tlo­nymi koro­nami drze­wek. Dalej wodne kaskady i fon­tanny, skrzące się na żółto i na nie­bie­sko, drew­niane sie­dzi­ska i leżanki, two­rzące przy­tulne zaułki. Ludzie sie­dzą, spa­ce­rują, śmieją się, kilka osób tań­czy wokół gło­śnika, wysta­ją­cego z czy­jejś torby.

Z każdą chwilą coraz bar­dziej puch­nie we mnie dyso­nans poznaw­czy. A raczej poznaw­czo-emo­cjo­nalny, bo prze­cho­dzą mnie dresz­cze. Zasko­cze­nie zamie­nia się w coś dziw­nego, jakby zachwyt, a nawet dumę. Nie wie­rzę, po pro­stu nie wie­rzę. Uzdro­wi­sko zro­bili z naszego cen­trum, z tego ciem­nego, zawsze brud­nego i śmier­dzą­cego placu, na któ­rym strach było wysiąść nocą i cze­kać na prze­siadkę, w dro­dze z jed­nego końca mia­sta na drugi.

Co tam maja­czy w oddali? Za mostem nad ście­kiem, od któ­rego nazwę wziął naj­słyn­niej­szy festi­wal blu­esowy w kraju? Pod­cho­dzę bli­żej. Poma­rań­czo­wo­czer­wone i różo­wo­fio­le­towe litery ukła­dają się w napis CHÓD SŁOŃCA, zamknięty w koli­stej tar­czy.

Pierw­sze dwie litery się wypa­liły, albo ktoś spryt­nie zapro­jek­to­wał neon i pozo­sta­wił oglą­da­ją­cym inter­pre­ta­cję, czy cho­dzi o wschód, czy raczej o zachód. Zawie­szony tuż nad wodą, barwi wąską strugę rzeki, pły­ną­cej mię­dzy dwoma rzę­dami ciem­nych budyn­ków. Tafla kanału żarzy się na całej dłu­go­ści, od mostu, na któ­rym stoję, aż po cho­dzące słońce. Mury pachną zmur­sza­łym falo­chro­nem i wil­got­nym lochem. Wene­cja, nor­mal­nie. Wene­cja, panie!

Ktoś zaga­duje mnie po angiel­sku i wyciąga tele­fon, żebym zro­biła zdję­cie jemu i jego dziew­czy­nie. Na tle neo­no­wego wschodu lub zachodu i cuch­ną­cego kie­dyś cieku. Oddaję apa­rat Japoń­czy­kowi i wra­cam na rynek, bo chcę zanur­ko­wać w roz­świe­tlone boczne uliczki, z któ­rych wyle­wają się stru­mie­nie roz­ga­da­nych ludzi.

Ludzi, któ­rych daw­niej tu nie było.

* * *

- Tyle razy przy­jeż­dża­łaś do mamy i ni­gdy wcze­śniej nie udało się spo­tkać... - Wie­dzia­łam, że Daria zacznie od pre­ten­sji. - Ile to już lat?

- Od matury? Równo dwa­dzie­ścia trzy - odpo­wia­dam.

Daria wytrzesz­cza oczy, które już wcze­śniej powięk­szone przez grube szkła, rosną teraz do mon­stru­al­nych roz­mia­rów. Źre­nice zle­wają się z tęczów­kami w kolo­rze kawy bez mleka i pra­wie wycho­dzą poza ramki oku­la­rów.

- No, tak, ostatni raz widzia­ły­śmy się też w maju, zaraz po matu­rze. To zna­czy, że... - klasz­cze dłońmi w potężne uda - za dwa lata będzie okrą­gła rocz­nica! Tego ci nie odpusz­czę! Zro­bimy imprezę dla wszyst­kich klas z naszego rocz­nika! - wydziera się na całą knajpę.

Ludzie z sąsied­nich sto­li­ków zer­kają na nas, po chwili wra­cają do swo­ich tale­rzy i roz­mów.

- Ale czad! Słu­chaj, wynaj­miemy jakiś duży lokal na wszyst­kie cztery klasy. Zapro­simy wycho­waw­ców i nie­które nauczy­cielki, ale tylko te, które lubi­li­śmy. Na Bul­winę się nie zgo­dzę - strzela syla­bami coraz szyb­ciej.

Za chwilę dosta­nie zadyszki.

Się­gam po kartę menu, żeby schło­dzić jej zapał. Nie pamię­tam, za co tak bar­dzo nie lubiła polo­nistki.

- Ej, no! Nie podoba ci się mój pomysł?

- Głodna jestem.

- Knajpę dobrą wybra­łam? Twoja mama mówiła, że lubisz mek­sy­kań­ską kuch­nię i że podobno u nas nie ma takiej praw­dzi­wej. Wiesz, zawsze mi opo­wia­dała o two­ich podró­żach służ­bo­wych. Strasz­nie ci zazdro­ści­łam. No i pomy­śla­łam, że skoro u nas wresz­cie otwarli przy­zwo­ite Tex-Mex, to się ucie­szysz...

- To musiało być jakieś pięt­na­ście lat temu! - nie kryję zdzi­wie­nia. - I ty to wszystko pamię­tasz? Rze­czy­wi­ście, uwio­dło mnie tek­sań­skie żar­cie, ale zdą­ży­łam już dawno o tym zapo­mnieć.

- To już nie lubisz? - zmar­twiła się.

Wła­śnie dla­tego uni­ka­łam kon­taktu z Darią. Zawsze było jej za dużo. Męczyła mnie i wpę­dzała w poczu­cie winy nad­mia­ro­wym zaan­ga­żo­wa­niem we wszystko, co robiła. Ja nie pamię­tam nawet, w kim się kochała w liceum, z kim sie­działa w ławce, na jakie stu­dia poszła i czy w ogóle się na nie dostała, a ona wie o mnie wię­cej niż ja sama.

- Co zama­wiamy? Nie za bar­dzo koja­rzę te nazwy. Myśla­łam, że ty za nas zde­cy­du­jesz. - Patrzy na mnie i czeka, a ja nie mam poję­cia, co zro­bić, żeby ura­to­wać to spo­tka­nie.

- Połowę z tych nazw widzę pierw­szy raz w życiu, dru­giej połowy dań ni­gdy nie jadłam - przy­znaję.

- A ja myśla­łam, że ty taka świa­towa jesteś...

- Muszę cię roz­cza­ro­wać. Jestem bar­dzo zwy­czajna.

- Ale twoja mama...

- Moja mama ma bujną wyobraź­nię.

- To nie wiem... Może popro­simy, żeby pani nam coś dora­dziła? - Daria wygląda jak zbity psiak, wzro­kiem szuka kel­nerki, a ja czuję, że zaraz dostanę głu­pawki.

- Zamówmy to, czego albo nie umiemy wymó­wić, albo czego ni­gdy nie jadły­śmy, okej? Biorę zupę z bia­łej fasoli i to coś z kutasa, tfu, z kak­tusa. - Poka­zuję pal­cem na kar­cie i duszę się ze śmie­chu.

- Dobra, to ja to samo. - Uśmie­cha się z ulgą.

Czuję się jak pusta i bez­war­to­ściowa sko­rupa, w któ­rej ktoś widzi dro­go­cenną fili­żankę, wypeł­nioną kawą Kopi Luwak. Na szczę­ście doszłam do miej­sca, w któ­rym wszyst­kie sko­rupy, dro­gie czy nie, koń­czą tak samo.

Odpro­wa­dzam Darię na przy­sta­nek. Cho­ciaż tak chcę się odwdzię­czyć za tę nie­za­słu­żoną przy­jaźń, którą oka­zuje mi od lat. Mieszka pod lasem, w sypial­nia­nej czę­ści mia­sta. Opie­kuje się chorą mamą, która rzadko wstaje z łóżka. Pracę ma nie­cie­kawą, szefa upier­dli­wego i zespół, który zrzuca na nią wszystko to, czym nie chce się zaj­mo­wać. O urlop prosi w naj­mniej atrak­cyj­nych ter­mi­nach, któ­rych nikt nie bie­rze. Pra­wie nie wyjeż­dża z mia­sta. Pew­nie w nim umrze.

Naprawdę nie wiem, skąd czer­pie entu­zjazm.

Tego, co widzi i co zawsze widziała we mnie, też nie rozu­miem.

- Tak się cie­szę, że zna­la­złaś czas! Musimy to powtó­rzyć! - krzy­czy do mnie ze schodka auto­busu. - Pamię­taj o dwu­dzie­sto­pię­cio­le­ciu! Ogarnę wszystko, założę grupę na fejs­buku! Już się nie mogę docze­kać! Dwa lata miną...

Ostat­nich słów nie sły­szę. Giną w huku zatrza­ski­wa­nych drzwi.

Czy ode­zwa­ła­bym się do Darii i zapro­po­no­wa­ła­bym jej spo­tka­nie, gdyby nie była jedyną osobą z liceum, która została w naszym mie­ście? Gdyby na­dal miesz­kał tu kto­kol­wiek, z kim łazi­łam na kon­certy, pali­łam w krza­kach i ury­wa­łam się z lek­cji przed kla­sów­kami?

Gdzie ich wszyst­kich wywiało? Według Darii połowa sie­dzi za gra­nicą, resztę roz­siało po kraju, tylko Romek tra­fił do sto­licy, jak ja, ale ni­gdy na sie­bie nie wpa­dli­śmy.

Daria wie wszystko o wszyst­kich, ale nikt z nas nie wie nic o niej.

Auto­bus odjeż­dża. Stoję na przy­stanku z unie­sioną dło­nią. Macham do Darii, któ­rej nie widzę. Bo wiem, że ona widzi mnie.

* * *

Jest jeden powód, dla któ­rego prze­sta­łam zaglą­dać do cen­trum mia­sta, gdy odwie­dza­łam mamę.

Jak tylko wypro­wa­dzi­łam się do sto­licy, rodzinna miej­sco­wość stała się dla mnie jedy­nie punk­tem prze­rzu­to­wym w góry. Dzięki temu mogłam w week­end zro­bić szybką gór­ską pętlę i zdą­żyć wró­cić do roboty w ponie­dzia­łek rano.

Jest też powód drugi, waż­niej­szy.

Luka.

Żył i pra­co­wał w cen­trum. Dla­tego cen­trum nale­żało omi­jać.

Co z Luki zapa­mię­ta­łam naj­le­piej? Zapach.

Podobno węch, emo­cje i pamięć miesz­kają bli­sko sie­bie. To dla­tego tak dobrze pamię­tamy zapa­chy z dzie­ciń­stwa. Te, z któ­rymi wiążą się silne uczu­cia.

Igli­wie świą­tecz­nej cho­inki u dziad­ków. Wani­liowy puder kar­na­wa­ło­wych fawor­ków. Zawil­go­cona dykta, z któ­rej kie­dyś sta­wiano domki let­ni­skowe. Cierpki pod­biał, rosnący wzdłuż gór­skich stru­my­ków. Skwier­czący tłuszcz, wyta­piany z kieł­bas, pie­czo­nych na ogniu. Mdła sło­dycz zupy mlecz­nej i kwas pulpy szpi­na­ko­wej. Każda z tych rze­czy ma wyryte w mózgu dwa ślady. Emo­cjo­nalny i zapa­chowy.

Tak samo jest z Luką. Po nim też pozo­stał zapach. Jeden.

Jeden zapach i wiele emo­cji.

Lukę pozna­łam sześć lat temu na nar­ciar­skim obo­zie tre­nin­go­wym. W listo­pa­dowy długi week­end jed­nym auto­ka­rem jechały na lodo­wiec dwie grupy. Ama­to­rzy - na przed­se­zo­nowe roz­jeż­dże­nie, a para­olim­pij­czycy - na klu­bowy tre­ning przed serią zawo­dów. Ja w gru­pie ama­to­rów, on w gru­pie zawo­dow­ców, wyha­czy­li­śmy się już na pierw­szym postoju.

Naj­pierw zauwa­ży­łam śmie­jące się piwne ogniki w czar­nej opra­wie rzęs i brwi. Potem zmy­słowe, mię­si­ste usta, któ­rymi coś mówił, ale ja nie za bar­dzo rozu­mia­łam słowa, bo niska barwa jego głosu zamgliła mi mózg.

Biało-czer­wony dres leżał na nim lepiej niż na pozo­sta­łych zawod­ni­kach. Odda­wał kształt męskiego wyspor­to­wa­nego ciała. Nie wie­dzia­łam, czy brak nogi nie robi na mnie wra­że­nia, czy wręcz prze­ciw­nie, robi ogromne i dodaje Luce sek­sa­pilu. Trza­skać czas na jed­nej nodze, na stro­mym oblo­dzo­nym zbo­czu, pomię­dzy tycz­kami, gdy ja nie zawsze czu­łam się pew­nie na dwóch...

Kręcą mnie faceci, któ­rzy są w czymś lepsi ode mnie. Nic na to nie pora­dzę.

Do dziś serce mi przy­śpie­sza, gdy poczuję mocny korzenny zapach. Drzewo san­da­łowe, drzewo cedrowe, wani­lię, głóg... Kie­dyś pró­bo­wa­łam usta­lić, która z nut per­fum Luki działa na mnie naj­sil­niej. Im bar­dziej zanu­rza­łam się w ana­lizę tej mie­szanki, tym szyb­ciej Luka wyłą­czał mój mózg. Umysł, zazwy­czaj ostry jak brzy­twa, roz­mię­kał pod jego cie­płymi dłońmi.

Na przed­se­zo­no­wym wyjeź­dzie w Dolo­mity Luka zapo­mniał mi powie­dzieć, że ma dziew­czynę. Może dla­tego zapo­mniał, bo uznał, że już nie ma. Jego dziew­czyna miała jed­nak inne zda­nie na ten temat. Po powro­cie nie zdą­żył jej oznaj­mić, że ich zwią­zek się wypa­lił, a ich drogi roze­szły. Poka­zała mu zdję­cie. Nie­wy­raźne, czarno-białe USG. A na nim małego Lukę.

Ale ja dowie­dzia­łam się dużo póź­niej. I wtedy zaczę­łam omi­jać cen­trum. Nie chcia­łam spo­tkać ani jego, ani jej, ani ich razem, z wóz­kiem. Nie współ­czu­łam mu, gdy bia­do­lił, że spar­to­lił sobie życie. Że nie tak miało być. Że już dawno chciał się urwać z tej rela­cji bez przy­szło­ści, ale nie umiał odejść.

Widocz­nie miał zostać. Mały Luka wybrał sobie jego na tatę i ją na mamę. Pew­nie w tym duecie mają to, czego dzie­ciak potrze­buje.

Wie­rzę, że dzieci wybie­rają rodzi­ców.

Ja nikomu nie przy­pa­so­wa­łam na matkę.

Za to bar­dzo mądrze wybra­łam swoją.

* * *

- Uwa­żaj! - Męski głos spina mnie, poty­kam się o kamień i pra­wie pikuję głową w dół na stro­mym zbiegu.

Z tru­dem łapię rów­no­wagę, odwra­cam się ze zło­ścią, gotowa, żeby słow­nie przy­szar­żo­wać, gdy wpada na mnie dziew­czynka. Łapię ją dłońmi, a ona śmieje się i trzę­sie blond kucy­kami.

- Prze­pra­szam bar­dzo. - Niski i miękki głos brzmi zna­jomo, ale to jakieś złu­dze­nie, pew­nie pamię­tam podobne męskie basy z fil­mów. - Zosiu, gdyby nie pani, tobyś roz­kwa­siła sobie nos - zwraca się do blon­dy­neczki. - Chodź do taty, nie będę cię gonił. - Wyciąga rękę i na­dal stoi wysoko, na skar­pie, a my, z Zosią, zsu­wamy się po żwi­ro­wej stro­mej ścieżce.

- Idziemy? - Łapię dłoń dziew­czynki i razem wdra­pu­jemy się na szczyt urwi­ska.

Muszę spraw­dzić, z jakiego gar­dła wydo­bywa się ten głos.

- Prze­pra­szam, chyba panią wystra­szy­li­śmy. - Męż­czy­zna śmieje się i przy­gar­nia córkę do sie­bie. - Nie nadą­żam za nią - wzdy­cha i przy­tula blond główkę do swo­jego uda.

- Bez pro­tezy jesteś szyb­szy - pisz­czy dziew­czynka i odbiega na sze­roką polanę, z któ­rej roz­ta­cza się widok na dymiące kominy elek­tro­cie­płowni i bloki osie­dli z wiel­kiej płyty.

Męż­czy­zna patrzy na mnie zakło­po­tany. Serce łomo­cze mi coraz szyb­ciej. Łap­czy­wie wcią­gam powie­trze nosem, ale nic nie czuję. Nic poza zapa­chem mojego dez­odo­rantu.

Nie posta­rzał się. Zmęż­niał. Moc­niej zary­so­wała mu się szczęka. Twarz nabrała ostro­ści, a oczy prze­ni­kli­wo­ści. Już nie śmieją się tak łobu­zer­sko.

Ścią­gam oku­lary prze­ciw­sło­neczne i ban­danę. I patrzę.

Zakło­po­ta­nie zamie­nia się w zdzi­wie­nie, szok pra­wie, a potem zna­jomy uśmiech, który roz­pina dwie zmy­słowe wargi.

Jeśli gdzieś zaraz nie siądę, to zemdleję.

- Olga! Co za spo­tka­nie! - Wyciąga do mnie ramiona, w pierw­szym odru­chu chcę się w nich scho­wać, ale po chwili tężeję.

Chyba nawet robię krok w tył. Zapo­mi­nam, że za mną są urwi­sko i prze­paść.

Luka spusz­cza ręce, zakło­po­ta­nie wraca na jego twarz.

- Co tu robisz? - odzy­skuję głos.

- Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do tych sze­re­gow­ców za par­kiem. - Wska­zuje dło­nią na brzo­zowy las, który dzieli nas od osie­dli dom­ków jed­no­ro­dzin­nych.

- Tych na szczy­cie Alp? - udaję obo­jęt­ność.

- Zawsze mnie bawiła ta nazwa. Ale rze­czy­wi­ście, to naj­wyż­szy punkt mia­sta, przy­naj­mniej w tej jego czę­ści. - Zerka na mnie, jakby pró­bo­wał zdia­gno­zo­wać, na ile może sobie pozwo­lić.

To nie on znik­nął, gdy dowie­dzia­łam się o ciąży jego wie­lo­let­niej part­nerki. To ja zerwa­łam kon­takt.

- Myśla­łam, że spo­dzie­wa­cie się chłopca.

- Lekarz się pomy­lił. Całe szczę­ście. Ta mała wszystko zmie­niła. - Oczy Luki znów pro­mie­nieją.

Coś mnie ukłuło. Niby wie­dzia­łam, że on i ja ni­gdy nie będziemy razem, ale nagłego odru­chu zazdro­ści nie umiem powstrzy­mać.

- Napra­wiła waszą rela­cję? - pytam z nadzieją, że zaprze­czy.

- Z jej matką?

Kiw­nę­łam głową.

- Nie, to już nie­moż­liwe. Ni­gdy nie było.

- Ale prze­nie­śli­ście się tu, w cał­kiem przy­jemne miej­sce. Zosia wygląda na szczę­śliwą. Taką, która ma szczę­śliwy dom.

- Prze­nie­śli­śmy się tu, do dwu­po­zio­mo­wego miesz­ka­nia, żeby móc sobie scho­dzić z drogi.

Ruszamy przed sie­bie, wol­nym kro­kiem. Zosia biega wokół nas i coś szcze­bio­cze do motyla, któ­rego pró­buje zła­pać.

- No, tak... Lubisz prze­strzeń. I wol­ność.

- Tak, wol­ność od gde­ra­nia i prze­strzeń na wła­sne pasje.

Nie wiem, co odpo­wie­dzieć, jak sko­men­to­wać. Chcia­ła­bym uciec z tej hałdy i jed­no­cze­śnie chcia­ła­bym zostać na niej do końca życia.

- Skończmy ze smut­nymi tema­tami. Co u cie­bie? Ty to pew­nie pro­wa­dzisz cie­kawe życie. Zawsze byłaś ambitna. Pełna życia i pomy­słów.

- Umie­ram.

Staje. Patrzy na mnie. Pró­buję wytrzy­mać jego wzrok i się nie roz­pła­kać.

- Co się dzieje? Wiem, że nie mam prawa wypy­ty­wać o szcze­góły, że zawa­li­łem wszystko - wyrzuca z sie­bie słowa, a jego twarz krzywi się tak, jakby i on miał się roz­pła­kać.

- Nie chcę o tym mówić. - Robię krok w stronę brzo­zo­wego lasu poni­żej skarpy.

Za tym lasem Marta, żona Luki, pew­nie pięk­nie i przy­tul­nie urzą­dziła ich wspólne gniazdko. Wie­czo­rem ona gotuje coś w kuchni, on czyta w fotelu, a mała biega mię­dzy nimi. Wszy­scy się śmieją i cze­kają na wie­czorną bajkę i wspólną kola­cję przy stole.

- Muszę wra­cać! - rzu­cam przez ramię i zosta­wiam Lukę.

Nie odwra­cam się. Bie­gnę, ile sił w nogach. Nie wiem, czy dla­tego, żeby zro­bić na nim wra­że­nie sil­nej i spraw­nej, czy dla­tego, żeby jak naj­szyb­ciej scho­wać się w drze­wach.

Po co ścią­ga­łam oku­lary i buffa?

Musia­łam. Musia­łam spraw­dzić, czy jesz­cze go ruszam.

Zamiast tego dowie­dzia­łam się, że ni­gdy mi nie prze­szło.

Wbie­gam na klatkę scho­dową. Otwie­ram drzwi miesz­ka­nia. Zrzu­cam buty.

- Jak ci się bie­gało? - krzy­czy do mnie mama z kuchni.

Zapach sosu pomi­do­ro­wego drażni moje noz­drza.

- Zgad­nij, co będzie na obiad!

- Pory w cie­ście? - udaję radość.

To prze­cież moje ulu­bione danie, jak mogła­bym się nie cie­szyć, oskar­żam się w myślach. Mama zawsze robi je spe­cjal­nie dla mnie, sama nie jest entu­zjastką tej cza­so­chłon­nej potrawy. Mnie za to zawsze jest jej za mało.

Zawsze, ale nie dziś.

- Coś taka mar­kotna? - zaga­duje mnie, gdy nożem deli­kat­nie roz­dzie­lam włókna pora i zasta­na­wiam się, ile jesz­cze razy dane mi będzie zacią­gać się wonią sosu pomi­do­ro­wego.

Chcę dobrze zapa­mię­tać ten słono-kwa­śny smak. Chcę, żeby na zawsze pozo­stał na moim języku.

- Sma­kuje ci? Bo nic nie mówisz.

- Jak może mi nie sma­ko­wać? Nie znam niczego lep­szego od porów w cie­ście.

Czuję, że do oczu napły­wają mi łzy. Odkła­dam sztućce, wycho­dzę do łazienki.

Mama czuj­nie mnie obser­wuje, gdy wra­cam i sia­dam do stołu.

- Opi­łam się po powro­cie z hałd i teraz cią­gle chce mi się siku - tłu­ma­czę.

- Jak tam było? Ład­nie?

- Super! To ide­alne tereny do bie­ga­nia!

- A jak ci mówi­łam, to nie wie­rzy­łaś. Możesz tam codzien­nie bie­gać, aż do naszego wyjazdu nad morze.

Nie odpo­wia­dam.

- Byli tam jacyś ludzie?

- A jakie to ma zna­cze­nie? - Sły­szę w swoim gło­sie agre­sję i karcę się w myślach.

- No, czy bez­piecz­nie tam jest o tej porze? - dopy­tuje mama łagod­niej, a ja wola­ła­bym, żeby nakrzy­czała na mnie.

- A jak ma być? Prze­cież to cywi­li­zo­wany kraj.

Mama patrzy na mnie i nie wie, co powie­dzieć. Ja też nie wiem, więc wstaję od stołu.

- Pozmy­wam - mru­czę pod nosem, biorę swój talerz i nie cze­kam, aż ona skoń­czy jeść.

Stoję w kuchni nad zle­wem i trę szczotką naczy­nie, które wystar­czyło spłu­kać stru­mie­niem cie­płej wody.

Talerz i szczotka roz­my­wają mi się przed oczami. Już pra­wie ich nie widzę.

Sły­szę kroki mamy, grzbie­tem dłoni wycie­ram mokre policzki.

- Jutro ja gotuję. - Uśmie­cham się i odbie­ram od niej brudne sztućce.

* * *

Nie pamię­tam, kiedy ostatni raz byłam nad naszym morzem. Cią­gle tylko góry i góry. Góry latem, góry zimą. Morze od zawsze wyda­wało mi się nudne. Zbyt pła­skie. I do tego zimne.

Ale te cie­plej­sze wcale nie są lep­sze. Zaso­lone tak, że głowy zanu­rzyć nie można, bo od razu oczy robią się po kró­li­czemu czer­wone i pieką nie­mi­ło­sier­nie. Schło­dzić orga­ni­zmu też nie ma jak przy upa­łach docho­dzą­cych do czter­dzie­stu stopni.

A na samą myśl, ile mama chcia­łaby zabrać ze sobą bagażu do samo­lotu, robi mi się słabo.

Dla­tego na ostat­nie waka­cje, mamy i moje, wybra­łam nasze morze. Bli­sko, wygodny dojazd auto­stradą, do samo­chodu można wrzu­cić wszystko, czego dusza zapra­gnie. A dusza mamy pra­gnie dużo. I też dawno nie była nad morzem. Razem, we dwie, spa­ce­ro­wa­ły­śmy po plaży jakieś... Lat temu dwa­dzie­ścia, albo i wię­cej.

Podróż sen­ty­men­talna nas czeka.

Roz­glą­dam się po spo­pie­lo­nym pła­sko­wyżu. Dziś przy­bie­głam na hałdy wie­czo­rem, żeby nie spo­tkać Luki z córką.

Staję w roz­kroku, czuję zie­mię pod sto­pami i wypeł­niam płuca suchym powie­trzem, tak róż­nym od mor­skiego. Dawno tu nie padało.

Usy­pi­skowy step góruje nad mia­stem. Zacho­dzące słońce barwi hory­zont na brudny poma­rańcz. Ze zdzi­wie­niem zauwa­żam, jak tu roman­tycz­nie. Wsłu­chuję się w ciszę, wolną od jazgotu tram­wa­jów, kare­tek, wozów poli­cyj­nych i dzwo­nów kościel­nych. Nie sły­chać nawet pta­ków z brzo­zo­wego lasu poni­żej, któ­rym obro­sły mniej­sze hałdy.

Zrywa się wiatr.

Zamy­kam oczy, roz­po­ście­ram ramiona. Duje jak w sztor­mowy dzień nad morzem albo pod­czas hal­nego na gór­skiej grani. Powie­trze napiera na moją twarz, otwarte dło­nie i tułów.

Mogę roz­luź­nić ciało i oprzeć się o ścianę wichru. Trwam w har­mo­nii z prze­strze­nią, gdy nagle dociera do mnie ryk z tyłu.

Tracę rów­no­wagę i odwra­cam się, poiry­to­wana. Pędzi na mnie endu­ro­wiec, a za nim cią­gną się tumany kurzu. Zamie­ram z wście­kło­ści i w duszy strasz­nie mu zło­rze­czę. Jak każ­demu zmo­to­ry­zo­wa­nemu, który roz­jeż­dża szlaki. Ale tym razem nie staję mu na dro­dze, jak to mam w zwy­czaju, i nie wykrzy­kuję, co o nim myślę. Zamiast tego wysu­wam pio­nowo dło­nie przed sie­bie i pro­szę nimi, żeby zwol­nił. On zwal­nia. Lewą ręką poka­zuję, że może mnie po łuku omi­nąć. On omija. Dzię­kuję mu dłońmi zło­żo­nymi w geście nama­ste i skła­niam głowę. On turla się wol­niutko pięć metrów ode mnie i pochyla kask w moją stronę. Uśmie­cham się do niego z wdzięcz­no­ścią.

Kurz opada.

Słońce zacho­dzi, a ja znowu wie­szam się na wie­trze.

* * *

Nie wiem, co zro­bić z tele­fo­nem. Głu­pio igno­ro­wać połą­cze­nia przy­cho­dzące. Jesz­cze bar­dziej głu­pio zrzu­cać dzwo­nią­cych, gdy iry­tu­jący dźwięk nagle zaska­kuje i prze­szka­dza.

Chcę apa­ra­tem reje­stro­wać wszyst­kie ważne chwile, piękne widoki, wzru­sza­jące detale, obok któ­rych kie­dyś prze­cho­dzi­łam obo­jęt­nie. Więc tele­fon mam zawsze przy sobie.

Nie zawsze pamię­tam, żeby włą­czyć tryb samo­lo­towy.

Musia­łam ścią­gnąć myślami Damiana. A raczej moje poczu­cie winy go ścią­gnęło.

- Cześć. - Sta­ram się ukryć zde­ner­wo­wa­nie.

- No, wresz­cie ode­brała!

- Zajęta byłam.

- Słu­chaj, nie wiem, o co cho­dzi, ale ja two­jego wypo­wie­dze­nia nie przyj­muję.

- To już twój wybór.

- Tak, wiem, for­mal­nie okres wypo­wie­dze­nia ci leci, ale nie muszę się zga­dzać na zwal­nia­nie cie­bie z obo­wiązku świad­cze­nia pracy.

- Nie musisz.

- Mogę sobie nagwiz­dać, tak?

- Tak.

- Olga, co się, do cho­lery, dzieje?!

- Nic się nie dzieje. Wszystko się skoń­czyło.

- Masz depre­sję, potrze­bu­jesz dłuż­szego urlopu? A może idź do psy­chia­try po leki i zwol­nie­nie?

- Nie wkur­wiaj mnie.

Po dru­giej stro­nie zapada cisza.

- Powi­nie­nem się roz­łą­czyć. I uprze­dzę twoją odpo­wiedź: "To się roz­łącz". Więc daruj sobie, nie musisz już być nie­grzeczna.

- Nie jestem nie­grzeczną dziew­czynką. Jestem kurew­sko cham­ską pra­cow­nicą w okre­sie wypo­wie­dze­nia.

- Olga... Pro­szę...

- Damian, uwierz mi, nie chcesz mieć ze mną do czy­nie­nia.

Naci­skam ikonę z czer­woną słu­chawką.

Wyrzuty sumie­nia zagłu­szam gło­śną muzyką roc­kową, którą szybko znaj­duję w apli­ka­cji spo­ti­faja. I szy­kuję ciu­chy na pierw­sze zaję­cia kej­popu, czy jakoś tak.

* * *

Zawsze mi się wyda­wało, że mam dryg do tańca. I że nie zro­bi­łam kariery tan­cerki tylko dla­tego, że nikt nie dał mi szansy. Rodzice nie zawo­zili mnie na zaję­cia do sąsied­niego mia­sta, w mojej mie­ści­nie nie było żad­nego klubu tanecz­nego, nikt nie zachę­cił do wysiłku i nie dostrzegł mojego talentu. Poza paniami w przed­szkolu, które nagra­dzały za obe­rki z Maciu­siem czy innym Zenu­siem.

Naresz­cie nad­szedł mój czas. Na scenę. Nie­zbyt równą, par­kiet krzywi się tu i tam. Ale lustra są i cią­gną się od lewej do pra­wej, od pod­łogi do sufitu. I te lustra bez­li­to­śnie obna­żają moje roz­pacz­liwe próby dogo­nie­nia mło­do­ści.

Mło­do­ści, która żwawo biega w przód i w tył, w lewo i w prawo, po sko­sie i pro­sto. Do rytmu, któ­rego tempo wydaje mi się ponad­dźwię­kowe. Mimo że z dźwię­kiem ide­al­nie zsyn­chro­ni­zo­wane.

Sta­ram się nie prze­szka­dzać innym tań­czą­cym. Nie wiem, gdzie patrzeć i na czym się sku­piać. Czy na ple­cach i poślad­kach pro­wa­dzą­cego, czy na odbi­ciu jego piersi i brzu­cha w lustrze, czy na odbi­ciu moich nie­zdar­nych ruchów, czy na ruchach dziew­czyny obok, która świet­nie sobie radzi, jakby uro­dziła się ze zna­jo­mo­ścią tej kon­kret­nej cho­re­ogra­fii, któ­rej ja kom­plet­nie nie rozu­miem i nie mam poję­cia, co ma oddać. Jaki nastrój? Jaką myśl? Jaką ideę?

Za dużo myślę, wiem. Ście­ram pot z czoła, sior­bię wodę z butelki, przez chwilę czuję się nor­mal­nie, jak ktoś, kto pasuje. Inne dziew­czyny robią to samo. Uśmie­cham się do nich, a w myślach prze­pra­szam, że jestem taką zawa­li­drogą na par­kie­cie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki