Głowa pełna radości - Ognjen Spahić

-
Proszę czekać

HELIOCENTRYCZNE KAZANIA DOKTORA MAKSIMA DŽANKICIA

Jest tak, jakby słońce za­cho­dziło go­dzi­nami. Kur­czy się na osi wer­ty­kal­nej, a wszerz na­dyma.

- Ale to tylko słońce - po­wie­dział, jakby owo tylko miało roz­wiać wszel­kie wąt­pli­wo­ści, z ja­kimi zde­rzyli się tego po­po­łu­dnia, przy­wró­cić kształt ciała nie­bie­skiego do po­przed­niego stanu i uczy­nić wszyst­kie wi­dzialne rze­czy ta­kimi, ja­kimi są, a oni wie­rzyli, że wie­dzą, ja­kie są te rze­czy. Za­nie­czysz­czona atmo­sfera jest gę­stą sub­stan­cją, za­krzy­wia więc od­bi­cie ko­smicz­nego świa­tła, które po­woli, po­woli, po­woli wę­druje przez ten tam ko­smos na ze­wnątrz, przez czerń i bez­sens, ja­kiego tylko chcesz ro­dzaju, a na­leży wie­rzyć, że jest wię­cej lub na­wet nie­skoń­cze­nie wiele ro­dza­jów bez­sensu. Dla­tego słońce de­for­muje się, gdy za­cho­dzi, i już. Ziarnka pia­sku co­fają się do mo­rza, a po kra­wę­dziach fal prze­ta­czają się nieco cięż­sze czarne czą­steczki nie­zna­nych me­tali. Wszyst­kie te sceny są jesz­cze le­piej wi­doczne, je­śli ra­cjo­nal­nie wy­ko­rzy­stu­je­cie swój czas i za­miast sie­dzieć na pia­sku i pa­trzeć na słońce jak tam­tych dwoje, spa­ce­ru­je­cie po po­marsz­czo­nych żół­tych wy­dmach, które naj­pięk­niej wy­glą­dają pod wie­czór. Kiedy prze­cho­dzi­łem obok tej pary, ce­lu­jąc tak, by to jed­nak nie było nie­przy­zwo­icie bli­sko, sły­sza­łem, jak ten mło­dzie­niec mówi "ale to tylko słońce", i za­ją­łem się moż­li­wym roz­wo­jem sy­tu­acji. Wiem, że dziew­czyna nie od­po­wie­działa na to kłam­liwe zda­nie. Wiem, bo za­trzy­ma­łem się, żeby wy­trząs­nąć piach z bu­tów. Wy­trze­pa­łem je­den, sta­ran­nie roz­wią­za­łem i za­wią­za­łem sznu­ro­wa­dła, a po­tem także drugi, może przy­pad­kiem za­spo­koję cie­ka­wość i usły­szę, jaką ktoś, kto­kol­wiek, ma od­po­wiedź na "ale to tylko słońce". Po­winna po­wie­dzieć "Je­śli to tylko słońce, to ty je­steś tylko czło­wie­kiem", ale nie po­wie­działa. Po­zo­sta­wiła mnie bez ma­te­riału do roz­my­ślań i nie mogę jej szcze­rze czy­nić wy­rzu­tów, bo jej nie znam. Je­śli ją po­znam, po­sta­ram się na­pro­wa­dzić roz­mowę w kie­runku słońca i spu­en­tuję nieco in­nym zda­niem, które za­miast słowa "czło­wiek" za­wiera słowo "ko­bieta", choć pierw­sze słowo obej­muje obie płcie. Wszystko to mo­głaby ode­brać jako kom­ple­ment i za­czer­wie­nić się, co jest ce­chą lu­dzi z tem­pe­ra­men­tem, skłon­nych do na­mięt­no­ści. Od tej chwili mógł­bym wy­obra­żać ją so­bie nagą i je­śli będę się nu­dził, ona­ni­zo­wać się, usta­wia­jąc ją w kilku po­zach. Ale to mnie te­raz nie in­te­re­suje.

Pod­biegł ja­kiś czarny pies i wę­szy przy mnie i mo­ich bu­tach. Drażni mnie, że po­mię­dzy wszyst­kimi bo­symi sto­pami wy­brał wła­śnie moje dro­gie buty z cie­lę­cej skóry, ale praw­do­po­dob­nie od go­łych ciał od­py­chają go za­pa­chy olej­ków, po­nie­waż lu­dzie chro­nią się przed tymi rze­czami z ko­smosu, o któ­rych cza­sami my­ślę, a które oni przyj­mują za pew­nik. Gdyby to był ja­kiś biały pies o krót­kiej sier­ści i groź­nej szczęce, obie­cu­ją­cej ból, praw­do­po­dob­nie nie od­wa­żył­bym się ener­gicz­nie trą­cić go czub­kiem buta, co skut­ko­wało tra­fie­niem w wil­gotny i wraż­liwy nos. Nie był to kop­niak w ści­słym zna­cze­niu tego słowa, ra­czej krótki wstrząs, nor­malna re­ak­cja ko­goś, kto nie lubi psów, ale on za­skam­lał roz­dzie­ra­jąco i głoś­no, w za­kre­sie czę­sto­tli­wo­ści wła­ści­wym tylko dzie­ciom płci żeń­skiej i zwie­rzę­tom. Krę­cił się w kółko, co ja­kiś czas wty­ka­jąc nos w pia­sek, a po­tem po­biegł w kie­runku fal i za­czął wy­su­wać ję­zyk w stronę sło­nej wody. Skąd mo­głem wie­dzieć, że to ich pies? Tak zwró­ceni jedno ku dru­giemu, ze skrzy­żo­wa­nymi no­gami, za­jęci ob­ja­śnia­niem słońca, byli ostat­nimi isto­tami na ho­ry­zon­cie, o któ­rych po­my­ślał­bym, że mają coś wspól­nego z tym zwie­rzę­ciem. Ko­bieta bie­gła, wy­krzy­ku­jąc: Max, Rex, Dix czy coś ta­kiego, a męż­czy­zna zbie­rał rze­czy, przy­go­to­wu­jąc się, żeby za nią ru­szyć. Kiedy sie­działa, zda­wało mi się, że ma duże piersi. Biały ba­weł­niany T-shirt spły­wał wzdłuż ciała, za­ry­so­wu­jąc kształty, a piersi te­raz, gdy bie­gnie, wy­raź­nie pod­ska­kują. Pies drgnął i na­piął się, pró­bu­jąc przez gę­ste brwi wy­pa­trzeć znaną syl­wetkę. Nogi miał ukryte pod wodą, więc wy­glą­dał jak uno­szące się na po­wierzchni tru­chło ja­kie­goś nie­zna­nego mor­skiego zwie­rzę­cia. Z dwu­dzie­stu me­trów wy­raź­nie sły­chać było Rex, pod­czas gdy jej to­wa­rzysz ze środka plaży wo­łał: Ana, Ti­jana, Di­jana lub coś po­dob­nego, ale ona się nie oglą­dała. To, że czło­wiek po­ru­szał się po­woli, ob­ju­czony ręcz­ni­kami i tor­bami, wska­zy­wało na jego brak za­in­te­re­so­wa­nia pro­ble­mami zwie­rzaka i zmniej­szało moż­li­wość kon­fliktu, w któ­rym był­bym przed­mio­tem wście­kło­ści dwóch do­ro­słych jed­no­stek. Zresztą to nie ja ob­wą­chi­wa­łem psa. To on ob­wą­chi­wał mnie i moje buty. Bro­ni­łem się, jak przy­stało na ko­goś, kto nie znosi tych zwie­rząt, i już od­czu­wa­łem żal z po­wodu bólu, jaki spra­wi­łem Rek­sowi. Z około dzie­się­ciu me­trów mo­głem oce­nić, że ona ma nie wię­cej niż trzy­dzie­ści pięć lat i że jej twarz wy­krzy­wia złość. Ład­nie wy­gięte brwi zbie­gły się na środku, nad no­sem wy­sma­ro­wa­nym grubą war­stwą kremu prze­ciw­sło­necz­nego. Kim pan jest? Świ­rem? Dla­czego kop­nął pan mo­jego psa? Mó­wiła z dwu­me­tro­wej od­le­gło­ści. Męż­czy­zna zbli­żał się i mo­głem zro­zu­mieć, że woła do niej Ana, ale ona go nie sły­szy albo nie chce sły­szeć, za­śle­piona zło­ścią, którą te­raz ar­ty­ku­łuje, do­bie­ra­jąc słowa.

- Py­tam pana, dla­czego pan go kop­nął? Wi­dzia­łam, że pan go kop­nął! - po­wie­działa i wska­zała na mój lewy, po­rząd­nie wy­po­le­ro­wany but, na któ­rego czubku lśnił od­blask ma­łego czer­wo­nego słońca. Reksa trą­ci­łem prawą, a nie lewą nogą, tego Reksa, który te­raz nad­biega ra­do­śnie, ska­cząc przez fale, by nie mo­czyć nóg, i po­kor­nie skamle, przy­wie­ra­jąc do ciała wła­ści­cielki.

- Mój mały! Mój mały! Daj, zo­ba­czę! - Obej­muje pysk rę­kami i prze­kręca go. Przy­su­ną­łem się, żeby też po­pa­trzeć, ale nie zwró­ciła na to uwagi. Pies na­głym ru­chem łapy ze­rwał chu­stę lekko zwią­zaną wo­kół jej bio­der i te­raz zo­stała tylko w dol­nej czę­ści ko­stiumu ką­pie­lo­wego, który wy­zie­rał spod T-shirtu. Mały trój­kąt ma­te­riału po­kry­wał wi­ze­ru­nek ja­kie­goś kwiatu w nie­bie­skim ko­lo­rze. Pa­chwiny były świeżo wy­de­pi­lo­wane i nieco bar­dziej za­czer­wie­nione niż reszta nóg. Kiedy znów na mnie spoj­rzała, jej brwi zmie­niły kształt, a twarz wy­glą­dała na mniej spiętą. Po­wi­nie­nem wtedy ode­zwać się i kil­koma kur­tu­azyj­nymi zda­niami prze­pro­sin za­koń­czyć spo­tka­nie, ale te czer­wone pa­chwiny mó­wiły, że ich dwoje do­piero przy­je­chało nad mo­rze i że kilka na­stęp­nych dni spę­dzą, roz­ko­szu­jąc się urlo­pem. Mój koń­czył się w środę. Jesz­cze je­den po­ra­nek i go­dzina w po­ciągu, uścisk dłoni z re­cep­cjo­ni­stą i ser­deczne "za­pra­szamy w przy­szłym roku", które sta­ru­szek za każ­dym ra­zem wy­po­wiada z jed­nym zę­bem mniej. Choć je­ste­śmy w tym sa­mym wieku, wciąż jesz­cze sły­szę kom­ple­menty, że wspa­niale wy­glą­dam. W czym swój udział mają do­sko­nałe por­ce­la­nowe li­cówki, które za­stą­piły zu­żyte szkliwo. Do bu­tów na­wpy­cham ga­zet, od­sta­wię je w tek­tu­ro­wym pu­dełku na szafę i za­płacę trzy dy­chy za po­sprzą­ta­nie miesz­ka­nia. W ze­szłym roku było dwa­dzie­ścia pięć, ale ta gruba ko­bieta nie­opi­sa­nie śmier­działa, zo­sta­wia­jąc wszę­dzie ślady swo­jego tłu­stego ciała. W tym roku bę­dzie sprzą­tać pani zza są­sied­nich drzwi, która ład­nie pach­nie i co rano ku­puje dzie­ciom świeże pie­czywo i mnó­stwo wa­rzyw. Wszystko do­gra­łem przez te­le­fon. Za­dzwo­ni­łem do niej dziś z ho­telu, z po­le­ce­nia naj­bliż­szego są­siada, a ona uprzej­mie uży­wała pod­sta­wo­wych zdań twier­dzą­cych wy­peł­nio­nych sen­sem. Ale za­dzwo­ni­łem jesz­cze raz tego sa­mego dnia, żeby zmie­nić ter­min, a wszyst­kiemu wi­nien jest te­rier szkocki Rex, czego jej, ma się ro­zu­mieć, nie po­wie­dzia­łem. Pa­trząc na Anę, jak uważ­nie przy­gląda się czaszce swo­jego pu­pila, i na męż­czy­znę za nią o nie­na­gan­nym wy­glą­dzie i ma­nie­rach, który nie chciał włą­czać się w dys­ku­sję o bu­tach i psie, po­my­śla­łem, że do­brze by­łoby spę­dzić nad mo­rzem jesz­cze kilka wie­czo­rów przy wi­nie i przy­jem­nej roz­mo­wie z tymi mło­dymi ludźmi. A mo­men­tem prze­są­dza­ją­cym, który za­de­cy­do­wał o urze­czy­wist­nie­niu tego za­miaru, było owo wa­kuum, tych kilka se­kund, kiedy Ana cze­kała, aż się ode­zwę i po­wiem coś na znak prze­pro­sin za in­cy­dent. Kiedy za­koń­czyła ba­da­nie i sta­nęła przede mną z rę­kami bo­jowo opar­tymi na bio­drach, za­wo­ła­łem:

- Rex! Chodź tu­taj! Rex! - A pies znowu za­trzy­mał się w pół ru­chu, pa­trząc na prze­mian na mnie i swoją pa­nią. - Chodź, Rex! - po­wie­dzia­łem tro­chę ci­szej i klęk­ną­łem na pia­sku, wy­cią­ga­jąc rękę w stronę zwie­rzę­cia. Słońce było prze­po­ło­wione wzgó­rzem. Pies dziar­sko strzą­snął z sie­bie mo­rze, spo­koj­nie pod­szedł, wsu­nął się pro­sto mię­dzy moje ko­lana, ma­cha­jąc ogo­nem na znak apro­baty dla wy­ko­na­nych ge­stów. Ener­gicz­nie ma­so­wa­łem go po cie­mie­niu i grzbie­cie, a on za­skam­lał po­god­nie i szybko wtu­lił się w moje ciało. Śmier­dział kwa­śnym niu­an­sem te­sto­ste­ronu jak każdy psi sa­miec, zo­sta­wia­jąc na mo­ich dło­niach nie­wi­dzialne po­kłady tłusz­czu i bak­te­rii. Ale efekt zo­stał osią­gnięty. Ana od­wró­ciła się do czło­wieka, któ­rego na­zwała Pa­vle, i rze­kła:

- Zo­bacz.

Pa­vle uśmiech­nął się i wzru­szył ra­mio­nami, spo­glą­da­jąc w moją stronę.

- Spójrz­cie na słońce - po­wie­dzia­łem, a oni ob­ró­cili się, żeby zo­ba­czyć pół­okrą­gły czer­wony rą­bek, który zmniej­szał się na na­szych oczach, a po­tem w ciągu kilku se­kund znik­nął wśród wzgórz. Pia­sek na­gle zmie­nił ko­lor. Nie­oświe­tlany bez­po­śred­nio przez gwiazdę, zo­stał za­sy­pany wiąz­kami fo­to­nów, które od­bi­jają się na prze­mian re­flek­sami od ziemi, po­wie­trza i wody, za­cho­wu­jąc czer­wony od­cień da­le­kich erup­cji. Od­le­głe syl­wetki rzad­kich spa­ce­ro­wi­czów na­gle po­ciem­niały, jakby mrok spły­wał naj­pierw na du­sze i ciała, a do­piero póź­niej na przed­mioty i oko­licę.

- Prze­pra­szam za te krzyki... Za­cho­wa­łam się nie­grzecz­nie... Ale to do­bry pies i je­stem pewna, że szu­kał tylko no­wego przy­ja­ciela. Pa­vle? Czy nie tak? - Pa­vle, od­wró­cony ple­cami, po­dzi­wiał ostat­nie chwile zmierz­chu. Nad jego głową wiatr roz­wie­wał ob­łoki pa­pie­ro­so­wego dymu.

- Daj smycz, Pa­vle - po­le­ciła ner­wowo. - Tam zo­stał jesz­cze le­żak. Idź po le­żak, a ja zła­pię wa­riata - do­dała to­nem su­ge­ru­ją­cym nor­malną roz­mowę. Za­kła­da­łem, że w ciągu ostat­nich go­dzin do­szło mię­dzy nimi do po­waż­nych nie­po­ro­zu­mień, co wpra­wiło ich w zły na­strój. Męż­czy­zna znie­nacka pu­ścił rze­czy, które wi­siały na jego rę­kach i ra­mio­nach. Wy­glą­dało to tak, jakby siłą woli wy­łą­czył od­dzia­ły­wa­nie ma­gne­tyczne i już nic nie przy­wie­rało do jego ciała.

- Sama ją znajdź - od­burk­nął, a pies wró­cił do krę­ce­nia się wo­kół mo­ich nóg. Po­de­szła do rze­czy i ze zło­ścią za­częła grze­bać w ple­caku. Fale nie po­zwo­liły mi po­wią­zać w zda­nia słów, które wy­po­wia­dała, ale wy­raź­nie mo­głem zro­zu­mieć, że "nie ma sensu", "w końcu" i "te­raz" - wy­star­cza­jąco dużo, żeby móc po­dej­rze­wać rytm ich my­śli i stan zmę­cze­nia, jaki w okre­ślo­nym mo­men­cie po­ja­wia się w związku dwojga prze­cięt­nie in­te­li­gent­nych lu­dzi. Oczy­wi­ście nic nie wie­dzia­łem o szcze­gó­łach, ale to było wszystko, co mo­głem wy­wnio­sko­wać z krót­kiego spo­tka­nia. Zna­la­zła smycz i bru­tal­nie zła­pała Reksa za ob­rożę. Pies za­war­czał i pró­bo­wał do mnie wró­cić, ale Ana była nie­ugięta w swoim za­mia­rze i prze­pro­wa­dziła go z ru­tyną.

- Po­pil­nuję go. Pro­szę mi dać - za­pro­po­no­wa­łem, wy­cią­ga­jąc rękę.

Bez na­my­słu po­dała mi czarną ta­śmę i rzu­ciła:

- Za­raz wra­cam.

Ze zło­ścią wbi­jała stopy w pia­sek, idąc po wy­obra­żo­nej li­nii łą­czą­cej miej­sce, w któ­rym wcze­śniej stała, z czer­wo­nym roz­kła­da­nym me­blem sto me­trów da­lej. Za­trzy­mała się w po­ło­wie drogi, unio­sła lewą stopę, a po­tem usia­dła i przez kilka chwil uważ­nie ba­dała jej spód. Po­skro­bała skórę pa­znok­ciami, strzep­nęła pia­sek z po­ślad­ków i ru­szyła da­lej, uty­ka­jąc na lewą nogę. Alu­mi­niowy le­żak prze­czył lo­gice jak ol­brzymi in­sekt usztyw­niony przez śmierć: je­dyny przed­miot tego ro­dzaju na ho­ry­zon­cie, a kiedy jest się je­dy­nym, wy­gląda się do­stoj­nie i smutno. Ana naj­pierw usia­dła obok le­żaka i obej­rzała swoją stopę. Po­tem kil­koma spraw­nymi ru­chami zmie­niła kształt me­ta­lo­wej kon­struk­cji z czer­wo­nym płót­nem. Jej Pa­vle do­pa­lił pa­pie­rosa i dwoma pal­cami ka­ta­pul­to­wał nie­do­pa­łek z wia­trem. Przyj­rzał mi się uwa­ża­nie, a po­tem pod­szedł.

- Co ty je­steś? - po­wie­dział, mie­rząc wzro­kiem mój szary lniany gar­ni­tur aż po same buty, naj­wy­god­niej­sze buty, ja­kie kie­dy­kol­wiek mia­łem. Wy­ją­łem z kie­szeni paczkę i za­pro­po­no­wa­łem mu jesz­cze jed­nego pa­pie­rosa, ale on na­dal pa­trzył na mnie, jakby szu­kał taj­nego znaku roz­po­znaw­czego, który gdzieś mnie przy­po­rząd­kuje, za­pa­kuje do ko­perty rze­czy­wi­sto­ści, do któ­rej, jak wie­rzył Pa­vle, nie na­le­ża­łem.

- Dok­tor Mak­sim Džan­kić... uro­log na eme­ry­tu­rze... je­śli pan chce - od­par­łem, pró­bu­jąc uczy­nić za­dość re­al­no­ści. Bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­łem za­pa­lić, w końcu Pa­vle wy­jął zippo i po­dał mi ogień. Przez chwilę na­sze twa­rze były oświe­tlone pło­mie­niem i mo­głem zo­ba­czyć głę­boką bruzdę bli­zny pod jego le­wym okiem. Pa­trzył w stronę Any, która nio­sła le­żak. Wpa­try­wał się, jakby oce­nia­jąc, czy ma czas na jesz­cze jedno py­ta­nie.

- A pan to Pa­vle... - Nie po­zwo­lił mi do­koń­czyć i uzu­peł­nił zda­nie

- ...mąż Any.

Pies owi­nął smycz wo­kół mo­jej le­wej nogi.

- Pa­suje panu... ten pies. Wy­ba­czył panu but. Głupi kun­del. Gdy­bym to ja go ude­rzył, skam­lałby dwa dni - po­wie­dział, od­sła­nia­jąc splą­tany kłę­bek sto­sun­ków, który wią­zał te trzy istoty. - Jest stary, roz­piesz­czony i na­molny. Przy­po­mina mi mo­jego ojca - pod­su­mo­wał Pa­vle i za­czął zbie­rać po­roz­rzu­cane rze­czy. Ana ci­snęła le­żak na pia­sek, po czym sia­dła i unio­sła stopę.

- Pa­vle, zo­bacz, co to ta­kiego. Boli mnie. Świ­nie rzu­cają tu wszystko. Co to jest?

On stał ude­ko­ro­wany ich rze­czami i przy­glą­dał się z góry.

- Nic... w ogóle tego nie wi­dać... Pew­nie ja­kiś ko­lec. Wra­camy? Robi się zimno - po­wie­dział i ru­szył szybko przez pia­sek. Na jego ko­szuli na­dru­ko­wa­nych było kilka du­żych, czar­nych li­ter. Na cie­mie­niu wi­dać było ka­wa­łek błysz­czą­cej skóry: przed­wcze­sna ły­sina, która lu­dzi nie­pew­nych ob­da­rza po­ran­nym roz­draż­nie­niem.

- Je­śli pani po­zwoli... Ja spoj­rzę - za­pro­po­no­wa­łem, od­plą­tu­jąc smycz ze swo­jej nogi.

- No to niech pan pa­trzy. - Ana jesz­cze tro­chę wy­żej pod­nio­sła nogę.

Kiedy z we­wnętrz­nej kie­szeni wyj­mo­wa­łem oku­lary, pies za­czął li­zać jej prawe ko­lano. Chwy­ci­łem ją za piętę i uci­sną­łem swoim pal­cem śro­dek jej stopy. Wy­dała z sie­bie dziwny okrzyk, ton, któ­rego nie spo­dzie­wa­łem się po jej gło­sie. Pa­vle za­trzy­mał się przy wyj­ściu z plaży, od­wró­cił na chwilę i na­tych­miast ru­szył da­lej. Uchwy­ci­łem pa­znok­ciami ka­wa­łe­czek zie­lo­nego szkła, po czym od­wró­ci­łem go do świa­tła.

- Oto on... Mały krwawy dia­ment - po­wie­dzia­łem, a ona opu­ściła nogę i po­gła­skała psa.

- Dzię­kuję - od­parła, uśmie­cha­jąc się z ulgą.

Rex zwę­szył świeże ery­tro­cyty i pod­szedł, by po­li­zać czer­woną plamę na jej sto­pie. Zła­pa­łem smycz i po­cią­gną­łem zwie­rzę ku so­bie. Zbli­żał się przy­pływ, plusk fal był co­raz bli­żej. Ma­leń­kie kraby wy­chy­lały się z pia­sku w po­szu­ki­wa­niu po­ży­wie­nia. Mali pa­dli­no­żercy zja­dają małą pa­dlinę, gdy za­pada noc. Ten za­pach mo­rza za­wsze jest za­pa­chem gni­cia i roz­kładu. Kiedy zde­cy­do­wała się wstać, za­żą­dała mo­jej ręki i ostroż­nie od­ci­snęła stopę na osty­głym pia­sku.

- Czuję, jak pul­suje. Do­brze mi robi ten chłód - po­wie­działa, opie­ra­jąc się na moim ra­mie­niu. Przez za­pach świeżo na­ło­żo­nego bal­samu prze­bi­jały się per­fumy.

- Może pani iść? - za­py­ta­łem.

- A co, je­śli nie mogę? Pan bę­dzie mnie niósł? - po­wie­działa i szybko do­dała: - Mogę. Oczy­wi­ście, że mogę. Pro­szę się nie mar­twić. Tylko... by­ła­bym wdzięczna, gdyby wziął pan le­żak... albo psa.

Wy­bra­łem mar­twą na­turę. Za­nim wzią­łem le­żak, Rex pod­szedł i wy­pu­ścił żółty stru­mień na śro­dek czer­wo­nego ma­te­riału. Zo­stał za to uka­rany po­ciąg­nię­ciem smy­czy i prze­kleń­stwem. Od tej chwili na­le­żało tylko po­woli iść. Ciem­ność, która nad­cho­dziła od mo­rza, prze­ga­niała lu­dzi w bez­piecz­niej­sze miej­sca. Wzdłuż ki­lo­me­trów pia­sku wi­dać było pary i ro­dziny, które skła­dały nie­liczne pa­ra­sole. Od­cho­dziły z na­dzieją, że słońce bę­dzie także na­za­jutrz, że gwiazda na­grzeje wodę i uczyni ją bar­dziej od­po­wied­nią do ką­pieli. Pro­ste ocze­ki­wa­nia, które spra­wiają, że eg­zy­sten­cja jest moż­liwa. Ana mil­czała, za­jęta ska­le­czoną stopą i głod­nym psem. Kiedy we­szli­śmy w so­snowy szpa­ler, po­wie­działa, że miesz­kają w jed­nym z zie­lo­nych bun­ga­lo­wów, i wska­zała na po­bli­ski las zło­żony z to­poli i stu­let­nich bia­łych je­sio­nów. Po­wie­działa, że roz­ko­szują się ci­szą, bo wciąż jesz­cze nie ma zbyt wielu go­ści. Od­par­łem, że od lat przy­jeż­dżam do ho­telu na­prze­ciwko, bo część ceny po­krywa fun­dusz eme­ry­talny. Opo­wie­dzia­łem jej, że każdy po­kój ma nad łóż­kiem re­pro­duk­cję Cy­pry­sów van Go­gha i że z ta­rasu mogę zo­ba­czyć wła­śnie ten ka­wa­łek plaży, na któ­rym nie­dawno sta­li­śmy. Kła­ma­łem z tym van Go­ghiem i od razu spró­bo­wa­łem wy­tłu­ma­czyć mo­tyw tego kłam­stwa, ale Ana prze­rwała moje roz­my­śla­nia, mó­wiąc, że mają w lo­dówce białe wino i chcia­łaby, że­by­śmy ra­zem wy­pili kie­li­szek, dwa. Prze­pra­sza za nie­przy­jem­no­ści, na które by­łem na­ra­żony, jest wdzięczna z po­wodu szkła i le­żaka. Chcia­łaby od­wdzię­czyć się w ja­kiś spo­sób. Nie sta­ra­łem się na­kre­ślić planu, ale te sceny po pro­stu same się na­rzu­cały. In­te­re­su­jąca przy­jaźń w star­szym wieku, orzeź­wie­nie, które znów po­łą­czy mnie z ludźmi: nowe roz­mowy, nowe słowa i my­śli, w któ­rych nie ma miej­sca na nie­na­wiść. Czu­łem eu­fo­rię, wy­obra­ża­jąc so­bie sie­bie jako tak­tow­nego męż­czy­znę, przyj­mu­ją­cego kie­li­szek schło­dzo­nego wina i uważ­nie słu­cha­ją­cego zdań, które w isto­cie go nie in­te­re­sują, ale za­słu­gują na kul­tu­ralny ko­men­tarz. Wie­rzę, że by­łem go­tów na coś ta­kiego. Na po­czątku wy­glą­dało na to, że Ana wy­ka­zuje na­tu­ralną uprzej­mość i od­nosi się do mnie w spo­sób, na jaki za­słu­guje srebrna skroń. Ale już po kilku kie­lisz­kach char­don­nay za­częła wul­gar­nie re­cho­tać i zwra­cać się do mnie na ty. Kiedy prze­cho­dzi­li­śmy pod roz­ło­ży­stymi ko­na­rami obok ciem­nych zie­lo­nych bun­ga­lo­wów, po­wie­dzia­łem, że by­łoby cu­dow­nie i że uwiel­biam wino, szcze­gól­nie białe.

- Pójdę się te­raz prze­brać i za­te­le­fo­no­wać. Mam na­dzieję, że nie bę­dzie zbyt późno, je­śli po­ja­wię się koło dzie­sią­tej - rze­kłem.

Zbli­ża­li­śmy się do ich bun­ga­lowu z prze­stron­nym ta­ra­sem i du­żym kom­ple­tem me­bli ogro­do­wych.

- Oczy­wi­ście, że nie bę­dzie za późno - od­po­wie­działa. - O któ­rej­kol­wiek pan przyj­dzie, bę­dzie do­brze - mó­wiła, ma­cha­jąc do Pa­vle, który sie­dział na scho­dach z bu­telką piwa mię­dzy no­gami.

- Dla­czego pi­jesz to gówno, idioto? - spy­tała.

- Piję, co piję - od­parł i po­cią­gnął długi łyk, od któ­rego jego twarz zro­biła się czer­wona.

- Gdzie jest? - za­dała py­ta­nie Ana, a on pa­pie­ro­sem wska­zał pod­nóże ta­rasu i żółte pla­sti­kowe na­czy­nie, wy­peł­nione czar­nymi grud­kami karmy. Przy­wią­zała Reksa do ba­rierki.

- Te­raz jedz, pro­siaku - po­wie­działa, pod­su­wa­jąc nogą mi­skę.

- Może być tu? - za­py­ta­łem.

- Pro­szę po­ło­żyć gdzie­kol­wiek... Może tu­taj, przy ogro­dze­niu.

Ostroż­nie od­sta­wi­łem le­żak, bo­jąc się, że nie­ar­ty­ku­ło­wane skrzy­pie­nie me­talu mo­głoby za­kłó­cić kru­chą rów­no­wagę chwili. Wie­rzy­łem w ta­kie rze­czy. Zwłasz­cza w sy­tu­acjach, w któ­rych moje nerwy prze­ży­wały szczyt na­pię­cia. Sta­ra­łem się wy­glą­dać swo­bod­nie i kon­tro­lo­wać ru­chy. Od­dy­cha­łem głę­boko, wy­peł­nia­jąc płuca świe­żym po­wie­trzem aż po ostat­nie pę­che­rzyki. Zimny pot spły­wał mi po ple­cach, mo­cząc brzeg spodni. Szyja za­czy­nała swę­dzieć, za­ata­ko­wana przez drobne muszki, po­ru­sza­jące się ca­łym ro­jem. Ciem­ność wpeł­zła te­raz mię­dzy te groźne drzewa i brzyd­kie domy, noc na­de­szła znad mo­rza, wy­peł­nia­jąc po­wie­trze za­pa­chem gni­ją­cego plank­tonu i jodu. Mu­sia­łem zdo­być się na do­dat­kowy wy­si­łek. Nie chcia­łem, by ci lu­dzie do­strze­gli drże­nie dłoni i kur­czowe uśmie­chy prze­my­ka­jące po twa­rzy bez ja­kiej­kol­wiek kon­troli. Były to spo­dzie­wane symp­tomy sta­ro­ści, która robi z ciała roz­stro­jone przed­sta­wie­nie cyr­kowe i nisz­czy god­ność. Wszystko bę­dzie w po­rządku, gdy we­zmę prysz­nic, po­my­śla­łem, kiedy we­zmę le­kar­stwa i spę­dzę dzie­sięć mi­nut w za­ciem­nio­nym po­koju. Musi być w po­rządku, po­my­śla­łem, bo czeka mnie ciężka noc. Jesz­cze roz­mowy, znowu lu­dzie, zrów­no­wa­żone ge­sty i sa­mo­kon­trola godna chi­rurga. Zro­bi­łem dwa ostrożne kroki w tył, a po­tem po­wie­dzia­łem:

- Moi dro­dzy, te­raz idę... Ale wkrótce się wi­dzimy.

Pa­vle nie ro­zu­miał, dla­czego mie­li­by­śmy się znów zo­ba­czyć, więc spoj­rzał py­ta­jąco na Anę.

- Oczy­wi­ście, wino jest go­towe. Cze­kamy na pana. Jesz­cze raz dzię­kuję - po­wie­działa, pa­trząc na Pa­vle, który wzru­szył ra­mio­nami i po­now­nie chwy­cił bu­telkę. Ten le­niwy czło­wiek ro­ze­śmiał się, kiedy od­cho­dzi­łem. Wy­dał z sie­bie ja­kiś sze­lesz­czący akord i je­stem pe­wien, że miała to być drwiąca uwaga, któ­rej nie zdo­łał wy­ar­ty­ku­ło­wać sło­wami. Nie było sensu o tym my­śleć. Wi­dział we mnie śmiesz­nego, na­rzu­ca­ją­cego się sta­ru­cha, "przy­pa­dek z wa­ka­cji", naj­zwy­klej­szy błąd rze­czy­wi­sto­ści, za­kłó­ce­nie czę­sto­tli­wo­ści, które przej­dzie samo z sie­bie. Tak się za­cho­wy­wał. Ale przed osta­tecz­nymi wnio­skami na­le­żało usiąść przy stole, otwo­rzyć bu­telkę char­don­nay i wlać w ciała wino. Zwol­ni­łem kroku, ma­jąc na­dzieję, że po­wstrzy­mam po­ce­nie się. Ko­mary brzę­czały koło mał­żo­win usznych. Moje duże, star­cze uszy po­cięte są na­czyn­kami krwio­no­śnymi. Naj­mniej­sze pod­nie­ce­nie po­ru­sza krew i roz­sze­rza źre­nice. In­sekty pró­bują do­brać się do go­rą­cego po­siłku. Będą ssać pla­zmę za­trutą che­mi­ka­liami, czer­woną ciecz, roz­rze­dzoną bli­sko­ścią śmierci. Wy­cho­dzę bramą główną znaj­du­jącą się przy re­cep­cji. Oba skrzy­dła otwarte na oścież, ale ni­kogo nie ma. Z ekranu kom­pu­tera bły­ska za­cho­dzące słońce i ho­ry­zont mo­rza, po­cięty ża­glami. Na ta­blicy z klu­czami jest tylko kilka pu­stych miejsc. Nad bramą mru­gają neo­nowe li­tery i brzę­czy po­wi­talny na­pis. W za­ro­ślach szumi woda: wąż cią­gnie się po ziemi i nie zo­staje mi nic in­nego jak my­śle­nie o żmii. Idąc do swo­jego ho­telu, wpa­try­wa­łem się w ko­rony dę­bów. Po pniach tych drzew peł­zły ko­lo­nie gą­sie­nic. Jak tylko do­trę do po­koju, za­dzwo­nię do są­siadki, która ład­nie pach­nie i każ­dego ranka ku­puje dzie­ciom świeże pie­czywo i mnó­stwo wa­rzyw. Prze­ło­żymy sprzą­ta­nie miesz­ka­nia na na­stępny ty­dzień. Przed­tem trzeba prze­dłu­żyć po­byt w ho­telu o jesz­cze dwa dni. Je­śli wie­czorne po­sie­dze­nie spełni moje ocze­ki­wa­nia, je­śli białe wino chwyci, mógł­bym uznać, że mam no­wych przy­ja­ciół, któ­rzy także po za­koń­cze­niu urlopu będą sta­no­wić cie­kawe uroz­ma­ice­nie eme­ryc­kiej ru­tyny. Wi­zyty od czasu do czasu, pocz­tówki i li­sty. Mło­dzi bez­dzietni lu­dzie, praw­do­po­dob­nie dużo po­dró­żują. Przy­wo­zi­liby mi za­ska­ku­jące przed­mioty z róż­nych stron, które będę przyj­mo­wał z ra­do­ścią przy smacz­nie przy­rzą­dzo­nej ko­la­cji, uroz­ma­ico­nej nie­zna­nymi przy­pra­wami. Na­uczą się to­a­stów w eg­zo­tycz­nych ję­zy­kach i nie będą szczę­dzić kom­ple­men­tów na te­mat tego, jak wy­glą­dam, dużo mło­dziej, niżby wska­zy­wał mój wiek. Tak roz­my­śla­łem, stą­pa­jąc po wą­skiej ścieżce do jed­nego z bocz­nych wejść. Będę my­ślał o po­dob­nych rze­czach, kro­cząc wą­skim ko­ry­ta­rzem na par­te­rze, ja­dąc windą, będę roz­my­ślał o krót­ko­ter­mi­no­wych pro­jek­tach na swoją przy­szłość, także klu­cząc la­bi­ryn­tem czwar­tego pię­tra do po­koju nu­mer 42, w któ­rym nie bę­dzie już miej­sca na roz­my­śla­nia, bo trzeba wy­ko­nać kilka prak­tycz­nych czyn­no­ści. Moje to­wa­rzy­stwo w win­dzie sta­no­wiła tęga ko­bieta z dużą bro­dawką na le­wym po­liczku. A może był to prawy po­li­czek - nie je­stem już w sta­nie stwier­dzić. Uśmiech­nęła się kur­tu­azyj­nie na znak wdzięcz­no­ści, gdy prze­pu­ści­łem ją w wej­ściu, a jej brą­zowa bro­dawka prze­su­nęła się o kilka cen­ty­me­trów w górę. Ta ma­leńka istota na jej licu śle­dziła każdy skurcz mię­śni pod sa­dłem brzyd­kiej pie­go­wa­tej twa­rzy. Już na dru­gim pię­trze nią gar­dzi­łem, na trze­cim nie­na­wi­dzi­łem jej, a kiedy winda za­trzy­mała się na czwar­tym, by­łem go­tów od­gryźć to coś i uwol­nić kre­tynkę od do­dat­ko­wych cier­pień. Wszyst­kie te my­śli zro­dziło przy­jemne zde­ner­wo­wa­nie wy­wo­łane nad­cho­dzą­cym spo­tka­niem. Pięt­na­ście lat mi­nęło od śmierci mo­jej żony. Ko­mórki mó­zgowe ob­umie­rają z pręd­ko­ścią świa­tła, szare ko­mórki umie­rają i zo­stają, żeby gnić pod czaszką, a na tym cmen­ta­rzu co­raz mniej jest miej­sca dla lu­dzi. Emo­cje ga­sną bez uprze­dze­nia i po ja­kimś cza­sie zo­staje tylko pa­mięć o nich. To po­wi­nien być na­tu­ralny pro­ces, który spra­wia, że bli­skość śmierci jest do znie­sie­nia. Bo je­śli nie ma­cie już czego ża­ło­wać, skoro nie mo­że­cie od­two­rzyć wspo­mnień, które mru­gają jak do­wód na to, że kie­dyś jed­nak było le­piej, ła­twiej opu­ści­cie ten świat. Ma­rię mogę te­raz przy­wo­łać je­dy­nie przez ka­dry czarno-bia­łych fo­to­gra­fii, ra­zem z twa­rzami du­chów i de­mo­nów, ste­ryl­nymi reszt­kami lu­dzi, któ­rzy wkro­czyli kie­dyś w moje ży­cie. I nie tylko nie mogę stwier­dzić, że "kie­dyś było le­piej", ale mu­szę wło­żyć wiele wy­siłku, żeby prze­ko­nać sie­bie, że w ogóle było "kie­dyś". Mi­nione dni tracą trzeci wy­miar, a wnio­sek o pro­sto­li­nio­wo­ści czasu jest do­dat­kową ofiarą. Dziesię­cio­le­cie kur­czy się do kilku scen i za­pa­chów, de­kady gu­bią zna­cze­nia i wy­peł­niają się ja­kąś twardą, pra­wie na­ma­calną sub­stan­cją, która wszystko, co kie­dyś zda­wało mi się ważne, za­mraża we mgle, czy­niąc to nie­roz­po­zna­wal­nym i bez­u­ży­tecz­nym. Na próżno wal­czyć z ta­kim prze­ciw­ni­kiem. Trzeba pod­dać się ży­wio­łowi ist­nie­nia, temu ła­god­nemu roz­pły­wa­niu się, które - je­śli ma­cie szczę­ście - oszczę­dzi or­ga­nom zło­śli­wych cho­rób. Moja pro­stata działa bez za­rzutu. Od­daję mocz z przy­jem­no­ścią i ob­fi­cie jak zmo­kły pies. Ma­łym klu­czem tra­fiam bez żad­nego pro­blemu w dziurkę w drzwiach nu­mer 42 i wcho­dzę do swo­jego po­koju. Ko­bieta w win­dzie pach­niała ta­nimi, słod­kimi per­fu­mami. Dla­tego od­po­wiada mi ostry odór środ­ków do de­zyn­fek­cji ła­zienki. Wdy­cham głę­boko, wy­dy­cham do końca w tę pla­sti­kową ciem­ność i wtedy do­strze­gam, że świa­tełko te­le­fo­nicz­nej se­kre­tarki ryt­micz­nie mruga. To spra­wia, że po­kój na krótko za­lewa ko­lor ru­bi­nów. W szy­bie drzwi bal­ko­no­wych wi­dzę swoją syl­wetkę i twarz z czer­wo­nym świa­tło­cie­niem, twarz, która w na­stęp­nej chwili znika przy­brana w ciem­ność. Usia­dłem na łóżku i włą­czy­łem lampkę nocną, a po­tem wci­sną­łem ten brudny pla­sti­kowy przy­cisk, żeby usły­szeć brudny, pla­sti­kowy głos, który za­po­wiada dwie wia­do­mo­ści gło­sowe. Za­czą­łem nie­dbale roz­pi­nać ko­szulę, wie­rząc, że w obu wy­pad­kach cho­dzi o sys­te­mowe in­for­ma­cje z re­cep­cji na te­mat tego, kiedy mam opu­ścić po­kój, albo o zmia­nie ter­minu ko­la­cji lub śnia­da­nia. Ale naj­pierw dał się sły­szeć głos mo­jego syna, który uda­jąc we­so­łość, za­py­tał: "jak się masz, stary?" i "wszystko w po­rządku?" Wy­po­wie­dział jesz­cze cały sze­reg nie­po­trzeb­nych zdań, tych zbio­rów zu­ży­tych słów, któ­rymi po­słu­gują się lu­dzie, gdy nie mają od­wagi po­wie­dzieć, czego na­prawdę chcą. Z jego nosa ciekną dzie­cięce smarki, od któ­rych ni­gdy się nie uwol­nił. Kiedy w skró­cie opo­wiada o swo­ich pro­ble­mach, po­ciąga no­sem i wy­ciera go rę­ka­wem. W fo­telu na­prze­ciw niego sie­dzi jego brzydka żona. Obec­ność tej ko­biety jest wy­czu­walna w gło­sie mo­jego syna. Z pew­no­ścią sie­dzi roz­parta w war­stwach cel­lu­litu i słu­cha, po­nie­waż ja je­stem tym, który po­ży­czy pie­nią­dze: stary pie­niacz z oszczęd­no­ściami, któ­rych za­zdro­śnie strzeże na kilku ra­chun­kach. Wie­dzia­łem, że ma o mnie ta­kie mnie­ma­nie. Wy­daje się, że coś szepce i że zbli­żyła się do słu­chawki w chwili, kiedy mój syn ogła­sza liczbę, kiedy mówi, że pie­nią­dze są im nie­zbędne i że by­łoby do­brze, gdyby mieli je do końca ty­go­dnia. Z góry dzię­kują i wie­dzą, że wiele żą­dają, ale je­stem je­dyną osobą, którą trak­tują jak praw­dzi­wego przy­ja­ciela. Wci­skam czer­wony gu­zik, prze­ry­wa­jąc sy­nowi w pół zda­nia. Dziś wie­czo­rem nie mam ochoty my­śleć o tym czło­wieku. Włożę zie­loną ko­szulę i czarną ma­ry­narkę. Kilka ta­ble­tek uspo­ka­ja­ją­cych wy­eli­mi­nuje moż­li­wość na­głych zmian na­stroju, do któ­rych mam skłon­ność w go­dzi­nach wie­czor­nych. W po­łą­cze­niu z umiar­ko­waną ilo­ścią al­ko­holu małe czer­wone kap­sułki wy­peł­nione prosz­kiem czy­nią moje ciało lżej­szym i prze­zro­czy­stym. Nad łóż­kiem po­wie­szono bar­dzo duży pla­kat re­kla­mowy oto­czony czarną ramą i prze­sło­nięty szkłem. Na nim dwoje nie­zno­śnie sta­rych i ro­ze­śmia­nych lu­dzi, osiem­dzie­się­cio­let­nie mał­żeń­stwo, sie­dzi na ta­ra­sie re­stau­ra­cji zwró­co­nej ku mo­rzu. Uno­szą kie­liszki, pa­trząc w obiek­tyw. Na stole uło­żono sztuczne owoce w ko­lo­rach tę­czy. Krysz­ta­łowe kie­liszki lśnią w świe­tle neonu zu­peł­nie jak zęby sta­rusz­ków. Wszystko to wska­zuje na do­godne wa­runki płat­no­ści za wa­ka­cje dla eme­ry­tów. Czar­nym, drob­nym, le­dwo wi­docz­nym dru­kiem fun­dusz eme­ry­talny in­for­muje, że koszty trans­portu ciała w przy­padku śmierci w ho­telu leżą po jego stro­nie. Ściany w po­ko­jach były w po­przed­nich la­tach gołe. Kiedy przy­je­cha­łem, pró­bo­wa­łem usu­nąć tę scenkę ze ściany, ale rama jest przy­mo­co­wana kil­koma śru­bami. Dla­tego po­wie­dzia­łem Anie, że nad moją głową wi­szą Cy­prysy van Go­gha. Gdy­bym po­wie­dział prawdę, z wina nic by nie wy­szło. Po­my­śla­łaby, że ma przed sobą ko­goś, komu prę­dzej po­trzebny jest bez­płatny trans­port na cmen­tarz niż kie­li­szek wina. Pierw­sze wra­że­nie jest naj­waż­niej­sze. Wszyst­kie słowa, ge­sty i rze­czy, które pod­su­nie­cie jako sko­ja­rze­nia pod­czas spo­tka­nia, zle­wają się w je­den punkt, two­rząc kon­kretny szyfr wa­szej oso­bo­wo­ści w oczach roz­mówcy. Kiedy wspo­mnia­łem o van Go­ghu i Cy­pry­sach, spra­wi­łem, że te cu­downe tur­ku­sowe niu­anse, tę wy­jąt­kową ciem­ność noc­nych pej­zaży van Go­gha Ana w ja­kiś spo­sób po­wiąże z moją po­wierz­chow­no­ścią, moim gło­sem i ru­chami. Kiedy od­słu­cha­łem pierw­szą wia­do­mość, wy­sze­dłem do ła­zienki i w uspo­ka­ja­ją­cym chło­dzie mar­mu­ro­wych płyt na­la­łem so­bie dużą szklankę wody. Przy­cisk se­kre­tarki na­dal pul­so­wał na czer­wono. Wy­dało mi się, że te­raz miga w wol­niej­szym ryt­mie. Albo to mój we­wnętrzny ze­gar za­czął ude­rzać wol­niej po po­po­łu­dnio­wej eks­cy­ta­cji. Po­ło­ży­łem na ję­zyku dwie kap­sułki i z przy­jem­no­ścią opróż­ni­łem szklankę do ostat­niej kro­pli. Czu­łem, jak się ze­śli­zgują, ła­sko­cząc ślu­zówkę prze­łyku. Przyj­rza­łem się swoim źre­ni­com w lu­strze i za­uwa­ży­łem, że twarz lekko po­ciem­niała. Dwu­go­dzinne spa­cery brze­giem mo­rza na­kar­miły skórę. Ciemne plamy na czole i no­sie wto­piły się w nowy od­cień brązu, który na­prawdę mi się po­do­bał. Pod wpły­wem po­wie­trza na­sy­co­nego solą głę­bo­kie bruzdy wo­kół oczu stały się mniej wi­doczne. Wie­dzia­łem, że te zmiany są tylko krót­kimi pau­zami w nie­prze­rwa­nym pro­ce­sie roz­padu ciała. Wie­dzia­łem, że stawy już rano będą bo­le­śnie skrzy­pieć. Ale wzmoc­niony no­wym opty­mi­zmem, który ro­śnie szybko jak pie­czarka, wspo­ma­gany kap­suł­kami, sta­ną­łem przed du­żym lu­strem w ko­ry­ta­rzu i mocno na­prę­ży­łem mu­skuły i pierś. Z są­sied­niego po­koju do­cho­dził ciężki ka­szel, któ­rym starcy gro­ma­dzą plwo­cinę. Po­ro­wate ko­mórki suk­ce­syw­nie ob­umie­rają, two­rząc w klatce pier­sio­wej żół­tawą breję, która utrud­nia od­dy­cha­nie. Wciąż jesz­cze nie mia­łem ta­kich pro­ble­mów. Mimo że z mo­ich ra­mion zwi­sają su­che za­słony po­marsz­czo­nej skóry, mię­śnie bez za­rzutu re­agują na wszyst­kie po­le­ce­nia. Palę kilka pa­pie­ro­sów dzien­nie. Płuca dys­kret­nie chrzęsz­czą, kiedy od­dy­cham głę­boko, ale na ra­zie nie wy­sy­łają po­waż­nych sy­gna­łów roz­padu. Gdy sta­ną­łem przed lu­strem, po­czu­łem przy­jemne cie­pło w dło­niach i karku. Ta­bletki uwol­niły ty­siące drob­niut­kich mo­le­kuł, które za­ata­ko­wały za­koń­cze­nia ner­wowe. Opusz­czę ho­te­lową ko­la­cję i po­zwolę winu we­drzeć się jak naj­szyb­ciej do krwio­biegu. Odło­ży­łem po­duszkę i zga­si­łem świa­tło. Prze­ście­ra­dło pach­nie zwię­dłymi li­śćmi. Dzie­sięć mi­nut me­dy­ta­cji w ciem­no­ści do­dat­kowo przy­go­tuje mnie na nad­cho­dzące wy­da­rze­nia. Je­dy­nym źró­dłem świa­tła jest przy­cisk te­le­fo­nicz­nej se­kre­tarki, który na­ci­snę, żeby usły­szeć rów­nież drugą wia­do­mość. Do­ty­ka­łem go z za­mknię­tymi oczyma, uważ­nie, jak­bym do­ty­kał pło­mie­nia świecy. Za­częło się od brzę­cze­nia i dźwię­ków wy­da­wa­nych przez słu­chawkę, którą ktoś przy­bli­żał do po­liczka. Cze­ka­łem na głos: mę­ski głos i kilka nud­nych zdań o czym­kol­wiek, ale sły­sza­łem tylko głę­boki, chra­pliwy od­dech, który wkrótce wy­peł­nił ciemny po­kój. Czer­wona lampka już się nie świe­ciła. Spoj­rza­łem na szybę drzwi bal­ko­no­wych, żeby spraw­dzić, czy w od­dali nie znajdę śladu świa­tła, ale nie mo­głem go do­strzec. Tłu­sta i czarna ciem­ność wy­peł­niła po­kój i świat, po­my­śla­łem i od­czu­łem nie­zde­fi­nio­wany lęk wy­wo­łany obec­no­ścią tego nie­za­chwia­nego od­de­chu, zza któ­rego sły­chać było szum od­le­głych spraw. Zmysł słu­chu się wy­ostrzył. By­łem prze­ko­nany, że to stwo­rze­nie sie­dzi tuż przy otwar­tym oknie, bo chwi­lami można było usły­szeć coś jak ruch ga­łęzi. Bez echa ludz­kich gło­sów i czyn­no­ści, bez skrzy­pie­nia me­bli i brzęku na­czyń, nie­ja­sny snop dźwię­ków prze­le­wał się z jed­nej sa­mot­no­ści w drugą. Le­ża­łem przy­kuty do wy­chło­dzo­nego ma­te­raca i za­czą­łem roz­my­ślać o dniach i la­tach, w ciągu któ­rych ży­cie stało w miej­scu: o cy­nicz­nej kon­stan­cie upływu ta­kich sa­mych go­dzin, ta­kich sa­mych za­mie­rzeń, tego sa­mego bólu. Płuca kur­czyło roz­cza­ro­wa­nie. Tak nie­wiele trzeba, żeby cienki szklany klosz roz­padł się na ka­wałki, sta­wia­jąc mnie oko w oko z wielką i po­tężną pustką, z którą dłu­żej nie będę mógł wal­czyć. Le­ża­łem w ciem­no­ściach po­koju nu­mer 42, wy­pusz­cza­jąc bez­cenne ka­wa­łeczki re­al­no­ści, zbie­rane tro­skli­wie każ­dego dnia i ob­ra­cane w my­ślach jak naj­cen­niej­sze skarby. Dy­sze­nie trwało już kilka mi­nut i wy­sy­sało siły z mo­ich ko­ści, pro­wa­dząc mnie do naj­głęb­szych roz­pa­dlin nie­szczę­ścia, sta­ro­ści i sa­mot­no­ści. Ale wtedy coś się na­gle zmie­niło w czę­sto­tli­wo­ści. Wy­da­wało się, że słu­chawka wy­pa­dła z ręki, a dy­sze­nie się skoń­czyło. Na chwilę po­ja­wiły się prze­ni­kliwe ryt­miczne dźwięki, ostry szum i dra­pa­nie, a w na­stęp­nej chwili za­szcze­kał pies. Wtedy czło­wiek szybko prze­rwał po­łą­cze­nie i prze­kaz się skoń­czył. Ogar­niało mnie to od strony nóg. Po­czu­łem go­rąco w płu­cach, a serce za­częło moc­niej bić. Dla­tego że je­dy­nym psi­skiem, o ja­kim mo­głem po­my­śleć, był czarny te­rier szkocki, dla­tego że je­dy­nym czło­wie­kiem, o ja­kim mo­głem po­my­śleć, był le­niwy wiel­bi­ciel piwa. Nie mia­łem do­wo­dów, że to był Pa­vle ani że na dru­gim końcu prze­wo­dów w ogóle sie­dział męż­czy­zna. Ale ta­kie po­zba­wione sensu mil­cze­nie mo­głem ła­two po­wią­zać z jego po­ja­wie­niem się i za­cho­wa­niem. Znał moje na­zwi­sko i ho­tel. Mu­siał za­dzwo­nić w ciągu tych dzie­się­ciu mi­nut, które za­jął mi po­wrót z progu ich brzyd­kiego zie­lo­nego domku. Nie zro­bił tego dla za­bawy, nie pró­bo­wał mnie też za­stra­szyć. Śląc swoje mil­cze­nie w moją sa­mot­ność, nie­świa­do­mie od­sła­niał swoje wo­je­ry­styczne na­mięt­no­ści. Usi­ło­wał swoją mgli­stą obec­ność wnieść w mój świat, żeby w ten spo­sób zde­ma­sko­wać i zra­cjo­na­li­zo­wać nie­po­ko­jący dy­stans pię­trzący się jak prze­szkoda mię­dzy nami dwoma. Ana po­szła do ła­zienki, on do­pił piwo na scho­dach, wy­si­kał się pod drze­wem, a po­tem do­rwał do te­le­fonu. Rex łap­czy­wie skoń­czył po­si­łek. Po­trze­bo­wał nieco ludz­kiej uwagi, żeby w pełni cie­szyć się tra­wie­niem karmy. Przy odro­bi­nie wy­siłku i tar­mo­sze­nia zdo­łał od­wią­zać smycz od ba­rierki i po­biegł do domu. Uszczę­śli­wiony za­szcze­kał, gdy zo­ba­czył swo­jego pana za­głę­bio­nego w fo­telu, wie­rząc, że z ła­two­ścią wy­prosi gła­ska­nie po brzu­chu. To jest szczek­nię­cie, które sły­sza­łem w po­koju. To jest dźwięk, który na­gle przy­wró­cił mi hu­mor, spra­wił, że szybko wsta­łem znów go­tów, by trwo­nić dzień. Kom­pleksy świe­żych en­zy­mów po­pły­nęły ży­łami, od­bu­do­wu­jąc na­strój. Włą­czy­łem świa­tło i wy­cią­gną­łem wspa­niałą zie­loną ko­szulę z czar­nymi gu­zi­kami. Uprzejme dziew­częta z pralni che­micz­nej z po­wo­dze­niem usu­nęły plamy krwi. Kiedy roz­ko­szo­wa­łem się kwiet­nio­wym słoń­cem na ta­ra­sie swo­jego miesz­ka­nia, spo­glą­da­jąc na kwit­nącą la­wendę i kilka kak­tu­sów na są­sied­nim bal­ko­nie, krew tak po pro­stu po­cie­kła z nosa. Zu­żyta ścianka na­czy­nia wło­so­wa­tego ule­gła pod na­po­rem czer­wo­nej masy, która omal nie znisz­czyła na za­wsze mo­jej ulu­bio­nej ko­szuli. Już nie pa­trzę na kak­tusy, gdy sie­dzę na ta­ra­sie. Wolę ra­czej oglą­dać ska­li­ste zbo­cza i domy na za­cho­dzie. Ko­szulę za­wsze za­pi­nam po­rząd­nie aż do sa­mej szyi, ale dziś zo­sta­wię je­den gu­zik nie­za­pięty. To świad­czy o non­sza­lan­cji i wie­rzę, że spodoba się mło­dym lu­dziom, z któ­rymi spę­dzę wie­czór. Po­łkną­łem jesz­cze jedną ta­bletkę, a pla­sti­kowe pu­de­łeczko scho­wa­łem w we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki. Przyda się, je­śli po­ja­wią się nie­prze­wi­dziane wzru­sze­nia lub na­gła zmiana na­stroju. Wciąż jesz­cze nie znam tych lu­dzi, więc dużo grzecz­niej bę­dzie wy­po­wie­dziane głu­poty skwi­to­wać obo­jęt­nym uśmie­chem, niż za­re­ago­wać gwał­tow­nie i za­snuć wie­czór grubą war­stwą go­ry­czy. Po­świę­ci­łem jesz­cze dzie­sięć mi­nut na dwie roz­mowy te­le­fo­niczne. Prze­ło­ży­łem sprzą­ta­nie miesz­ka­nia na po­nie­dzia­łek i prze­dłu­ży­łem po­byt w ho­telu o dwa dni. Po­li­czą bez eme­ryc­kiej zniżki, bo prze­dłu­że­nie na­leży zgło­sić co naj­mniej sie­dem­dzie­siąt dwie go­dziny przed koń­cem po­bytu. Je­stem prze­ko­nany, że świ­nia w re­cep­cji wy­my­śliła ten prze­pis i nad­wyżkę wrzuci do wła­snej kie­szeni. Na trze­ciej zmia­nie sie­dzą pra­cow­nicy se­zo­nowi, któ­rzy mnie nie znają, ale nie chcę ry­zy­ko­wać, cze­ka­jąc do ju­tra. Mu­siał­bym opu­ścić po­kój przed dzie­siątą, ale je­śli kul­mi­na­cją dzi­siej­szego wie­czoru bę­dzie ra­do­sne pi­jań­stwo, chciał­bym bez prze­szkód po­spać tro­chę dłu­żej. Ho­tel opu­ści­łem bocz­nymi ko­ry­ta­rzami, prze­cho­dząc obok kilku spa­ra­li­żo­wa­nych. Oni za­pła­cili tylko pół ho­te­lo­wej stawki dla eme­ry­tów, ade­kwat­nie do po­łowy od­ję­tego im ciała. W po­bli­skim skle­pie wy­bra­łem pa­pie­rosy i bu­telkę prze­cięt­nego char­don­nay. Zwy­kle palę da­vi­doffy li­ght, ale dziś wie­czo­rem ku­puję gau­lo­ises'y, żeby za­sko­czyć płuca. Czarny ty­toń do­dat­kowo ukoi sko­ła­tane nerwy i roz­pę­dzi roje ko­ma­rów. Idąc osło­niętą cy­pry­sami drogą, pierw­szy raz tego dnia od­czu­wa­łem praw­dziwą eks­cy­ta­cję. Po­dmu­chy wia­tru ła­mały drobne uschłe ga­łązki, roz­no­sząc ob­łoczki kwia­to­wego pyłku. Py­łek kleił się do spo­co­nego czoła i spły­wał na brwi. W od­dali nad mo­rzem bły­ska­wice oświe­tlały gi­gan­tyczne ko­lumny cu­mu­lo­nim­bu­sów, prze­ga­nia­jąc drobne barki na spo­koj­niej­sze wody za fa­lo­chro­nem. Z plaży do­bie­gał ryt­miczny huk fal zmie­szany z da­le­kimi od­gło­sami bu­rzy. Przy­trzy­mu­jąc się neo­no­wej bramy kom­pleksu zie­lo­nych bun­ga­lo­wów, wy­ją­łem dro­go­cenne pla­sti­kowe pu­de­łeczko i prze­łkną­łem jesz­cze jedną kap­sułkę, a po­tem wy­pro­sto­wa­łem się i ru­szy­łem bar­dziej zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Neo­nowe la­tar­nie oświe­tlały ścieżki mię­dzy dom­kami. Za oknem o spusz­czo­nych ro­le­tach pła­kało dziecko. Z le­wej strony, z są­sied­niego domu, do­bie­gał głos spi­kera te­le­wi­zyj­nego i ogła­szał pro­gnozę po­gody. Na wy­brzeżu moż­liwe opady. Jest do­kład­nie dwu­dzie­sta druga. Lampy na ta­ra­sach były po­ga­szone. O tej po­rze roku, poza głów­nym tu­ry­stycz­nym tło­kiem, ho­tele wy­peł­niały przede wszyst­kim pary z dziećmi i eme­ryci. Wszy­scy kładą się wcze­śnie i wcze­śnie wstają. Tuż przed świ­tem ro­dzice wy­pro­wa­dzają na spa­cer brze­giem mo­rza pół­przy­tomne ast­ma­tyczne dzieci. Wtedy kon­cen­tra­cja jodu w po­wie­trzu jest naj­więk­sza. Ja go­dziny przed­po­łu­dniowe spę­dzam na ho­te­lo­wym ta­ra­sie, pi­jąc nie­zli­czone fi­li­żanki kawy ze sło­dzi­kiem i odro­biną zim­nego mleka. Zaj­muję sto­lik na sa­mym skraju i zwra­cam plecy do hord eme­ry­tów, pa­ra­li­ty­ków i ren­ci­stów, któ­rzy po śnia­da­niu wy­cho­dzą jak z mro­wi­ska. Bez­kry­tycz­nie wy­sta­wiają się na dzia­ła­nie pro­mieni sło­necz­nych, wie­rząc, że ta czy­stość od­ro­dzi tak du­sze, jak i ich ciała. Sma­rują jedni dru­gich zjeł­czałą oliwą, więc kiedy robi się cie­plej, w miarę jak słońce zbliża się do ze­nitu, za­pach na ho­te­lo­wym ta­ra­sie staje się nie do wy­trzy­ma­nia. Mar­twe ko­mórki na­skórka w po­łą­cze­niu z kwa­sami tłusz­czo­wymi wy­twa­rzają za­pach po­dobny do woni zgni­łych jaj. Dys­kretne ilo­ści wody ko­loń­skiej i na­wil­ża­jące kremy do rąk to je­dyne pre­pa­raty, ja­kie na­kła­dam na swoje ciało. Dziś wie­czo­rem spry­ska­łem się za oboj­giem uszu i po szyi tro­chę bar­dziej niż zwy­kle. Świeżo na­kre­mo­wa­nymi pal­cami prze­cią­gną­łem po wło­sach. To spra­wia, że brą­zowe włosy, które jesz­cze mi zo­stały, są wy­raź­niej­sze na tle do­mi­nu­ją­cej si­wi­zny. Ana i Pa­vle wy­glą­dali na schlud­nych i pe­dan­tycz­nych lu­dzi. Dla­tego chcia­łem zwró­cić ich szcze­gólną uwagę na mój wy­gląd i za­dba­nie. Spo­dzie­wa­łem się do­brze oświe­tlo­nego ta­rasu, wy­po­le­ro­wa­nych kie­lisz­ków i, być może, kilku świec. Mia­łem na­dzieję, że za­stanę ich przy­go­to­wa­nych, w wi­zy­to­wych stro­jach, od­świe­żo­nych i peł­nych opty­mi­zmu. Ale wszyst­kie świa­tła w ich domu były po­ga­szone, a krze­sła po­rzu­cone bez­ład­nie. Na scho­dach wa­lało się kilka pu­stych bu­te­lek po pi­wie i psia mi­ska. Gdy­bym nie wziął tych kilku kap­su­łek, je­stem prze­ko­nany, że moje ciało nie wy­trzy­ma­łoby ta­kiego roz­cza­ro­wa­nia. Ale i tak prze­ży­łem le­dwo za­uwa­żalne za­ła­ma­nie ner­wowe. Od­czu­łem skur­cze mię­śni w oko­li­cach szyi, a ręce za­częły mi się po­cić w nie­kon­tro­lo­wany spo­sób. Wście­kle kop­ną­łem mi­skę Reksa i prze­wró­ci­łem obie bu­telki. Serce wa­liło za­ata­ko­wane przez nie­na­wiść, a wtedy przy­biegł, nie wia­domo skąd, Rex i za­czął przy­mil­nie skam­leć. Li­zał czu­bek mo­jego pra­wego buta, po­nie­waż była na nim resztka je­dze­nia. Tym ra­zem de­li­kat­nie go od­su­ną­łem mimo chęci, żeby czymś ostrym przy­bić go do ściany. Mu­sia­łem zde­cy­do­wać: od­wró­cić się i odejść czy za­pu­kać do ich drzwi, ma­jąc na­dzie­ję, że któ­reś z tych pół­głów­ków otwo­rzy i grzecz­nie prze­prosi za nie­od­po­wied­nie przy­ję­cie. Za­sko­czy­łem sie­bie sa­mego, kiedy bez­tro­sko po­sta­wi­łem wino na stole i ele­ganc­kimi ru­chami otwo­rzy­łem paczkę gau­lo­iss'ów, a po­tem wy­ją­łem krót­kiego pa­pie­rosa, który pach­niał fi­gami. Mocno po­cią­gną­łem ten mały wa­lec bez fil­tra, a płuca wy­peł­niły się aż po brzegi gę­stym, nie­bie­ska­wym dy­mem. Wstrzy­ma­łem od­dech, sy­cąc ciało ni­ko­tyną. Po­czu­łem przy­jemny za­wrót głowy i chłód w oko­li­cach żo­łądka, a kiedy wy­pu­ści­łem po­wie­trze, by­łem go­tów na ja­kieś nowe, przy­jemne my­śli. Na­le­żało wy­ka­zać się więk­szą wy­ro­zu­mia­ło­ścią. Ci mło­dzi lu­dzie obar­czeni obo­wiąz­kami służ­bo­wymi spę­dzają tu dro­go­cenne dni urlopu, który ich ży­cie od­ciąga od nud­nej ru­tyny. Czy­ste niebo, ki­lo­me­try drob­nego pia­sku, wieczny szum fal i moż­li­wość wpa­try­wa­nia się w to wszystko bez prze­rwy są spraw­dzoną te­ra­pią w uwal­nia­niu się od stresu. Miecz obo­sieczny, po­wie­dział­bym, bo na po­wierzchni wszystko jest do­sko­nale lo­giczne. Lata wy­po­czynku na tej sa­mej plaży, w tym sa­mym ho­telu, spra­wiły, że zgro­ma­dzi­łem, mó­wiąc oględ­nie, prze­ciwne fakty. Bo mo­rze ze swo­imi dźwię­kami i wia­trem przy­mu­sza lu­dzi do mil­cze­nia. Za­pa­trzone w ten bez­kres za­lany bi­lio­nami kry­sta­licz­nych fo­to­nów istoty ta­kie jak Pa­vle i Ana po­wstrzy­mują słowa. Bar­dzo rzadko usły­szy­cie lu­dzi roz­ma­wia­ją­cych na tej wiel­kiej, piasz­czy­stej plaży. Opici słoń­cem, z od­świe­żo­nymi cia­łami, nie mogą obro­nić się przed sze­re­giem pa­nicz­nych my­śli, któ­rych nie mają od­wagi wy­po­wie­dzieć, cho­ciaż chcie­liby. Po­ranne kon­tem­pla­cje są za­zwy­czaj nie­groźne, ale gdy żo­łą­dek strawi już późny obiad, a tu­ry­ści z przy­zwy­cza­je­nia ru­szą na po­po­łu­dniowy spa­cer skra­jem mor­skiej piany - wtedy świa­do­mość ciem­nieje od naj­róż­niej­szych skraj­no­ści. Trzy­ma­jąc się za ręce, mał­żon­ko­wie, każde z osobna, roz­my­ślają o pie­kle mał­żeń­stwa, ma­jąc na­dzieję na ry­chły roz­wód. Sa­mo­bójcy śmiało pla­nują wie­czorną ką­piel, świa­domi, że ja­kaś de­li­ryczna czą­steczka w ich mó­zgu od tej ką­pieli chce tylko jed­nego. Gdy za­dmie jugo, a huk wy­so­kich fal zwabi ką­pią­cych się, ga­zety za­wsze do­no­szą o kilku wy­pad­kach śmier­tel­nych. Nie spo­sób udo­wod­nić, kiedy jest mowa o nie­wpraw­nych pły­wa­kach, a kiedy o czy­stym sa­mo­bój­czym za­mia­rze. W ten spo­sób ro­dzina chro­niona jest przed styg­ma­tem, a miękki pia­sek zo­sta­wia ciało pra­wie nie­tknięte. Wy­star­czy odro­bina pu­dru, by mieć pięk­nego trupa, któ­remu zrzą­dze­niem losu mo­rze ode­brało ży­cie. Dla­tego ni­gdy nie spa­ce­ruję plażą po ta­kim wie­trze. Uszko­dzony wzrok w każ­dym pniu drzewa roz­po­znaje ludz­kie zwłoki, a w każ­dym kopcu pia­sku wi­dzi mo­giłę. Je­śli dzi­siej­sza bu­rza do­trze do wy­brzeża, ju­tro mo­rze zmieni ko­lor i zdzi­czeje. Z ta­rasu, na któ­rym sie­dzia­łem, nie mo­głem zo­ba­czyć po­łu­dnio­wej czę­ści nieba. Ob­ró­cony w stronę ciem­no­ści pół­noc­nego za­chodu ubo­giego w gwiazdy, sta­ra­łem się uspo­koić od­dech, wpa­tru­jąc się w zie­lone da­chy za­ata­ko­wane przez bluszcz. Gau­lo­ises po­woli się do­pala, a cienka pa­pie­ro­sowa bi­bułka lepi się do ust. Na czubku ję­zyka czuję gorz­kie dro­binki ty­to­niu. W skro­niach sły­szę stu­kot, jakby fala prze­su­wała oto­czaki. Te­raz od­dy­cham lżej i gniew, który czu­łem parę mi­nut temu, wy­daje się od­le­gły jak wspo­mnie­nia, kiedy mija kac. W ta­kich chwi­lach nie po­zo­staje mi nic in­nego, jak roz­my­śla­nie o sta­ro­ści i sa­mot­no­ści. To są fakty, z któ­rych nie umiem się otrzą­snąć. Nie chcę po­wie­dzieć, że pró­buję, ale cza­sem - po pro­stu - pra­gnę o nich za­po­mnieć. Dla­tego nie zno­szę, gdy nie­zna­jomi przy­po­mi­nają mi o la­tach i sta­ro­ści. Za­wsze od­rzu­cam po­moc w mar­ke­cie czy na przej­ściu dla pie­szych. Na ław­kach w parku sie­dzę sam, bo nie chcę wy­słu­chi­wać hi­sto­rii cho­rób pro­staty i układu mo­czo­wego. Ale kie­li­szek wina w to­wa­rzy­stwie mło­dych ciał to za­pro­sze­nie, któ­rego się nie od­rzuca. Kilka go­dzin u źró­deł ży­cia, zdrowe zęby i uśmie­chy po­zba­wione cy­ni­zmu, by­strość umy­słu i szyb­kość ru­chów, wszystko to spra­wia, że na chwilę za­po­mi­nam o la­tach, od­da­jąc się ilu­zji ży­cia wiecz­nego. Dla­tego je­stem go­tów zdep­tać swoją god­ność i cze­kać na ta­ra­sie, po­cąc się jak bu­telka schło­dzo­nego char­don­nay. Żar do­pa­la­ją­cego się pa­pie­rosa zbli­żył się do pal­ców. Re­cep­tory ter­miczne za­ni­kły i go­rąco wcią­ga­nego ty­to­niu tylko mnie przy­jem­nie ła­sko­cze. Kiedy wcią­ga­łem dym po raz ostatni, w przed­po­koju dało się sły­szeć za­mie­sza­nie. Rex wy­biegł z krza­ków i ma­chał ogo­nem, wy­cze­ku­jąc zna­jo­mej po­staci. Ana miała na so­bie czarną długą ko­szulę, która się­gała do po­łowy uda. Ostroż­nie wyj­rzała zza uchy­lo­nych drzwi, za­pa­liła świa­tło i po­wie­działa:

- A, to pan pali. My­śla­łam, że to Pa­vle. Która go­dzina? Chyba nie je­de­na­sta?

Usia­dła, zie­wa­jąc, wzięła do ręki paczkę gau­lo­iss'ów.

- Czy mogę? - pyta i wyj­muje pa­pie­rosa.

Kiedy po­da­łem jej ogień, po­wie­działa:

- Póź­niej. Dzię­kuję. Nie ma tu z pa­nem mo­jego Pa­vle?

Od­par­łem, że sie­dzę i palę już czter­dzie­ści mi­nut, cze­ka­jąc, aż ktoś się zjawi, a Ana za­pa­trzyła się w ciem­ność mię­dzy są­sied­nimi dom­kami i dę­bami, jakby jej Pa­vle mógł być jed­nym z tych do­mów, jed­nym z tych drzew.

- Za­snę­łam w fo­telu. Prze­pra­szam. To mor­skie po­wie­trze upija jak... - Nie do­koń­czyła zda­nia, tylko mocno ude­rzyła dło­nią w lewe udo, prze­kli­na­jąc ko­mary. - A pan przy­niósł to wino, pa­nie dok­to­rze. Jest pan ko­chany - po­wie­działa i wzięła do ręki bu­telkę.

Po­wyż­sze zda­nie, w któ­rym na­zywa mnie "dok­to­rem", w któ­rym moją ni­skość na­zywa "ko­cha­nym", wy­wo­łało na czole nowe ku­leczki potu i obu­dziło zde­ner­wo­wa­nie. Bo nie mó­wi­łem tej ko­bie­cie, że je­stem le­ka­rzem. Po­wie­dział to jej le­niwy mąż Pa­vle, co zna­czy, że by­łem te­ma­tem roz­mowy, w któ­rej, mnie­mam, nie ode­gra­łem po­zy­tyw­nej roli. Ko­men­to­wali mój gar­ni­tur, moje buty i skar­pety w nie­bie­skie romby. Ana prze­pra­szała za po­chopne za­pro­sze­nie na wino nie­zna­nego starca i po­wie­działa, że na pewno nie przyjdę. Po­wie­działa, że lu­dzie tacy jak ja po pro­stu nie przy­cho­dzą, a ten głupi-mą­dry Pa­vle praw­do­po­dob­nie od­parł, że je­stem wła­śnie z tych, któ­rzy za­wsze przy­cho­dzą. Ana bez­ce­lowo spoj­rzała na ga­łę­zie, wy­my­śla­jąc zda­nia i te­maty, któ­rymi mo­głaby roz­po­cząć ja­ką­kol­wiek roz­mowę. Je­stem te­raz jej re­al­no­ścią. Sie­dzę roz­party na wy­god­nym krze­śle, za­ło­ży­łem nogę na nogę i przy­pa­lam jesz­cze jed­nego pach­ną­cego pa­pie­rosa. Ona spo­dziewa się, że jej Pa­vle wy­łoni się z mroku i wy­bawi ją z chwi­lo­wego kło­potu, który kręci się mię­dzy nami jak roz­piesz­czone dziecko. Rex na­pra­szał się, żeby wsko­czyć jej na ko­lana. Li­zał ją po no­dze i no­sem za­dzie­rał czarną bluzkę.

- Niech pan spoj­rzy na wa­riata. Uwiel­bia ludzką skórę. Ej, nie wolno! - po­wie­działa i od­su­nęła psa, który pod­ska­ki­wał w miej­scu jesz­cze przez kilka se­kund, a póź­niej od­biegł, żeby ob­si­kać ba­rierkę.

- Może przy­niosę kor­ko­ciąg? - spy­tała, trzy­ma­jąc zimną bu­telkę mię­dzy ko­la­nami.

- Oczy­wi­ście - od­po­wie­dzia­łem - chyba że za­cze­kamy na pani męża.

- Pa­vle to mój ro­dzony brat - wy­ja­śniła i po­waż­nie przy­glą­dała się mo­jej twa­rzy.

- Aha, Pa­vle to pani brat. Ro­zu­miem. Oczy­wi­ście - rze­kłem, się­ga­jąc po jesz­cze jed­nego pa­pie­rosa.

Przyj­rzała się, jak drżą mi dło­nie, kiedy go za­pa­lam. Ocze­ki­wała re­ak­cji, spo­dzie­wa­jąc się ru­chów zmarsz­czek na mo­jej twa­rzy, a po­tem za­częła gło­śno re­cho­tać i ude­rzać się po ko­la­nach.

- Pan jest tro­chę na­iwny, nie? - po­wie­działa, pró­bu­jąc zdu­sić śmiech. - Uwie­rzył pan, że Pa­vle to mój brat i te­raz stara się pan ukryć obrzy­dze­nie. Może krzy­żuje pan nogi z po­wodu erek­cji. Wy­obraża pan so­bie mo­jego brata, spo­co­nego brata, jak się po­ru­sza, wy­obraża pan so­bie mnie gołą, z bra­tem mię­dzy no­gami... za­miast tej bu­telki char­don­ney... i tak da­lej... I tak da­lej... Prze­pra­szam. Ga­dam bzdury. Pro­szę się nie gnie­wać. Nie wiem, co mi jest. A może wiem, co mi jest? Ale w każ­dym ra­zie prze­pra­szam. Wstyd mi. Nie ja­koś bar­dzo.... Ale pro­szę uwie­rzyć, że nie czuję się do­brze po tych głu­po­tach. Ga­dam, ga­dam, ga­dam. Prze...pra...szam...

Rex znowu rzu­cił mi się na buty. Li­zał je z na­mięt­no­ścią, z jaką się liże nie­znane rze­czy. Pa­vle nie jest bra­tem Any, Pa­vle jest jej mę­żem. Pa­vle, który zbliża się ścieżką oświe­tloną neo­nem, który trzyma w dło­niach kilka czer­wo­nych kwia­tów, ten Pa­vle jest mę­żem Any. Kła­dzie pa­lec na ustach, po­ka­zu­jąc mi, że­bym go nie zdra­dził. Nad­cho­dzi od tyłu. Za­trzy­muje się za ro­giem brzyd­kiego zie­lo­nego domu. Wy­gląda zza niego, pusz­cza­jąc oko i da­jąc mi ręką znak, że­bym kon­ty­nu­ował roz­mowę. Ana nie wi­dzi go albo tak udaje. Pa­trzy­łem przez kilka chwil w jego stronę, a po­tem po­wie­dzia­łem coś, co mu­siało wy­wo­łać śmiech. Po­zwo­li­łem, żeby zbił mnie z tropu. Po­wie­dzia­łem "do­bry wie­czór!". Ana obej­rzała się, śle­dząc mój wzrok. Pa­vle przy­klęk­nął na scho­dach i po­dał jej kwiaty, a ona po­wie­działa "do­bry wie­czór", na­śla­du­jąc mój ton, i oboje wy­buch­nęli śmie­chem. Po­wi­nie­nem był ich w tym mo­men­cie zo­sta­wić, ra­zem z bu­telką char­don­nay. Gdy­bym wtedy od­szedł, praw­do­po­dob­nie je­dyną kon­se­kwen­cją by­łaby ciężka bez­sen­ność i kilka kap­su­łek wię­cej. Rano zwol­nił­bym po­kój, jesz­cze dziś wie­czór za­dzwo­nił­bym do są­siadki, która ład­nie pach­nie i każ­dego ranka ku­puje świeży chleb i dużo wa­rzyw, miesz­ka­nie by­łoby do­pro­wa­dzone do po­rządku w ciągu przed­po­łu­dnia, a ja przy­je­chał­bym koło dwu­na­stej i wdy­chał zna­jomy za­pach. W po­ciągu my­ślał­bym o moim głu­pim synu i jed­nak zde­cy­do­wał­bym, że po­ży­czę mu pie­nią­dze. On i jego żona za­pro­si­liby mnie na ko­la­cję, a ja za­po­mniał­bym o Anie, Pa­vle, Rek­sie i char­don­nay jesz­cze przed pół­nocą i za­snął jak nie­mowlę. Za­czą­łem wsta­wać. Pa­pie­rosy i za­pal­niczkę wło­ży­łem do we­wnętrz­nej kie­szeni, po­pra­wi­łem klapy ma­ry­narki, za­pią­łem ostatni gu­zik przy ko­szuli, ale wtedy Ana za­częła przy­mil­nie po­pi­ski­wać:

- O nie, pro­ooszę. Niechże pan usią­dzie. Chyba nie chce pan... Mamy po pro­stu do­bry hu­mor. Prze­pra­szam... Już przy­no­szę kor­ko­ciąg. - A ja znów opu­ści­łem swoją chudą dupę i za­pa­li­łem no­wego pa­pie­rosa.

Ana po­wie­działa:

- O ta­aak... - Wstała i strzep­nęła kilka czą­ste­czek ku­rzu z mo­ich ra­mion. - Za­raz bę­dzie mu­zyka.

Po­pa­trzyła na Pa­vle, który nie­spiesz­nie po­szedł do kuchni i po­sta­wił na pa­ra­pe­cie małe ra­dio. Ana rze­kła:

- No to da­lej... - Pa­vle na­ci­snął przy­cisk na wierz­chu ra­dia i z gło­śnika roz­le­gło się brzę­cze­nie z le­dwo sły­szal­nymi akor­dami gi­tary kla­sycz­nej.

- Da­lej, da­lej... - mó­wiła Ana, a Pa­vle ru­szał po­krę­tłem. Głę­boki ba­ry­ton ogła­szał pro­gnozę po­gody, za­po­wia­da­jąc na­dej­ście "chłod­nych mas po­wie­trza z pół­nocy kon­ty­nentu. Jest do­kład­nie kwa­drans po pół­nocy". Jed­nak w tej chwili zła po­goda nad­cią­gała z po­łu­dnia. Wiatr moc­niej szar­pał ga­łę­zie, przy­no­sząc dźwięki i za­pach mo­rza. Po­dmu­chy cie­płego po­wie­trza nio­sły ze sobą li­ście i otwie­rały okien­nice. Pa­vle zmie­niał czę­sto­tli­wo­ści i w końcu za­trzy­mał się na jed­no­staj­nych elek­tro­nicz­nych tak­tach, które prze­ci­nał syn­te­tyczny dźwięk sak­so­fonu.

- Może być? - za­py­tała Ana.

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście - po­wie­dzia­łem i za­czą­łem się przy­glą­dać ta­tu­ażowi na jej pra­wym ra­mie­niu. Pod­wi­nęła krót­kie rę­kawy i ze­brała płótno pod pa­chami. Sty­li­zo­wana li­tera Z ople­ciona dru­tem kol­cza­stym, a pod nią mo­tyl z roz­po­star­tymi skrzy­dłami. Za­uwa­żyła, że pa­trzę na jej ra­mię i po­wie­działa:

- Od imie­nia męża. By­łego męża. - To "by­łego" wy­po­wie­działa szep­tem. Zer­k­nęła w stronę drzwi wstręt­nego zie­lo­nego domku, po któ­rym krę­cił się jej obecny Pa­vle, szu­ka­jąc kor­ko­ciągu. Sły­chać było brzęk na­czyń, któ­remu to­wa­rzy­szyło kilka przy­tłu­mio­nych prze­kleństw.

- Przy­nieś jesz­cze kie­liszki - po­wie­działa Ana. Znów usia­dła i skrzy­żo­wała nogi.

- Jak stopa? - za­py­ta­łem.

- Jest pan ko­chany. Pan się trosz­czy o moją nogę? - Szybko wy­pro­sto­wała się i unio­sła stopę, zbli­ża­jąc ją do mo­jej twa­rzy. - Niech pan sam po­pa­trzy, dok­to­rze. Jak pan są­dzi? Am­pu­ta­cja?

Miała na so­bie czarne maj­teczki z małą czer­woną ko­kardką u góry. Pach­niało bal­sa­mem do ciała z do­mieszką cy­tru­sów.

- By­łoby żal po­słać ta­kie ciało ro­ba­kom, pa­nie dok­to­rze. Czyż nie? - po­wie­działa, uda­jąc smu­tek, i znów usia­dła. - Ech, wam wszystko jedno. Wam, sta­rym lu­dziom... - do­dała, za­pa­la­jąc gau­lo­ises'a.

Chcia­łem coś po­wie­dzieć, ale w tej chwili ode­zwała się moja zwy­kła aryt­mia, która wstrząsa klatką pier­siową, kiedy układ ner­wowy do­świad­czy szoku wy­wo­ła­nego obe­lgami, bzdu­rami, brzy­dotą. Ana była bar­dzo piękną ko­bietą. Choć do­bie­gała czter­dziestki, jej piersi ster­czały, uno­sząc się pod bluzką, ile­kroć głę­boko wcią­gała pa­pie­ro­sowy dym. Ana była mą­drą ko­bietą, ale zmienną i złą. Kiedy wy­po­wie­działa to gro­bowe "wam, sta­rym lu­dziom", de­tek­tory, któ­rymi sta­ra­łem się wy­tro­pić ja­kieś po­zy­tywne ce­chy jej oso­bo­wo­ści, na­gle się za­blo­ko­wały i prze­pusz­czały da­lej tylko złe sy­gnały. I było nie do unik­nię­cia, że two­rzy­łem ob­raz Any pe­łen ja­kiejś skon­den­so­wa­nej nie­na­wi­ści, która w jej oso­bo­wość, na pod­sta­wie drob­nych, może nie­istot­nych szcze­gó­łów, wpi­sy­wała wszyst­kie nie­szczę­ścia i pod­ło­ści tego świata. Sie­dzia­łem przed nią nie­na­gan­nie ubrany i go­tów od­po­wie­dzieć na naj­mniej­szy sy­gnał do­brej woli em­pa­tycz­nym eks­hi­bi­cjo­ni­zmem, za­mie­nić na­szą jed­no­dniową zna­jo­mość w coś nie­za­po­mnia­nego, przy­naj­mniej na po­zór waż­nego. Ale serce szyb­ciej pom­po­wało krew, a w gło­wie pa­no­wał mę­tlik. Wy­po­wia­da­jąc to oło­wiane "wam, sta­rym lu­dziom", Ana ja­sno dała do zro­zu­mie­nia, że moje roz­pa­da­jące się ciało, zgrzy­tliwy głos i za­mglone źre­nice sta­no­wią bez­denną prze­paść, głę­boką czarną dziurę, do któ­rej cie­ka­wie jest zaj­rzeć, sta­nąw­szy na jej brzegu, ale nic poza tym. Bo tam na dnie jest nuda, tam na dnie jest ni­cość, tam na dnie jest śmierć. Wciąż jesz­cze od­le­gła od ich mło­dych ciał. Wy­ją­łem pu­de­łeczko z ta­blet­kami i po­ło­ży­łem na stole. Nie chcia­łem w tej chwili pró­bo­wać go otwo­rzyć. Czu­łem, że moje palce drżą, więc mógł­bym zro­bić głu­potę i roz­sy­pać po pod­ło­dze wy­sma­ro­wa­nej psim gów­nem dro­go­cenną za­war­tość. Ana zo­ba­czy­łaby drże­nie mo­ich rąk, a to do­dat­kowo po­głę­bi­łoby zde­ner­wo­wa­nie. Mia­łem na­dzieję, że Pa­vle z kor­ko­cią­giem po­jawi się przed py­ta­niem Any o za­war­tość pu­dełka, ale ten kre­tyn wciąż jesz­cze ha­ła­śli­wie krę­cił się po kuchni, otwie­ra­jąc i za­my­ka­jąc szu­flady.

- Co pan ma w tym pu­dełku? - za­py­tała ze wzro­kiem wbi­tym w czer­wony ka­wa­łek pla­stiku na brzegu stołu.

- To? - Scho­wa­łem drżące dło­nie pod sto­łem. - To coś prze­ciwko sta­ro­ści - od­po­wie­dzia­łem i uśmiech­ną­łem się, choć nie po­tra­fi­łem zro­zu­mieć, przez ja­kie emo­cje ten uśmiech prze­dzie­rał się do mo­jej twa­rzy.

- Pa­vle! - wrza­snęła w tej sa­mej chwili. Pa­trzyła to na moją twarz, to na pu­dełko. - Pa­vleee! Chodź tu­taj, głupku! - krzyk­nęła jesz­cze gło­śniej, a ja na­dal ga­pi­łem się na nią z tę­pym uśmie­chem, zu­peł­nie nie­ty­po­wym dla mo­jego za­cho­wa­nia. - Pan dok­tor ma coś prze­ciw sta­ro­ści! - wy­krzy­ki­wała, tu­piąc sto­pami w be­ton.

Ten le­niwy, nie­zdarny czło­wiek po­ja­wił się w drzwiach, trzy­mał te­raz w dło­niach kor­ko­ciąg i jesz­cze jedną bu­telkę wina. Po­sta­wił wino na stole, po­da­jąc mi kor­ko­ciąg. Cze­kał kilka se­kund, ale ja wciąż jesz­cze nie chcia­łem po­ka­zy­wać swo­ich rąk. Odło­żył na­rzę­dzie na stół, tuż obok mo­jego pla­sti­ko­wego pu­de­łeczka z ta­blet­kami.

- Dla­czego krzy­czysz? - za­py­tał i sta­nął nad Aną, która ki­wała się na tyl­nych no­gach krze­sła.

- Od­suń się - po­wie­działa. - Za­sła­niasz mi wi­dok.

Zła­pała go za ło­kieć i po­cią­gnęła w lewo.

- Nasz dok­tor ma coś prze­ciw sta­ro­ści - wy­szep­tała. - Pu­dełko - do­dała i za­częła się śmiać.

Z mroku przy­biegł Rex. Wspiął się na ła­pach i pró­bo­wał do­się­gnąć ję­zy­kiem mo­ich dłoni. Pa­vle zła­pał go za ob­rożę i bru­tal­nie po­cią­gnął, na co Ana zde­cy­do­wa­nie po­wie­działa:

- Po­two­rze! Za­bi­jesz go - i wzięła psa na ko­lana.

- Ty je­steś mały... je­steś piękny... je­steś do­bry. Pa­vle jest głupi... Pa­vle jest brzydki... Pa­vle jest pro­sta­kiem... My­śli, że bę­dziemy pić wino z bu­te­lek... Wy­sła­li­śmy go po kor­ko­ciąg i kie­liszki, a on przy­niósł tylko kor­ko­ciąg - szep­tała pro­sto w psi pysk. - Ale my przy­nie­siemy kie­liszki, skoro inni nie po­tra­fią. Prawda, Rex?

Na­gle wstała, a pies za­czął przy­mil­nie po­pi­ski­wać, wier­cąc się wo­kół jej stóp. La­tar­nie oświe­tla­jące ścieżki mię­dzy do­mami emi­to­wały te­raz od­cień żół­tego świa­tła. Bły­ska­wice ata­ko­wały li­nie wy­so­kiego na­pię­cia, czer­piąc moc z gru­bych ka­bli. Za­częło moc­niej grzmieć. Roje ko­ma­rów opusz­czały ciemne ga­łę­zie, które prze­stały być pew­nym schro­nie­niem. W na­tu­rze ro­dziło się nie­bez­pie­czeń­stwo. Kru­che, na wpół uschnięte ga­łę­zie dę­bów stu­kały o da­chy do­mów. Lu­dzie leżą w ciem­no­ści pod tymi da­chami, wiatr i te nie­znane dźwięki pło­szą sen, spro­wa­dzają skom­pli­ko­wane my­śli, a w oczach zbiera się strach. Wszy­scy udają, że śpią, pró­bu­jąc przy­wo­łać do­bry na­strój, który po­wi­nien być na­tu­ral­nym skład­ni­kiem wa­ka­cji. Ale nie­szczę­ścia uno­szą się jak roje ko­ma­rów. Nie prze­stają brzę­czeć w ocze­ki­wa­niu, aż coś się skoń­czy, aż sta­nie się coś, co z po­wro­tem po­układa sprawy i to ży­cie, to ku­ca­nie w ciem­no­ści peł­nej stra­chów, znów uczyni zno­śnym. Kiedy do­rodna sa­mica pró­bo­wała wle­cieć do mo­jego le­wego ucha, in­stynk­tow­nie wal­ną­łem dło­nią. Pa­vle po­wie­dział wtedy:

- Nie­źle gryzą - i za­czął wkrę­cać kor­ko­ciąg.

Ana po­szła po kie­liszki, a Rex plą­tał się wo­kół jego krze­sła i pró­bo­wał wy­pro­sić dra­pa­nie po brzu­chu. Ręce się uspo­ko­iły. Roz­pro­sto­wa­łem palce i bez kło­potu ze­tkną­łem ze sobą ich czubki. Ko­rek wy­sko­czył. Pa­vle po­cią­gnął duży łyk pro­sto z bu­telki i po­wie­dział:

- Mam na­dzieję, że pan nie ma pan pre­ten­sji - a po­tem otarł usta nad­garst­kiem. - Pan po­czeka na kie­li­szek, dok­to­rze. Mam pana nie czę­sto­wać? Pan jest kul­tu­ral­nym czło­wie­kiem - do­dał, a po­tem po­ciąg­nął jesz­cze łyk.

Otwo­rzy­łem swoje pu­dełko, wy­bra­łem ta­bletkę i po­ło­ży­łem głę­boko w gar­dle.

- A te­raz tro­chę wina? - za­py­tał Pa­vle.

Po­krę­ci­łem głową i skon­cen­tro­wa­łem się na tym, by po­czuć, jak gładka czer­wona rzecz ze­śli­zguje się do mo­jego żo­łądka. To była po­łowa suk­cesu.

- Karmi pan mózg? Mały cud prze­ciw sta­ro­ści? Pan jest ja­kiś po­dej­rzany - po­wie­dział, po­cią­ga­jąc z bu­telki, i się­gnął po pu­de­łeczko. - Na­prawdę ładne. Lu­bię czer­wony ko­lor. - Wziął dwie ta­bletki i łap­czy­wie wrzu­cił do ust, a po­tem za­lał wi­nem. - Kilka dla Any - do­dał, a na­stęp­nie po­ło­żył trzy ta­bletki na stole. Za­nim za­mknął pu­dełko, wrzu­cił jesz­cze jedną pod ję­zyk.

- Świ­nio! Za­bru­dzi­łeś wszyst­kie kie­liszki. Śmier­dzą pi­wem. Te­raz mu­szę je myć - roz­le­gło się z kuchni.

Ptak prze­le­ciał z da­chu na dach, a Rex śle­dził to wzro­kiem. Pla­sti­kowa osłonka roz­pu­ściła się jesz­cze w prze­łyku i te­raz czu­łem w noz­drzach cierpki, nie­okre­ślony za­pach al­ka­lo­idów. Kiedy Ana krzy­czała, Pa­vle ro­bił miny i pal­cem wska­zy­wał drzwi do domku.

- Za­wsze się drze przy go­ściach. Chce wy­wo­łać po­dziw - po­wie­dział. - Nie jest taka straszna ani ner­wowa, kiedy je­ste­śmy sami. Cza­sem głu­pia... Ale... Ko­niec koń­ców... jest do­brze.

Ana po­ja­wiła się z kie­lisz­kami i jesz­cze w drzwiach spy­tała:

- Ten tam pił z bu­telki?

Pa­vle kiw­nął głową, a Ana po­wie­działa:

- Oj, pa­nie dok­to­rze... Nie­ład­nie się tak za­cho­wy­wać w cu­dzym domu. Ni­czego pana nie na­uczyli?

Po­sta­wiła przede mną kie­li­szek, a Pa­vle szybko na­lał do pełna.

- O tak. Żeby pan pił jak czło­wiek - po­wie­działa Ana.

- To nie ja pi­łem z bu­telki. Wie pani... - od­par­łem. Z mo­jego gar­dła wsty­dli­wie wy­do­był się pi­skliwy gło­sik, a ręce znów za­częły drżeć. Po­czu­łem chęć, żeby odejść, bę­dąc spę­ta­nym nie­wi­dzialną pa­ję­czyną, którą drob­nym ście­giem plo­tło tych dwoje nik­czem­ni­ków tkwią­cych na dnie wspól­nego ży­cia. Ja­sno za­grzmiało na za­chod­nim nie­bie. Ga­łę­zie za­ry­so­wały brzyd­kie kształty. Sak­so­fon na­gle ucichł, a ra­dio za­częło wy­sy­łać takty elek­trycz­nych znie­kształ­ceń. Chwy­ci­łem kie­li­szek i wy­pi­łem wino kil­koma du­żymi ły­kami. Ana na­peł­niła ich kie­liszki i usia­dła na ko­la­nach Pa­vle. Po­ca­ło­wała go w kark, a po­tem z obrzy­dze­niem zła­pała czu­bek ję­zyka.

- Je­steś spo­cony! - I splu­nęła w bok. Upiła łyk wina, a po­tem wzięła ze stołu kap­sułki.

- To jest ten pana cud, dok­to­rze? - Szybko wrzu­ciła wszyst­kie trzy do ust.

Kilka ły­ków ta­niego char­don­nay prze­ka­zało te czer­wone ła­dunki so­kom tra­wien­nym. Tam w dole na­stą­piły trzy małe eks­plo­zje, uwol­niły mi­liony szla­chet­nych mo­le­kuł, które szybko, wspo­ma­gane al­ko­ho­lem, za­ata­ko­wały krew. Ca­ło­wała kark swo­jego wil­got­nego męża jesz­cze kilka mi­nut, a po­tem spró­bo­wała wstać. Ko­lana za­drżały i Ana zwa­liła się z po­wro­tem w jego ob­ję­cia. Te­raz w po­wie­trzu dało się wy­czuć nie­świeży za­pach gni­ją­cych li­ści na­gro­ma­dzo­nych w mie­dzia­nych ryn­nach u pod­nóży ta­ra­sów i pod da­chami brzyd­kich zie­lo­nych do­mów. A może tak śmier­działo tych dwoje lu­dzi, ich spo­cone ciała i nie­upo­rząd­ko­wane emo­cje? Pa­vle wpa­try­wał się w swoje dło­nie. Po­woli łą­czył i roz­su­wał palce, od­kry­wa­jąc ja­kieś nowe od­czu­cie w za­koń­cze­niach ko­mó­rek ner­wo­wych. Masa ciała spra­wiła, że w nim sub­stan­cja dzia­łała wol­niej. Do­piero gdy zo­ba­czył, jak za­to­czyła się Ana, zro­zu­miał, że jego pię­ści tracą siły i stają się lżej­sze.

- Pa­nie dok­to­rze, pa­nie dok­to­rze... Abra­ka­da­bra, dok­to­rze... - po­wie­dział, a Ana za­częła się śmiać z tych słów.

Rex usiadł pod ich krze­słem. Po­czu­łem, że oboje pierw­szy raz pa­trzą na mnie spoj­rze­niami, które nie są kłam­stwem. Ana wy­raź­nie emi­to­wała obrzy­dze­nie, które mie­szało się ze zdzi­wie­niem wy­wo­ła­nym moją obec­no­ścią na sce­nie ich ży­cia. Ana­li­zo­wała moją po­wierz­chow­ność po­woli, prze­cho­dząc od czub­ków bu­tów przez do­kład­nie wy­pra­so­wane no­gawki i rę­kawy aż do uszu i pasm si­wych wło­sów. By­łem prze­ko­nany, że nie spoj­rzała mi w oczy, bo czuła ro­dzaj naj­ba­nal­niej­szego stra­chu przed nie­zna­jo­mym. Pa­vle ga­pił się dużo bar­dziej otwar­cie: spoj­rze­niem, które jed­no­znacz­nie mó­wiło, że je­stem zbędny w tym miej­scu, ele­men­tem który za­bu­rza ba­lans tej wagi po­wszech­nej głu­poty, na któ­rej znaj­dują się ich eg­zy­sten­cje, i że obec­ność mo­jej głu­poty po­psu­łaby bieg spraw, które to­czą się tak, jak to­czyły się przez lata, które za­koń­czą się tak, jak po­winny się za­koń­czyć. Czer­wone pu­dełko le­żało na środku stołu. Zła­pa­łem bu­telkę i roz­la­łem resztę do wszyst­kich trzech kie­lisz­ków, a po­tem je otwo­rzy­łem. Uprzej­mie za­pro­po­no­wa­łem, żeby się jesz­cze po­czę­sto­wali. Pa­vle wziął pierw­szy. Pal­cem wska­zu­ją­cym zna­lazł szparę mię­dzy war­gami Any i we­pchnął dwie kap­sułki pod jej bez­władny ję­zyk. Swoją por­cję pod­rzu­cił i zgrab­nie wy­cze­kał z roz­war­tymi szczę­kami. Jego żona chi­cho­tała, prze­wra­ca­jąc oczami. Pró­bo­wała wziąć do ręki kie­li­szek, ale jej dłoń upo­rczy­wie chy­biała celu o kilka cen­ty­me­trów.

- Niech pan pa­trzy... Już po niej... - Pa­vle de­li­kat­nie po­gła­dził ją po ple­cach. Wy­lał nieco wina na dłoń i po­tarł nią pod bluzką.

- Wy­rzuć go, Pa­vle! Niech idzie w pizdu! - mó­wiła ze śmie­chem. Upar­cie pró­bo­wała do­się­gnąć kie­liszka, który Pa­vle prze­su­wał w lewo i prawo.

- Wy­rzuć tego kre­tyna. Wi­dzisz, jak na nas pa­trzy. Stary by­dlak... Bił na­szego psa. Kop­nął Reksa na plaży. I te­raz tu sie­dzi... Sie­dzi... jakby się nic nie stało.

Mo­no­log Any prze­szedł w po­mruki wy­do­by­wa­jące się z głębi piersi. Pa­vle pa­trzył na mnie, jakby oce­niał jej słowa, jakby na­prawdę mu­siał pod­jąć de­cy­zję. Przy­su­nął wino do jej twa­rzy.

- Masz, ko­cha­nie... na spo­kojne sny. - Oparła usta na brzegu i wy­piła do ostat­niej kro­pli. - Do­bra dziew­czynka - po­wie­dział Pa­vle.

Cie­szy­łem się, pa­trząc, jak te stwo­rze­nia na­sy­cają swoje or­ga­ni­zmy wi­nem i al­ka­lo­idami, po­woli tra­cąc kon­trolę. Ich ciała o spo­wol­nio­nych funk­cjach skur­czyły się i sto­piły z brud­nym krze­słem. Mój umysł i moje ciało po­zo­stały pra­wie nie­tknięte. Roz­strój ner­wowy i wiel­kie ocze­ki­wa­nia, jak rów­nież co­dzienna kon­sump­cja tych czer­wo­nych dia­beł­ków spra­wiły, że trwa­łem na swoim miej­scu spo­kojny i go­tów na ana­li­zo­wa­nie wy­da­rzeń. Mia­łem na­dzieję, że Ana zwróci za­war­tość żo­łądka na szyję Pa­vle i w ten spo­sób będę miał do­dat­kową sa­tys­fak­cję. Ale ona tylko słodko ku­liła się na ko­sma­tej piersi Pa­vle, który nie krę­po­wał się wsu­nąć wielką dłoń pod długą bluzkę i po­ło­żyć ją na tyłku Any. Kiedy po­wie­działa, że musi się wy­si­kać, Pa­vle mru­gnął do mnie i z tru­dem po­sta­wił Anę. Zła­pała go za ra­mię i ra­zem, za­ta­cza­jąc się, we­szli w ciem­ność drzwi. Czu­łem się dziw­nie, bo pierw­szą rze­czą, o ja­kiej po­my­śla­łem, gdy zo­sta­łem sam na ta­ra­sie, był mój syn, mój głupi i nudny syn, który za­wsze opo­wiada o braku pie­nię­dzy. My­śla­łem o jego ze­psu­tych zę­bach, smro­dzie prze­peł­nio­nym gni­ciem i roz­pa­dem. Bez trudu otwo­rzy­łem moją bu­telkę wina i mocno po­cią­gną­łem z niej, li­cząc łyki. Po ośmiu od­sta­wi­łem bu­telkę na stół. Bra­ko­wało jed­nej trze­ciej. To, co na­stą­piło po­tem, ro­biły moje ręce. Nie ro­bi­łem tego ja. Je­śli trzeba, po­wtó­rzę to jesz­cze ty­siąc razy, twier­dząc: winne są moje ręce. Świa­do­mość i su­mie­nie dok­tora Mak­sima Džan­ki­cia, uro­loga, nie miały z tym nic wspól­nego. Tak na­prawdę, w swoim wnę­trzu wi­dzę wszystko ra­czej jako wiel­ko­duszny gest: spon­ta­niczną po­trzebę do­go­dze­nia lu­dziom bez względu na to, ile zła w nich tkwi. Zła­pa­łem swoje dro­go­cenne pla­sti­kowe pu­de­łeczko, bu­telkę wsu­ną­łem mię­dzy nogi, a po­tem za­czą­łem otwie­rać po­zo­stałe kap­sułki i prze­sy­py­wać ich białą, dia­men­tową za­war­tość do kwa­śnego wina. Gorz­kawa sub­stan­cja bez za­pa­chu i smaku po de­li­kat­nym wstrzą­śnię­ciu ide­al­nie po­łą­czyła się z cie­czą. Gdyby Ana wie­działa co­kol­wiek o wi­nie, nie­wielka zmiana aro­matu zmu­si­łaby ją do od­sta­wie­nia tego ba­ra­chła, za­miast wy­pi­cia tak łap­czy­wie, jakby prze­ły­kała naj­lep­szy szam­pan. Było przy tym ja­sne, że na­sza zna­jo­mość jest za­koń­czona. Mu­sia­łem jak naj­szyb­ciej prze­sta­wić me­cha­ni­zmy my­ślowe, które po­mogą mi za­po­mnieć o fia­sku re­so­cja­li­za­cji, że­bym mógł wró­cić w pro­ste ko­le­iny pod­da­wa­nia się i sa­mot­no­ści. Kiedy na­peł­ni­łem ich kie­liszki, po­sta­wi­łem wino na stole. W pier­siach czu­łem lekki ból spo­wo­do­wany nad­mia­rem pa­pie­ro­sów, ale zde­cy­do­wa­łem, że trzeba za­pa­lić jesz­cze jed­nego. Sły­chać było, że ktoś wy­mio­tuje w ła­zience, a wkrótce dał się też sły­szeć śmiech Any, który zmu­sił Reksa do po­wrotu do domu i szcze­ka­nia. Po­ja­wiła się na ta­ra­sie w bluzce po­kry­tej żół­ta­wymi pla­mami. Trzy­mała się za brzuch i śmiała, od­sła­nia­jąc zęby.

- Pa­vle za­srał całą ła­zienkę... Po­rzucę świ­nię z tego po­wodu... My­śli pan, że to tro­chę... Sta­ru­chu... Ob­le­śny sta­ru­chu.

Po­wta­rzała "ob­le­śny sta­ru­chu" te­atral­nym to­nem. Po­wta­rzała te dwa słowa, do­póki znowu nie opa­dła na krze­sło, i po­now­nie się ro­ze­śmiała, po­nie­waż zza okien­nic sy­pialni za­częło do­cho­dzić gło­śne chra­pa­nie jej męża. To nie ja po­czę­sto­wa­łem ją wi­nem. Już wy­piła wy­star­cza­jąco dużo i do tego po­łknęła cztery, pięć kap­su­łek. Na­wet by mi nie przy­szło do głowy, żeby jej do­ło­żyć, cho­ciaż mia­łem ku temu po­wody. Sama chwy­ciła swój kie­li­szek i wlała wino w gar­dło, a po­tem zła­pała jesz­cze drugi i zro­biła to samo. Wiatr przy­krył wło­sami jej twarz, więc nie mo­głem ob­ser­wo­wać efek­tów. Przez chwilę wy­da­wało mi się, że ję­czy i szcze­rze mnie to ucie­szyło, bo wie­rzy­łem, że emo­cje wy­zwolą z tej istoty choćby kilka sen­sow­nych słów czy od­czuć. Ale to tylko skrzy­piało opar­cie krze­sła. Kiedy ko­ły­sała się do przodu i do tyłu, wy­słu­żone drewno wy­da­wało szczu­rze po­pi­ski­wa­nia, które przy­cią­gały roje ko­ma­rów. Tak. W tej chwili wie­rzy­łem, że pi­skliwe tony są po­wo­dem tego, że wo­kół mo­jej twa­rzy w jed­nej chwili po­ja­wiło się mnó­stwo in­sek­tów, usi­łu­ją­cych wejść mi do noz­drzy i uszu w na­dziei, że do­biorą się do świe­żej krwi z na­czyń wło­so­wa­tych ślu­zówki. Star­cza twarz jest zgru­biała i su­cha, tak że trudno jest się prze­bić przez war­stwy mar­twych ko­mó­rek dzie­się­cio­le­ciami nad­gry­za­nych przez słońce. In­stynk­tow­nie wsta­łem i kilka razy za­ma­cha­łem przed twa­rzą. Nie mogę so­bie przy­po­mnieć, czy to ja pod­su­ną­łem bu­telkę z resztką wina czy też Ana zła­pała ją sama. Ale sto­jąc przed nią, pa­trzy­łem, jak w pół­mroku ta­rasu prze­chyla zie­loną bu­telkę nad ustami, nie do­ty­ka­jąc szkła. Płyn spływa do jej prze­łyku jak ostatni dar, aż w końcu przez szyjkę wy­pły­nęło także kilka zmą­co­nych, bia­ła­wych kro­pli z krysz­tał­kami osadu, które Ana zli­zała z przy­jem­no­ścią czub­kiem ję­zyka. Wie­rzę, że się za­czer­wie­ni­łem, po­nie­waż mój czło­nek za­czął się pro­sto­wać pod cien­kimi lnia­nymi spodniami. Ni­gdy nie zdo­ła­łem zro­zu­mieć, co mnie pod­nie­ciło w tej sce­nie, ale je­stem pe­wien, że jej ostry ję­zyk nie ma z tym żad­nego związku. Za­pią­łem ma­ry­narkę i wy­ją­łem bu­telkę z jej rąk. Palce miała zimne. Pach­niała wy­mio­ci­nami swo­jego męża. Po­mo­głem jej opu­ścić opar­cie krze­sła i usiąść wy­god­niej. Kiedy roz­su­nęła nogi, za­uwa­ży­łem kilka du­żych si­nia­ków na we­wnętrz­nych stro­nach ud. Włosy Any opa­dały te­raz za opar­cie. Były to piękne, za­dbane włosy. Po­gła­ska­łem ją po czole i czar­nych za­cze­sa­nych lo­kach. Dłoń ze­brała słod­kawe aro­maty ja­śminu i ślady soku z cy­tryn. Ale to wszystko mie­szało się z gru­zło­wa­tymi, na wpół wy­schłymi pla­mami, które zo­sta­wił jej mąż. Za­śmier­działo ba­nal­no­ścią i chy­bio­nym ży­ciem, cier­pie­niem, roz­dar­ciem, roz­pa­dem i wiel­kim błę­dem. Bluzka Any unio­sła się nad bio­dra. Bie­li­zna wrzy­nała się w pa­chwiny. In­te­re­so­wały mnie tylko jej piersi, ale one były ukryte pod brud­nymi fał­dami ba­wełny, mię­dzy któ­rymi pró­bo­wa­łem do­strzec od­zna­cza­jące się bro­dawki. Spo­glą­dała w bok, przez rzęsy i kiedy zo­rien­to­wała się, że na nią pa­trzę, opu­ściła rękę, unio­sła brzeg maj­tek, po­ka­zu­jąc ogo­lone ciało. Pal­cami roz­warła wargi i po­wie­działa:

- Pra­gnie pan mo­jej cipki, dok­to­rze? - W tej sa­mej chwili za­śmiała się, ale jej usta nie po­dą­żyły za emo­cją. Po­ważny wy­raz twa­rzy i ocię­żałe po­wieki nie wspie­rały nie­szcze­rego śmie­chu. Blade po­liczki bez­wład­nie wi­siały, po­wieki były za­czer­wie­nione i opuch­nięte. Pro­szek roz­pusz­czony w wi­nie szybko zaj­mo­wał na­wet naj­dal­sze za­toki krwio­biegu. Pa­trząc z góry na to ciało, zo­rien­to­wa­łem się, że czuję się do­brze i nic mnie nie boli. Wszyst­kie rze­czy wo­koło emi­to­wały cu­downą ja­sność, któ­rej nie mo­głem przy­pi­sać tylko moim kap­suł­kom. Erek­cja tra­ciła na in­ten­syw­no­ści, więc znów roz­pią­łem ma­ry­narkę, bo nie mu­sia­łem dłu­żej skry­wać wy­pu­kło­ści spodni. Jed­nego gau­lo­iss'a uważ­nie wło­ży­łem do kie­szonki, dru­giego zo­sta­wi­łem Anie jako orzeź­wie­nie po kacu. Kiedy ru­szy­łem w stronę scho­dów, jej ręka pró­bo­wała za­gro­dzić mi drogę. Zła­pała słabo za ba­rierkę i z wy­sił­kiem unio­sła po­wieki, pod któ­rymi wi­dać było tylko prze­krwione białka. De­li­kat­nie po­cią­gną­łem ją za ra­mię, przy­trzy­ma­łem jej dłoń w swo­ich rę­kach i wy­ma­ca­łem puls. Żyła wolno pęcz­niała i klę­sła. Po­wą­cha­łem te zimne, lep­kie palce, na któ­rych po­zo­stały ślady świe­żej krwi men­stru­acyj­nej. Cierpki za­pach wpełzł głę­boko w noz­drza, tłu­miąc smak ta­niego al­ko­holu i pa­pie­ro­sów. Po­li­za­łem ją od środka dłoni, po­woli, wzdłuż li­nii ży­cia, a po­tem krótko ssa­łem czubki pal­ców. Me­ta­liczny smak ery­tro­cy­tów za­go­ścił na pod­nie­bie­niu. Pa­vle na chwilę prze­rwał chra­pa­nie, ale po kilku nie­zro­zu­mia­łych sło­wach za­chra­pał jesz­cze moc­niej. Dłoń Any po­ło­ży­łem na pod­ło­kiet­niku krze­sła. Opróż­ni­łem po­piel­niczkę i nie­dbale prze­tar­łem ręką stół. Czer­wona dioda nie­mego ra­dia mi­gała w ryt­mie ja­kie­goś taj­nego prze­kazu. Ana le­żała spo­koj­nie z głową od­rzu­coną da­leko za opar­cie, z otwar­tymi ustami, z któ­rych spły­wała cienka nitka gę­stej, męt­nej śliny. Jej piersi uno­siły się po­woli. Czarna bluzka prze­su­nęła się i te­raz spo­mię­dzy żół­ta­wych plam wy­mio­cin Pa­vle wy­zie­rały duże bro­dawki. Wszystko było na swoim miej­scu. Wiatr ucichł. W ga­łę­ziach drzew roił się chór świersz­czy. Mo­rze też zmie­niło czę­sto­tli­wość. Z brzegu do­cie­rał po­wolny, ryt­miczny szum, który zde­rzał się z od­de­chem Any. Za­pra­gną­łem odejść i za­pa­mię­tać wła­śnie ten po­rzą­dek rze­czy, wła­śnie te ob­razy. Ale sta­łem w tym sa­mym miej­scu jesz­cze kilka mi­nut, pró­bu­jąc do­ciec, skąd do­ciera dziwne po­czu­cie try­umfu, które nie­spo­dzie­wa­nie do­pro­wa­dziło mnie na skraj eu­fo­rii. Sta­łem na ta­ra­sie pod pod­cie­niem brzyd­kiego zie­lo­nego domu, ze śmiesz­nie unie­sio­nym czo­łem, jak zwy­cięzca w walce z wia­tra­kami. Ale wie­dzia­łem, że mam przed sobą ob­fi­tość czasu na ana­li­zo­wa­nie zda­rzeń. Wtedy zde­cy­do­wa­łem, że to wła­ściwy mo­ment na opusz­cze­nie pola bi­twy i po­wrót do zna­jo­mych tak­tów. Jesz­cze parę nocy ta­kich jak ta nie­po­trzeb­nie przy­spie­szy­łoby bieg spraw. Zro­bi­łem kilka kro­ków po scho­dach, nie oglą­da­jąc się już za sie­bie. Niebo na wscho­dzie za­po­wia­dało świt. Rex szcze­kał mi w plecy z ta­rasu. Ten mały zło­śliwy pies był iskrą, która wznie­ciła po­żar. Kon­tem­plo­wa­łem, pa­trząc na za­chód ogrom­nego, czer­wo­nego słońca, ale on mu­siał pod­biec i swoją ro­do­wo­dową zwie­rzęcą ra­dość skie­ro­wać na moje buty. Za­kła­dam, że le­niwy, spo­cony Pa­vle no­sił ja­łowe na­sie­nie w swo­ich ją­drach. Pies był ja­kimś roz­wią­za­niem. Mała czarna kulka, z którą sta­nął pew­nego dnia w drzwiach, pa­trzyła na Anę smut­nymi, by­strymi oczkami, a ona w tej sa­mej chwili zde­cy­do­wała, że ją za­trzyma. Kiedy zbli­ża­łem się do plaży, ob­cho­dząc kwit­nące krzewy ta­ma­ryszku, mia­łem wra­że­nie, że ta czarna istota, zło­żona ze wszyst­kich istot, zerka na mnie zło­wiesz­czo zza ja­kiejś ga­łęzi. Zu­peł­nie jakby wła­śnie jemu dana była wie­dza o mo­jej przy­szło­ści i moim lo­sie. Czu­łem głód i po­my­śla­łem o ho­te­lo­wym śnia­da­niu. Wi­dzia­łem nie­wy­raźną li­nię fal, które z po­mocą przy­pływu do­tarły aż do po­łowy plaży. Nie chcia­łem zmo­czyć bu­tów. Z dala od wody umo­ści­łem się wy­god­nie na od­wró­co­nej ło­dzi ry­bac­kiej. Na ru­fie miała na­pi­sane "Stella". Kilka ki­lo­me­trów da­lej można było do­strzec ma­leń­kie syl­wetki pierw­szych spa­ce­ro­wi­czów. Cała ro­dzina bę­dzie zbie­rać muszle, które mo­rze wy­rzu­ciło tej nocy. Na­nie­sione na plażę muszle prze­mieni we wspo­mnie­nia. Ucie­szy­łem się, gdy w we­wnętrz­nej kie­szeni zna­la­złem pa­pie­rosa. Osło­ni­łem pło­mień i za­cią­gną­łem się z przy­jem­no­ścią. Świa­tło po­ranka za­ró­żo­wiło dym, a moje buty wy­ma­gały grun­tow­nego czysz­cze­nia. Lniana chu­s­teczka i odro­bina kremu do rąk nada­dzą skó­rze wy­soki po­łysk. Z każ­dym po­cią­gnię­ciem pa­pie­rosa można było zo­ba­czyć na ho­ry­zon­cie ko­lej­nych kilku peł­nych ży­cia spa­ce­ro­wi­czów, któ­rzy roz­cią­gali koń­czyny i wy­peł­niali płuca lecz­ni­czym po­wie­trzem. Ale kiedy skraj ogrom­nej gwiazdy wy­ło­nił się zza wzgó­rza na wscho­dzie, wszy­scy za­trzy­mali się i zwró­cili głowy w tamtą stronę. Lśnie­nie na po­wierzchni mo­rza po­ru­szało się w ryt­mie ru­chów Le­wia­tana. Wzgó­rza po­ma­lo­wane były na czarno, gdy pa­trzy­łem na nie pod słońce. Kilka ry­bac­kich ba­rek szybko zbli­żało się do brzegu. Za­gi­nione ple­miona z wysp do­cie­rają do No­wego Świata - po­my­śla­łem i znów po­czu­łem ogromny głód. Przez pia­sek już ma­sze­rują do­brze zor­ga­ni­zo­wane ro­dziny, które nie chcą swo­ich dzieci wy­sta­wiać na po­łu­dniowy żar. Ką­piele są naj­przy­jem­niej­sze wcze­śnie rano albo pod wie­czór. Oni to wie­dzą. Idąc z po­wro­tem w stronę ho­telu, ła­sko­ta­łem ję­zy­kiem pod­nie­bie­nie. Wciąż jesz­cze było czuć ślady za­pa­chu krwi Any. Te umie­ra­jące mo­le­kuły po­woli zni­kały, a wkrótce zo­staną usu­nięte fi­li­żanką go­rą­cej kawy. Wsze­dłem przez główną bramę, żeby nie skra­cać drogi do ja­dalni. Po­li­cja już cze­kała przed ho­te­lem, obok du­żej po­wy­gi­na­nej palmy, któ­rej kwiaty miały za­pach zgni­łych wi­no­gron. Dwóch mło­dych męż­czyzn wy­le­gi­ty­mo­wało mnie, a po­tem za­pro­wa­dziło do ga­bi­netu dy­rek­tora, skąd nie­przy­jem­nymi sło­wami od­pra­wili jego se­kre­tarkę. W we­wnętrz­nej kie­szeni mo­jej lnia­nej ma­ry­narki zna­leźli czer­wone pla­sti­kowe pu­de­łeczko, które wy­ko­rzy­stają jako do­wód. Pa­vle we­zwał po­li­cję wkrótce po moim odej­ściu, jak się do­wie­dzia­łem. Pa­vle sie­dział na ławce przed re­cep­cją w to­wa­rzy­stwie dwóch ofi­ce­rów. Szcze­ka­nie Reksa wy­bu­dziło go z głę­bo­kiego snu. W końcu ze­brał wy­star­cza­jąco dużo od­wagi i nie­na­wi­ści, żeby sil­nym ude­rze­niem prze­rwać wstrętny ha­łas. Ale Ana go po­wstrzy­mała. Ana le­żąca na fo­telu z wy­wró­co­nymi oczami. Ana, któ­rej uda uma­zane były krwią, na­dal wy­pły­wa­jącą z osty­głego kro­cza. Ana, któ­rej usta ob­ro­sły gę­stą skrze­płą śliną. Ciało po śmierci zwiot­czało, więc ze wszyst­kich otwo­rów wy­pły­nęło to, co po­winno wy­pły­nąć. Ta scena nie miała żad­nego związku z mo­imi pla­nami. Au­top­sja wy­ka­zała póź­niej, że zmarła z przedaw­ko­wa­nia środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych, a Pa­vle utrzy­my­wał, że nie jest tym, który wła­snymi pal­cami wpy­chał małe czer­wone kap­sułki w jej usta. Kłamca pła­kał w są­dzie jak za­srane dziecko. Ślady al­ka­lo­idów na bu­telce po wi­nie bez­pow­rot­nie mnie po­grą­żyły. Kiedy po­wie­dzia­łem, że "nie zro­bi­łem tego ja", ale że "winne są moje ręce", kil­koro obec­nych, w tym mój syn, głoś­no się ro­ze­śmiało. Pięt­na­ście lat wię­zie­nia za za­bój­stwo z pre­me­dy­ta­cją. Dwu­oso­bowa cela jako luk­sus ze względu na sta­rość ska­za­nego. Zimny chod­nik ze śla­dami wy­mio­cin i je­dze­nie, które nisz­czy żo­łą­dek. W let­nie dni przez druty i kraty prze­bija się cienki pro­mień. Opie­ram się o ścianę i za­my­kam oczy, a ta cu­downa świa­tłość przez kilka mi­nut syci moje po­wieki, prze­mie­nia cały świat w bez­kre­sny ró­żowy ko­smos. Stoję wtedy nie­ru­chomy, bez my­śli i re­tro­spek­cji, po­go­dzony z ży­ciem, po­zba­wiony wspo­mnień, za­mia­rów, bólu. Chłonę cudne pro­mie­nie, wie­dząc, że to jed­nak nie tylko słońce.