Głosy zapomnianych - Sandra Nikoniuk

Reflow text when sidebars are open.
Lato, kiedy dotarło nad miasto, zdawało się kolejną plagą zesłaną z ręki jakiegoś innego, nieznanego Boga. Żar lejący się z nieba ryczał wściekle, raz po raz atakując Łódź kolejnymi falami. Przypominał furię. Dziką, pierwotną furię jej mieszkańców, która podobna burzowym chmurom spiętrzyła się pod niebem, zawieszona tam na kilka chwil, po czym runęła z powrotem, swoją spiekotą oblepiając jak tłuszczem wszystko i wszystkich.
Eliza w trakcie ostatnich tygodni niewiele rozmawiała z Gerardem. Spotykali się tylko na śniadaniu, wymieniając między sobą jedynie grzeczne uwagi, kiedy jedno prosiło drugie o podanie soli lub jeśli chodziło o Cecylię. Potem na cały dzień Gerard wybywał z domu. Odwiedzał rodziców, spotykał się z tymi ze swoich znajomych, którzy podobnie jak on, z różnych względów, nie ruszyli na wojnę lub zaszywał się w swoim gabinecie z ponurą, zatroskaną miną, czytając wieści z frontu i nie wychodził stamtąd aż do wieczora, kiedy bez słowa kierował się do swojej sypialni.
Wiedziała, że fakt, iż na czas wojny pozostał w mieście, pomimo aroganckiej maski, którą przywdziewał, ilekroć ktoś poruszał ten temat, stanowił wielką zadrę w jego sercu. Zwłaszcza kiedy obserwował zaangażowanie Elizy.
Krótko mówiąc, unikał jej, jak mógł, a ona powoli zaczynała mieć tego dość. Z niejasnych dla niej przyczyn po tamtej nocy Gerard nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Może wstydził się tego, że tak się przed nią odsłonił, a może po prostu zdał sobie sprawę z tego, że to... co do niej czuł, cokolwiek to było, nie jest tak silne, jak twierdzili wszyscy wokół nich.
- Przeklęta męska duma - burknęła pod nosem, upijając łyk herbaty.
Był upalny poranek, pod koniec czerwca. Siedziała w gabinecie Gerarda, z marsem na czole przeglądając dokumenty dostarczone jej przez dwóch prawników, którzy wraz z Łucją w dość natarczywy sposób co kilka dni namawiali ją do wizyty w jej majątku, a ona dzień za dniem ich zbywała i obiecywała, że jutro tam pojedzie. Może pojutrze. Albo nigdy.
Trudno jej było oswoić się z tą myślą i uznać tamtejszą ziemię za swoją własność. Przez całe życie nie miała nic, dorastała, ciesząc się ze wszystkiego, nawet z papierowych baletnic i teraz fakt, że ma w posiadaniu coś tak cennego, napawał ją przerażeniem. Bała się, że kiedy tam pojedzie i zobaczy miejsce, w którym wychowała się jej matka, nie poczuje nic, pomimo tego, że odkąd pamiętała, tęskniła do czegoś, czego sama nie umiała nazwać. Jeśli to oznaczało bycie tchórzem, to owszem, była tchórzem najgorszego rodzaju.
Podskoczyła nerwowo, rozlewając nieco herbaty na spodek, kiedy drzwi do gabinetu otworzyły się gwałtownie i do środka wmaszerował Gerard w luźnej, rozpiętej pod szyją koszuli. Mimowolnie zerknęła na jego odsłoniętą pierś, czego nie omieszkał nie zauważyć, uśmiechając się do niej leniwie, więc czym prędzej odwróciła wzrok, lekko zarumieniona. Był to chyba pierwszy uśmiech, jakim obdarzył ją w ciągu ostatnich tygodni.
Stanął przed niewielkim lustrem, znajdującym sie w rogu gabinetu i zapiął ostatnie guziki. Eliza odkaszlnęła, chcąc pokryć czymś swoje zmieszanie i bez przekonania przełożyła dokumenty z ręki do ręki.
- Masz lustra w każdym pokoju, żeby się w nich podziwiać? - spytała z przekąsem na powitanie.
Zaśmiał się lekko, jednak nie odwrócił się w jej stronę.
- Nie potrzebuję luster, moja droga. Za odpowiedź, czy mój wygląd zrobi na kimkolwiek wrażenie, wystarcza mi twój uroczy rumieniec.
Prychnęła cicho, za wszelką cenę powstrzymując zdradziecki uśmiech, który mimowolnie wypełzł jej na twarz. Utarczka słowna. Coś, na co nie pozwolili sobie od dłuższego czasu. Takie tańczenie wokół siebie od zawsze wychodziło im wyśmienicie. Już wtedy u Roszka jedno nie miało zamiaru ustąpić pola drugiemu, ale kiedy przychodziło do prawdziwej, szczerej rozmowy, każde z nich chowało się w swojej własnej skorupie.
Może oboje byli tchórzami.
- Masz jakieś szczególne plany na dzisiaj? - zagadnął, pochwyciwszy jej spojrzenie w lustrze. Był tego dnia jakiś inny. Rozpierała go energia. Eliza przyjrzała mu się podejrzliwie.
- Raczej nie - rzuciła. - Dlaczego pytasz?
- Pytam, ponieważ, jeśli nie masz nic zaplanowanego na ten piękny, letni dzień, to za chwilę ruszamy, aby obejrzeć twoją ziemię - odparł, wreszcie się do niej obracając, z rękami wspartymi na biodrach.
Zamrugała, zaskoczona, po czym szybko pokręciła głową, aż małe kolczyki zatańczyły jej wokół twarzy.
- Nie. Dzisiaj... Dzisiaj nie mogę.
Gerard uniósł brwi.
- A dlaczegóż to?
- Jest coś, co koniecznie muszę zrobić. - Przełknęła nerwowo ślinę. - W kantynie jest masa pracy, a poza tym... - urwała, nie bardzo wiedząc, co mu powiedzieć i zabębniła palcami o blat biurka.
- Przed chwilą powiedziałaś, że nie masz na dzisiaj żadnych planów - zauważył, nie spuszczając z niej rozbawionego wzroku, z ramionami zaplecionymi na piersi. Popatrzyła na niego ze złością, zaciskając pobielałe dłonie na podłokietnikach fotela.
- Łucja powinna... - podjęła jeszcze jedną, rozpaczliwą próbę, chcąc zyskać nieco na czasie.
- Łucja wie o wszystkim. I mogę cię zapewnić, że gdyby była tu teraz z nami w gabinecie, to osobiście wypchnęłaby cię za drzwi. - Gerard zbliżył się do niej i stanął po drugiej stronie biurka, opierając się o nie dłońmi. Popatrzył na nią wyczekująco.
- Nigdzie nie jadę - warknęła i opadła na oparcie fotela, za wszelką cenę unikając jego świdrującego wzroku. Zachowywała się jak dziecko. Miała tego świadomość. Ale równocześnie się bała. Tak bardzo bała się tego, co się stanie, kiedy zobaczy to miejsce i stanie się ono dla niej czymś... rzeczywistym, a nie jedynie majakiem, który czasem nawiedzał jej sny.
Gerard pochylił się nad nią i pochwycił jej spojrzenie. W kącikach ust błąkał mu się delikatny, zadowolony uśmieszek.
- Obawiam się, że nie masz wyjścia, kochanie. Na dole czeka już na nas powóz. - Musiał dostrzec zdziwienie malujące się na jej twarzy, bo wzruszył beztrosko ramionami.
- Chwilowe braki w dostawie paliwa. Emil, niestety, nie zdążył na czas. Ale w zamian za to będziesz mogła podziwiać wiejskie widoki w starym stylu. - Wyszczerzył do niej zęby i odepchnął się od biurka z błyskiem w oku. - Szykuj się do drogi - zakomenderował. - Wyjeżdżamy za pół godziny. I dobrze ci radzę, nie waż się uciekać. Pamiętaj, że już raz znalazłem cię w tym ogromnym mieście bez problemu i zrobię to ponownie, jeśli zajdzie taka potrzeba.
*
Niespełna pół godziny później siedzieli już w powozie, który z mozołem przedzierał się przez Łódź. Wolała nie wiedzieć, gdzie, na Boga, w tych czasach Gerard zdołał znaleźć przyzwoitego konia i powóz, więc o nic nie pytała.
Odważyła się obejrzeć przez ramię, dopiero kiedy minęli rogatki miasta. Nie opuszczała go od tamtej zimowej nocy, kiedy zapukała do drzwi Łucji i teraz, zostawiając je za plecami, czuła się osobliwie. Nie wiedziała, kiedy to się stało, ale plątanina tych ulic stała się jej domem, na który teraz spoglądała z rozrzewnieniem.
Siedzący naprzeciw niej Gerard zauważył, jak spogląda co chwila za siebie.
- Bardzo kocham to miasto - powiedział ściszonym głosem. - Pokochałem je od pierwszej chwili, kiedy je zobaczyłem, lata temu i już wtedy wiedziałem, że kiedyś tu zamieszkam. - Jego wzrok był nieco zamglony, kiedy tak pogrążył się we wspomnieniach. - Było głośne, rozkrzyczane, tętniące życiem. - Przeniósł spojrzenie na nią. - Piękne.
Uśmiechnęła się do niego leciutko, czując, jak w oczach wzbierają jej łzy. Wiedziała, o czym oboje myślą.
- Jeszcze kiedyś znowu takie będzie.
Nieznacznie wzruszył ramionami i rozsiadł się wygodniej, pociemniałym wzrokiem wpatrując się w mijany krajobraz.
- Być może. A może nic już nigdy nie będzie takie jak kiedyś - zauważył ponuro. - Zbyt dużo się wydarzyło, Elizo. Ludzie o tym nie zapomną.
Nie wiedziała, co mu na to odpowiedzieć, bo sama bała się tego każdego dnia. Bała się, że kiedy wojna wreszcie się skończy, ludzie nie będą umieli zapomnieć. Ona na pewno nie zapomni tych wszystkich twarzy, które spotykała każdego dnia. Wiedziała, że nie zapomni też Helena, która dzień w dzień stawała twarzą w twarz ze śmiercią i nie mogła zrobić nic, kiedy ta pukała do drzwi jednej z sal, poza uchyleniem ich szerzej.
W miarę, jak zostawiali miasto za sobą, a przybrudzone i zniszczone w walkach o Łódź budynki zostały zastąpione polnymi drogami i łąkami, Gerard stawał się coraz bardziej niespokojny. Wiercił się na siedzeniu, od czasu do czasu zerkając na zegarek i nerwowo przygryzał usta, z twarzą przesłoniętą jakby cieniem lęku.
- Co z tobą? - spytała, przyglądając mu się badawczo, ale tylko pokręcił głową i uśmiechnął się niemrawo, zaciskając dłonie na tapicerowanym siedzisku.
Przez jakiś czas słychać było tylko poskrzypywanie kół powozu na wysuszonym trakcie i świergot ptaków, które jak oszalałe śmigały po intensywnie niebieskim niebie.
- Kto by pomyślał - zagaił w pewnym momencie Gerard, jakby chciał przerwać tę ciszę, która pomiędzy nimi zapadła. W małej przestrzeni powozu, który trzęsąc się teraz na wybojach, wiózł ich z mozołem polną drogą, nie mógł jej już tak unikać, jak miał zwyczaj to robić w ciągu ostatnich tygodni. Przywdział więc na powrót swoją maskę i uśmiechnął się półgębkiem. - Siedzi przede mną panna Kościeszewska z wielkim majątkiem. Wnuczka hrabiego.
- To tylko trawa i pewnie stos kamieni, Gerardzie - odparła niepewnie, spoglądając z zainteresowaniem za okno. Cały czas czuła na sobie jego świdrujący wzrok.
- Ale ziemia jest bezcenna, Elizo. Gdybym wiedział o tym wcześniej, starałbym się o ciebie jeszcze bardziej.
Wyzwanie, rzucone jej jak rękawica, wprost na kolana. Czuła, jak cały się spina w oczekiwaniu na jej odpowiedź.
- No cóż - rzuciła, odrywając spojrzenie od okna. Popatrzyła wprost na niego i wyżej uniosła głowę. - I tak byłeś wystarczająco natrętny.
Przez mgnienie chwili w jego oczach błysnęła uraza, którą szybko pokrył śmiechem, błyskając zębami.
- Tak, masz rację. Tacy jak ja na ogół są nieznośni. W przeciwieństwie do innych bohaterów, prawda?
Cała się zjeżyła, gotowa do ataku, ale w ostatniej chwili się powstrzymała i na powrót zamknęła usta. Dzisiejszego ranka, kiedy jeszcze leżała w łóżku, obiecała sobie, że postara się być wreszcie szczera przed samą sobą i przed Gerardem. I że będzie walczyć o to, co jest między nimi. Jakkolwiek można było to nazwać.
Pochyliła się więc do niego, sięgając po jego rękę, ale szybko ją zabrał. Odchyliła się urażona z powrotem, czując, jak na policzki wypływa jej purpurowy rumieniec zażenowania. Równocześnie zalała ją tak silna fala złości, że z trudem się powstrzymała, żeby nim nie potrząsnąć.
- Co się z tobą do licha dzieje? Od ponad miesiąca w ogóle ze mną nie rozmawiasz, nawet na mnie nie spojrzysz! Unikasz mnie, chowając się w gabinecie albo... - umilkła na chwilę, próbując znaleźć odpowiednie słowa.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi - odparł sucho, ze spuszczonym wzrokiem skubiąc nitkę, wystającą mu z rękawa.
- Nie rozumiesz? - zadrwiła. - Jesteś tak głupi czy tak dumny, że po tamtej nocy nawet nie potrafisz spojrzeć mi w oczy? - Gerard wzdrygnął się nieznacznie. - Ta twoja przeklęta duma wszystko niszczy. - Pochyliła się znowu do niego i dźgnęła go palcem w pierś. - Odgradzasz się od wszystkich, przywdziewasz maskę i tylko modlisz się, żeby nikt nie zauważył za nią prawdziwego ciebie! - urwała na moment, oddychając ciężko. Jej oczy rzucały błyskawice. - A ja od tygodni czekam - syknęła. - Ośmieszam się i upokarzam tym czekaniem i kiedy wreszcie się do mnie odezwiesz - rzuciła łamiącym się głosem - cieszę się, chociaż równocześnie mam ochotę cię udusić. I to też mnie upokarza! - Odetchnęła głęboko i przymknęła powieki, starając się opanować nerwy, po czym już spokojniej dodała: - Sądziłam, że po tamtej nocy zrozumiałeś, że ja...
- Jesteśmy na miejscu - przerwał jej brutalnie, podrywając się na nogi i szybko wyskoczył z powozu, kiedy ten tylko się zatrzymał.
- Gerard! - zawołała za nim, ale nie zareagował. Za wszelką cenę unikał jej wzroku. Fuknęła pod nosem, gramoląc się za nim. Kiedy podał jej rękę, pomagając jej wysiąść, ścisnęła ją mocno, tym uściskiem starając się przekazać mu to, czego nie zdążyła powiedzieć wprost. Przez jego twarz przemknął ledwie dostrzegalny skurcz, który na moment rozkruszył jego marmurową fasadę, jednak natychmiast się opanował.
Kiedy wysiadła z powozu, ostentacyjnie go ignorując, na moment oślepiło ją słońce, które w samo południe grzało niemiłosiernie swoimi długimi, złotymi palcami atakując ich twarze. Jakby ono też na coś się wściekało i w jakiś sposób potrzebowało wyładować swoją furię.
Nieco w dole, tam, skąd przyjechali, rozciągał się widok na pola i przykurczone, kryte strzechą chaty, które zdawały się chylić ku ziemi ze starości.
Rozejrzała się wokół siebie i dopiero wtedy, kawałek dalej, zauważyła trzech mężczyzn, w letnich surdutach, przechadzających się po dużym, odgrodzonym terenie, na którym zachowało się kilka drzew i krzewów. W dwóch z nich rozpoznała jurystów, jednak trzeciego z nich, szczupłego i wysokiego, ze skórzaną teczką pod pachą o wyglądzie eleganta, z pewnością nie znała.
- Ten trzeci, w jasnym surducie, to architekt, gotowy spełnić każde twoje życzenie - mruknął cicho Gerard, wprost do jej ucha, aż jego oddech połaskotał ją w szyję. Odwróciła się do niego na pięcie.
- Nie powiedziałam, że będę chciała cokolwiek tutaj budować, Gerardzie - powiedziała, czując, jak powoli pełznie do niej panika i zaciska się zimną obręczą na jej gardle. - Skąd wiesz, czy po prostu nie sprzedam tego wszystkiego?
Wzruszył lekko ramionami i strzepnął niewidzialny pyłek z mankietu koszuli.
- Nie wiem. Ale stwierdziłem, że lepiej się zabezpieczyć. - Uśmiechnął się jak kot gotowy połknąć kanarka. - A tak się składa, że on jest jednym z najlepszych fachowców, jacy się zachowali.
- Zawsze wybierasz to, co najlepsze? - spytała, wyżej unosząc głowę.
- Zawsze - odparł, patrząc jej prosto w oczy, po czym zbliżył się jeszcze o krok i pstryknął ją w nos, aż syknęła ze złości. Odtrąciła jego rękę, nadal nie spuszczając z niego wzroku.
- Pani Hoffmann, nareszcie pani przybyła! - Usłyszała za sobą świergotliwy głos jednego z prawników. - Czekaliśmy na panią. Zapraszam na krótki spacer. Wszystko pani pokażemy i w miarę możliwości objaśnimy.
- Już idę - rzuciła, nawet nie spoglądając w ich stronę. Nadal wpatrywała się w Gerarda, starając się wyczytać coś z jego twarzy, przebić się jakoś przez tę maskę sarkazmu, którą znowu przywdział.
- Obejrzyj wszystko dokładnie, wysłuchaj, co mają ci do powiedzenia ci dżentelmeni i dopiero wtedy podejmij decyzję.
- A potem?
Odwrócił głowę lekko w prawo, jakby nie mógł dłużej znieść jej spojrzenia i z pozornym zainteresowaniem zaczął podziwiać krajobraz.
- Potem wrócimy do domu - odparł z wahaniem.
Uniosła rękę, jakby chciała pogładzić go po policzku, jednak widząc grymas, który przemknął mu przez pociemniałą twarz, szybko opuściła dłoń, zacisnęła usta w wąską kreskę i odwróciła się na pięcie, w stronę czekających na nią mężczyzn.
Gerard pozostał z tyłu.
*
Przez kolejną godzinę spacerowała z prawnikami i architektem po terenie swojego majątku.
Jej majątku. Nadal nie mogła uwierzyć, że ta ziemia, ziemia, po której kiedyś stąpała jej matka, naprawdę należy do niej. Przez tyle lat była nauczona, żeby nie oczekiwać zbyt wiele od losu i przyjmować wszystko to, co on nam daje, że teraz, kiedy chodziła tutaj, czując trawę muskającą jej kostki i zapach kwiatów w powietrzu, wzruszenie ściskało jej gardło. Czuła tańczące wokół niej duchy, które szeptały jej do ucha dawno zapomniane opowieści, za wszelką cenę nie chcąc pozostać tylko cieniami przeszłości.
- Jak to możliwe, że te tereny nie zostały zniszczone w trakcie walk o Łódź? - rzuciła, idąc pomiędzy prawnikami.
Architekt, pan Hermanowicz, z miną pełną zachwytu, już jakiś czas temu wysforował się naprzód i mrucząc coś do siebie pod nosem, wykonywał jakieś pomiary i od czasu do czasu zapisywał coś w swoim kajecie.
- Cóż - zaczął grubszy z prawników, ocierając spocone, czerwone czoło chusteczką. - Kiedy front pruski maszerował na nasze miasto, szczęśliwie wybrał inną drogę i odbił nieco na prawo. Główna siła uderzeniowa minęła więc, jak pani widzi, te ziemie. Wioska nieco ucierpiała, ale na szczęście w niewielkim stopniu. Bóg, jak widać, ulitował nad jej mieszkańcami.
Eliza na tyle znała historię, którą opowiedziała jej Łucja, że wątpiła, aby w przypadku tej konkretnej wioski była mowa o jakimkolwiek szczęściu. Zbyt wiele złych rzeczy i ludzkich tragedii się tu wydarzyło. A i tak nie wiedziała na pewno wszystkiego.
Uśmiechnęła się delikatnie i spytała:
- Jak doszło do pożaru?
- Słucham? - Mężczyzna, sapiąc z wysiłku, z trudem za nią nadążał.
Była to ta część historii, o której Łucja nigdy nie chciała rozmawiać i ilekroć Eliza naciskała, starsza kobieta opuszczała drgające powieki na kolana, za wszelką cenę unikając jej wzroku.
- W jaki sposób spłonął dwór? - powtórzyła.
Prawnik odchrząknął, zakłopotany.
- No cóż, to dość delikatna sprawa, ale...
- Nie jesteśmy pewni, pani Hoffmann - wtrącił się jego kolega, który do tej pory szedł obok nich w milczeniu. - To dość... niejasna sytuacja. Wieśniacy, którzy byli świadkami pożaru, z początku trochę szeptali, ale szybko nabrali wody w usta. Niemal jakby...
- ...jakby ktoś nakazał im milczeć - dokończyła za niego.
Skinął lekko głową.
- Prawdopodobnie - podjął po chwili - ogień podłożył sam Edmund Kościeszewski. Wszyscy, którzy znali tego chłopaka, mówili, że drzemie w nim jakiś... obłęd. Może po prostu któregoś dnia coś w nim pękło. - Wzruszył nieznacznie ramionami. - Tego nigdy się już nie dowiemy.
Wtedy dotarli do kamiennych, utkwionych w ziemi tablic, pokrytych mchem i pokruszonych. Część z nich nosiła daty nawet sprzed stu lat. Zniszczone przez upływ czasu wyglądały jak dziobata twarz starego człowieka, która na stałe zastygła w smutku.
Pan Hermanowicz zbliżył się do nich z jakimiś szkicami w dłoniach. Okulary z przejęcia zsunęły mu się na sam czubek nosa.
- Z archiwalnego planu posiadłości, który panowie byli łaskawi mi udostępnić, wynika, że to był rodzinny cmentarzyk Kościeszewskich, usytuowany z tyłu domu, za ogrodami, na co dzień odcięty od reszty wioski.
Mężczyźni odsunęli się taktownie, kiedy Eliza przykucnęła przy nagrobkach i przesunęła dłonią po zmurszałym kamieniu, starając się odczytać wyryte na nim napisy.
Rozalia Kościeszewska
- To pani babka, pani Hoffmann.
To nigdy nie była jej babka, ale tego ci dżentelmeni nie musieli akurat wiedzieć. Wiedziała, kto naprawdę leżał w tym grobie i co stało się z jej prawdziwą babką.
Otarła rękawem sukni drugi nagrobek, nie zważając na to, że prawdopodobnie będzie wyglądała, jakby tarzała się w ziemi.
Henryk Kościeszewski
Drgnęła gwałtownie i popatrzyła ze zdumieniem na stojących z boku mężczyzn. Wysoki prawnik odkaszlnął.
- Ciało pani dziadka zostało sprowadzone jakiś czas po tamtej tragedii przez hrabinę Aberdowską. Tę samą, której syn i wnuk nadzorowali później tę ziemię.
Pokiwała głową ze zrozumieniem.
- A mój wuj?
Mężczyzna zawahał się na moment.
- Obawiam się, droga pani, że po pożarze, w którym zginął, nie było... czego pochować - odparł najtaktowniej, jak umiał.
Przełknęła żółć podchodzącą jej do gardła.
- Ale można było przecież postawić chociaż symboliczny nagrobek. Dlaczego tak się nie stało?
Na to pytanie nie umieli jej odpowiedzieć, więc kiedy cichym głosem poprosiła ich, żeby na chwilę zostawili ją samą, we trzech z ulgą się wycofali.
Eliza powoli wstała i zamglonym wzrokiem rozejrzała się wokół siebie. W oczach zatańczyły jej łzy, chociaż wiedziała, że gdyby Łucja była tu teraz z nią, ostro by ją ofuknęła za takie mazgajstwo.
To było takie dziwne uczucie. Stąpać po miejscu, w którym kiedyś stał dwór, gdzie podjeżdżały powozy zaprzęgnięte w konie, gdzie młoda Łucja, która teraz była dla niej jak rodzina, po raz pierwszy się zakochała, gdzie wydarzyło się tyle cudownych, ale też przerażających, mrożących krew w żyłach historii. Mimowolnie czuła się z nimi wszystkimi związana jakąś silną, niewidzialną nicią, mimo że nikogo z nich nigdy nie widziała na oczy.
To było jej dziedzictwo.
Wyczuła jego obecność za swoimi plecami, zanim jeszcze go usłyszała.
- Dziękuję, że mnie tu dzisiaj przywiozłeś - rzuciła przez ściśnięte ze wzruszenia gardło i powoli się do niego obróciła. - Myślę, że... że właśnie tego potrzebowałam. Miałeś rację.
Nawet nie zauważyła, jak po policzku sturlała jej się pojedyncza łza.
Gerard popatrzył na nią z zastanowieniem, po czym zbliżył się nieznacznie i kciukiem otarł jej policzek. Przekrzywił lekko głowę na bok i w jego oczach dostrzegła błysk rozbawienia.
- No proszę, panna Kościeszewska przyznaje się do błędu. - Gwizdnął cicho. - Jestem zaszokowany.
Zmrużyła oczy, chcąc odgryźć mu się w odpowiedni sposób, ale wtedy dostrzegła, że jego usta zadrgały nieznacznie. I zrozumiała.
Prowokował ją cały dzień, drażnił ją, odkąd tylko wparował rano do gabinetu w tej rozpiętej koszuli, żeby odwrócić jej uwagę od paniki, która towarzyszyła jej, gdy się o wszystkim dowiedziała. Pomógł jej pokonać ten strach i nawet się nie zorientowała. Pozostało wzruszenie i uczucie jakiejś dziwnej do opisania straty, ale strach... zniknął.
Gerard tymczasem, wydawało się jej, że zauważył, o czym myśli, bo na chwilę znieruchomiał, po czym na powrót przywołał na twarz ten obojętny wyraz twarzy, którego tak nie znosiła i obrócił się do niej plecami, z rękami założonymi z tyłu, w stronę majaczącej w oddali wioski.
- To piękna okolica - bąknął niezobowiązująco.
- Owszem. Widoki z okien musiały być tutaj cudowne.
Postąpiła kilka kroków do przodu i stanęła tuż za nim. Omiotła wzrokiem majaczące w oddali chaty.
Tutaj czas jakby się zatrzymał. Z oddali dochodziły do nich pokrzykiwania chłopów, którzy z twarzami ogorzałymi od słońca, w pocie czoła pracowali na roli, tak samo jak wtedy, kiedy stał tutaj dwór. Ci ludzie nie wiedzieli, jak pachnie miejskie powietrze, kiedyś przesycone dymem z fabryk, a teraz smrodem zarazy i nędzy. Nie znali maszyn pracujących dla człowieka, które z sykiem wypuszczały z siebie kłęby pary. Nigdy nie słyszeli kroków pospiesznie biegających służących, turkotu powozów na nierównej kostce, pokrzykiwań przekupek, zgiełku zmieszanych języków. Czuła, że mogłaby pokochać to miejsce. I odnaleźć w nim spokój.
Gerard zerknął przez ramię.
- Chcesz ją odbudować? - spytał, przesuwając wzrokiem po jej twarzy.
Szarpnęła się gwałtownie i zamrugała, na wpół oślepiona miodowozłotym słońcem. Popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
- Słyszysz, co mówisz? To szaleństwo! Wiesz, ile pieniędzy to pochłonie? Fortunę. Jak... Z czego chcesz... Zwłaszcza teraz...
- Spytałem się tylko - przerwał jej, patrząc na nią spokojnie. - Czy chcesz odbudować Kościeszankę. Nic więcej.
Rozejrzała się po całym terenie z wahaniem. Jej myśli błądziły gdzieś daleko.
W rzeczywistości, nawet jeśli nie do końca była tego świadoma, podjęła tę decyzję już dawno temu. Może tego dnia, kiedy po raz pierwszy wpuściła prawników do gabinetu. A może nieco później. Pragnęła tego ponad wszystko inne i on doskonale o tym wiedział, ale czekał na jej odpowiedź.
Chciała stworzyć tu nowy dom. Dać temu miejscu szansę na nowe życie i odkupienie. Ale wiedziała też, że ten dom, nawet jeśli zgodzi się na tę budowę, nie będzie kompletny bez pewnej osoby.
Bo dom, jak zdała sobie sprawę, to nie zawsze miejsce. To nie ściany, cegły ani nawet korytarze i kominek z płonącym w środku ogniem. To nie kwiaty stojące w wazonie w holu ani książki ułożone na półkach i papierowe baletnice ukryte pomiędzy ich kartkami. Dom odnajdujemy w drugim człowieku. Czasem w tym, który cały czas stoi tuż przed nami, ale my go nie dostrzegamy, zbyt ślepi i uparci.
- Elizo.
Wreszcie przeniosła wzrok na niego i odetchnęła głęboko.
- Chcę. - Głos nieznacznie jej zadrżał. - Ze względu na moją matkę i... - W oczach zatańczyły jej łzy. - Wróciłabym tam, gdzie przynależę. Wreszcie odnalazłabym swój dom.
Coś błysnęło w jego spojrzeniu.
- A więc dobrze. - Gerard już na nią nie patrzył. - Niech rozpocznie pan prace, panie Hermanowicz - rzucił do architekta, który nagle nie wiadomo skąd pojawił się tuż obok. - Wszystko ma wyglądać tak, jak życzy sobie moja żona. Pani Hoffmann będzie wydawała panu wszelkie polecenia i to z nią proszę konsultować swoje projekty.
- Oczywiście, panie Hoffmann.
Kiedy architekt się oddalił, Gerard, nadal stojąc do niej tyłem, rzucił przez ramię:
- Przeniesiesz się tu z Cecylią, kiedy wszystko już będzie skończone. Wtedy na dobre uwolnimy się od siebie nawzajem, tak jak zawsze chciałaś.
Zmartwiała na te słowa.
Postąpiła krok do przodu i wyminęła go, stając z nim twarzą w twarz. Próbowała wyczytać coś z jego spojrzenia, ale na próżno. Błądził wzrokiem po opustoszałym terenie, po majaczących w oddali chatach, zagajniku i polach, patrząc wszędzie, byle nie na nią.
Ujęła go za podbródek i zmusiła, żeby spojrzał wprost na nią.
- O czym ty mówisz? - wydusiła wreszcie.
- Dam ci rozwód.
Na te słowa znieruchomiała.
- Co?
Ominął ją i odszedł, oddalając się w stronę powozu, nie spojrzawszy na nią ani razu, a ona zdała sobie sprawę, że czymś naprawdę go zraniła. I że nie potrafi teraz tego naprawić.
Zrozumiała też coś jeszcze.
W głębi duszy, nawet jeśli jej rozum się przed tym wzbraniał, serce już wiedziało. Bóg jej świadkiem, że ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, był rozwód z Gerardem Hoffmannem.
Do domu wrócili w ciszy tak gęstej, że można by ją było ciąć nożem. Eliza z pobladłą, ściągniętą twarzą, wbijała pełen wściekłości wzrok w mijany krajobraz. Nie odwróciła się w jego stronę przez całą drogę.
W duchu się modlił, żeby powiedziała cokolwiek. Zakpiła z niego, krzyknęła, nawet dała mu w twarz, ale żeby nie milczała. Wszystko było lepsze od tej ciszy. Gdyby teraz wyciągnęła do niego rękę, nazwała go głupcem i skwitowała to wszystko śmiechem, bez wahania padłby przed nią na kolana i prosił o wybaczenie, że podobny idiotyzm w ogóle przyszedł mu do głowy.
Ale ona milczała.
W domu rozeszli się bez słowa, każde w swoją stronę. Siedząc w gabinecie, słyszał zza ściany, jak Eliza zmęczonym głosem pyta Józefę, czy Cecylia była dzisiaj grzeczna i czy nie marudziła zbytnio podczas ich nieobecności.
Później trzasnęły drzwi do jej sypialni. Słyszał, jak miota się tam, chodząc w tę i z powrotem, trzaska szufladami i rzuca przekleństwami, których nie powstydziłby się nawet Emil. Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Jej charakterek był jedną z pierwszych rzeczy, które go w niej oczarowały.
Nie musiał czekać zbyt długo. W pewnej chwili drzwi od jej sypialni ponownie trzasnęły i posłyszał szybkie kroki na korytarzu. Eliza zbyła Oleńkę, która zaczepiła ją po drodze, pytając, co życzą sobie zjeść dzisiaj na obiad i niczym żywa furia wpadła do jego gabinetu, otwierając drzwi na całą szerokość, aż zajęczały zawiasy.
- O co ci chodzi? Do szczętu straciłeś rozum?
Nie podniósł wzroku znad papierów, które udawał, że właśnie przeglądał.
- Nie rozumiem, moja droga - odparł z chłodną obojętnością.
- Gerard, co się stało? - spytała. Głos lekko się jej załamał, a on z trudem się powstrzymał, żeby do niej nie podbiec. - Co się zmieniło? Dlaczego jesteś taki? Skąd nagle ten pomysł?
Z umyślnym spokojem odłożył papiery na biurko, po czym odsunął jedną z szuflad i wyjął z niej pojedynczą kartkę papieru, niemal przetartą od wielokrotnego składania i rozkładania. Poznaczoną jej łzami. Wreszcie uniósł na nią wzrok i pomachał nią w powietrzu, po czym z obrzydzeniem rzucił na biurko.
Twarz Elizy stężała.
- Przeczytałeś ten list? - spytała oburzona.
- To zbędne pytanie, kochanie. Oczywiście, że go przeczytałem - westchnął przeciągle, rozsiadając się wygodniej w fotelu. - Zaczynam go lubić. - Wskazał brodą w kierunku listu. - Chłopakowi dopisuje humor nawet w takiej sytuacji, w jakiej się teraz znalazł. Pewnie przy życiu podtrzymuje go myśl o tym, że kiedyś odnajdziecie do siebie drogę powrotną - zaszydził, cytując słowa Szymona. - Ciebie zresztą zapewne też.
Postąpiła krok do przodu. Ręce zatrzęsły się jej z wściekłości.
- Nie waż się z niego drwić. Wysłałeś go z premedytacją gdzieś na wschód, mając nadzieję, że już nie wróci, więc oszczędź mi chociaż tych szyderstw.
- To piękne - ciągnął niezrażony, wpatrując się w nią nieruchomym wzrokiem. - Taka miłość... Silniejsza niż całe zło tego świata, silniejsza od wojny i śmierci. Od...
- Gerard - przerwała mu ostro. - Nie próbuj mnie zranić tylko dlatego, że ty cierpisz. Bo to nie jesteś prawdziwy ty, więc jeśli próbujesz sprawić, żebym cię znienawidziła, to z marnym skutkiem. To już dawno mamy za sobą.
Powoli upił łyk koniaku.
- Nie znasz mnie. Nie wiesz, na co mnie stać i co czuję.
- Przeciwnie. Wydaje mi się, że ze wszystkich ludzi to ja znam cię najlepiej. Z pewnością lepiej niż twoja matka - urwała na chwilę i odetchnęła głęboko. - Skąd ten pomysł? - spytała raz jeszcze, tym razem ciszej. - Naprawdę chcesz tego rozwodu?
Gerard przez chwilę milczał, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał. Jego twarz pozostała nieruchoma, przypominała ściągniętą maskę.
- Nie jestem takim człowiekiem, jakiego chcesz we mnie widzieć - odezwał się w pewnej chwili. - Wykorzystuję ludzi, wyciągam od nich, ile tylko się da. I zawsze dostaję to, czego chcę. A wiesz dlaczego, Elizo? Bo jestem egoistą. Jestem samolubnym łajdakiem, który przede wszystkim zawsze myśli o sobie. Dlatego jeśli raz w życiu chcę zrobić coś, co nie będzie egoistyczne, coś dzięki czemu ty będziesz szczęśliwa, to proszę, pozwól mi.
Pokręciła głową z niedowierzaniem, patrząc na niego z wyrzutem w oczach.
- Jak możesz? Naprawdę niczego nie zrozumiałeś? Po tym wszystkim...
- Tak będzie lepiej - przerwał jej wpół słowa.
- Naprawdę w to wierzysz? A co z tym wszystkim, co się wydarzyło po drodze?
Gerard uciekł spojrzeniem w bok.
- Jeśli mówisz o tamtej nocy, to... To była tylko chwila słabości. - Odchrząknął nerwowo. -To nic nie znaczyło. Byłaś tam, bo tak nakazywała ci przyzwoitość.
Eliza postąpiła krok do przodu, nie odrywając wzroku od jego twarzy.
- To było coś więcej niż moja przyzwoitość i doskonale o tym wiesz.
- Czego ty ode mnie chcesz, Elizo? - Gerard zerwał się z fotela i przez chwilę krążył niespokojnie w tę i z powrotem przy oknie. Miał wrażenie, że Eliza jest w stanie usłyszeć jego głośno walące mu w piersi serce i w duchu przeklinał się za tę słabość. Wreszcie się zatrzymał i opierając dłonie o biurko, spuścił głowę. - Czego tak naprawdę chcesz? - wymamrotał. - Bo czasem mam wrażenie, że sama tego nie wiesz. Całymi dniami chodzisz teraz z głową w chmurach, raz po raz czytając ten list i płacząc, a kiedy ja proponuję ci wolność, żebyś wreszcie mogła odejść, ty urządzasz mi awanturę.
Na to nie umiała mu odpowiedzieć. Po chwili przeciągającej się ciszy, powiedziała:
- A co, jeśli nie chcę?
- Słucham? - Powoli uniósł głowę.
- A jeśli nie chcę odejść? - spytała, wyzywająco unosząc podbródek. - Podejmiesz decyzję za mnie?
Gerard drgnął nieznacznie. Przez chwilę przyglądał się jej z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Gdyby tylko wiedziała, co teraz się z nim działo. Zacisnął dłonie na blacie biurka, aż pobielały mu knykcie.
- Nie kochasz go już?
Eliza prychnęła cicho.
- Co to za pytanie?
Wyszedł zza biurka i powoli się do niej zbliżył, stając zdecydowanie za blisko. Zauważył, że drżała nieznacznie, ale się nie odsunęła, tylko przyglądała mu się z wyzwaniem w oczach, wyżej unosząc głowę. Dla tych oczu przepadł już dawno temu, kiedy uniosła je na niego, odbierając na ulicy zagubioną chustkę. Przez chwilę tylko się jej przyglądał, po czym uniósł dłoń i z wahaniem dotknął jej policzka.
- Spójrz mi prosto w oczy - zaczął schrypniętym z emocji głosem - i powiedz, że nic już do niego nie czujesz, a więcej nie wrócimy do tematu rozwodu. Podrę te papiery w tej chwili, Elizo, i Bóg mi świadkiem, że rzucę ci świat do stóp, tak jak kiedyś obiecywałem.
- Ja... - zająknęła się. - To skomplikowane, Gerardzie. - W oczach zakręciły się jej łzy. - Sama nie wiem, co czuję. Mam jeden wielki mętlik w głowie i prawdę mówiąc, jestem przerażona. Ale nie umiem udzielić ci odpowiedzi w tej chwili. Jeszcze nie. Wiele się zmieniło. Między nami wiele się zmieniło! Chyba widzisz, co do ciebie...
Drgnął na te słowa.
,,Powiedz to" - zaklinał ją w myślach. - "Po prostu to powiedz".
- Ja i Szymon nie możemy... To wszystko... - znowu urwała, nie umiejąc znaleźć odpowiednich słów. - Na swój sposób zawsze będę go kochać. Proszę, zrozum mnie. Potrzebuję czasu! - rzuciła, widząc, że szarpnął się gwałtownie, jakby ktoś zdzielił go na odlew. Odsunął się od niej z rękami bezwładnie spuszczonymi wzdłuż ciała.
- No cóż, masz zatem bardzo dużo czasu, żeby rozeznać się w swoich uczuciach - zakpił, na powrót przywdziewając maskę obojętności. - Odbudowa chwilę zajmie. Dokumenty będą złożone tymczasem w kancelarii mojego adwokata, w każdej chwili gotowe do podpisania. A do czasu, aż nie podejmiesz decyzji... - zawahał się na moment - lepiej, żeby nasze stosunki pozostały takie jak dotychczas.
- Za późno już na to, żeby wszystko wróciło do dawnego stanu.
Zignorował jej ostatnie słowa, nie ufając teraz swojemu głosowi. Wyminął ją i ruszył do wyjścia.
- Nie rób tego - doszedł go zza pleców jej głos. - Nie próbuj znowu mnie od siebie odepchnąć.
- Robię to, co w tej chwili jest najlepsze dla nas obojga, Elizo. Myślę, że to rozumiesz.
- A wiesz, co ja myślę? Że jesteś po prostu skończonym tchórzem.
Zesztywniał, ale nie obrócił się w jej stronę. Przymknął powieki, ciesząc się, że Eliza nie może zobaczyć teraz jego twarzy.
- Być może i ja jestem tchórzem, kochanie, ale w przeciwieństwie do ciebie, przynajmniej wiem, czego chcę.
Wtedy, w ciszy gabinetu, zajazgotał przenikliwy dzwonek telefonu, był więc zmuszony wrócić do biurka. Odwrócił się do niej i dłonią wskazał jej drzwi.
- Wybacz, ale muszę to odebrać.
Wyszła, fukając pod nosem, z całej siły trzaskając drzwiami, aż tynk omal nie odpadł ze ścian, a on modlił się, żeby nie domyśliła się, że to wszystko było jednym wielkim testem, który na razie zdała.
,,Szach-mat, Elizo".
Teraz następny ruch należał do niej.
Kiedy odebrał, po drugiej stronie słuchawki usłyszał tylko czyjś rzężący oddech.