Głosy spoza chóru - Agnieszka Zakrzewicz

Reflow text when sidebars are open.
Anonim - młody mężczyzna o orientacji homoseksualnej, który studiował w seminarium najpierw w dużym mieście w Polsce, a później we Włoszech. Zrezygnował z kapłaństwa. Dziś mieszka w Warszawie i pracuje w znanej firmie ubezpieczeniowej. Jest zdeklarowanym zwolennikiem PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego.
Jak narodziło się Pana powołanie?
Od samego początku, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, znajdowałem się zawsze blisko Kościoła. Byłem dzieckiem parafii, które chodziło niemal codziennie na msze, zaglądało do zakrystii, przyjaźniło się z księżmi. Odkąd pamiętam, zawsze była we mnie ta myśl, że gdy skończę liceum, pójdę do seminarium i zostanę duchownym.
Nie spotkałem księdza, który stał się dla mnie wzorem, bardziej fascynowała mnie cała otoczka - fakt, że kapłan jest w centrum uwagi, budzi szacunek, że jest ważny. Teraz, myśląc o tym po latach, sądzę, że to właśnie było szczególnie atrakcyjne - ołtarz i to, co się za nim dzieje, oraz rola księdza i Kościoła w przestrzeni publicznej.
Zaraz po maturze pierwsze kroki skierowałem do seminarium w dużym polskim mieście. To była realizacja moich marzeń, na którą czekałem wiele lat. Wstępowałem do seminarium z czystymi intencjami - nie myślałem, że będąc księdzem, mogę zrobić karierę, wzbogacić się czy też poznać innych mężczyzn w celach seksualnych.
Wszystkie marzenia związane z kapłaństwem spełniły się?
Zaraz po wstąpieniu do seminarium moje marzenia zderzyły się z rzeczywistością, jaka tam panowała. Jak w życiu - wszystko ma swoje dobre i złe strony. Pierwszy rok spędziłem na rozważaniu, czy to miejsce jest naprawdę dla mnie, i miałem już wątpliwości. Zaczynałem rozumieć, że jest ze mną coś nie tak, jeśli chodzi o moje relacje z innymi mężczyznami, ale nie zdawałem sobie sprawy, jakie są tego powody. Nie czułem jeszcze fizycznego pociągu do innych mężczyzn i nie wiedziałem, że coś takiego jest możliwe. Owszem, wiedziałem, że istnieją homoseksualiści, ale osobiście nie znałem żadnego geja ani lesbijki.
Mężczyźni mi się podobali - było to jak drzazga, która mnie kłuła. Rozmawiałem o tym podczas spowiedzi z pewnym duchownym, ale wydawało mi się, że całkowicie panuję nad swoimi emocjami. Są księża heteroseksualni, którym podobają się kobiety i którzy muszą przecież jakoś uporządkować w sobie te ciągoty. Myślałem więc, że moja seksualność to coś, nad czym wystarczy pracować.
Po latach spotkałem się z kolegą, który jest księdzem gejem, i przeprowadziliśmy szczerą rozmowę. Okazało się, że wtedy w seminarium każdemu z nas wydawało się, że jesteśmy jedynymi osobami o tendencjach homoseksualnych, tymczasem było nas wielu.
Jak zaczęły się Pana pierwsze doświadczenia seksualne?
Podczas rozmów z kolegami z seminarium w czasie wolnym rzuciłem jakiś niewinny tekst i nie zdawałem sobie w ogóle sprawy z tego, że może on sprowokować kogokolwiek do myślenia na mój temat. Od tego czasu pewien seminarzysta zaczął mi okazywać wielką uwagę. Czułem ciśnienie z jego strony, ale zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi.
Ja chciałem być czysty, nie interesowały mnie więc inne osoby ani fizycznie, ani uczuciowo. Ten seminarzysta jednak bardzo się mną interesował. W końcu doszło między nami do fizycznego zbliżenia. Ja się fatalnie później z tym czułem. Zerwałem natychmiast wszystkie stosunki z tym kolegą. Z jego strony nie było to takie proste, miał wyrzuty sumienia, ale chciał kontynuować. Ja jednak miałem zamiar być księdzem, który szanuje śluby czystości.
Jak długo to się Panu udało?
Krótko. Podczas wakacji wyjechałem za granicę i tam poznałem pewnego księdza, który bardzo mi się podobał. On też był Polakiem. Byliśmy razem na romantycznej kolacji, był alkohol i później doszło do jednoznacznej sytuacji. Ja miałem wtedy dziewiętnaście lat, on trzydzieści pięć. Różnica wieku była więc dość duża.
Był to dla mnie drugi jasny sygnał co do moich tendencji seksualnych. Nie miałem jednak po tym jakichś specjalnych wyrzutów sumienia, jak za pierwszym razem. To była dziwna historia. Ta osoba bardzo mi się podobała nie tylko fizycznie. Spędzaliśmy ze sobą wiele czasu podczas tego wyjazdu. Wszystko było całkiem niewinne. Dopiero na sam koniec przerodziło się w seks.
Co się stało dalej?
Po wakacjach powróciłem do seminarium i kontynuowałem swoje normalne życie. Nigdy sam nie szukałem przygód - nie chodziłem po klubach gejowskich czy na miejsca schadzek, tak jak to robi wielu duchownych. Nie szperałem po Internecie. Owszem, domyślałem się, że ten "ukryty świat" istnieje, ale nie interesowało mnie to.
Po osiemnastu miesiącach odszedłem z polskiego seminarium w swoim rodzinnym mieście i w 2000 roku wyjechałem do Włoch, z bardzo mocnym postanowieniem, iż kończę raz na zawsze z jakimikolwiek relacjami, bo przecież jadę do Świętego Miasta, do seminarium papieskiego. Czułem się brudny. Czułem w sobie hipokryzję pomiędzy tym, co myślałem i czułem, a tym, co zrobiłem. Nie było to uczciwe - przebywanie w instytucji, która wymagała czystości, chodzenie na modlitwy, udawanie niepokalanego i grzeszenie na boku.
Carmelo Abbate - pisarz i dziennikarz włoskiego tygodnika "Panorama". Stał się znany również w Polsce dzięki reportażowi Io, schiavo in Italia (Ja, niewolnik we Włoszech), który opowiadał o obozach pracy dla imigrantów na plantacjach pomidorów w Apulii, gdzie byli także Polacy. Jest autorem pięciu książek - wśród nich Sex and the Vatican (Seks i Watykan), Babilonia i Golgota. Prowadzi blog www.carmeloabbate.it
Wywołał Pan światowy skandal reportażem Le notti brave dei preti gay (Szalone noce księży gejów)1, który ukazał się we włoskim tygodniku "Panorama" w lipcu 2010 roku. Jak Pan przeniknął do tego ukrytego świata?
Mój reportaż w "Panoramie" opowiadał o imprezach gejowskich w Rzymie, w których brali udział także duchowni. Przez dwa miesiące udawałem geja, związanego z bardzo przystojnym narzeczonym. Wraz ze swoim "przyjacielem" (zawodowym escortem - przyp. aut.) krążyłem po rzymskich lokalach, do których uczęszczają sami mężczyźni. Trafiliśmy w końcu do pewnego lokalu na Testaccio, gdzie odbywała się gejowska impreza z udziałem wielu księży w cywilnych ubraniach. Były tam również dwie męskie prostytutki - tańczyły półnago, wciągając gości do erotycznej zabawy, i w ciemnych zakamarkach sali uprawiały z nimi seks.
W tym lokalu spotkaliście księży, którzy stali się bohaterami reportażu?
Tak. Po imprezie francuski duchowny zaprosił nas do domu. Tam odbył stosunek seksualny z moim "przyjacielem", który poprosił - mówiąc, że to go podnieca - by włożył strój liturgiczny oraz koloratkę, na co ten przystał. Widać to na filmie wideo, który nakręciliśmy ukrytą kamerą. Nazajutrz po upojnej nocy francuski ksiądz odprawił dla nas mszę.
Inny, włoski duchowny opisany w reportażu zaprosił mojego "przyjaciela" do mieszkania w rezydencji kościelnej przy Panteonie, gdzie uprawiał z nim seks sado-maso. W znanym miasteczku gejowskim Gay Village spotkaliśmy także innych duchownych - uczestniczyli nawet w rzymskiej Gay Pride. Poznałem też wielu księży przez portale internetowe dla mężczyzn. Niektórzy składali mi propozycje tak perwersyjne i obsceniczne, że nigdy nie zdecydowałem się tego opisać.
Jak Watykan zareagował na ten reportaż?
Na początku oczywiście próbowano wszystko negować i zdyskredytować mój reportaż jako fałszywy. Kiedy jednak dyrektor tygodnika "Panorama" Giorgio Mulé napisał, że wszystko jest udokumentowane i że mamy dowody w postaci filmów i zdjęć, które pokazaliśmy - taktyka Watykanu się zmieniła. Zaczęto bagatelizować sprawę, twierdząc, że to tylko "zgniłe jabłka", margines, a reszta Kościoła jest "zdrowa". Afera trwała kilka tygodni, potem starano się wszystko wyciszyć.
Później powstała książka Sex and the Vatican2, która ukazała się w 2011 roku i od razu została światowym bestsellerem. To opowieść o życiu seksualnym księży - hetero- i homoseksualistów. Rzeczy, które Pan opisuje, a które dzieją się w środowisku osób duchownych, są szokujące nawet dla czytelników przyzwyczajonych do lektur dla dorosłych.
Kiedy okazało się, że Watykan robi wszystko, żeby zatuszować skandal, postanowiłem pójść tym tropem i ujawnić prawdę o "ciele kościelnym". Książka nie dotyczy tylko księży homoseksualistów, ale opowiada szeroko o życiu seksualnym osób duchownych3, zarówno księży oraz zakonników, jak i sióstr zakonnych4. Nie poruszałem w niej tylko tematu pedofilii - temu poświęciłem oddzielną książkę Golgota5.
W Sex and the Vatican pokazałem, że władze Kościoła wiedzą o najróżniejszych praktykach seksualnych osób duchownych i przymykają na to oczy. Wszystko jest dozwolone, pod warunkiem że nie wywoła się skandalu. Duchowni mogą grzeszyć, ale po cichu.
Dlaczego zdecydował się Pan napisać tę książkę?
Odpowiedź jest prosta: aby obnażyć podwójną moralność, która panuje w Kościele katolickim. Z jednej strony Kościół nie pozwala rozwodnikom przystępować do komunii, piętnuje homoseksualistów, zabrania używania prezerwatyw, zakazuje aborcji, potępia związki partnerskie. Z drugiej strony ten sam Kościół ukrywa i przemilcza wszystko, co dzieje się w jego wnętrzu: księży prowadzących podwójne życie, mających kochanki i konkubentki oraz dzieci z potajemnych związków; siostry gwałcone w zakonach przez swoich zwierzchników; kobiety zmuszane do aborcji za pieniądze lub do wychowywania w sekrecie dzieci kapłanów. Wreszcie duchownych zdejmujących koloratki i idących do klubów nocnych zabawiać się z hetero- lub homoseksualnymi prostytutkami, a po upojnej nocy celebrujących poranną mszę.
We wszystko to, co Pan opisał, aż nie chce się wierzyć. Takie rzeczy dzieją się w Rzymie, pod okiem Watykanu?
Tak, takie rzeczy dzieją się w Rzymie na oczach wszystkich. Księża z mniejszych miast lub z innych krajów, którzy przyjeżdżają tu pracować, wpadają w kocioł piekielny nałogów i korupcji moralnej.
Mogę jedynie powiedzieć, że to, co opisałem w tygodniku i w książce, jest tylko skromną częścią tego, co widziałem i przeżyłem osobiście. Wszystko to, czego nie udało mi się udokumentować, nie zostało opisane.
Jak twierdzi Richard Sipe, chętnie przez Pana cytowany amerykański ekspert od seksualności osób duchownych, 20-25 procent księży ma potajemne związki z kobietami, 15 procent utrzymuje związki homoseksualne, a 6 procent duchownych wykorzystuje osoby nieletnie6. Kapłani i siostry zakonne prowadzą regularne życie seksualne pomimo ślubów czystości, jakie składali?
Jestem przekonany, że co najmniej 75 procent osób duchownych prowadzi regularne życie seksualne i wcale tego nie ukrywa. Przekonałem się o tym, zbierając materiały do książki i wchodząc w środowisko klerykalne jako osoba skłonna do nawiązywania otwartych kontaktów. Sam otrzymałem bardzo wiele propozycji i opisałem to w Sex and the Vatican.
Co po tych wszystkich doświadczeniach myśli Pan o celibacie w Kościele katolickim?
Celibat to czyste szaleństwo. Cała nauka Kościoła dotycząca seksualności jest owocem szaleństwa. To śmieszne myśleć, że jedynym bezgrzesznym aktem seksualnym jest stosunek płciowy pomiędzy mężczyzną i kobietą wyłącznie w celu prokreacji. Masturbacja? Według Kościoła to grzech śmiertelny. Antykoncepcja? To najgorsze zło, jak homoseksualizm. Czy można dziś wierzyć jeszcze w takie głupoty? Problemy natury seksualnej i hipokryzja zniszczą wiarygodność Kościoła katolickiego.
Pana reportaż Le notti brave dei preti gay wzbudził jednak wiele uwag krytycznych ze strony liderów środowisk homoseksualnych, którzy uznali go za szkodliwy dla sprawy LGBT, gdyż doprowadził do większego napiętnowania księży homoseksualistów7. Co Pan na to?
Krytyka środowiska homoseksualnego? Od dwóch lat otrzymuję maile od homoseksualistów, w tym księży, z całego świata, którzy mi dziękują za to, co zrobiłem, bo moje publikacje wywołały światowy skandal i prawdziwą dyskusję na te tematy. Za każdym razem, gdy czytam te maile, wzruszam się i mówię sobie, że pomimo wszystko było warto!
Krytyka ze strony liderów środowisk homoseksualnych, którzy do tej pory zrobili stosunkowo niewiele, nie interesuje mnie.
Wikariusz Rzymu, kardynał Agostino Vallini8, powiedział, że "księża, którzy w dzień celebrują msze i udzielają sakramentów, a w nocy biorą udział w imprezach gejowskich, powinni wiedzieć, że nikt ich nie zmusza do pozostania księżmi". Zażądał, by się ujawnili. Co się stało z bohaterami pańskiego reportażu?
Rozpoczęto dochodzenie, żeby ich zidentyfikować. Później sprawa całkowicie ucichła. Jakiś czas temu jeden z włoskich dzienników podjął temat i próbował się dowiedzieć, co się z nimi stało. Watykan odpowiedział, że wyciągnięto odpowiednie konsekwencje - oznacza to, że zostali najprawdopodobniej odkryci i gdzieś przeniesieni. Watykan to ukrywa.
Czy po tym wielkim skandalu coś się zmieniło? Księża żyjący i pracujący w Wiecznym Mieście stali się bardziej wstrzemięźliwi seksualnie?
Moim zdaniem nie zmieniło się nic. Duchowni stali się tylko ostrożniejsi, bo wiedzą, że wśród wielu osób poznawanych przygodnie lub przez Internet mogą kryć się dziennikarze lub potencjalni szantażyści. Nic się nie zmieni, bo Kościół się nie zmienia.
Ze smutkiem myślę o tych ludziach, którzy są zmuszani do ukrywania własnej seksualności i uczuć oraz o ich wielkiej samotności. Ja nie osądzam duchownych, którzy prowadzą podwójne życie i są zmuszeni do ukrywania swoich potrzeb oraz relacji seksualnych. Razi mnie jednak cała ta hipokryzja Kościoła katolickiego.
"To nie jest książka przeciwko Kościołowi" - to zdanie stało się wręcz obowiązkowe, gdy jakiś dziennikarz decyduje się podjąć tematy, na które się tutaj rozmawia. Nie sądzę, aby za sprawą Głosów spoza chóru ktokolwiek odwrócił się od Boga, gdyż prawdziwej wiary nie zachwieją żadne słowa - te mogą najwyżej skłonić do refleksji. To książka mająca na celu poszukiwanie prawdy, poświęcona ofiarom milczenia.
Na każdy z poruszanych w niej tematów dyskutuje się za granicą. W Polsce są one nadal dyskretnie pomijane lub wymijane. Polski czytelnik najprawdopodobniej nigdy nie będzie miał okazji przeczytać wszystkich tych książek, które stały się światowymi bestsellerami, ani ważnych artykułów, które poruszyły światową opinię publiczną - a o których się tu rozmawia. Stąd właśnie idea, aby dać głos ich autorom i zebrać wypowiedzi w dwóch tomach.
Zdaniem niektórych ich publikacja wywoła wielki skandal w Polsce, a ja zostanę spalona na stosie. Według mnie jest ona jedynie miernikiem tego, czy polska opinia publiczna może otwarcie i racjonalnie dyskutować o wszystkim i czy ma prawo być o wszystkim informowana. Myślę, że tak...
Kiedy spotkaliśmy się z Pawłem Książkiewiczem, prezesem wydawnictwa Czarna Owca, oboje zrozumieliśmy od razu, że jest to okazja, by wspólnie zrobić coś ważnego. Najpierw rozmawialiśmy o książce opartej na moich artykułach napisanych w latach 2010-2012 i zamieszczonych w blogu "W cieniu San Pietro". Byłaby to jednocześnie kontynuacja mojej pierwszej monografii Papież i kobieta, wydanej przez Racjonalistę w 2010 roku. Szybko jednak doszliśmy do wniosku, że poruszając pewne tematy, zwłaszcza w Polsce, warto posunąć się trochę dalej - wyjść poza prezentację opinii tylko jednego autora i zaprosić do chóralnej dyskusji wielu znanych i cenionych dziennikarzy, watykanistów, pisarzy, adwokatów, parlamentarzystów, byłych sędziów, prezesów i rzeczników stowarzyszeń, a przede wszystkim ofiary lub ich najbliższych.
Głosy spoza chóru to bez wątpienia tytuł idealny dla Czarnej Owcy, ale także klucz do wielu umysłów i serc. Głosy, które postanowiłam zaprosić do tej dyskusji o najnowszej historii Kościoła i pewnych jej aspektach (jak to trafnie określił jeden z moich rozmówców), to w większości głosy znane, cenione, donośne i nacechowane dużym autorytetem. Czy to krytyczny chór zbuntowanych aniołów, które opuściły pierwszy krąg serafinów, cherubinów i tronów? Nie, to tylko głosy rozumu, inteligencji, sumienia, oburzenia, lecz także i bólu.
Muszę przyznać, że choć przez rok ciężko pracowałam - realizując ponad czterdzieści wywiadów z rozmówcami dziesięciu różnych narodowości, przebywającymi we Włoszech (w Rzymie, Mediolanie, Savonie, Weronie), Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Polsce, Kostaryce i Argentynie - książka rodziła się niemal sama. Osoby, które poprosiłam o udzielenie odpowiedzi na moje pytania, doceniły wartość tego projektu i poświęciły swój czas, by z zaangażowaniem i wyczerpująco zrelacjonować wydarzenia, fakty, hipotezy, udzielić wyjaśnień oraz wyrazić własne opinie. Niektórzy - ze względu na powagę spraw, których dotyczyła rozmowa - zdecydowali się odpowiedzieć pisemnie.
Głosy spoza chóru to dyskusje o papieżach, Kościele, homoseksualizmie, pedofilii i skandalach oraz o tajemnicach okrytych milczeniem.
W książce tej zostały wyrażone różne opinie: mocne, czasem wzajemnie sprzeczne, często kontrowersyjne. Można się z nimi nie zgadzać i polemizować, nie można jednak ich zignorować.
Ta książka powstawała w jednym z najtrudniejszych momentów współczesnej historii Kościoła - od afery Vatileaks po abdykację papieża Benedykta XVI. Przeprowadzając wywiady, nie zdawałam sobie oczywiście sprawy, że robię to w tak przełomowym momencie i że moja książka jest jego żywym świadectwem. Czytając zebrane tu rozmowy, można prześledzić przyczyny i narastanie kryzysu, którego efektem był poruszający i zadziwiający cały świat gest papieża. "Uznaję przed Bogiem i w zgodzie z własnym sumieniem swoją niezdolność do kierowania Kościołem. Ustępuję dla dobra Kościoła. Nie czuję się już na siłach kontynuować posługi" - powiedział Benedykt XVI jedenestego stycznia 2013 roku podczas konsystorza w sprawie kanonizacji męczenników z Otranto. Poinformował, że zakończy pontyfikat dwudziestego ósmego lutego 2013 roku o dwudziestej.
Będzie musiało upłynąć dużo czasu, znim właściwie pojmiemy konsekwencje decyzji Benedykta XVI i jej wpływ na kluczowe kwestie w Kościele. Dlatego nie zdecydowałam się prowadzić ze swoimi rozmówcami spekulacji na temat kolejnego pontyfikatu. Ten tom zamyka się wraz z odlotem Josepha Ratzingera helikopterem do Castel Gandolfo.
Skandal pedofilii czy efebofilii?
Gdy w styczniu 2013 roku zastanawiałam się, jak wytłumaczyć swoim czytelnikom, dlaczego ta książka zaczyna się od rozmów o homoseksualizmie w Kościele katolickim, nie przypuszczałam, że bezprecedensowe wydarzenia mające miejsce kilka tygodni później doprowadzą do obalenia tego wielkiego tabu.
Homoseksualizm był tematem bardzo żywym za pontyfikatu Benedykta XVI, podobnie jak w okresie długich rządów Jana Pawła II rola kobiet w Kościele i ich ewentualne kapłaństwo. Już w kilka miesięcy po wstąpieniu Josepha Ratzingera na tron Piotrowy została przyjęta nowa instrukcja na temat "kryteriów rozeznawania powołania u osób z tendencjami homoseksualnymi ubiegających się o przyjęcie do seminarium i dopuszczenia do święceń". Ów dokument - choć oświadcza, że Kościół szanuje "osoby, których dotyczy ten problem" - w gruncie rzeczy zamyka drogę do kapłaństwa tym, którzy "praktykują homoseksualizm, wykazują głęboko zakorzenione tendencje homoseksualne lub wspierają tak zwaną kulturę gejowską".
Małżeństwa homoseksualne - które zostały wprowadzone już w kilku krajach, jak na przykład w katolickiej Hiszpanii, i o których legalizacji myślą również inne państwa - według byłego papieża Benedykta XVI nie tylko stanowią zagrożenie dla tradycyjnej rodziny zbudowanej na wartościach katolickich i destabilizują społeczeństwa, lecz także "w poważny sposób ranią sprawiedliwość i pokój".
Wobec słów tak brzemiennych trudno nie zadać sobie pytania, dlaczego Kościół tak otwarcie przeciwstawia się homoseksualizmowi lub nawet z nim walczy. I czy homoseksualizm naprawdę jest tak niebezpieczny?
Jest. Gdyż przede wszystkim stanowi zagrożenie i poważny problem dla samego Kościoła. Po raz pierwszy stało się to jasne, gdy w 2010 roku we Włoszech wybuchł skandal spowodowany publikacją przez tygodnik "Panorama" reportażu Carmela Abbate Le notti brave dei preti gay (Szalone noce księży gejów), demaskującego księży homoseksualistów i ich niemoralny tryb życia. Również w Polsce tygodnik "Newsweek" przeprowadził w 2012 roku podobne dochodzenie dziennikarskie, zatytułowane Seks po bożemu, ujawniając, iż gejów w koloratkach jest bardzo wielu i nie zawsze prowadzą oni cnotliwe życie, zgodne z przykazaniami Kościoła. Polski "Newsweek" przy tej okazji opublikował również część wywiadu przeprowadzonego na potrzeby tej książki z włoskim dziennikarzem, autorem światowego bestsellera Sex and the Vatican (Seks i Watykan). Dlatego też jemu jako pierwszemu oddałam głos.
Choć Watykan twierdzi, że rozpustni księża geje to tylko "zgniłe jabłka", margines, a reszta Kościoła jest zdrowa - tezę o tym, że Kościołem rządzi lobby homoseksualne, wysunęli nie laiccy publicyści czy wojujący ateiści, lecz polski ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski w swojej książce Chodzi mi tylko o prawdę.
"Homoseksualizm jest w Kościele tematem tabu. To rezultat sytuacji, w jakiej znalazło się środowisko księży rzymskokatolickich. Kościół powinien otworzyć się na święcenie viri probati, czyli sprawdzonych żonatych mężczyzn, jak to miało miejsce w pierwszych wiekach. Celibat sprawia, że homoseksualiści mają większe wpływy wśród duchownych rzymskokatolickich. W Kościele jest lobby homoseksualne, które czasami decyduje o nominacjach. To lobby wpływa na decyzje, kto zostanie ważnym urzędnikiem w Kościele i kto awansuje. Bez wsparcia lobby homoseksualnego awanse w niektórych strukturach kościelnych są bardzo trudne. Kościół potrzebuje debaty i reform" - mówił Tadeusz Isakowicz-Zaleski w wywiadzie dla Onetu w czerwcu 2012 roku.
Wielu katolików piętnuje homoseksualizm, a nawet uważa go jeszcze za chorobę. I dlatego tuż przed abdykacją Benedykta XVI wstrząsem dla wszystkich była publikacja włoskiego tygodnika "Panorama", wskazująca, że na podjęcie tej decyzji najprawdopodobniej miał wpływ sekretny raport komisji kardynalskiej (w składzie: Julián Herranz Casado, Jozef Tomko i Salvatore De Giorgi), przekazany papieżowi pod koniec grudnia 2012 roku. "Może papieża zszokowała ta część raportu, która mówi o istnieniu w Kurii Rzymskiej sieci przyjaźni i szantaży na tle homoseksualnym" - pisał w swoim artykule Il dossier segreto condizionera conclave (Sekretny raport wpłynie na konklawe) watykanista Ignazio Ingrao.
O to, czy "lobby homoseksualne" istnieje i rządzi Kościołem, dlaczego Kościół walczy z homoseksualizmem i jak to możliwe, że w tak katolickim kraju jak Hiszpania zezwala się na śluby parom jednopłciowym - zapytałam Rossenda Dom?necha, korespondenta hiszpańskiego dziennika "El Periódico" i portugalskiego tygodnika "Espresso", dziennikarza od lat zajmującego się problematyką kościelną.
Wokół homoseksualizmu i celibatu toczy się również moja rozmowa z profesorem Richardem Sipe'em, światowym specjalistą od spraw seksualności i zdrowia psychicznego duchownych rzymskokatolickich, autorem dzieła Sex, Priests, and Power: Anatomy of a Crisis (Seks, księża i władza: anatomia kryzysu). Ten były duchowny spędził osiemnaście lat w służbie Kościoła, zajmując się rozwiązywaniem wielu niewygodnych spraw kapłanów, którzy nie potrafili okiełznać własnego libido. Sądzi, że 25-30 procent księży oraz biskupów angażuje się w relacje seksualne z kobietami, przynajmniej 40-50 procent duchownych jest orientacji homoseksualnej i co najmniej połowa z nich jest seksualnie aktywna. Zdaniem Sipe'a nie tyle sam celibat - który stanowi dar od Boga - ile celibat obowiązkowy księży rzymskokatolickich to powód wielu problemów w łonie Kościoła, w tym również seksualnego wykorzystywania nieletnich. Uważa on także, że stanowisko Kościoła wobec homoseksualizmu to hipokryzja, bo wielu świętych było orientacji homoseksualnej, a wielu dobrych księży to geje żyjący w celibacie.
Szacunki profesora Sipe'a co do liczby homoseksualistów w seminariach potwierdza opinia Anonima - młodego mężczyzny orientacji homoseksualnej, który studiował w seminarium najpierw w dużym mieście w Polsce, a później we Włoszech, ale zrezygnował z drogi kapłańskiej. Dziś mieszka w Warszawie i pracuje w znanej firmie ubezpieczeniowej - dlatego to jedyny wywiad, w którym nazwisko rozmówcy nie zostaje ujawnione. Anonim jest zdeklarowanym zwolennikiem PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego, przeciwnym legalizacji związków partnerskich i małżeństw homoseksualnych, bo uważa to za sztuczny problem. Niedoszły ksiądz ujawnia jednak wiele ciekawych szczegółów z życia seminarzysty oraz porównuje katolicyzm polski i katolicyzm włoski - przesiąknięty nadal duchem posoborowym.
Dlaczego jednak w tej książce rozmawia się o homoseksualizmie? W Rzymie czasów Inkwizycji palono gejów na stosach tak jak heretyków i czarownice. Homofobia cechowała wszystkie reżimy totalitarne - hitlerowcy wysyłali homoseksualistów wraz z Cyganami i osobami pochodzenia żydowskiego do obozów koncentracyjnych, zmuszając ich do noszenia różowych trójkątów, ale homokaust to jednak nadal temat tabu. W komunistycznym ZSRR kierowano gejów do szpitali psychiatrycznych, a na Kubie - do obozów reedukacji.
Z powodów edytorskich zabrakło, niestety, w tej książce miejsca dla dwóch jeszcze głosów spoza chóru - Vladimira Luxurii, pierwszej europejskiej parlamentarzystki transseksualnej, i Heleny Veleny, znanej pisarki transgender - które opowiadały o prześladowaniach, jakich na przestrzeni wieków zaznała wspólnota LGBTQ.
Nie ulega wątpliwości, że osoba homoseksualna to idealny kozioł ofiarny, którego jeszcze dziś można poświęcić za milczącym przyzwoleniem. Zazwyczaj kozłowi ofiarnemu przypisuje się cechy, które się wypiera i których nie akceptuje się w sobie samym, lub wręcz własne winy, z którymi nie można się pogodzić. Im większą zbrodnię popełnia się wobec kozła ofiarnego, tym większą zbrodnię, dla usprawiedliwienia, kozłowi się zarzuca.
Watykański sekretarz stanu Tarcisio Bertone podczas swojej podróży do Chile w 2010 roku powiedział, że "wielu psychologów i psychiatrów udowodniło, że nie ma związku między celibatem a pedofilią, natomiast wielu innych wykazało, że istnieje związek pomiędzy homoseksualizmem a pedofilią". Jego słowa wywołały oburzenie i krytykę środowisk homoseksualnych, podobnie jak słowa Benedykta XVI dotyczące ślubów jednopłciowych, które "ranią sprawiedliwość i pokój".
Także były watykański promotor sprawiedliwości Charles Scicluna w opublikowanym przez portal Stolicy Apostolskiej wywiadzie z włoskim dziennikarzem Giannim Cardinale mówił, że dziennikarze niesłusznie nazywają problem nadużyć seksualnych w Kościele "skandalem pedofilii", bo na trzy tysiące przypadków zgłoszonych w latach 2001-2010 do Kongregacji Nauki Wiary tylko mniejszość, czyli 10 procent, to akty "prawdziwej pedofilii, która jest określona przez pociąg seksualny do dzieci przed okresem dojrzewania". 30 procent przypadków dotyczyło heteroseksualnego współżycia z nieletnimi dziewczynami. Natomiast aż 60 procent przypadków nadużyć seksualnych z ostatnich pięćdziesięciu lat to efebofilia, która jest wynikiem pociągu seksualnego do młodzieży tej samej płci.
W czerwcu 2012 roku ukazał się na łamach "Frondy" ciekawy artykuł, w którym inny polski ksiądz, Dariusz Oko, pisał: "Trzeba tu najpierw zdemaskować powszechne kłamstwo medialne. Media mówią ciągle o pedofilii duchownych, tymczasem najczęściej chodzi tu efebofilię, czyli o wynaturzenie polegające na pociągu dojrzałych homoseksualnych mężczyzn nie do dzieci, ale do pokwitających i dorastających chłopców. Jest to typowe zboczenie łączące się z homoseksualizmem. Do podstawowej wiedzy na ten temat należy prawda, że aż ponad 80 procent przypadków przemocy seksualnej duchownych, ujawnionych w USA, była to efebofilia, a nie pedofilia! Ten fakt jest skrzętnie ukrywany, przemilczany, bo szczególnie dobrze ujawnia zakłamanie zarówno światowego, jak i kościelnego homolobby. Tym bardziej trzeba go nagłaśniać".
Artykuł Dariusza Oko Z papieżem przeciwko homoherezji odbił się dyskretnym echem poza granicami Polski. Gdyby przeczytało go więcej osób na Zachodzie, spotkałby się z ostrą krytyką. Ksiądz Oko pisze otwarcie: "...trzeba zatem pamiętać, że skandale przemocy seksualnej, które wstrząsnęły Kościołem światowym, w zdecydowanej większości były dziełem duchownych homoseksualnych". I jego opinia nie jest w Kościele odosobniona, bo odpieraniem homoideologii oraz homopropagandy zajmuje się on od lat "na polecenie oraz za zachętą szeregu kardynałów i biskupów".
Zdania co do znaczenia terminu "efebofilia" są podzielone. Według profesora Richarda Sipe'a efebofilia to aktywność seksualna osoby dorosłej z nastoletnim chłopcem bądź nastoletnią dziewczynką - nie jest to więc "zboczenie typowo homoseksualne". Może raczej bardziej adekwatny byłby termin "pederastia" (z greckiego dosłownie: miłość do chłopców), oznaczający specyficzną formę homoseksualizmu męskiego, polegającą na związkach erotycznych lub kontaktach seksualnych mężczyzn lub młodzieńców (erastesów, miłośników) z młodzieńcami lub chłopcami (eromenosami, lubymi, oblubieńcami), zazwyczaj opartych na różnicy wieku. Mniejsza zresztą o nazwę... Spory na temat terminologii pozostawmy specjalistom.
Nie wiem, czy Kościołowi uda się w końcu przekonać światową opinię publiczną do tego, że na przełomie XX i XXI wieku wybuchł skandal nie pedofilii, lecz efebofilii klerykalnej (lub pederastii), i że całą odpowiedzialność za to ponosi lobby homoseksualne, które kryło się nawzajem. Myślę jednak, tak jak Rossend Dom?nech, że "jeżeli ktoś próbuje umniejszać ciężar skandalu pedofilii w Kościele katolickim i odpowiedzialność za niego, mówiąc, że tak naprawdę to nie były przypadki pedofilii, lecz efebofilii, popełnia duży błąd".
Czy homoseksualiści mogą być przyjmowani do seminarium oraz wyświęcani na kapłanów - to wyłącznie wewnętrzna sprawa Kościoła. Watykan ma prawo mieć swoje prerogatywy i wprowadzać ograniczenia, jeżeli chodzi o własnych księży. Zdaniem hiszpańskiego dziennikarza instrukcję ustalającą kryteria przyjmowania do seminariów osób o tendencjach homoseksualnych i ich wyświęcania wydano dlatego, że Benedykt XVI chciał przejrzystości.
"Przejrzystość" - to słowo pada wielokrotnie w Głosach spoza chóru, zarówno w przypadku skandalu pedofilii, jak i afer finansowych banku watykańskiego IOR, i jest emblematyczne dla pontyfikatu Josepha Ratzingera. W ostatnich latach wyborcy, wierni i opinia publiczna domagają się od instytucji większej przejrzystości. Nic więc dziwnego, że wzrasta jej znaczenie nie tylko w polityce i relacjach międzyludzkich, lecz także w Kościele.
Jednym z głównych tematów poruszanych w Głosach spoza chóru jest właśnie skandal pedofilii klerykalnej, gdyż to istotny fragment współczesnej historii Kościoła. Był on dla wszystkich takim wstrząsem, że niemal każdy z moich rozmówców czuł potrzebę wypowiedzenia się w tej sprawie. Było więc nieuniknione, że jednym z wątków tej chóralnej dyskusji stała się instrukcja Crimen sollicitationis, wydana nie w 1962 roku, lecz - jak sprostował to ksiądz Scicluna - już w 1922, za pontyfikatu Piusa XI. Z powodu małej ilości kopii dokonano za pontyfikatu Jana XXIII, z myślą o Soborze Watykańskim II, nowej edycji tego dokumentu w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy i dlatego mylnie mu się przypisuje późniejszą datę. Opinie moich rozmówców co do Crimen sollicitationis są podzielone. Jedni zgadzają się z tezą autora znanego filmu dokumentalnego Sex Crimes and the Vatican (Przestępstwa seksualne i Watykan), Colma O'Gormana, że instrukcja wydana przez Święte Oficjum (obecna Kongregacja Nauki Wiary) pod karą automatycznej ekskomuniki nakazuje ukrywanie i tuszowanie przestępstw pedofilii popełnionych przez duchownych. Inni, jak dwaj znani watykaniści - Sandro Magister, pracujący przez lata dla włoskiego tygodnika "L'Espresso", oraz amerykański dziennikarz John L. Allen Jr., korespondent "National Catholic Reporter" - są zdania, że zarówno w Crimen sollicitationis, jak i w liście apostolskim Sacramentorum sanctitatis tutela, wydanym jako motu proprio przez Jana Pawła II, a także w De delictis gravioribus, słynnym liście prefekta tejże kongregacji, kardynała Josepha Ratzingera, nie znaleźli nic, co by wskazywało, że Watykan prowadził świadomą politykę tuszowania przestępstw pedofilii. Ich zdaniem dokumenty te były pierwszymi aktami świadczącymi o tym, że Kościół jest świadomy, iż problem istnieje, i że wydał mu walkę.
Jak wyjaśniał to w 2010 roku były promotor sprawiedliwości Kongregacji Nauki Wiary, ksiądz Charles J. Scicluna - którego zadaniem z woli papieża Benedykta XVI było prowadzenie dochodzeń w zakresie tak zwanych delicta graviora i zajmowanie się nadużyciami seksualnymi popełnionymi przez księży - dawny prefekt tejże kongregacji, kardynał Ratzinger, rozesłał list De delictis gravioribus, nakazujący obowiązkowe informowanie jego urzędu o wszystkich tego typu przestępstwach, gdyż dopiero w 2001 roku uzyskał pełne kompetencje, aby zajmować się tymi sprawami. Tłumaczenia te jednak nie wszystkich przekonują. Filozof Paolo Flores d'Arcais, redaktor włoskiego magazynu "MicroMega", twierdzi, że Watykan "przyjął nową taktykę, próbując odwrócić rzeczywistość i wmówić opinii publicznej, że to Ratzinger z własnej inicjatywy wydał dyspozycje, aby oczyścić Kościół. Próbuje się nawet wszystkich teraz przekonać, że ta inicjatywa zaczęła się właśnie w 2001 roku od listu De delictis gravioribus. Nic bardziej mylnego - podkreślam raz jeszcze. Dokument ten był aktem końcowym procesu ukrywania informacji o skandalu pedofilii i ograniczania do nich dostępu, z wyłącznością dwóch osób - papieża i prefekta byłego Sant'Uffizio".
Poruszając temat pedofilii klerykalnej w książce dedykowanej ofiarom milczenia, należy przede wszystkim oddać głos tym, którzy naprawdę byli wykorzystywani seksualnie. Bernie McDaid - współzałożyciel stowarzyszenia Survivor's Voice (Głos Ocalonych), pomagającego ofiarom pedofilii na całym świecie i organizator manifestacji Dzień Reformowania, która odbyła się w Rzymie, w pobliżu Watykanu, trzydziestego pierwszego października 2010 roku - opowiada o gehennie, jaką jemu i dziesiątkom innych dzieci zgotował w Bostonie ksiądz Joseph Birmingham. McDaid mówi również o tym, jak próbował informować Jana Pawła II o losie ofiar z diecezji bostońskiej, oraz relacjonuje swoje spotkanie z Benedyktem XVI, które odbyło się siedemnastego kwietnia 2008 roku w kaplicy Nuncjatury Apostolskiej w Waszyngtonie i na które - jako jedna z pierwszych ofiar - został wybrany właśnie on. Sue Cox - współzałożycielka Survivor's Voice Europe (Głos Ocalonych Europy), która wraz z Richardem Dawkinsem i innymi osobami brała udział w proteście przeciwko wizycie papieża Benedykta XVI w Wielkiej Brytanii w 2010 roku - opowiada, jak w wieku dziesięciu lat została w noc przed bierzmowaniem zgwałcona przez księdza, który później wykorzystywał ją wielokrotnie w jej domu, co zaakceptowała bardzo religijna macocha. Francesco Zanardi, założyciel Rete Abuso (Sieć Nadużycie), który odbył pieszą pielgrzymkę z Savony do Rzymu, aby zwrócić uwagę Ojca Świętego i świata na tuszowanie przestępstw seksualnych w savońskiej diecezji, mówi o swojej walce przeciwko księdzu, który wykorzystał go seksualnie i którego kuria - wiedząc o jego skłonnościach pedofilskich - oddelegowała do pracy z dziećmi trudnymi. O głuchoniemych z Werony, których księża molestowali nawet pod ołtarzem w kościele, opowiada w imieniu Stowarzyszenia Niesłyszących "Antonio Provolo" jego rzecznik, Marco Lodi Rizzini. Odrażające fakty miały miejsce ponad trzydzieści lat wcześniej, głuchoniemi jednak postanowili je ujawnić, gdy dowiedzieli się, że w tym samym instytucie kościelnym, w którym nadal żyją ich oprawcy, ma powstać dom dziecka.
O działalności największego włoskiego stowarzyszenia walczącego z pedofilią, La Caramella Buona (Dobry Cukierek), mówi jego prezes Roberto Mirabile. Kilka lat temu stowarzyszenie to zorganizowało konferencję w Watykanie, po której zgłosił się do nich pewien ksiądz i ujawnił, że jego były przełożony Ruggero Conti, doradca prezydenta Rzymu do spraw rodziny, wykorzystywał seksualnie nieletnich. Odkąd Dobry Cukierek doprowadził do skazania księdza pedofila na ponad piętnaście lat więzienia, działaczom organizacji przypina się etykietkę "antyklerykalnych".
Zbieranie na potrzeby tej książki świadectw ofiar pedofilii (osoby te wolą, gdy nazywa się je Ocalonymi) to jedno z najcięższych zadań dziennikarskich, jakie wykonywałam. Przełamanie nieufności i wysłuchanie ich historii było naprawdę trudne. Kiedy Stowarzyszenie Niesłyszących "Antonio Provolo" zaprosiło mnie do Werony na obchody Dnia Pamięci Ofiar Przestępstw Pedofilii Popełnionych przez Duchownych i kiedy starsi, upośledzeni ludzie tłumaczyli mi na migi, co spotkało ich w dzieciństwie, pytałam się w duchu, jak to możliwe, że zostało wyrządzone tyle zła...
Głosy spoza chóru poruszają również niektóre aspekty prawne związane ze skandalem pedofilii klerykalnej. O oskarżeniu kardynała Josepha Ratzingera w procesie cywilnym przed Trybunałem Hrabstwa Harris (Teksas) o "obstrukcję wymiaru sprawiedliwości" oraz o skardze złożonej w Międzynarodowym Trybunale Karnym w Hadze przez Amerykańską organizację SNAP (Survivors Network of Those Abused by Priests - Sieć Ocalonych Ofiar Nadużyć Księży) i Center for Constitutional Rights (Centrum Obrony Praw Konstytucyjnych), skierowanej przeciwko papieżowi Benedyktowi XVI, rozmawiam z włoskim adwokatem Ninem Marazzitą. Te fakty są też przywoływane w rozmowie z Sandrem Magistrem i Johnem L. Allenem Jr., którzy przypominają, że w końcu liczy się tylko wyrok procesu w Oregonie, wydany w sierpniu 2012 roku - w sprawie znanej jako "John V. Doe przeciw Holy See", wytoczonej wielebnemu Andrew Ronanowi - w którym sędzia amerykański orzekł, że księża nie są pracownikami Watykanu, i w ten sposób uwolnił Stolicę Apostolską oraz papieża od odpowiedzialności za czyny pojedynczych duchownych. Inne poruszane problemy to zbyt szybkie przedawnienie przestępstw pedofilii, kwestia odszkodowań dla ofiar oraz fakt, że zgłaszanie cywilnym organom ścigania nadużyć seksualnych na nieletnich nie jest obowiązkowe we wszystkich krajach i tym samym nie obowiązuje wszystkich biskupów.
Z adwokatem Ninem Marazzitą (honorowym prezesem stowarzyszenia Dobry Cukierek) - który w przeszłości występował z powództwa cywilnego w procesie o zabójstwo reżysera i pisarza Piera Paola Pasoliniego, reprezentował Eleonorę Moro w procesie o zabójstwo polityka Alda Moro oraz bronił seryjnego mordercy Pietra Paccianiego, na którym Thomas Harris wzorował postać Hannibala Lectera - spotkaliśmy się po raz pierwszy w 2009 roku, w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Zagranicznych w Rzymie, po opublikowaniu Raportu Murphy w Irlandii. Już wtedy dziennikarze zagraniczni zadawali sobie pytania, jak to możliwe, że podczas tak długiego pontyfikatu Jana Pawła II nie wyszły na jaw nadużycia seksualne trwające przecież od dziesięcioleci, i dlaczego skandal pedofilii klerykalnej wybuchł z taką siłą dopiero za pontyfikatu Benedykta XVI. Kto ponosił za to większą odpowiedzialność - Karol Wojtyła jako głowa Kościoła czy Joseph Ratzinger jako szef byłego Świętego Oficjum, do którego wpływały wszystkie skargi? Na te pytania uważny czytelnik znajdzie w tej książce różne odpowiedzi, będzie jednak musiał sam je zinterpretować.
Dziś już wiemy, że skandal nadużyć seksualnych w Kościele irlandzkim wybuchł w odległym 1992 roku, a dopiero w latach 2011-2012 odbyła się w Irlandii wizytacja papieska. O wszystkim tym, co działo się w najbardziej katolickim kraju Europy przez ostatnie dwadzieścia lat, opowiada Paddy Agnew - korespondent zagraniczny dziennika "Irish Times". To właśnie ta gazeta rozpętała burzę, pisząc, że biskup Eamon Casey przez lata płacił byłej kochance i matce swojego dziecka, zmuszając ją do milczenia. Agnew, przyjaciel wielu irlandzkich biskupów, który skandalem pedofilii zajmował się od samego początku, twierdzi: "Trzeba powiedzieć, że papież Wojtyła nie zrozumiał ogromu problemu ani w Irlandii, ani w Stanach Zjednoczonych. Ratzinger natomiast, choć z dużym opóźnieniem, ale zrozumiał".
O grzechach Marciala Maciela Degollado - o których wszyscy wiedzieli od dawna - mówi watykanista Sandro Magister. To on jako pierwszy we Włoszech spotkał się z ofiarami meksykańskiego księdza z Legionu Chrystusa, wysłuchał ich i opisał całą historię w 1999 roku w tygodniku "L'Espresso". Jego artykuł powstał niezależnie od publikacji Jasona Berry'ego i Geralda Rennera, która ukazała się dwa lata wcześniej w amerykańskim dzienniku "The Hartford Courant" i dała impuls do powstania ich znakomitej książki Śluby milczenia. Nadużywanie władzy za pontyfikatu Jana Pawła II, wydanej w Polsce również przez Czarną Owcę.
Podsumowanie części dotyczącej skandalu nadużyć seksualnych w Kościele pozostawiłam Johnowi L. Allenowi Jr., który powiedział mi: "Jeżeli chodzi o przeciwdziałanie pedofilii, trudno oprzeć się wrażeniu, że Watykan jest jeszcze w trakcie "nauki jazdy". Uczy się wciąż na błędach. (...) skandal pedofilii odbił się na autorytecie Kościoła katolickiego wśród wiernych, wzbudził krytykę opinii publicznej i mediów. Za Spiżową Bramą nie było to jednak tak odczuwalne, gdyż w Watykanie uważa się, że problem pedofilii w dużym stopniu został już rozwiązany. Na zewnątrz jest to jednak w dalszym ciągu skandal gigantyczny".
Mówiąc o karach wymierzonych księżom, którzy dopuścili się przestępstw seksualnych, były promotor sprawiedliwości, ksiądz Charles Sicluna, ujawnił w 2010 roku następujące dane: "(...) pełny proces, karny lub administracyjny, miał miejsce w 20 procentach przypadków i zwykle odbywał się w diecezji pochodzenia - zawsze pod naszym nadzorem - a tylko bardzo rzadko tu, w Rzymie. Robimy tak również po to, aby przyspieszyć procesy. W 60 procentach przypadków, w szczególności ze względu na podeszły wiek oskarżonego, nie było procesów, ale zostały wydane administracyjne i dyscyplinarne postanowienia, takie jak zakaz odprawiania mszy, przeprowadzania spowiedzi, nakaz spędzania życia na modlitwie i pokucie. Trzeba podkreślić, że w tych przypadkach, wśród których są także te szczególnie rażące, jakimi zajmują się media - nie było uniewinnienia. Z pewnością nie było to formalne potępienie, ale jeśli jest się zmuszonym do milczenia i modlitwy, to z jakiegoś powodu...". Sicluna kontynuował: "Powiedzmy, że w 10 procentach przypadków, w szczególności tych bardzo ciężkich, gdzie dowody były przytłaczające, Ojciec Święty przyjął na siebie bolesną odpowiedzialność, by upoważnić do wydania dekretu o dymisji ze stanu duchownego. Bardzo poważna decyzja, podjęta drogą administracyjną, ale nieunikniona. W drugich 10 procentach przypadków oskarżeni księża sami wnioskowali o dyspensy od obowiązków wynikających z kapłaństwa. Wnioski zostały natychmiast przyjęte. W większości to kapłani, u których stwierdzono posiadanie pornografii dziecięcej i którzy z tego właśnie powodu zostali skazani przez władze cywilne".
Czytając te słowa, trudno się dziwić rozgoryczeniu, żalowi i poczuciu niesprawiedliwości dominującemu w rozmowach z ofiarami pedofilii, które czują, że o nich w Kościele nikt nigdy nie pomyślał. Jak mówi ksiądz Sicluna, biskup zobowiązany do zadenuncjowania księdza pedofila jest zmuszony wykonać gest porównywalny ze złożeniem przez ojca donosu na syna. Takim samym bólem dla Kościoła jest suspendiowanie swoich kapłanów, co można zrozumieć, zwłaszcza w przypadku duchownych starych i chorych, którzy nie mając dokąd pójść i z czego żyć, skończyliby najprawdopodobniej na ulicy.
Kto jednak pomyśli o prawdziwych dzieciach? Kto pomoże ofiarom? W wyniku zespołu stresu pourazowego często przez lata nie mogą one ułożyć sobie życia, popadając w alkoholizm, uzależnienie od narkotyków, bulimię, anoreksję czy seksofobię, i muszą się leczyć w zakładach odwykowych oraz u psychologów. O tych aspektach całej smutnej historii wciąż się zapomina.
Jak podkreśla wielu moich rozmówców, Kościół rzymskokatolicki nie jest jedynym miejscem, w którym wydarzyły się złe rzeczy. Aż 60-70 procent przypadków pedofilii ma miejsce w rodzinach, a do licznych aktów przemocy seksualnej dochodzi też w internatach, domach dziecka, więzieniach dla nieletnich. Jest również prawdą, że mniej księży niż ojców dopuszcza się przestępstw pedofilii. Wielu uczciwych duchownych przestrzegających celibatu pomaga dzieciom, a niektórzy księża zostali oskarżeni fałszywie i bezpodstawnie.
"Jednak fakt, że także w instytucjach Kościoła katolickiego popełniane są przestępstwa seksualne, wymaga szczególnego napiętnowania, gdyż Kościół katolicki głosi systematycznie czystość, nakazuje swoim kapłanom żyć w celibacie i zawsze proponuje siebie jako gwaranta moralności" - twierdzi Marco Politi.
Gdyby nawet udowodniono, że wszyscy ci kapłani i zakonnicy, którzy dopuścili się molestowania lub gwałtów na nieletnich, byli homoseksualistami - to jednak należałoby pamiętać, że w chwili dokonywania czynów lubieżnych lub karalnych byli przede wszystkim duchownymi, cieszącymi się autorytetem oraz zaufaniem przełożonych i wiernych, w tym rodziców, którzy powierzyli im swoje dzieci. Żadni przedstawiciele Kościoła nie powinni więc zrzucać odpowiedzialności za wyrządzone krzywdy i zło na konia trojańskiego, jakim jest "homoseksualne lobby".
Czy skandal pedofilii w Kościele katolickim można już uznać za zamknięty? Wszyscy moi rozmówcy uważają, że nie. Może tylko powołanie niezależnej komisji międzynarodowej, która zbadałaby raporty i dokumenty napływające ze wszystkich krajów i wydała swój werdykt, mogłoby zakończyć sprawę. Być może następca Benedykta XVI zdobędzie się na wielki, odważny gest, zabliźniając w ten sposób ową bolesną ranę. Jednak droga do celu jest jeszcze bardzo daleka. Jak słusznie zauważył Sandro Magister: "Świadomość ogromu tego typu nadużyć seksualnych, które przez lata i przez wieki traktowano jako temat tabu, w odbiorze światowej opinii publicznej oraz w odbiorze społecznym większości krajów była i jest nadal bardzo niska. To problem, o którym nigdy się nie mówiło".
Kościół postwojtyłowy pod rządami Ratzingera
Papież Jan Paweł II odszedł drugiego kwietnia 2005 roku. Na placu Świętego Piotra żegnały go tłumy, wznosząc okrzyk: Santo subito! Po siedemnastu dniach, dziewiętnastego kwietnia, został wybrany nowy następca tronu Piotrowego - Joseph Ratzinger. Kościół wszedł w epokę postwojtyłową.
Zdaniem Marco Politiego: "Część elektorów myślała, że będzie to pontyfikat przejściowy. I że Joseph Ratzinger jako wielki konserwatysta zdoła przeprowadzić w Kościele kilka podstawowych reform". Nowy papież znalazł się jednak w trudnej sytuacji, bo - jak utrzymuje inny znany włoski watykanista, Giacomo Galeazzi - "Jan Paweł II nie miał czasu zarządzać Kurią Rzymską. Dwadzieścia siedem lat tego nierządu przyniosło opłakane rezultaty. Każdy robił, co chciał. Za Spiżową Bramą powstały kardynalskie partie i klany. Teraz Kościół płaci za to wysoką cenę. Jest jak rozbity dzban, którego skorupy Benedykt XVI musiał sklejać".
Dwudziestego ósmego czerwca 2005 roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny Karola Wojtyły. Czternastego stycznia 2011 papież Benedykt XVI podpisał dekret o cudzie i wyznaczył na pierwszy maja tegoż roku beatyfikację papieża Jana Pawła II, której dokonał osobiście w Watykanie, na placu Świętego Piotra.
Tuż przed beatyfikacją polskiego papieża ukazała się seria krytycznych artykułów i publikacji, podających w wątpliwość tak szybkie wyniesienie na ołtarze. Amerykański korespondent "National Catholic Reporter", John L. Allen Jr., opublikował w "Newsweeku" artykuł pod tytułem Fast-Trak Saint (Przyspieszony święty), w którym przypominał sprawę Marciala Maciela Degollado. Włoska agencja informacji katolickiej Adista, kierowana przez Giovanniego Avenę, wydała broszurę o wymownym tytule Santo? Dubito... (Święty? Wątpię...). Ukazał się również Karol Wojtyla - il grande oscurantista (Karol Wojtyła - wielki obskurantysta), numer specjalny magazynu "MicroMega", którego redaktorem naczelnym jest znany filozof Paolo Flores d'Arcais. Dwóch włoskich dziennikarzy, Giacomo Galeazzi i Ferruccio Pinotti, wydało książkę Wojtyla segreto (Tajemniczy Wojtyła), pełną nieujawnionych wcześniej faktów dotyczących Jana Pawła II. Po jej premierze, która odbiła się światowym echem, w Polsce niektórzy zastanawiali się nawet, czy te rewelacje mogą spowolnić beatyfikację papieża albo stanąć jej na przeszkodzie.
Jednym z delikatnych punktów dochodzenia dziennikarskiego Galeazziego i Pinottiego było finansowanie przez Watykan polskich związków zawodowych. W rozdziale Soldi sporchi a Solidarność (Brudne pieniądze dla Solidarności) autorzy przytaczali rozmowę przeprowadzoną z Lechem Wałęsą w Gdańsku, publikowali treść rozmów dotyczących inwestycji pieniędzy mafijnych z prokuratorem Lucą Tescarolim, który był oskarżycielem w procesie o zabójstwo Roberta Calviego (i przesłuchiwał, wśród wielu świadków, także Wałęsę), oraz ze świadkiem koronnym Vincenzem Calcarą, który pierwszy opowiedział o powiązaniach bossów cosa nostry z ludźmi bliskimi Watykanowi i o przekazywaniu brudnych pieniędzy dostojnikom Kościoła. Galeazzi i Pinotti pisali także o pieniądzach loży masońskiej Propaganda 2, przeznaczonych na walkę z komunizmem zarówno w Europie Wschodniej, jak i w Ameryce Łacińskiej. Wśród dokumentów podpierających ich tezy, oprócz listu Calviego do Jana Pawła II, został opublikowany fragment uzasadnienia wyroku w sprawie zabójstwa Calviego, który zapadł siódmego maja 2010 roku: "Cosa nostra, w różnych formach, wykorzystywała Banco Ambrosiano i IOR jako środek masowych operacji prania pieniędzy".
Pomimo tych rewelacji wyniesienie na ołtarze Jana Pawła II potoczyło się ustalonym torem i nic nie spowodowało jego opóźnienia, a już na pewno nie opinie dziennikarzy. Nic też pewnie nie zakłóci kanonizacji błogosławionego, która nastąpi najprawdopodobniej już wkrótce, bo jak mówi John L. Allen Jr.: "Gdyby przeprowadzić wybory na świętego, Karol Wojtyła by je wygrał, wyprzedzając wszystkich swoich poprzedników".
W Głosach spoza chóru postanowiłam zapytać autorów wyżej wymienionych publikacji, dlaczego wybuchły te polemiki i co zarzuca się błogosławionemu. John L. Allen Jr. odpowiedział mi: "Kiedy błogosławionym ma zostać jakiś papież, zawsze rodzi się pytanie, czy beatyfikuje się jego, czy raczej jego pontyfikat. To są dwie różne rzeczy. Na pontyfikat składają się także pomyłki, problemy, kontrowersje. Jan Paweł II, który rządził Kościołem przez dwadzieścia siedem lat, ma na swoim koncie wielkie sukcesy, ale także wielkie porażki. Moim zdaniem polemika wokół tej beatyfikacji wybuchła dlatego, że nie wiadomo, czy to początek drogi do uświęcenia Karola Wojtyły, czy do uświęcenia jego długich rządów". Giacomo Galeazzi twierdzi, iż "polemiki wybuchły dlatego, że tuż przed samą beatyfikacją i zaraz po niej ujrzały światło dzienne wszystkie te cienie pontyfikatu, które być może powinny zostać ujawnione i przeanalizowane wcześniej". Dla "nieposłusznych" katolików, takich jak Giovanni Avena - dyrektor agencji Adista, funkcjonującej na marginesie Kościoła oficjalnego - papież, który zrobił takie rzeczy jak Wojtyła, nie może być modelem świętości. "Był człowiekiem, który popełnił błędy i grzechy - tak jak każdy z nas". Magazyn "MicroMega" zawsze podkreślał, że pontyfikat Wojtyły był epoką obskurantyzmu. Dla Paola Floresa d'Arcais jednym z najpoważniejszych zarzutów, które należy postawić Janowi Pawłowi II, jest to, że "za jego rządów nie tylko skończyło się posoborowe otwarcie Kościoła - nastąpiło wręcz jego całkowite odrzucenie" i duch Soboru Watykańskiego II został zupełnie zagubiony. "Ta operacja destrukcji, zakończona przez Ratzingera, rozpoczęła się za pontyfikatu Wojtyły, i to już na samym jego początku".
Zarówno Galeazzi w swojej książce, jak Adista i "MicroMega" odwoływali się do dokumentu La beatificazione di Giovanni Paolo II: appello alla chiarezza (Apel o jasność w sprawie beatyfikacji Jana Pawła II), wystosowanego już w 2005 roku przez kilku katolickich teologów, pisarzy i działaczy religijnych, na których czele stał ojciec soborowy Giovanni Franzoni. Były opat bazyliki papieskiej Świętego Pawła za Murami i jeden z dwóch jeszcze żyjących uczestników Soboru Watykańskiego II, w którego pracach brał też udział arcybiskup Karol Wojtyła, zeznawał jako świadek w procesie beatyfikacyjnym papieża Polaka, przedstawiając swoje zarzuty przeciw niemu. Z tego właśnie powodu w Głosach spoza chóru poprosiłam go o wyjaśnienia. Były duchowny powiedział mi: "Dawniej w procesach beatyfikacyjnych czy kanonizacyjnych uczestniczył adwokat diabła. Urząd ten został zniesiony. Pozostawiono jednak możliwość składania zeznań na korzyść lub przeciwko beatyfikacji czy kanonizacji. W procesie beatyfikacyjnym Jana Pawła II nikt nie chciał zeznawać przeciw - zrobiłem to ja. Z punktu widzenia ludzkiego Jan Paweł II był osobą zasługującą na szacunek, był prawdziwym polskim patriotą, był wielkim papieżem, ale nie był świętym z kilku powodów".
Lista zarzutów sporządzona przez Franzoniego i przedstawiona przed trybunałem diecezjalnym w Rzymie - jak on sam mi to opowiedział - składała się z kilku punktów: papież Polak uciszył wszystkich postępowych teologów i zdławił teologię wyzwolenia, był uwikłany w skandal Banco Ambrosiano i chronił przed prokuraturą amerykańskiego arcybiskupa Paula Marcinkusa, przyczynił się do zabójstwa arcybiskupa Oscara Romero, kategorycznie zamknął kobietom drogę do kapłaństwa, ukrywał księży pedofilów. Oskarżenia ciężkie i brzemienne, które ojciec soborowy obszernie uzasadnił przed trybunałem kościelnym i powtórzył w rozmowie ze mną.
W maju 2012 roku w Polsce ukazała się książka Piotra Szumlewicza Ojciec nieświęty. Krytyczne głosy o Janie Pawle II, wydana przez Czarną Owcę i zawierająca także wywiad ze mną. Jej autor poruszał te same problemy, zastanawiając się: "Czy to możliwe, aby w dużym demokratycznym kraju należącym do Unii Europejskiej największym autorytetem, cieszącym się powszechnym szacunkiem, była osoba, która tuszowała skandale pedofilskie, chroniła oszustów, współpracowała z krwawymi reżimami, kwestionowała prawa mniejszości i wspierała dyskryminację kobiet?". Jednym z zarzutów postawionych książce Szumlewicza było to, że pytał o zdanie "wojujących" ateistów, znanych ze swoich uprzedzeń ideologicznych do religii, Kościoła i papieża. W Głosach spoza chóru swoje wątpliwości wyrażają w większości osoby wierzące, które czują się częścią Kościoła. Żyjąc w Rzymie, w cieniu San Pietro, już od dwudziestu lat, muszę wyznać, że najpoważniejszą krytyką dotyczącą funkcjonowania instytucji kościelnej czy poszczególnych pontyfikatów słyszałam zawsze od katolików, często gorliwie praktykujących. Lefebryści, wypowiadając się o beatyfikacji Jana Pawła II, określili ją jako "katastrofę i duchowe tsunami".
Jedenastego października 1962 roku papież Jan XXIII otworzył oficjalnie Sobór Watykański II, którego obrady zostały zakończone po trzech latach - ósmego grudnia 1965 roku - przez papieża Pawła VI. Pięćdziesiąta rocznica ostatniego soboru wydała mi się ważnym pretekstem do zapisania wspomnień Giovanniego Franzoniego o klimacie, jaki wtedy panował w Kościele, o duchu otwarcia i o zmianach, jakie wprowadził Vaticano II. Zamieszczony w tej książce wywiad z byłym duchownym, który dziś liczy sobie osiemdziesiąt pięć lat, ma dużą wartość ze względu na swoją obszerność i wątki biograficzne. Franzoni, nazywany ostatnim antypapieżem, w 1973 roku został zmuszony do złożenia dymisji z funkcji opata bazyliki papieskiej, gdyż jeden z jego wiernych skrytykował podczas mszy nielegalne operacje finansowe prowadzone przez bank watykański IOR. Już wtedy na jego czele stał amerykański duchowny Paul Marcinkus, którego Jan Paweł II "odziedziczył" po Pawle VI i Janie Pawle I, zmarłym po trzydziestu trzech dniach pontyfikatu. Już wtedy była mowa o spekulacjach finansowych Instytutu Dzieł Religijnych, który robił brudne interesy. Opat Franzoni za swoje przekonania polityczne został zawieszony a divinis i zredukowany do stanu laickiego. Na jego msze przychodziły tysiące osób. Dziś nadal skupia się wokół niego wspólnota podstawowa świętego Pawła, działająca w Rzymie.
O Soborze Watykańskim II, jego doniosłości w historii Kościoła i o spadku, jaki pozostawił w sercach wielu katolików, opowiada także Vittorio Bellavite - członek rady Międzynarodowego Ruchu "We Are Church", który powstał w Austrii w 1995 roku, aby zbierać podpisy pod apelem ludu Bożego o reformę Kościoła katolickiego. "Wzorujemy się na tym nurcie filozoficznym, który uwidocznił się na początku XX wieku jako modernizm katolicki, został potępiony przez Piusa X, ale odżył poprzez Sobór Watykański II. Kościół nie stoi w miejscu i ma nie tylko jedno oblicze. Kościół jest żywy i się zmienia" - powiedział mi Bellavite, który docenia Wojtyłę za to, za co krytykują go lefebryści.
Walka z komunizmem, której efektem ubocznym było potępienie teologii wyzwolenia i księży rewolucjonistów oraz "normalizacja" Ameryki Łacińskiej, odbywająca się poprzez poparcie tamtejszych dyktatur Pinocheta, Videli, Stroessnera, Banzera, to jeden z cieni pontyfikatu Jana Pawła II. O to, dlaczego uważa, że związki Wojtyły z tym najbardziej katolickim kontynentem były kontrowersyjne, zapytałam Maurizia Campisiego - włoskiego dziennikarza, od 1993 roku mieszkającego w Kostaryce. Podsumowując swój wywód na temat polityki papieża Polaka wobec Ameryki Łacińskiej, Campisi powiedział: "Postać Jana Pawła II jest oceniana zazwyczaj w szczególnym kontekście perspektywy eurocentrycznej - czyli walki z komunizmem i budowy zjednoczonej Europy oraz jej tradycyjnych wartości, których jednym z filarów jest religia katolicka. W tej optyce mamy do czynienia z wielkim mężem stanu, człowiekiem, który osiągnął postawione sobie cele i spełnił oczekiwania historii. Zapominamy jednak, że perspektywa Ameryki Łacińskiej jest inna - tu radykalizm Jana Pawła II przyczynił się do stworzenia przepaści między wiernymi a przedstawicielami Kościoła katolickiego. Wierni szukają dziś gdzie indziej - w sektach i w Kościele ewangelickim - odpowiedzi na pustkę i rozczarowania, jakie przyniósł ten konserwatywny katolicyzm, który odrzucił nadzieję na wyzwolenie ubogich i ratunek niewinnych".
Także tragiczna śmierć arcybiskupa Oscara Romero to symbol niezrozumienia teologii wyzwolenia, mającej ogromne znaczenie dla milionów ludzi pragnących uwolnić się spod jarzma krwawych prawicowych dyktatur. Tę sprawę porusza kilku moich rozmówców, opowiadając całą historię i wyrażając swoje opinie na temat tego, jak Wojtyła potraktował podwładnego, który szukał u niego wsparcia i pomocy.
W 2005 roku po raz drugi odwiedziłam Argentynę, z którą łączą mnie dość szczególne więzi. Wtedy korespondentka włoskiej agencji ANSA, María Josefina Cerutti, zabrała mnie na uroczystość przed Szkołą Mechaniczną Marynarki Wojennej, która zaledwie kilka miesięcy wcześniej, dekretem prezydenta Nestora Kirchnera, została przemieniona w Muzeum Pamięci. Gdy jedna z Matek z Placu Majowego dowiedziała się, że jestem polską dziennikarką, wykrzyczała mi prosto w twarz: "Wasz papież współodpowiada za śmierć naszych dzieci!". Podczas pobytu w Argentynie przeprowadziłam również wywiad z Hebe de Bonafini, autorką wstrząsającego, przepełnionego goryczą, rozpaczą i bólem listu, który argentyńskie matki desaparecidos wystosowały do Jana Pawła II, gdy dowiedziały się, że Watykan podjął kroki dyplomatyczne, by prosić o względy dla Pinocheta.
O wyjaśnienie roli Kościoła w dramacie, który przeżyła Argentyna, poprosiłam znanego argentyńskiego dziennikarza gazety "Clarín" - Julia Alga?araza, który również ma zaginionych w rodzinie. W swojej wypowiedzi dla Głosów spoza chóru Alga?araz analizuje i wyjaśnia bardzo szczegółowo to, co wydarzyło się w jego kraju w latach 1976-1982. Wspomina również o nowych artykułach Horacia Verbitsky'ego i Cerafina Reato (autora książki Disposición final [Ostateczna eliminacja], zawierającej wyznania dyktatora Jorge Videli), które w 2012 roku wstrząsnęły Argentyną. Choć dziennikarz "Clarín" nie traktuje pobłażliwie nikogo i niczego, ma jasne zdanie: "Dziś o milczenie w sprawie łamania praw człowieka w Ameryce Łacińskiej oskarża się głównie Jana Pawła II, zapominając, że większość zamachów wojskowych miała miejsce za pontyfikatu Pawła VI, który też nigdy nie powiedział ani słowa. (...) Zamach w Chile miał miejsce w 1973, w Argentynie w 1976 roku. Pontyfikat Karola Wojtyły rozpoczął się w 1978. Pinochet działał spokojnie przez pięć lat rządów Pawła VI. Gdyby Paweł VI i oczywiście później Jan Paweł II opowiedzieli się przeciwko przewrotom wojskowym w Ameryce Łacińskiej, uratowaliby życie setek tysięcy ofiar".
O torturach i metodach działania prawicowego reżimu argentyńskiego (który otrzymywał pomoc także od loży masońskiej P2) opowiada pisarka i dziennikarka żyjąca w Buenos Aires - María Josefina Cerutti, której dziadek był jedną z ofiar "lotów śmierci". O losie jej rodziny pisał także Horatio Verbitsky w książce El silencio (Cisza).
Żyjąc tyle lat w Rzymie i obracając się w międzynarodowym środowisku dziennikarskim, nauczyłam się patrzeć na papieży inaczej, niż robi się to w Polsce, gdzie Ojciec Święty jest przedmiotem kultu jednostki. Uważam, tak jak Giacomo Galeazzi, że krytyczne spojrzenie na wiele aspektów pontyfikatu Jana Pawła II (jak też jego poprzedników i następców) to wręcz święty obowiązek. "Wojtyła był wielkim człowiekiem, który wpłynął na bieg historii. To, że był papieżem, jest błogosławionym i najprawdopodobniej zostanie świętym, nie oznacza, że jego pontyfikat powinien zostać zwolniony z oceny historyczno-politycznej. Święty już z definicji jest mostem pomiędzy ziemią i niebem. Uznać jedynie świętość Wojtyły i wierzyć w nią bezkrytycznie oznacza odrealnić go jako człowieka, który był papieżem. Głowa Kościoła w ciągu tak długiego pontyfikatu podejmuje setki tysięcy decyzji - niektóre z nich mogą być błędne. Zresztą również święci mogą się mylić".
Rok 2012 był rokiem szczególnie trudnym dla Watykanu. Już w jego pierwszych miesiącach doszło do systematycznego wycieku poufnych dokumentów, które uwidoczniły wewnętrzną walkę o władzę, nieprawidłowości w zarządzaniu finansami watykańskiego państwa-miasta oraz problemy wokół norm przeciwdziałania praniu pieniędzy. Do prasy przeciekł też dokument mówiący o spisku na życie Benedykta XVI i jego śmierci, która miała nastąpić w ciągu dwunastu miesięcy. Wszystko to nazwano aferą Vatileaks.
W maju natomiast jak bomba wybuchła książka Gianluigiego Nuzziego Sua Santita. Le carte segrete di Benedetto XVI (Jego Świątobliwość. Tajne dokumenty Benedykta XVI). W Głosach spoza chóru Nuzzi opowiada o kulisach powstania tej książki, o publikowanych w niej dokumentach, które uważa za najważniejsze - także tych dotyczących Polski. Nasza rozmowa zatacza jednak szerszy krąg, zahaczając także o jego pierwszy bestseller Vaticano s.p.a (Watykan, sp. z o.o.), ujawniający mechanizmy prania pieniędzy w banku watykańskim IOR za pomocą kont szyfrowanych, przez które przeszła łapówka Enimontu. Rozmawiamy także o staraniach o przejrzystość finansową, podjętych przez Watykan, który za pontyfikatu Benedykta XVI przestał być rajem podatkowym. Nuzzi wypowiada słowa brzemienne: "W przeszłości w banku IOR na pewno były prane pieniądze cosa nostry. Są na to dowody. Mówię to z całkowitym spokojem i pewnością na podstawie wyroku sądu rzymskiego w sprawie zabójstwa Roberta Calviego. Co prawda wszyscy oskarżeni o morderstwo zostali uniewinnieni, ale sąd orzekł, że "cosa nostra, w różnych formach, wykorzystywała Banco Ambrosiano i IOR jako środek masowych operacji prania pieniędzy". Odnosi się to oczywiście do lat minionych".
O wyjaśnienie tego, o co chodziło w aferze Vatileaks, poprosiłam znanego i cenionego watykanistę Marco Politiego, który potwierdził, że w Watykanie "na najwyższych szczeblach Kurii Rzymskiej - czyli centralnego "rządu" Kościoła katolickiego - miał miejsce kryzys, który przyjął formę otwartej wojny i w którym wszystkie chwyty stały się dozwolone". Politi dodał, że "nawet w okresie zimnej wojny KGB i CIA, które próbowały na wszystkie sposoby i miały do tego nieograniczone środki, nie dotarły tak blisko papieża".
O samym procesie kamerdynera papieskiego Paola Gabriele opowiada natomiast drugi nestor watykanistów włoskich - Sandro Magister. Jego zdaniem po aferze Vatileaks "prawdziwym problemem dla Watykanu okazało się zerwanie paktu lojalności. To prawie śmiertelny cios dla Kurii Rzymskiej. Kiedy do zdrady dochodzi na tak wysokim szczeblu, nikt nie ma już do nikogo zaufania". Były to prorocze słowa...
To, co uwidoczniło się poprzez aferę Vatileaks, zapowiadała już ostatnia książka Politiego, wydana w 2011 roku, zatytułowana Joseph Ratzinger. Crisi di un papato (Joseph Ratzinger. Kryzys papiestwa), która mówiła o trudnościach tego pontyfikatu, także w zarządzaniu Kurią Rzymską. Były watykanista dziennika "La Repubblica" powiedział mi wtedy: "My, dziennikarze, musimy być jak sejsmografy, które ostrzegają, gdy ziemia ma się zatrząść. Dlatego też kiedy jakiś rząd, zarząd spółki czy nawet przywódca religijny wchodzi na drogę stagnacji oraz niemożności zarządzania, powinniśmy o tym ostrzegać, gdyż to prowadzi do kryzysu".
Politi jako pierwszy w wywiadzie z kardynałem Josephem Ratzingerem, przeprowadzonym w 2004 roku, przewidywał jego wybór i również jako pierwszy zrozumiał, że ma on zamiar abdykować. Już w rozmowie, którą przeprowadziliśmy dwa lata temu i która została opublikowana przez tygodnik "Polityka", włoski watykanista powiedział: "Benedykt XVI jest pierwszym papieżem, który mówi otwarcie - w książce-wywiadzie Światłość świata - że jeżeli papież nie czuje się już na siłach być papieżem pod względem fizycznym, psychicznym czy psychologicznym, ma prawo, a nawet obowiązek złożyć dymisję. Mamy więc do czynienia z osobą, która nie chce być papieżem za wszelką cenę i nie wyobraża sobie rządzenia Kościołem w stanie, w jakim robił to ciężko chory Wojtyła. Dlatego Benedykt XVI może zdecydować się w przyszłości złożyć dymisję i to będzie jego wielka, radykalna reforma Kościoła katolickiego".
Zdaniem Politiego za pontyfikatu Ratzingera miały miejsce tylko trzy reformy, a do wprowadzenia dwóch z nich papież został zmuszony. Pierwsza, dotycząca finansów watykańskich i Instytutu Dzieł Religijnych, który musiał wreszcie zaakceptować normy międzynarodowe przeciwko praniu pieniędzy, została narzucona pod presją świata finansów, IOR bowiem nie mógł funkcjonować jako raj podatkowy. Druga reforma, która nie ma jeszcze ostatecznego kształtu, to surowsze kary dla księży dopuszczających się przestępstw seksualnych na nieletnich - ta jednak jest konsekwencją wybuchu skandalu pedofilii w Kościele katolickim. Reforma, jaką Benedykt XVI wprowadził z własnej woli, to zrównanie mszy przedsoborowej z mszą Pawła VI - czyli ponowne odwrócenie księży od wiernych... To podzieliło Kościół i świat katolicki. "To wielka metafora tego pontyfikatu" - podsumowuje Marco Politi.
Natomiast zdaniem byłego watykanisty "L'Espresso", Sandro Magistera: "Może się wydawać, że Benedykt XVI nie rządził Watykanem lub nie radził sobie z rządami. Jest jednak odwrotnie - to papież, który wprowadzał reformy w Kurii Rzymskiej, i namacalnym tego dowodem jest właśnie Vatileaks".
Paolo Flores d'Arcais, włoski filozof i publicysta, redaktor naczelny magazynu "MicroMega", dwudziestego pierwszego września 2000 roku w rzymskim teatrze Quirino odbył słynną debatę z kardynałem Josephem Ratzingerem, zatytułowaną Controversia su Dio (Spór o Boga). Dziesięć lat później Flores d'Arcais wydał książkę La sfida oscurantista di Joseph Ratzinger (Obskuranckie wyzwanie Josepha Ratzingera), która jest otwartą krytyką papieża Benedykta XVI. Gdy zapytałam włoskiego filozofa, dlaczego tak często używa określenia "obskurantyzm" w stosunku do najwyższych przedstawicieli Kościoła, odpowiedział mi: "Wydaje mi się, że wszystkie działania papieży - najpierw Karola Wojtyły, a potem Josepha Ratzingera - są przykładem obskuranckiej walki ze spadkiem filozoficznym, jaki pozostawiła po sobie epoka rozumu i modernizm katolicki. Oczywiście ma to wydźwięk polemiczny, ale jestem przywiązany do tego słowa ze względu na jego filologiczne znaczenie. Oddaje ono idealnie charakter tych dwóch pontyfikatów". Flores d'Arcais jest bardzo krytyczny wobec Kościoła i twierdzi, że chce on narzucić swój szariat, nazywany prawem naturalnym, wszystkim społeczeństwom, w których za religię większościową uznawany jest katolicyzm.
Ratzinger nie chciał pozostać papieżem - przypominał w tym postać z filmu Nanniego Morettiego Habemus Papam - Mamy papieża. Nie miał wielkich ambicji przywódczych. Był szczery w swojej skromności. Za pontyfikatu Jana Pawła II trzykrotnie pragnął podać się do dymisji. A zaraz po wyborze na papieża ogarnął go strach. W swoich rozmowach z niemieckim dziennikarzem Peterem Seewaldem mówił: "Dla mnie wybór na papieża to było zbliżanie się do gilotyny. Prosiłem Boga: Ty mnie postawiłeś w tej sytuacji, teraz musisz mi pomóc".
Już rok przed dymisją Benedykta XVI prałat Luigi Bettazzi w programie radiowym postawił hipotezę, że papież mógłby zrezygnować. "Benedykt XVI podjął decyzję o rezygnacji ze stanowiska, aby nie pozostawić przywództwa Kościoła w rękach współpracowników, jak to się stało z Wojtyłą. Papież Jan Paweł II chciał przejść na emeryturę, ale mu nie pozwolono" - mówił Bettazzi trzynastego lutego 2012 roku. W tym samym czasie włoski dziennik "Il Fatto Quotidiano" pisał o rzekomym zamachu na Josepha Ratzingera. To bardzo tajemnicza historia - nie wiadomo, czy rzeczywiście był planowany jakiś spisek na życie papieża, czy też ta informacja miała być jednym z usprawiedliwień planowanej abdykacji.
Choć oficjalnym jej powodem był pogarszający się stan zdrowia osiemdziesięciopięcioletniego papieża, spekulacje medialne tuż przed dymisją nie ustawały. W wydanym komunikacie Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej odniósł się bardzo krytycznie do serii artykułów w prasie, sugerujących, że to wewnętrzne konflikty i intrygi wśród hierarchii kościelnej są prawdziwym powodem decyzji Benedykta XVI. Uznał, że media rozpowszechniają niepotwierdzone czy wręcz fałszywe informacje na temat tego, co się rzekomo dzieje za Spiżową Bramą, i że próbują w ten sposób wpłynąć na kardynałów elektorów przed konklawe.
Z tego też powodu do jednej z rozmów zamykających Głosy spoza chóru zaprosiłam watykanistę "Panoramy", Ignazia Ingrao, którego artykuł Il dossier segreto condizionera conclave wywołał tak silną reakcję hierarchii watykańskiej.
Tom zamyka rozmowa z Claudiem Rendiną - pisarzem i historykiem, autorem licznych książek, które przyniosły mu olbrzymią popularność we Włoszech i za granicą. Znanego historiografa nie mogłam nie zapytać o proroctwo Malachiasza, którego cień towarzyszył abdykacji Benedykta XVI. "To proroctwo wskazuje dwieście sześćdziesiątego szóstego papieża, czyli tego ostatniego, jako Piotra. Może być to jednak tylko symboliczne imię, inne niż rzeczywiście przyjęte, bo każdy papież jest przecież następcą świętego Piotra. Przepowiada się również prześladowania Kościoła katolickiego i zniszczenie Rzymu oraz Paruzję - czyli powtórne przyjście Jezusa Chrystusa jako sędziego świata. Powinno to nastąpić czterysta czterdzieści dwa lata od "środka znaku" przypadającego na 1585 rok. Dokonując prostego rachunku (442 + 1584), możemy obliczyć, że proroctwo Malachiasza powinno się spełnić w 2026 roku, czyli za trzynaście lat".
Claudio Rendina twierdzi, że przyszłość Kościoła nie wróży niczego dobrego, gdyż reformy, które należało przeprowadzić już wiele lat temu, aby uczynić go bardziej nowoczesnym i otwartym, podczas ostatnich dwóch pontyfikatów zostały całkowicie zahamowane: "Możemy tylko mieć nadzieję, że następca Ratzingera będzie miał więcej odwagi, aby dokonać koniecznych reform. Chyba że jest on właśnie tym Piotrem Rzymianinem z proroctwa Malachiasza, a wtedy Jezus Chrystus będzie musiał naprawdę powrócić na ziemię i samemu wiele naprawić w swoim Kościele".
W Głosach spoza chóru rozmawia się o wydarzeniach i faktach z najnowszej historii Kościoła. To Kościół postwojtyłowy pod rządami Ratzingera czy Kościół Ratzingera w epoce postwojtyłowej? "Na to pytanie jest jeszcze za wcześnie - stwierdza Paolo Flores d'Arcais. - Dopiero w trakcie nowego pontyfikatu będziemy mogli ocenić, czy Ratzinger miał wpływ - i jaki - na Kościół katolicki. Czy jego rządy przyniosły jakieś konkretne i trwałe zmiany, które zaowocują w przyszłości".
Kościół to wielka i ważna instytucja, która ma różne oblicza oraz wiele dusz. Miejmy nadzieję, że wszystkie starania Benedykta XVI o jego "przejrzystość" przyniosą rezultaty.
Wywiad z Juliem Alga?arazem, korespondentem zagranicznym argentyńskiego dziennika "Clarín", przeprowadziłam w listopadzie 2012 roku, zanim kardynał Jorge Mario Bergoglio został Franciszkiem. Od dawna mówiło się, że był on "papieżem rezerwowym", gdyż - według rekonstrukcji watykanisty Lucia Brunellego, opartej na dzienniku jednego z kardynałów i opublikowanej w magazynie "Limes" - na konklawe w 2005 roku zdobył najwięcej głosów po Josephie Ratzingerze.
Artykuł Horacia Verbitsky'ego Mentiras y calumnias (Kłamstwa i oszczerstwa), który ukazał się zarówno w argentyńskim dzienniku "Página/12", jak i w hiszpańskim "El País" w 2010 roku, odbił się szerokim echem i wiele osób zastanawiało się, jak to możliwe, że kardynał Bergoglio jest typowany jako papabili.
Po jego wyborze na tron Piotrowy Watykan ustami rzecznika prasowego, ojca Federica Lombardiego, zaprzeczył, jakoby "ojciec Franciszek miał jakiekolwiek związki z dyktaturą wojskową", i dodał, że są to "oskarżenia lewicy antyklerykalnej". Lombardi oświadczył również, że jezuita Francisco Jalics - jeden z księży, którzy wraz z Orlandem Yorio (zmarłym w 2000 roku) byli zatrzymani, więzieni i torturowani w czasach dyktatury - złożył deklarację, że "po wszystkim wraz z Yoriem spotkali się z kardynałem Bergoglio, ówczesnym biskupem Buenos Aires, i wspólnie odprawili mszę w harmonii i pokoju".
Ojciec Lombardi dodał również, że noblista Pérez Esquivel, który "nie jest przychylny Kościołowi", stanął swego czasu w obronie przyszłego papieża, mówiąc: "Byli biskupi, którzy współpracowali z dyktaturą, ale Bergoglio - nie". Rzecznik prasowy Watykanu zadeklarował też, że "nie było konkretnych oskarżeń w stosunku do kardynała Bergoglio i że argentyński wymiar sprawiedliwości tylko raz przesłuchiwał go jako świadka". Wspomniał, że stowarzyszenie 24 de Marzo (24 Marca), które wielokrotnie było w procesach stroną cywilną, nie ma w stosunku do Bergoglia żadnych wątpliwości. Istnieje natomiast wiele świadectw potwierdzających, że kardynał chronił liczne osoby przed represjami dyktatury. Był również promotorem mea culpa Kościoła argentyńskiego.
Po decyzji konklawe postanowiłam dodać tę notę przedstawiającą stanowisko Watykanu, gdyż Głosy spoza chóru nie atakują nowego papieża, lecz na podstawie dogłębnych analiz i znajomości faktów jedynie "przepowiadają" jego wybór.
Jak pisał Giuseppe Tomasi di Lampedusa w powieści Lampart: "Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko się musi zmienić".
Agnieszka Zakrzewicz
Rzym, 31 marca 2013 roku