Glosy ocalałe - Henryk Kalata

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Skąd się wzięła tradycja umieszczania na początku listy osób dramatu? Kto to zrobił jako pierwszy? Odkrywca konieczności utrzymywania porządku na scenie? Jakiś Grek? Pewnie tak. Potem stało się to dogmatem: dramatis personae jako część didaskaliów. Więc od zarania raczej dyktat praktycyzmu, a nie estetyzm. Reżyserowi, ale i każdemu z uczestników przedstawienia: aktorom, inspicjentom, suflerom, operatorom światła, inżynierom dźwięku i tak dalej - każdemu dawało to pewien komfort bezpieczeństwa, komfort panowania nad strukturą dramatu. Ale bez wątpienia już samo istnienie pola możliwości, jakim było wyodrębnienie dwóch kategorii tekstu: głównego i pobocznego - pozwalało na ukonstytuowanie się dramatis personae. Czemu epika (poza znanymi wyjątkami, jak choćby ostatnio Olga Tokarczuk w powieści "Empuzjon") z tego dobrodziejstwa nie skorzystała w gąszczu, jakim osacza nas narrator, opowiadając o licznych postaciach, operując bezlikiem nazw własnych (często zmyślonych). Mogłoby to być dobrze widziane przez czytelników, gdyby im ten świat przedstawiony powieści ktoś wyklarował. Czemu nie dać jej szansy się pozbierać?

Osoby

Kordelia Sonarska,

Janka Mieciowa i jej kotka Misia,

safonianki: Attis, Doria, Kleis, Selene, Anaktoria,

Roman Brzóski "Profesor",

Konstanty Deska z baru "Świtaniec",

Zenon Gucki "Kustosz",

Zenobia Podlaska wójta Gminy Orsk,

Andrzej Kot "Jędrek", Hipolit Leski,

ks. Albin Pyski "Alf",

Lucia, ks. Jakub Brzdąc,

Aseret i Teresa

i inni

Rzecz dzieje się współcześnie w Orsku

Inne nazwy zmyślone

Ugorów, Łyki Ostrowskie, Dąbrowa Średnia,

ZAiCO & company,

Parafia pw. Wdowiego Grosza w Orsku,

Gminny Ruch Dyspozycji Kryzysowych "GRDyKa",

Studio Aktywnego Formatowania Osobowości "SAFO",

Dom Pracy Twórczej "Safo",

Katedra Myśli i Słowa "Safo",

Zawiązki Trupy Krasomówczej,

Otwarty Przegląd Prozy

O odmianie losu

"Cześć Mamo,

mam nadzieję, że ci nie przerwałam snu. Nie mogłam się doczekać, żeby o tym wszystkim, co mnie tu wita, z tobą porozmawiać. Jeszcze wczoraj rano byłam zrezygnowana, przygnębiona i niemal wściekła. Nie wiedziałam kogo obarczać winą za rysującą się przede mną przyszłość. Byłam pewna, że jeśli się nie wyszarpnę z tej matni, póki mam siłę, zgnuśnieję tu i zginę.

Tymczasem obok mnie biegły, śmiejąc się z udanej psoty, chochliki losu..."

Długo jeszcze pisała pierwszego po przebudzeniu maila, a gdy był gotowy, jednym klepnięciem entera wystrzeliła go w kosmos.

Wróciła do salonu i znów sięgnęła po czarny szkicownik, by uchwycić w locie kolejny pomysł. (Niby to metafora, ale poważnie: nie przypadkiem myśl jest lotna albo ociężała i nie jest w stanie w związku z tym szybować; jeśli zaś już potrafi wywijać podniebne piruety, to staje się zarazem nieuchwytną; zastanawia też jej niezależność: ten, w którego głowie myśl się zrodzi, musi z pokorą przyznawać się do ograniczonych praw własności wobec owej myśli: bywa bowiem, że ta sama idea potrafi się objawić jednocześnie w dwóch głowach, a tylko od reakcji na jej obecność, właściwości mózgu i temperamentu zależy, gdzie się raczy zagościć i rozwijać. Jednak najczęściej występujący przypadek bolesnego braku notesu, kartki lub choćby pudełka od zapałek - że wspomnę wielkiego Umberto Eco - to przepadek mienia, tego szlachetnego mienia, jakim jest pomysł.)

Posmutniała, gdy przypomniał jej się biedny Kostek. "Zajrzę do niego. Musiał wiele w sobie zdusić, by wyzbyć się bólu i w miarę normalnie funkcjonować wśród ludzi. Boże, jak po takich tragediach ludzie odzyskują chęć do życia?"

- Dzień dobry. Co "Świtaniec" ma dziś dobrego na poranne orzeźwienie?

- O! Delicja! Nie uwierzysz, właśnie wpisywałem twój numer, gdy zadzwoniłaś. No, przyjdź, a się przekonasz. I weź koniecznie swoje teksty. Nie mogłem sobie darować, że wczoraj tak zdominowałem naszą rozmowę swoim gadulstwem.

- No co ty, chyba nie mówisz poważnie!

Weszła nie później jak za pół godziny do baru i z zaskoczeniem odczuła, że już tu się czuje zadomowiona. Ma w każdym razie swoje miejsce: swój stolik, swój wygodny fotel.

- Gdyby to nie było niestosowne i głupie, poprosiłabym cię, żebyś mnie uszczypnął. Odkąd przyjechałam do Orska, dzieją się tu rzeczy po prostu niesłychane. Wczoraj rano byłam pewna, że nic mnie tutaj nie zatrzyma na dłużej niż na rok, teraz myślę o tym, że znalazłam w wieku 19 lat swoje miejsce na całe życie. Tak czuję, to nie znaczy, że gdy o tym myślę, chciałbym wcześniej unieruchomić bieg swojego życia. Normalnie, jak każdy młody człowiek pragnę przygody, pragnę być szczęśliwa i pragnę być otoczona szczęśliwymi ludźmi.

Kostek słuchał co mówi Kordelia, ale nie przestawał być nakręcony jak fryga.

- Jeszcze chwila i siądę z tobą. Pogadamy. Jak widzisz, nie ma zbyt wielu klientów. Właściwie nie ma ich wcale i tak często bywa, że nie zmienia się to przez całe przedpołudnie. No, chyba że jest dzień targowy, wówczas spotykają się przedstawiciele klienteli, która zdecydowanie obniża standard "Świtańca". Dziś, mimo że jest sobota, a właściwie dlatego - mamy spokojne przedpołudnie. Spotkałaś się w końcu z dyrektorem szkoły?

- Opowiem ci wszystko w swoim czasie. Usiądź tylko.

- Trochę wstyd mi za wczoraj. Jak pomyślę o prostej zasadzie proporcji, skompromitowałem się okropnie. Nie poprawię swojego wizerunku, ale muszę poprosić cię o cierpliwość, bo mam coś a'propos. To nie będzie mój tekst. Zostawił go Roman po jednym z ostatnich spotkań autorskich w "Świtańcu". Znasz Romana?

- Coś mi się obiło o uszy, ale nawet tego nie jestem pewna, czy to było na jego temat.

- Kolejny piszący orszczanin. Nieprzeciętny. Poznasz go wkrótce. Uczy tu.

- No więc zamieniam się w słuch.

O zwięzłości

- Podkreślam: cała rzecz w tym, żeby się nie rozgadywać, bo rzecz w krótkiej formie! - wygłosił pewien Mało Znany Mówca, zbliżając się do końca swojej oracji.

- No więc krótko i węzłowato! - zaapelował złośliwie Ktoś z Sali.

- Nie pan jeden domaga się szacunku dla czasu. Lecz... kto pierwszy tak ponaglał? - podjął próbę zapędzenia nieznajomego w kozi róg.

- Trzeba by to zbadać, ale... pewnie się nie da, bo czuć w tym żywioł języka mówionego, a język mówiony jest... jak liście - nie dawał za wygraną Ktoś z Sali.

- Mam temperament, jaki mam - udawał w zaparte niezbitego z pantałyku Mało Znany Mówca - z dowcipów nie śmieję się od razu, dlatego nawet ponaglany zatrzymuję się i oglądam słowo a to z góry, a to z dołu, z boku i z tyłu, a gdy go mam znów z przodu, pytam: Co to jest, to "węzłowato"?

- "Węzłowato", bo jak zaciśnięty węzeł, czyli: "ściśle rzecz ujmując" - odpowiedział Inny Prelegent, troszcząc się o precyzję.

- Są umysły ścisłe, czyli węzłowate, ale... - nieśmiało dorzuciła towarzysząca mu Tradycja - ale jakoś nie jestem pewna, czy mają one skłonność do powstrzymywania się w mówieniu bez namysłu.

- Z drugiej strony "węzłowato" to może być też "gordyjsko", to znaczy tak zasupłana wypowiedź, że aby z niej rozplątać i uwolnić myśl jako taką, trzeba wzorem Aleksandra Wielkiego: ciach i z głowy - roześmiał się Młody Historyk.

- Bo chodzi też o to, by nie bić piany - przyszła mu w sukurs Otucha. - Węzłowatość nie jest trzepaczką, a nawet przeciwnie: trzepanie i zwięzłość nigdy nie idą w parze - nie wiedzieć czemu, zaczerwieniła się, to mówiąc, jak piwonia.

- Tak, tak - próbowała uzdrowić atmosferę Tradycja - robi się z tego gadania tylko jakiś kołtun, a kołtun (jeśli kto jeszcze to wie) trzeba traktować radykalnie, bez ceregieli. Przecież żaden z niego pożytek.

Towarzyszyła mi Intuicja, gdy po raz pierwszy chciałem zająć stanowisko na temat tego "krótko i węzłowato". Zareagowała, jak to Intuicja, coś pomrukując pod nosem, że owo "krótko i węzłowato" jest jakąś zbędną i szpetną naroślą.

- Przecież skuteczniej i krócej da się mobilizować słowem "krótko"! - wyrecytowała już pewna siebie.

- Nie każdy tego doświadczył, ale wiadomo, że krótko nie zawsze się da - próbowałem żartować. - Czasem trzeba dłużej albo i całkiem długo, żeby wypaliło. Żeby zamierzony efekt osiągnąć... W sensie...

- Bo rzecz w formie! - odkryła z satysfakcją i rzekła, unosząc się nieco - a forma to rzecz smaku.

- A o smaku się nie dyskutuje, tak? - Wstałem i przeszedłem na jej stronę.

- O, przepraszam bardzo - tonem obrażonej damy dorzuciła Tradycja. - Niektórzy mówią, że forma to rzecz drugorzędna, a najważniejsze jest sedno.

- Zgoda! - koncyliacyjnie przemówiła Zgoda - tyle że i sedno się starzeje, więc przynajmniej niech owo sedno będzie wypowiedziane krótko i węzłowato.

* * *

- Fiuu! Mamy tu poważnego zawodnika! - zagwizdała z podziwem Kordelia. Powinna doznać typowego ukłucia zawodowej zawiści, a tymczasem poczuła, że dobrze i pięknie zaczął jej się drugi niezwykły dzień.

- Wreszcie kolej na ciebie. Kartka o zwięzłości powędruje w ręce naszego naczelnego archiwisty Zenka, którego na pewno już poznałaś, bo jego wszędzie pełno... To nieoceniony facet. Wszystko potrafi zrobić. Usłużny, szczery. Właściwie to w jego rękach spoczywa funkcjonowanie szkoły, co mu nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, bo lubi coś znaczyć. Teraz, gdy kończy się okres wakacji, on ma pełne ręce roboty. Ale nie odmówi ci, gdy poprosisz go o cokolwiek. Prawdę mówiąc, dyrektor szkoły ma z nim wygodę.

Niektóre jego pomysły są śmieszne, zarazem mają swoją wartość. Na przykład właśnie te kartki z naszymi tekstami zwija w ruloniki i umieszcza wewnątrz pustych butelek, których stos znalazł, oczyścił i opiekuje się nimi jak prawdziwym skarbem... Zresztą jest to prawdziwy skarb, bo ponad sto lat temu była tu huta szkła i te butelki to prawdopodobnie odrzuty pokontrolne. W każdym razie fajnie się to kojarzy z tym, co robią rozbitkowie w literaturze przygodowej...

- Tyle dobrego powiedziałeś o Zenku, a ja go tak sponiewierałam wczoraj rano...

- Nie przejmuj się. Na pewno już ci to zapomniał... Dobrze, jeszcze tylko kawa i słucham, a ty czytaj. Co to będzie?

- Zacznę od mojego trofeum...

- O, no proszę!

- Tak! Za to opowiadanie dostałam pierwszy w swoim życiu laur, nie licząc oczywiście szóstki z polskiego. Znalazłam w internecie zaproszenie do wzięcia udziału w konkursie na opowiadanie. Wysłałam pracę, którą napisałam na zaliczenie, i okazało się to zdarzeniem przełomowym. Zostałam bohaterką, o której się mówiło, o której się plotkowało i którą się prezentowało w prasie lokalnej. "Wieści Łykowskie" krzyczały z pierwszej strony o "Sukcesie uczennicy Liceum Pedagogicznego im. Poli Gojawiczyńskiej". Towarzyszyło temu newsowi duże zdjęcie, które bardziej pasowało do informacji o zwycięstwie w wyborach miss niż w konkursie literackim.

Przed oczami Kordelii przesuwać się zaczął jak w prompterze tekst, który był jedynym jej wypracowaniem o szkole. Napisała je na końcowe zaliczenie w liceum. Skorzystała z opowieści matki, która niejedną krytyczną uwagę o swoim zawodzie wypowiedziała przy córce, trochę pewnie po to, by nie wpadła w ten sam kanał, co ona. Najchętniej wspominała czasy, gdy sama była młodą nauczycielką, a w szkołach więcej znaczyła ideologia niż nauka.