Głosuj na pana Robinsona i lepszy świat! - Donald Antrim

Reflow text when sidebars are open.
Miasto, stiukoworóżowe, białe jak brzuch ryby, przybrane glicyniami, pełne kołyszących się palm, miasto o zapachu gnijących owoców roztrzaskanych u podnóża drzew: mango, papai, przepysznej mandarynki; wyobraźcie sobie to miasto, jak bielejąc, wynurza się z koralowych ławic i przecina powierzchnię morskiej kąpieli - zatopionego świata ryb. Tak moja żona, Meredith, nazywa ocean. Jej ojciec był poławiaczem ostryg. Dziś to, rzecz jasna, wymarłe zajęcie, jak tyle innych, które niegdyś żywiły ten raj. Kiedy tak wyglądam przez lufcik, widzę, jak rodzina Meredith przegrzebuje plażę. Pochyleni ryją w mokrych wydmach plastikowymi dziecięcymi łopatkami: żółtymi, czerwonymi, niebieskimi. Żółta - wiem o tym - należy do matki Meredith. Mam ochotę zawołać Helen, pomachać jej i się przywitać, ale wiem, że nigdy nie spojrzy w moją stronę po tych okropnościach, jakie spotkały w mojej piwnicy maleńką kasztanowłosą Sarę Miller na początku zeszłego tygodnia.
Istna tragedia.
Kopiący posuwają się nierówno wzdłuż wybrzeża. Kto by pomyślał, że wokół magicznych właściwości martwych morskich stworzeń może wyrosnąć przemysł dający zatrudnienie mieszkańcom? Ale tak jest. Wystarczy popatrzeć w głąb lądu. Oto dawna szkoła podstawowa, w której salach zegary niezmiennie ogłaszają trzecią. Teraz to fabryka. Są tam w środku, dzień i noc, produkują fetysze z rozgwiazd i totemy z muszli porcelanek, strzykw, wyrzuconego na brzeg drewna. Słyszę, jak frezarki z chrzęstem nadają cennemu czarnemu koralowi postać kolczyków i wisiorków, które noszą tu wszyscy, i słyszę warkot tuzina kosiarek z silnikiem diesla zaparkowanych pod szkołą, produkujących dodatkową moc, dostarczaną przewodami wysokiego napięcia wijącymi się jak czarne węże pod drabinkami placu zabaw, na asfalcie boiska do koszykówki, wokół siatkowego ogrodzenia kortów tenisowych.
Na korcie centralnym kobieta w białym stroju wybija piłkę; ta chwyta olśniewające światło dnia, odbite od wody kanałów przeciwpowodziowych wzdłuż South Main - fragmentu sieci przybrzeżnej: przecinających osuszony teren zalewowy głębokich odnóg rojącej się od aligatorów wody. Rakieta tenisistki posyła piłkę na przeciwległy kort. Nie ma na nim nikogo, same piłki. Ta kobieta prowadzi sklep z odzieżą dziecięcą przy Pettigrew. Podnoszę lornetkę i ustawiam ostrość na drobiny, które osiadają na jej lustrzanych okularach przeciwsłonecznych, oglądam w zbliżeniu ceglany pył wzbijany w grzybach eksplozji przez jej posuwiste kroki. A na plisowanej spódniczce tenisowej widać szare przybrudzenia od glinki zerwanej z nawierzchni przez uderzające w nią piłki, przeniesionej na spoconą rękę, wytartą w roztargnieniu w promiennym letnim upale, który słodko przyjmuje w siebie cząsteczki ozonu pod nadpływającymi chmurami.
Popołudniowy deszcz zbliża się z zachodu. Kobieta serwuje, nadciąga deszcz; a teraz drzwi szkolnej stołówki - świeżo pomalowane na głęboki ciemnogranatowy kolor, co być może ma jakieś znaczenie, ale równie dobrze może nic nie oznaczać - otwierają się; jakiś mężczyzna, wychyliwszy głowę, spogląda w górę na nadciągającą ścianę wody. Widzę jego grubo ciosaną twarz. To Ray Conover, którego żona, Miriam, zginęła w okropnych okolicznościach, kiedy Jim Kunkel odstawił tę żałosną, głupią pokazówkę z odpalaniem na chybił trafił pocisków ze stingera do sadzawki lustrzanej w Ogrodzie Botanicznym. Tamtego dnia wielu odwiedzających poniosło śmierć. Wciąż widzę Raya, jak idzie środkiem Main i nie zważając na ruch uliczny, cały we krwi, niesie zwłoki żony.
To było pod koniec lata, ledwie chwilę temu, mniej więcej w tym czasie, kiedy powinna była zaczynać się szkoła, co jednak nie nastąpiło, ponieważ, rzecz jasna, szkoły przepadły, gdy podatnicy zdecydowali o zaprzestaniu finansowania systemu.
To była czarna godzina. Zebraliśmy się - członkowie rady i ciało pedagogiczne w liczbie nadal zatrudnionych i zdolnych prowadzić lekcje - i postanowiliśmy, że utrzymamy szkołę, choćby z własnej kieszeni, jeśli zaistnieje konieczność, jednak poza tym nie byliśmy w stanie dogadać się co do umiejscowienia oddziałów przedszkolnych, wczesnoszkolnych i starszych dzieci. Nie potrzebowaliśmy wcale dużo miejsca. Bynajmniej. Dzieci była niewielka gromadka i mogliśmy bez większych trudności przyjąć założenia Little Red Schoolhouse. Jednak my wszyscy, Meredith, ja, Doug, Marty, Allan, Simone, wszyscy, opowiadaliśmy się za odrębnością przedmiotów nauki i podnoszeniem poczucia własnej wartości ucznia w toku rozwoju napędzanego stopniowym zwiększaniem wymagań. W młodszej klasie biologia, w kolejnej chemia. Tu nie zamierzaliśmy odpuszczać. Dlatego obstawaliśmy przy salach lekcyjnych przypisanych poszczególnym klasom i oddzielnych pomieszczeniach dla kursów fakultatywnych - i to przy świadomości, że na niektóre kursy zgłosi się tylko dwoje czy troje uczniów, albo jeden, lub żaden.
Byliśmy wystraszeni. Mieliśmy zszargane nerwy.
Dzisiaj, gdy siedzę tu na moim strychu, zamknięty na kłódkę, ze stertą notatek do lekcji i tą "superszerokokątną" lornetką polową, za pomocą której szpieguję okolicę - dzisiaj nie jestem pewien, czy opowiedziałbym się za włóczeniem i poćwiartowaniem byłego burmistrza i członka Izby Handlowej. To właśnie zrobiliśmy z Jimem Kunkelem po incydencie z wyrzutnią. Co do mnie, niech mi będzie wolno powiedzieć z tego oto miejsca, iż żałuję roli, jaką odegrałem na sądzie kapturowym, który odbył się przed apartamentowcem Jima przy Dune Road.
Tyle że co ja mogłem na to poradzić? Dyskurs obywatelski stawia przed nami niemałe wymagania. Współpraca i towarzyskość bywają wynagradzane na wiele sposobów. Chciałem mieć budynek dla szkoły. To o dzieciach myślałem, kiedy Jerry Henderson i Bill Nixon, i kilku innych rotarian pozdrowiło mnie w świetle lamp ulicznych. Dobrze wiedzieli o moim czeladniczo-historycznym obeznaniu z łożem tortur, kołem, żelazną dziewicą i resztą. Zaledwie kilka dni wcześniej wygłosiłem odczyt na temat wielu takich narzędzi na lunchu rotariańskim. Moją intencją było nakreślenie paralel między dawnymi i współczesnymi koncepcjami kary i winy oraz pokazanie niektórych sposobów przejęcia, a wręcz subtelnej instytucjonalizacji przez dzisiejsze społeczeństwo "barbarzyństwa przeszłości", bo tak zatytułowałem swój wykład.
Miałem nadzieję powiedzieć coś o tym, jak żyjemy. W trakcie sesji pytań i odpowiedzi stało się jednak dla mnie jasne, że mój wykład w rzeczywistości odniósł zgubny skutek. Czy powinienem był przewidzieć następstwa, ową noc przed domem Jima przy Dune Road, kiedy Jerry i Bill, i tamte bycze chłopaki poklepywali mnie po plecach i mówili, szczerząc zęby w uśmiechu: "Hej, czy to nie nasz Pan Oprawca?".
Na podobnej zasadzie - na ile odpowiadam za to, co ostatecznie, nieuchronnie nastąpiło tylko dlatego, że zasugerowałem wykorzystanie zaparkowanych nieopodal toyot i subaru zamiast koni?
Lepiej być może o to nie pytać. Tak czy inaczej, mam do przygotowania notatki do lekcji. Tym powinienem się zajmować, to praca powierzona mi przez Boga - a nie gapić się przez okno na olśniewające opalone ciało właścicielki sklepu z ubraniami. Jakie to chorobliwe, ten mój voyeuryzm. To schorzenie: lekka agorafobia w połączeniu z niepokojąco obsesyjnym wpatrywaniem się w deszcz spływający z dachówek w zatkane gnijącą roślinnością rynsztoki przy krawężnikach.
Zatykają się - rynsztoki, znaczy - i wypluwają syf. Niebo robi się czarne, wilgoć zstępuje na ziemię, poziom ścieków w kanałach wzrasta, na trawnikach robią się kałuże, niezamiecione ulice powoli się wypełniają. Wszystko, domy i sklepy, stacje benzynowe i banki, wszystkie punkty orientacyjne mojego szczęśliwego życia w tym miejscu, które kocham - wszystko to jakby szło pod wodę. Jak smutno to wówczas wygląda. Niemal widzę, jak z okien wykuszowych wyłażą gady z rozwartymi pyskami, jak z aluminiowych skrzynek na listy i kratek nad garażami na dwa auta wypadają węże. To widok ze snów, wodna kraina znana mi, a jednocześnie nieznana, dom, ale nie dom, kraina wydźwignięta z głębiny i przywodząca na myśl intuicje utraty, pożądania, mojego własnego coraz silniejszego przeczucia śmierci przez utonięcie.
Okaże się, czy dzisiejsza ulewa będzie na tyle silna albo na tyle długotrwała, by poskutkować taką przemianą świata.
Oto co sugerowałoby ponurą prognozę: Ray Conover łazi między dieslami, które zbite w gromadę warczą pod murami dawnej szkoły, mojej dawnej szkoły, i wyłącza je po kolei, przez co świat cichnie na tyle, że słychać, jak w nieregularnych odstępach rozlega się wycie odległej pławy dzwonowej na morzu, które z pewnością wzbiera. A niedaleko - echo nieprzerwanie uderzanych piłek tenisowych. Do tej pory nie docierał do mnie dźwięk tych kolizji. Rakieta w ręku kobiety wędruje łukiem w górę, w kierunku puszystej piłki, kreśląc wznoszącą trajektorię, u której wierzchołka zamiera. Następuje uderzenie, piłka leci. Po nieokreślonej chwili słyszę "POM".
Czy ona zdaje sobie sprawę, że za chwilę przemoknie? Może za jej srebrnymi, przypominającymi oczy szarańczy soczewkami świat jest pozbawiony warunków atmosferycznych.
Ray majstruje przy jednym z diesli. Na moje oko nie wygląda dobrze. Jego spodnie są przykrótkie, a koszula podarta. Obfita broda wije mu się wzdłuż szyi. Mógłby być opalonym żulikiem z nadwagą, któremu dzień upływa na bimbaniu. Ray Conover nie jest jednakowoż dziadem; jest oceanografem statystycznym z długą listą publikacji, specjalizującym się ekosystemach nadbrzeżnych strefy podzwrotnikowej. Zakładam, że jest obecny w dawnej szkole w charakterze doradcy i że fizyczną robotę przy silnikach wykonuje tylko na zasadzie przysługi wyświadczanej komuś, kto został wewnątrz. Albo na zasadzie pretekstu do ucieczki z pomieszczenia, w którym panują nieustannie chrzęst i zgrzyt. Z pewnością oglądanie, jak jego ukochana rafa idzie w drzazgi pod produkcję wisiorków, sprawia mu ból.
Sam mam ozdóbkę z rafy. To pierścionek z polerowanego czarnego koralu, właściwie przyjemny dla oka, gładki i prosty, i - ogólnie rzecz biorąc - elegancki, chociaż parę rozmiarów za duży na którykolwiek z moich palców. To prezent od Meredith - inaczej pewnie już zdążyłbym się go pozbyć. Nie wierzę w talizmany i prawdę powiedziawszy, te wodne i rybie kulty, które tu rozkwitają, naprawdę mnie drażnią. Przykład? Kiedy w żartach powiedziałem Meredith, że pierścionek mógłby posłużyć za gadżet seksualny, odparła: "Pete, proszę cię, nie bluźnij, dobrze?".
Właśnie skończyliśmy kolację. To był zwykły wieczór w tygodniu. Wytykanie jej, że zarzut bluźnierstwa zakłada obecność wiary u tego, kto się go dopuszcza, wydało mi się męczące. W każdym razie prezent od mojej żony, w specjalnym pudełeczku wyłożonym aksamitem koloru indygo, z klapką z ordynarnego, przypominającego modelinę materiału w kształcie egzoszkieletu skrzypłocza, był dla mnie niespodzianką.
Powiedziała:
- Po co ten sarkazm, Pete. To tylko prezent. Nic więcej.
- Dziękuję, skarbie.
- To czarny koral.
- Naprawdę?
- Będzie cię strzegł.
Schowałem go do pudełka, po czym pozmywałem po kolacji, pamiętając o wrzuceniu ości do śmieci, żeby Meredith się do nich nie dobrała, by za ich pomocą wprowadzić się w kolejny z jej ichtiomorficznych transów.
Ale wracając do sprawy Kunkela. Wciąż zaprząta mi myśli. Ciągle widzę twarz Jima, odbijającą czerwoną łunę tylnych świateł, w tamtych wlokących się ponad miarę chwilach poprzedzających napięcie się linek z charakterystycznym dźwiękiem, gdy Bill Nixon usiłuje raz za razem uruchomić krztuszącą się spalinami rozregulowaną celicę. Ależ to było gruntownie przykre; do roboty nie pozostało mi nic poza dreptaniem w miejscu na trawie i gapieniem się w gwiazdy, i słuchaniem tego wycia i krztuszenia, a także, oczywiście, Jima Kunkela, który - powiązany niczym szynka, skrępowany i rozciągnięty, jakby robił orła na brzuchu - łkał. Wytrzymała żyłka nylonowa, na którą wędkarze w tych stronach łowią tarpony, ciągnęła się promieniście od nadgarstków i kostek Jima, przez jego trawnik i piękny japoński skalniak, do tylnych zderzaków aut szykujących się do odjazdu każde w innym kierunku. Chciałem powiedzieć Jimowi, że to pójdzie szybko, że nie będzie bolało. W rzeczywistości spodziewałem się czegoś przeciwnego. Niepokoiło mnie zwłaszcza wykorzystanie do tego rodzaju silnie obciążeniowej operacji żyłki wędkarskiej. Jedne przypony mogły wytrzymać, a inne strzelić, w dowolnej irytującej kombinacji. Sukces zależał od tego, czy pociągnięcie będzie gładkie i równomierne, bez rzucania - jak przy wyciąganiu dużej ryby.
Po niejakim czasie stało się jasne, że Nixon ma zalany silnik; a do tego akumulator był na granicy, ledwo zipał, w związku z czym Jerry Henderson przytomnie zauważył: "Bill, daj mu odpocząć". Pozostali kolesie też zgasili silniki. Uzgodniono, że poczekają pięć minut, a potem spróbują jeszcze raz. Przy krzewach na podjeździe zbili się w grupkę: Jerry i Bill, Dick Morton, Abraham de Leon, Tom Thompson, Terry Heinemann, Robert Isaac. Czy słyszeli szlochanie Jima? Przyszło mi do głowy, żeby do niego podejść i położyć mu rękę na ramieniu, objąć go albo obetrzeć mu czoło, być może podrapać, jeśli go gdzieś swędzi. Wydało mi się to czymś słusznym. Tak. I przeprosić: za wyrok, za zwłokę przy jego wykonywaniu, nieważne za co.
- Pete - wyszeptał Jim, jakby czytał mi w myślach.
- Jim? - Rozejrzałem się za pozostałymi mężczyznami. Słyszeli, jak Jim mnie wzywa? Czy rozmowa ze skazańcem mogła zaważyć na mojej pozycji wśród nich? Ale nie. Wyglądało na to, że nikt nie zauważył mojego ciała skąpanego w niewyraźnej poświacie sączącej się żółtawo z wiszącej na ganku lampy przeciw owadom.
- To anioł, jestem w niebie - powiedział Jim.
- Jim, to ja, Pete.
Podszedłem do niego. Mogłem się schylić i go dotknąć.
- Przyjacielu - powiedział, potrząsając rozpostartymi dłońmi, starając się wskazać linki oplatające nadgarstki - Wrzynają mi się.
Na co by się zdało tłumaczenie konieczności silnych więzów, różnic mechanicznych między ciągnięciem a szarpaniem?
- Przykro mi - stwierdziłem. Zauważyłem rosnący tłum, szemrający poza obrębem trawnika. Gapie. Jim powiedział:
- Wiesz, Pete, byłem w komitecie rekrutacyjnym, który rozpatrywał twoje podanie o przydzielenie ci trzeciej klasy. Jak dawno to było?
- Lata temu.
- To była procedura kontrolna ze strony ratusza, wiesz, nie byliśmy ciałem decyzyjnym. Tylko czysto doradczym. Bardzo starannie przejrzeliśmy twój życiorys. Bardzo starannie. Jak myślisz, co im powiedzieliśmy?
- Nie wiem.
- Jak myślisz, co biuro burmistrza powiedziało radzie szkolnej o młodym Pecie Robinsonie?
- Nie wiem, Jim.
- Zgadnij.
Widać było, jak mięśnie karku napinają mu się, gdy zadziera głowę; dłonie wciąż lekko mu podskakiwały - sprawiało to wrażenie jakiegoś epizodu neurologicznego. Powiedział z niezadowoleniem:
- No, patrz, jaka z tobą zabawa. Nawet nie pozgadujesz.
Pomyślałem sobie, że być może jest w szoku. Ale odezwał się ponownie:
- Dostałeś tę robotę, prawda? Pomyśl o tym.
I tak też zrobiłem. Pomyślałem. I uświadomiłem sobie albo wydało mi się, że to sobie uświadamiam, kiedy o tym myślałem, o co w tym wszystkim chodzi, dlaczego jesteśmy w tym miejscu i robimy to, co robimy, dlaczego Jim musi umrzeć. Jim nie był zwykłym obywatelem. Był kiedyś burmistrzem. Miał wpływ na moje życie, na życie nas wszystkich.
Teraz miał ponieść śmierć za okrutne czyny; niegdysiejszy przywódca, który zszedł na złą drogę, zostaje rozszarpany przez lud.
Uklęknąłem obok poznaczonej plamami wątrobowymi głowy Jima i wyszeptałem:
- Wiedziałeś, że do tego dojdzie, prawda, starcze? Zrobiłeś to dla nas. Poświęcając tamte rodziny w Ogrodzie Botanicznym. Wiedziałeś, że twoja krew okaże się klejem, który scementuje tę społeczność.
- Oszalałeś - wycharczał, a z innej części trawnika dobiegł głos Jerry'ego Hendersona, który oznajmił:
- Panowie, już czas.
Trzasnęły drzwi samochodów. W kącikach ust Jima łzy zmieszały się ze śliną, kiedy jeden po drugim odpaliły silniki samochodów - wszystkich poza celicą.
- Jebać - powiedział Bill Nixon.
Od strony tłumu nadbiegło wołanie:
- Kable rozruchowe! Ma ktoś kable rozruchowe?
Minutę później niebieska furgonetka, dodge Abrahama de Leona, przeciągnęła po pączkujących białych hortensjach Kunkela.
- Dawaj, Abe - zagrzewał Jerry Henderson, kiedy furgonetka, warcząc, minęła skrzynkę na listy Jima zrobioną z wyrzuconego przez morze drewna i wtoczyła się na podjazd, kierując się na niego, na Hendersona, oświetlonego punktowo, stojącego w silnym blasku reflektorów wozu i wymachującego ramionami na modłę obsługi pasa startowego na lotniskowcu, wskazującego wyraźną trasę do pojazdu, który nie chce zapalić. Nie mogłem nie zwrócić uwagi na to, jak reflektory dodge'a Abrahama rzucają zogromniały cień Jerry'ego Hendersona na wielgachne drzwi garażu Jima - w miarę przybliżania się Abrahama tajemniczo gestykulujący cień Jerry'ego metodycznie rósł; wisiał nad nami niczym ożywiony fryz ścienny faraonów.
Zagadnąłem Jima:
- Hej, wiesz może coś o religii starożytnych Egipcjan?
- Nie. I mam prośbę, Pete, mógłbyś poluzować te węzły? Tak na wypadek gdyby to miało potrwać całą noc?
Patrzyłem, jak Jerry, Bill i Abraham majstrują przy kablach i świecach. Widziałem, jak Tom Thompson opiera się o swoją zaparkowaną mazdę. Widziałem, jak faceci, których znam, kręcą się w towarzystwie innych, których nie znam, przebąkując do siebie nawzajem o czymś albo patrząc w innym kierunku, zupełnie jakby w środku tego zielonego miejsca wcale nie leżała spętana osoba. Było tak, jakby namalowano jakieś granice. Nikt spoza nie chciał widzieć, co jest wewnątrz - to jest mnie i Jima - i wydało mi się wtedy, że to mogłaby być właściwość miejsca, które niektórzy nazywają miejscem uświęconym, i że to wstyd wyznacza tę granicę. Tak myśląc, odezwałem się do Jima:
- Nie mnie rozluźniać ci więzy.
I zacząłem opowiadać o Ozyrysie, Królu Królów, synu Ziemi i Nieba, którego podstępem namówiono, by wszedł do własnej trumny, a ta popłynęła w dół Nilu i dotarła do Seta, Władcy Podziemi; i o tym, jak zwłoki boga poćwiartowano; i jak szczątki rozrzucono po kraju, na cztery strony świata; ręka tu, stopa tam, pogrzebane w świętych grobowcach.
- To piękne - powiedział Jim.
Kawałek dalej, przy połączonych pępowinowo wozach, Jerry poradził:
- Weź spróbuj znowu.
Abraham de Leon przegazował swój ośmiozaworowy silnik z wizgiem wysokich obrotów. Celica Billa Nixona zaterkotała, prychnęła i zaskoczyła.
- Dobra jest! - zawołał Abe z zupełnym brakiem wyczucia, cofając furgonetkę z powrotem w hortensje. Jerry opuścił maskę celiki, po czym krzyknął do wszystkich pozostałych kierowców czekających jak zniecierpliwieni uczestnicy wyścigu:
- Zróbmy to!
To był sygnał, żebym się wycofał. Wszędzie ludzie coraz bardziej się rozstępowali, nawet ci, którzy byli już w odległości jakichś trzydziestu, czterdziestu stóp. "Zabierajcie się stąd", wołały matki do dzieci. Nikt nie wiedział, jakie ryzyko dla uczestników wiąże się z tym wydarzeniem, wobec czego wszyscy wycofali się z podwórka, za samochody, skrzynki na listy, słupy latarń, drzewa owocowe, głęboko w cień po drugiej stronie Dune Road. Wszyscy poza mną. Słuchałem ostatnich słów Jima:
- Zrobisz coś dla mnie, Pete? Kiedy mnie już nie będzie?
- Jasne.
- Rozrzuć moje szczątki, a miejsca, gdzie spoczną, ogłoś świętymi.
Samochody zaparły się, linki zaczęły ciągnąć. Powiedziałem:
- Nie wiem, Jim. To w sumie duża rzecz.
- Proszę.
- Okej, spoko. Zrobię to.
W SERII LITERACKIEJ KARAKTERU UKAZAŁY SIĘ:
Alain Mabanckou, Kielonek
Tahar Ben Jelloun, To oślepiające, nieobecne światło
Lyonel Trouillot, Dzieci bohaterów
Yoko Tawada, Fruwająca dusza
Alain Mabanckou, African Psycho
Mia Couto, Lunatyczna kraina
Hiromi Kawakami, Nadepnęłam na węża
Alain Mabanckou, Black bazar
Hiromi Kawakami, Manazuru
Dany Laferri?re, Kraj bez kapelusza
Kossi Efoui, Witajcie, powracające widma
Alain Mabanckou, Jutro skończę dwadzieścia lat
Ondjaki, Babcia 19 i sowiecki sekret
Tahar Ben Jelloun, Dziecko piasku
Tahar Ben Jelloun, Święta noc
Iljas Churi, Jalo
Alain Mabanckou, Zwierzenia jeżozwierza
Kamel Daoud, Sprawa Meursaulta
Lyonel Trouillot, Niedziela, 4 stycznia
Alain Mabanckou, Papryczka
Agneta Pleijel, Wróżba
Wells Tower, Ruiny i zgliszcza
Agneta Pleijel, Zapach mężczyzny
Marie Darrieussecq, Świństwo (Truizmy)
Yanick Lahens, Błogie odwroty
Seria literacka karakteru: Najwybitniejsze książki z całego świata. Czasem wymagające. Zawsze wartościowe.