Głos skrzypiec - Andrea Camilleri

Kup ebooka

34.00 zł
27.20 zł (20,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Kiedy ko­mi­sarz Sa­lvo Mon­tal­bano otwo­rzył okien­nice sy­pialni, na­tych­miast się prze­ko­nał, że nad­cho­dzący dzień na pewno nie bę­dzie na­le­żał do uda­nych. Była jesz­cze noc, do świtu bra­ko­wało co naj­mniej go­dziny, lecz przez roz­rze­dzoną ciem­ność można było zo­ba­czyć, że niebo po­kry­wają cięż­kie, desz­czowe chmury, a mo­rze, z wy­jąt­kiem ja­snego pa­sma plaży, jest na­stro­szone jak pe­kiń­czyk. Od­kąd ma­leńki przed­sta­wi­ciel tej psiej rasy, cały wy­fio­ko­wany, za­ata­ko­wał go ze wście­kłym ja­zgo­tem, który miał uda­wać szcze­ka­nie, i bo­le­śnie ugryzł w łydkę, Mon­tal­bano wła­śnie do pe­kiń­czyka po­rów­ny­wał wzbu­rzone mo­rze w chwili, gdy krót­kie, chłodne po­rywy pię­trzyły na nim mi­riady drob­nych fal, przy­stro­jo­nych w ża­ło­sne pió­ro­pu­sze piany. Jego na­strój jesz­cze się po­gor­szył, kiedy uprzy­tom­nił so­bie, jak nie­przy­jemne czeka go dziś za­ję­cie: o po­ranku miał je­chać na po­grzeb.

Ostat­niego wie­czoru od­krył w lo­dówce świe­żut­kie sar­dele, które ku­piła mu Ade­lina - sprzą­taczka i ku­charka w jed­nej oso­bie - więc przy­rzą­dził z nich sa­łatkę, spry­skał ob­fi­cie so­kiem z cy­tryny i oliwą, po­sy­pał świeżo mie­lo­nym pie­przem i do­słow­nie po­chło­nął, ale cały efekt po­psuł mu je­den te­le­fon.

- Halo, pan ko­mi­sarz? To pan w swo­jej oso­bie?

- Ja w mo­jej oso­bie, Ca­ta­rella. Mo­żesz mó­wić śmiało.

Ca­ta­rellę po­sa­dzono w ko­mi­sa­ria­cie przy cen­tralce te­le­fo­nicz­nej, w myl­nym prze­ko­na­niu, że na tym sta­no­wi­sku może wy­rzą­dzić mniej szkody niż gdzie­kol­wiek in­dziej. Po kilku spek­ta­ku­lar­nych ak­tach wkur­wie­nia Mon­tal­bano zro­zu­miał, że je­dy­nym spo­so­bem na to, by się z nim w ogóle do­ga­dać w prze­wi­dy­wal­nych gra­ni­cach obłędu, jest sto­so­wa­nie tego sa­mego ję­zyka.

- Pro­szę o prze­bła­ga­nie i wy­ro­zu­mie­nie, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

Mon­tal­bano na­sta­wił uszu. Kiedy Ca­ta­rella pro­sił o prze­ba­cze­nie i wy­ro­zu­mia­łość, a jego tak zwana włosz­czy­zna sta­wała się ce­re­mo­nialna i od­świętna, zna­czyło, że sprawa jest po­ważna.

- Mów śmiało, Ca­ta­rella.

- Trzy dni temu szu­kano wła­śnie pana, pa­nie ko­mi­sa­rzu, ale pana osoby nie było, a mnie wy­pa­dło z głowy zło­że­nie o tym po­wia­do­mie­nia.

- Skąd dzwo­niono?

- Z Flo­rydy, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

Mon­tal­bano za­ła­mał się, i to do­słow­nie. W prze­bły­sku my­śli uj­rzał sie­bie w dre­sie pod­czas po­ran­nej prze­bieżki w to­wa­rzy­stwie dziel­nych, wy­spor­to­wa­nych ame­ry­kań­skich po­li­cjan­tów z bry­gady an­ty­nar­ko­ty­ko­wej, któ­rzy do­stali po­le­ce­nie, by współ­pra­co­wać z nim przy ja­kimś skom­pli­ko­wa­nym do­cho­dze­niu do­ty­czą­cym han­dlu nar­ko­ty­kami.

- Za­spo­kój moją cie­ka­wość, jak ze sobą roz­ma­wia­li­ście?

- A jak mie­li­śmy roz­ma­wiać? Po wło­sku, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

- Po­wie­dzieli ci, czego chcą?

- Pew­nie, wszystko o wszyst­kim mi po­wie­dzieli. Po­wie­dzieli, że za­marła żona wi­ce­kwe­stora Tam­bu­rino.

Nie mógł się po­wstrzy­mać, by nie ode­tchnąć z ulgą. Nie z Flo­rydy do niego dzwo­niono, tylko z ko­mi­sa­riatu we Flo­ri­dii koło Sy­ra­kuz. Ca­te­rina Tam­bur­rano od dawna ciężko cho­ro­wała, więc wia­do­mo­ści o jej śmierci można się było spo­dzie­wać.

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, czy to wciąż pan?

- Tak, to wciąż je­stem ja, Ca­ta­rella, we wła­snej oso­bie.

- Po­wie­dzieli rów­nież, że po­chó­wek po­grze­bowy od­bę­dzie się w czwar­tek rano o dzie­wią­tej.

- W czwar­tek? Czyli ju­tro rano?

- Tak jest, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

Zbyt bli­sko przy­jaź­nił się z Mi­chele Tam­bur­rano, by nie je­chać na po­grzeb pod pre­tek­stem, że ten nie po­wia­do­mił go oso­bi­ście. Z Vi­gaty do Flo­ri­dii cze­kało go co naj­mniej trzy i pół go­dziny jazdy.

- Słu­chaj, Ca­ta­rella. Mój sa­mo­chód jest u me­cha­nika. Przy­ślij mi wóz służ­bowy do domu, do Ma­ri­nelli, ju­tro o świ­cie, punk­tu­al­nie o pią­tej. Uprzedź ko­mi­sa­rza Au­gello, że rano mnie nie bę­dzie i wrócę za­raz po po­łu­dniu. Czy do­brze zro­zu­mia­łeś?

Kiedy wy­szedł spod prysz­nica, skórę miał w ko­lo­rze lan­gu­sty: żeby zrów­no­wa­żyć uczu­cie chłodu, ja­kiego do­znał na wi­dok mo­rza, zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dził z tem­pe­ra­turą wody. Za­czął się już go­lić, gdy usły­szał, że nad­jeż­dża sa­mo­chód. Któż zresztą w pro­mie­niu dzie­się­ciu ki­lo­me­trów mógł go nie sły­szeć? Auto za­je­chało z pręd­ko­ścią po­nad­dźwię­kową, za­trzy­mało się z po­tęż­nym ja­zgo­tem, wy­strze­li­wu­jąc we wszyst­kich moż­li­wych kie­run­kach se­rie żwi­ro­wych po­ci­sków, aż wresz­cie roz­legł się roz­pacz­liwy ryk roz­grza­nego do bia­ło­ści sil­nika, roz­dzie­ra­jący szczęk zmiany bie­gów, ostry zgrzyt buk­su­ją­cych opon i po­le­ciała ko­lejna se­ria żwi­ro­wych po­ci­sków. Kie­rowca za­wró­cił, usta­wia­jąc się przo­dem w kie­runku celu po­dróży.

Ko­mi­sarz wy­szedł z domu, go­towy do drogi. Gallo, dy­żurny kie­rowca ko­mi­sa­riatu, nie krył za­do­wo­le­nia.

- Niech pan po­pa­trzy, ko­mi­sa­rzu! Tu­taj, na ślady! Co za ma­newr! Sa­mo­chód do­słow­nie się zło­żył!

- Gra­tu­la­cje - burk­nął po­nuro Mon­tal­bano.

- Mam włą­czyć sy­renę? - spy­tał Gallo przed od­jaz­dem.

- Wsadź ją se w dupę i za­wyj - wark­nął ko­mi­sarz i za­mknął oczy. Nie miał naj­mniej­szej ochoty na roz­mowę.

Kiedy tylko Gallo, który cier­piał na syn­drom In­dia­na­po­lis, zo­ba­czył, że prze­ło­żony ma za­mknięte oczy, za­czął przy­spie­szać, pra­gnąc uzy­skać pręd­kość na miarę przy­pi­sy­wa­nych so­bie umie­jęt­no­ści pro­wa­dze­nia po­jazdu. I nie mi­nęło na­wet pięt­na­ście mi­nut, jak przy­wa­lił. Na zgrzyt ha­mulca Mon­tal­bano otwo­rzył oczy, ale nic nie zo­ba­czył. Głowa naj­pierw po­le­ciała mu gwał­tow­nie do przodu, na­stęp­nie cof­nęła się pod na­ci­skiem pasa bez­pie­czeń­stwa. Po­tem roz­legł się prze­raź­liwy zgrzyt bla­chy o bla­chę i za­pa­dła ma­giczna, gro­bowa ci­sza, prze­ry­wana tylko szcze­bio­tem pta­ków i szcze­ka­niem psów.

- Nic ci nie jest? - spy­tał ko­mi­sarz, wi­dząc, że Gallo roz­ma­so­wuje so­bie pierś.

- Nie. A panu?

- Też nie. Co się stało?

- Kura prze­bie­gła przez drogę.

- Ni­gdy nie wi­dzia­łem, żeby kura prze­bie­gała przed pę­dzą­cym sa­mo­cho­dem. Zo­baczmy, jak wy­gląda wóz.

Wy­sie­dli. Wo­kół nie było ży­wego du­cha. Na as­fal­cie cią­gnęły się ślady dłu­giego ha­mo­wa­nia, a na sa­mym ich po­czątku wi­dać było ciemną kupkę. Gallo pod­szedł do niej i za­wo­łał trium­fal­nie:

- A nie mó­wi­łem?! To kura!

Ewi­dentne sa­mo­bój­stwo. Sa­mo­chód, w który wal­nęli, roz­bi­ja­jąc mu cały tył, mu­siał być prze­pi­sowo za­par­ko­wany na po­bo­czu, lecz siła ude­rze­nia usta­wiła go nieco uko­sem. Ciem­no­zie­lony re­nault twingo stał przy wjeź­dzie w po­lną alejkę, pro­wa­dzącą do od­da­lo­nej o trzy­dzie­ści me­trów pię­tro­wej willi z po­za­my­ka­nymi oknami i drzwiami. Sa­mo­chód po­li­cyjny miał zmiaż­dżony re­flek­tor i po­gięty prawy błot­nik.

- I co te­raz? - spy­tał zmar­twiony Gallo.

- Je­dziemy. My­ślisz, że nasz sa­mo­chód jest na cho­dzie?

- Zo­ba­czymy.

Na wstecz­nym biegu, ze zgrzy­tem, Gallo wy­rwał swoje auto z klesz­czy twingo. I znów ża­den z miesz­kań­ców willi nie po­ka­zał się w oknie. W po­bliżu nie było in­nych za­bu­do­wań, więc re­nault mu­siał na­le­żeć do ko­goś z do­mow­ni­ków. Wi­docz­nie wszy­scy spali jak za­bici. Kiedy Gallo obu­rącz pró­bo­wał od­cią­gnąć błot­nik od opony, Mon­tal­bano za­pi­sał na kar­teczce nu­mer te­le­fonu ko­mi­sa­riatu i wło­żył ją pod wy­cie­raczkę.

Jak już coś nie idzie, to święty Boże nie po­może. Po pół­go­dzin­nej jeź­dzie Gallo znów za­czął ma­so­wać so­bie klatkę pier­siową, a twarz co ja­kiś czas wy­krzy­wiał mu bo­le­sny gry­mas.

- Po­pro­wa­dzę - po­wie­dział ko­mi­sarz.

Gallo się nie sprze­ci­wił.

Na wy­so­ko­ści Feli, za­miast je­chać pro­sto au­to­stradą, Mon­tal­bano skrę­cił w od­nogę pro­wa­dzącą do cen­trum mia­sta. Gallo nie za­uwa­żył tego ma­newru, po­wieki miał opusz­czone, głowę opie­rał o szybę.

- Gdzie je­ste­śmy? - za­py­tał, otwie­ra­jąc oczy do­piero w chwili, kiedy sa­mo­chód za­czął się za­trzy­my­wać.

- Przed szpi­ta­lem w Feli. Wy­sia­daj.

- Ale to nic ta­kiego, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

- Wy­sia­daj. Ktoś musi cię zba­dać.

- Ale zo­stawi mnie pan i po­je­dzie da­lej. Za­bie­rze mnie pan po dro­dze, wra­ca­jąc do Vi­gaty.

- Nie pleć bzdur. Idziemy.

Ba­da­nie, któ­remu pod­dano Galla - osłu­chi­wa­nie, trzy­krotne mie­rze­nie ci­śnie­nia, prze­świe­tle­nia i tym po­dobne - trwało po­nad dwie go­dziny. Wresz­cie orze­czono, że nie ma żad­nych zła­mań, ból zo­stał wy­wo­łany nie­for­tun­nym ude­rze­niem o kie­row­nicę, a stan osła­bie­nia to re­ak­cja na lęk, ja­kiego kie­rowca do­znał w chwili wy­padku.

- I co te­raz? - spy­tał Gallo, który wy­da­wał się co­raz bar­dziej przy­bity.

- A co ma być? Je­dziemy da­lej. Ale pro­wa­dzę ja.

We Flo­ri­dii był dwa albo trzy razy, pa­mię­tał na­wet, gdzie mieszka Tam­bur­rano. Skie­ro­wał się w stronę ko­ścioła pod we­zwa­niem Matki Bo­żej Ła­ska­wej, który pra­wie przy­le­gał do domu wi­ce­kwe­stora. Kiedy do­je­chał do placu, zo­ba­czył sym­bole ża­łoby i spie­szą­cych na na­bo­żeń­stwo lu­dzi. Uro­czy­stość za­częła się z opóź­nie­niem, nie tylko on mu­siał na­po­tkać prze­szkody.

- Pod­sko­czę do warsz­tatu, żeby spraw­dzili sa­mo­chód - po­wie­dział Gallo. - Po­tem przy­jadę tu­taj po pana.

Mon­tal­bano wszedł do za­tło­czo­nej świą­tyni. Msza do­piero co się roz­po­częła. Ro­zej­rzał się, ale nie roz­po­znał ni­kogo. Tam­bur­rano mu­siał stać w pierw­szym rzę­dzie, obok ka­ta­falku, przed głów­nym oł­ta­rzem. Ko­mi­sarz po­sta­no­wił zo­stać tam, do­kąd udało mu się do­trzeć - przy bocz­nym wyj­ściu; uści­śnie wi­ce­kwe­sto­rowi dłoń, kiedy będą wy­no­sić trumnę z ko­ścioła.

Na pierw­sze słowa księ­dza pra­wie pod­sko­czył. Był pe­wien, że się nie prze­sły­szał.

- Nasz drogi Ni­cola opu­ścił ten pa­dół łez...

Ze­brał się na od­wagę i do­tknął ra­mie­nia star­szej ko­biety.

- Prze­pra­szam pa­nią, czyj to po­grzeb?

- Świę­tej pa­mięci księ­go­wego Pe­co­raro. A co?

- My­śla­łem, że pani Tam­bur­rano.

- Nie, tam­ten miał się od­pra­wić u Świę­tej Anny.

Szybki marsz do ko­ścioła Świę­tej Anny za­jął mu kwa­drans. Zdy­szany, zlany po­tem, ko­mi­sarz pod­szedł do pro­bosz­cza, który stał w pu­stej na­wie.

- Prze­pra­szam... Po­grzeb pani Tam­bur­rano?

- Za­koń­czył się pra­wie dwie go­dziny temu - po­wie­dział ksiądz, wpa­tru­jąc się w niego su­rowo.

- Czy po­cho­wali ją tu­taj? - spy­tał Mon­tal­bano, uni­ka­jąc wzroku ka­płana.

- Ależ skąd! Po na­bo­żeń­stwie za­brali zmarłą sa­mo­cho­dem do Vibo Va­len­tia. Spo­częła tam w gro­bowcu ro­dzin­nym. Jej mąż, czyli wdo­wiec, po­je­chał za nią sa­mo­cho­dem.

Wszystko na nic.

Na placu Matki Bo­żej Ła­ska­wej za­uwa­żył ka­wiar­nię z wy­sta­wio­nymi na ze­wnątrz sto­li­kami. Kiedy Gallo pod­je­chał na­pra­wio­nym na­prędce sa­mo­cho­dem, była pra­wie druga. Mon­tal­bano opo­wie­dział mu, co się zda­rzyło.

- I co te­raz? - spy­tał Gallo po raz trzeci tego dnia, cał­kiem zbłą­kany w cze­lu­ściach za­smu­ce­nia.

- Zjesz ro­ga­lika, na­pi­jesz się gra­nity, którą ro­bią tu cał­kiem przy­zwo­icie, i wra­camy. Je­śli Pan Bóg bę­dzie nad nami czu­wał, a Matka Bo­ska nas po­pro­wa­dzi, na szó­stą bę­dziemy w Vi­ga­cie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki