PROLOG
Kwiecień 1942
Warszawa, targowisko na Kercelaku
- Nie! Nie strzelaj! Nie zabijesz mnie przecież na oczach mojego Felka!
Nie każ dziecku na to patrzeć!
Jeszcze sekundę wcześniej w tym miejscu panował wielki tłok. Kupujący z trudem przeciskali się między byle jak pozbijanymi z desek budami, w których handlarze sprzedawali na wagę ziemniaki, brukiew, kaszę i mąkę.
Ludzie tłoczyli się i zderzali ze snującymi się w tę i z powrotem
bystrookimi cwaniakami, którzy pod długimi płaszczami, na specjalnych
haczykach, mieli pozawieszane połcie słoniny i pęta kiełbasy ze
"Świniakowa", czyli Karczewa. Ludzka rzeka opływała niewielkie wózki i stoliki, przy których zażywne kobiety nawoływały, żeby kupować u nich
gorące pyzy w słoikach, a wychudzeni, jakby zawstydzeni inteligenci
próbowali spieniężyć lub zamienić na prawdziwy, znaczy niekartkowy chleb
palto żony, lakierki od surdutu lub zegarek cebulę jeszcze po ojcu.
Gwar, ścisk, zamęt.
I nagle cisza. Handlarze, kupujący, przyjezdni i miejscowi,
kieszonkowcy, benklarze, uczciwi obywatele, patrioci i szmalcownicy -
wszyscy cofnęli się zgodnie, tworząc zwartą ścianę ludzkich twarzy. W pustym kręgu na wydeptanej ziemi zostali tylko oni dwaj.
- Jestem niewinny!
Lufa visa zatańczyła Jurkowi przed oczami. Szczerbinka żadną siłą nie
chciała spotkać się z muszką. Ręka zrobiła się ciężka i miękka, palec na
spuście zmartwiał.
- W imieniu Polski Podziemnej...
- To pomyłka!
- ...zostałeś skazany na śmierć...
- Popełniasz błąd!
- ...za zdradę ojczyzny.
Cisza aż dzwoniła w uszach. Czas stanął w miejscu. Tamten - barczysty,
kędzierzawy blondyn o mięsistych ustach - najpierw zacisnął powieki i skulił się w sobie, ale kiedy strzał wciąż nie padał, uchylił oczy. Lufa
ośmiostrzałowego visa już nie tańczyła. Ona się zataczała i drżała. Do
licha! Czemu to takie trudne?
- Strzelaj! - dobiegł go zza pleców głos Mikrego. - Kończ sprawę!
Ale wystrzału wciąż nie było. Broń stawała się coraz cięższa, coraz
trudniej było nad nią zapanować. Kolba lepiła się od potu, lufa celowała
to w ziemię, to w niebo.
Blondyn zrobił dwa kroki w tył. Na białej jak płótno twarzy pojawił się
cień nadziei. I lekki uśmiech. Znowu się cofnął, mur gapiów za nim
rozstąpił się. Odwrócił się, chwycił za rękę oszołomionego chłopca w cyklistówce.
- Jerzyk, wal w skurczybyka, bo nam nawieje!
Wystrzał nie był głośny. Mężczyzna poczuł lekkie kopnięcie w nadgarstku.
W bazarowym powietrzu rozeszła się ledwo wyczuwalna woń spalonego
kordytu. Czy trafił? I tak, i nie. Pocisk posłany z rozchwianej ręki
tylko drasnął czaszkę tamtego. Ponieważ jednak była to kula kalibru
dziewięć, odłupała kawał kości i rozbryzgała po stojącym obok dziecku
buraczaną maź. Rykoszet uderzył w pobliską budę z używanymi ciuchami,
odrywając z deski długie drzazgi. Chłopiec nazwany wcześniej Felkiem
patrzył oszołomiony na dorosłego chwiejącego się bez tylnej połowy
głowy, a krwiste rozbryzgi na jego pucołowatej buzi sprawiały wrażenie
upiornych piegów. Usta wyglądającego na jakieś siedem lat dziecka
zaczęły wykrzywiać się w podkówkę, kiedy uścisk dorosłej dłoni na jego
rączce osłabł, rozluźnił się, a ciało jego ojca osunęło się w zadeptany
pył Kercelaka.
- Jerzyk! Chodu! Zgolamy do rikszy!
Mikry nie stracił rezonu. Szarpnął oszołomionego wciąż strzelca za
palto, wciągnął w rozstępujący się tłum i poprowadził w stronę ulicy
Towarowej, gdzie czekał transport. Zanim wsiedli do rikszy, pojawiła się
jeszcze Sarna, łączniczka z grubym blond warkoczem, która sprawnym
ruchem wyjęła Jerzemu z palców broń, schowała ją w zakamarkach swojej
spódnicy i zaraz rozmyła się w tłumie.
Chwilę później siedzieli obaj na podwójnej kanapie, a za nimi Welwet
sapał i stękał, naciskając pedały. Mikry rozejrzał się, szczególnie
pilnie lustrując wylot ulicy Leszno, którą raptem sto metrów dalej
zamykała pilnowana przez esesmanów brama getta - ale nigdzie nie było
widać Szwabów. Riksza skrzypiała i jęczała, ale mknęła już z szybkością
pozwalającą wyprzedzić ciągniętą przez wysuszoną szkapę kołową platformę
z poustawianymi na niej krzesłami dla pasażerów zmierzających z Kercelaka do Śródmieścia i dalej na plac Zbawiciela.
- No to się udało! - Odetchnął z ulgą Mikry, kiedy podskakując na
nierównym bruku, skręcili w Krochmalną, a potem we Wronią, gubiąc się w gąszczu odrapanych kamienic.
Jerzy Popławski, pseudonim Jerzyk, nie odpowiedział. Pęd powietrza
chłodził mu rozpaloną twarz, wyciskał łzy z oczu i łagodził wzbierające
w głębi gardła torsje. Ostatni raz czuł się tak dwudziestego ósmego
września trzydziestego dziewiątego roku, kiedy wraz z innymi
poznaniakami z 25 Dywizji Piechoty składał broń po bitwie o Warszawę.
Wtedy przegrał. Ale teraz to była chyba wygrana?
1
Kwiecień 2017
Warszawa, osiedle Ursynów
Wszedł do pokoju, stąpając na palcach, żeby nie obudzić Lusi. O leżącą
pod oknem staruszkę się nie bał. Nie narobi hałasu, bo od kilku dni
dogorywa podłączona do kroplówki z morfiną. Delikatnie postawił wiadro,
mocniej ujął mopa i cichutko jak myszka zaczął przemywać podłogę.
- Piotrek?
Zesztywniał. Wstrzymał oddech. Ale wiedział, że już jest za późno.
- Daj spokój, Piotrek, wiem, że to ty.
Ciężko westchnął, odłożył mop.
- Nie chciałem cię budzić, Lusia.
- W ogóle ostatnio mnie unikasz.
- Nie, ja... mam po prostu swoją robotę - skłamał.
Dziewczyna poklepała brzeg łóżka.
- Usiądź na chwilę.
Ostatni raz, niemal tęsknym spojrzeniem, obrzucił wiadro i mopa, po czym
podszedł i przysiadł na posłaniu.
Drobniutka i delikatna jak skrzydło ważki dłoń dziewczyny sprawnie
wymacała jego dłoń. Drobne palce wplotły się zwinnie pomiędzy jego
grube, pokancerowane licznymi bliznami, oszpecone tatuażami paluchy.
- To jak będzie?
- Z czym? - Udawał, że nie rozumie.
- Ty już dobrze wiesz. - Blade usta drgnęły w trochę tęsknym, a trochę
psotnym uśmiechu.
* * *
Godzinę później zbiegał z kilku stopni prowadzących do wejścia wprost na
szeroki chodnik ciągnący się wzdłuż ulicy. Znowu się zasiedział. A przecież lada chwila miał przyjechać ten facet z komodą.
Szybkim krokiem ruszył na przystanek autobusu 179, który dojeżdżał do
stacji metra Imielin.
- Gdzie cię podrzucić, Hamer?
Zatrzymał się jak wryty. Do licha, stracił czujność. Zapomniał przed
wyjściem z pracy zlustrować przez okno ulicę.
- Co masz taką minę, jakbyś akt oskarżenia zobaczył? - zarechotał
tamten.
Śmiechowi zawtórowały jeszcze dwa inne głosy.
Powoli zmierzył ich wzrokiem. Trzej faceci oparci o dwa nieprzepisowo
zaparkowane na ścieżce rowerowej beemki. Dwóch z nich pierwszy raz
widział na oczy. Młode wilczki o wyzywających spojrzeniach, skore do
wszczęcia jakiejkolwiek awantury, byle tylko się wyróżnić w oczach
szefa. Ci się nie liczyli.
Problem stanowił czterdziestoletni łysy i przysadzisty mężczyzna w rozchełstanej na piersi koszuli i rozpiętej marynarce, spod której z bezczelną ostentacją wyglądała na świat kolba siedemnastostrzałowego
glocka.
- Sie masz, Krokodyl - wycedził Piotr Hamer.
Tamten nie odpowiedział od razu. Przeniósł wzrok na budynek, potem
krytycznym spojrzeniem zlustrował Piotra. Cmoknął, splunął, pstryknął
palcami.
- Cienko się przędzie, co? - zagadnął.
Na przystanek podjechało właśnie 179. Wysiadła z niego para dość
młodych, sprawiających wrażenie zdezorientowanych ludzi. Potem drzwi się
zamknęły, silnik zawarczał, autobus mrugnął migaczem i w żółwim tempie
powlókł się w kierunku stacji metra. Piotr miał dość rozsądku, żeby nie
próbować do niego wsiadać.
- Na co ci ta robota z umarlakami? - kontynuował Krokodyl, wskazując
podbródkiem hospicjum.
Do budynku, który dopiero co opuścił Piotr, właśnie wchodziła para z autobusu.
- Rajcuje cię to czy jak?
Dwa wilczki znowu zarechotały. Jeden z nich oderwał się od swojego auta
i zrobił krok w stronę Piotra, ale krótkie warknięcie Krokodyla osadziło
go w miejscu.
- Spokojnie, Robal!
- Czego ty ode mnie chcesz? - zapytał Piotr. - Zabłądziłeś na Ursynowie?
Chcesz pożyczyć kasę?
Spore brzuszysko Krokodyla aż się zatrzęsło ze śmiechu. Jego pomagierzy
zmełli w ustach przekleństwa.
- Ty mi chcesz pożyczać sałatę, Hamer? - rechotał tak, że aż z kącika
oka musiał otrzeć łzę. - Masz tupet jak na takiego psiego chujka, w jakiego się zmieniłeś.
Znowu zapadło milczenie. Od strony odległej trasy do Piaseczna dobiegło
tylko jakieś gniewne trąbienie, ulicą obok nich przemknęło kilka
osobówek, niebo nad osiedlem rozchmurzyło się na moment i w tysiącach
okien blokowiska zalśniło słońce.
- Wsiadaj. - Krokodyl wskazał kciukiem czarne bmw 530d, na którego masce
przysiadł. - Podrzucę cię. Pogadamy po drodze. A propos, gdzie ty
właściwie teraz mieszkasz?
To była ostatnia informacja, jaką podzieliłby się z Krokodylem.
- Nie, dzięki - odparł, siląc się na swobodny ton. - Jestem na
warunkowym. Na co mi kłopoty?
- Myślisz, że to gorące auto? - Twarz mężczyzny wyrażała święte
oburzenie.
- Aż parzy.
Krokodyl z namaszczeniem pokiwał głową.
- Wiesz, że mógłbym im kazać - nie oglądając się, wskazał kciukiem dwóch
napiętych jak struny zakapiorów - zapakować cię do bagażnika, wywieźć do
Lasu Kabackiego i tam skończyć rozmowę?
- Wiem - odpowiedział szczerze Piotrek. - Tylko po co miałbyś to robić?
Paliwo coraz droższe, Kabaty wcale nie tak blisko, a ty masz trzylitrowy
silnik.
Tamten zdawał się chwilę trawić te słowa. W końcu westchnął, podszedł do
drzwi auta, położył grube paluchy na klamce. Wilczki strzyknęły w stronę
Piotra śliną.
- Do zobaczenia, Hamer - pożegnał się Krokodyl. - Bo to jeszcze nie
koniec.
* * *
Zdążył wybiec z metra na stacji Arsenał, kiedy zadzwonił telefon.
- No to jestem! - usłyszał sepleniący w warszawskim slangu głos
człowieka, którego ogłoszenie znalazł na olx. - Zabieraj pan ta komoda,
bo za chwyle musze być już na Chomiczówkie.
"Co to znaczy za chwilę?" - zastanawiał się, biegnąc Marszałkowską w stronę niebotycznie wysokich bloków osiedla Za Żelazną Bramą. "Czyżby
facet nie zamierzał pomóc mi wtargać tego na górę?"
Kiedy zdyszany wypadł na alejkę pod swoim kilkunastopiętrowcem, niebo
się zaciągnęło i po twarzy sieknęła go mżawka. Nieosłonięta niczym przed
deszczem komoda, którą zamówił w Internecie, już stała na asfalcie obok
pikapa. Na jego pace piętrzył się jeszcze jakiś stół i wyściełane -
kompletnie pewnie już nasiąknięte wodą - krzesła.
- No wreszcie. Cztery dyszki, jak żeśmy się umawiali - wyseplenił
barytonem człowiek w bejsbolówce z orłem białym i czarnej bluzie z gotyckim napisem: "Pamiętamy o kolegach z wyrokami".
Piotr zmierzył mebel krytycznym okiem. Choć niewątpliwie antyczny,
ozdobny, rzeźbiony we wzory, na zdjęciu w sieci wyglądał zdecydowanie
bardziej świeżo.
- Korniki z niego nie wylezą?
Czarna bluza aż się zagotował.
- A co ty mi tu, koleżko, skecze zaczynasz odstawiać? Cena ugadana.
Szafeczka pierwsza klasa. Mało jeżdżona, nietrykana. Można telewyzorek
se na niej postawić, albo posadzić lalunię, żeby rozłożyła kulaski.
Piotr otarł pot z czoła i podrapał z wahaniem ostrzyżoną na jeża głowę.
Dopiero wtedy sprzedawca dostrzegł jego tatuaże.
- No dobra, niech będą trzy i pół dyszki, jak dla kolegi spod celi.
- Ale pomożesz mi to wnieść?
Czarna bluza aż jęknęła z rozpaczy.
- Kochany, nie ma opcji, ja mam jeszcze stół dębowy oryginał i dwa
krzesła rokokoko na Chomiczówkie. Mogę ci najwyżej nadrzucić to cacko na
plery. W ramach przysługi gratis, bo mi na ziomala wyglądasz.
Chwilę później odjechał, a Piotr poczuł, że drewniane bydlę zaraz
wtłoczy go w asfalt. Komoda ważyła chyba ze sto kilo! Stał zgięty wpół,
ściskając na wysokości barków dwie nóżki, i rozpaczliwie rozglądał się
za jakąkolwiek odsieczą. Nie musiał długo czekać. Od osiedlowego
sklepiku po drugiej stronie uliczki oderwały się dwa szare cienie z postawionymi kapturami i rękami wbitymi w kieszenie.
- Pomóc z tym do windy, szefie?
- A ile to będzie kosztowało?
- Jedenastaka.
- Dlaczego akurat jedenaście złotych? - wysapał Piotr, czując, jak z każdą sekundą opuszczają go siły.
- Dwie nalewki wiśniowe po pięć pięćdziesiąt za butelkę. Rachunek jak
dla pierwszaka.
Spojrzał tęsknie w stronę odległych o pięćdziesiąt metrów drzwi do
bloku. Właśnie się otworzyły, wypluwając z wnętrza kilkunastu
wyglądających identycznie Azjatów. Jedenaście złotych. Nie miał do
wydania takiej forsy. Cały jego majątek to sto trzydzieści. A przecież
trzeba coś jeść do końca miesiąca.
Ruszył. Po pierwszym kroku myślał, że zaraz pękną mu rzepki kolanowe, po
drugim puls zadudnił w głowie. Z każdym kolejnym szło się jednak lepiej.
Doczłapał do wejścia, sympatyczna staruszka przytrzymała mu drzwi,
wkroczył na klatkę schodową.
Na windę czekał tłum ludzi. Pani z dwoma dogami arlekinami, kolejna
grupka skośnookich, starszy pan z wózkiem wypełnionym zakupami z pobliskiej Hali Mirowskiej. Co robić? Czekać na kolejną windę? Piotr
czuł, że jeśli raz postawi mebel, już więcej go nie uniesie. Sam nie
wierząc, że to robi, ruszył ku schodom. I znów - pierwszy krok był
piekłem, drugi już tylko cierpieniem. A trzeci po prostu wysiłkiem ponad
siły.
Spocony i zadyszany spłoszył całującą się parę nastolatków na pierwszym,
gromadkę gimnazjalistów zaciągających się blantami na drugim i pana
Zalewskiego na trzecim, który jak zwykle był zbyt pijany, by trafić
kluczem w zamek kraty odcinającej ślepą kiszkę klatki schodowej, w której mieściło się jego mieszkanie.
Kwadrans później, spocony jak mysz, ledwo stojąc na nogach i z obolałymi
plecami, wycierał komodę z wody w swojej kawalerce. Swojej? Zwykła
wynajmowana dziura na osiedlu zamieszkanym już niemal wyłącznie przez
emerytów i wietnamskich lokatorów gnieżdżących się po kilkunastu w jednym lokalu. Piąte piętro, znośny widok na sąsiedni piętrowiec,
kuchnia w wypłowiałej tapecie imitującej cegłę, pokój w przedpotopowej
boazerii. Poza tym gołe ściany. Prawie tysiąc złotych miesięcznie plus
czynsz, prąd i woda. Sporo jak na recydywistę stawiającego pierwsze
kroki na drodze praworządności i cnoty.
Handlarz trafił w sedno, rzeczywiście planował ustawić na komodzie
telewizor. Oczywiście jak już uzbiera na używany. Skończył wycierać i przyjrzał się swojemu pierwszemu nabytkowi w nowym mieszkaniu.
Poszarzała, odłażąca politura. Masywny blat, pod nim dwie szuflady z fantazyjnymi, chyba mosiężnymi uchwytami. Jeszcze niżej dwoje drzwiczek
do szafek z półkami. Na drzwiczkach rzeźbione motywy słońca i jakichś
strażników z halabardami. Koleś w patriotycznej bejsbolówce miał rację.
Rokokoko.
Spróbował wysunąć szuflady. Jedna wyszła gładko, druga z trudem. Coś ją
musiało blokować. Później się sprawdzi. A zresztą, i tak nie za bardzo
miał co do niej schować. Otworzył więc szafki. Zajrzał do środka,
powyjmował półki, opukał plecy komody. Od razu wyczuł, że są mocno
obluzowane - to pewnie one blokowały szufladę. Natężył się, odsuwając
mebel od ściany, i zaszedł go od tyłu. Tak, wcześniej nie zauważył, ale
plecy ledwo się trzymały. Ktoś musiał upychać w komodzie za dużo gratów
i wypchnął niechcący jej plecy. Z drewnianej obudowy wyskoczył cały
rządek gwoździków. Jedna z szuflad, nie znajdując oparcia, zeskoczyła z szyny, przechylając się nieco.
Piotrek nie miał młotka, ale miał adidasy marki Puma. Zdjął więc jeden,
przyklęknął, wycelował i zaczął dobijać plecy podeszwą. Komoda zadrżała,
sklejka trzasnęła, coś brzęknęło o podłogę. Nachylił się i ujrzał...
- Ja pierdykam! - Aż gwizdnął z podziwu.
Na podłodze leżał pierścionek. Chyba złoty. A do tego z maleńkim, ładnie
osadzonym brylantem. Zdecydowanie stary, bo pokryty kurzem i patyną.
2
Kwiecień 1942
Warszawa, getto żydowskie
Welwet podwiózł go rikszą w pobliże bramy na Lesznie. Szlaban był
właśnie podniesiony, a brukowaną ulicą między dwiema ścianami fasad
zaniedbanych kilkupiętrowych kamienic maszerowali ludzie z opaskami z gwiazdą Dawida eskortowani przez dwóch żandarmów. To byli prowadzeni do
pracy w aryjskiej części dzielnicy Żydzi, po obu stronach muru nazywani
placówkarzami.
- Gotów? - szepnął zza jego pleców siedzący na rowerowym siodełku
Welwet.
- Jeszcze jak! - Jerzy starał się zawadiackim tonem zamaskować
wyciskający mu soki z żołądka strach.
- Powodzenia!
Jurek Popławski wstał z kanapy, prostując się na całą wysokość,
obciągnął garnitur, wyrównał kapelusz, przesunął aktówkę pod pachę.
Przed wojną, choć w dniu jej wybuchu był niespełna dwudziestolatkiem,
lubił nosić się elegancko. Czy to w mundurze, czy po cywilnemu. Zresztą,
chyba głównie swojej prezencji zawdzięczał to, że został ordynansem
rotmistrza Antoniego Paszkowskiego, dowódcy 25. szwadronu kawalerii
dywizyjnej. Ale to stare dzieje. Potem, w obozie jenieckim w Woldenbergu, a zwłaszcza później - po ucieczce wraz z sześcioma kolegami
z baraku w Oflagu II C - wymogi konspiracji kazały się nosić nijako.
Bufiaste spodnie, wyświechtana marynarka, cyklistówka. Teraz, w garniturze i pod krawatem, w bryczesach i wypastowanych na glanc
oficerskich butach "szklankach", czuł, jak powoli powraca mu dawna
pewność siebie.
Ruszył bez słowa w kierunku strażniczej budki, przy której kręcił się
postawny esesman z plecionym skórzanym pejczem. Na jego widok
Popławskiemu znów skurczyło się serce, ale energiczny stukot jego
podkutych zelówkami butów szybko go uspokoił.
"Jesteś Niemcem. Ważniakiem. Przyjechałeś tutaj aż z Krakowa z rozkazu
gubernatora Hansa Franka", powtarzał w myślach jak litanię.
Esesman już go spostrzegł. Wyszedł przed opuszczony ponownie szlaban,
stanął w rozkroku, skrzyżował na plecach dłonie z pejczem. Popławski
dostrzegł na jego barkach pagony rottenführera.
- Stać! - wydarł się Niemiec.
Nogi niemal wykonały rozkaz. Głowa jednak zmusiła je do dalszego marszu.
Szedł energicznym krokiem prosto na strażnika.
- Stój, bo zastrzelę jak psa! - Esesman przełożył pejcz, sięgając prawą
dłonią do kabury przy pasie.
Jerzy Popławski zatrzymał się metr od niego.
- Czego się pan tak wydziera, rottenführer? - zapytał spokojnie idealną
niemczyzną, jaką wbito mu do głowy w Marcinku, renomowanym poznańskim
liceum. - Do Niemca chce pan strzelać? Przeszedł pan na stronę Żydów?
Esesman aż spurpurowiał.
- Ja? Do Żydów? Jak pan śmie?!
Do Popławskiego dotarło, że przeholował. Nie mógł jednak teraz spuścić
nagle z tonu.
- Nazwisko?
Niemiec zmierzył go wściekłym wzrokiem, ale dobra pruska tresura wygrała
z emocjami.
- Rottenführer Josef Blosche! - Strzelił obcasami. - A ty to kto?
Jerzy zauważył kątem oka, że ruch wokół nich zamiera. Z budki wyszedł
drugi strażnik i gapił się na nich ze zmarszczonym czołem, kilkoro
kręcących się w pobliżu ludzi z opaskami zerkało na nich lękliwie.
- Doktor Gustaw von Plessen - odpowiedział, podając Niemcowi dokumenty
wykonane przez Wydział Legalizacji i Techniki powołanej dopiero co Armii
Krajowej. - Główny Kontroler Instytutu Zapobiegania Epidemii Tyfusu.
W oczach esesmana znowu zabłysła wściekłość.
- Jesteś cywilem? I obrażasz żołnierza SS?
- Jestem cywilem przysłanym tutaj z rozkazu samego gubernatora Hansa
Franka, naczelnika Generalnego Gubernatorstwa. - Popławski wytrzymał
spojrzenie żołdaka. - Cywilem, któremu przed chwilą groziłeś śmiercią.
Z tamtego lekko uszło powietrze.
- Wy w Krakowie żyjecie sobie jak pączki w maśle - wybąkał Niemiec. -
Nie macie pojęcia, jaki bandytyzm panuje w Warszawie. Tu trzeba być
czujnym, bo inaczej...
- Przysłano mnie, abym zbadał zagrożenie epidemiologiczne w dzielnicy
żydowskiej - wszedł mu w słowo Jerzy. - Podobno nie radzicie sobie z zarazą tyfusu.
Podoficer tylko wzruszył ramionami.
- Spóźniłeś się pan. Żydłaki padały tutaj jak muchy, ale to było w zeszłym roku. Teraz jest już z nimi dużo lepiej.
- Mimo to wykonam swoje obowiązki - zauważył sztywno von Plessen. - I uprzedzam, że będę się tu pojawiał codziennie, co najmniej przez dwa,
trzy tygodnie.
Bez dalszych wyjaśnień wyjął z dłoni Josefa Blosche swoje fałszywe
papiery i ruszył przed siebie.
- Pieprzony arystokratyczny dupek - usłyszał za plecami teatralny szept
rottenführera. - Oby cię w tym śmietniku oblazły wszy, urzędasie!
* * *
Kiedy ruszył przed siebie ulicą Leszno, pochwycił przelotne spojrzenie
dziewczyny o ciemnej karnacji i wielkich czarnych jak dwie studnie
oczach. To była tylko chwila, ułamek sekundy. Zaraz się odwróciła,
furkocąc falbaną sukienki uszytej z dwóch poszew, i zawróciła w kierunku
bramy na przeciwległym końcu getta. Ktoś za nią zawołał:
- Hej, Cyla! Królowo Deptaka!
Odwróciła się nieco, posłała wielbicielowi promienny uśmiech i zamaszyście ruszyła przed siebie, ciągnąc za sobą dziesiątki pełnych
podziwu męskich spojrzeń.
"Cyla" - pomyślał dziwnie wytrącony z równowagi.
Zaraz się jednak zreflektował. Ot, jeszcze jedna zamknięta w getcie
Żydówka. W sumie jest ich tu wszystkich ponoć czterysta tysięcy.
Straszny tłok. Ale skoro mają siłę strzelać oczami i flirtować, to chyba
nie jest z nimi tak źle, jak szepczą niektórzy żydofile po aryjskiej
stronie muru. Hitler to śmiertelny wróg, ale problem żydowski rozwiązał
po wizjonersku. Nareszcie przestali się panoszyć, głuszyć polską
przedsiębiorczość, cisnąć uczciwych ludzi lichwiarskimi kredytami.
Jerzy Popławski, paniczyk z niedużego majątku w Kórniku pod Poznaniem,
dandys i kawalerzysta, marzył o Rzeczypospolitej wolnej od lichwy,
wyzysku, cwaniactwa i zmowy handlowej. Czystej i świętej. Takiej, w której Polak Polakowi byłby bratem, przyjacielem, pomocną dłonią w potrzebie. Takiej, jakiej nadejście wieszczono w powszechnie czytanym w Poznaniu i Wielkopolsce "Małym Dzienniku" i "Rycerzu Niepokalanej".
Krótko mówiąc, Polski bez komuchów, lewaków i Żydów.
Szedł dalej w gęstniejącym tłumie. Życie getta toczyło się głównie na
ulicy. Mijał handlarzy starzyzną, głównie różnymi ciuchami, którzy
zajmowali całe chodniki. Przeciskał się obok węglarzy sprzedających
czarne bryłki na sztuki. Patrzył na kobieciny pchające oplecione
drucianą siatką dziecięce wózki, w których poukładały swoje rachityczne
wypieki.
"Po co im te siatki?" - zastanowił się. "I co się stało z małymi
dziećmi?"
Odpowiedź na pierwsze pytanie otrzymał, gdy doszedł do skrzyżowania i skręcił w Karmelicką.
Tu tłum zrobił się jeszcze gęstszy, w uszy uderzyła jeszcze większa
wrzawa.
- Do gorącej kawy! Do słodkiej! - nawoływały sprzedawczynie stojące przy
osmalonych garach pełnych czarnej lury, z których wystawały zatopione w nich chochle.
- Receches, łatkes, hajse! - darły się baby w chustach tulące do siebie
miski pełne racuchów kartoflanych po sześćdziesiąt groszy sztuka.
Nagle tuż obok Jurka śmignął jakiś cień. Człowiek w łachmanach,
zarośnięty, rozczochrany, chudy jak szkielet. Z niespodziewaną
zwinnością doskoczył do oplecionego siatką wózka z wypiekami, wężowym
ruchem wsunął pod drut rękę, porwał placek i rzucił się do ucieczki.
- Chaper! Chaper! Łapać chapera! - zawrzał tłum.
Chudzielec uciekał, pożerając równocześnie swoją zdobycz, ale nie
dobiegł daleko. Trzydzieści metrów dalej wpadł prosto w ręce dwóch
raczej wątłych, ale pełnych urzędowego dostojeństwa mężczyzn w granatowych czapkach z jasnoniebieskimi otokami. Byli uzbrojeni w pałki
i wiedzieli, jak ich użyć. Obalili złodzieja na ziemię i z furią zaczęli
go okładać.
- Halt! - ryknął Popławski, zanim zdążył się zastanowić, co robi.
Tamci zamarli w postawie usłużnego wyczekiwania. Głodomór wykorzystał
ten moment, żeby pozbierać z bruku okruszki. Niektóre potoczyły się aż
do rynsztoka i pod leżące w nim ciało truposza. Równie jak on chudego i zaniedbanego, tyle że już martwego. Popławski przeczytał bezwiednie
tytuł w przykrywającej litościwie jego twarz "Gazecie Żydowskiej":
"Funkcjonariusze ŻSP w piwnicy przy ulicy Pawiej znaleźli rozkawałkowane
i niekompletne ciało Miry Applestein. To już ósma ofiara Golema!". ŻSP?
Co to takiego? Przeniósł wzrok na wpatrujących się wciąż w niego cudaków
z pałkami i wtedy dostrzegł na mankietach ich marynarek żółte opaski z napisem: "Żydowska Służba Porządkowa". Aha.
- Co tu się dzieje? - spytał po niemiecku.
- Przecież to chaper, szanowny panie! - odezwał się starszy stopniem
(miał na środku czapki nabite dwa gwoździe).
A widząc, że człowiek w garniturze nadal przygląda mu się badawczo,
wyjaśnił:
- Chaper, od polskiego słowa "chapnąć", czyli złapać znienacka. Podbiega
taki głodomór do stoiska, kradnie i zjada w czasie ucieczki. Darmozjad.
Popławski zaczął żałować, że się wmieszał. Żydki biją Żydka, wielkie
rzeczy!
- Co z nim zrobicie?
Funkcjonariusze spojrzeli tylko po sobie.
- Do aresztu na Gęsią szkoda nawet takiego prowadzić. - Wzruszył
ramionami ten z dwoma gwoździami. - Myśleliśmy, że damy mu parę
kuksańców i tyle. I tak toto zaraz z głodu zdechnie.
Powoli pokiwał głową. Patrzyły na niego dziesiątki, jeśli nie setki par
oczu. Nieźle. Jak na żołnierza wykonującego tajną misję narobił wokół
siebie niezłego rabanu. Brawo. Jak teraz z tego wybrnąć?
Na szczęście chaper skończył wybierać z ulicy okruszki i galopując na
czworakach, rzucił się Karmelicką w dół ku Lesznu. Sekundę później
zniknął w tłumie.
- Dobra robota - pochwalił funkcjonariuszy Jerzy i czym prędzej ruszył w przeciwną stronę.
"Masz zadanie. Skoncentruj się" - upomniał się, idąc niespiesznie
Karmelicką w kierunku skrzyżowania z Dzielną i Więzienną. To był jego
cel. Główny punkt obserwacyjny na trasie wiodącej do więzienia na
Pawiaku. A w przyszłości, być może, także miejsce akcji.
3
Dziewczyna mu uciekała. Zamknęła oczy, zwiotczała, jej skóra zrobiła
się sucha i zimna. Zimny był nawet różowawy pot na jej czole. Swoją
drogą zabawne, że człowiek, który bardzo cierpi, poci się krwią.
Tak czy inaczej, za wcześnie na umieranie. Jeszcze się nią nie
nacieszył. Jeszcze nie wycisnął z niej ostatniej kropli upokorzenia i strachu. Powoli, z namaszczeniem, zlizał perlące się na jej czole
kropelki. Uwielbiał ten smak. Potem zamaszyście uderzył dłonią jej
piersi. Z lewej, z prawej grzbietem dłoni i znów z lewej. Zakołysały
się, obijając o siebie jak dwa dojrzałe owoce. Chwycił sam czubek sutka,
ścisnął, wykręcił. Dopiero wtedy uchyliła powieki. Przez chwilę patrzyła
nieprzytomnie, jakby z innego, odległego miejsca. Ale w końcu sobie
przypomniała, gdzie jest i, przede wszystkim, w czyich rękach. Jęknęła,
załkała. Jej związane w boleśnie wygięty pałąk ciało zadrżało.
Spróbowała wyprostować nogi, co spowodowało zaciśnięcie pętli na szyi.
Spod knebla w ustach dobiegło ciche rzężenie.
Z niemal nabożnym pietyzmem poprawił jej czarne, kręcone loki. Tak aby
symetrycznie opadały na nagie ramiona. Trzeba przyznać, że miała ładne
włosy. Długie i gęste. W getcie, gdzie niemal wszyscy nie dojadają,
zdrowe włosy to rzadkość.
Ostrożnie poluzował knebel. Musiał być czujny. Nad nimi, tuż nad
sufitem niskiej piwnicy, mieszkała niczego nieświadoma rodzina. Taki był
właśnie największy problem z tą żydowską dzielnicą. Tu wszędzie byli
ludzie. Trudno o prywatność. O słodkie sam na sam.
Dziewczyna jednak ani myślała już krzyczeć. Za bardzo była przerażona.
I osłabiona. Na jej siniejących powiekach przysiadła już śmierć. Musiał
się spieszyć.
- Zrobię... wszystko. Tylko daruj życie - szepnęła.
Czule pogłaskał ją po czarnych puklach.
- Wiem - odpowiedział łagodnym głosem. - Przecież już wszystko
zrobiłaś.
Zapłakała. W tym szlochu była bezradność i kapitulacja. Przerażenie.
Jego ulubiona potrawa z całego menu umierania.
Delikatnym ruchem znowu ją zakneblował. Szarpnęła się, na nowo
zaciskając pętlę i na chwilę pozbawiając się tchu. Wybałuszyła oczy.
Odpowiedział przyjaznym uśmiechem, uspokajająco poklepał jej opuchnięte
i posiniaczone piersi. A następnie wstał, odebrał z rąk swojego
milczącego pomocnika wyostrzony rzeźniczy nóż i stanął nad nią okrakiem.
Długą chwilę sycił się widokiem wijącego się między jego nogami nagiego,
zmaltretowanego ciała. W końcu jednak wziął się do roboty.
4
Kwiecień 2017
Warszawa, aleja Jana Pawła II
Otwierał właśnie drzwi do usytuowanego w długim ciągu biegnących wzdłuż
alei Jana Pawła II piętrowych pawilonów lombardu, kiedy niemal
staranowała go eteryczna staruszka energicznie dziobiąca chodnik laską.
Piotr w ostatniej chwili zatrzymał się w pół kroku, wpuszczając
kobiecinę do środka.
Nawet na niego nie spojrzała, nie wspominając już o "dziękuję".
Przypadła do lady zdyszana jak Gołota po pierwszej rundzie z Tysonem.
- Chce pani coś u nas zastawić? - podpowiedział jej tłusty byk z rozległym, wielobarwnym tatuażem na przedramieniu przedstawiającym
czaszki, ciernie i inne wymuskane obrazki, które można sobie wykłuć w salonie za kilkaset złotych.
Piotrek bezwiednie rzucił okiem na swoje dłonie pokryte zrobionymi w więzieniu kulfonami: napis "siła" na czterech palcach prawej dłoni i "honor" na pięciu lewej. Do tego łeb węża na wierzchu prawej i róża w podkowie - symbol zakładu karnego w Białołęce - na lewej.
Chętnie by się pozbył tego wydziarganego badziewia.
Babina drżącą ręką wysupłała z torebki jakiś wisiorek i z bolesnym
westchnieniem położyła na ladzie. Tłusty zgarnął go jednym ruchem ręki.
Obejrzał, zważył, poskrobał. W tym czasie kobiecina trajkotała jak
najęta. O pamiątce po matce, o wielkiej wartości starej biżuterii i beznadziejnym losie polskiego emeryta. Zanosiło się, że Piotr spędzi w lombardzie dłuższą chwilę.
Sięgnął więc do kieszeni i wyjął znaleziony w komodzie pierścionek. Ale
fart! Jak dobrze zagada ze sprzedawcą, może wystarczy forsy na używany
telewizor. Babcia nawijała dalej coraz bardziej płaczliwym tonem,
Piotrek obejrzał więc błyskotkę dokładniej. Dopiero teraz spostrzegł, że
na wewnętrznej stronie obrączki, dość nieporadnie, wyryto serduszko i maleńkie litery. Zmrużył oczy i przeczytał: "C i J 1943 B.H.O.".
Co to miało znaczyć? Jakiś szyfr? Inicjały? Tak czy inaczej, pierścionek
musiał być starszy, niż myślał. "1943" to zapewne rok. Czasy wojny.
- Jak to osiemdziesiąt złotych? - Rozmyślania przerwało mu kwilenie
starowiny. - Proszę pana, to na pewno jest więcej warte!
Tłusty tylko pokręcił przecząco głową. Ziewnął, potarł nos, przeniósł
spojrzenie na następnego klienta w kolejce.
- Ależ proszę pana! - nie odpuszczała babcia. - Musi mi pan dać więcej.
To rodzinna pamiątka! Poza tym samego długu w sklepie u pani Krysi mam
sto dwadzieścia złotych! A to już ostatnia rzecz, jaką mam do
sprzedania. Co ja pocznę z osiemdziesięcioma złotymi? A jeszcze prąd,
gaz, woda, lekarstwa?
- Tu nie pomoc społeczna - skwitował artystycznie wytatuowany tłuścioch.
- Na litość to może se pani brać księdza, ja robię biznesy. Następny! Co
pan tam masz?
Wyciągnął szyję, zerkając na trzymany przez Piotra pierścionek.
Starowinka chyba zrozumiała, że jej czas przemija. Chlipnęła więc
ostatni raz, wytarła spod grubych jak soczewki teleskopu Arecibo
okularów łzę i wróciła do negocjacji.
- To może chociaż dziewięćdziesiąt pan mi da?
Handlarz nawet na nią nie spojrzał.
- Osiemdziesiąt pięć? - jęknęła.
Piotrek poczuł, że robi mu się gorąco. Typ impulsywny osobowości
chwiejnej emocjonalnie - brzmiała diagnoza postawiona mu kilkanaście lat
temu, podczas pierwszej odsiadki jeszcze w poprawczaku. Zawdzięczał to
coś ponoć tatusiowi, który z regularnością metronomu lał żonę i swoje
dzieci - Piotrka i jego siostrę. Z tego, co pamiętał, miało to oznaczać,
że nie umie sobie radzić w zwykłych, ale stresujących sytuacjach. Na
każdą drobną trudność reagował albo wybuchem niepohamowanej agresji,
albo całkowitym wycofaniem. Żadnych stanów pośrednich. Tylko walka lub
ucieczka.
Tym razem nie miał ochoty uciekać. Tłusty go wkurzał. Zaczynał już sobie
wyobrażać, jak za moment sięgnie przez ladę i złapie go za grube
podgardle, a potem przyciągnie do siebie i...
- Stop! - powiedział na tyle głośno, że tamci przerwali i spojrzeli na
niego pytająco.
"Jesteś teraz innym człowiekiem" - dokończył już w myślach. "Skończyłeś
z tamtym życiem".
- Pan coś mówił? - zainteresował się tłusty.
Hamer wiedział, że musi to przerwać. Natychmiast. Inaczej wybuchnie i będzie źle.
- Tak - odparł. - Mówiłem. Ale nie do ciebie, spaślaku, tylko do tej
pani - dodał, sięgając do kieszeni.
Wyjął kilka pomiętych banknotów i kilka monet. Odliczył sto dwadzieścia
złotych i wręczył je staruszce. Szybkim, ptasim ruchem chwyciła forsę i rączo stukając laseczką, pognała do wyjścia.
- He, he, samarytanin! - zaśmiał się sprzedawca. - Nawet ci nie
podziękowała.
Nie odpowiedział. Wypadł na ulicę jak wynurzający się nurek, któremu pod
wodą skończyło się powietrze w butli.
- Mało brakowało - szepnął, zatrzymując się na chodniku i rozglądając
wokół siebie.
Szeroką ulicą uspokajająco pędziły samochody, na prawo - pod sklepem na
rogu z aleją Solidarności, swojsko pohukiwali pijacy, daleko w dali na
lewo wiatr poruszał monotonnie łysymi badylami drzewa stojącego obok
wejścia do muzeum gestapowskiego więzienia na Pawiaku. Odetchnął
głęboko, wygładził myśli.
Co teraz? Wciąż miał pierścionek. Do tłustego handlarza wprawdzie nie
wróci, ale są przecież inne lombardy. Tylko... przypomniał sobie
pochlipującą staruszkę. Ta błyskotka z komody też pewnie była czyjąś
rodzinną pamiątką. Nieoczekiwanie dopadła go szalona myśl, żeby odnaleźć
jej właścicielkę i zwrócić pierścionek. To byłby ładny, choć kompletnie
bezsensowny gest. W miejscu, w którym się wychował - na ulicy
Strzeleckiej na warszawskiej Pradze - uznano by go za szczyt frajerstwa.
Ale Piotr przecież właśnie przed tym miejscem uciekał. Dlatego po
wyjściu z więzienia wynajął kawalerkę na drugim brzegu Wisły, żeby
odciąć się wreszcie od tego, co dotąd ciągnęło go w otchłań. Może więc
jednak popełnić to szaleństwo? To byłby dobry początek jego nowego
życia. A poza tym kto wie? Może właścicielka pierścionka by go
wynagrodziła? Może nawet dostałby więcej niż sto, sto pięćdziesiąt
złotych, na które może liczyć u tych pazernych lichwiarzy z lombardów?
Odetchnął głęboko warszawskim smogiem. Pomarzyć fajna rzecz. Ale życie
jest życiem. Jeśli szybko nie spienięży tej błyskotki, będzie do końca
miesiąca lizał łapę. Więc... No dobra, jeszcze dzisiaj nie musi szukać
innego lombardu. Może trochę poudawać przed samym sobą, że jeszcze się
nad tym ruchem zastanowi. Może nawet poradzi się Lusi?
- A na razie nie jest źle. - Próbował oszukiwać sam siebie. - W końcu
wypłata już za dziesięć dni, a mi zostało jeszcze całe dziesięć złotych.
5
Kwiecień 2017
Warszawa, ulica Hozjusza na Żoliborzu
Z sądu rejonowego przy ulicy Kocjana 3 udało mu się dotrzeć na Żoliborz
bez stania w korkach. Na Krasińskiego jak zwykle bardziej przycisnął
gaz, płosząc guzdrzących się na ścieżce rowerowej cyklistów. Minął
kościół św. Stanisława Kostki, w którym był pochowany jakiś ksiądz czy
inny święty, skręcił w prawo i znów w prawo. Zwolnił przed otwieraną
pilotem bramą. Ignorując kłaniającego mu się z okienka strażniczej budki
ochroniarza, zjechał do garażu podziemnego. Nie bez wysiłku wcisnął
swojego SUV-a pomiędzy lexusa RX i mercedesa ML sąsiadów. Wysiadł,
starając się nie obtłuc drzwi, przeciągnął palcem po klamce i kiedy auto
pożegnało go zwielokrotnionym przez echo klik!, ruszył w stronę schodów.
Na pierwszym stopniu zatrzymał się, obejrzał, zlustrował swoje auto w modnym kolorze białej perły.
- Cayenne. - Przez chwilę smakował jego nazwę. A potem skrzywił się jak
ktoś, komu trafiła się kwaśna, niedojrzała czereśnia, i wypluł jeszcze
cztery słowa: - Cayenne, porsche dla ubogich.
A do tego zaledwie sześciocylindrowy silnik. Prawie najtańsza opcja z całej oferty położonej w Lipsku firmy. Trochę wstyd.
"Mecenas Szymon Drzazga" - głosiła mosiężna tabliczka na dębowych
drzwiach prowadzących do apartamentu na parterze. Otworzył je, wszedł do
wąskiego holu, z którego można było przejść do łazienki, sypialni i salonu z aneksem kuchennym. Drzwi tarasowe na granicy salonu i aneksu
wiodły do mikroskopijnego ogródka. Głupie siedemdziesiąt metrów. Co z tego, że w jednym z najbardziej prestiżowych miejsc stolicy, gdzie metr
kwadratowy kosztował trzydzieści pięć tysięcy?
Ciasnota, sąsiedztwo za ścianą, zero prawdziwego prestiżu.
Położył laptop na cisowym stoliku pod kryształowym lustrem w modernistycznej ramie i czujnie przyjrzał się swojemu odbiciu.
Trzydzieści pięć lat, nieźle dopasowany garnitur, wypracowana w fitness
clubie sylwetka. Nieco za mała szczęka, za wąskie usta, zbyt zakrzywiony
nos, jak za przeproszeniem u jakiegoś Żyda. Za to spojrzenie jak trzeba.
Zimne, błękitne, pewne siebie. Z nutką czegoś nieobliczalnego. Z iskrą
zaczepnej pogróżki.
- Daję ci pół roku - poinformował chłodnym głosem tamtego. - Do tego
czasu masz zamknąć tę sprawę.
Skończył, odwrócił się i wszedł energicznym krokiem do salonu. Nie
zwalniając, zgarnął pilota ze stolika z dębowym blatem i włączył
rozciągający się na całą ścianę telewizor. Zalał go szum serwisu
informacyjnego. Kurs franka, stan gospodarki ożywionej 500+,
nieprawidłowości przy zwrocie stołecznych kamienic, dewiant, który w ubiegłym roku odciął kobiecie głowę, uznany za poczytalnego.
Nie słuchając wiadomości, Drzazga podszedł do sterylnie czystej kuchni -
w której szczytem jego kulinarnych osiągnięć było odgrzanie paelli w mikrofalówce - i włączył ekspres. Zaprogramował podwójne espresso latte,
odczekał, odebrał, umoczył usta. I opadł z filiżanką Rosenthala na obitą
wielbłądzią skórą sofę.
- Pół roku - powtórzył. - A potem wypierdalam z tego getta do domu z basenem i bentleyem w garażu.
6
Kwiecień 1942
Warszawa, getto żydowskie
Cyla Bartycka przeciskała się przez tłum zapełniający ulicę Karmelicką,
nie tracąc z oczu elegancika. Mężczyzna był dosyć wysoki, ale nie aż na
tyle, żeby górować nad rzeką głów płynących ulicą. Miał jednak coś, co
go wyróżniało - kapelusz. W getcie od dawna nikt już ich nie nosił.
Wszystkie zostały sprzedane i wywiezione za mur, na aryjską stronę.
Właściwie sama nie wiedziała, dlaczego go śledzi. Chociaż "śledzi" było
za mocnym słowem. I tak szła w stronę domu położonego w IV Rejonie, przy
Świętojerskiej.
Dziwny facet. Niemiec, to pewne. Gustaw von Plessen, jeśli dobrze
podsłuchała. Wyprężony po wojskowemu blondyn z prostym nosem i wydatną
szczęką. Ale chyba nie z gestapo. Choć to, w jaki sposób ustawił
Frankensteina - jak w getcie przezywano tę krwiożerczą bestię,
rottenführera Josefa Blosche - świadczyło o tym, że jest jakimś
ważniakiem. Lecz skoro tak, to dlaczego chwilę później ujął się za
schwytanym przez tych sługusów z ŻSP chaperem?
Mężczyzna stał teraz obok zakładu, w którym przerabiano dziecięce wózki
na ruchome stoiska handlowe. Gapił się w milczeniu na długie rzędy
spacerówek i gondol, jakby nie rozumiał, skąd tutaj tyle ich się wzięło.
Nie słyszał o epidemii tyfusu z zeszłego roku, która zabrała z getta
większość starców i dzieci?
O, ruszył. Wolnym krokiem w kierunku Pawiaka, wciąż ściskając pod pachą
aktówkę. Więc może to jednak gestapo? Jeśli tak, to dlaczego zachowuje
się tak wstrzemięźliwie? Niemcy w getcie albo zaraz wyciągali aparaty
fotograficzne i cykali zdjęcia trupów i żebraków, albo wrzeszczeli i trzaskali na odlew w twarz, by natychmiast uzyskać potrzebną im
informację.
W końcu Cyla postanowiła dać sobie spokój ze śledzeniem elegancika.
Szkoda fatygi. W domu czekali bracia. Starszy od niej o sześć lat,
dwudziestopięcioletni Adam, nie wymagał opieki. Od wielu dni, ba! od
miesięcy, siedział zapatrzony w okno i obserwował spacerowiczów w ogrodzie Krasińskich po drugiej stronie muru. Czasem tylko gwałtownie
wstawał i wychodził z pokoju, w którym gnieździła się cała ich
pięcioosobowa rodzina. Znikał wtedy na kilka dni, po czym wracał -
jeszcze bardziej smutny, melancholijny, wychudły - i znów zasiadał w oknie. Problem stanowił Artur, jej ukochany dziewięcioletni braciszek.
Ten z kolei nie potrafił usiedzieć w miejscu. Ciągle gdzieś ganiał,
najczęściej - przez dziury w murze - przedostawał się na aryjską stronę.
Handlował tam starymi ciuchami, zepsutymi żelazkami, nie wiadomo skąd
wydłubanymi kablami elektrycznymi, i kupował za to ćwiartkę chleba lub
jabłko. Śmiertelnie niebezpieczna zabawa! Mógł wpaść po tamtej stronie
albo zostać zastrzelony w czasie przechodzenia przez mur. Właśnie
Frankenstein zawdzięczał swój pseudonim temu, że chętnie strzelał do
takich małych szmuglowników. Temu, a także gwałtom na żydowskich
dziewczętach, które później mordował.
A przecież Artur nie musiał się tak narażać! Mama Róża miała świetną
pracę w zakładzie wytwarzającym szczotki, drewniaki, pantofle z masy
papierowej i tektury oraz letnie sukienki przerabiane ze starych poszew,
obrusów i prześcieradeł. Cyla sama właśnie taką na sobie miała.
Przefarbowana na czerwono powłoczka, ze wstawkami ze starej firanki i białymi grochami. Za takie cuda mamusia zarabiała czasem nawet 15
złotych dziennie! Jeszcze lepiej sobie radził zatrudniony w przedsiębiorstwie pogrzebowym tata Andrzej. Ten dumny przedwojenny
śledczy, przechrzczony na katolicyzm żyd, czyli meches, mógłby się
wyprzeć rodziny i spróbować przetrwać po aryjskiej stronie w granatowej
policji. On jednak wolał pójść do getta razem z żoną i dziećmi. Papcio
nie wstąpił też do żydowskiej policji, choć szef tej formacji,
przedwojenny pułkownik Policji Państwowej Józef Szeryński (też meches
zresztą) bardzo go namawiał. Tatuś uważał, że byłoby to poniżej jego
godności. Zamiast tego został łapiduchem wożącym zmarłych na cmentarz
żydowski w firmie pogrzebowej króla nieboszczyków Modela Pinkierta.
Pensja takiego pracownika wynosiła... zero złotych. Ale jakie roztaczała
nieformalne możliwości!
Z rozmyślań wyrwał ją wznoszący się nad ulicą wrzask tłumu. Obejrzała
się i... ledwo zdążyła uskoczyć w kłębiącą się na chodniku ludzką masę.
Minął ją rozpędzony opel blitz, na którego stopniu stał Niemiec tłukący
przechodniów drewnianą pałką. Z wciąż bijącym sercem patrzyła, jak
rozpędzona ciężarówka skręca w Dzielną i hamuje dopiero pod bramą
Pawiaka.
Odbijając na tym samym skrzyżowaniu w prawo, w kierunku domu, ostatni
raz poszukała wzrokiem kapelusza. Jego dumny posiadacz stał w głębi
ulicy, niemal przy skręcie w Więzienną, zapatrzony w ciężarówkę stojącą
przed szlabanem pod bramą więzienia. Wyglądał tak, jakby chciał
przeniknąć wzrokiem brezent plandeki i zobaczyć, kto siedzi na pace. A kiedy samochód zadymił, zawarczał i wjechał na wewnętrzny dziedziniec,
elegancik otworzył aktówkę, wydobył z niej zeszyt i chwilę coś pilnie
notował.
Ki czort? Czyżby Niemcy zaczęli kontrolować samych siebie? A może on
jest z polskiego ruchu oporu i...
Cyla nie dokończyła tej myśli, bo pod sklep spożywczy, obok którego
stała, zajechała bryczka ciągnięta przez dychawiczną szkapę. Żydowskie
Pogotowie Ratunkowe. Z rozklekotanego powozu wyskoczyło trzech
barczystych drabów - szczególnie jeden, wysoki i wielki Zysman Hilicz,
robił piorunujące wrażenie - i roztrącając przechodniów, wpadło do
środka. Coś gruchnęło, rozprysło się szkło, przez otwarte drzwi na ulicę
wytoczyły się buraki, które natychmiast pochwycili chaperzy.
- Po haracz przyjechali - skwitował mężczyzna w poprzecieranym chałacie
i z długą brodą. - Pogotowie... Akurat! Pospolite zbiry z dawnej
"Trzynastki", psia ich mać.
Odwróciła się błyskawicznie i szybkim krokiem ruszyła w stronę
wschodniej granicy getta. Na dziś miała dosyć atrakcji. Trzeba zrobić
pranie w wodzie po ziemniakach, wysuszyć, a wieczorem, po zmroku, kiedy
w rurach być może pojawi się gaz, ugotować na jutrzejszy obiad czulent z brukwi. Oby tylko jutro nadeszło. Coraz częściej miewała co do tego
wątpliwości, mimo iż z natury była optymistką.
7
Kwiecień 2017
Warszawa, osiedle Ursynów
Szli obok siebie główną aleją Galerii Ursynów. A raczej kręcili się
niezdecydowanie wokół schodów. Lusia niemal wisiała na jego ramieniu,
łatwo mu więc było nią kierować. Wciąż jeszcze nie przyzwyczaiła się do
swojej ułomności i każde samodzielne stąpnięcie było dla niej jak krok w czarną otchłań. Tylko przy nim odzyskiwała pewność ruchów.
- Dojdziemy wreszcie do tej cukierni? - marudziła. - Nie wierzę, że nie
potrafisz jej znaleźć.
Piotrek przełknął, próbując zapanować nad ślinotokiem. Cholera, był
głodny jak bezpański pies. Owszem, dojadał resztki, które pozostawiali
po posiłkach pacjenci hospicjum, ale to mu nie wystarczało. Kucharka go
lubiła, więc gdyby powiedział jej, że nie ma pieniędzy na jedzenie do
końca miesiąca, z pewnością wyczarowałaby dla niego co najmniej talerz
zupy dziennie. Na to jednak był zbyt dumny. Tak samo jak na ciastko,
które chciała zafundować mu Lusia. Nie lubił mieć długów.
- Słuchaj, a może już wrócimy? - zaproponował. - W hospicjum mogli się
już połapać, że ciebie nie ma, i wszcząć alarm.
Zachichotała.
- Nie mów, że się boisz. Ty? - Mocniej wtuliła się w jego ramię,
zmuszając go, żeby przystanął. - Urwałam się tutaj na ciastka i nic mnie
nie powstrzyma przed zjedzeniem wuzetki i popiciem jej colą. Prowadź do
cukierni, wodzu! Albo zacznę zagadywać obcych mężczyzn. A najpierw
obmacywać. Bo, przypominam, jestem zupełnie ślepa. Chcesz tego?
Popatrzył na nią z uśmiechem. Ech, ta Lusia. Panienka z dobrego domu,
świeżo upieczona studentka medycyny, wysoka - wyższa nawet od jego
marnych stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, eteryczna blondynka o gracji modelki. Guz nowotworowy uciskał jej nerw wzrokowy, oszczędzając
jednak duże i piękne oczy. Inteligentna, dobrze wychowana, z zaplanowaną
w najdrobniejszych szczegółach wizją przyszłości. Nigdy by nawet na
niego nie spojrzała w swoim poprzednim życiu. Nie spojrzała? Na widok
zakazanej gęby uciekłaby wzrokiem za horyzont! Nawet teraz Piotr cieszył
się, że młodsza od niego o dziesięć lat dziewczyna nie widzi tych
wszystkich tatuaży i blizn po bójkach i samookaleczeniach. Pewnie inni
salowi napomknęli jej coś na temat jego wyglądu, ale i tak z pewnością
nie zdawała sobie sprawy, jakie monstrum obdarzyła sympatią i zaufaniem.
Piotrek nie chciał tego wszystkiego. Lubił ją, ale wykorzystywanie
beznadziejnej sytuacji, w jakiej znalazła się Luśka, nie było w jego
stylu. Owszem, był kiedyś bandytą i złodziejem. Może nadal jest. Ale nie
nadawał się na farmazona, który zawróciłby w głowie umierającej
dziewczynie. Ona jednak nie chciała tego zrozumieć. Cholera, że też
akurat jego wybrała sobie na powiernika i kumpla! I jeszcze ta jej
kompletnie odjechana prośba! Jak niby miałby się teraz z tego wymotać?
"Dobra, coś się z czasem wyczaszkuje" - uspokoił się w myślach. "A na
razie dość tej walki z sobą. Jedno ciastko to nie takie znowu wielkie
halo. Zresztą, oddam jej po wypłacie".
* * *
- Myślę, że jest bardzo stary - powiedziała, obmacując pierścionek
niemal przezroczystymi palcami. - Co chcesz z nim zrobić?
Spojrzał na nią z lekką irytacją. W sumie to nie zamierzał opowiadać
Lusi o swoim znalezisku. Zrobił to teraz, żeby zmienić temat. Bo znów
zaczęła wiercić mu dziurę w brzuchu w sprawie tego swojego kompletnie
nierealnego marzenia.
- Co zrobię? - powtórzył, czując, jak po żyłach rozpływa mu się czyste
zło. - To oczywiste, zaniosę do pasera, wyrwę jak najwięcej kasy, a potem spiję się jak świnia.
Myślał, że ją urazi, albo i spłoszy, ale Luśka się roześmiała.
- Kurczę! Czasem zapominam, jaki z ciebie mroczny typ.
Zawsze umiała go rozbroić. "Mroczny typ". Niezłe. Może taką powinien
mieć ksywkę, a nie zwyczajnie Hamer? Złość natychmiast wsiąkła w zgniłą
glebę jego czarnej duszy i też się zaśmiał.
- Tak serio, to jeszcze nie zdecydowałem. Myślisz, że trzeba to oddać?
- Ale komu?
- Na pewno nie temu cwaniakowi, który przehandlował komodę. To
pośrednik. Musiałbym dotrzeć do prawdziwego właściciela.
- A dałbyś radę?
To pytanie leciutko go dotknęło. Co ona sobie myśli? Że jest tylko
tępym, wytatuowanym debilem?
- Żaden problem - odparł oschle.
- Super! - Odłożyła widelczyk, którym przeprowadzała wiwisekcję wuzetki,
na co Piotr patrzył z wciąż skurczonym od głodu żołądkiem (swój tort
kajmakowy wciągnął z talerza niemal nosem). - Więc plan jest taki. -
Wymacała na stoliku szklankę coli i pociągnęła długi łyk. - Oddajesz
pierścionek, zostajesz w oczach jakiejś staruszki bohaterem, a potem
bierzesz się do mnie.
- Biorę... do ciebie?
Znów się zaśmiała.
- No, nie obiecuj sobie za dużo, przystojniaku. Mówię... wiesz o czym.
- Ale to szaleństwo!
Gwałtownie spoważniała. Potem odszukała na blacie jego dłoń i w swój
ulubiony sposób przeplotła białe palce przez jego cztery koślawe:
"siła". Wyglądało to, jakby kwiat zapuszczał korzonki w gliniastej
ziemi.
- Piotrek. Nie zostało mi wiele czasu. Glejak wielopostaciowy,
pamiętasz, jak ci mówiłam? Wyjątkowo wredna odmiana nowotworu złośliwego
mózgu, która zabija w dwanaście miesięcy. A ja noszę go w głowie już od
czterech. Teraz jestem ślepa, miewam zawroty głowy i powłóczę nogami. Za
tydzień mogę już nie wstawać z łóżka, a za miesiąc, być może, zapomnę,
jak się nazywam.
Nie odpowiedział. Nie miał już czym odwrócić jej uwagi.
- Musisz mi pomóc to zrobić. Musisz. Rodzina się na mnie wypięła. Płacą
dużą kasę za miejsce w hospicjum i leki, od reszty wolą odwrócić wzrok.
Dawnych przyjaciół już nie mam. Nawet tych, z którymi kiedyś żeglowałam.
A mój chłopak powiedział, że to jednak nie była miłość. I ma inną. Sam
widzisz, że zostałeś mi tylko ty.
- Ale ja jestem na warunkowym zwolnieniu. Jeśli zrobię to, o co mnie
prosisz, to...
Z głośnym hukiem odstawiła szklankę.
- Zawsze byłeś taki rozsądny? Czy dopiero teraz zaczyna ci brakować
odwagi?
Powiedziała to tak głośno, że w kawiarni zapadła cisza. Jakaś zapatrzona
w siebie parka przy sąsiednim stoliku trwożnie zmierzyła Piotrka
wzrokiem i czym prędzej się wycofała. Kelnerka zaczęła nagle starannie
czyścić podłogę za barkiem. Koleś w bokserskiej koszulce "EverLast"
zapatrzył się w szybę.
"Odwaga" - powtórzył w myślach.
- Lusia? - zdobył się w końcu na zadanie pytania.
- Co, do diabła?! - Wciąż była wkurzona.
- Mogę dokończyć twoją wuzetkę?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki