Głos pożądania - Eric Mouzat

-
Proszę czekać

W wielkiej, wypełnionej ludźmi sali nie widziałem niczego poza nią i jej zapierającą dech urodą: długimi jasnymi włosami, dużymi niebieskimi oczami, wydatnymi kośćmi policzkowymi, delikatnie podkreślonymi różem, krągłymi piersiami, wypełniającymi czerwoną skórzaną bluzkę, szczupłą talią, pełnymi wargami i może zbyt poważnym wyrazem twarzy. Kiedy zająłem miejsce na mównicy, szeptała coś do ucha mężczyźnie, który stał obok niej i cały czas śledził mnie wzrokiem. Znałem go z widzenia - spotkaliśmy się kilkakrotnie podczas zebrań naszej partii. Był jej członkiem od niedawna, lecz jego entuzjazm zdążył już zwrócić moją uwagę. Fala gromkich oklasków dodała mi otuchy. Towarzysz młodej Wenus pocałował ją w policzek. Poczułem ukłucie w sercu, a jednocześnie wezbrało we mnie pragnienie, aby mu ją odbić.

To było moje ostatnie przemówienie w długiej kampanii wyborczej. Słysząc okrzyki i brawa, poczułem, że nie mogę przegrać. Miałem w sobie i wokół siebie taką siłę, że bezsprzecznie musiałem zostać następnym deputowanym okręgu. Za pierwszym razem przegrałem o włos z moim obecnym przeciwnikiem - starym, szczwanym lisem, tym razem jednak z jego nazwiskiem kojarzono zbyt wiele podejrzanych interesów. Zwycięstwo było w zasięgu ręki.

Pojawienie się pod koniec kampanii wspaniałej blondynki o zachwycającym uśmiechu odczytałem jako wróżbę. Wydawało się, że los znowu zaczyna mi sprzyjać.

Prawdę mówiąc, nie oszczędzał mnie przez ostatnie miesiące. Pierwszy zastępca w merostwie knuł, aby pozbawić mnie miejsca w przyszłych wyborach do rady miasta i groził rozłamem w radzie, a żona zostawiła mnie po dwudziestu latach wspólnego życia dla jakiegoś wstrętnego, szemranego urzędnika, który puści ją kantem przy pierwszej okazji.

Nie spodziewałem się takiego ciosu i nagle znalazłem się sam - jak nagie, opuszczone, oszołomione dziecko. Zimny prysznic - powiedziałbym, że wręcz lodowaty - jakim było odejście żony, sprawił, że spojrzałem z innej perspektywy na wewnętrzne rozgrywki w radzie. Klika mącicieli nie była nieliczna, ale spryt, z jakim rzucali mi kłody pod nogi, mógł w tej sytuacji okazać się niebezpieczny.

Młoda blondynka w czerwonej bluzce nie spuszczała ze mnie oczu przez cały wieczór. To prawda, znajdowałem się w centrum uwagi, nie było w tym nic zaskakującego, ale z lubością fantazjowałem, że w jej oczach tliło się coś więcej niż zwykłe zainteresowanie przyszłym bohaterem dnia. Jej promienna obecność elektryzowała mnie i po każdej owacji tłumu zwracałem wzrok w jej stronę. Choć napawałem się tą podniecającą chwilą, tak naprawdę nie mogłem się doczekać bankietu, podczas którego mógłbym podejść do niej i nieco więcej dowiedzieć się na jej temat.

Ku mojemu zdziwieniu przyjaciel młodej kobiety ukradkiem opuścił salę pod koniec przemówienia. Gdy wychodził, skinęła delikatnie ręką w jego kierunku, a on posłał jej czuły pocałunek. Prostoduszność, z jaką zostawił samą tę boginię, wprawiła mnie w osłupienie.

Seria pytań była dla mnie udręką: wciąż te same brednie, te same historie. Ograne żarty typowe dla końca kampanii potrafią wywoływać entuzjazm równie silny, a pewnie nawet silniejszy niż nowy argument, którego nikt się nie spodziewał. Gdyby chociaż ona podniosła rękę, mógłbym poznać tembr jej głosu, ale piękność kazała mi czekać. Zauważyłem tylko, że uśmiecha się czarująco, a na jej policzkach tworzą się wtedy dołeczki.

Niedługo przed północą ogłosiłem, że zbliża się czas ostatniego pytania. Wbiłem wzrok w oczy młodej kobiety w czerwonej bluzce, starając się nakłonić ją, by to ona mi je zadała. Ale nie zrobiła nic.

Bankiet mógł się wreszcie rozpocząć. Nagle poczułem pragnienie. Wokół zebrał się tłum, który mnie od niej odgradzał. Skinąłem głową w jej stronę w sposób, który mógł znaczyć prawie wszystko. Ona uczyniła przyzwalający gest, a ja go powtórzyłem. Miałem ochotę powiedzieć jej, żeby na mnie poczekała, że natręci zaraz zostawią mnie w spokoju, ale otoczyła ją niewielka grupka młodych działaczy. Młodzi ludzie zaczęli z nią rozmawiać. To mi odpowiadało: dopóki ją zabawiali, nie myślała o tym, żeby wyjść.

Musiałem ściskać ręce mężczyzn i wymieniać pocałunki z dziesiątkami kobiet, udając, że je pamiętam. Dziękowałem każdemu i obiecywałem wielki raut po niedzielnym zwycięstwie. Płonąłem z niecierpliwości. Tymczasem działacze zostawili młodą piękność, a ich miejsce zajęła leciwa para z mojej gminy. Wiedziałem, że te gaduły są w stanie przetrzymać ją przez całą noc.

W końcu krąg wokół mnie zaczął powoli rzednąć. Postanowiłem wykorzystać fakt, że rozmawia z moimi przyjaciółmi i w końcu do niej podejść. Kiedy delikatnie uścisnęła mi rękę, poczułem dreszcz. Smukła, długa dłoń wydała mi się małym zwierzątkiem, które próbuje gdzieś się ukryć. Gdybyśmy byli sami, z pewnością nie oparłbym się pokusie uniesienia jej ręki do ust, aby poczuć ciepło jej palców na wargach. Pocałowałem ją jednak tak, jak każdą z kobiet, które dziś spotkałem. Zapach jaśminowych perfum zawrócił mi w głowie.

Nie poznawałem siebie: jak mogłem tak szybko się zakochać?

- Z radością witam panią w gronie moich nowych sympatyków - rzuciłem, by jakoś nawiązać rozmowę.

- To mój przyjaciel nalegał, żebym przyszła - odpowiedziała z odrobiną złośliwości w głosie i spojrzeniu.

- Nie żałuje pani? Męka wydała się pani znośna? - odparłem natychmiast.

Przechyliła lekko głowę. Moja riposta sprawiła, że musiała poszukać wymijającej odpowiedzi.

- Pana przemówienie było wspaniałe: precyzyjne, przekonujące, trzeźwe i szczere.

- Dziękuję. Czy zaszczyci mnie pani i napije się ze mną szampana w towarzystwie dwóch moich najbliższych współpracowników, kiedy już pożegnam resztę gości?

Spojrzała na zegarek.

- Nie chcę wracać zbyt późno... Jutro pracuję.

- Zrobię, co w mojej mocy, żeby skrócić pożegnania - odpowiedziałem. - Zresztą część gości już wyszła. To nie potrwa długo: dziesięć minut, obiecuję, panno...?

- Panno Desclin... jeszcze przez dwa miesiące. Niebawem wychodzę za mąż.

Poczułem, jakby sztylet przebił moje serce. Wbrew sobie zmusiłem się do uśmiechu. Odgadłem po jej spojrzeniu, że zauważyła moje zmieszanie na wieść o tym, że jest zaręczona. Mimo konieczności prowadzenia nieprzyjemnej rozmowy o jej przyjacielu i przyszłym mężu, nieoczekiwanie poczułem, że nie cała nadzieja się ulotniła.

- Dobrze... proszę mi dać pięć minut i jestem do pani dyspozycji, panno Desclin.

Sposób, w jaki podkreślałem słowo "panna", sprawił, że zmrużyła oczy. Jeśli wcześniej miała jakieś wątpliwości co do moich zamiarów, teraz musiały zniknąć. W głębi duszy myślałem, że skoro zostaje, aby wznieść ze mną toast, jej chęć poślubienia tamtego mężczyzny nie była aż tak silna, jak się wydawało.

- Proszę mi mówić Christelle, tak będzie mniej oficjalnie.

Sytuacja po pierwszej bitwie nie wyglądała źle!

Christelle musiała czekać dobry kwadrans, aż pożegnam się ze wszystkimi maruderami. Co do mnie, nie spieszyłem się tak bardzo, aby do niej wrócić. Nie dlatego, żebym był znużony jej towarzystwem. Po prostu chciałem wypróbować jej cierpliwość: to dobry znak, że chciała na mnie czekać.

W momencie, który wydał mi się odpowiedni, rzuciłem w stronę sali wesołe: "Dobrej nocy wszystkim, do zobaczenia w niedzielę!" i pospieszyłem do Christelle. Zaprowadziłem ją do sąsiedniego pomieszczenia, w którym moja gwardia odkorkowała już dwie czy trzy butelki szampana.

Przedstawiłem Christelle w kilku słowach, a ona uzupełniła opis o parę informacji, z których dowiedziałem się, że miesiąc wcześniej obroniła dyplom z biologii i zamierzała poświęcić się badaniom i nauczaniu. Moja ocena jej wieku okazała się słuszna. Między nami było więc około dwudziestu lat różnicy. Pozostawało mi mieć nadzieję, że czterdziestopięcioletni mężczyzna nie wyda się jej odpychający. Na szczęście dbałem o siebie, a poza tym, w razie potrzeby, mogłem zaniżyć swój wiek o kilka lat i nie byłoby to niewiarygodne.

Wypiliśmy za moje zwycięstwo. Szef sztabu wyborczego otrzymał pewne wiadomości od dobrze poinformowanego przyjaciela, zgodnie z którymi tylko katastrofa mogłaby w ostatniej chwili zmienić wynik wyborów. Nastroje w obozie przeciwnika były, jak się wydaje, minorowe. Nie napawało mnie to szczególną dumą: powalenie człowieka na ziemię, upokorzenie go, nie stanowiło dla mnie nigdy celu samego w sobie.

Christelle śmiała się.

- Przyjdzie pani w niedzielę świętować zwycięstwo z moim przyjaciółmi? Oczywiście jeśli się ono potwierdzi.

- Z przyjemnością - odpowiedziała Christelle. Ale teraz naprawdę muszę już iść. Za kilka godzin mam zebranie w laboratorium, w którym prowadzę badania, a chciałabym choć chwilę się przespać...

- Oczywiście - musiałem się zgodzić. - Mam nadzieję, że w niedzielę będzie pani wolna całą noc...

Zmarszczyła brwi na te zuchwałe słowa.

- Jeśli wygramy, będziemy tańczyć do białego rana... Jeśli nie, będzie mnie trzeba pocieszyć, a to także wymaga czasu.

Przytaknęła. Odprowadziłem ją do wyjścia. W drzwiach sali, w której kilka godzin wcześniej odbyło się spotkanie wyborcze, Christelle zatrzymała się. Odwróciła się i popatrzyła mi głęboko w oczy. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć.

Rozmyśliła się.

- Tak? - zapytałem.

Ale to, co chciała powiedzieć, musiało się jej wydać niestosowne, nie na miejscu.

- Nie, nic... - zawahała się. - Dziękuję za szampana i za zaproszenie. Przyjdę w niedzielę, ale w towarzystwie.

- Jaka szkoda! - udałem, że żartuję. - Mimo to będzie pani mile widziana!

Patrzyła na mnie jeszcze przez dwie lub trzy sekundy. Ogarnęło mnie pragnienie, by ją pocałować. Jednak obawa, że może mnie odepchnąć, okazała się silniejsza. Opanowałem się i powściągliwie złożyłem pocałunek na jej obu policzkach. Gdy nasze usta mijały się, poczułem ciepło jej oddechu. Zamknęła oczy.

Na dźwięk klaksonu oboje podskoczyliśmy. Ostatni działacze pozdrawiali mnie, odjeżdżając z parkingu.

Christelle odwróciła się i odeszła.

Stałem na chodniku, patrząc, jak oddala się w mrok. Zniknęła za rogiem. Dopiero po kilku chwilach otrząsnąłem się z czaru, jaki na mnie rzuciła.

Zaraz potem poczułem za sobą czyjąś obecność, jakby oddech. Obróciłem się. Młoda, szesnasto- lub siedemnastoletnia dziewczyna, ubrana w koszulkę w barwach mojej kampanii wyborczej, stała niespełna metr przede mną. Jej twarz wydała mi się znajoma, ale nie mogłem przypomnieć sobie jej nazwiska. Wpatrywała się we mnie arogancko i wyzywająco, tak jak to potrafią niektóre nastolatki. Zdradzała wszelkie oznaki hipnotycznej fascynacji.

- Kocham pana - powiedziała nagle. - Chcę się z panem kochać...

Nie czekając na moją odpowiedź, rzuciła mi się na szyję i przycisnęła wargi do moich. Z niespodziewaną gwałtownością jej język wsunął się w moje usta i zagłębił najdalej jak mógł. Nie zdążyłem zareagować. Myślami byłem gdzie indziej, a ta młoda furia wykorzystała to, pewna, że jej zuchwałość przyniesie zamierzony efekt. Ręce oplotły mi kark. Dłonie zmysłowo pieściły moje włosy. Język drażnił się z moim.

Namiętność tej dziewczyny wyzwoliła w moim ciele dreszcz. Dosłownie gwałciła mnie na chodniku, na którym przed chwilą pozwoliłem odejść najpiękniejszej kobiecie, jaką było mi dane spotkać. Czułem się winny, zdradzając ją tak szybko, lecz to tylko potęgowało przyjemność oddania się coraz bardziej drapieżnej nastolatce.

Pod koszulką dziewczyna była naga. Jej piersi ocierały się o mój tors. Jej agresja i pasja pociągały mnie. Starałem się przypomnieć sobie jej twarz w tłumie młodych ludzi, którzy pomagali przy kampanii każdego wieczoru, jedni po wyjściu z liceum, inni - z uniwersytetu. W końcu, w panującym półmroku, wydało mi się, że ją rozpoznaję. Jeśli to rzeczywiście ona, córka lokalnej działaczki naszej partii, jej zuchwałe zachowanie sprawiało mi tym większą przyjemność. Matka nastolatki była zrzędliwą moralizatorką. Zamęczała wszystkich wykładami o zasadach surowego wychowania, którego efekty, według niej, najpełniej objawiały się w przymiotach jej własnych dzieci. W moich wspomnieniach dziewczyna miała niewiele ponad szesnaście lat, a jej bezwstydność pozwalała przewidzieć, że sprawi matce jeszcze niejedną niemiłą niespodziankę.

Jej uroda nie mogła się równać z pięknem Christelle, ale młodość i świeżość nadawały nastolatce niezaprzeczalny urok. Nie broniłem się, a dziewczyna, ośmielona, wsunęła udo między moje nogi. W kilka sekund moja męskość nabrzmiała i zaczęła ocierać się o jej młodzieńcze ciało. Jej pocałunki stały się bardziej intensywne, język sięgnął już prawie mojego gardła. Myśl, że ktoś mógłby nas nakryć, tylko dodawała tej sytuacji pikanterii.

- Pragnę, żeby mnie pan pieprzył jak sukę - szepnęła, odklejając na chwilę wargi od moich.

Nagle przestała, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła do wnętrza budynku. Diablica wcześniej uknuła plan i wymyśliła scenerię dla swojego występku: zaciągnęła mnie do najbliższej toalety i zamknęła drzwi na klucz.

- A teraz niech mnie pan wypieprzy! - rozkazała z porażającą pewnością siebie.

Wobec mojej bierności, sama zerwała koszulkę, odsłaniając białe, jędrne nastoletnie piersi. Jej dżinsy zsunęły się na podłogę jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Miała na sobie śliczne stringi w kolorze fuksji. Płomień w jej oczach sprawiał, że wyglądała zniewalająco.

Dziewczyna rozpięła mi spodnie i obie jej dłonie wsunęły mi się pod bieliznę. W kilka chwil znowu wzbudziła erekcję. Pieściła mnie coraz mocniej, aż musiałem ją powstrzymać, nie chcąc trysnąć w jej dłoniach. Skorzystałem z chwilowego otrzeźwienia i zająłem się jej piersiami. Jej pożądanie było namacalne: przechodziły ją dreszcze, a ciemne koniuszki sutków natychmiast stwardniały.

Zaczęła wzdychać.

Odsłoniła mi męskość i uklękła przede mną. Patrzyłem, jak zamyka oczy i jak mój członek w jednej chwili znika jej do połowy w ustach. Z pewnością robiła to pierwszy raz w życiu: cofnęła się lekko, kiedy żołądź otarła się o jej gardło. Odetchnęła, częściowo wysunęła twardą męskość z ust i zaczęła starannie ssać główkę penisa. Moje dłonie w jej włosach potęgowały uczucie upojenia. W myślach powtarzałem całą scenę od początku, co wzmagało zmysłowość chwili.

- Teraz chcę się pieprzyć - powiedziała nagle. - Jeszcze nigdy tego nie robiłam, ale teraz mam na to ochotę.

Wiele czasu minęło, odkąd ostatnio pozbawiłem dziewczynę dziewictwa i ta odpowiedzialność przyprawiła mnie o zawrót głowy. Jedyną, która ofiarowała mi ten dar, była moja żona. Na myśl o niej poczułem ukłucie w sercu.

Dziewczyna ujęła moje dłonie i położyła je sobie na pośladkach, tak jakbym nie był wystarczająco zdecydowany.

- Nie chcesz, żebyśmy poszli gdzie indziej? - zapytałem. - Na przykład do łóżka... Byłoby ci wygodniej.

- Nie! Chcę to zrobić tu i teraz. Jestem gotowa.

Wykazywała taką determinację, że dalsze przekonywanie wydało mi się nie na miejscu. Uklęknąłem przed nią, zsunąłem ostrożnie stringi, rozchyliłem uda i zbliżyłem twarz do jej muszelki. Jasne włoski łaskotały mi nozdrza. Otworzyłem usta. W niemal mistycznym uniesieniu czubek mojego języka zaczął szukać małej łechtaczki, ukrytej w fałdce skóry. Nastolatka zastygła. Jej płytki, urywany oddech nadawał tej chwili powieściowego wymiaru, pomimo miejsca, w którym się znajdowaliśmy.

Nie szczędziłem wysiłków, toteż dziewczyna niebawem zaczęła jęczeć. Położyła dłonie na mojej głowie i w miarę jak wzmagało się jej podniecenie, pieściła mnie z coraz większym żarem. Odzywała się w niej jej prawdziwa natura. Chwytała mnie za włosy i ciągnęła mocno, aż czułem ból. Ten temperament tygrysicy przypominał mi pewną koleżankę z liceum, która postanowiła mnie rozdziewiczyć w czasie prywatki w domku na wsi należącym do jej rodziców. Była nieco starsza ode mnie i robiła wrażenie doświadczonej. Czy właśnie to sprawiło, że uciekłem? Czy raczej gwałtowność, z jaką zaczęła mnie całować i obmacywać przez ubranie? W każdym razie z trudem wyrwałem się z jej pazurów, żeby odurzyć się skrętem z marokańską trawą, który krążył wśród uczestników imprezy.

Kiedy byłem już pewien, że szparka nastolatki jest wystarczająco wilgotna, aby przyjąć mnie bez bólu, podniosłem się. Usiadłem na pokrywie toalety i posadziłem ją na sobie. Chciała się nadziać sama, ale bałem się, że pierwsze pchnięcie będzie dla niej zbyt mocne i powstrzymałem ją.

- Dlaczego? - zapytała.

Zamiast odpowiedzieć, rozszerzyłem delikatnie jej wargi i wsunąłem palec między uda. Krzyknęła. Położyłem drugą dłoń na jej ustach. W sali mogło wciąż przebywać kilka osób, może nawet jej matka, a ja nie miałem najmniejszego zamiaru zostać przyłapany w takiej sytuacji.

Kilka razy wsunąłem w nią palec i kiedy poczułem, że jest już bardziej rozluźniona, posadziłem ją na mojej wyprężonej męskości. Popatrzyła mi głęboko w oczy, oszołomiona tym, co się wydarzyło. Pewnie od dawna o tym marzyła, a rzeczywistość dorównała fantazjom.

Trzymałem ją delikatnie nad tym, co miało przemienić ją z dziewczyny w kobietę. W jej oczach malowała się miłość, nie było jej jednak w moim sercu. Jedynie ekscytacja faktem, że wybrała właśnie mnie, powodowała, że gotowała się we mnie krew. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie pozwoliłem jej. Rozluźniając powoli mięśnie ramion, pozwoliłem jej zsunąć się niżej.

Wchodziłem w nią powoli. Otworzyła usta jeszcze szerzej, a jej twarz się rozpromieniła. Obawiałem się chwili, kiedy natrafię na opór. Musiałem zadać jej ból, a to nie leżało wcale w mojej naturze. Ale skoro sama tego chciała...

Nie wchodząc w nią głęboko, pozwoliłem jej opuścić się i podnieść dwa lub trzy razy, aby przyzwyczaiła się do mojej obecności.

Koniec wersji demonstracyjnej.