Tajna wizyta
Był początek października 1938 roku. Wysoki, lekko przygarbiony
mężczyzna o masywnej twarzy i mocno zarysowanej szczęce przechadzał się
nerwowo po gabinecie. Rudolf Hess -?bo o nim właśnie mowa -?zatrzymał
się przy biurku. Wsparty na wysokim oparciu staroświeckiego fotela, stał
przez chwilę nieruchomo, potem spojrzał na zegarek i nacisnął guzik
dzwonka.
Sekretarz -?starszy, zasuszony człowieczek o typowym wyglądzie
notariusza -?bezszelestnie otworzył drzwi i wyprężył się, wyrzucając do
przodu prawą rękę.
-?Heil Hitler! -?wychrypiał starczym dyszkantem. -?Czy pan dzwonił?
Spóźniłem się z opracowaniem raportu i nie śmiałem wcześniej zameldować...
Otrzymałem właśnie nowe doniesienia z Sudetów, które musiałem...
-?Wiem o tym, Kramer -?przerwał Hess, nie podnosząc wzroku. -?Zostaw
wszystko i natychmiast skontaktuj się z ministrem Goebbelsem. Przekaż mu
moje życzenie, żeby przybywającego z Paryża Brytyjczyka skierowano
natychmiast do mnie. Jeszcze dzisiaj! -?powiedział z naciskiem. Przez
twarz przebiegły mu dziwne skurcze, co wyglądało jak grymas
rozkapryszonego, szykującego się do płaczu dziecka.
-?Doktor Goebbels zna już sprawę i obejdzie się bez wyjaśnień -?dodał,
widząc, że sekretarz zamierza o coś zapytać.
Kramer wyszedł z ukłonem, ostrożnie zamykając drzwi. Wiedział, że
grymas, jaki przed chwilą dostrzegł na twarzy szefa, nie wróży nic
dobrego. Gdyby pozostał w gabinecie chwilę dłużej i poprosił o jakieś
dodatkowe wskazówki, długo nie pozbierałby się później po paroksyzmie
wściekłości spokojnego zazwyczaj Hessa. Najlepiej więc było Maul
halten i zastosować się dokładnie do poleceń.
Adiutant Goebbelsa, do którego natychmiast zadzwonił, był najpierw
zdziwiony, gdyż dopiero co wysłał swego człowieka na lotnisko. Ale na
stanowcze żądanie wykonał rozkaz. Po kilku minutach samochód z kolumny
osobistej Hessa wyruszył na lotnisko Tempelhof, gdzie oczekiwał już
wysłannik Goebbelsa.
Powracający z Paryża samolot Lufthansy wylądował właśnie na betonowej
płycie lotniska i kołował w kierunku dworca. Po chwili obsługa ruszyła
ku maszynie, tocząc przed sobą żółto pomalowany trap. Urzędnik resortu
propagandy podszedł do grupki wysiadających pasażerów i odłączył się z wytwornie ubranym, szczupłym mężczyzną, kierując się do wyjścia.
Czatowali tam już na podróżnych celnicy. Urzędnik pokazał swój dowód i celnik odstąpił od kontroli.
Wkrótce obaj siedzieli w samochodzie i gnali już gwarnymi ulicami
Berlina. W kilkanaście minut później samochód wydostał się z wielkomiejskiego ruchu na przelotową trasę, wiodącą w stronę
przedmieścia Babelsberg.
Wygląda jak z londyńskiego żurnala -?pomyślał urzędnik o siedzącym obok
cudzoziemcu. W myśl otrzymanej instrukcji nie zaczynał rozmowy. Pewnie i tak nie zna niemieckiego -?pocieszał się, mimo że korciło go, by
zamienić z przybyszem choć parę słów.
Na szczęście milczenie przerwał Anglik: -?Hello, przyjacielu! Chyba
pomyliłeś drogę... A może chcesz mnie przewieźć po tej rozrzuconej i obskurnej osadzie, którą nazywacie Groß Berlin? Dlaczego jedziemy za
miasto?
Urzędnik spojrzał na Anglika, zdumiony jego niecodzienną impertynencją.
Z wrażenia zapomniał języka w gębie i nawet nie spostrzegł, że gość mówi
płynnie po niemiecku.
-?Mógłbyś się, przyjacielu, nie trudzić -?ciągnął tamten. -?Znam Berlin
niewiele gorzej od ciebie. Chyba że jesteś rodowitym berlińczykiem, a na
takiego mi nie wyglądasz.
W pociągłej twarzy i przymrużonych oczach wyspiarza było coś
chłopięcego, mimo że przekroczył już zapewne czterdziestkę.
-?A jak u was z piwem? -?zapytał, zmieniając temat. -?Myślę, że w lepszych lokalach i Bierstuben nie podają podłych ersatzów, lecz ciągle
jeszcze dobrego pilznera lub bocka? Dokąd jedziemy? -?wrócił nagle do
zasadniczego pytania, widząc, że Niemiec nie jest bynajmniej skłonny do
podtrzymania dyskusji.
-?Przepraszam, że nie jestem rozmowny, ale mam rozkaz odpowiadać tylko
na pytania. Jedzie pan wprost do podmiejskiej rezydencji zastępcy
Führera, Rudolfa Hessa -?wyskandował urzędnik, obserwując, jakie to
zrobi wrażenie.
-?Phiii! -?zagwizdał przeciągle cudzoziemiec. -?No to jazda!
Rozparty wygodnie na siedzeniu, patrzył niedbale na przesuwające się za
oknem tłumy przechodniów. Od tej pory nie odezwał się do swego opiekuna.
Wjechali w malowniczą podberlińską okolicę i po kwadransie samochód
zatrzymał się przed willą z ciemnoszarego piaskowca. Przy wejściu
oczekiwał już sekretarz Hessa.
-?Zastępca Führera przeprasza pana, że kazał przywieźć go wprost z lotniska tutaj -?powiedział. -?Ale dziś wieczorem opuszcza Berlin i przedtem chciałby się jeszcze z panem widzieć. Czy podróż była bardzo
męcząca?
Anglik obrzucił małego człowieczka obojętnym, niewidzącym spojrzeniem.
-?Nie jestem zmęczony -?powiedział oschle. -?Proszę zgłosić mój
przyjazd.
Wbrew przewidywaniom sekretarza rozmowa za obitymi skórą drzwiami
gabinetu zastępcy Führera trwała parę godzin. Rudolf Hess był już
oczywiście zorientowany, kim jest jego rozmówca. Przypomniał sobie
nawet, że spotkali się kiedyś w Norymberdze, w okresie zjazdu NSDAP.
Było to w 1934 roku. Anglik bawił tam jako członek ekipy filmującej
obchody partyjne dla jednego z państw neutralnych. Z przekonań był
zagorzałym faszystą, lecz wystąpił z brytyjskiej Unii Mosleya jako zbyt
"liberalnej" na jego gusta. Denerwował go -?jak zwierzył się Hessowi -
brak konsekwentnych posunięć w duchu czystego rasizmu. "Ruch Mosleya
jest zaśmiecony -?tłumaczył -?a nie leży w moim zwyczaju cierpliwie
czekać".
Po krótkiej wymianie zdań na temat sytuacji w Europie i po toastach za
niedawne sukcesy niemieckiej dyplomacji w Monachium przystąpiono od razu
do rzeczy.
-?Niepotrzebnie zgodził się pan wówczas na propozycje ludzi Canarisa -
mówił Hess, cedząc wolno słowa. -?To był zresztą i nasz błąd.
Myszkowanie po biurach i podsłuchiwanie nie zawsze mądrych rozmów w tak
zwanych "wyższych sferach" nie jest zajęciem dla pana. Mamy do tego celu
dosyć różnych płatnych kanalii. Poleciłem admirałowi Canarisowi, żeby
skreślił pana ze swych rejestrów. Od tej pory przechodzi pan do mojej
dyspozycji.
Hess wyłuszczył następnie, czego oczekuje od brytyjskiego entuzjasty
faszyzmu.
-?Musi pan nam dopomóc w przekonaniu swych ziomków -?mówił -?że nie mamy
zamiaru napadać, a nawet uszczuplać interesów Brytyjskiego Imperium. Na
odwrót! Chcemy sprzymierzyć się z Wielką Brytanią, którą uważamy za
pokrewne nam, nordyckie państwo.
-?Dziękuję -?odparł Anglik. -?Postaram się nie zawieść zaufania, lecz...
pod jednym warunkiem.
Hess podniósł na Anglika swe wąskie, przenikliwe oczy, niknące w oprawie
krzaczastych brwi. Nie lubił, gdy mu stawiano warunki. Ale tutaj gra
była warta świeczki.
-?Słucham, proszę!
-?Życzę sobie, aby do mojej roboty nie wtrącali się biurokraci z resortu
pana Goebbelsa i wszyscy inni. Niektórzy specjaliści od
"Kriegspropaganda" psują nieraz opinię i autorytet wielkiej nordyckiej
Rzeszy. W działalności propagandowej na Wielką Brytanię na takich
ludziach nie można polegać. Powinien pan pamiętać, że będzie to stawka o duszę angielskiego ludu: mas robotników, małych właścicieli interesów,
urzędników, farmerów, o tak zwaną opinię publiczną, która odgrywa tam
niemałą rolę.
-?To, co może być dobre tutaj, w wielkim zdyscyplinowanym narodzie
niemieckim -?dodał -?tam stałoby się pośmiewiskiem.
-?Więc cóż pan radzi? -?przerwał sucho Hess.
-?Więcej polotu, a nawet improwizacji. Chcę otrzymać od pana, sir, glejt
na całkowitą samodzielność. Nawet jeśli to będzie chwilami nie do
przełknięcia dla ortodoksyjnych urzędników z resortu propagandy.
Brytyjski faszysta wyłuszczył następnie zarysy własnego planu. Po
pierwsze -?mówił -?trzeba będzie wkraść się w zaufanie i przykuć do tych
audycji uwagę szerokich mas słuchaczy w Anglii, w Ameryce i w ogóle
wszystkich radiosłuchaczy znających język angielski. Nie można od razu
przystąpić do propagowania idei Trzeciej Rzeszy, bardzo niepopularnych,
a nawet odpychających dla wielu ludzi. Trzeba więc na początek zachęcić
do słuchania programów, nie zważając na środki. Nawet za cenę pewnych
krytycznych uwag pod adresem Niemiec.
-?Następnie można będzie stopniowo zmieniać tonację -?ciągnął renegat. -
Gros uwagi poświęcimy w audycjach podrywaniu autorytetu czołowych mężów
stanu, ośmieszaniu ich, wyszydzaniu. Krytykować się będzie przy tym
wszelkie negatywne zjawiska społeczne, jakich przecież w Anglii nie
braknie. Wystrzegać się będziemy zwrotów zawierających pochwałę Trzeciej
Rzeszy i faszystowskiej ideologii. Dopiero po odpowiednim urobieniu
gruntu będzie można przystąpić do swobodnego nasycania audycji pożądaną
dla nas treścią.
Hess słuchał tych wywodów w milczeniu. W jego kamiennej twarzy trudno
było dostrzec jakikolwiek ślad aprobaty czy sprzeciwu. Dopiero gdy gość
skończył, ożywił się wyraźnie i widać było, że argumentacja Anglika
przypadła mu do gustu. Ale zaraz potem znowu spochmurniał.
-?Ufamy panu, sir -?powiedział wreszcie, podnosząc się sztywno z fotela.
-?Szczegóły omówimy jeszcze po moim powrocie z Sudetów. A teraz niech
się pan zadomowi w naszym gościnnym kraju, zagłębi według uznania w nasze narodowosocjalistyczne życie. Pierwsze audycje przewidujemy za
trzy, cztery miesiące, kiedy, jak mam nadzieję, uporamy się do końca z tą przeklętą Czechosłowacją...
-?Pomyślnej drogi, sir -?odpowiedział Anglik, skłaniając się lekko.
-?I jeszcze jedno -?powiedział Hess, zatrzymując na chwilę gościa. -
Sekretarz mój otrzymał rozkaz ulokowania pana tu, w Babelsbergu. Ułatwi
to nam bezpośredni kontakt. Przy okazji zapozna się pan z naszą
produkcją filmową w tutejszej wytwórni. Będę wdzięczny za pańskie uwagi.
Do zobaczenia.
Opuszczając gabinet Hessa, Anglik pomyślał sobie, że jego pierwszy dzień
w Trzeciej Rzeszy był nadspodziewanie pomyślny. Paląc za sobą mosty i zrywając z własnym krajem, odczuwał niepokój, jak zostanie przyjęty w Rzeszy przez swych faszystowskich przyjaciół. Zastanawiał się, czy
pozwolą mu tam odegrać rolę zaspokajającą jego ambicje. Mimo że nieraz
obcował z ważnymi osobistościami różnych krajów, wizyta u Hessa wyraźnie
mu pochlebiała. W niespełna cztery godziny po przylocie do Niemiec odbył
już ważną rozmowę z jednym z hitlerowskich przywódców i mógł teraz
spokojnie rozgościć się w przydzielonym apartamencie.
Umieszczono go w niewielkim domu w jednej z najpiękniejszych
podmiejskich okolic Berlina. Nie zapomniano o niczym, co mogło ułatwić
przygotowanie się do oczekującej go pracy, zadbano także o należny
gościowi komfort. Trzypokojowy apartament wyposażony był w wygodne, choć
nieco staroświeckie meble. Dwa telefony -?miejski i w sieci łączącej go
bezpośrednio z narodowosocjalistycznymi bonzami -?oraz nowoczesna
superheterodyna Philipsa dopełniały wyposażenia lokalu. Mógł tu odbierać
programy wszystkich rozgłośni europejskich i większości stacji
zamorskich.
Nie zapomniano także o urządzeniu do nagrywania głosu. Na razie, zanim
przyjdzie czas na rozpoczęcie działania, miał to robić dla treningu. W gabinecie zastał ułożone starannie na biurku najświeższe serwisy
światowych i brytyjskich agencji informacyjnych -?Global Broadcast
Service, Western Union Telegraph Company, Cables and Wireless Limited i kilka innych. Musiał bowiem od tej pory bacznie obserwować rozwój
wydarzeń. Było to konieczne, skoro niedługo miał zacząć skuteczną
propagandę przeciwko własnemu krajowi.
Niedawny pobyt w Paryżu umocnił jeszcze bardziej narodowosocjalistyczne
poglądy zdrajcy. Nieudolność francuskich i angielskich polityków,
obojętność wobec zagarnięcia Austrii, a później tchórzliwe cofnięcie się
w Monachium -?zdyskredytowały bez reszty przeciwników Rzeszy i obudziły
w nim jakieś sadystyczne zadowolenie.
Poznają mnie jeszcze -?pomyślał o swych angielskich ziomkach. -?Po
zwycięstwie Rzeszy pomogę im włączyć Anglię do wielkiego germańskiego
imperium.
Z wypowiedzi Führera rzeczywiście można było sądzić, że będzie on
potrzebował zdolnych i oddanych ludzi do administrowania "sojuszniczej"
Wielkiej Brytanii.
-?Na razie życie jest piękne -?powiedział sam do siebie gość z Anglii,
gdy szofer, niosący jego niewielki bagaż, skłonił się z uszanowaniem i zamknął za sobą drzwi.
Postanowił odwiedzić wieczorem dawno niewidziane berlińskie lokale.
Nastawił budzik na godzinę dwudziestą pierwszą, wyciągnął się na
wygodnej sofie i zasnął.
Już w latach pierwszej wojny światowej obie walczące strony -?państwa
centralne i koalicja -?rozwinęły na niespotykaną dotąd skalę działania,
które określa się dziś mianem "wojny psychologicznej". Okopy frontów i dalekie tyły zasypywane były milionami ulotek, sfałszowanych broszur i gazet imitujących swym zewnętrznym wyglądem prasę przeciwnika.
Zachowały się niektóre dane o nasileniu tego rodzaju akcji. Swój punkt
szczytowy osiągnęła ona pod koniec wojny. Tylko w ciągu marca 1918 roku
alianci przy pomocy granatów artyleryjskich przerzucili na stronę
przeciwnika około 1 500 000 ulotek. Już wcześniej, jesienią 1917 roku,
Niemcy w tenże sam sposób wystrzelili na okopy i tyły francuskie ponad
800 000 ulotek i innych druków propagandowych (jakiś pedantyczny
niemiecki oficer obliczył je co do sztuki -?826 169).
Przerzut ulotek na głębokie tyły, prowadzony za pomocą balonów, wyraża
się jeszcze bardziej imponującą liczbą ponad 60 000 000 różnego rodzaju
druków w ciągu ostatnich dwu lat wojny (1917-1918). Z tej liczby 33 000
000 przerzucili Francuzi i ich sojusznicy, a 27 000 000 -?Niemcy i Austro-Węgry.
Anglicy, początkowo w tej dziedzinie mniej aktywni, pod sam koniec wojny
rozbudowali potężnie własne ogniwa propagandowe. Od sierpnia 1918 roku
produkowali i wysyłali do Francji trzy razy tygodniowo po 3 900 000
sztuk ulotek i innych materiałów stanowiących podstawową broń w wojnie
psychologicznej. Do akcji propagandowych używano również samolotów,
gołębi pocztowych, a w strefie przyfrontowej -?tajnych agentów,
przekradających się nocą w przebraniu przez linie okopów. Klęska Niemiec
kajzerowskich jesienią 1918 roku przerwała ten szaleńczy wyścig.
Traktat wersalski zabronił pokonanym Niemcom ofensywnych akcji
wywiadowczych za granicą. Zdawało się, że po niedawnej klęsce ich tajne
służby nie podźwigną się.
Dywersja, wywiad i propaganda wojenna, scentralizowane w Oddziale III B
cesarskiego sztabu generalnego, stały się pod koniec pierwszej wojny
światowej ważnym czynnikiem działań wojennych. Dywersja moralna i propaganda miały sięgnąć tam, gdzie nie sięgały ani pociski
artyleryjskie, ani lotnicze bomby.
Nie znano jeszcze propagandy radiowej. Wprawdzie nadajniki iskrowe i stacje odbioru pracowały już całą parą dla wyższych sztabów, artylerii i lotnictwa, nie było jednak jeszcze rozgłośni nadających programy dla
ludności cywilnej.
Od czasu odkrycia przez M. Faradaya indukcji elektromagnetycznej (1831)
uczeni różnych krajów starali się rozwikłać tajemnice tego fenomenu.
Dalsze odkrycia i wynalazki J. C. Maxwella (1865), H. Hertza i N. Tesli
(1888), a także A. Popowa, E. Branly'ego i Marconiego w latach
dziewięćdziesiątych -?pozwoliły zaprząc elektromagnetyczne fale do
służby dla człowieka. Odtąd możliwe stało się przekazywanie sygnałów
dźwiękowych bez drutu i porozumiewanie się na odległość.
Prymitywną aparaturę Popowa i Marconiego ulepszają pod koniec XIX
stulecia K. F. Braun, A. Slaby i Graf Arco, a w pierwszych latach
naszego wieku -?M. Wien, W. Duddell i V. Poulsen. Tuż przed wybuchem
wojny, w roku 1913, zbudowano pierwszy aparat lampowy. Wojna potęguje
wysiłki państw w rozwijaniu i doskonaleniu łączności radiowej.
W ówczesnej Europie Niemcy były jednym z czołowych mocarstw
technicznych. Mimo wojennej klęski rozwój techniki radiowej w Niemczech
postępuje szybko naprzód. Już 22 grudnia 1920 roku rozbrzmiewa w eterze
pierwszy koncert orkiestry, nadany na falach długich przez niemiecką
radiofonię w Königs Wusterhausen. W trzy lata później, w październiku
1923 roku, odzywa się pierwsza rozgłośnia na falach średnich w ośrodku
radiowym Vox Haus w Berlinie. Według obecnych standardów była to
słabiutka stacja o mocy zaledwie 0,25 kW, z jedną lampą nadajnikową i jedną modulacyjną.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki