Gloria - Monika Błądek

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Asłan "Tank" Zuradow

ParyżRok 2035XVIII dzielnica

Co za głupie imię: Gloria! Ale takie dali mi rodzice. A ja byłam nie tylko sierotą. Byłam ofiarą. Ostatnią ofermą. Omal nie wlazłam na denko stłuczonej butelki po piwie, którą ominęłam w ostatniej chwili. Zagapiłam się w ponure ołowiane niebo, nie patrzyłam pod nogi, w dodatku doskwierało mi zimno, kłując podstępnym rojem lodowatych igieł. Powinnam przewidzieć, że szybko ostygnę po treningu, ubrana w cienką kangurkę z kapturem i krótką skórzaną kurtkę. Cóż, taka jest cena lansu.

Zerknęłam na towarzyszącego mi Asłana. Dostrzegł, że drżę, i opiekuńczo okrył mnie swoim płaszczem. Od Sekwany nieźle ciągnęło, ale nic to. Wszędzie unosił się popiół. Osiemnasta dzielnica płonęła. W rozedrganym powietrzu wirowały duże popielate płatki. Jakby sama natura się zbuntowała i zapragnęła okryć Paryż kołdrą brudnego puchu albo kpiący z ludzkich przywar olbrzym dla żartów oskubał gigantycznego szarego kurczaka.

A jednak nie poddawaliśmy się, nie odpuściliśmy kolejnego treningu. Inaczej moje życie zamknęłoby się w dwóch słowach: szkoła i dom. Dom i szkoła. Dobrze, że znalazłam sobie przyjaciela. Asłan był Czeczenem, pobratymcem Dudajewa i Maschadowa - bohaterstwo natleniało jego gorącą krew, podobnie jak walka. Czułam się przy nim bezpieczna. Jakby prowadził mnie ochroniarz. Osobisty bodyguard. Chodząca góra mięśni prężących się pod T-shirtem o barwie antracytu i kamizelką z kieszeniami pełnymi różnych szpejów. Stąd wzięła się jego ksywa "Tank".

Asłan "Tank" Zuradow.

Był starszy ode mnie o kilka lat, miał poważną twarz, krótko przycięte smoliście czarne włosy. Czujne spojrzenie ciemnobrązowych oczu przeczesywało okolicę.

Wypalone wraki samochodów, smętnie wiszące osmalone żaluzje, powybijane szyby. Czarne czeluści obrabowanych sklepów. Strefa wojny. Tylko my przemierzaliśmy w pośpiechu pustą ulicę zawaloną kawałkami szkła, zmiażdżonymi puszkami po piwie. Kupy cuchnących śmieci w porozrywanych plastikowych workach piętrzyły się pod ścianami pokrytymi niebiesko-czerwonym graffiti. Brakowało jedynie szczurów przemykających między zgniłymi odpadkami. Podmuch wiatru wtłoczył nam w płuca odór rozkładu. Służby miejskie wywożące śmieci były pieśnią przeszłości. Lepszego świata. Nie tak turyści wyobrażali sobie Paryż. Ale przecież slumsy miało każde duże miasto, wystarczyło zejść z uczęszczanej przez tłumy ścieżki, zajrzeć za uchyloną bramę.

Mój towarzysz pociągnął mnie za ramię. Po drugiej stronie ulicy stał ciemnozielony wygięty słup latarni, jakby wjechała w niego ciężarówka. Wycięte w stali litery informowały: "Metropolitain". Metro. Następna niebezpieczna strefa.

Wsadziłam rękę pod płaszcz i poprawiłam na ramieniu pasek szorstkiej ciemnogranatowej sportowej torby. Miałam w niej parę ośmiouncjowych rękawic z brązowej skóry, spodnie z czarnego płótna na ściągaczu i mokrą koszulkę z nazwą szkoły walki "Roks-boks". Połączenie kilku popularnych stylów kopano-uderzanych.

Jeszcze raz zerknęłam na Asłana. Słabe żółte światło wydobywało z ciemności mocno zarysowany nos, czarne brwi. Śniada cera przybrała złotobrązową barwę. Nie to co ja, blada siedemnastolatka o mysich, nijakich włosach i szarych oczach.

Napis na niebieskim tle: "Pigalle". Białe kafelki, którymi wyłożono tunel, leżały teraz potrzaskane. Musiałam uważać, żeby nie wejść na jakąś wystającą płytkę. Miałam delikatne botki na cienkiej podeszwie, za to Asłan czarne buciory z wyposażenia Bundeswehry. Skóra była już nieco przetarta, a prawa podeszwa nadtopiona - negocjując z tubylcami, za długo trzymał buty w ogniu. Asłan mówił mi, że kiedyś rzeczywiście tańczył na rozżarzonych węglach.

Pod ścianą siedziało dwóch kloszardów. Coś bełkotali, śmierdziało uryną i skwaśniałym winem. Asłan rzucił im parę monet na brudny koc. Taki już był. Wiedział, co to bieda. Nieważne, że menele dowód jego miłosierdzia wydadzą na kolejnego bełta.

Przeszliśmy przez uchylone, niedziałające bramki. Kto by w tej chwili ścigał pasażerów na gapę, kiedy na powierzchni płonął świat...

Na peronie rozstawione w równych odstępach bramki były zamknięte, oddzielając nawierzchnię z szynami od pasażerów. Zerknęłam na wyświetlacz nad swoją głową. Rozwalone diody LED. Jeszcze tydzień temu połyskiwały tam żółte cyferki, informując, za ile minut nadjedzie metro.

Szum i świst, z czeluści wychynął krótki zielonkawy skąposzczet. Pięcioczłonowy skład płynnie się zatrzymał. System działał, drzwi rozsunęły się synchronicznie razem z bramkami. Nie miałam jednak ochoty zmierzać rozpędzonym wagonem bez maszynisty prosto w czeluść piekieł. Nawet w dobrym towarzystwie.

Wsiedliśmy na sam koniec, do ostatniego członu. Pechowo. Na kolejnej stacji sfora wrzaskliwych czarnoskórych obywateli odcięła nam drogę odwrotu. Uciekali z osiemnastki niczym stado karaluchów, które przenosiło się na nowy dziewiczy teren, aby go zapaskudzić, niosąc smród rozkładu.

- Salo... - rzucił ku nam rosły Afrykanin z dredami.

Szybko się zamknął. Prawidłowa reakcja. Asłan gwałtownie poderwał się z siedzenia. Zawisł nade mną. Zadrżałam, widząc jego lekko zmrużone, płonące oczy. Miałam wrażenie, jakby chciał mnie objąć muskularnymi ramionami, odgradzając od napastników. Był jak górski lew szykujący się do skoku. Czułam na twarzy pulsujące ciepło jego oddechu. Przeszedł mnie dreszcz. Podniecenia? Niepewności? Strachu?

A oni? Dlaczego zrezygnowali z zaczepki? Bo tacy goście jak Asłan cieszyli się złą opinią. Dżihad, te sprawy. Kosa nagle wyskakująca z kieszeni. Skąd czarni bracia mieli wiedzieć, że nie jest fanatykiem, wysadzającym siebie i innych? Że nie jest samobójcą. A wystarczyło pomyśleć, kapkę się wysilić. Czy fundamentalista zadawałby się z białą dziewczyną z odsłoniętymi włosami?

A ja sama, czy byłam rasistką? Nie. Ale drażniły mnie podziały. To, że szacunek zdobywało się przemocą i triumf święciła pogarda dla odmienności. Podziały, wszędzie podziały. Oni i my. Zamknięte dzielnice, slumsy, ogrodzony teren dla bogatych. Tak kończyły się rządy socjalistów. Skrajnościami. Tym, że bogaci stawali się bardziej bogaci, a biedni jeszcze biedniejsi. Dlaczego zaprzątałam sobie tym głowę? Bo, cholera, małolaty nie są głupie, nie są infantylne. Chcą wiedzieć, dlaczego ten świat działa, jak działa. Dlaczego Asłan nie trzyma ze swoimi? I co o nim naprawdę wiem? Niewiele.

Wyratował mnie z łap dwóch furiatek. Wpakowałam się w kłopoty, broniąc dziewczyny, która się wyłamała. Nie nosiła chusty poza murami szkoły. Chciała żyć własnym życiem. Jak żył nim Asłan, który nagle pojawił się na boisku. Wystarczyło, że popatrzył na napastniczki, a wycofały się w pośpiechu. Od tamtej pory mnie chronił. W ramach doświadczalnego programu społecznego, pozwalającego zdobyć wykształcenie uzdolnionym przedstawicielom innych kultur, ten dojrzały mężczyzna dostał stypendium i miał szansę skończyć liceum plastyczne. Choć Asłan i tak nie był najstarszy w klasie.

Polubiliśmy się, mimo różnicy wieku, a może właśnie dlatego? Nie pochłaniały go problemy typowe dla moich kolegów, zakompleksionych nastolatków z burzą hormonów buzujących niczym woda sodowa. Nie palił w kiblu, nie brał prochów, nie przemycał bimbru w plastiku i nie robił debilnych kawałów, racząc koleżanki prostackimi odzywkami. Nie włóczył się po klubach z dowodem pożyczonym od starszego brata. Za to zabrał mnie na pierwszy trening i przekonał do swojego hobby: sztuk walki. Teraz sama bym się obroniła.

"Czarne Pantery" nareszcie się zmyły. Wykonawszy kilka obrotów wokół metalowych słupków, wyskoczyli z wagonu. Asłan musiał zwietrzyć kłopoty. Intensywnie się wpatrywał w grupki ludzi w przedniej części składu. Nie przez przypadek zawsze zajmował miejsce z tyłu - to był dobry punkt obserwacyjny. Co niepokojącego tym razem zobaczył? Przemawiała przez niego ostrożność czy miał przeczucie wojownika? Wysiedliśmy na następnym przystanku.

- Merde - zaklął. Ja również ich dostrzegłam. Kilku ubranych na szaro facetów z ciemnymi włosami i długimi brodami.

Pociągnął mnie za ramię w boczny tunel.

- Szybciej - rzucił. - Tu są kamery.

O co chodzi?! Jeśli coś nam groziło ze strony kolejnego gangu, to lepiej było pozostawać na monitorowanym terenie i pokładać nadzieję w jednostkach antyterrorystycznych, że błyskawicznie zareagują i przyjdą z odsieczą spokojnym obywatelom.

Nie mieliśmy przy sobie żadnego cudu techniki, nawet komórki, bo dzięki temu człowiek stawał się anonimowy. Jednak w tym momencie działało to na naszą niekorzyść. Nie mogliśmy wezwać pomocy. Szliśmy szybkim krokiem, co chwilę gdzieś skręcając, aż straciłam orientację. Tunele były tak zdewastowane, że na szarych ścianach, z których tonami odpadały płytki, nie dostrzegłam ani jednego czytelnego napisu. Nie nadążałam za Asłanem. Zaczęłam biec.

Nagle się zatrzymał. Stanęliśmy pod ścianą z naroślami kostropatych burych zacieków. Korytarz się skończył. Dopadli nas! Czterech napastników z twarzami zasłoniętymi biało-czarnymi chustami o drobnym wzorze - kodzie morderców.

Zauważyłam błysk stali. Wyciągnęli noże. Zakłuci w ciemnym zaułku przez bojowników dżihadu. Superperspektywa! Umknął mi drobny fakt, że kiedy schodziło się do metra, a już szczególnie w osiemnastce, obowiązywała jedna zasada: "Pasażerze, jesteś tutaj na własną odpowiedzialność. Radź sobie sam".

Nerwowo spojrzałam na swojego obrońcę, mocniej zaciskając dłoń na pasku sportowej torby. Nie padło ani jedno słowo, co zwiększyło napięcie. Żołądek podszedł mi do gardła i skoczył jak opętany. Usiłował się przebić przez przełyk skurczony strachem.

Kątem oka dostrzegłam błyskawiczny ruch. Ręka wysunięta zza pleców. Nóż? Sączące się przez brudny klosz lampy światło padło na ciemną, gładką lufę.

Asłan wyciągnął gnata. Upadłego czarnego anioła zwiastującego śmierć.

A później ich rozwalił. Wszystkich. Precyzyjnymi strzałami w klatkę piersiową. Najbliższy w odruchu desperacji zamachnął się kosą i skoczył na lufę plującą kulami. Jego ręka osunęła się po kurtce Asłana. Upadł na podłogę i skulił się niczym noworodek szukający bezpieczeństwa w matczynym łonie, po czym zamarł.

Oderwałam dłonie od uszu. Ostry zapach prochu. Krwawiące dziury w plecach ofiar - rany wylotowe. Ciała powyginane w surrealistycznych pozach. Rosnąca kałuża czerwonej mazi, pełznąca do moich butów. Jak materializujący się potwór z horroru. I ta zastygła twarz. Twarz mordercy.

Nie drgnął mu żaden mięsień. Oczy były zimne, obce. Pociągnięciem za łokieć zmusił mnie, bym przestąpiła przez trupy. Już trupy. Bo dla pewności oddał jeszcze dwa strzały, mierząc leżącym w potylice, i wsadził broń za pas, ciągle z tym samym obcym spojrzeniem.

To po to ich zwabił w ślepy zaułek. Żeby wszystkich wykończyć, nie zostawić świadków. Jeden jednak pozostał. Ja, Gloria Arciszewska. Naiwna dziewczyna wierząca w przyjaźń.

Zabójca! Morderca! - chciałam to wykrzyczeć. Nie wydałam najmniejszego dźwięku, choćby ostrożnego jęku czy słabego pisku. Wstrząsała mną fala dreszczy, jakbym miała gorączkę i drżała, kuląc się pod kocem. Coś spływało mi na oczy. Krew? Odruchowo wytarłam czoło rękawem i przyłożyłam go do ust. Poczułam słony smak na wargach. To tylko pot.

Asłan przyjrzał mi się uważnie.

- Albo my, albo oni, Gloria - rzekł spokojnym tonem. - To jest wojna.

- Nie mów mi, że jesteś z Mosadu - warknęłam ochryp­le, nareszcie odzyskując głos.

Ściągnęłam płaszcz i rzuciłam mu w twarz. Złapał go niezgrabnym ruchem, ręką, w której jeszcze przed chwilą trzymał broń.

- Nie, nie jestem.

Wciągał go jakoś niemrawo. Czyżby, kiedy ochłonął, obudziły się w nim wyrzuty sumienia? Nie dobija się rannych, przestrzeliwując im mózgi na oczach nieletniej. To nie tylko brak ludzkich uczuć, ale i spory nietakt.

- Włóż i zaciągnij kaptur - zażądał. Sam również nasunął kaptur płaszcza głęboko na twarz. Myliłam się, on nie ma skrupułów. Myśli tylko o tym, aby nie odpowiedzieć za poczwórne zabójstwo. - Chodźmy! - Poczułam żelazny chwyt na ramieniu. Syknęłam z bólu. Asłan nie zostawił mi wyboru. Musiałam dostosować tempo do jego kroków. Spod kaptura kangurki widziałam tylko kawałek ciemnoszarego wyślizganego betonu pod stopami.

Przez głowę przelatywały mi pytania, na które gorączkowo szukałam odpowiedzi. Nawet gdybym miała do czynienia z agentem, przecież i tak by się do tego nie przyznał. Ale ta jego brutalność! Jakby nieobcy mu był taki sposób działania, jakby zawodowo przeprowadzał egzekucje. Co robi w paryskim publicznym liceum? Czyżby zajmował się inwigilacją? Przecież do takiej roboty lepiej by się nadawał pryszczaty nastolatek. Nie zwracałby tak na siebie uwagi. Gangster? Czeczeńska mafia bezpośrednio kontrolująca rynek prochów? To bez sensu. Intuicja podpowiadała mi, że prawda jest bardziej absurdalna. Jak mawiała moja ciotka Hanna, życie to nie film sensacyjny. Jest bardziej zawiłe. Bardziej niedorzeczne.

Asłan pozbył się pistoletu, wyrzucając czterdziestkępiątkę przez rozbite okno, kiedy tylko pusty wagon znalazł się między przystankami. Powinien cisnąć broń do wody albo zakopać. Wszystko, byle nie zostawiać dowodu w tunelu metra. Okazało się jednak, że wiedział, co robi. Gdy wysiedliśmy w Boulogne i zmierzaliśmy do wyjścia, nadzialiśmy się na lotny patrol. Teraz?! Kiedy pasażerowie poradzili sobie sami?

Potężni osobnicy w czarnych kominiarkach zakrywających twarze nie dbali o bezpieczeństwo pojedynczych cywilnych obiektów. Ścigali terrorystów. Zabezpieczali metro przed wybuchem ładunku siejącego masową śmierć. Działania pozorne, bo... do cholery, jak udowodnił to mój towarzysz zabójca, można przemycić do metra całkiem sporego gnata. Wykrywacze metali działały niezawodnie w zamkniętych sektorach, w których chronił się rząd i bogaci obywatele miasta. Tylko tam nie przytłaczał brud i smród miejskiego ścieku. Paryża. Wychodka upadającej cywilizacji.

Jednostki specjalne w miejscach publicznych: sklepach, metrze, szkołach, to nic niezwykłego. Kamizelki kuloodporne, czarne osłony z kevlaru na stawy, gogle z noktowizorami, odbezpieczona broń. Ile lat trwa ten konflikt? Kto pamięta, jak się zaczął? Już ponad dwadzieścia lat temu płonęły podparyskie dzielnice, kiedy bezrobotni synowie imigrantów wyszli na ulice. Zamachy bombowe też mają długą tradycję.

Tak dorośli urządzili sobie świat. Świat, do którego wkraczałam i do którego zabrał mnie dzisiaj Asłan. Nie widziałam jeszcze śmierci z tak bliska. Nie zaglądała mi tak nachalnie w twarz. Te trupy za nami... To my mogliśmy tam leżeć w kałuży krzepnącej krwi. Nareszcie to do mnie dotarło i przestałam go winić za masakrę. Tak nisko stoczyła się cywilizacja. Albo my, albo oni. Jednak Asłan pominął istotną kwestię. W tej wojnie nie było zwycięzców.

Rozdział 2

Ochroniarz

Jasna tarcza księżyca, powiew rześkiego powietrza na twarzy. Co za ulga po opuszczeniu katakumb! Nareszcie znalazłam się na progu bezpiecznego świata. Ciężka stalowa brama strzegła dostępu do pięciokondygnacyjnego budynku pokrytego świeżym kremowym tynkiem. Zsunęłam kaptur, kiedy stanęliśmy przed kamerą. Czarne oko celowało w moją głowę jak wylot lufy karabinu. Paskudne wrażenie. Przycisnęłam kciuk do dotykowego panelu, palcem drugiej dłoni wstukałam kod. Odetchnęłam z ulgą, gdy brama cicho się rozsunęła, niczym drzwi atestowanej szwajcarskiej windy Schindlera.

Teraz już wiedziałam, dlaczego, kiedy Asłan odwoził mnie do domu, nie opuszczał metra w Boulogne. Z ukrytą bronią nie minąłby bramki, nie przeszedłby też przez nieduży hol wyłożony wykładziną w kolorze czerwonego wina szczepu pinot noir. Alarm wyrwałby z drzemki wynajmowanego przez wspólnotę ochroniarza, który siedział w dyżurce za zbrojonymi drzwiami. Oczami wyobraźni ujrzałam, jak przez uchylony lufcik Marc celuje do uzbrojonego intruza ze swojej wiernej berthe.

Wjechaliśmy windą na trzecie piętro.

- Tutaj mieszkam. - Wskazałam na pierwsze drzwi po prawej z mosiężnym numerem 34 połyskującym na ciemnobrązowej dębinie. Spodziewałam się pożegnania. Asłan oparł się o ścianę. Milczał, oczekując ruchu z mojej strony. Nie pozostało mi nic innego, jak zaprosić go na kolację. Ciekawe, jak na tę niespodziewaną wizytę zareaguje moja ciotka?

Nacisnęłam dzwonek. Hanna pewnie widziała nas na hologramie. O tej porze krzątała się w kuchni, czekając na mnie i martwiąc się. Każde wyjście poza mury naszej fortecy niosło z sobą ryzyko, nawet tutaj, w Boulogne-Billancourt, na południu Paryża. Aż dziw, że ciotka puszcza mnie na treningi. Opowiadałam jej o Asłanie, rozmawiała z nim niejeden raz przez telefon, obserwując go na wyświetlaczu, ale czym innym było zobaczyć na własne oczy.

Kiedy otworzyła drzwi, nie skomentowała jego wieczornych odwiedzin, wymienili tylko cztery cmoknięcia w powietrze - zwyczaj, który przejęli nawet imigranci z odległych krajów.

Odebrała od Asłana płaszcz. Taksując mężczyznę spojrzeniem niebieskich oczu, przenikających przez podejrzany obiekt niczym promieniowanie jonizujące, skomentowała:

- Jesteś ranny.

Ranny? Dopiero teraz skojarzyłam nóż zahaczający o jego kurtkę i dziwne, nieporadne ruchy, kiedy wciągał płaszcz. Jednak jestem ofermą. A właściwie patentowaną gapą do entej potęgi. Skupiłam się na swoim wrażliwym ja, na trupach leżących we krwi i resztkach mózgów wylewających się na betonową podłogę, i nie zaskoczyłam, dlaczego przez całą drogę przyciskał dłoń do brzucha. Powinnam go obejrzeć, odsunąć poły kurtki. Taki facet jak Asłan nie poskarżyłby się kobiecie, a tym bardziej nastoletniej gówniarze. Jego ręka była cała czerwona od krwi, która skapywała na miodowe płytki terakoty, tworząc asymetryczne kwieciste wzory. Jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć? Była na to tylko jedna odpowiedź: adrenalina.

Hanna od razu przystąpiła do działania i zaprowadziła rannego do łazienki. Ruszyłam za nimi i aby nie przeszkadzać, tylko zerkałam przez otwarte drzwi. Ciotka pomogła ściągnąć Asłanowi zakrwawioną kurtkę i T-shirt.

Cięcie długości męskiej dłoni przechodziło od pępka w kierunku prawego boku. Chyba nie było głębokie, za to z pewnością uciążliwe ze względu na krwawienie. To moja wina! Gdyby Asłan nie okrył mnie, drżącej z zimna, własnym płaszczem, gruby materiał mógłby zatrzymać ostrze.

Hanna podsunęła mu stołek i przykucnęła. Wyciągnęła z najniższej szuflady szafki podłużne czerwone pudełko i zerwała srebrną plombę. Tajemniczy gadżet okazał się apteczką. Świadczyły o tym przedmioty, które wyłożyła na obudowę wanny: nieduże białe butelki z aseptykami, pękate opakowania bandaży i podłużne saszetki z opatrunkami. Starannie umyła ręce, używając bakteriobójczego żelu, po czym otworzyła największą butelkę i rozerwała opakowanie wyjałowionej gazy.

Uważnie przemywała ranę żółtym płynem aseptycznym.

- Nie jest tragicznie - oznajmiła, kiedy skończyła. Sięgnęła do pudełka. W jej dłoni pojawił się miniaturowy srebrzysty księżyc - zakrzywiona igła. Wyciągnęła też nić chirurgiczną. Skąd ma tak dobrze zaopatrzoną apteczkę? - Ale lepiej, jak ją zszyję - dodała. - Szybciej się zrośnie.

Asłan skinął głową. Nie skrzywił się, gdy z miną sadystki przekłuwała mu skórę.

- Ogon? - spytała, przeciągając nić.

Szycie na żywca! Wrrrr... Poczułam się tak, jakby to przez moją skórę Hanna przepychała chudą, białą dżdżownicę. Bezbronne stworzenie wijące się z bólu na haczyku.

- Wszystkich zlikwidowałem.

Jej pacjent miał twarz niczym zastygłą w kamieniu. Jakby egipski artysta utrwalił jego szlachetne rysy w kalcytowym alabastrze.

Ale, ale... O czym oni mówią? I czy ta sadystka to naprawdę moja ciotka?! Zasadnicza i nieco zmanierowana pięćdziesięciopięcioletnia kobieta? Dbała o siebie, regularnie uprawiała jogę i biegała, ale bez przesady! Może La Garde civique[1], która przeszkoliła Hannę i do której ciotka należała, zakuła w stalowy pancerz jej serce i zaopatrzyła w podręczny zestaw małego psychopaty?

- Tężec? - rzuciła, ponownie wbijając igłę jakiś centymetr dalej niż poprzednio.

- Byłem szczepiony rok temu. - Tym razem Asłan lekko się skrzywił, co bynajmniej nie ujęło mu męskości, a sprawiło, że w moich oczach stał się bardziej ludzki.

- Przynajmniej to mamy z głowy - mruknęła. - Gloria - zwróciła się do mnie nakazującym tonem. - Idź do swojego pokoju. Chcę porozmawiać z Asłanem.

Jak oni mnie traktują! - zawrzałam, jednak pod jej ostrym spojrzeniem obróciłam się na pięcie, żeby odejść. Ze zdeterminowaną kobietą, dzierżącą w dłoni srebrzysty przedmiot tortur, lepiej nie zadzierać. A zresztą, jeślibym nie posłuchała, Hanna, bezlitosny i apodyktyczny wódz jednoosobowej armii, na sto procent zarządziłaby tygodniowy szlaban.

W pokoju zamaszystym ruchem posłałam torbę pod biurko, nie wyciągnąwszy nawet mokrej koszulki, i rzuciłam się na łóżko. Takiego! Walnęłam się z butami na pościel - zaaferowana tym, co się stało, nie ściągnęłam ich w przedpokoju. Ciotka sama chciała, żebym natychmiast poszła do siebie. Potraktowała mnie jak smarkatą trzynastolatkę, która jest za głupia, aby ją informować o sprawach dorosłych. A przecież te sprawy bezpośrednio mnie dotyczą. Zapomniała, że za niecały rok skończę osiemnaście lat? "Dopóki nie jesteś pełnoletnia, musisz mnie słuchać". Kurna! Standardowa gadka. Jak już będę mieć te magiczne osiemnaście lat, ciotka zaserwuje mi następną: "Dopóki cię utrzymuję...". A nie jest nawet moim rodzicem. Zostałam tylko oddana jej na wychowanie. Przyleciałam do Paryża jakieś dziesięć lat temu. Sąd rodzinny nie chciał mnie powierzyć mojej starszej siostrze Lidii, która osiągnęła pełnoletność zaraz po rozprawie. Gdyby ktoś nie podkablował, że rodzice nas porzucili...

Przeszła mi pierwsza złość. Obudziła się za to ciekawość. O czym oni rozmawiają? Asłan poinformował ciotkę, że wszystkich zlikwidował, a ona przyjęła to jak najnormalniejszą rzecz pod słońcem. Co z nią zrobiła ta straż obywatelska! Hanna zachowywała się, jakby zabójcy co wieczór nachodzili ją w mieszkaniu, a ona opatrywała im rany.

Pukanie do drzwi. No, chociaż trochę szacunku.

- Czego? - warknęłam.

- Chodź na kolację.

Kolację? Po tym wszystkim? Czy do niej nie dociera, że jakąś godzinę temu widziałam rozpryskujące się mózgi? Może jeszcze przyrządziła móżdżek na grzankach?

- Ale najpierw wymyj ręce. I ściągnij buty.

Uff... Wróciła stara Hanna. Czyścioch i skrupulantka. Zauważyła, że brakuje jednej pary butów przy drzwiach. Założę się, że aby zneutralizować zapach krwi, skropiła podłogę perfumami.

Poderwałam się z łóżka.

Miałam rację, miodowa terakota świeciła czystością jak moje dopiero co wypucowane dłonie. Ciotka krzątała się w kuchni, Asłan siedział przy stole, miał na sobie koszulę wujka Rolanda. Ciepły brzoskwiniowy kolor złagodził jego rysy. No, po prostu rodzinna sielanka!

- Jak tam rana? - spytałam, żeby przerwać krępującą ciszę i zagłuszyć wewnętrzne wrażenie, że jestem obiektem jakiegoś paskudnego spisku. Te ich porozumiewawcze spojrzenia rzucane ukradkiem!

- W porządku - mruknął Asłan. - Hanna założyła jeszcze żelowy opatrunek.

Hanna?! Odkąd to mówi do ciotki na ty?

- Siadaj - zarządziła, dając do zrozumienia, że nie życzy sobie scen. Zbyt dobrze mnie znała, żeby nie przewidzieć reakcji.

Błyskawicznie przemyślałam swoją sytuację. Wybiję ciotkę z tego stanu wszystkowiedzącej, chodzącej nieomylności. Bunt, nawet najmniejszy, nie wchodził w rachubę. Jak powinnam zareagować, by nie wzbudzić podejrzeń?

- Jestem głodna - rzuciłam, zajmując miejsce naprzeciw Asłana.

Znowu wymienili się spojrzeniami. Podstęp nie chwycił. Hanna grała dalej.

- Proszę. - Postawiła na stole sałatę z winegretem. Aż zakręciło mnie w nosie. Choinka, głód naprawdę skręcał mi kiszki. Kiedy nałożyłam sałatę Asłanowi i sobie na talerze - ja z kolei grałam dobrze wychowaną małolatę - ciotka zaserwowała nam bagietkę.

Wysuszone kawałki bułki chrupały w zębach jak kafelki miażdżone buciorami z Bundeswehry. Wołały: "Jesteśmy wczorajsze!".

Hanna wyciągnęła z lodówki pierś gęsi na zimno i zaczęła ją kroić swoim ulubionym rzeźnickim nożem, ostrym jak skalpel (nieraz musiałam z przeciętym paluchem biec sprintem do łazienki). Dobrze, że nie potraktowała Asłana schabem i białym wytrawnym winem. Chociaż ta jego ksywa... "Tank" kojarzyło mi się nie tylko z czołgiem, ale i z ostrym tankowaniem alkoholu.

- No dobra - wybuchłam. - Mówcie, co jest grane!

- Musimy wyjechać.

Omal nie zadławiłam się bagietką. Ostry kawałek wpadł mi do przełyku. Hanna walnęła mnie bezceremonialnie w plecy. Rozbijając przy Asłanie moją dumę na miliony drobnych okruszków.

Kichając, prychając, krztusząc się, czy co tam jeszcze, z gardłem skatowanym przez suche, twarde, niewdzięczne coś, szumnie zwane kultowym francuskim pieczywem, wydusiłam:

- Mu... m... simy?

- Wrócisz do Lidii. Z Asłanem.

- Z nim?! - Dopadł mnie ostry suchy kaszel. A ona, jak gdyby nigdy nic, kontynuowała:

- Ja też muszę stąd zniknąć.

Dopiero teraz zwróciłam uwagę (kaszel, dotąd torturujący mnie równie okrutnie jak moja opiekuńcza ukochana ciocia, niespodziewanie odpuścił), że Hanna stuka palcem w dotykowy ekran, wbudowany w panel przy stoliku.

- Bilety już zarezerwowane - oznajmiła.

- To przeczy wszelkim zasadom konspiracji - zapiszczałam chrapliwie. Okruchy zdążyły totalnie zmasakrować mi przełyk.

- Za dużo filmów - skomentował Asłan i obrócił na widelcu ostatni plaster mięsa, przyglądając mu się z ekscytację godną wznioślejszej sprawy. Skorzystał z mojej niemocy i wyżarł wszystko z półmiska!

Ciotka musiała, jak zwykle, odczytać moje myśli, bo jej wzrok mówił: "Taki kawał faceta musi zjeść. Tobie wystarczy sucha bagietka. Trzymaj linię, dziewczyno".

Tego było już za wiele! Przepełniła się czara goryczy.

- Może nie zauważyliście - mój krzyk przypominał kwik zarzynanego prosięcia - że omal nie zakłuto mnie dzisiaj nożem! Zababrałabym sobie krwią buty od Gucciego, kupione za całą wakacyjną pensję. Widziałam mózg na wierzchu. Antyterroryści o mały włos nie odstrzelili mnie jako zamachowca. A już na pewno wspólniczkę morderstwa. A wy... wy mi pieprzycie, że... Wysyłacie mnie na jakieś zadupie. Do Trzeciego Świata... - zamilkłam i... się rozbeczałam. Cała moja godność rozpłynęła się jak masło na południowym słońcu.

Ciotka usiadła obok. Nie pozwoliłam jej się objąć. Nie trzeba mi było pocieszenia. Tylko prawdy.

- Jesteście mi coś winni - wydusiłam. - Ty też, Tank. Szczególnie ty.

Zamierzał coś powiedzieć, Hanna nie pozwoliła mu dojść do głosu.

- Asłan miał za zadanie cię chronić.

Mało brakowało, a rzuciłabym: "Pierdolisz!". Podeszłam do sprawy bardziej dyplomatycznie:

- Nie stać cię na ochroniarza. Nie takiego jak on.

Asłan był mistrzem walk w klatkach. I to prawdziwych klatkach, a nie w oponach Michelina dla mięczaków.

Spojrzeli na siebie, a moje myśli galopowały przez rozgrzaną na maksa mózgownicę. Jeszcze chwila, a przepalą mi się obwody. Co jeszcze wymyślą, żeby uwiarygodnić swoje brednie?

- Dobra, odpuśćmy. - Okazałam im nieco łaski. - Na razie - dodałam szybko. - Mówiłaś, że też musisz zniknąć? Nie jedziesz ze mną?

- Z nami. - Asłan niespodziewanie odzyskał język w gębie.

Na stole leżały wyczyszczone do połysku salaterka, półmisek i nasze talerze. Ciotka nadal wodziła palcem po panelu z netem. Najwyraźniej finalizowała wirtualną transakcję.

- Zobowiązania to nie tylko pieniądze.

- Byłeś kiedyś w Polsce? - spytałam z powątpieniem.

- Znam ten kraj.

No nie! Typowy facet, lakoniczna odpowiedź. Ale przynajmniej teraz na mnie patrzył. Cholera, czy on musi być tak zabójczo przystojny? Słowo "ciacho" do takiego gościa nie pasowało. Nawet nie "macho". Za to szalony, popierdolony, uroczy straceniec. Twardy jak zbrojony beton.

- Krótko, Gloria - zniecierpliwiła się ciotka. - Ja znikam z Paryża, wy znikacie i znikają nasze problemy. Jutro wylatujecie.

- Niestety - przerwał jej Asłan. - Mam tu jeszcze jedno zobowiązanie.

- Merde! - rzuciła. Nie mogłam uwierzyć, że to ta sama opanowana Hanna. - Naprawdę nie możesz tego odwołać?

- Nie.

- Ale twoje cięcie! - zaprotestowałam. - No i co z regulaminem?

- W nielegalnej walce jest niewiele zasad - mruknął. - Niezagojona rana cięta zawodnika to jego problem. W ustawkach organizowanych przez mafię może brać udział nawet nosiciel. To wszystko kwestia stawki. Skoro przeciwnik jest kamikadze...

- Muszę zmienić rezerwację - wtrąciła Hanna, chyba żeby oszczędzić mojemu młodemu niewinnemu serduszku kolejnych szczegółów. - Trochę to będzie kosztować.

- Właśnie dlatego nie mogę odwołać tej imprezy. Potrzeba nam sporo kasy i poufny przerzut. Za milczenie się płaci.

No i niech mi ktoś powie, że życie nie jest bardziej zawiłe niż fabuła filmu sensacyjnego! Znajdowałam się w oku cyklonu szpiegowskiej afery. Pewnie zaraz wyciągną plik fałszywych paszportów. Nie przerywałam im jednak, by zasypać kolejnymi pytaniami. Z grubsza orientowałam się, o jaki interes chodzi Asłanowi. I wiedziałam, że mu nie odpuszczę. Mimo że był gadatliwy niczym hinduski jogin, wyciągnę z niego więcej niż od Hanny.

- Idę wziąć prysznic - zwróciłam się do Asłana - a potem będę chciała z tobą pogadać. Na osobności - dodałam z nieukrywaną satysfakcją. Tym razem to Hanna wypada ze spisku.

Ku mojemu zaskoczeniu ciotka nie zaprotestowała. Skinęła głową, jakby dawała mu przyzwolenie, i powiedziała:

- Przygotuję łóżko w salonie.

Przyjęła za oczywistą rzecz, że Asłan zostanie u nas na noc. Czy aby jego kultura dopuszcza, żeby obcy mężczyzna nocował pod jednym dachem z dwiema samotnymi kobietami? Ale, po pierwsze, to były nadzwyczajnie okoliczności - w końcu mnie ochraniał, nie? - a po drugie już kilkakrotnie pokazał, że nie postępuje zgodnie z zasadami obowiązującymi w jego kręgu kulturowym. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Szybko doprowadziłam resztę ciała do stanu czystości - samo umycie dłoni po treningu to stanowczo zbyt mało - i wskoczywszy w ulubioną flanelową dwuczęściową czerwoną piżamę, poszłam do swojego pokoju. Z lekkimi wyrzutami sumienia zerknęłam na fragment jasnoniebieskiej pościeli w żółte gwiazdki, na którym przed kolacją wylądowały moje modne, ale brudne botki. Usiadłam na łóżku i odpaliłam tablet. W końcu wypadałoby się pożegnać z przyjaciółmi. Wcale nie byłam pewna, czy w tak zadupiastym kraju jak Polska będzie stałe łącze. Zapytam Lidię, jak tam z pogodą. Może tym razem uda mi się połączyć z moją kochaną siostrą? Informacja, że za maksymalnie dwie doby mnie uściska, a potem będzie musiała się użerać ze zbuntowaną nastolatką (szkoła, podejrzani koledzy, późne powroty - te sprawy), spadnie na nią jak grom z jasnego nieba.

Zanim doszłam do wniosku, że oznajmianie całemu światu o swojej ucieczce z Francji to stanowczo zły pomysł, skoro przed kilkoma godzinami usiłowano mnie tu zamordować, usłyszałam pukanie.

- Wejdź.

Rozdział 3

Drugie życie

Rozejrzał się po moim schronieniu, przesuwając wzrokiem po rysunkach wiszących nad biurkiem. I wtedy zaskoczyłam. Szkic! Kartka z Asłanem, "Tankiem", wisiała w centralnym punkcie.

Błyskawiczna reakcja. Napięcie mięśni. Desperacki skok. Nic z tego, zasłonięcie obrazka własnym ciałem już nie załatwi sprawy. Asłan zdążył go zobaczyć. Udawał jednak, że nie rozpoznaje rysów herosa trzymającego w muskularnym łapsku rozgrzaną giwerę wielką niczym lufa tigera VI.

Ale wtopa! Jeszcze sobie pomyśli, że się w nim podkochuję! Dobrze, że zamknęłam w szkicowniku jego rysunek z obnażonym torsem, żeby tylko... Kompromitująca kartka leżała na biurku między skanerem a tabletem. Schowałam ją wczoraj do szkicownika ze względu na Hannę grasującą po mieszkaniu z odkurzaczem.

- Naprawdę musisz jutro wchodzić do klatki? - Nie ma to jak sprytny unik, by odwrócić uwagę. Zmylić obiekt moich szczeniackich westchnień. - Nie możesz odwołać walki?

- Straciłbym dużo kasy. I poszły już zakłady.

No tak, pomyślałam, z mafią lepiej nie zadzierać. Byli groźniejsi niż napastnicy w metrze, bo konsekwentni.

Asłan podszedł do łóżka i usiadł przy nim, opierając się o ścianę. Przesunęłam się ku niemu. To był impuls. Zadziałał kobiecy instynkt, by zaopiekować się straceńcem.

- Nie chodzi wyłącznie o pieniądze - rzekł z powagą w gło­sie - ale i o słowo.

Ta cholerna męska duma! Instrukcja obsługi Czeczena: honor pomnóż przez tysiąc.

- Przecież jesteś ranny! - zaprotestowałam.

- Powierzchowna rana. - Wzruszył ramionami. - Nie mam HIV ani HCV.

Co tam dla niego jakieś draśnięcie? Przecież w metrze rozerwał kilka klatek piersiowych i wywalił na wierzch ze dwa mózgi. U siebie, na Kaukazie, pewnie pożerał wątroby wrogów. Poza tym jako bokser musiał robić regularne badania. Żółtaczka typu C byłaby końcem jego kariery.

Niespodziewanie Asłan na mnie spojrzał. Ten zdradliwy dreszcz! Co tam dreszcz. Musiałam być cała czerwona. Czułam, jak płoną mi policzki. Czy nic się przed nim nie ukryje?

- Ale Fist będzie walić właśnie w opatrunek - rzuciłam, by zamaskować fakt, że jest mi głupio. Pseudonim jego przeciwnika, Fist, był skrótem od backfist, nazwy charakterystycznego uderzenia, które czasem wyprowadza się dodatkowo z obrotu.

- Jak mam cię przekonać, że wszystko jest w porządku?

- Pokaż. Sama ocenię. Co bym zrobiła na miejscu Fista - dodałam szybko.

Asłan podniósł się z podłogi i zaczął rozpinać koszulę. Nie pierwszy raz widziałam go w samych spodenkach (w "Roks Boks" dysponowaliśmy jedną szatnią dla wszystkich). Kiedy tylko miałam okazję, zerkałam na niego ukradkiem.

Najlepiej zbudowane ramię i tors w klubie.

Jednak najbardziej lubiłam na niego patrzeć, kiedy uderzał w worek treningowy. Te jego ruchy! Szybkie, płynne, gibkie. Perfekcyjna technika i doskonała koordynacja. Gra mięśni pod T-shirtem. Ale, cholera, nie znosiłam być z nim w parze. Nawet gdy lekko kopnął w tarczę, leciałam ze dwa metry w tył. Za to sparingi wręcz uwielbiałam. Asłan potrafił uczyć.

Moje oczy chyba mówiły: "więcej", bo obnażył się do pasa. Jego twarz rozjaśnił uśmiech. A niech to! Co za dwuznaczna sytuacja.

- I jak? - spytał.

I wtedy to wyczułam. On ze mnie pokpiwa. Z mojej nadopiekuńczości. W dodatku nie bezcelowo. Chciał odwrócić moją uwagę od ostatnich wydarzeń. Uniknąć niewygodnych pytań. Oskarżeń. Wyrzutów, że wszedł w skórę przyjaciela, a tak naprawdę byłam jego zleceniem.

- Masz opatrunek przyklejony aż do wątroby - skomentowałam. - Chociaż... zawsze to jakiś pomysł. Zaklajstruję ci jak największą powierzchnię i Fist może nie rozkwasi cięcia na amen. Nie będzie wiedział, gdzie dokładnie jest. - Gapiłam, się, cholera, gapiłam, i to bynajmniej nie tylko na opatrunek. - Dlaczego nie masz tatuaży? - rzuciłam z głupia frant, by zamaskować zmieszanie.

Asłan się skrzywił.

- Prawdziwy ostry facet powinien mieć dziary. - Drobna zemsta za to, że traktuje mnie jak nieletnią smarkulę.

- Dziary są dla frajerów - warknął. - To nie jest znak wojownika, tylko chodzącej cipy.

- A co jest takim znakiem? - Zaskoczył mnie swoją chamską reakcją, ale sama go sprowokowałam.

- Twarda skóra na kolanach i łokciach. Wytarty policzek. Zgrubienia na wnętrzu dłoni. Na palcu trzymanym na spuście. Po tym nas rozpoznawali. I nasze kobiety, dziewczyny... - Zamilkł.

Z powrotem oparł się o ścianę. Wbił wzrok w nieistniejącą drzazgę wystającą z szuflady biurka. Musiałam trafić w bolesne miejsce. Pociągnąć zbyt napiętą strunę. Zapomniałam, że bliższe obcowanie z Asłanem jest jak poruszanie się po polu minowym. Nie wiadomo, co jest tabu. Teoretycznie powinna nim być koedukacyjna szatnia. Ale tylko teoretycznie.

- Twój znak to Ryby - przerwał ciszę. - Podwójny znak. Podwójna natura. - Teraz patrzył na moje rysunki. - Gloria "Art" i... wojowniczka.

- Raczej dopiero materiał na wojowniczkę. - Uśmiechnęłam się do niego. - Materiał, który kształtujesz. Miło mi, że wiesz, kiedy mam urodziny. A ty spod jakiego jesteś znaku? Kiedy się urodziłeś?

- W Roku Szczura.

- Znak inteligencji, bystrego umysłu. - Skoro już się uparł, by pozostać na podłodze, podałam mu dużą poduszkę, żeby włożył ją sobie pod plecy. - Chińczycy uważają szczura za mądre zwierzę.

Coś się tutaj nie zgadza. Jeszcze raz przeliczyłam w myślach kolejne tuziny. Ostatni rok szczura to 2032. Asłanowi musiało się coś pomylić. Gdyby urodził się w roku szczura, miałby piętnaście albo dwadzieścia siedem lat. Dałabym mu góra dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy. Według prawa jazdy miał dwadzieścia jeden - sprawdzałam, ale zapamiętałam tylko rok. Nie drążyłam dalej tematu. Nie teraz.

- Masz dziewczynę? - spytałam, by poprawić mu nastrój. Nigdy nie wspominał, że jest zajęty, aczkolwiek sprawiał takie wrażenie.

- Miałem.

Coś było w tonie jego głosu, co sprawiło, że nie pytałam dalej. Ta sama nuta, która się pojawiała, kiedy mówił o twardej skórze i wytartym policzku. Powiedział wtedy coś o dziewczynach.

Zwlekłam się z łóżka i usiadłam obok niego. Objął mnie tak naturalnie, jakby nie robił to pierwszy raz.

- Wiesz, co to jest obóz filtracyjny? - spytał.

Skinęłam głową. Kiedy poznałam Asłana, zainteresowałam się krajem, z którego pochodził.

- Nazywali je aresztami polowymi - szepnęłam. - Ale to było tak dawno.

- Dla mnie jakby wczoraj. Te czerwone oczy. Płynące łzy. Mężczyzn.

- Asłan, ile masz naprawdę lat?

- Nie wiem. Fizycznie góra dwadzieścia trzy. Ale widzę to wszystko. Wracają wspomnienia. Może o to chodziło? Żeby przetrwały. Dlatego on ofiarował mi drugie życie.

"On"? Miał na myśli Boga? Asłan wierzył, że ponownie się narodził?

- Człowiek żyje po śmierci we wspomnieniach najbliższych. - Lekko ścisnęłam mu przedramię. Chciałam, aby poczuł, że nie jest sam. Że mi na nim zależy.

- Dlatego ona żyje w moich. Jasmina.

Był dla mnie zagadką. Egzotycznym znajomym, potem mordercą, a na końcu zdrajcą. Teraz go zrozumiałam. Miał dziewczynę, kiedyś. Miał uczucia, do chwili, gdy umarły wraz z nią. Jednak, jak każdy człowiek, potrzebował bliskości.

- Chcę tam być. Przy tobie.

- Gloria - zaprotestował miękkim głosem. - To dla ciebie zbyt drastyczne.

- To jest nic w porównaniu do... - Nie dokończyłam. Że też nie ugryzłam się w język! Jak mogłam porównywać walkę w klatkach do tego, co przeszedł? Co działo się w obozach. Usiłowałam uśpić wyobraźnię. Nie mogłam.

- Nie myśl o tym.

Wiedziałam, że nie chodzi mu o jutrzejszą walkę. On cały czas tam był. Na Kaukazie. A jeśli rzeczywiście miał dwa życia? To obecne i tamto z przeszłości, dwadzieścia... czterdzieści lat temu? Absurdalny pomysł. Jednak opierając głowę na jego ramieniu, czując bicie serca i ciepło oddechu, wierzyłam mu. Bo wiedziałam jedno. Nigdy nie kłamał. To byłoby według niego niehonorowe.

Wszystko zaczęło się składać w całość. Moi rodzice, Monika i Eryk, zaginęli na Wschodzie, za murem, który wyrósł między Unią a Ukrainą. Tam mógł ich poznać, na misji, której celu nie znałam. A jeśli to zaledwie wierzchołek góry lodowej? Kim byli napastnicy, którzy zaatakowali nas w metrze? I ta jego brutalna reakcja. Cierpienie zabiło w Asłanie człowieczeństwo, tak jak w jego ziomkach, biorących na zakładników chorych i dzieci. Ale mogło je tylko uśpić. A przy mnie się budziło. Czy przypominam mu Jasminę? Czy to pamięć o niej zmieniała go w ludzką istotę?

- Drugie życie? - Musiałam wiedzieć. - Dlaczego mi o nim powiedziałeś?

- Bo jesteś jeszcze na tyle młoda, by uwierzyć. Dorosły wziąłby mnie za schizofrenika.

- Jestem dorosła! Tylko z Hanną tak mnie nie traktujecie! A ja... mogę ci to udowodnić!

Popatrzyliśmy na siebie w tej samej chwili. Nie dostrzegłam w jego wzroku podziwu należnego młodej kobiecie, gotowej na swój pierwszy raz. Tylko troskę! Tak, troskę! Nadal byłam dla niego gówniarą wymagającą opieki. I swoim zachowaniem właśnie go w tym utwierdziłam.

- Gloria, posłuchaj. - Powaga w jego tonie sprawiła, że bunt natychmiast wyleciał mi z głowy. - To, co się stało w metrze... Nie mogłem zostawić ich żywych. Albo my, albo oni - to nie są puste słowa. Trafili na nasz ślad tutaj, w Paryżu. I będą sukcesywnie przeszukiwać miasto. Na razie nie wiedzą dokładnie, kim jesteśmy. Tylko podejrzewają.

- Ja też nie wiem. Nie wiem, kim jesteś. Kim jest osoba, która podaje się za moją ciotkę. Kim są moi rodzice. I kim... ja jestem!

Ledwo co odzyskany spokój prysnął. Cała się trzęsłam, szczękały mi zęby. Poczułam jego ciepły uścisk, coraz mocniejszy. Asłan nie pozwalał mi się wyrwać, odsunąć. Obejmował mnie tak do chwili, aż ta cholerna trzęsawka przeszła.

- Trzymaj się mnie - powiedział wreszcie. - Niezależnie od tego, co się stanie, nie odstępuj mnie ani na krok. Gdyby jednak nas rozdzielili, nie trać głowy. Ja wrócę.

- A weźmiesz mnie na walkę?

- A mam wybór?

- Nie masz.

Ciche, dyskretne pukanie do drzwi. Hanna kolejny raz tego wieczoru mnie zaskoczyła.

- Proszę - krzyknęłam, odrywając się pospiesznie od Asłana. Kiedy otworzyła drzwi, siedziałam już po turecku na łóżku.

- Wszystko gotowe - oznajmiła. - Rano się spakujesz. - Odsunęła fotel od biurka i usiadła. - Ja wylatuję o dwunastej. Mam bilet do Quebecu wystawiony na dwie osoby. Tam, na lotnisku, ich zmylę, zanim spotkam się z Rolandem. O ile zorientują się, że moim celem jest Kanada. Specjalnie zrobiłam kilka rezerwacji, tak żeby zgłupieli. Londyn, Rzym, Praga... Wasz numer lotu poznacie dopiero przed terminalem. Ale wcześniej znikniecie z Asłanem. Do głowy im nie przyjdzie, że zamiast ze mną polecieć, wróciliście do Paryża. Powinno nam się udać, lotnisko Charles de Gaulle jest przecież ogromne.

- To nic nie da. Będą wiedzieć, że ma walkę. Tam nas znajdą.

Znowu te ich porozumiewawcze spojrzenia!

- Gloria, nie znajdą. - Asłan przysiadł obok mnie na łóżku. - Nawet ja nie wiem, gdzie się odbędzie. Te walki są przecież zakazane.

No oczywiście! Dlatego żadnej nie widziałam. Hazard i śmierć. Nielegalne ustawki ciągle były ścigane. Gdy w tym samym czasie co najmniej kilku obywateli, pchniętych nożem, zwijało się w rynsztoku albo po odstrzeleniu z obrzynów zdychało w bramach. Co za absurd!

- A jak połamią ci kości?

- Kto inny cię przejmie.

Tak jak podejrzewałam, miałam do czynienia z całą organizacją. Mogłam się wcześniej zorientować, że coś jest nie tak. To zaufanie Hanny do obcego mężczyzny, o którym wiedziała tylko, że jest moim przyjacielem ze szkoły. Ale czy wiedziała o jego pierwszym życiu?

Napotkałam spojrzenie Asłana. Nie, nie wiedziała. A on zaryzykuje udział w walce, bo... nie może umrzeć?! Jest jakimś cholernym wampirem czy co? Nie, to zbyt pospolite, oklepane, banalne. Już prędzej postawiłabym na pakt z szatanem. Asłan ma rację, za dużo filmów, paranormali, gier i komiksów. Odjechanych książek, realizmu magicznego, postapo i urban legends. Gloria Arciszewska - ułomne dziecko dwudziestego pierwszego wieku.

- Nie będziemy ci już przeszkadzać. - Ciotka (a przynajmniej osoba, która miała to w papierach) podniosła się z krzesła.

- Dobrze się wyśpij - dodał Asłan, który też wstał, by wyjść z pokoju. - Podejrzewam, że przed walką trochę pokrążymy. I przestań się przejmować. Zadbam, żeby wszystko było dobrze. Od tego jestem.

Cicho zamknęli za sobą drzwi, jakbym już spała. Nie doceniłam ich troski. Łatwo Asłanowi powiedzieć: "Przestań się przejmować". Moje dotychczasowe życie właśnie wywróciło się do góry nogami, a oni chcą, żebym spokojnie kimnęła? Nadal nie wiedziałam, o co w tym wszystkim chodzi. Najwyżej tyle, że jestem w całej tej konspiracji ważnym ogniwem. Czy tylko dla moich bliskich? Czy może mam jakąś istotną rolę do odegrania? A jeśli tak, to jaką? Co może zdziałać młoda dziewczyna, która przyzwoicie rysuje i której całkiem nieźle idzie na treningach boksu?

Chyba zacznę liczyć baranki, żeby nie myśleć o Asłanie, o jego przeszłości. Inaczej nie zasnę. Jeden, drugi, trzeci...

Poderwałam się. Otaczał mnie półmrok. Gdzie jestem? Wyczułam pod dłonią znajomą gładką powierzchnię: prześcieradło. Moje łóżko. Hanna musiała zasunąć żaluzje. Z powrotem opadłam na poduszkę. Zza drzwi dochodziły jakieś obce głosy. Zerknęłam na miejsce, gdzie powinien wisieć duży ścienny zegar. Szafirowe cyfry jarzyły się tuż przed moim nosem. Ósma czterdzieści pięć. Niemożliwe! Czyżbym tak długo spała? Po tym wszystkim? Wstałam i przecierając oczy, ruszyłam do drzwi. Przecież Hanna wylatuje o dwunastej.

Zderzyłyśmy się w przedpokoju.

- To już? - spytałam.

Nie odpowiedziała, mocno mnie przytuliła. Zrozumiałam. To było pożegnanie. Po dłuższej chwili rozluźniła uścisk. Korytarz rozświetlało sztuczne światło, żaluzje były opuszczone w całym mieszkaniu. W kąciku oka Hanny dostrzegłam połyskującą łzę. Otarła ją wierzchem dłoni.

- Trzymaj się, Gloria. Nie martw się o mnie ani o Rolanda. I bezwzględnie słuchaj Asłana. Dopóki nie dowiezie cię do Lidii, odpowiada za twoje bezpieczeństwo. Nie utrudniaj mu tego.

- Jego pracy?

- Nie, nie traktuję tego jak pracy. - Asłan niespodziewanie wszedł do przedpokoju. Zwrócił się do Hanny: - Już są gotowi. Czekają w garażu. Pierwszy samochód wyjechał pół godziny temu.

Nie bardzo wiedziałam, o czym mówi, a w kuchni właśnie ktoś rzucił krótkim zdaniem w obcym języku z twardym akcentem przypominającym arabski. Odpowiedział mu inny głos, bardziej śpiewny. Było ich co najmniej dwóch. Nie mogłam powstrzymać ciekawości i korzystając z tego, że Hanna odwróciła się w stronę wyjścia, wyprzedziłam ją i wyjrzałam zza framugi.

Dwóch zarośniętych typów okupowało stolik, przy którym wieczorem jedliśmy z Asłanem kolację. Pod ścianą dostrzegłam połyskujące lufy. Umiarkowanie znam się na broni, ale potrafię odróżnić magnum od zgrabnego pistoleciku mieszczącego się w damskiej torebce. Ta broń przypominała karabiny snajperskie. Jak przeszli z nimi obok Marca? Czyżby go cicho sprzątnęli? Ukryli pistolety pod kurtkami, a kieszenie napakowali dodatkowymi magazynkami? Ich szare stroje przypominały mi kurtkę noszoną przez Asłana.

Powiedział coś do nich. Mężczyzna z brodą naznaczoną siwizną poderwał się zza stołu i sięgnął po broń. Asłan rzucił mu płachtę wyglądającą jak płaszcz przeciwdeszczowy. Brodacz, o posturze równie imponującej jak Tanka, nałożył ją, naciągnął kaptur. Broń zniknęła pod ciemnozieloną tkaniną.

- Pada? - spytałam z głupia frant. Przez zasłonięte żaluzje niewiele było słychać.

- Zgadłaś. - Asłan uśmiechnął się do mnie. - Coraz mocniej, a to ułatwi nam zadanie. Mniej przechodniów, mniej ciekawskich oczu.

- I ulewa przygasi pożary.

- To akurat nie jest nam na rękę.

Hanna jeszcze raz mnie uścisnęła, po czym ruszyła do drzwi w towarzystwie osobnika okutanego w obszerny płaszcz. Tak jak i on nasunęła na głowę kaptur. Mogła być mną, a brodacz Asłanem.

Kiedy wyszli, poczułam, jak bardzo jestem samotna. Pozostawiona z cynglami rewolucji czy kim tam byli.

- To Arabowie? - szepnęłam do Asłana po polsku. Nie wiem, co mnie do tego skłoniło. Nie chciałam, aby brodacz wiedział, o co pytam. Jakby słowo "Arab" nie znaczyło tego samego w trylionie języków.

- Nie, to Czeczeni - odpowiedział najczystszą polszczyz­ną, z wzorowym akcentem, jakby urodził się nad Wisłą. Szczęka opadła mi ze zdziwienia. Zanim zdążyłam opanować mimikę twarzy, Asłan dodał, wracając do francuskiego: - Najlepsi żołnierze i najemnicy.

- Ale lotnisko!

Przecież wezmą ich na celowniki za same czarniawe gęby.

- Tam kto inny przejmie Hannę.

- Co zrobiliście Marcowi?!

- Spokojnie, tylko się zdrzemnął. Lepiej się spakuj, same niezbędne rzeczy. Mały plecak. Masz pół godziny. Hanna zostawiła ci śniadanie, jest w lodówce. Solidne polskie śniadanie.

Uśmiechnął się do mnie. Który to już raz? Chciał poprawić mi nastrój, lecz wątpiłam, aby mu się udało. Chyba że uraczyłby mnie jajecznicą na szynce.

- Najpierw jednak przynieś swój tablet i dokumenty.

Nie protestowałam. Wypełniłam polecenie mojego instruktora przeżycia w tempie, które zadowoliłoby najsroższego kaprala. Ale co z resztą? To nie takie proste, spakować całe swoje dotychczasowe życie zaledwie w pół godziny.

Wyrzucałam sobie, w pośpiechu myjąc zęby w łazience, że nie wstałam wcześniej. Dlaczego tak późno mnie obudzili? Szybka poranna toaleta zajęła mi sześć minut. Całkiem niezły czas. W co się ubrać? Skoro wali żabami... superbajeranckie zamszowe botki odpadały. Szkoda. Wizja lansiku w nowym miejscu odpłynęła jak zeszłoroczna kolekcja. Powinnam postawić na wygodę. Buty do chodzenia po górach - to jest to! Wyciągnęłam salomony z szafki. Co jeszcze? Plecak i kurtka Lafuma z membraną, uniwersalne wierzchnie odzienie w przystępnej cenie. W miarę szybko się do nich dogrzebałam.

W moim pokoju pospiesznie skompletowałam resztę: bieliznę, również na zmianę, na maksa wytarte ulubione dżinsy, termiczną koszulkę, grubszą bluzę z ekologicznej bawełny. Dżinsy wpakowałam do plecaka. Doszłam do wniosku, że w podróży lepiej sprawdzą się spodnie z licznymi kieszeniami. Wróciłam do łazienki i chwyciłam z półki nad umywalką szczoteczkę do zębów. Po chwili zastanowienia dorzuciłam do kosmetyczki opatrunki z apteczki. Czego jeszcze brakowało?

Rysunki!

Znowu wpadłam do pokoju, taranując otwarte drzwi. Zerwałam ze ściany najlepsze szkice, przede wszystkim ten z superherosem Tankiem, i wpakowałam kartki do teczki, w której trzymałam akty. To wszystko? A rękawice? Napiąstniki? Gruszka do treningu? Koszulka z nazwą szkoły? Pieprzyć to! Znajdę sobie nowe hobby. Pendrive! A jak namierzą sygnał? Nie będę mogła korzystać nawet z chmury. Cóż, nowe życie to nowe życie.

- Nie zostawiaj moich zdjęć ani rysunków. - Usłyszałam z kuchni lekko schrypnięty głos Asłana.

Ups... Jednak rozpoznał siebie. Nie jest ze mnie zupełne beztalencie - pocieszyłam się, żeby jakoś przełknąć wpadkę. Skąd ten zapach? Jakby... Aż pociekła mi ślinka. W trymiga zameldowałam się w kuchni z plecakiem i kurtką na ramieniu.

- Gotowa? - Asłan mieszał biało-żółtą breję na patelni.

No nie! Bojownik o wolność pichcący jajecznicę na porcelanowej płycie. Co prawda nie podsmażył aromatycznej wędzonej szyneczki, ale od macho nie można za wiele wymagać. Prawdziwy cud, że chwycił się za gary. Wiwat zmiany cywilizacyjne i asymilacja!

Położyłam fanty na wolnym krześle i zamaszystym ruchem otworzyłam lodówkę. Na talerzu piętrzyły się kanapki z kozim serem i szczypiorkiem. Po kilkudziesięciu latach we Francji ciotka nie mogła się pozbyć wielkopańskich manier, a wystarczyło wrzucić na chleb ementaler i uwieńczyć dzieło plastrami pomidora. Doceniałam to, że pobiegła z samego rana po chlebek do bulanżerii. A może to któryś z brodaczy przyniósł świeże pieczywo?

Wyłożyłam kanapki na stół. Znikły z talerza, jakby przeszło po nim tornado, ledwie zdążyłam przejąć trzy sztuki. Czułam się, jakbym, łapiąc za resztki, walczyła o prawa do michy w wilczym stadzie. Jajecznicę wyjedliśmy prosto z patelni. Kolejny cud, że basiory na mnie nie warknęły. Podejrzewałam, że zdążyły już zaspokoić pierwszy głód.

Z pełnym brzuchem (co za głupi pomysł, najadać się przed walką), Asłan kończył grzebać przy moim tablecie. Brodacz dostarczył mu czarny kabel z miniaturową wtyczką. Coś załadowali na płytę. Widocznie uznali, że bezpośredni przesył jest bezpieczniejszy.

- Trzymaj. - Tank podał mi tablet. Wsadziłam giętką płytkę do plecaka. A jak zapakowali na nią jakieś program sczytujący dane? Trudno.

Humor Asłana nie opuszczał, bo dodał:

- Inaczej musiałbym użyć tego. - Podsunął mi przed nos tłuczek do mięsa: efekt grzebania po szafkach w poszukiwaniu patelni.

Brodacz gruchnął basem, komentując, jak my, po francusku, ale z akcentem pozostawiającym wiele do życzenia:

- Méthodes primitives toujours efficaces.

Przyciągnął giwerę i położył sobie na kolanie.

- Mais le temps s'épuise. Il faut aller. Memed devrait circuler ici plus.

Coś mu nie szło z tym francuskim, bo ledwie go rozumiałam. Że prymitywne metody zawsze skuteczne, OK. Że czas ucieka i musimy iść, też. Ale "Memed powinien przepływać tutaj więcej"? Pewnie chodzi mu o to, że jego kumpel lada chwila wróci.

- Słuchaj - zwrócił się do mnie Asłan, on przynajmniej mówił, jakby urodził się we Francji. - Dżochar idzie pierwszy. Ty za nim, jak dam ci znać. Zostaw mi klucze. Wychodzisz na ulicę i idziesz spokojnym krokiem, skręcasz w rue de Lisle. Nie odwracaj się, będę chronić ci plecy. Po jakichś dwustu metrach zauważysz jadącego z naprzeciwka dżipa z przyciemnianymi szybami. Masz do niego wsiąść. Bez oglądania się, Gloria - powtórzył. - Tylko spokojnie, bez nerwów. Jesteś zwykłym przechodniem, który idzie kupić bagietkę. Jasne?

- I którego zwinęli tajniacy?

- Trop de films - gadkę tym razem zapodał mi brodacz. Tę, że niby oglądam za dużo filmów. Jakby się umówili!

- A bieganie po ulicach z obrzynem pod płaszczem to nie film? A jak wpadnę na konsjerżkę?

- Pomyśli, że wychodzisz po zakupy.

- Aller, aller! - pogonił nas swoim łamanym francuskim Dżochar, który stał już przy drzwiach.

Plecak na ramię, klucze do mieszkania i parasol w łapę. Byłam gotowa, aby, jak kiedyś Asłan, rozpocząć drugie życie.

***

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji