V
- Nie mam pojęcia, jak zacząć.
Gabinet doktor Jakubec mieści się na pierwszym piętrze nieszczególnie atrakcyjnej kamienicy jakieś dwieście metrów od ołomunieckiego Dolnego Rynku. Wszystko tu jest szare: ściany, okleina na meblach, żakiet na szczupłym ciele psychoterapeutki, jej starannie upięte włosy. Mam wrażenie, że ta szarość wycieka na zewnątrz przez uchylone okno, osiada kurzem na samochodach i szybach okolicznych budynków, smaruje chmury popiołem.
- W zasadzie każdy sposób jest dobry - odpowiada ona. - Ważne, żeby po prostu mówić. Potem zobaczymy, w którą stronę nas to zaprowadzi.
Nie mogę się pozbyć wrażenia, że Jakubec siedzi w swoim fotelu jak na tronie, podczas gdy ja się zapadam, oparcie zmusza mnie do wyginania kręgosłupa, a podłokietniki są za bardzo rozsunięte, żeby mieć realne zastosowanie.
- Czyli w sumie mogę zacząć byle gdzie?
- Właśnie.
Jakubec ma może z pięćdziesiąt lat, duży pieprzyk między nosem a górną wargą i oczy, które obierają człowieka ze wszystkich pozorów, tak jakby był pomidorem sparzonym we wrzątku. Te oczy widziały już wszystko i wszystko rozumieją, nic ich nie zaskoczy. Byłyby przerażające, gdyby nie życzliwy uśmiech, który towarzyszy ich spojrzeniu.
Kiwam głową i biorę łyk herbaty. Zerkam w bok, na zegar. Aluminiowe wskazówki na tle antracytowej tarczy. Chciałbym już stąd wyjść. Jednocześnie chciałbym móc już nigdy stąd nie wychodzić.
Jakubec czeka, ale nie mogę zebrać się w sobie, żeby zacząć mówić. Zamiast tego wskazuję książkę leżącą na biurku. Idąc na to spotkanie, spodziewałem się schludnej biblioteczki z tekstami Freuda, Junga i Carla Rogersa, ale niczego takiego tu nie widzę. Jest za to właśnie ten tomik w języku angielskim, zatytułowany How to Fail as a Therapist: 50+ Ways to Lose or Damage Your Patients.
- Intrygujący tytuł - mówię.
Pewnie by mnie zaniepokoił, gdyby cokolwiek jeszcze mogło mnie zaniepokoić.
- To bardziej, żeby w wolnych chwilach poćwiczyć angielski. - Jakubec odpowiada nieco szerszym uśmiechem. - Choć wbrew przewrotnemu tytułowi trochę ciekawych spostrzeżeń też można tam znaleźć. Pana żona, zdaje się, uczy angielskiego?
- Chce pani rozmawiać o mojej żonie?
- A pan nie?
Zastanawiam się. Może to całkiem niezłe wyjście? Czas szybciej zleci i będę mógł się stąd wydostać bez grzebania w tym, co naprawdę się liczy. To łatwa i przyjemna historyjka o ślicznej Australijce, która po licencjacie przyjechała na rok do Pragi, żeby popracować w szkole językowej i zobaczyć kawałek Europy. Mógłbym opowiedzieć, jak ta dziewczyna, wychowana na przedmieściach Perth, wylądowała na wystawie sztuki współczesnej w praskim Pałacu Targowym, gdzie ucięła sobie pogawędkę z młodym Czechem z Ołomuńca, i jak tego samego wieczoru zupełnym przypadkiem natknęła się na niego po raz wtóry na koncercie The Cure. Jak się postaram, wciąż ją mam przed oczyma właśnie taką: na głowie burza blond sprężynek, skóra jak dwudziestoczterokaratowe złoto, obcisłe dżinsy i czarny bezrękawnik, uśmiech dziewczyny przyzwyczajonej do tego, że cały świat non stop głupawo szczerzy do niej zęby. Ja zakochałem się w mgnieniu oka, u niej trwało to kilka miesięcy, ale gdy nadszedł czas powrotu na antypody, stwierdziła, że nie jedzie, że zostanie ze mną, że spróbuje sobie ułożyć życie tutaj, w tym dziwnym kraju bez plaż, pustyni i buszu, za to z bogatą historią, nieznośnie tłustym żarciem i najlepszym piwem na świecie. I tak Brittany Ann Ferguson z biegiem lat przeistoczyła się w Annę Fialę (nigdy nie przepadała za swoim pierwszym imieniem), moją żonę, matkę Aleša, uwielbianą lektorkę w najlepszej szkole językowej w Ołomuńcu i okazjonalną tłumaczkę.
Przypominam sobie, jaka była wtedy piękna, jacy oboje byliśmy szczęśliwi... a potem myślę o tym, jak funkcjonujemy teraz, obok siebie, niemal jak obcy ludzie, jak dwa duchy zmuszone okrutnym wyrokiem losu na wieki wieków straszyć w tym samym domu.
- Wolałbym nie - mówię. - W każdym razie nie teraz.
Jakubec potakuje, poza tym siedzi nieruchomo i spogląda na mnie, ale tak spokojnie, bez presji. Jej twarz, oczy, ciało - wszystko ma przypominać, że się nie spieszymy, że takie sprawy wymagają czasu, którego mamy pod dostatkiem. Pewnie, że mamy go pod dostatkiem, myślę kwaśno, przecież godzina siedzenia w tym zasranym fotelu pożera równowartość mojej dniówki.
Nagle zaczyna palić mnie potrzeba, żeby coś powiedzieć, zachować pozory, że mi zależy.
- Chyba... chyba najgorsza w tej chwili jest pustka - dukam, odwracając wzrok. - I cisza. Nie tylko w domu, choć tam oczywiście... Ale tak w ogóle. Chodzi o to... Zaraz po ciągle coś się działo. Przyjeżdżała policja, były przesłuchania, zbieranie zeznań, całymi godzinami, kończyliśmy i zaczynaliśmy od nowa. I dziennikarze... Koczowali pod naszymi drzwiami. Dosłownie. Mówili o nim w radiu, w telewizji, pisali w gazetach, na portalach internetowych. Były jego zdjęcia, nie tylko u nas, ale w całym kraju, a nawet na Słowacji, w Polsce, w Niemczech. Telefony nie cichły, ciągle ktoś dzwonił, i jeszcze ruch w mediach społecznościowych, życzenia, wyrazy współczucia. Ktoś widział ponoć kogoś podobnego do Aleša w Pradze, w Hradcu Králové, na jakimś placu w Berlinie, w jakiejś amsterdamskiej dyskotece, pod wiatą przystanku autobusowego gdzieś między Ostrawą a Cieszynem. A potem...
Urywam, bo emocje wróciły w miarę opowiadania i czuję się jak po biegu, serce kołacze, raczej dyszę, niż oddycham.
- Potem zaczęły się pojawiać chwile ciszy - podejmuję. - Najpierw z rzadka, ale szybko ich przybywało. Teraz... teraz jest tak, jakby Aleš nigdy... Jakby już się znalazł. Albo jakby się ludziom znudził. Nikt o nim nie pisze, nikt o nim nie wspomina, może trochę w sieci, tu czy tam, ale to jest... za mało, o wiele za mało. Moja żona próbowała to trochę, nie wiem, podsycać, pisała na różnych grupach, forach, rozklejała po mieście jego zdjęcia. Ale też przestała. Więc siedzimy w tej ciszy. I czekamy. Sam nie wiem na co. Przysiągłbym, że mi ta cisza dzwoni w uszach, że mi coś od niej pęknie, jakaś błona w uchu czy naczynko w mózgu.
Kończę tę tyradę, patrzę na psychoterapeutkę i naraz nie mam pojęcia, ile z tego faktycznie powiedziałem na głos, a ile tylko przefrunęło mi przez łepetynę. Nie zwykłem dużo mówić, więc czemu teraz nagle miałbym nawijać jak poparzony, zwracając się do kogoś, kogo poznałem dwadzieścia minut wcześniej?
- Jak by pan opisał swój obecny stan? Co pan czuje?
- W tej chwili? Czy ogólnie?
- Jedno i drugie.
Nie patrzy mi w oczy, tylko na dłonie, i wtedy łapię się na tym, że skubię strupy na knykciach. Wzdrygam się, jakby mnie przyłapała na maltretowaniu zwierząt. Kładę ręce na tych bzdurnych podłokietnikach, nakazuję im spokój jak niesfornym dzieciakom, które, jeśli spuścić je z oka, zaraz zaczną się tłuc.
- Nie wiem - mówię. - Ja... przerobiłem Kübler-Ross, wie pani? Kiedy umierała moja mama. Rak trzustki, wykończył ją w pół roku. Wtedy przebiegało to u mnie podręcznikowo, te pięć faz: zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja, akceptacja. A teraz, po zaginięciu Aleša, to jest jakby... wymieszane. Wszystko się we mnie przewala, kotłuje. Złość, smutek, niedowierzanie. Budzę się w niektóre dni i wmawiam sobie, że zaraz go usłyszę, że pójdę do jego pokoju i on tam będzie, że to wszystko okaże się nieprawdą. Albo targowanie się, to też, pojawiają się takie myśli. Żeby się znalazł, żeby do nas wrócił, to zrobię to albo tamto.
Nagle cieknie mi z oka, odwracam twarz, agresywnie trę policzek, jakbym chciał sobie zedrzeć skórę z pyska, wkurwiony własną zdradziecką fizjologią.
- Na przykład co pan zrobi?
- Słucham?
- Co pan obiecuje, że zrobi, jeśli odzyska pan Aleša?
Wzruszam ramionami, nie chcę o tym mówić. Ona przecież to zna, to podbijanie stawki, negocjacje handlowe z Bogiem. Niech wróci, a zacznę znowu chodzić do kościoła i dawać na tacę. Niech wróci, a fundnę proboszczowi szaty liturgiczne albo kielich mszalny, zasponsoruję remont dachu. Niech tam, kurwa mać, dom zastawię i kupię za te pieniądze pozłacane organy, niechże tylko Aleš już wróci, na litość boską.
A może nie chcę się przyznać, że przez większość czasu targuję się we własnej głowie wcale nie z brodaczem żyjącym w chmurach, tylko z samym Alešem. To jego mamię i błagam: wróć, synku, a więcej na ciebie nie krzyknę. Wróć, a nawet krzywo na ciebie nie spojrzę. Będę czuły, cierpliwy i kochający, będę dla ciebie. Tylko wróć.
Jakubec chyba widzi, co się ze mną dzieje, bo odpuszcza, atakuje z innej strony.
- Jak pan godzi to wszystko z pracą?
- Nie godzę. - Chcę na tym poprzestać, ale ona milczy, czeka, coś jej muszę dać, więc rzucam pierwsze, co mi przyjdzie do głowy: - Anna pracuje za nas dwoje.
- To znaczy?
Wygląda na to, że jednak mam ochotę mówić o żonie.
- Siedzi cały czas w robocie. Nabrała tyle grup, ile się da, chwyta wszystkie zastępstwa i jakieś nadprogramowe godziny. Wychodzi rano i wraca późnym wieczorem, je coś, myje się i idzie spać. Jak nie ma zajęć, hurtowo przyjmuje tłumaczenia i non stop ślęczy przed komputerem. Haruje tyle, żeby nie myśleć. Tak sądzę.
Zatrzymuję się, przełykam ślinę, biorę głęboki wdech, dwa. Nie chcę brzmieć, jakbym miał jej to za złe, a tak właśnie brzmię.
- A pan?
Dopijam resztkę wystygłej herbaty, ale zamiast odstawić kubek na stolik, bawię się nim, obracam go w dłoniach, huśtam za uszko na palcu wskazującym. Okazuje się, że łatwiej mi się wtedy mówi. Opowiadam Jakubec, że najpierw wszyscy u mnie w pracy byli wyrozumiali i oferowali wsparcie, słali esemesy i wiadomości, żebym siedział w domu tak długo, jak potrzebuję i w ogóle. Po kilku tygodniach ktoś dał cynk, że szefostwo zaczyna się niecierpliwić, robota się nawarstwia, a mnie ciągle nie ma. Wróciłem, ale jakbym nie wrócił, bo głowę miałem zajętą Alešem. Czułem, że go zdradzam, że nie wolno mi poświęcać czasu na nic innego niż poszukiwania. Nie potrafiłem się skoncentrować, popełniałem błędy. W końcu szef wziął mnie na rozmowę, pogadaliśmy od serca. Nie wywalił mnie, kazał wziąć bezterminowy urlop bezpłatny i zaczął szukać kogoś na zastępstwo. Twierdzi, że jak będę chciał wrócić, przyjmie mnie z otwartymi ramionami. Ale na razie nie chcę wracać.
- Więc jak go pan szuka?
- Słucham? - Znowu jej nie rozumiem.
- Powiedział pan, że czuje, że powinien poświęcać czas tylko na poszukiwanie Aleša. Ciekawi mnie, jak to szukanie wygląda.
Uśmiecha się życzliwie i spogląda mi w oczy, ale coś mi mówi, że tak naprawdę myśli o ranach na moich knykciach, o powodzie, dla którego się tutaj znalazłem.
To głupie. Przecież wiedziałem, że podobne pytanie musi paść, że będę musiał o tym opowiedzieć, a zupełnie się nie przygotowałem. Nie wykoncypowałem, jak o tym mówić tak, żeby się do reszty nie pogrążyć. Dlatego zwlekam, zerkam na wskazówki zegara. Jeszcze dziesięć minut - żeby tylko jakoś przeczekać ten czas i zyskać tych siedem cennych dni dzielących mnie od kolejnej wizyty.
- Panie Oliverze? - upomina mnie delikatnie Jakubec. Chyba potrzebuje mocnego akcentu na finisz: żeby dać mi do myślenia albo napocząć wątek, który posłuży do przerzucenia pomostu między tą wizytą a następną, ułatwi nam start za tydzień.
Dalej się waham. Nie powiem jej o większości rzeczy, które robiłem, w każdym razie na pewno jeszcze nie dzisiaj. Ani słowa o tym, że przez tydzień śledziłem rodziców Radka, że chodziłem za trenerem dzieciaków z 1. HFK, że prześwietliłem gościa w internecie i rozpytywałem o niego na mieście. Po namyśle wyjawiam, że tysiąc razy przeszedłem trasę między domem Radka a naszym, niemal z nosem przy ziemi, ale pomijam fakt, że przy okazji zebrałem dokładnie osiemdziesiąt trzy drobiazgi, które równie dobrze mogą być przeoczonymi przez policję dowodami rzeczowymi, a które podnosiłem z gleby dłonią obleczoną w nitrylową rękawiczkę i starannie wkładałem do torebek strunowych. Są tam niedopałki papierosów, prawie nieużywana szminka L'Oreal Paris, złoty medalik, strzykawka ze złamaną igłą, łuska po naboju kaliber 9 mm, kolczyk z lapis lazuli, szmatka pokryta rdzawymi plamami, takie drobiazgi.
- A to? - pyta, wskazując na moje poharatane łapska. - Kiedy to się stało?
Gapię się na te strupy, jakbym dopiero teraz miał okazję się im porządnie przyjrzeć. Słowa nie chcą mi przejść przez gardło. Zamykam oczy, ale pod powiekami czeka to, o czym powinienem mówić, a nie chcę. Powód, dla którego moje dłonie wyglądają, jak wyglądają, dla którego kilka dni temu spędziłem dwadzieścia osiem godzin na posterunku przy Heyrovského i dla którego Anna zagroziła, że się wyprowadzi, jeśli nie pójdę na terapię.
- Panie Oliverze - powtarza Jakubec. Słyszę szelest, pewnie dłońmi wygładza nieistniejące fałdy na spódnicy. - Musimy rozmawiać. Sam pan do mnie przyszedł, prawda? Nie jestem tutaj, żeby pana oceniać, tylko żeby panu pomóc. Może mi pan zaufać.
Kiwam głową, ale nie chcę, nie umiem o tym mówić. Może za tydzień znajdę właściwe słowa i wyjaśnię, jak doszło do tego, że rzuciłem się na zupełnie niewinnego człowieka i doprowadziłem go do takiego stanu, że wyszedł ze szpitala dopiero po dwóch dniach, bogatszy o wstrząśnienie mózgu i dwadzieścia siedem szwów na twarzy.
Przypomina mi się, że najlepszą obroną jest atak, dlatego przechodzę do kontrofensywy i pytam:
- Czy pani zdaniem tym, czego potrzebuję, jest terapia?
Jakubec wydaje się umiarkowanie zaskoczona, namyśla się przez kilka sekund.
- Nie jestem pewna, czy usłyszałam dzisiaj dość, żeby odpowiedzieć jednoznacznie... ale wydaje mi się, że tak.
- Moja żona uważa tak samo. Policja też.
- Pan nie?
- Jedyne, czego potrzebuję, to odzyskać syna. - Odrywam plecy od tego przeklętego fotela, wstaję, kłaniam się. - Dziękuję, pani doktor. Do zobaczenia za tydzień.