Prolog
Ja wszystkim obcy wśród mojej ojczyzny -
I Śmierć mi zostawiła czarne w piersiach blizny.
Antoni Malczewski, Maria
Dni mijały, kamienne dni Dołów, miłosierne i pełne uroku jak śledczy w skórzanej masce. Pełzały po dziecięcej skórze Harana z uporczywością
pijawek, spragnione i nieme, nieróżniące się niczym od nocy. Przetaczały
się przez niego jak kłody, dni bezświetlne, bezduszne i straszne,
wypełnione dławiącym znojem i odurzającym aromatem podziemnej żywicy, a czasem nagłym uniesieniem walki, gorączkowej ucieczki i łowów.
Ciemność z Dołów różniła się od innych, poślednich, gatunków mroku, jak
dziki jaguar różni się od domowego kocura. Była wszędzie, rozświetlały
ją tylko nieliczne, wykradzione otchłani pochodnie, a także bladawy
blask braazatalu, którego cenne skupiska niczym próchno jarzyły się w czarnym bezmiarze tego dziwnego świata.
Chłopiec powoli zapominał o złudnych zjawiskach i barwach z Powierzchni.
Zamiast tego nadawał znaczenia kolejnym obszarom czerni. Strach był
szkarłatny, cielisty i krwawy, podobnie jak groza, tęsknota i boleść, z którymi sąsiadowała zbryzgana odwiecznym złem zieleń, złowroga i jadowita. Radość przychodziła pomarańczowa, zadowolenie i sytość
chadzały w barwach sepii, złota jesiennych liści i rumianej czerwieni
dojrzałego, chwiejącego się na gałęzi owocu. Nadzieja miała kolor
czystego błękitu. Po roku Haran przestał pamiętać, jak właściwie wygląda
ten kolor.
I były też bębny, ciemność tętniła ich drganiem, jakby w czeluściach
ziemi pracowało serce jakiejś olbrzymiej i nienawistnej istoty. Zjadacze
czekali tam na nich, nie dawali o sobie zapomnieć.
I nigdy nie przestawali polować.
* * *
Drzemiący przy ognisku Haran obudził się nagle. Podrywając się, obalił
tubylczego przewodnika, który musnął go, podchodząc do garnka z wieczerzą. Krępy człowieczek o umięśnionych łydkach gramolił się,
przestraszony. Ogromny Druazzi już go nie widział. Zrobiwszy kilka
niezdarnych kroków, zastygł ze stopą w ognisku, spowity chmurą
wzlatujących ku niebu iskier z sosnowych szczap.
Pozostali przewodnicy i tragarze gapili się na niego w milczeniu. Książę
Tennok wynajął ich, by towarzyszyli im w uciążliwej podróży z Tollan,
stolicy Przymierza, do leżącego na dalekim południu, odgrodzonego
wysokimi górami Yugal. W końcu był synem Maczuraia z klanu Turkusowej
Włóczni, nie zamierzał powracać do rodzinnego miasta jak jakiś obdartus.
Odkąd wkroczyli na rozległe pogórze Gór Mgły, oddzielające parne niziny
Yugal od centralnych prowincji Przymierza, ataki tajemniczego stuporu
zdarzały się barbarzyńcy coraz częściej.
W powietrzu rozległ się charakterystyczny swąd przypiekanego ludzkiego
mięsa. Przestraszeni tragarze czym prędzej wypchnęli Harana z ogniska,
spluwając i łapiąc za amulety w rytualnych gestach, mających odczynić
klątwę. Na zostanie świątecznym pieczystym trzeba sobie zasłużyć, żaden
z narodów Przymierza nie ofiarowywał swym bogom nieprzygotowanych i nieoczyszczonych specjalnymi rytuałami skazańców. Wielki Druazzi
zatoczył się i upadł.
Tennok, który od dziecka odznaczał się dociekliwością godną kapłana i mędrca, zaobserwował, że katalizatorem tych transów z reguły bywało
kilka czynników. Ciemność, niepokojące odgłosy, nagły ruch obcego
człowieka. Dziś spowodował to dźwięk: w sąsiedniej dolinie zaczęły bić
bębny. Może pomogła też szczypta cennego kopalu, kadzidła o specyficznym, nieziemskim zapachu i narkotycznych właściwościach, które
książę dyskretnie cisnął w ognisko.
Tennok naprawdę chciał wiedzieć, co jego były niewolnik przeżywa w takich momentach. To musiało być coś znacznie silniejszego niż
wynurzające się z pamięci wspomnienia, nawet te najbardziej bolesne,
rzucające się na brzegach świadomości jak ślepe potwory z głębin,
nieopatrznie podrażnione harpunem. Od wspomnień nie pocisz się przecież
i nie szczerzysz zębów, nie dygoczesz i nie robisz pod siebie. Nie
wyrywają ci z gardła warkotu wściekłego wilka i nie każą twym palcom
zaciskać się konwulsyjnie niczym szczypce głodnego skorpiona.
Którejś nocy książę obudził się i zobaczył, jak Haran przywiązuje lewą,
zniekształconą dłoń do drzewa. Drgała kurczowo, ewidentnie poza jego
kontrolą. Barbarzyńca nie chciał powiedzieć, dlaczego to robi, ale twarz
miał poharataną i zakrwawioną, jakby głodny jaguar próbował wyłupić mu
oczy. Rzucało to nowe światło na naturę nękających dawnego ursa
koszmarów, które mogły mu wyrządzić realną, fizyczną krzywdę.
Tennoka to nawet bawiło.
Jego dawny niewolnik nosił teraz paradny strój weterana i wyglądał na
wielkie panisko. Szamerowany złotem kaftan z kruczych piór, najnowszy
krzyk mody w Tollan, opinał jego atletyczną sylwetkę, skrywając blizny i wyniesione z Dołów deformacje. Chłopak nie przypominał już kornego,
znękanego ursa, niewolnika zastępującego szlachetnie urodzonego
właściciela przy ofiarach z bólu i krwi. Podczas ostatniej wojny Haran
wziął do niewoli legendarnego bohatera Tlaszkali, Szaratangę, i ocalił
życie Quinatzina, tlatoaniego Przymierza. To dość zasług jak na
jednego człowieka, i właśnie dlatego Tennok nie mógł patrzeć na swego
dawnego ursa bez dziwnej mieszanki zawiści, podziwu i nienawiści.
Tę ostatnią czuł także do samego siebie. Znowu okazał się głupcem. Nic
nie stało na przeszkodzie, by przypisał zasługę ze schwytania Szaratangi
sobie. W końcu dokonali tego razem, a wielki Druazzi nigdy się nie pchał
przed szereg.
Ale mimo tych zmian, w oczach Harana płonęło to samo szaleństwo co
wtedy, gdy Tennok wyciągnął go z niewolniczych sztolni, obdarowując
młodego barbarzyńcę wątpliwą łaską i statusem ursa. Być może ostatnio
było z nim nawet gorzej.
Książę przyglądał się nieprzytomnemu barbarzyńcy, ale w jego wzroku
próżno by szukać współczucia. Z każdym dniem umacniał się w zamiarach
powziętych wobec dawnego przyjaciela. Jego odwieczna pogarda i wstręt do
siebie znalazły sobie nowy powód, po czym wezbrały jak przegrodzona tamą
rzeka, która szuka nowego koryta. Nie chciał pamiętać, że barbarzyńca
już tyle razy uratował mu skórę.
Haran odebrał mu dziewczynę, Haran otrzymał nagrodę za wojenne zasługi
ich obu.
I to Harana pozbędzie się, gdy tylko dotrą do Yugal. Obmyślił już
wszystko, w snuciu planów od zawsze był dobry. Nie darmo przepędził
życie na fantazjach i niespełnionych marzeniach.
Tym razem jednak będzie inaczej. Fantazja przerodzi się w śmierć.
* * *
Tennok nie przestawał myśleć o Citlali. Sprawiało mu to sporo kłopotów,
bo gdy tylko dziewczyna pojawiała się w jego myślach, zalewała go
nienawiść. Musiał ukrywać te emocje przed Haranem. Barbarzyńca nie
należał do osób szczególnie przenikliwych i domyślnych, lecz nie był też
prostodusznym głupcem, na jakiego wyglądał.
Książę usiłował więc o niej nie myśleć - i oczywiście tym bardziej go
nawiedzała. Przede wszystkim bolała go jej zdrada. Bo, nazwijmy rzecz po
imieniu, to była pieprzona zdrada. I nieważne, że dziewczyna nie
składała mu żadnych obietnic, ba, ofiarowała mu zaledwie jeden spacer,
parę wzgardliwych spojrzeń i kilka złośliwych żarcików. To nie miało
żadnego znaczenia. Liczyło się przeznaczenie oraz tęsknota i miłość
Tennoka. Citlali powinna, musiała należeć do niego. Zamiast tego wolała
się gzić z jego parszywym niewolnikiem. To jakby napluła Tennokowi w twarz.
Teraźniejszość nie dawała się ścierpieć, przeszłość wyglądała fatalnie.
A przyszłość, ostoja marzycieli i głupców? Na samą myśl o spotkaniu z Irdaną robiło mu się niedobrze. Matka z pewnością każe mu zdać raport z dokonań i sukcesów w Tollan. Pocieszał się, że wszystko mogło pójść
gorzej. Mógł uciec i okryć się hańbą, zdezerterować podczas kampanii w Tlaszkali. Mógł poszczać się ze strachu na oczach króla i dworu. Mógł
dostać histerii. Zamiast tego dochrapał się munduru Jaguara i jakoś
odznaczył w swojej pierwszej bitwie. To nie w kij dmuchał, prawda?
Tennok powtarzał to sobie przez całą drogę do domu, niczym zziębnięty
żebrak, który chucha i podsyca wątły płomyczek, osłania go dłońmi przed
wiatrem i deszczem. Coś ci się jednak udało, frajerze. Miał dziwną
pewność, że Maczurai nie oczekiwał po nim nawet tego. Z drugiej strony,
osiągnięcia księcia nie były na tyle imponujące, by cokolwiek między
nimi naprawić.
Przemierzali żyzne równiny wielkiej kotliny Synn, otoczonej półkolem
uśpionych wulkanów z odległymi, ośnieżonymi szczytami, białymi jak lotki
piór. Mijali związkowe miasta Przymierza, drzemiące nad brzegiem jeziora
Texoco, pstrokate poletka chinampa i stare groble usypane na kościach
demonów.
Potem zaczęły się lasy, góry spowite mgłą, krainy starożytnych,
nieujarzmionych plemion zazdrośnie strzegących swych dolin. Podróż
wlokła się niemiłosiernie i książę z zazdrością myślał o dawnych
Białoskórych, którzy podróżowali na grzbietach oswojonych zwierząt.
Wielkie czworonogi przetrwały co prawda Klątwę, ale objęto je w imperium
ścisłą reglamentacją, podobnie jak stalową broń, zamorskie rozwiązania
inżynieryjne, alkohol i złote monety.
Czerwony Kapłan, Szurukan, powiedział kiedyś, że gdyby ulec jakimkolwiek
wpływom i zgubnym podszeptom wrogów, otworzyłoby to tamę i nieubłaganie,
niespostrzeżenie zmieniło ich w Białoskórych, tak jak stało się z niektórymi ludami z północy. I właśnie dlatego Tennok, bądź co bądź
książę, miał teraz pęcherze na stopach, a wieczorem wyciągał spomiędzy
palców u nóg napęczniałe, tłuste od krwi pijawki. Przeklęte klechy
powinny umieścić je na swoich sztandarach.
Haran także wydawał się nieswój. A przecież miał powody do świętowania.
W przeciwieństwie do Tennoka naprawdę stał się bohaterem tłumów. Ocalił
władcę Odrodzonego Przymierza. Wdzięczny Quinatzin osobiście wyzwolił go
z haniebnego statusu. W dodatku dzikusowi udało się odbić Tennokowi
dziewczynę, choć trzeba przyznać, że to Citlali o wszystkim zdecydowała.
Mimo to z każdym dniem podróży Haran wyraźnie przygasał.
Barbarzyńca nigdy nie był szczególnie rozmowny, teraz jednak zaczął
przypominać ducha. Któregoś ranka zaciekawiony Tennok postanowił
wybadać, co się z nim dzieje i dołączył do niego w marszu.
- Nie cieszysz się, że zobaczysz rodzinę? - zapytał, jakby radość z takiego spotkania była czymś oczywistym. Jakby on sam cieszył się na
spotkanie z okrutnym tyranem, swoim ojcem. I matką, którą można straszyć
niegrzeczne dzieci. Jakby w ogóle potrafił zrozumieć radości normalnych
ludzi.
Olbrzym łypnął na niego smutno.
- Moja matka... Przecież ona nawet nie wie, że jestem wśród żywych. To
może ją zabić.
Typowe. Biedny dureń przecenia pozytywne uczucia innych, zamiast uważnie
przyjrzeć się swoim, pomyślał książę. Haran urodził się prawy i myśli,
że wszyscy są tacy. Właśnie na tym polega głupota dobrych.
- Nie zawiadomiłeś jej?
- Niby po co? Przecież po tym, jak wyszedłem z Dołów, od razu zostałem
twoim ursem. Każdego dnia mogłeś zużyć moją krew - mruknął Druazzi.
Tennok wbił wzrok w zakurzoną drogę.
- To już nieaktualne - mruknął.
Zresztą, wcale nie zmuszał Harana do jakichś szczególnych poświęceń.
Krew budziła w nim wstręt. Celował w dręczeniu samego siebie, ale raczej
w duchu.
Haran pokiwał głową.
- Ale się porobiło, nie? Wracamy do domu jak równi sobie. Kumple. Kto by
pomyślał?
Na pewno nie ty, dzikusie. Wy przecież nie myślicie, chciał wysyczeć
Tennok, ale ugryzł się w język. Niestety, naprawdę stali się równi, tyle
że Haran był wyższy od niego o głowę.
* * *
Niewidziane przez kilka miesięcy Yugal wydawało się Haranowi stare.
Jakby wsunąć głowę do zatęchłej, zapyziałej izby, w której straszy
zastałe powietrze. Jednocześnie miasto skurczyło się, pretensjonalne
niczym dziecko przebrane według kaprysu dorosłych.
Haran nie czuł się szczególnie zdziwiony ani rozczarowany. Gdyby
powrócił do domu i odkrył tam prawdę, dobro i piękno, uznałby, że
właśnie postradał zmysły.
Dotarli do bramy warownej prowadzącej do Górnego Miasta. Pękate baszty
zerkały na nich szyderczo, mrugając rzędami okienek strzeleckich.
Barbarzyńca zastygł, wpatrzony we wrota, w których skończyło się jego
dzieciństwo. To tutaj Pęcherz przywołał do porządku strażników, nie
wiedząc, że zaprowadzi ich to wprost do piekła. Harana i Tennoka nikt
oczywiście nie indagował, stroje Jaguarów sprawiały, że strażnicy
stawali na baczność.
Najdziwniejsze w powrotach nie są zmiany, lecz zrozumienie, że podczas
naszej nieobecności życie bezwstydnie toczyło się dalej. Przed bramą
kłębił się ten sam tłum uchodźców, handlarzy, wyrugowanych z ziemi
chłopów i objuczonych ubitą zwierzyną Druazzi; już samo to zakrawało na
kpinę. Ot, życie trwało, nie dbając, że w głębiach pod nim płoną ognie
piekielne.
Druazzi odwrócił się i popatrzył na Tennoka, który także wydawał się
zamyślony.
- No to wróciliśmy.
- Co zamierzasz? Pewne odwiedzisz Leśną? - Książę wskazał na schodzące
do mętnej rzeki rudery i nędzne lepianki. Gnieździli się tam wygnani z puszczy Druazzi.
Mieszkańcy spali w tych ubogich schronieniach tylko podczas deszczu, ich
codzienne zajęcia zaś, czyli mielenie mąki, gotowanie i wyprawianie
skór, a także sortowanie odpadków i padliny niesionej przez rzekę,
toczyły się na zaśmieconych podwórkach. Nazwa dzielnicy już dawno
przestała być aktualna. Nie rosło tam wiele drzew. Co najwyżej smętne
kikuty i zbutwiałe, przegniłe chaszcze.
Dalej za rzeką kuliły się jeszcze nędzne zagajniki i sparszywiałe,
dotknięte plagami poletka. Jeżeli cokolwiek tu kwitło i miało się
świetnie, to chyba szara choroba. Od leniwie płynącej Mys biła woń
porażki i opuszczenia. Jakby stara rzeka toczyła swe wody z przyzwyczajenia, resztką sił, już dawno straciwszy wiarę, że
gdziekolwiek w oddali jest morze.
Barbarzyńca potrząsnął grzywą i popatrzył spode łba na stojących przy
bramie strażników. Wyglądał jak wygłodniały drapieżnik.
- Nie dziś. Poszukam oberży w Górnym Mieście. Może koło targu? Widzę, że
już chcesz się ode mnie uwolnić... panie. Boisz się, że przyniosę ci wstyd
na pokojach? - zakpił.
Książę popatrzył na niego dziwnie. Po chwili uśmiechnął się rozbrajająco
i poklepał byłego ursa po plecach.
- Przestań. Pamiętam, co razem przeszliśmy - powiedział.
Haran zatrzymał się w pierwszej napotkanej gospodzie i zabrał ostro do
picia. Karczma była obskurna, kukurydziane badyle na klepisku jak w niewolniczych barakach, a usługujące dziewki miały wyślizgane ciała,
twarde oczy i szare uśmiechy. Urzekła go jednak nazwa. Zamierzał nawalić
się "Pod Zagojonym Kikutem".
* * *
Tennok rzeczywiście cieszył się, że uwolnił się wreszcie od towarzysza.
Obecność Harana była jak jątrzący cierń, dotkliwe wspomnienie porażki.
Na widok Górnego Miasta, ze stożkiem centralnego wzgórza, gwałtownie
uciętym w połowie, obwarowanym bastionami i zrytym sztolniami Dołów,
niczym zdewastowana termitiera, książę uświadomił sobie, jak bardzo to
miejsce go ukształtowało. Gdyby przyszedł na świat w gwarnej kupieckiej
faktorii, w której cała tajemnica istnienia sprowadza się do fałszowania
towarów i wyłudzania kredytów, z pewnością wyrósłby na kogoś innego. Być
może dużo mądrzejszego. Za to starożytne Yugal skrywało mnóstwo
sekretów. W przeciwieństwie do odbudowanego, wskrzeszonego z popiołów
Tollan, pamiętało mityczne czasy poprzedzające Klątwę. I nigdy nie stało
się miastem Kruzów.
Nawet jego rodzina, dumny klan Turkusowej Włóczni, przy sczerniałych ze
starości miejskich murach wydawała się zaledwie chwilową naroślą,
liszajem niewartym uwagi. Poczuł ciężar wieków, w których cieniu
dorastał. Kochał wygrzebywać z tego majestatycznego śmietniska okruchy
starożytnej wiedzy. Odległe początki Yugal, zbudowanego przez
zapoteckich budowniczych, były jednym z tych przeoczonych i zapoznanych
okruchów historii. Ich podupadli, pogrążeni w niewiedzy potomkowie wciąż
zapełniali ulice i place targowe miasta. Fascynowali Tennoka, podobnie
jak inne kultury z zasnutych mgłą tajemnicy epok poprzedzających Klątwę.
Współcześni Kruzowie byli dziećmi zaginionych i zamęczonych rodziców, o których niewiele wiedzieli. Ocaleli z Klątwy, przejęli od nich bogów i narzędzia, techniki uprawy roli i budowania piramid. Nawet nazwy
plemion, skrzykniętych w szalejącym chaosie i śmierci. Mówimy tym samym
językiem, myślał Tennok, lecz nasz świat jest już zupełnie inny.
Białoskórzy zaszczepili w nim poczucie kruchości i nietrwałości oraz
cień nieuchronnej zagłady, którą w ostatniej chwili odsunęła Klątwa.
Krwawe piętno.
Kapłani twierdzili wprawdzie, że Prawdziwi Ludzie już przed najazdem
wydeptali potrójną ścieżkę: ofiary, bólu i krwi, ale Tennok podejrzewał,
że to Klątwa ugruntowała tyranię kapłanów. Niestety, o tych
zamierzchłych czasach trudno się było czegokolwiek dowiedzieć. Historia
dzieliła się na tę Przed Klątwą i na tę z Naszego Cyklu. Między nimi nie
było równowagi. Błahe graniczne wojny z Wielkim Tikal i Taraskami, Otomi
czy Tlaszkalą opisane zostały przez kruzańskich uczonych w dziesiątkach
opasłych tomów. Podobnie jak nowożytna historia Inków, a nawet
koczowniczych plemion z północnych równin. Początki ich własnych dziejów
niknęły w głębokim mroku.
Oficjalną, uznaną wiedzę o Latach Klątwy zawarto w świętym eposie
Tlazemotal, zwanym Kroniką ocalenia. Ta księga kapłańska skupiała
się na peregrynacjach bóstw i przeszkodach, jakie musiał pokonać
Tezcatlipoka, żeby pokonać szatańskiego boga deszczu, Tlaloca, pod
którego podszył się niesławny wódz Białoskórych. Ten, Którego Imienia
Nigdy Nie Wymawiano. Księga była właściwie hymnem dziękczynnym.
Subtelnie podkreślała zasługi płynące ze składania ofiar i konieczność
bezwarunkowego posłuszeństwa bogom. I klerowi. Próżno szukać w niej
opisów taktyki bitew, oblężeń i polityki w latach Pierwszego Przymierza.
Wspomnieć należy jeszcze wyklętą, zakazaną Ontologię Klątwy,
autorstwa Yagazpina Bluźniercy, którego pobożni kapłani literalnie i z dużym wysiłkiem utopili w jego własnej, zatrutej herezją krwi. Lecz do
tego niesławnego dzieła Tennok nigdy nie próbował dotrzeć. Aż tak mu
życie nie zbrzydło.
Książę ocknął się z zamyślenia, gdy coś upadło przed nim na pokrytą
pyłem ulicę, wzbijając kurz. Zakaszlał i zamrugał zakłopotany, widząc
sylwetkę człowieka. Zorientował się, że to bijący czołem o ziemię
wojownik. Na pikowanej, bawełnianej zbroi nosił niebiesko-czarne barwy
Turkusowej Włóczni.
Tennok nie wiedział, co począć. Do tej pory figurował na szeptanych
listach znaczenia i wpływów jako niezbyt znacząca pozycja. Gdy starsi
bracia zginęli, demolując ustalone hierarchie statusu i dziedziczenia,
niezwłocznie wyjechał z miasta. Teraz wystarczył mu rzut oka na oblicze
żołnierza, pełne czci i łapczywej, pochlebczej nadziei, żeby zrozumieć,
że czasy spokoju minęły. Maczurai się starzał, a jego ludzie przelali na
Tennoka część oddania i zwierzęcego strachu, które łączyli z osobą
władcy Yugal.
Książę chrząknął i machnął dłonią, nakazując wojownikowi powstać. Wokół
nich zdążył się zgromadzić zaciekawiony tłum.
Tennok uświadomił sobie, że ma na sobie paradny mundur Jaguara. Posypały
się pierwsze, nieśmiałe wiwaty. Fama o ich zwycięstwach i pojmaniu
słynnego Szaratangi dotarła najwyraźniej aż tutaj. Tennok zatęsknił za
swoimi książkami. Co gorsza, te manifestacje sympatii wydawały się
szczere. Jakby ci ludzie nawet po wiekach ucisku nie stracili wiary, że
trafi im się dobry, sprawiedliwy władca.
Pozwalał się klepać i szturchać i tylko uśmiechał się, zakłopotany.
Świadomość własnej sławy była naprawdę dziwna.
Na szczęście czołobitny żołnierz szybko oprzytomniał. Skrzyknąwszy dwóch
podkomendnych, brutalnie i skutecznie utorował Tennokowi drogę przez
tłum. Ścigały ich radosne okrzyki. Książę zatęsknił za anonimowym gwarem
stolicy, w której był tylko jednym z tysiąca trutniów z rodowodem.
Westchnął i ruszył za swymi ludźmi.
Cóż. Przynajmniej kopniaki i razy, którymi żołdacy hojnie szafowali, tym
razem nie zostały wymierzone w niego.
Na Wzgórzu było znacznie przestronniej, chyba że ktoś zapuścił się na
cuchnący niewolniczą niedolą targ. Tennok nie miał takiego zamiaru.
Podziękował eskorcie i czym prędzej zanurkował w labirynt uliczek i wciśniętych w nie pałaców szlachty. Zapotecka architektura Wzgórza,
ukształtowana w górskich dolinach, miała w sobie coś owadziego.
Zwłaszcza haremy możnych, które Tennok nazywał Wylęgarniami.
W końcu dotarł do siedziby Turkusowej Włóczni, odnowionej i przebudowanej podczas jego nieobecności. Władza nad miastem popłaca,
pomyślał. Strażnicy nie robili mu żadnych trudności. Ze wstrętem sunął
krętymi korytarzami, mijając cele, w których spało, wyło i srało
potomstwo jego ojca. Lokalni władcy, podobnie jak wielcy królowie,
mnożyli się na potęgę. Synowie wzmacniali siłę rodu, obsadzali urzędy w administracji i w wojsku. Uprzywilejowani, ale też najbardziej
zagrożeni, wiedzieli bowiem, że w razie upadku miasta wrogowie zadbają o to, by nikt z rodu panującego nie przeżył. To dlatego krewniacy tworzyli
najbardziej lojalne wojska każdego klanowego wodza.
Tennok zawsze przejmował się rozwojem swojego młodszego rodzeństwa.
Regularnie pisywał w tej sprawie do matki. Na razie wszystko szło dobrym
torem, Kazelqin i Nacetuhotl pozostali okrutnymi półgłówkami,
rozkochanymi w przemocy i łowach. Cieszył się, że budzą w nim pogardę,
przyzwyczaił się do tego uczucia. Latami przyglądał się ich brutalnym
twarzom, pochylał nad zamęczonymi kotami i zatłuczonymi psami.
W tej kwestii niewiele się zmieniło. W matczynych listach czytał o skatowanych ursach czy buntowniczych wioskach Druazzi, które - w pancernej asyście zbirów - bracia pacyfikowali jeszcze przed swą
pierwszą polucją. Za każdym razem widział w tych młodych demonach
idealnych dziedziców Maczuraia i oddychał z ulgą. Dostałby zawału, gdyby
zobaczył któregoś z kapłańskim kalendarzem lub książką.
Maczurai gorąco zachęcał swoich synów do odwagi i okrucieństwa. Na tym
polu Tennok potężnie go rozczarował. Za to młodsi synowie rozwijali się
bez zarzutu. Gruboskórni, wściekle aktywni drapieżcy, stworzeni do
sprawowania władzy i zadawania bólu. Bezwzględna, zwierzęca witalność
wylewała się z nich wszystkimi porami skóry, nieskrępowana namysłem,
współczuciem ani chwilą słabości. Nawet strach ich się nie imał, gdyż
mogli odczuwać go tylko w stosunku do Maczuraia, który jedynie zachęcał
ich do bezkarnego okrucieństwa.
Tennok porównywał się z braćmi od lat. Być może najbardziej różniło go
od nich zdrowie. W dzieciństwie bez przerwy chorował i kwękał, a przykład braci nauczył go nie ufać silnym i zdrowym. Dopiero potem
zrozumiał, że ich bezwzględna przewaga jest jego tarczą. Od tej pory
trzymał kciuki za ich powodzenie i zdrowie. Wiedział, że gdy tylko
osiągną wiek męski i Maczurai oficjalnie namaści ich na swoich
następców, klan Turkusowej Włóczni wreszcie machnie ręką na
niewydarzonego i tchórzliwego Tennoka.
Ojciec może nie zgodzi się, żeby jego wybrakowany syn został pożałowania
godnym uczonym albo poetą, ale na pewno pozwoli Tennokowi wycofać się z pozycji, którą zajął po wypadku starszych braci.
Książę jej nienawidził, podobnie jak polowań, uroczystości rodzinnych i patriotycznych. Nienawidził rywalizacji, przemocy i potwierdzania
statusu, zestawu niesympatycznych zachowań, które wypełniały egzystencję
każdego szlachcica. Pragnął łagodności, która w twardym świecie Kruzów
oznaczała desperacką, wręcz samobójczą brawurę. Z trybu życia
arystokracji najbardziej odpowiadała mu dieta i tym był gotów się
zadowolić. A niech tam, poświęci się.
Niech inni dyszą i rozpychają się łokciami, roztaczając miraż bohatera z ogromnym kutasem. Miał to gdzieś. Niech skrzeczą na kupach gnoju i okładają się po gębach pytami. Gdy Citlali dała mu kosza, pozbył się
złudzeń. Jeżeli to konieczne, może uchodzić nawet za cipę.
Na początek zajrzał do sali ćwiczeń i ujrzał tam dzieciaki z klanu,
tłukące się pod okiem instruktora drewnianymi mieczykami. Nowy mistrz
miecza, młodszy następca Catehumotla, w ten sam sposób pastwił się nad
jakimś niezdarnym chłopaczkiem, prychając z irytacją i źle maskowaną
pogardą. Niezdarny malec zaciskał zęby, budując w sobie wiarę, że kiedyś
zostanie mistrzem.
Po upokorzeniu słabeusza instruktor przedstawił mu przykład do
naśladowania. Był to krzepki, dziewięcioletni dzieciak o zadartym nosie
i zadowolonym uśmieszku, w którym Tennok rozpoznał Nacetuhotla. Kazelqin
też dostał swoją porcyjkę pochwał. Jego bracia zdążyli zmężnieć przez te
kilka miesięcy, ale z pewnością nie zmieniły im się charakterki. Tennok
wycofał się z ulgą.
Zbliżając się do komnaty matki, poczuł, jak jego nogi nagle stają się
ciężkie. Wspomnienia z dzieciństwa zacisnęły się na jego sercu niczym
kajdany.
Dziwne. Irdana chroniła go, jak umiała, przed prawdziwym okrucieństwem
pałacowych przewrotów i czystek, przed zakusami skrytobójców, sadystów i zdeterminowanych rywalek. Jeżeli w ogóle w dzieciństwie miał w pałacu
sprzymierzeńców, to matka na pewno się do nich zaliczała. Mimo to z każdym krokiem czuł się mniejszy i słabszy. Jakby ktoś wcisnął go z powrotem do klatki, z której już dawno wyrósł. Jakim cudem przeżył,
jakim cudem to on stał się tym najstarszym? Cóż, na pewno pomogło, że
miał wyjątkową matkę.
Siedziała w fotelu, zaczytana. Była wykształcona i nie wstydziła się
tego, powtarzając, że dobra żona potrafi zainteresować męża także wtedy,
gdy nie rozkłada nóg. Na widok pierworodnego starannie zwinęła tom,
zaznaczając czytany fragment zakładką ze skóry dziecka.
Nie była zaskoczona, Tennok powiadomił ją listownie, że przyjedzie.
Obrzuciła taksującym spojrzeniem jego mundur i leciutko zagryzła wargi.
Brak oficerskich szlifów? A może wolałaby mundur Orła? Książę
odnotowywał każdy grymas, każdy gest matki, nawyk, od którego się nie
wyzwolił. Od małego wyłapywał nastroje rodziców niczym nietoperz
niesłyszalne dźwięki.
Nawet kiedy nie było warto.
- Opowiadaj - poprosiła, uśmiechając się lekko, gdy pocałował ją w policzek, jak zawsze pachnący lawendą.
Usiadł przy niej na niewielkim, niższym niż fotel krześle, posłusznie
przyjął pucharek z pianką kukurydzianą. Dobrze, że nie zawiązała mu pod
szyją wielkiej serwety.
- Walczyłem w bitwie i ocaliłem króla. Mogło być gorzej - odparł z nonszalancją i lekceważeniem, które sporo go kosztowały.
Niech nie myśli, że mu zależy.
Wystrzegał się okazywania Irdanie uczuć, gdyż wiedział, że nie omieszka
pogmerać w nich jakimś stosownym szpikulcem. Mimo to gdy zdawał jej
relację ze swoich poczynań - cenzurując niektóre fragmenty - jego puls
przyspieszył, a w głosie pobrzmiewały nerwowe tony. System wracał do
starych kolein, to działo się mimowolnie.
Gdy doszedł do ceremonii wręczenia odznaczeń i tego, jak jego prywatny
urs został cesarskim gwardzistą, matka ściągnęła brwi i z gniewnym
sykiem zacisnęła długie, wypielęgnowane palce, jak pręty żelaznej
klatki.
- Czyli to ta... kreatura ukradła ci sławę? - zapytała słodko.
Książę wzruszył ramionami.
- Nic podobnego. Wszyscy wiedzą, że brałem w tym udział.
- Ach tak, wszyscy wiedzą. No pewnie. Czyli kto? Garstka żołnierzy? A co
wie dwór? O czym rozprawia ulica?
- Ne wiem. Może ich zapytaj? - rzucił ze złością.
Gniew był nieodłącznym elementem ich rozmów i w jakiś sposób wiązał się
również z upokorzeniem i hańbą.
- Nieważne, co się wydarzyło, lecz to, co mówią o tym ludzie. Stwarzają
nas opinie innych, bez tego nie istniejemy. Naprawdę tak trudno to
pojąć?
- Nie wiem. W dzieciństwie nie miałem zbyt wielu kolegów, nie pamiętasz?
- wymamrotał.
- Ten urs, którego tlatoani powołał do gwardii... jest od nas, prawda?
- spytała. Najwyraźniej niechęć kłóciła się w jej duszy z dumą, że
stworzenie bądź co bądź wyhodowane w jej własnej stadninie, czy chlewni,
zyskało uznanie w stolicy. Nawet jeśli duma nie miała szans.
Irdana była kruzańską arystokratką w każdym calu, staromodną,
podejrzliwą i dumną, pełną bezinteresownej niechęci do bliźnich.
Jakiekolwiek osiągnięcia "nowych ludzi" drażniły ją, niczym postępy
robali, które mnożą się i w końcu opanują kuchnię. Niewolnicy liczyli
się zaś jeszcze mniej od nich.
- Znalazłeś go w Dołach, prawda? - spytała z wystudiowaną beztroską.
- W pewnym sensie - rzucił, uśmiechając się półgębkiem. Tak jakby
ktokolwiek odważył się tam zejść.
- Podobno ci, którzy przeżyją tam dłużej niż miesiąc, przetrwają
wszystko. To nie lada ironia, że ty, potomek wielkiego rodu, zostałeś
ograbiony z należnych ci zasług przez... - Irdana zawahała się, w pałacowych rozmowach nie pojawiał się bowiem temat kopalni - ... przez
monstrum, które stworzyła nasza rodzina - dokończyła z zadumą.
- Te, jak je nazwałaś, stworzenia są tylko spektakularnym odpadem.
Odpryskiem naszych działań, nie ich celem - zauważył Tennok.
- Aha. Więc odpad został bohaterem. Dlaczego nie ty?
No tak, przecież we dwóch, razem, pojmali tamtego Tlaszkalanina.
Może dlatego że jeden walczył i odwalił całą robotę, a drugi prawie się
zesrał ze strachu?
- To polityka, matko. Tlatoani pragnął pokazać szlachcie, że sam
podejmuje decyzje. Celowo zagrał im na nosie. Przy okazji pokazał
prowincjom, że każdy może się wybić. Teraz to już naprawdę każdy - dodał
gorzko, zdumiony własną niechęcią.
- Stać cię na więcej - powiedziała z naciskiem.
Słyszał ten tekst przez całe życie, zawsze tak niewzruszony i zimny.
Jakby była kapłanką tajnego kultu, którego najświętsze misterium
polegało na gnojeniu Tennoka, syna Maczuraia, oczywiście tylko dla jego
wielkiego, niewysłowionego dobra.
Religii się nie kwestionuje, chyba że całkiem straciło się wiarę. A Tennok, syn Maczuraia, przy swym całym, z trudem wypracowanym, cynizmie
wciąż wierzył, że kiedyś zasłuży na miłość.
- Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy. Chyba w to nie wątpisz? - Chciał
jeszcze dodać, że osiągnąłby więcej, gdyby nie ten przeklęty
barbarzyńca, ale ugryzł się w język. Nie należy okazywać słabości.
- Wiesz, że Kazelqin wziął dwóch jeńców w wyprawie przeciwko Wolnym
Druazzi? Jego pierwsze prawdziwe trofea. Twój ojciec miał łzy w oczach,
gdy tłum oklaskiwał zwycięzców.
Wzruszające, pomyślał ponuro Tennok. Zaraz się popłaczę.
- O co ci chodzi, matko?
- O nic, zastanawiam się tylko, co zamierzasz z tym zrobić. Z tego, co
mówisz, wynika, że to ty zasłużyłeś na awans. Pochodzisz ze znakomitego
rodu, twoje wykształcenie i trening cię do tego predestynują - ostatnie
słowo wymówiła z naciskiem, jakby chodziło o kosmiczne fatum, które ona,
Irdana, odczytała z biegłą pewnością wyroczni.
Tennok wpatrywał się w nią z nienawiścią. Jak dobrze wynajdywała w nim
słabość!
- Gdybyś został cesarskim gwardzistą, twój ojciec byłby z ciebie dumny.
A ta bezczelna dziwka, Hasfedda, pożółkłaby z zawiści.
Tu cię boli, cholero. Kolejna młodsza rywalka.
Irdana zawsze musiała z kimś walczyć. Całe życie rywalizowała z innymi
kobietami z haremu. Powody były tu tylko pretekstem, nienawiść jego
matki - zawsze bezinteresowna i czysta, jak okrucieństwo natury. Albo
uwaga bogów. Matka-Śmierć. Tennok nie był dla niej oparciem w tej walce.
Czasami zastanawiał się, jakby wyglądało jego życie, gdyby starsi
synowie Maczuraia nie zmarli. Dziwnym trafem te ponure żniwa urwały się
właśnie na nim, choć każdy z tamtych chłopców był silniejszy i dzielniejszy od niego. Musiał żyć, żyć na wyrost i w ohydnym lęku. A teraz znowu okazał się za cienki. Książę zwiesił głowę i zgarbił się na
twardym krześle, nerwowo skubiąc skórki przy paznokciach. Zawsze goiły
się, gdy opuszczał rodzinny dom, a gdy wracał, znów zamieniały się w jątrzące ranki.
Nie widział przed sobą żadnego manewru, żadnego dobrego ruchu. Matka
miała rację. Jak zwykle. Gdy ojciec dowie się o awansie jego niewolnika,
rozdepcze swego niewydarzonego dziedzica jak pluskwę.
Tennok rozejrzał się bezradnie po znajomej, teraz jakby skurczonej
komnacie i poczuł, jak cała wątpliwa, wysilona radość uchodzi z niego
niczym gaz z pękniętego pęcherza. A, właśnie.
- Jest jedna sprawa... - zaczął, czując się jak człowiek, który
zabłądziwszy na bagnach, prosi o pomoc kajmana - ... ten urs, Haran,
dużo gadał o swoim przybranym ojcu. Mówi ci coś imię - a właściwie
przezwisko - Pęcherz?
Irdana stężała, a potem powoli, bardzo powoli pokiwała głową.
- Razem służyli. To on połamał twemu ojcu nos.
Tennok rozdziawił usta.
- Zawsze myślałem, że Maczurai był... no wiesz, niepokonanym bohaterem.
- O tak. - Uśmieszek matki wydawał się tak zimny, że można by
transportować w nim kraby na targ. - Mordowanie kobiet i dzieci z pewnością wymaga wielkiego hartu. Nie mówiąc już o zbiorowych gwałtach...
na demonach.
- O czym ty mówisz? Skąd wiesz to wszystko? - Książę poczuł narastającą
złość.
Matka nienawidziła ojca od lat, podobnie jak on. Ale zdrowa nienawiść to
jedno, kłamstwa to co innego.
- Wybacz, synu - Irdana zmitygowała się, odruchowo pocierając bladą
bliznę na czole. - Pomówmy o czymś innym. Powiedz mi, co się teraz nosi
w Tollan. Twój ojciec wciąż nie pozwala mi odwiedzić stolicy i obawiam
się, że zaczynam wyglądać jak obdarta Druazzi...
* * *
Rozstawszy się z matką, książę ruszył do sali tronowej. Strzegący
dostępu strażnicy nie próbowali go zatrzymać. Usłużny, zgięty w ukłonach
szambelan, Myngus, skierował Tennoka na podwórze, gdzie mieściło się
zejście do kopalń.
Dziwnego, kwaśnego fetoru Dołów nie sposób było z czymkolwiek pomylić.
Cuchnęły jak uperfumowana przez ekscentrycznego bogacza kloaka, w której
ktoś urządził rzeźnię. Maczurai stał pośród nadzorców i ochroniarzy, ze
splecionymi na piersiach ramionami, sękatymi jak stare drzewa. Potężny i niewzruszony, górował nad ludzką mierzwą. Samą obecnością zaprowadzał
ład w tłumie przerażonych Tlaszkalan i Tikalczyków, a także dezerterów z kruzańskiej armii, którzy kłębili się przy zejściu do Dołów, czekając na
powrót windy.
Tłum rozstąpił się przed nim niczym mętne, szemrzące morze i Tennok
poczuł narastające w gardle wzruszenie, kulę wrzącego, kipiącego błota.
Nigdy tego nie rozumiał, emocje zaskakiwały go i dezorientowały.
Przełknął ślinę i ruszył w stronę ojca, powłócząc ciężkimi nagle nogami.
Maczurai zobaczył go, drgnął, po czym jak gdyby nigdy nic wrócił do
instruowania głównego nadzorcy, Hagotla.
Tennok poczuł, jak ostry ból przeszywa mu wnętrzności. Pojął, że
Maczurai lekceważy go z wyrachowania. Że ma tu czekać, przed tymi
ludźmi, osiąść na przypisanym mu w hierarchii miejscu jak opadająca
drobinka kurzu. Żeby mu się we łbie nie przewróciło. Żadnych cudownych
pojednań nie będzie.
Zakotłowała się w nim złość, ale przede wszystkim na siebie. Na co
liczył? Że stary rzeźnik porwie go w ramiona, a potem ucałuje w oba
policzki?
Władca Yugal odprawił wreszcie nadzorcę i uśmiechnął się do księcia
zdawkowo.
- Widzę, że dali ci mundur. I chyba go nie zaszczałeś ze strachu, choć w tym smrodzie trudno cokolwiek powiedzieć. Zdumiewasz mnie, chłopcze.
- I nawzajem, ojcze. Nie pamiętam tutaj takiego ruchu - odparł Tennok,
zaskoczony chłodnym spokojem własnego głosu.
Może wreszcie przestawał być dzieckiem.
- Wojna, synu. Wojna. Każda kampania to zamówienia na smar i kolejne
tłuste kontrakty. A potem dostawa więźniów.
Ściszywszy głos, Maczurai nachylił się do ucha Tennoka:
- Zamierzam ograniczyć bydlakom racje żywności i wody. Przerób mamy
taki, że nie opłaca się karmić. I tak swoje wykopią, nim zdechną.
- Myślałem, że większość jeńców dostaje Czerwona Świątynia.
- Nie tym razem, młody. Quinatzin testuje nerwy kapłanów, licząc na to,
że przyciśnięty Szurukan uczyni coś bardzo głupiego. No, ale dość
polityki. Opowiedz, jak było w Tollan.
Dalszy ciąg rozmowy odbył się w prywatnym gabinecie ojca. Tennok
przysiągł sobie, że będzie rozmawiać z nim inaczej niż dotychczas i nie
pozwoli Maczuraiowi się poniżyć. Wpatrywał się w ojca bezczelnie,
szukając śladów zniedołężnienia i nadciągającej starości, czegokolwiek,
co dałoby mu jakąś przewagę. Ale stary, rozwalony na ozdobnym zydlu,
jakby siedział na ławie żołnierskiej tawerny, beztroski i dobrze
odżywiony, nie odsłonił żadnego słabego punktu. Poza tym księcia
rozpraszały pewne szczegóły. Takie jak naga, śniada ślicznotka, młodsza
od Tennoka, która wyjrzała z przylegającej do gabinetu sypialni,
wycierając sterczące piersi i szczebiocząc do Maczuraia zalotnie, że
woda niedługo wystygnie. A może chodziło o dobiegające zza kotary
śmiechy jej koleżanek?
W końcu, tak jak tyle razy wcześniej, chłopak poddał się energii ojca,
czując, że w tym domu potrafi tylko dryfować.
Maczurai wysłuchał relacji w skupieniu, nie przerywając ani nie
komentując. Jakby naprawdę cieszył się, że wreszcie jego spotkanie z synem tak wygląda. Że może dzielić z nim męskie sprawy. Aż wstał z ławy
i dopytując o szczegóły starcia z Tlaszkalanami, wykonał kilka
szermierczych kroków, odtwarzając walkę. Jakby nie mógł usiedzieć na
miejscu.
Tennok nigdy nie widział go takim. Rysy ojca wyostrzyły się, nadając mu
wyraz jastrzębia, jeżeli ktoś kiedyś widział jastrzębia z wyłamanym
dziobem. Maczurai wyglądał jak stary drapieżca, który znów złapał ślad
krwi - ślad zaschniętego wspomnienia.
Oczywiście, w raporcie Tennoka zabrakło jego beztroskiej degrengolady... i aktów bezprzykładnego mazgajstwa. Właściwie to skupił się na budujących
anegdotkach z wojska.
Gdy zaczął mówić o kłopotach z Haranem, ojciec w skupieniu podrapał się
w zabliźnioną ruinę nosa. Wyglądało to naprawdę ohydnie i Tennok po raz
setny zastanowił się, czemu stary nie kryje tych zniszczeń pod maską.
- Mam wtrącić skurwiela do lochu? O to mnie prosisz? - odezwał się w końcu.
- To może być trudne. Druazzi ma mocne plecy.
- Jak mocne?
- Jak Quinatzin. Tlatoani niedawno go przyjął do gwardii.
Maczurai zagwizdał cicho. Mało kto mógł otwarcie wtrącić do lochu
jednego z Zabójców Gwiazd. Nawet siepacze Czerwonej Świątyni ścierali
się z nimi po cichu, a poza Czerwonym Kapłanem nikt w Odrodzonym
Przymierzu nie mógł się mierzyć z królem.
- Nie mogę opowiedzieć się po stronie kapłanów. Quinatzin kupuje ode
mnie braazatal, a Szurukan... stary sęp najchętniej zasypałby moje
kopalnie. Chyba musisz załatwić to sam. Dopadnij go, jak się wytoczy
pijany z gospody. I zabij. W młodości zawsze wyzywałem ich, jak byli
pijani. Podejmują wtedy fatalne decyzje. - Maczurai uśmiechnął się do
wspomnień.
- Nie dam mu rady, ojcze. To najlepszy szermierz, jakiego widziałem -
wyznał Tennok cicho.
Chciał dodać, że sam Maczurai miałby z Haranem kłopoty, ale ugryzł się w język. Władca Yugal mógłby źle znieść zrównanie go z byłym niewolnikiem,
nawet jeśli ów niewolnik był tęgim rębaczem.
- Czemu w ogóle przychodzisz z tym do mnie? Dawniej nigdy mi się nie
zwierzałeś - w głosie ojca zabrzmiało poczucie winy. Jakby przelotne
spotkania dwa razy do roku mogły stwarzać okazję do zwierzeń.
- Bo chodzi o honor rodu. Barbarzyńca obraził Turkusową Włócznię,
kradnąc mojego jeńca. Powiedział, że to on go pojmał - wypalił Tennok,
patrząc Maczuraiowi w oczy.
Wcale nie miał wrażenia, że kłamie. To, że książę sam poprosił Harana o pomoc, nie miało większego znaczenia. Umysł potrafi wygładzić takie
sprzeczności. Z chwilą gdy Haran odbił mu Citlali, stał się wrogiem, a wróg nie zasługuje na sprawiedliwość i litość. Liczyło się tylko, że
odebrał mu chwałę. I teraz przyjdzie mu za to zapłacić. Tennok planował
to od tak dawna, że zdążył uwierzyć we wszystkie, prawdziwe i urojone,
powody, dla których barbarzyńca powinien zdechnąć.
Haran musi zginąć.
- Wziąłeś jeńca? Naprawdę? - Ojciec spojrzał na niego uważnie. Nagle
szybkim, gibkim wypadem fechmistrza sięgnął po kosmyk zwisający z tyłu
głowy Tennoka. - W takim razie zapomniałeś się ostrzyc.
Książę zesztywniał, upokorzony.
- Mówię ci, że oszukał mnie własny urs. Przypisał zasługę sobie -
powiedział z uporem.
- I oficerowie dali mu wiarę? Bełkot niewolnika przeciwko słowu
szlachetnie urodzonego?
- Wierzy mu sam Quinatzin. Urs ocalił mu życie.
Maczurai nie był już rozbawiony. Kurczowo zacisnął pięści.
- Kogo właściwe pojmałeś? Jakiegoś wojownika czy może obozowego ciurę?
To budujące, jakie mniemanie miał o nim własny ojciec. Tennok zmusił
się, żeby patrzeć mu w oczy.
- Szaratangę. Dopadłem Lwa Labiryntu.
Maczurai zamrugał. A potem zaczął się śmiać, tubalnie i dudniąco, z głębi rozłożystej piersi. Klepnął Tennoka w ramię, niemal obalając go na
ziemię.
- No, rozbawiłeś mnie. Te wszystkie książki... bajeczki, które całe życie
pochłaniasz, na coś się jednak przydały. Teraz układasz swoje.
Szaratanga, a niech mnie!
- Był prawie sam, dorwaliśmy go w Labiryncie. Przetrąciłem mu nogę.
Wypatrzyłem, w jaki sposób utyka, a potem trafiłem go w czuły punkt.
Cahuotl nauczył mnie dość - warknął Tennok.
Książę, czerwony na twarzy, nie spuszczał z ojca wzroku. Po raz pierwszy
zobaczył w nim niepewność.
- Ty nie kłamiesz - sapnął zdumiony wojownik. - I mówisz, że oszukał cię
jeden z moich? Kundel z Dołów, który się wybił?
- Nie pierwszy lepszy, ojcze. Ten urs ma w sobie krew Białych Diabłów.
Jego ojciec był kiedyś aszkatlim Druazzi. Nazywali go Pęcherz.
Twarz Maczuraia zadrgała. Milczał, bezwiednie drapiąc nieregularne
brzegi blizny, w której miejscu powinien być nos. Nagle jego brutalne
oblicze stężało.
- Motłoch czasem potrafi człowieka zaskoczyć. Ale popełniasz błąd, dając
się takiemu czemuś obrazić. To tak, jakby uraził cię pies - sarknął. -
Poczekaj tu. Z kimś cię umówię.
* * *
Gdy Tennok go odnalazł, Haran zdążył już zapuścić się do Dzielnicy
Leśnej. Stał przy stoisku ulicznego sprzedawcy, zajadając pieczonego
karpia, pachnącego papryką i czosnkiem. Uśmiechnął się do księcia, który
skrzywił się na widok żarcia. Tłuste karpie, popularne wśród plemion i miejskiej biedoty, uchodziły za gatunek sprowadzony przez Białoskórych i podobnie jak konie, bydło i świnie objęte były rozlicznymi uprzedzeniami
i tabu. Zdaniem uczonych mnożyły się tak szybko, że wypierały lokalne
gatunki, w czym wspierała je wrodzona odporność na miejskie
nieczystości. Niektórzy zwali je nawet łuskowatymi szczurami. Zapewniały
pożywienie nędzarzom, i to uchroniło je przed potępieniem Czerwonej
Świątyni.
Ale żaden szanujący się Kruz nigdy nie wziąłby tego świństwa do ust.
- Nie rozumiem, jak możesz to jeść. Przecież to błotny robak, nie ryba.
Barbarzyńca wzruszył ramionami.
- Lubię podziemne stworzenia - mruknął melancholijnie.
Książę poprosił sprzedawcę o dużo droższego, złotawego pstrąga. Bez
chilli i ostrych sosów. Podmuch wiatru obdarował ich ciężkimi woniami
Mys. Zapach rzeki i zbutwiałych bali nabrzeża, stojącej wody kanałów i jeszcze starszego tłuszczu, zgnilizny, palenisk i gówna. Tennok skrzywił
się na myśl o życiu yugalczyków.
Biedne skurwysyny. Jak w tym smrodzie można cokolwiek przełknąć?
- Nie byłeś w domu? - spytał.
Haran zakaszlał, jakby w gardle utkwiła mu ość.
- Bałem się. Wciąż nie wiem, czy w ogóle tam pójdę. Pewne sprawy
niełatwo jest rozgryźć - wyjaśnił, rozglądając się po zatłoczonym
nabrzeżu.
- Ja poszedłem. Dowiedziałem się paru rzeczy. Dość paskudnych -
powiedział Tennok, unikając wzroku towarzysza.
Były urs poklepał go po plecach.
- Za dużo się martwisz. Ja zamierzam martwić się dopiero wtedy, kiedy
będą mnie wciągali na ołtarz - zażartował. - Albo gdy ostrze wroga
dosięgnie serca. Tak, to dobry moment na troski. I krótki. - Roześmiał
się.
Tennok milczał. Skubał swojego pstrąga, jakby wyświadczał mu wielką
łaskę.
- Nasi ojcowie się znali.
- Byli wrogami, książę. - Haran spojrzał na niego uważnie. - Myślisz, że
Maczurai mnie szuka?
Tennok pokręcił głową.
- Nie o to chodzi. Nasi ojcowie... dowiedziałem się o nich dużo. Za dużo.
To... bardzo trudna historia. Jak kościotrup wmurowany w fundament. Nie
wiem, czy ci się spodoba.
- Chcę wiedzieć.
- Znam kogoś, kto powie ci więcej - powiedział Tennok ostrożnie.
Nieludzkie, szare oczy barbarzyńcy wpatrywały się w niego w napięciu.
- To weteran. Ktoś, kto pamięta ich obu. Niestety, jest strasznym
odludkiem, więc musimy się wyprawić na bagna.
Haran wzruszył ramionami.
- Nie szkodzi. Nawet się za nimi stęskniłem, dasz wiarę? Namorzyny,
wiszące pnącza, liany, orzeszniki... Mam nadzieję, że szara dziwka nie
wykończyła ich wszystkich.
Tennok milczał. W dzieciństwie nigdy nie łaził po bagnach, choć czytał o nich w kilku zajmujących monografiach. Już sto lat temu odwiedzający te
ziemie Klekotatl, pierwszy botanik Kapłańskiego Kolegium, odnotował, że
najczęściej spotykaną zwierzyną w lasach nieopodal Yugal są pająki i wielkie pijawki, osobliwie rozmiłowane w zgniliźnie. Nie wiedzieć czemu
książę miał pewność, że z posiłków najbardziej cenią te z błękitnej
krwi.
Ruszyli w stronę moczarów rozlewających się nieopodal miasta. Mys
zataczała w tym miejscu łuk, kierując się w stronę dalekiego oceanu na
wschodzie. Tennok wiedział, że bagniska i podmokłe, malaryczne lasy
ciągną się aż do miejsca, w którym kontynent zwęża się w przesmyk zwany
od pobliskiej osady Tecuani-Tepec, Wzgórzem Jaguarów. Na wschód i południe od tego przewężenia leżał półwysep Jukatan, rządzony, wraz z rozległymi krajami na wschodzie, przez Federację Wielkiego Tikal. Wąski
pas lądu, trudno dostępny, usiany wulkanami i pasmami gór, porośnięty
nieprzebytą dżunglą, ciągnął się dalej przez setki tysięcy strzał, aż
ponownie rozszerzał się, przechodząc w drugi, południowy kontynent.
W parnych lasach i górskich dolinach drzemały starożytne miasta-państwa,
stolice zapomnianych ludów oraz faktorie i twierdze dawno minionych
imperiów. Wiecznie skłócone, stanowiły arenę zaciekłej rywalizacji
Przymierza i Federacji Tikal, a nawet zagadkowego Imperium Inki, ponoć
rządzonego przez władających czarami, nieumarłych królów. Perspektywa
sojuszu między Inkami i Tikal, po którym nastąpi niszczycielska inwazja
z południa, spędzała sen z powiek kolejnym kruzańskim władcom. Dlatego
też dzielący kontynenty pas lądu od stuleci stanowił obszar wojen,
finansowanych przez obce mocarstwa przewrotów, wojskowych puczów i karnych ekspedycji.
Tennok prowadził Harana pewnie, modląc się, by dobrze spamiętał
instrukcje ojca.
Szli kruzańskim traktem wojskowym, ale nawet tę główną drogę co rusz
zagarniały zachłanne moczary. Książę miał cały czas wrażenie, że
znacznie cięższy od niego Haran nie zapada się w błoto, nie chlupocze i nie przyciąga morderczych owadów. Może tutejsze moskity zawarły z dzikusami jakiś pakt?
Gdy dotarli na długą, częściowo podtopioną groblę, Tennok przyspieszył
kroku. Nad groblą górował charakterystyczny, rozłupany piorunem cyprys,
porośnięty girlandami pasożytniczych lian. Książę odetchnął z ulgą.
Jednak nie zbłądził. Kątem oka spostrzegł, że Haran dobywa noża, a ostra
klinga błyskawicznym ruchem sięga do szyi Tennoka, tnąc po łuku,
błyszcząca jak krawędź księżyca.
Książę skulił się, ale nie zdążył odskoczyć.
Przejrzał mnie, pomyślał.
Ostrze minęło go jednak dosłownie o włos. Zdumiony, rozdziawił usta.
Policzki ochlapała mu gorąca krew.
- Spadła na ciebie pijawka. Tu się przyssała, za uchem. Lepiej zobacz,
czy nie masz jeszcze jakiejś - wyjaśnił Haran, rozdeptując pasożyta na
skrawku suchego lądu. - Weź, przyłóż sobie kawałek soli - polecił.
Zza jego pleców rozległ się głośny rechot. Czekali na nich na wąskiej
grobli, bezszelestni i czujni jak koty. Było ich trzech. Najwyższy,
uzbrojony w dwuręczny miecz z drewna i wąskich krzemiennych ostrzy,
zagrodził im drogę, pozostali odcięli odwrót. Poruszali się z leniwym
wdziękiem drapieżców. Nosili cywilne ubrania, ale w ich postawie
wyczuwało się coś twardego, co od razu zdradzało żołnierzy. W sile
wieku, zamożni i pewni siebie. Najwyższy, wyglądający na dowódcę,
zmierzył Harana wzrokiem i uśmiechnął się szeroko.
- No, no. Po skórze nijak nie idzie poznać, a oczu nikt nie zobaczy
przez te kudły, co ci spadają na twarz. Dobrze się farbujesz, lisku.
- Do mnie mówisz, człowieku? Nie znam cię - mruknął Druazzi, rozglądając
się czujnie.
To wszystko nie wyglądało za dobrze.
- Jestem twoją śmiercią, lisku. Karzącą ręką bogów.
- Zachowaj te brednie na straszenie wnuków, starcze.
- Doprawdy? To zapytaj Hezę o małą, czerwoną skrzyneczkę. Na pewno jej
nie wyrzuciła, znam ją. Zawsze była skąpym babskiem, poza tym bała się
bogów. Wierzysz w bogów, diable?
Haran pokręcił głową. Szukał wzrokiem Tennoka, który mężnie gotował się
do ucieczki. Maczurai polecił mu to dobitnie i nader klarownie. Miał im
nie wchodzić pod nóż.
- Nie wierzysz? A szkoda, wiele tracisz. Bogowie naprawdę miewają gest.
Nie spodziewałem się już, że dadzą mi znowu ubić jednego z was.
Głos nieznajomego, monotonny i matowy, usypiał. Łowcy krążyli wokół
Harana, czekając na dobry moment. Rozpraszają go, uznał Tennok.
A potem wszystko potoczyło się szybko.
Barbarzyńca nie próbował sięgnąć po długi miecz, który nosił
przytroczony do pasa. Zamiast tego gwałtownie ruszył przed siebie,
celując w przywódcę nożem. W tej samej chwili jeden ze stojących za nim
łowców zakręcił w powietrzu myśliwską bolą.
Przywiązane do rzemienia kamienne ciężarki okręciły się wokół nóg
barbarzyńcy. Haran upadł. Szarpnął się, sięgając po wytrącony z dłoni
nóż, ale spadła na niego obciążona sieć. Ogromny Druazzi potoczył się
ciężko po ziemi. Jeden z napastników kopnął go w żebra, drugi celował w głowę. Barbarzyńca zasłaniał się i jak mógł, unikał uderzeń.
- Tennok! Uciekaj! - wrzasnął.
Książę poczuł, że pali go twarz.
Ci ursowie naprawdę się przywiązują. Kto by pomyślał.
Haran rzucał się po ziemi jak rozwścieczony wąż, sycząc i próbując
zerwać pętające go sznury. Ale wciąż spadały na niego ciosy pałek.
Przywódca łowców jak dotąd nie użył miecza. Chyba brakowało mu miejsca.
O mały włos, a zahaczyłby wrośniętego w ziemię Tennoka.
- Zabieraj się stąd! Nie chcesz pomóc, to chociaż nie przeszkadzaj! -
wrzasnął na niego herszt.
Tennok odskoczył posłusznie. I zobaczył, jak Haran podnosi rozbitą,
zakrwawioną głowę, a potem posyła mu zaskoczone spojrzenie. Wyglądał jak
zaproszony na świąteczny obiad gość, który zorientował się, że nie
będzie dziś biesiadnikiem, lecz daniem. Tennok opuścił głowę. Oczekiwał
po swojej zemście radości i satysfakcji, a czuł się jak ostatni
sukinsyn.
I pojawiła się wściekłość. Jasne, użalaj się nad nim. Właśnie przez
takie idiotyczne skrupuły ten dzikus odebrał ci dziewczynę, idioto.
Tennok zbliżył się do Harana i kopnął go.
Pech chciał, że stanął na linii ataku przywódcy łowców, który właśnie
zamierzał się mieczem. Druazzi skorzystał ze sposobności. Rozpruł nożem
sieć, lecz zamiast walczyć, dał nura do wody.
Łowcy klęli, na czym świat stoi, ale żaden nie pofatygował się za nim.
Wypatrywali czegoś uważnie.
- Patrzycie, gdzie wypłynie? - zainteresował się Tennok.
Jeden z łowców uśmiechnął się krzywo.
- Szacujemy, ile tutaj żeruje kajmanów.
* * *
Haran zanurkował najgłębiej i najdalej, jak potrafił. W Dołach nauczył
się zwalniać oddech i oszczędnie dozować powietrze. Każdy skazaniec albo
to umiał, albo umierał, gdy wrogowie zasypali i odcięli chodnik. Mimo
tej ekstremalnej zaprawy płuca paliły go żywym ogniem. Naprawdę, pokonał
nielichy dystans. Wynurzył się dopiero wtedy, gdy znalazł wystarczająco
gęste zarośla, po czym od razu wetknął sobie w usta zerwane źdźbło
trzciny i zanurkował ponownie.
Czekał cierpliwie, zasłonięty zwisającymi ze skarpy korzeniami.
Nurkowanie dało mu w kość, ale nie na tyle, żeby przepędzić dźwięczące w głowie pytanie.
Dlaczego Tennok go zdradził?
Nagle przypomniał sobie tamten letni, upalny dzień, niedługo przed
śmiercią Pęcherza, gdy zapomniał o przestrogach Hezy i beztrosko wykąpał
się razem z kumplami. Susza stulecia sprawiła, że całe Yugal wyległo nad
Mys. Haran kąpał się od wielkiego dzwonu, znacznie rzadziej niż inne
chłopaki. I oczywiście sam, w bezpiecznych ciemnościach nocy, na wypadek
gdyby woda zmyła maskującą, brązującą miksturę, którą sporządzała Heza.
Zawsze też pamiętał o włosach. Nosił je spięte i zaplątane w coś, co
przypominało ciasny kok. I nigdy nie moczył. Tamtego dnia wypłynął na
powierzchnię dumny i szczęśliwy, że mimo braku praktyki nurkuje tak
dobrze jak jego przyjaciel Kek. Nie widział nic spod ściekającej mu na
oczy wody.
Kiedy wynurzył się z toni, jego włosy zajaśniały w słońcu, jakby same
były z niego utkane. Wyglądały paskudnie. Jak kolba kukurydzy albo złote
ozdoby, które tak ukochali Białoskórzy. Dopiero potem, dotknąwszy
twarzy, zorientował się, że na brzegu, pośród kolegów, panuje cisza
ciężka jak kamienne wrota. Odruchowo zasłonił twarz przedramieniem.
Kiedy na nie spojrzał, zszokowała go odbarwiona i plamista skóra,
pozbawiona maskującej farby z wywaru Hezy. Przywodziła na myśl ospę albo
inną śmiertelną chorobę. Bo tym właśnie był, chorobą i wynaturzeniem.
Teraz nie groziło mu nic podobnego; odkąd szary pył Dołów na trwałe
wżarł mu się w skórę, nie wyglądał już na Białoskórego, lecz tak, jak
powinien: na cudem ocalonego skazańca. Wtedy, gdy miał dziewięć lat,
jego biel nie zatarła się jeszcze pod brudem, a wśród ludu Przymierza
wciąż żywa pozostawała tradycja spontanicznych, nabożnych pogromów.
Starsze, obce chłopaki, które nie kojarzyły Harana z uliczek Leśnej,
przytopiły go porządnie. Nałykał się wody i strachu. Krzyczeli, że będą
jak ci słynni tępiciele demonów... jak im było, Szare Pasy chyba. Że
załatwią go, tak jak robiło się kiedyś.
Oczywiście, Haran czekał, aż ruszą się jego koledzy. Ale oni tylko stali
i patrzyli. Ocalił go wtedy Pypek, płaczliwy, tchórzliwy chłopak, z którego Haran zawsze się śmiał. Miał wysuniętą, wiecznie wilgotną dolną
wargę. Wystarczyła, by zmienić dzieciństwo chłopaka w piekło. Haran
lubił Pypka, bo wiedział, że odciąga od niego uwagę potencjalnych
prześladowców. Pypek potrafił też szybko biegać i gdy ich druhowie stali
po prostu w niezdecydowaniu - na ich usprawiedliwienie trzeba rzec, że
nie przyłączyli się do łowów - on pobiegł czym prędzej do Pęcherza.
Najwyraźniej ciągnące się przez całe życie szykany i upokorzenia
zaszczepiły w nim współczucie dla ludzkich ułomności. Wyśmiewani mają
chyba ten instynkt, odruchowe utożsamienie z ofiarą.
I kiedy tamci w końcu zapędzili Harana pod stromą skarpę, odcinając mu
drogę ucieczki, a ich włócznie zabawki okazały się całkiem niezłą
imitacją oręża dorosłych, z drugiego brzegu rozległ się przejmujący
gwizd. Na plaży stał Pęcherz, trzymając napięty łuk.
W tamtych dniach jego ojciec rzadko polował i Haran zdążył zapomnieć, do
czego jest zdolny. Był szybki, naprawdę szybki. Nie zabił ich, w końcu
byli dziećmi jego sąsiadów i dawnych żołnierzy. Ale nieźle ich
przestraszył. I upokorzył, co też nie było bez znaczenia. "To mój syn,
pamiętajcie o tym! Kto czepia się jego choroby, czepia się także mnie".
Gdy zwiali, Pęcherz podszedł i objął go szorstko. Haran wyrwał się,
chciał być sam. Na kumpli nawet nie spojrzał. Nie trzeba wspominać, że
nie podziękował Pypkowi, który chyba nawet na to nie liczył.
Wieczorem Haran wrócił nad rzekę. Znalazł odciętą od głównego nurtu
zatoczkę ze stojącą wodą, pamiątką po niedawnej powodzi, i w skupieniu
popatrzył na własne odbicie. W ich domu nie było czarnych luster z wygładzonego kamienia, którymi posługiwali się kapłani i najbogatsi
Kruzowie, a nad rzekę dotychczas wyprawiał się nocą. Od kilku lat nie
przyjrzał się sobie uważnie.
Zszokował go duży, zakrzywiony nos i pokraczne, obce proporcje twarzy.
Powinna być bardziej okrągła, bez tej wysuniętej szczęki. Ale najgorsze
były oczy. Wielkie i jasne, zimne. Natarczywe w swojej stalowej
szarości, za którą czaił się błękit. Oczy zamorskiego demona. Skórę
można ubrudzić, włosy przemalować. Ale co zrobić z tymi cholernymi
ślepiami? Haranowi pozostało je mrużyć. I robił to, jak wściekły. Od
tego czasu świat oglądał jak żołnierz Białych, przez wizurę żelaznego
hełmu. Zawsze na pieprzonej wojnie. Inny.
Powiedział sobie, że to właśnie dlatego koledzy nie próbowali mu pomóc,
że powodem było to, co Pęcherz i Heza nazywali chorobą, kalectwem. Haran
czuł się wystarczająco pognębiony i wolał nie drążyć tej kwestii, choć
trzepotała w ciemności jak głodny, karmiący się krwią nietoperz.
Dlaczego się nie ruszyli?
Teraz, gdy znów kulił się w mulistych odmętach Mys, był bardziej
świadom, w jaki sposób postrzegają go inni. Chociażby Tennok, którego
dumę sponiewierał. W ciemnościach Dołów nikt nie dbał o to, czy w jego
żyłach płynie przeklęta krew, a relacje międzyludzkie przechowały się
tam w szczątkowej formie. Mimo to gdyby nie Moros, grupa zagryzłaby go.
Nigdy nie wiedział, co i kiedy powiedzieć, żeby oswoić ludzi. Jak
zmienić słowa w kojące pochrząkiwania, które budują więź, w ludzki
odpowiednik życzliwego małpiego iskania. On zwykle mówił, co myślał.
Mędrcy z Zaułka Filozofów powiedzieliby, że jego schorzeniem jest
prawda, że niebacznie uczynił z niej fetysz. U źródeł leżała duma.
Po incydencie nad rzeką z pełnoprawnego członka ich podwórkowej bandy
stał się znienawidzonym wyrzutkiem. I tylko imię Pęcherza sprawiało, że
rówieśnicy bali się mu to jawnie okazać i udawali, że wszystko jest jak
dawnej. Stał się czymś niebezpiecznym, zatrutą strzałą, którą ostrożnie
obraca się w palcach.
Udawanie było w tym wszystkim najgorsze, milczenie i urywające się w obecności Harana rozmowy, ciężka od wstrętu cisza i ten ledwo hamowany
wyraz obrzydzenia, urazy i strachu, który widział w umykających
spojrzeniach kolegów. Na próżno rodzice Harana niestrudzenie
rozpowiadali, że to żadna diabelska krew, tylko dziwna choroba skóry, a Pęcherz gotowy był wyzwać do walki każdego, kto twierdził inaczej. Po
jakimś czasie koledzy zapomnieli, ale Heza i Pęcherz zmienili się
tamtego lata, jakby jakiś ohydny pająk złożył w ich sercach trujące
jajeczka strachu.
Nagle usłyszał donośny plusk, który przywołał go z powrotem do ciemnej,
obojętnie kołyszącej go rzeki. Potem rozległ się ochrypły krzyk. Haran
naprężył mięśnie. Bagienna woda zafalowała, coś dużego szybko płynęło w jego stronę.
Od czasu Klątwy niektóre gatunki zwierząt zmieniły się i tylko badacze
przyrody przebąkiwali, że czasem bywała to zmiana na korzyść. Na
przykład rzadki koliber pecuchtli zmienił odcień z szafirowego na
szkarłatny.
Mimo to nawet najbardziej nawiedzeni z uczonych nie twierdzili nigdy, że
bagienne aligatory i kajmany straciły apetyt na ludzkie mięsiwo, bo
właśnie tę przykrą ich cechę wydatnie wspomogła Klątwa.
Zielonkawe kajmany z okolic Yugal nie należały do największych
przedstawicieli swojego gatunku. Nie umywały się do ogromnych, czarnych
bestii z południowego kontynentu, które osiągały długość równą wzrostowi
dwóch, a czasami nawet trzech mężczyzn. Kajmany z Yugal były mniejsze,
nie przeszkadzało im to jednak polować na ludzi.
Zwłaszcza na tych, którzy broczyli krwią.
Stosowały niegłupią taktykę - wciągnąć ofiarę pod wodę i zadławić ją. Po
co nadwerężać szczęki. Ale Haran nie zamierzał umierać bez walki.
Zgiął się w pałąk i dźgnął w podłużny łeb bestii. Celował w oko,
szukając ostrzem niewielkiego mózgu. Kajman wierzgnął, nóż musiał
dosięgnąć celu. Szczęki zwierzęcia zacisnęły się na stopie barbarzyńcy,
a drgający ogon zaplątał się w podwodne korzenie i trawy. Haran na
próżno wyrywał się w górę, ciężar był zbyt wielki. Kajman wciągał go
coraz głębiej, Druazzi czuł, że brak powietrza zaraz rozsadzi mu mózg.
Pomyślał o odcięciu uwięzionej przez bestię stopy, ale uznał, że nożem
nie zrobi tego dość szybko.
Zamiast tego zbliżył twarz do szyi zdychającego zwierzęcia i jednym
pociągnięciem ostrza rozpruł ją. Skoro bydlaki potrafią przyczaić się
pod wodą na długie godziny, muszą gdzieś trzymać zapas powietrza! Z krwawiącej szczeliny wydobył się mętny bąbel, a Druazzi szybko przyłożył
usta do rany i nabrał w płuca cuchnące zgnilizną wyziewy.
Gdy nie możesz zaczerpnąć powietrza, zaczerpnij tego, co jest.
Rozdział 1
Uwięziony w celi Kiliretha miotał się jak szczur w potrzasku i nie
chodziło tutaj o lochy Skarbca. Najgorsze więzienie miał w głowie. Bał
się ponownie skosztować braazatalu. Niemal codziennie pluł krwią.
Ostatnia wizja, w której pod postacią olbrzyma cwałował po zapomnianym
polu bitewnym z czasów Klątwy, o mało nie kosztowała go życia. Żebra,
popękane po ciosie od kuli armatniej, bolały go jak najbardziej realnie.
Co gorsza, zrastały się wolno, zapewne z powodu braku słońca.
Potrzebował spokoju, ale spokój był teraz najtrudniej dostępny.
"Wrócą. Oni wrócą i zmienią ten świat".
Już nie był pewien, czy głosowi z wizji chodziło o Dobroczyńców.
W zardzewiałym zamku opornie zachrzęścił klucz. Ktoś zaczął go
cierpliwie oliwić, czyszcząc mechanizm. W Zakonie chętnie stosowano
niespotykane gdzie indziej zamorskie wynalazki, jakby chwaląc się
starożytnym rodowodem organizacji. Kiliretha ocknął się ze wspomnień,
wynurzył i złapał oddech, wciągając do płuc teraźniejszość. Miał gościa,
co było zaskakujące i bardzo niepokojące. Wiedział, że Królestwo
Tlaszkali nie pozwoliłoby żadnemu innemu więźniowi znaleźć się choćby w zasięgu jego głosu. Nie odwiedzali go także śledczy ani zatroskani o jego duszę kapłani.
Czasami pozwalano mu napisać list z prośbą o aparaturę, książki i materiały badawcze, ale nigdy nie otrzymał pisemnej odpowiedzi
przełożonych. Jak zawsze wszystko, czego potrzebował, trafiało do niego
przez otwór w suficie w specjalnym, opuszczanym na sznurach pojemniku.
Jedzenie, dokumenty, skrzynki z aparaturą. I braazatal, coraz lepszy i coraz mocniejszy. Jakby hierarchowie z Zakonu obawiali się, że
zdeprawuje każdego służącego czy niewinnego kleryka, który zamieni z nim
choćby słowo czy obrzuci go ukradkowym spojrzeniem. Przez głowę
przemknęła mu absurdalna myśl, że to Oretl powrócił, aby się zemścić,
ale odrzucił ją ze sceptycyzmem uczonego, kształconego według reguł
Dobroczyńców. Bardziej prawdopodobny był widok kata z toporem, w rytualnej, kościanej masce. Ale czemu dopiero teraz?
Kolejne zasuwy, rygle. Zgrzyt zamka, rdza usypująca się w stosiki niczym
płatki zatrutego śniegu, upiorna danina czasu. Kiliretha zadrżał. Ile
minęło lat? Ile miało minąć? Dopiero teraz uświadomił sobie, że jego
Zakon postanowił pogrzebać go żywcem.
Wreszcie drzwi ustąpiły z jękiem. Do celi wszedł postawny mężczyzna w popielatej szacie Zakonu Kreta. Miał majestatyczną, dostojną twarz o harmonijnych, jakby marmurowych rysach, otoczonych imponującą aureolą
siwych włosów. Inne szczegóły, takie jak orli nos patrycjusza, ewidentna
domieszka krwi Dobroczyńców, oraz dumny, posągowy profil także budziły w rozmówcy instynktowne posłuszeństwo i ufność. Była to twarz stworzona
przez bogów z myślą o biciu monet.
Kiliretha na jego widok zawsze czuł się boleśnie świadomy swoich
płaskich rysów, sprytnych oczek i innych mało posągowych cech własnej
osoby. Miał dobrą, dość pospolitą twarz szpiega, nienadającą się na
marmurowe popiersia. Podejrzewał, że w ten sposób na przywódcę Kretów
reagują wszyscy, co na pewno nie wadziło mu w polityce.
Kiliretha wyciągnął szyję i odetchnął z ulgą. Za plecami Zergosa nie
dostrzegł pochodni ani ostrzy. Zatem to raczej nie egzekucja.
- Zmiany, Kiliretho. Duże zmiany - powiedział Zergos głosem zmęczonym
jak dawno wyschnięte morze.
Więzień aż przysiadł na niskim zydlu. Zakołysało nim. Miał wrażenie, że
podłoga jest bardzo daleko i zaraz się o nią roztrzaska. Chciał coś
powiedzieć i z zawstydzeniem uświadomił sobie, że zapomniał jak.
Przestał mówić do siebie jakieś cztery miesiące temu. Mógł tylko
bezradnie pochrząkiwać.
- Nie przejmuj się tym. Wiem, że umysł nadal masz jasny. Co tydzień
zaglądam do twoich raportów - głos Zergosa ociekał pewnością siebie,
skroplonym majestatem władzy.
Czyli nadal wykorzystywał doświadczenia i wiedzę więźnia Zakonu.
Dlaczego?
Odpowiedź zadzwoniła w głowie Kilirethy jak dłuto. To oczywiste.
Niedobory.
Nagle pojął, że bynajmniej nie honor ani wstyd kazały Zergosowi go
oszczędzić. Szef Kretów nie znał litości, ale z natury nie był zdolny do
marnotrawstwa. Nie wyrzucasz jednego z najlepszych mózgów na służbie
Zakonu tylko dlatego, że może być zagrożeniem. Zamiast likwidować,
izolujesz go.
Teraz, w miarę jak nasilała się presja ze strony ich odwiecznych wrogów,
Zakon zużywał rezerwy. Było w tym coś bardzo niepokojącego. Ta
gospodarność nosiła znamiona desperacji, której wymownym dowodem stało
się rzucenie Szaratangi na pożarcie Kruzom, jak trującego ochłapu.
- Potraktuj to jako nieoczekiwaną amnestię. Rozpraszamy was - wyjaśnił
Zergos.
Kiliretha nadstawił uszu, choć właściwie miał ochotę je zatkać. Nie
wierzył ani jednemu słowu.
- Co się dzieje? Kruzowie zdobyli Labirynt?
- Prawie. Poszczuli na nas hikku'tai. Odparliśmy ich, ale cuchnący
rabusie grobów dali nam niezłego łupnia. Ponieśliśmy duże straty, a Szaratangę schwytano.
- Żywego? - Kiliretha nie wierzył własnym uszom. To nie pasowało do Lwa
Labiryntu. Ani trochę. Musiał mieć potwornego farta. Albo pecha.
- Wszystko wyszło inaczej niż w planach. Zjadacze, nowa broń...
przestajemy za nimi nadążać. - Zwierzchnik Kretów nerwowo potargał
włosy. Sądząc po ich opłakanej kondycji, robił to bardzo często.
- Ale Quinatzin dostał swoje zwycięstwo, prawda? Myślałem, że tak miało
być - odezwał się Kiliretha ostrożnie.
Z pewnością ukrywano przed nim szczegóły, ale i tak przeczuwał, że
porażka Szaratangi była celowo zaaranżowaną prowokacją. Generał dostał
armię złożoną z nieprzeszkolonych rekrutów, w dodatku haniebnie
nieliczną. Bo tak to zaplanowano.
Skoro Kruzowie wkrótce zdołają ominąć Labirynt, wykorzystajmy jego
potencjał. Pozwólmy Kruzom wygrać - i uwierzyć, że to dopiero początek
ich świetnej passy. Podrzućmy im jakąś przynętę, cenne wojenne trofeum.
Najlepiej bohatera, legendarnego obrońcę. Sprawmy, że Kruzowie stracą
rozsądek i czujność i wrócą do Labiryntu... już po raz ostatni.
Szaratanga miał nasycić głód sławy Quinatzina i zachęcić go do
ryzykownych posunięć. Zakładano, że po zwycięstwie nad kimś tak sławnym
król Kruzów uwierzy w swoją szczęśliwą gwiazdę - i zacznie popełniać
błędy.
Kiliretha od razu zarekomendował do tego zadania Lwa Labiryntu.
Opracował nawet analizę wytrzymałości Szaratangi, w której
zakwalifikował go jako idealnego kandydata do "straceńczej misji o ponadprzeciętnym obciążeniu psychiki".
- Tak, ale schwytanie Szaratangi zamiast tylko ośmielić, wzmocniło
Quinatzina politycznie. Nie rozpuścił swoich wojsk po kampanii, ba, w sekrecie przed kapłanami zaciąga nowe oddziały!
Kiliretha zagwizdał przez zęby i syknął, gdy zabolały go zrastające się
żebra. Armia, która walczyła w świętej, kalendarzowej wojnie, takiej jak
ta w Labiryncie, powinna zostać rytualnie rozwiązana.
Szef Kretów pokiwał głową.
- Od stuleci kruzańskie armie kontrolowali kapłani i zwyczaj. Ale
Quinatzin nie myśli jak inni Kruzowie. - Chichot Zergosa, zazwyczaj
niewzruszonego jak sumienie poborcy podatków, niebezpiecznie przypominał
szloch. Usiadł na biurku Kilirethy, nie troszcząc się o odczynniki,
probówki i fiolki. - Założyliśmy, że ten fircyk wypnie pierś do
odznaczeń, da okadzić legiony kapłanom i rozpuści je, kurwa, do domów, w oczekiwaniu na kolejną świętą wojnę. Że będzie kierował się kalendarzem,
jak od wieków wszyscy Kruzowie, a jego zachłanność i pycha zadowolą się
Szaratangą, którego rzuciliśmy mu na pożarcie jak dziewicę wygłodniałej
bestii. Na Zabitego Boga, jak bardzo się omyliliśmy.
Kiliretha ze zrozumieniem pokiwał głową. Nawyki. Umysł uwielbia nawyki,
zwodzi nas jak leniwy niewolnik, byle tylko uprościć sobie codzienną
robotę. Zakon był dość przenikliwy, by rozpoznać w Quinatzinie
zagrożenie, ale nieuchronnie wtłoczył go w schemat. Kruzowie atakują na
wiosnę, upuszczają krwi, a potem wracają z jeńcami do domu i do
następnego roku jest spokój. Cóż, chyba nie tym razem.
- A kapłani? Nie rozpuszczając wojsk, Quinatzin rzucił im otwarte
wyzwanie. Nie sądzisz, że stary basior Szurukan okiełzna jakoś młodego
wilczka? - spytał ostrożnie.
- W tym cała nasza nadzieja - przyznał Zergos.
- Sytuacja polityczna w Odrodzonym Przymierzu jest teraz niezwykle
napięta.
- To chyba dobrze, nie? Liczymy na konflikt wewnętrzny? - Kiliretha
zainteresował się.
Kiedyś uwielbiał snuć takie hipotetyczne scenariusze i nie musiał
zaprawiać się w tym celu braazatalem.
- Zamieszki nie byłyby złe. Jeszcze lepiej by się nam przysłużyła
przewlekła wojna domowa. To zajęłoby Kruzów na dekadę - przyznał Zergos
i zniechęcony, pokręcił głową. - Ale nic nie jest pewne, Kiliretho.
Możliwy jest także zamach na tlatoaniego albo zwrot w stronę
całkowitej tyranii.
- A wtedy? - Kiliretha czuł się głupio, pytając.
Powinien to przewidzieć. Bogowie, przecież tylko wewnętrzne, frakcyjne
spory hamowały ekspansję Kruzów. Jeżeli Quinatzin się wzmocni... Ale
przecież system polityczny Przymierza wydawał się taki stabilny. Tryumfy
i parady dla tlatoanich, realna władza dla kleru. Zgromadzenia ludowe
biją pianę, kapłani trzepią kasiorę. Czy coś przegapiliśmy?
- Moim zdaniem Quinatzin uderzy ponownie. Ruszy na nas jeszcze w tym
roku, łamiąc ważne kapłańskie nakazy. Pytanie, czy postąpi racjonalnie i uderzy od strony Tikal, czy rozochocony, połasi się na nieśmiertelność i sławę Zdobywcy Labiryntu. Tego nie wie nikt.
Kiliretha pokręcił głową.
- Jest jeszcze Ostatni Plan. Quinatzin miał dostać Szaratangę, i to się
akurat udało.
Zergos ponuro potargał brwi.
- Nigdy nie miał go dorwać żywego. W razie inwazji... Nie zakładaliśmy, że
Kruzom towarzyszyć będzie przewodnik. Nikt nie wie, co zrobi Szaratanga.
Nikt - poskarżył się przywódca Kretów. Miał minę skrzywdzonego chłopca.
- Zawiedliśmy go, groziliśmy jego rodzinie. To błąd, nie powinienem do
tego dopuścić. I jeszcze moja córka... do której ten bufon zapewne nadal
coś czuł. - Szef Kretów chrząknął, zakłopotany.
Kiliretha uśmiechnął się życzliwie. No, wyduś to wreszcie.
- Moja córka także go zawiodła. Teraz Szaratanga może szukać zemsty. A co, jeżeli nas zdradzi? Poprowadzi tu Kruzów jak na sznurku? Nikt nie
zna Labiryntu tak jak on.
Więzień pokiwał głową. Szaratanga był pierwszym człowiekiem w historii
Tlaszkali, który orientował się w Labiryncie, jeszcze zanim otrzymał od
Zakonu sekretną mapę ilhalli. Jego dar wciąż pozostawał dla Zakonu
zagadką, choć Kiliretha miał na ten temat swoją teorię. W końcu
niezwykła kariera Lwa zaczęła się po tym, jak wrócił z niewoli u Kruzów.
I tam należałoby szukać rozwiązania tajemnicy.
- Oczywiście moja córka nadal liczy na jego lojalność. Ot, kobieca
logika. Liczy, choć sama go zdradziła. Zawsze miała słabość do tego
oszusta. Nawet kiedy krzyżował nam plany - w głosie Zergosa zabrzmiała
stara, niegasnąca nienawiść.
Kiliretha milczał. Rozumiał uczucia zwierzchnika. Żaden ojciec nie lubi
faceta, który robi z jego niewinną córeczką to, co on sam z zapałem
wyprawiał z jej matką. Kwestia szczerości wobec samego siebie.
My, mężczyźni, w głębi duszy wiemy, że wszyscy jesteśmy wieprzami i chyba dlatego nie możemy zaufać sobie nawzajem. Świnia świni nie
rozkmini, jak powiada stara sentencja. Ale niechęć Zergosa była głębsza.
Szaratanga zagroził sojuszowi Zakonu i Tronu, który przypieczętowało
polityczne małżeństwo Papana i Leyre.
Osobiście, Kiliretha zawsze tego człowieka cenił. Wytypowanie go na
śmierć też było formą szacunku, mało kto przyjąłby taką robotę. Generał
przypominał mu Oretla, ten sam niewzruszony, na pół obłąkańczy upór,
idealizm na granicy śmieszności. Zawsze podejrzewał, że Zergos kiedyś
się na nim zemści.
- Cholera. Nigdy nie zakładałem, że go pojmą. Chciałem, by zginął w walce, przegrał. Nawet jego przyboczny miał za zadanie go zabić, byle
nie wzięli go żywcem... Na tym polegał pieprzony Ostatni Plan - wyznał
ponuro Zergos. - Ten kutas zna Labirynt lepiej niż pchła psi zadek.
Pamięta każde ukryte przejście, jak moja żona złośliwe uwagi sprzed lat.
Nie wiemy, co teraz zrobi. A jeśli zaczną go torturować? Nikt nie
przewyższa w tym Kruzów!
- On nie jest tchórzem, Zergosie - zauważył Kiliretha ostrożnie.
A co mu tam. Na karierę w Zakonie nie miał już raczej co liczyć.
O dziwo, szef nawet się nie rozgniewał. Prychnął tylko znużonym,
szarawym śmiechem, wesołym jak perspektywy Tlaszkali.
- Ten kraj go wystawił i zdradził. Myślisz, że o tym zapomni? -
parsknął.
Więzień wzruszył ramionami. Ten kraj zdradził wielu ludzi. Kraje takie
już są, idee i wielkie hasła to całuny dla martwych frajerów.
Zapadło ciężkie milczenie. W końcu Zergos klasnął w dłonie, usiłując
powrócić do starej maski charyzmatycznego przywódcy.
- Gówno wiemy i takie są fakty. Dlatego już teraz ewakuujemy personel.
Na wypadek gdyby to Kruzowie wygrali - wyjaśnił ponuro szef Kretów.
Kiliretha wybałuszył na niego oczy. - Tak, nie przesłyszałeś się.
Wychodzisz. To żadna łaska, nie robię dla ciebie wyjątku. Wiemy, że
Quinatzin marzy o zdobyciu wiedzy Zakonu. Twoja pamięć jest cenna,
Kiliretho. Poza tym masz kontakty, całe życie spędziłeś w podróży. Jak
żaden z nas zdołasz przetrwać w dalekich krainach. W ostatnich latach
pozwoliliśmy sobie na luksus izolacji i to błąd. Być może już wkrótce
Kretom przyjdzie szukać schronienia na obczyźnie. Dlatego chcę, żebyś
się przedostał do Tikal i wspomógł tam naszych ludzi. Na początek. Być
może później wyślemy cię jeszcze dalej.
- Ty naprawdę przewidujesz najgorsze? - Kiliretha poczuł, że jeżą mu się
włoski na karku. Nie ma nic bardziej przerażającego niż nagła bezradność
paranoicznego tyrana, który kierował tobą przez większą część życia.
Naprawdę go wypuszczali. Zakon nagle pozwalał mu odejść, i czuł w tym
coś obelżywego. Po tylu latach! Przecież zawsze był taki ważny!
Niebezpieczny! Uwięziony z powodu swej wiedzy! Niczym głupiec z bajki,
którego zdobyte w podziemiach złoto w blasku dnia zmieniło się w mikę, w bezwartościowe błyskotki.
A Oretl? Czy zginął na próżno?
- A tamto? Nie boisz się, że zacznę mielić jęzorem? - zapytał
chrapliwie.
- Powiedziałem ci już. Idź. Jesteś wolny.
Zwierzchnik Kretów wstał i uchylił przed więźniem drzwi. Kiliretha
cofnął się i oblizał wargi.
- Puszczasz mnie? Z moim raportem zza mórz? Z wiedzą o Dobroczyńcach?
Przecież gdy ludzie dowiedzą się...
- Ciii... - Zergos spojrzał na niego z nagłym przestrachem. - Strażnicy są
w korytarzu. Nie mówię, żebyś o tym paplał. Nie przyniosłoby to niczego
dobrego. Ale chcę, żebyś znów zaczął działać w terenie. Naprawdę brakuje
nam ludzi.
- Sam boję się tego, co wiem - wyszeptał Kiliretha, muskając skroń,
gdzie gnieździła się jego dusza. Palec zadrżał i stary szpieg poczuł,
jak wracają do niego tysiące, miliony uczuć. Frustracja, nienawiść do
siebie. Tęsknota, nadzieja i lęk. Wszystkie demony, które odstąpiły w jego luksusowej, krwią opłaconej samotni i pozwoliły mu uwierzyć, że
stał się pieprzonym mędrcem. Akurat. Okłamuj się dalej, tchórzu.
Zergos pokręcił głową i spojrzał na niego smutno.
- Sytuacja się zmieniła, podobnie jak priorytety Zakonu. Twój raport
dotyczył religii i tożsamości, procesów długofalowych. Obawiam się, że
los Tlaszkali rozstrzygnie się znacznie szybciej.
Rozdział 2
Ubłocony, przemoczony i ranny, Haran przemykał zaułkami Dzielnicy
Leśnej. Ale bardziej od ran bolała go zdrada Tennoka.
Musiał przecież wiedzieć, co się kroi na bagnach...
Odgrywał się na nim za odbicie Citlali? A może jak wszyscy, którzy
przewijali się w pokręconym życiu Harana, doszedł do wniosku, że po
prostu należy z nim skończyć? To zawsze okazywało się kwestią czasu,
wszyscy czekali na odpowiednią sposobność, jak węże skrywające się pod
koszem. Czekali, aż im zaufa.
Powoli docierało do niego, jak bardzo zmieniła się okolica, którą
pamiętał z dzieciństwa. Po siedmiu latach było tu więcej wszystkiego:
ludzi, towarów i ruder. Nawet szczury i karaluchy wydawały się nowe.
Drzewa urosły, a małe, ubogie domki pochyliły się nad mętnymi wodami Mys
jak miażdżeni swym losem starcy. Zniknęły puste łachy, zatoczki i plaże,
gdzie kiedyś wygrzebywał z chłopakami jajka żółwi.
Na ulicach słyszał nieznane języki, Yugal przyciągało teraz emigrantów.
Przybysze pracowali w warsztatach i na polach, płacili podatki
Maczuraiowi, a gdy narobili długów, czy rozminęli się z prawem, znikali
w bezdennych czeluściach Dołów. Odkąd tlatoani oszalał na punkcie
smaru, wzrósł popyt na niewolników i wzrosło też bogactwo Yugal. Nawet
rzeka, przekopana i pogłębiona, pełna ciężkich barek, nie przypominała
tamtej błotnistej olbrzymki, w której wodach przepluskał całe
dzieciństwo. I tylko rdzenni mieszkańcy, Druazzi, z ich sieciami i łukami, oszczepami i burczącą w zapadłych brzuchach dumą, w ogóle się
nie zmienili.
Wciąż odstawiali dla przodków czarki z resztkami jedzenia, obiatą z miodu i krwi. Wciąż nanosili na policzki klanowe tatuaże, dziś nawet
częściej niż kiedyś, jakby ten tracący na znaczeniu, coraz bardziej
niezrozumiały alfabet pozwalał im zachować poczucie godności, szacunku
do samych siebie.
Haran nie nosił tych klanowych znaków, był za młody, gdy trafił w niewolę. Nie miał też dwóch rytualnych sztyletów i czuł, że w oczach
tubylców wygląda jak obcy. Jak zawsze w Dzielnicy, duma i przywiązanie
do tradycji sąsiadowały z rozpaczą. Barbarzyńca zorientował się, że
wrócił do domu, gdy potknął się o leżącego w rynsztoku mężczyznę.
Druazzi zaprawiali się piwem z manioku albo paskudnymi trunkami ze
sfermentowanych owoców, na długo zanim tlatoani uchylił surowe
restrykcje, zakazujące mieszańcom Przymierza pędzenia i sprzedaży
alkoholu.
Nie spotkał ani jednego kolegi z dzieciństwa, ani jednej znajomej,
życzliwej twarzy. Pod czaszką kołatało mu uporczywe pytanie, czy należy
jeszcze do tego miejsca, a jeśli nie, to czy w ogóle gdziekolwiek
należy. Cokolwiek mówić, smażone sumy i karpie, tłuste, doprawione
cebulą, papryką i czosnkiem, nadal smakowały mu bardziej niż dieta z Tollan. Brakowało mu tego mulistego zapaszku. Może to właśnie były jego
jedyne prawdziwe korzenie - zamiłowanie do błotnej, zatęchłej ryby,
która mieszkańcom innych krain przypominała tłustego robaka?
Zbliżając się do rodzinnej siedziby, rozpoznając znajome zapachy i kształty, Haran miał dziwne wrażenie kurczenia. Siebie i całego świata.
Nie opuszczało go też poczucie zdumienia, złowrogiego cudu. Wciąż
zastanawiał się, dlaczego w ogóle przeżył.
Czy bogowie mieli wobec niego jakiś plan?
W Dołach dorośli, silni mężczyźni szybko żegnali się z życiem, nie
mówiąc o przerażonych i osieroconych dzieciakach. Tylu ludzi
przywiązanych do życia umierało, a on przeżył. Być może bogowie
szykowali dla niego jeszcze okrutniejsze, bardziej wymyślne katusze. A może stracili zainteresowanie, zupełnie jak kot, który porzuca
znieruchomiałą, otępiałą mysz. Może koci bogowie świata pastwią się
tylko nad tą ofiarą, która się jeszcze miota.
Odruchowo dotknął starej, ukrytej we włosach blizny, karbu na czaszce.
To, co cię nie zabije, pokryje cię pancerzem blizn. Otorbisz się w bólu,
jak młode drzewko, w które wojownicy Druazzi nabijali kawałki ostrego
krzemienia, pozwalając mu wzrastać i twardnieć, by po latach wyrwać z ziemi śmiercionośną maczugę. Ból zagnieżdża się w twoim wnętrzu jak
cysta, mości się i rozkwita. W twojej duszy, tym rozlazłym małżu. Ale
nie wierz kapłanom, gdy wychwalają cierpienie. Ono nigdy nie zmienia się
w perłę.
Haran wierzył, że urodził się już obity i twardy, zahartowany, gotowy na
wszystko. Ugruntowywał się w tym, gdy porównywał się do innych
dzieciaków z Dołów. Nie było ich wiele, ale czasem, z racji
niedopatrzenia, litości albo mroczniejszych pobudek, towarzysze
przygarniali do gromady dziecko. Przez kilka miesięcy miał kolegę,
młodszego od siebie o jakieś dwa lata Izmotla. Płaczliwy i rozgadany,
bez przerwy wspominał rodzinny dom. Obserwujący go Haran doszedł do
wniosku, że rodzice, którzy za bardzo kochają dzieci, wyrządzają im
niedźwiedzią przysługę. Jego starzy lepiej się postarali. Pęcherzowi i Hezie, z ich niepokojem i wiecznymi kłótniami, ich niedopasowaniem i skłonnością do odruchowej przemocy, zawdzięczał ważną życiową lekcję.
Doły czekają na wszystkich i zioną pod każdym z miast. Twój wyrok jest
kwestią czasu.
Płaczący za miłością i troską Izmotl miał w sobie coś, co od początku
budziło w Haranie gniew. Zwłaszcza drażnił go sposób, w jaki kulił się
pod jego nienawistnymi słowami albo wodził za nim przerażonymi oczami. W Dzielnicy Leśnej, w której ojcowie pili, a matki smarowały swoje sińce
maściami z pajęczyn i wierzbowej kory, nie było takich dzieciaków.
Gnojek miał w sobie coś bezbronnego i łatwego do zranienia. Sprawił, że
Haran, chcąc nie chcąc, musiał spojrzeć na samego siebie. Bezsilną,
żałosną postać, zdradzoną i oszukaną. Kim był, zanim trafił do Dołów?
Może naprawdę dygotał pod maską ulicznej, szczeniackiej twardości,
farbującym wywarem Hezy, legendami o złych Białych Diabłach? A może
tylko odbijał strach swoich przybranych rodziców, błagając okrutnych
bogów, by wybaczyli im grzech. Bo kto przyjmie pod dach swój demona...
Dzieciństwo upłynęło mu między dwoma kapryśnymi, niepojętymi bóstwami,
Ojcem i Matką, które obłaskawiał z nieporadnością prostaczka,
usiłującego przywołać urodzaj i deszcz. Odkąd sięgał pamięcią,
porównywał. Lepiej dostać kopniaka od ojca czy zimną, metodyczną chłostę
od matki. Najgorsze były rozczarowania, których białoskóry, bezwstydnie
odmienny Haran z taką niezawodnością dostarczał. Tak jak wtedy, kiedy
wykąpał się w rzece i prawie doszło do linczu. Albo pyskował, nie
okazywał szacunku.
- Przynosisz mi wstyd - skarżyła się po takich przykrościach Heza, a on
niezdarnie zasłaniał twarz, podczas gdy mokry sznur, rzemień lub giętki
kij wbijały się w jego przedramię, namiętnie szukając kości.
Sam Haran także się wstydził. Dopiero później nauczył się wrzeszczeć i kląć. Bezsilność miała w sobie coś upojnego, coś, z czego trudno było
się potem otrząsnąć. Nigdy nie przyznał się sam przed sobą, że w końcu
polubił ból. Czysty i orzeźwiający, stanowił ulgę po nerwowym
wyczekiwaniu i niemilknącym w przerażonej, dziecięcej głowie piskliwym
pytaniu - kiedy?
* * *
Haran mruga. Dostrzega swój stary dom i szybko przymyka oczy. Ale
znajomy obraz wciąż trwa, jak pocałunek odciśnięty pod piekącymi
powiekami. Magiczne słowo, "dom". Schronienie, bezpieczeństwo i ciepło -
jeżeli tylko masz fart.
Z daleka wyglądał zupełnie jak kiedyś. Solidny kwadrat z ukrytym,
wewnętrznym dziedzińcem i szeroką werandą od frontu. Całkiem okazały.
Obok Długiego Domu starszyzny dwór Pęcherza był jedyną budowlą w Leśnej,
która mogła uchodzić za reprezentacyjną. Przynajmniej dopóki nie
podeszło się bliżej i nie zobaczyło, i nie zwęszyło licznych symptomów
zaniedbania. Zbudowany na palach, żeby oddalić się nieco od okresowych
powodzi i rzecznego błota, rojącego się od robactwa i węży. W gorszych
latach Pęcherz nabrał nieładnego zwyczaju upychania pod werandą
wszelkiego niepotrzebnego barachła.
Rozłożyste drzewo hikorowe, bezczelny uchodźca z moczarów, obwieszone
girlandami pnączy, wciąż rosło przy głównym wejściu. Ktoś przyciął
rzucające cień gałęzie. Jeszcze nim chłopak opuścił dom, Heza odgrażała
się, że wkrótce to zrobi. I proszę. Drewniane smoki i żółwie, relikty
snycerskiej sztuki Druazzi, wyciągały ku niebu sczerniałe pyski, deszcz
zbierał się w bruzdach ich źrenic. Jeśli wierzyć przechwałkom Pęcherza,
w czasach jego ojca i dziadka zdobiły je szlachetne kamienie: agaty,
turkusy i jaspis.
Tylko w Haranie wszystko wygląda inaczej.
W Labiryncie był kiedyś świadkiem, jak rosły Kruz uderza tlaszkalskiego
żołnierza dwuręcznym macuahuitlem. Ciął z góry, w bark. Tak mocno, że
ostrze weszło w ciało niczym w miękką glinkę i zaklinowało się dopiero
gdzieś przy żołądku. Tlaszkalski trup stał jeszcze chwilę, zanim
rozchylił się na dwie bryzgające czerwienią połowy.
Właśnie tak Haran czuje się w tym miejscu. Walczą w nim teraźniejszość i przeszłość, dojmująca obcość tego, co widzi, i smutek tego, co
zapamiętał.
W dzieciństwie Harana drewniane bale dworzyszcza przegniły i zbutwiały,
smętne szczątki dawnego statusu rodziny. Teraz czyjaś zapobiegliwa ręka
zdołała to wszystko naprawić. Heza rozwinęła skrzydła. Pieniądze, które
dostała od Yory, na coś się jednak przydały, pomyślał, przechodząc przez
próg do ciemnej, skrzypiącej sieni.
W środku wszystko lśniło, dumne i wyszorowane do czysta. Najwyraźniej po
śmierci Pęcherza Heza w końcu wygrała swoją wieczną batalię z chaosem.
Pamiętał, że nie tolerowała najmniejszego wynaturzenia i brudu. I nie
miało znaczenia, czy chodziło o zbutwiałą werandę, poplamione odzienie
czy o nie dość bogobojnych ludzi.
Coraz bardziej zdezorientowany, drewnianymi krokami kukły, Haran
skierował się na wewnętrzny dziedziniec, skąd dobiegały odgłosy
krzątaniny przybranej matki.
- Wróciłeś - stwierdziła spokojnie Heza, przecierając szmatą ciężką,
kamienną misę.
Nie upuściła jej, nie zemdlała, nie wybuchła płaczem. To nie w jej
stylu. Za jej kolorową spódnicą stał dzieciak, na oko dziesięcioletni, z ciekawością zerkający na gościa. Wykarmiony, pomyślał Haran, rozglądając
się po izbie. Dostatniejszej niż kiedykolwiek wcześniej. Stary Hon oddał
obiecane pieniądze, to jedno nie okazało się kłamstwem. Ze ścian
zniknęła broń i trofea Pęcherza, choć trzeba przyznać, że kolekcja już w ostatnich latach jego życia była bardziej niż skromna. Co droższe okazy,
medale, insygnia i buńczuki ojciec sprzedał.
Haran rozluźnił się i nieco odprężył, przyglądając się przybranej matce,
która bez słowa postawiła przed nim miskę z kukurydzą. Ale nie zajął
miejsca przy stole, wolał stanąć w cieniu. Szukał słów.
Najlepiej mądrych, mądrzejszych od leśnego dzikusa, który pół życia
spędził w podziemnej kloace. Takich, jakimi szczekali mędrkowie z Zaułka
Szczekaczy. Słów, które rozjaśniały niejasne, a przycinały niepojęte
tak, żeby dało się je wysłowić.
Bo przecież nie mógł zapytać wprost: dlaczego tak łatwo mnie skreśliłaś,
matko?
Lepiej: dlaczego znienawidził nas los?
A przecież to było proste. Ojciec Hezy umarł w hańbie, niesławie i nędzy, podobnie jak jej brat. Tak też skończył Pęcherz. Heza, kobieta
silna i władcza, żyła w otoczeniu nieudaczników i głupców, których
nienawidziła. Rodziła dziewczynki, które umierały w kołysce. Do pełni
przekleństwa brakowało jej nieswojego syna, pomiotu zamorskich demonów.
Yora wtoczył się od izby zaspanym krokiem skacowanego, dopiero co
zbudzonego mężczyzny. Po tylu latach wydał się Haranowi śmiesznie mały.
Pocieszny człowieczek.
Aż dziwne, że pamięć o kimś tak nikczemnym pomagała mu przetrwać w Dołach. Haran wspominał jego zdradę przez lata, karmiąc i podsycając
nienawiść. Tysiące razy wyobrażał sobie, jak dopada go na powierzchni i miażdży, wymierzając sprawiedliwą zemstę.
Yora drapiąc się po zapadniętej piersi, macał w poszukiwaniu dzbana z wodą. Dopiero gdy spłukał twarz, dostrzegł intruza. Mundur Jaguara nic
tubylcom nie mówił, znaczył tyle, co strój każdego dumnego Kruza:
poborcy, kapłana, strażnika Turkusowej Włóczni.
- Kobieto, rusz się i podaj naszemu gościowi wodę i coś do jedzenia -
zakomenderował Hezie. - Choć ja... eee... rad bym wiedzieć, czemu
zawdzięczam ten zaszczyt.
Kutafon nie sięgał mu nawet do ramienia.
Haran uśmiechnął się słabo i zmrużył ciążące nagle powieki.
- Witaj wujku. Ja w sprawie przeszłości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki