Głód - Michael Grant
52.90 zł
42.32 zł
(52,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Obsceniczne graffiti.
Powybijane okna.
Emblematy Ludzkiej Ekipy, ich logo i ostrzeżenia, żeby dziwolągi się wynosiły.
W oddali, na końcu ulicy, zbyt daleko, żeby Sam chciał ich gonić, dwójka dzieciaków, może dziesięcioletnich, a może nawet nie. Ledwo było ich widać w świetle sztucznego księżyca. Tylko zarysy. Podawali sobie butelkę z rąk do rąk, każdy wypijał po łyku, zataczali się.
Trawa rosła wszędzie. Chwasty przebijały się przez pęknięcia w asfalcie. Śmieci: opakowania po chipsach, pierścienie od sześciopaków, plastikowe torby z supermarketu, przypadkowe kartki papieru, elementy garderoby, pojedyncze buty, opakowania po hamburgerach, zepsute zabawki, potłuczone butelki i zgniecione puszki - wszystko, co nie było jadalne - tworzyło przypadkową, kolorową kolekcję. Żałosne wspomnienie lepszych dni.
Ciemność tak głęboka, że w dawnych czasach trzeba by wejść w sam środek dziczy, żeby doświadczyć czegoś podobnego.
Żadnych latarni ani lamp na gankach. Elektryczność nie działała. Może już na zawsze.
Nikt już nie marnował baterii. Zresztą i tak zostało ich bardzo mało.
I niewielu próbowało zapalać świece albo palić śmieci. Nie po tym, jak ogień strawił trzy domy i poparzył jednego dzieciaka tak mocno, że Lanie, Uzdrowicielce, zajęło pół dnia, żeby go uratować.
Woda w kranach nie miała ciśnienia. Z hydrantów zupełnie nic nie leciało. W razie pożaru nie można było zrobić nic, tylko zejść z drogi.
Perdido Beach w Kalifornii.
Przynajmniej kiedyś to była Kalifornia.
Teraz to było Perdido Beach w RAMZ. Niezależnie, co, gdzie i dlaczego istniało.
Sam posiadał moc tworzenia światła. Potrafił strzelać śmiercionośnymi promieniami z dłoni albo tworzyć kule trwałego światła, które zawisały w powietrzu jak latarnie. Jak piorun w butelce.
Ale niewiele osób chciało światła Sama, lub, jak dzieciaki to nazywały, Słoneczka Sammy'ego. Zil Sperry, przywódca Ludzkiej Ekipy, zabronił któremukolwiek ze swoich ludzi brać te światła. Większość normalnych się do tego stosowała, a część dziwolągów nie chciała tak jasno deklarować, kim jest.
Strach się rozprzestrzeniał. Jak choroba. Przenosił się z człowieka na człowieka.
Ludzie siedzieli w ciemności, przerażeni. Ciągle przerażeni.
Sam był we wschodniej części miasta, najbardziej niebezpiecznej, tej, którą Zil ogłosił niedostępną dla dziwolągów. Musiał zademonstrować, że nadal rządzi. Pokazać, że nie pozwoli się zastraszyć kampanią strachu prowadzoną przez Zila.
Dzieciaki tego potrzebowały. Musiały widzieć, że ktoś je chronił. A tym kimś był on.
Wzbraniał się przed tą rolą, ale ona i tak do niego przyszła. I był zdeterminowany, żeby ją odegrać. Zawsze, kiedy ustępował, kiedy tracił skupienie, próbował żyć inaczej, działo się coś okropnego.
Dlatego chodził po ulicach o drugiej w nocy, gotowy. Na wszelki wypadek.
Sam przeszedł niedaleko brzegu. Oczywiście nie było żadnych fal. Już nie. Żadnej pogody. Żadnych ogromnych fal przemierzających Pacyfik, by rozbić się majestatycznie o plaże Perdido.
Obecnie woda zaledwie delikatnie się poruszała. Szzz. Szzz. Szzz. Lepsze to niż nic. Ale niewiele lepsze.
Zmierzał w stronę Clifftop, hotelu i aktualnego domu Lany. Zil zostawił ją w spokoju. Dziwoląg czy nie, nikt nie zadzierał z Uzdrowicielką.
Clifftop znajdował się tuż pod murem RAMZ, stanowiącym granicę odpowiedzialności Sama i ostatni element jego obchodu.
Ktoś zmierzał w jego stronę. Spiął się, obawiając się najgorszego. Bez wątpienia Zil chciałby jego śmierci. A do tego gdzieś tam był jeszcze Caine, jego przyrodni brat. Caine był pomocny przy zniszczeniu gajafaga i tego psychopaty Drake'a Merwina. Ale Sam nie łudził się, że tamten się zmienił. Jeśli nadal żył, z pewnością spotkają się ponownie.
Bóg jeden wiedział, jakie jeszcze potworności czaiły się w blednącej nocy - ludzkie lub nie. W tych ciemnych górach, czarnych jaskiniach, na pustyni i w lesie na północy. A także w zbyt spokojnym oceanie.
RAMZ nigdy nie odpuszczał.
Ale ta postać wyglądała jak dziewczyna.
- To tylko ja, Sinder - odezwał się głos, a Sam się rozluźnił.
- Co tam, Sinder? Trochę późno, co?
Była uroczą gotką, która dotąd trzymała się z dala od wszelkich wojen i frakcji wewnątrz RAMZ.
- Cieszę się, że na ciebie wpadłam - powiedziała. W jednej dłoni trzymała stalową rurkę z rączką zrobioną z taśmy klejącej. Nikt obecnie nie chodził bez broni, zwłaszcza nocą.
- Wszystko w porządku? Masz jedzenie?
To pytanie stało się standardowym powitaniem. Nie "Jak się masz?" ale "Czy masz jedzenie?".
- Tak, radzimy sobie - powiedziała Sinder. Jej upiornie blada skóra sprawiała, że dziewczyna wyglądała bardzo młodo i bezbronnie. Oczywiście ta rurka, czarne paznokcie i nóż kuchenny zatknięty za pasek nadawał jej nie do końca łagodny wygląd.
- Słuchaj, Sam. Nie jestem z tych, co lubią, no wiesz, donosić na ludzi czy coś takiego - powiedziała. Wyraźnie czuła się niekomfortowo.
- Wiem o tym - odparł i czekał.
- Chodzi o Orsay - wyjaśniła i obejrzała się przez ramię z poczuciem winy. - Wiesz, czasami z nią rozmawiam. Jest całkiem fajna, przez większość czasu. Nawet interesująca.
- Tak.
- Przez większość czasu.
- Jasne.
- Ale wiesz, może też trochę dziwna. - Sinder uśmiechnęła się krzywo. - Choć chyba ja nie powinnam tego oceniać.
Sam czekał. Usłyszał odgłos rozbijanej szklanej butelki i chichoty w oddali gdzieś za sobą. Dzieciaki rzucały opróżnioną butelką alkoholu. Chłopak imieniem K.B. został znaleziony martwy z butelką wódki w dłoni.
- Tak czy inaczej, Orsay jest przy murze.
- Przy murze?
- Na plaży, przy murze. Jest tak jakby, myśli, że... Słuchaj, pogadaj z nią, dobra? Tylko nie mów, że ja ci powiedziałam. W porządku?
- Jest tam teraz? Przecież jest druga w nocy.
- Właśnie wtedy to robią. Nie chcą, żeby Zil albo... albo przypuszczam, że też ty, żebyście się ich czepiali. Kojarzysz to miejsce, gdzie mur schodzi od Clifftop do plaży? Te kamienie? Właśnie tam ją znajdziesz. I nie jest sama. Są z nią też inne dzieciaki.
Sam poczuł nieprzyjemny dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Przez ostatnie kilka miesięcy wykształcił w sobie całkiem dobry instynkt wyczuwania kłopotów. A to mu wyglądało na kłopoty.
- Dobra, sprawdzę to.
- Tak, fajnie.
- Dobranoc, Sinder. Trzymaj się.
Zostawił ją i ruszył dalej, zastanawiając się, jakie nowe szaleństwa czy niebezpieczeństwa go czekały. Wszedł na drogę biegnącą obok Clifftop i zerknął na balkon Lany.
Patrick, labrador Lany, musiał go usłyszeć, bo szczeknął ostrzegawczo.
- To tylko ja, Patrick - powiedział.
W RAMZ pozostało już bardzo niewiele żywych psów i kotów. Jedynym powodem, dla którego Patrick nie skończył jako gulasz, było to, że należał do Uzdrowicielki.
Sam spojrzał ze szczytu klifu i wydawało mu się, że dostrzegł kilka osób na skałach, które były niebezpieczne, kiedy w dawnych czasach on i Quinn brali tam swoje deski i czekali na dużą falę.
Sam nie potrzebował światła, żeby poruszać się po klifie. Mógłby to robić na oślep. Dawniej robił to, taszcząc cały swój sprzęt.
Kiedy dotarł do plaży, usłyszał ciche głosy. Jeden mówił. Jeden płakał.
Mur RAMZ, nieprzenikniona, nieprzepuszczalna bariera, która stanowiła granicę RAMZ, błyszczała prawie niezauważalnie. To nawet nie błysk, a coś na kształt przezroczystości. Szare i puste.
Na plaży rozpalono małe ognisko, które rzucało słabe, pomarańczowe światło na niewielki krąg piasku, kamieni i wody.
Nikt nie zauważył nadejścia Sama, więc miał czas rozpoznać większość z pół tuzina dzieciaków, które tam były. Francis, Cigar, D-Con, kilku innych, i sama Orsay.
- Coś widziałam... - zaczęła.