Głód - Martin Caparros

Kup ebooka

59.90 zł
46.71 zł (32,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

STANY ZJED­NO­CZONE

ka­pi­tał

.

3

Prze­obra­że­nie żyw­no­ści w przed­miot spe­ku­la­cji fi­nan­so­wych do­ko­nało się nie­mal trzy­dzie­ści lat temu. Nikt jed­nak wła­ści­wie tego nie za­uwa­żał aż do roku 2008. Wtedy wła­śnie wielka ban­ko­wość prze­żyła coś, co wielu uznało za au­ten­tyczne trzę­sie­nie ziemi: kry­zys, który ob­jął jed­no­cze­śnie ak­cje, hi­po­teki, han­del mię­dzy­na­ro­dowy. Wszystko się wa­liło, pie­niądz nie miał się gdzie po­dziać, do­kąd pójść. Po dniach nie­pew­no­ści wiele ka­pi­ta­łów schro­niło się pod skrzy­dła in­sty­tu­cji, która wy­da­wała się naj­bar­dziej przy­ja­zna: Giełdy w Chi­cago i jej su­row­ców. W roku 2003 in­we­sty­cje w pro­dukty żyw­no­ściowe wy­no­siły około 13 mi­liar­dów do­la­rów; w 2008 osią­gnęły wy­so­kość 317 mi­liar­dów - to nie­mal 25 razy wię­cej pie­nię­dzy, 25 razy więk­szy po­pyt. Ceny oczy­wi­ście wy­strze­liły w górę.

Ana­li­tycy, któ­rych nie można po­dej­rze­wać o le­wi­co­wość, sza­co­wali, że ta ilość pie­nię­dzy prze­wyż­szała ob­roty na świa­to­wym rynku żyw­no­ści pięt­na­sto­krot­nie - był to owoc czy­stej spe­ku­la­cji. Rząd ame­ry­kań­ski od­pro­wa­dzał setki mi­liar­dów do­la­rów do ban­ków, "aby ra­to­wać sys­tem fi­nan­sowy", i spora część tych pie­nię­dzy nie znaj­dy­wała lep­szego celu in­we­sty­cji niż żyw­ność - ta, którą je­dli inni.

Te­raz na Gieł­dzie w Chi­cago ne­go­cjuje się co roku ilość psze­nicy równą pięć­dzie­się­cio­krot­nej świa­to­wej pro­duk­cji. Po­wta­rzam: tu­taj każde ziarno ku­ku­ry­dzy, która się uro­dzi na świe­cie, jest ku­po­wane i sprze­da­wane - na­wet nie ku­po­wane i sprze­da­wane; prze­pro­wa­dza się tylko sy­mu­la­cję - pięć­dzie­siąt razy. Ina­czej to uj­mu­jąc: spe­ku­lo­wa­nie psze­nicą daje ob­roty pie­niężne pięć­dzie­siąt razy więk­sze, niż wy­nosi war­tość pro­duk­cji tego zboża.

Wiel­kim wy­na­laz­kiem ryn­ków jest fakt, że ten, kto chce coś sprze­dać, nie musi tego po­sia­dać. Wię­cej: by­łoby czymś dziw­nym, gdyby się sprze­da­wało to, co się po­siada. Sprze­daje się obiet­nice, umowy, nie­ści­sło­ści za­pi­sane na ekra­nach kom­pu­tera. I ci, któ­rzy umieją, za­ra­biają for­tuny na tym ćwi­cze­niu z fik­cji.

Ci zaś, któ­rzy nie umieją, za­trud­niają pro­gra­mi­stów. Po­nad po­łowa pie­nię­dzy, ja­kimi ope­rują giełdy w bo­ga­tym świe­cie, prze­cho­dzi przez HFT - High Fre­qu­ency Tra­ding - naj­bar­dziej eks­tre­malną formę spe­ku­la­cji al­go­ryt­micz­nej czy zauto­ma­ty­zo­wa­nej. To bar­dzo wy­myślna na­zwa dla cze­goś ab­so­lut­nie pro­stego: su­per­kom­pu­tery re­ali­zują mi­liony ope­ra­cji trwa­ją­cych se­kundy albo ty­sięczne czę­ści se­kundy - ku­pują, sprze­dają, ku­pują, sprze­dają, ku­pują, sprze­dają, ku­pają, ku­dają, sprze­dują, sprze­pują, sprze­kują bez prze­rwy, wy­ko­rzy­stu­jąc mi­ni­malne róż­nice w no­to­wa­niach, które, przy ta­kich ilo­ściach za­mie­niają się w góry pie­nię­dzy. Są to urzą­dze­nia dzia­ła­jące dużo szyb­ciej niż ja­ki­kol­wiek czło­wiek, au­to­no­miczne wzglę­dem lu­dzi. Aż trudno uwie­rzyć, że wła­ści­ciele pie­nię­dzy po­wie­rzają ta­kie sumy w ręce - na­zwijmy to rę­kami - ma­szyn, które mo­głyby się po­my­lić, a po­myłka ta kosz­to­wa­łaby ma­ją­tek. Że mają ta­kie za­ufa­nie do tech­niki - albo że są tak za­chłanni.

HFT to spe­ku­la­cja w czy­stej po­staci - ma­china, która służy tylko temu, żeby za po­mocą pie­nię­dzy po­zy­ski­wać wię­cej pie­nię­dzy. Ope­ra­cji tych do­ko­nuje nie wia­domo kto, na pod­sta­wie umów, które nie mają być zre­ali­zo­wane, do­ty­czą­cych to­wa­rów, któ­rych nikt ni­gdy nie bę­dzie oglą­dał: kupno i sprze­daż ni­co­ści, w ciągu paru se­kund, czy­sty ry­nek, bez do­mieszki ja­kiej­kol­wiek re­al­no­ści. Pie­nią­dze mno­żące się na pie­nią­dzach, dym kreu­jący ogień, naj­bar­dziej do­cho­dowa fik­cja.

Ma­china roz­pę­dzona była do ty­siąca ki­lo­me­trów na go­dzinę. Tam­tego dnia, 6 kwiet­nia 2008 roku, tona psze­nicy osią­gnęła cenę 440 do­la­rów. To było nie do uwie­rze­nia: za­le­d­wie pięć lat wcze­śniej kosz­to­wała trzy razy mniej, w oko­li­cach 125 do­la­rów. Zboża przez prze­szło dwie de­kady utrzy­mu­jące stałą war­tość no­mi­nalną, a za­tem ma­jące co­raz niż­sze ceny, w roku 2006 za­częły iść w górę, a w pierw­szych mie­sią­cach roku 2007 wzrost cen stał się nie­po­wstrzy­many. W maju cena psze­nicy prze­kro­czyła 200 do­la­rów za tonę, w sierp­niu 300, w stycz­niu 400. To samo do­ty­czyło po­zo­sta­łych zbóż.

Jak mó­wią han­dlowcy, ry­nek pro­duk­tów żyw­no­ścio­wych od­zna­cza się "małą ela­stycz­no­ścią". Jest to pewna forma stwier­dze­nia, że niech się dzieje, co chce, po­pyt się spe­cjal­nie nie zmieni: je­śli ceny bar­dzo wzro­sną, lu­dzie mogą odło­żyć na póź­niej kupno sa­mo­chodu czy bu­tów, ale nie­wielu zgo­dzi się na odło­że­nie kupna obiadu. In­nymi słowy: na­wet je­śli ceny wzro­sną, wszy­scy, któ­rzy będą mo­gli, za­płacą - a któ­rzy nie będą mo­gli, znajdą się w na­der przy­krym po­ło­że­niu.

Wzrost nie był oczy­wi­ście spo­wo­do­wany jed­nym tylko czyn­ni­kiem. Jedną z przy­czyn był nie­sły­chany wzrost cen ropy naf­to­wej, w tam­tych kwiet­nio­wych dniach się­ga­ją­cych 130 do­la­rów za ba­ryłkę, dwa razy wię­cej niż rok wcze­śniej. Ropa naf­towa jest tak ważna dla pro­duk­cji rol­nej, że pe­wien an­giel­ski ko­men­ta­tor po­li­tyczny, John N. Gray, stwier­dził nie­dawno: "In­ten­sywna pro­duk­cja rolna po­lega na po­zy­ski­wa­niu żyw­no­ści z ropy naf­to­wej". Miał na my­śli mię­dzy in­nymi słynne ob­li­cze­nie, we­dług któ­rego wy­pro­du­ko­wa­nie jed­nej ka­lo­rii żyw­no­ści kosz­tuje sie­dem ka­lo­rii pa­liwa ko­pal­nego.

Cena ropy naf­to­wej w roz­ma­ity spo­sób wpływa na cenę żyw­no­ści. Naj­pierw dla­tego, że wpływa na cenę wszyst­kiego: ener­gia jest krwią po­trzebną do funk­cjo­no­wa­nia glo­bal­nego or­ga­ni­zmu - jak to ujął ja­kiś czas temu pe­wien wielki ka­pi­ta­li­sta o za­pę­dach li­te­rac­kich - i jej cena jest wpi­sana w cenę każ­dego to­waru. A poza tym dla­tego, że w kosz­tach wy­twa­rza­nia żyw­no­ści mamy znaczny udział pa­liwa: w pro­duk­cji - w któ­rej wy­ko­rzy­stuje się ma­szyny rol­ni­cze, a więk­szość na­wo­zów i pe­sty­cy­dów za­wiera pewną po­stać ropy - w trans­por­cie, prze­cho­wy­wa­niu, dys­try­bu­cji. Na do­da­tek wzrost cen ropy pod­niósł zna­cze­nie słyn­nych agro­pa­liw.

Na po­czątku na­zwano je bio­pa­li­wami. Ostat­nio śro­do­wi­ska na­sta­wione kry­tycz­nie pod­kre­ślają, że przed­ro­stek "bio-" na­daje im god­ność eko­lo­giczną, na jaką nie za­słu­gują, i pro­po­nują na­zwę: pa­liwa rolne. W ję­zyku po­praw­nym po­li­tycz­nie okre­śle­nie "rolny" nie ma chyba tak do­brej marki jak "bio". Są jed­nak lu­dzie go­towi pła­cić słono za za­pew­nie­nie tym pa­li­wom do­brej prasy. W roku 2000 wy­pro­du­ko­wano na świe­cie 17 mi­liar­dów li­trów eta­nolu, w 2019 sześć razy wię­cej, 110 mi­liar­dów. Dzie­więć z każ­dych dzie­się­ciu li­trów zo­stało zu­ży­tych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Bra­zy­lii.

Eta­nol na­leży do naj­star­szych pro­duk­tów rol­nych i naj­czę­ściej wy­ko­rzy­sty­wa­nych. Przez dzie­sięć ty­sięcy lat słu­żył przede wszyst­kim do upi­ja­nia się. W la­tach trzy­dzie­stych ubie­głego wieku Bra­zy­lia, która nie miała jesz­cze ropy, za­częła de­sty­lo­wać go z trzciny cu­kro­wej i po zmie­sza­niu z ben­zyną sto­so­wać do na­pędu sa­mo­cho­dów. Po za­koń­cze­niu dru­giej wojny świa­to­wej ropa naf­towa stała się tak ta­nia, że eta­nol po­szedł wła­ści­wie w za­po­mnie­nie. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych, pod­czas kry­zysu su­row­co­wego, Bra­zy­lia wró­ciła do tej idei; wkrótce po­tem Stany Zjed­no­czone, ma­jąc do­syć ku­po­wa­nia ropy od swo­ich wro­gów - albo, co jesz­cze gor­sze, od nie­któ­rych przy­ja­ciół - po­sta­no­wiły pójść w jej ślady.

Fakt, że Stany Zjed­no­czone mają pro­blemy w związku z uza­leż­nie­niem od ropy, jest oso­bli­wym pa­ra­dok­sem. Na po­czątku XX wieku walka o glo­balną go­spo­darkę to­czyła się mię­dzy an­giel­skim wę­glem z jed­nej strony a ame­ry­kań­ską ropą z dru­giej. Ame­ry­ka­nie zdo­łali na­rzu­cić światu ropę jako ener­gię he­ge­mo­niczną - przede wszyst­kim dla­tego, że mieli wła­dzę i mo­gli wiele. Po­tem prze­stało im wy­star­czać i przez kil­ka­dzie­siąt lat mu­sieli ją im­por­to­wać z kra­jów na­sta­wio­nych zde­cy­do­wa­nie wrogo albo ra­czej wrogo czy po­ten­cjal­nie wro­gich, a w tym celu utrzy­my­wać te kraje pod kon­trolą przy po­mocy sił woj­sko­wych, co wią­zało się z ogrom­nymi wy­dat­kami. Sta­no­wią one jedną trze­cią z dwóch bi­lio­nów do­la­rów, ja­kie świat prze­zna­cza na woj­sko i uzbro­je­nie. Dla­tego uzna­nie pro­duk­cji pa­liwa za prio­ry­tet geo­po­li­tyczny oraz wpro­wa­dze­nie no­wych tech­nik po­zwa­la­ją­cych eks­plo­ato­wać ropę na trud­nych ob­sza­rach zmie­niło wiele. Tym­cza­sem jed­nak wy­twa­rza się co­raz wię­cej eta­nolu, po­nie­waż coś trzeba zro­bić z całą ku­ku­ry­dzą, wszyst­kimi ludźmi za­an­ga­żo­wa­nymi w pro­duk­cję rolną, wszyst­kimi lobby.

To ko­lejny spo­sób wy­ko­rzy­sty­wa­nia pro­duk­tów żyw­no­ścio­wych nie do ży­wie­nia ko­go­kol­wiek.

I dla wielu zna­ko­mity in­te­res.

Bio­pa­liwo jest przed­ostat­nią od­po­wie­dzią na nad­pro­duk­cję zbóż sta­no­wiącą od kilku de­kad pro­blem rol­nic­twa ame­ry­kań­skiego. W ciągu ostat­niego pół­wie­cza tech­niki agrarne roz­wi­nęły się jak ni­gdy do­tąd, sub­sy­dia dla rol­ni­ków znacz­nie wzro­sły, a go­spo­dar­stwa osią­gnęły nie­sły­chaną wy­daj­ność: rol­nicy nie wie­dzieli, co po­cząć z całą tą ku­ku­ry­dzą i psze­nicą. W dru­giej po­ło­wie XX wieku Stany Zjed­no­czone sta­nęły wo­bec pro­blemu nie­mal nie­zna­nego w hi­sto­rii: pro­blemu nad­pro­duk­cji żyw­no­ści. Wy­daje się żar­tem, że taki jest pro­blem naj­więk­szego pro­du­centa żyw­no­ści - w świe­cie, w któ­rym żyw­no­ści bra­kuje.

Nad­pro­duk­cja przy­nio­sła mię­dzy in­nymi taki sku­tek, że przez dłuż­szy czas ceny żyw­no­ści utrzy­my­wały się na bar­dzo ni­skim po­zio­mie. Naj­pierw nad­wyżka zo­stała wy­ko­rzy­stana w spo­sób po­li­tyczny: pod płasz­czy­kiem po­mocy wy­eks­por­to­wano wiel­kie ilo­ści zboża. Jesz­cze bę­dziemy mó­wić o pro­gra­mie Food for Pe­ace.

Inną od­po­wie­dzią było kar­mie­nie zbo­żem zwie­rząt: w USA krowy, świ­nie i kur­czaki wciąż zja­dają 70 pro­cent zboża. Kon­sump­cja mięsa wzro­sła do nie­spo­ty­ka­nego po­ziomu.

Po­ja­wiły się też nowe spo­soby wy­ko­rzy­sta­nia zbóż: sy­ropy ku­ku­ry­dziane - ważny śro­dek sło­dzący w prze­my­śle spo­żyw­czym - de­ter­genty, tek­sty­lia, a ostat­nio bio­pa­liwa.

Eta­nol ame­ry­kań­ski wy­twa­rzany jest z ku­ku­ry­dzy, jed­nej z głów­nych upraw tego kraju. Stany Zjed­no­czone pro­du­kują 40 pro­cent ku­ku­ry­dzy na świe­cie, około 400 mi­lio­nów ton rocz­nie. Prawo fe­de­ralne, Re­ne­wa­ble Fuel Stan­dard, sta­nowi, że 40 pro­cent za­so­bów tego zboża musi być wy­ko­rzy­sty­wane do tan­ko­wa­nia sa­mo­cho­dów. To pra­wie jedna szó­sta świa­to­wego zu­ży­cia - spo­ży­cia - jed­nego z naj­czę­ściej kon­su­mo­wa­nych pro­duk­tów na świe­cie. Ma­jąc 170 ki­lo­gra­mów ku­ku­ry­dzy - po­trzeb­nych, by na­peł­nić bak eta­no­lem 85 - dziecko w Za­mbii, Mek­syku czy Ban­gla­de­szu mo­głoby prze­żyć cały rok. A każ­dego roku na­peł­nia­nych jest pra­wie 900 mi­lio­nów ba­ków.

Pod­su­mujmy: ku­ku­ry­dzy prze­zna­cza­nej na bio­pa­liwo, na któ­rym jeż­dżą sa­mo­chody ame­ry­kań­skie, wy­star­czy­łoby, aby każdy gło­du­jący na świe­cie otrzy­my­wał jej pół ki­lo­grama dzien­nie.

Jean Zie­gler z ty­po­wym dla sie­bie sar­ka­zmem mówi, że "bio­pa­liwa są zbrod­nią prze­ciwko ludz­ko­ści".

Rząd ame­ry­kań­ski nie tylko zmu­sza do wy­ko­rzy­sty­wa­nia ku­ku­ry­dzy jako na­pędu do sa­mo­cho­dów; po­nadto tym, któ­rzy to ro­bią, przy­znaje mi­liar­dowe sub­sy­dia. Oto wy­raźny spo­sób roz­działu dóbr: rząd zbiera po­datki od wszyst­kich, po czym prze­ka­zuje pie­nią­dze sek­to­rom, które są do­sta­tecz­nie silne, żeby wy­wie­rać na niego pre­sję. Lobby rol­ni­ków ame­ry­kań­skich z róż­nych po­wo­dów za­cho­wuje duże wpływy, mię­dzy in­nymi dla­tego, że stany rol­ni­cze, słabo za­lud­nione, mają tyle samo se­na­to­rów - po dwóch - co Nowy Jork czy Ka­li­for­nia.

Ale to nie jest ra­cja, na którą można by się po­wo­ły­wać. Prawa i roz­po­rzą­dze­nia o sub­wen­cjo­no­wa­niu eta­nolu na­wią­zują na­tu­ral­nie do ha­seł "nie­za­leż­no­ści ener­ge­tycz­nej" i "walki ze zmia­nami kli­ma­tycz­nymi". Nie­mniej ślad wę­gla w pa­li­wach jest bar­dzo od­czu­walny: Frédéric Le­ma­ître mówi w książce De­main la faim! (Ju­tro głód!), że eta­nol pro­du­ko­wany z ku­ku­ry­dzy zmniej­sza emi­sję dwu­tlenku wę­gla w sa­mo­cho­dach tylko o 10 do 20 pro­cent i że je­śli po­li­czyć ilość dwu­tlenku wę­gla po­cho­dzącą z trak­to­rów, do­da­jąc do tego po­trzebne w pro­duk­cji ku­ku­ry­dzy na­wozy i pe­sty­cydy oraz zu­ży­waną przy trans­por­cie ener­gię elek­tryczną, bi­lans eko­lo­giczny oka­zuje się ne­ga­tywny.

Mówi też, że wzrost po­pytu na ku­ku­ry­dzę do eta­nolu spo­wo­do­wał znaczną pod­wyżkę - nikt nie okre­śli tego w pro­cen­tach - cen żyw­no­ści. Oto przy­kład: wielu far­me­rów z ame­ry­kań­skiego środ­ko­wego Za­chodu za­rzu­ciło uprawę bia­łej ku­ku­ry­dzy sprze­da­wa­nej mię­dzy in­nymi do Mek­syku, prze­sta­wia­jąc się na żółtą, uży­waną do pro­duk­cji eta­nolu. Ceny mąki w Mek­syku wzro­sły wów­czas dwu-, a na­wet trzy­krot­nie i wielu lu­dzi wy­szło na ulicę. Na­zwano te roz­ru­chy za­miesz­kami tor­til­lo­wymi, tor­tilla riots.

W Gwa­te­mali lu­dzie nie zbun­to­wali się. W Gwa­te­mali po­łowa dzieci jest nie­do­ży­wio­nych. Przed dwu­dzie­stu laty Gwa­te­mala pro­du­ko­wała pra­wie całą kon­su­mo­waną przez sie­bie ku­ku­ry­dzę. W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych za­częły jed­nak do­cie­rać nad­wyżki ame­ry­kań­skie, śmiesz­nie ta­nie dzięki otrzy­my­wa­nym w kraju sub­sy­diom; miej­scowi rol­nicy nie mo­gli z tą ku­ku­ry­dzą kon­ku­ro­wać ceną. W ciągu de­kady pro­duk­cja lo­kalna zmniej­szyła się o jedną trze­cią.

W tam­tym okre­sie wielu chło­pów mu­siało sprze­dać swoją zie­mię fir­mom, które te­raz sa­dzą palmy, by otrzy­my­wać z nich olej i eta­nol, oraz trzcinę na cu­kier i eta­nol. Ci, któ­rym udało się utrzy­mać zie­mię, na­po­ty­kali co­raz więk­sze trud­no­ści: na­kła­niano ich pod groźbą uży­cia broni, by sprze­da­wali pola, wła­ści­ciele pól wy­ma­wiali im dzier­żawę i po­dej­mo­wali współ­pracę z wiel­kimi kom­pa­niami, roz­le­głe plan­ta­cje za­bie­rały wodę albo za­tru­wały ją che­mi­ka­liami.

W ciągu ko­lej­nych lat pro­blem za­ostrzył się. Ame­ry­ka­nie za­częli wy­ko­rzy­sty­wać swoją ku­ku­ry­dzę do pro­duk­cji eta­nolu, ceny pod­nio­sły się, po­tem wzro­sły jesz­cze bar­dziej w związku ze znacz­nymi pod­wyż­kami po­prze­dza­ją­cymi kry­zys 2008 roku. Te­raz w ba­rze gwa­te­mal­skim za jed­nego qu­et­zala - 15 cen­tów - można ku­pić cztery tor­tille; przed pię­cioma laty ku­po­wało się osiem. Cena ja­jek wzro­sła zaś trzy­krot­nie, po­nie­waż kury też je­dzą ku­ku­ry­dzę.

To tylko przy­kłady.

Nie są­dzę jed­nak, aby ktoś chciał ko­muś na­umyśl­nie szko­dzić.

To nie jest tak, że wła­dze, lob­by­ści, pro­du­cenci żyw­no­ści w Sta­nach chcą, aby dzieci gwa­te­mal­skie gło­do­wały. Oni pra­gną je­dy­nie po­pra­wić sprze­daż i uzy­skać wyż­sze ceny, unie­za­leż­nić się od ropy naf­to­wej, za­dbać o śro­do­wi­sko na­tu­ralne, to zaś po­wo­duje okre­ślone skutki uboczne. Tak się dzieje, i cóż na to po­ra­dzić.

Shit hap­pens.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki