Głód - Maciej Duda
39.99 zł
33.19 zł
(27,99 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Trzy razy mówiłam. Taka stara, a taka uparta. Ile można? A później znowu będzie: posmaruj, piecze, bąble, swędzi. Gorzej niż z dzieckiem. Pół nocy spać nie da i nawet nie podziękuje. Rozdrapie do krwi. Paprze się to później, a pościeli nie dopiorę.
Nawet tu nie spojrzy.
Wyleguje się jak wyleniała jaszczurka, a człowiek krąży z obierkami. Już lepiej niech je te kwaśne winogrona, przynajmniej ogryzków z tego nie ma. Kompostownik na końcu ogrodu, już dawno bym to zmieniła. Ale się uparła, bo zawsze był przy warzywniku. Zawsze, jakby to coś znaczyło. Przecież wybiera się go raz na czas, a z wiadrem trzeba codziennie latać. Ile to straty sił i czasu. Od lat sama muszę ganiać, bo dla niej za daleko albo za ciężko. A przecież mam swoją pracę. W bibliotece nie tylko się siedzi. Niech nie czeka, aż się wiadro napełni, jak sił nie ma. Niech idzie z półpełnym.
Zastygła, wystawia twarz ku słońcu. Wokół niej szerszenie i bąki. Brzęczą coraz głośniej. Nawet się nie uchyli, nie zamachnie.
To brzęczenie niepokoi córkę.
Pewnie zasnęła w tym bluszczu. Wciąż tam przesiaduje.
Zawołała do niej, ale poszła do domu bez odpowiedzi. Jak zawsze.
Wieczorem znowu wyszła. Już bez wiadra, za to pełna wkurzenia. Znalazła matkę z otwartymi ustami. Chodziła po nich pszczoła. Odruchowo próbowała ją odgonić. Nic sobie z tego nie robiła. W środku były kolejne. Roiły się na języku. Matka miała otwarte oczy, wygięta w łuk trzymała się poręczy fotela. Napięta twarz i kościste ręce. Nie było czego ratować. Wkurzenie uleciało z pszczołami. Dwie zamknęła jej w ustach. Wyciągnął je lekarz. Razem z owocem, który utknął w przełyku. Zakrztusiła się. Resztę zrobiły pszczoły. Albo te szerszenie, co je widziała wcześniej. Ale tego już nie wiadomo. Nie powiedziała o tym, a lekarz nie pytał. Wypisał, co trzeba, i pojechał. Przez moment zastanawiała się, czy zostawić matkę w ogrodzie na noc. Przecież i tak nic się już nie stanie. Nakryje ją kołdrą i tyle. Gdy wróciła z pierzyną, nie wiedziała, jak ma ją narzucić. Na głowę? Nogi przykryć? Po co? Owinęła ciało i spróbowała podnieść. Było lekkie. Nigdy wcześniej o tym nie myślała. Nie pamiętała, kiedy ostatnio dotykała matki. Coś chrzęściło w pościeli. Zaniosła ją do domu. Posadziła na kanapie. Sama nie mogła zasnąć. Wróciła, żeby ją położyć. Bała się, że połamie jej kości.
No i zmarła matula, widziałeś?
No. Widziałem, co miałem nie widzieć.
Z zaskoczenia je wzięła.
Wszystkie trzy.
Żadnych znaków.
Zegar nie stanął, szkło nie pękło, monidło nie spadło. Nic.
Nawet piorun nie trzasnął.
Żadnych wstecznych naznaczeń.
Co?
Przeczuć żadnych.
Aaa. Umarła, jak żyła, w ciszy i w ogrodzie.
Chyba w głodzie.
Umarła.
Nie wytrzymała.
Teraz to dopiero będzie.
Wszystkie na to czekały.
No, zobaczymy.
Ciekawe, jak ją wyprawią. W co ubiorą. Czym opiją.
Jak ją pożegnają.
Szybko. Bez ceregieli.
Płaczki najmą.
Myślisz, że ktoś do niej przyjdzie?
Poza córkami?
Nawet one zdekompletowane. Z drugą nie ma kontaktu. W lesie siedzi. Zobaczymy, czy w ogóle ktoś jej powie i przyjedzie.
Ale ta najmłodsza najbardziej na nią zawzięta.
Będą z tego plotki.
Dziwisz się?
A czytałeś kiedyś zdziwionego narratora?
Co?
Nic. Właściwie pełno takich. Sobą zadziwionych.
Aha.
Ale wiesz, smutno trochę jednak.
Smutno, no.
No dobra, posmućmy się trochę, tak wypada, dla formy chociaż.
Zaśpiewamy anielski orszak? Lubię to.
Nie.
To może chociaż poza na frasobliwego?
Niby jak, debilu, moją głowę będziesz podpierał? Przecież poskręcani jesteśmy.
Zapomniałem. Z tego smutku chyba.