1 Nieszczęśliwi, niekochani, nieopanowani
W 2008 roku magazyn "The Time" poświęcił swoje wydanie trudnej sytuacji, w której znaleźli się młodzi Brytyjczycy. Okładka z nagłówkiem: Nieszczęśliwi, niekochani i nieopanowani przedstawia typowego, gniewnie wyglądającego, zakapturzonego nastolatka. Główny artykuł tego wydania wiernie opisywał to, co sami mogliśmy obserwować:
Chłopaki i dziewczyny, którzy beztrosko wdają się w bójki czy seks, zmuszając tym samym służby ratunkowe do nieustannych interwencji, są często pod wpływem taniego alkoholu. Młodzi Brytyjczycy spożywają jego europejskie odpowiedniki pod stołem... Brytyjskie dzieciaki coraz częściej urządzały bijatyki... Prawdopodobnie spróbują narkotyków lub zaczną palić papierosy w bardzo młodym wieku. Angielskie nastolatki są najbardziej aktywnymi seksualnie w całej Europie. Większość z nich współżyje w wieku 15 lat lub nawet wcześniej, a ponad 15% z nich nie zabezpiecza się podczas stosunku - co oznacza, że w Wielkiej Brytanii odnotowuje się wysoki wskaźnik zarówno ciąż nastoletnich, jak i chorób przenoszonych drogą płciową1.
W dalszej części artykułu autor odniósł się do badań przeprowadzonych przez UNICEF w 2007 roku, poświęconych dobrobytowi dzieci z dwudziestu jeden krajów uprzemysłowionych. Wynika z nich, że Wielka Brytania zajęła ostatnie miejsce.
Razem z żoną mieszkaliśmy wtedy w Wielkiej Brytanii, spędzając czas z naszą domową wspólnotą, wspierającą nas jako misjonarzy. Ten artykuł głęboko do mnie przemówił, ponieważ na własnej skórze mogliśmy poznać realia młodych ludzi w tym kraju - ich życie pełne bólu, zagubienia i zamieszania. Panowała ogromna przepaść międzypokoleniowa, a młodzi ludzie, nie mając celu, żyli pustym, materialistycznym życiem, nie zajmując się niczym innym poza włóczeniem się i piciem alkoholu w parkach i na głównych ulicach miasta.
Pamiętam, jak któregoś razu Ania rozmawiała z pewną piętnastolatką na temat jej życiowych planów i marzeń. Powiedziała, że chciałaby zajść w ciążę. "Dlaczego?", spytała Ania. "Żebym mogła dostawać wsparcie socjalne. Każdej samotnej matce przysługuje wtedy przytulne mieszkanie oraz zasiłek".
Postanowiliśmy działać. Pewnej niedzieli podczas naszego porannego nabożeństwa oznajmiliśmy, że organizujemy spotkanie modlitewne dla każdego, kto chce pomóc nam docierać do młodych ludzi z naszej okolicy. Gdy kilkoro naszych znajomych, a także osób z innych wspólnot, zaczęło pojawiać się w naszym mieszkaniu w Sutton w południowo-zachodnim Londynie, zacząłem zastanawiać się, co my robimy. Niezupełnie stanowiliśmy nowatorską, dynamiczną grupę do pracy z młodzieżą. Niektórzy z naszego zespołu byli tak nieśmiali, że nie przepadali za rozmowami nawet z nami, a przecież byliśmy ich przyjaciółmi!
W zespole był bibliotekarz, sprzedawca samochodów, Babcia Pat, siedemdziesięciodziewięciolatka przepełniona energią, z wiecznym uśmiechem na twarzy. Nikt z nas nie miał doświadczenia w pracy z młodzieżą, lecz wszyscy mieliśmy ochocze serca. Poświęciliśmy miesiąc na modlitwę, próbując rozeznać, co powinniśmy robić, aby zdobyć dla Jezusa młodych w naszym sąsiedztwie. W końcu postanowiliśmy zorganizować wydarzenie w kawiarni koło kościoła.
Zrobiliśmy atrakcyjnie wyglądające ulotki i wyszliśmy na ulicę handlową, żeby zapraszać ludzi. Podszedłem do grupy "hoodies" (subkultura zakapturzonych nastolatków, lubiących futbol, dziewczyny, alkohol i bijatyki, przyp. red.). Powiedziałem im o wydarzeniu, wręczając ulotkę. Przyjęli zaproszenie, napluli na nie i podarli je, po czym zaczęli obrzucać mnie obelgami: "Ty jesteś jednym z tych p***** chrześcijan!". Nie miałem pojęcia, skąd to wiedzieli, ponieważ na ulotce nie było napisane, że to chrześcijańskie wydarzenie.
Kiedy spotkaliśmy się z ekipą, wyznałem, że wątpię w to, że ktoś się pojawi. I miałem rację. Tamtej soboty usiedliśmy w kawiarni, spoglądając na siebie nawzajem i zastanawiając się, co robić. Zaczęliśmy się modlić: "Boże, nie wiemy, jak dotrzeć do tych ludzi. Proszę, przyprowadź ich tutaj, żebyśmy mogli powiedzieć im o Tobie".
W kolejnym tygodniu dostałem wiadomość od jednej osoby z naszego Kościoła o tym, że dzieciaki w jej szkole rozmawiały o nowo otwartej, fajnej kafejce i zastanawiała się, czy nie chodziło im właśnie o nasze miejsce. Do dzisiaj nie potrafię wyjaśnić, jak do tego doszło, ale w następną niedzielę, kiedy otworzyliśmy kawiarnię, przed wejściem ustawiły się kolejki osób czekających na wejście do środka. Być może paru trendsetterów postanowiło przyjść, a pozostali po prostu dołączyli. Nie wiem.
Miejsce było przepełnione, muzyka pulsowała, a ja byłem zmartwiony. Pomyślałem: "Kiedy dałem im ulotki, o mało mnie nie pobili! Gdybym zaczął dzisiaj mówić im o Jezusie, mogliby mnie zabić!". Tak więc modliłem się: "Boże, wiem, że mieliśmy mówić im o Tobie, ale jestem pewien, że zdajesz sobie sprawę z ryzyka i tego, że nie jest to najlepszy pomysł, żeby do nich przemawiać, prawda?". Wtedy poczułem, jak Bóg mówi: "Prosiłeś mnie, żebym zapełnił to miejsce, więc teraz głoś!".
Wszedłem na stół i krzyknąłem: "Witajcie wszyscy! Dziękuję, że przyszliście do naszej nowej kafejki! Chcemy, żebyście wiedzieli, że jesteście tu bardzo mile widziani i że ogromnie cieszymy się z waszej obecności! Chciałem wam też powiedzieć, że Bóg was kocha!". Oczywiście w tym momencie zaczęli mi ubliżać: "Zamknij się, idioto! Nie zaczynaj z tą gadką o Bogu!" (Cóż, nie do końca tak powiedzieli. Użyli bardziej dobitnego słownictwa). Postanowiłem nie ustępować: "Dobra, posłuchajcie! Jeśli ktokolwiek z was chciałby posłuchać czytania z Biblii, będę w pokoju na górze. Możecie zostać tu i bawić się dalej albo dołączyć do mnie na górze". W tym momencie popędziłem na górę i opadłem na kanapę, mówiąc do siebie: "Cóż, zrobiłem, co mogłem, poczekam tu przez chwilę, a potem wrócę do domu z czystym sumieniem".
Ku mojemu zaskoczeniu, ludzie zaczęli wchodzić po schodach. Zajmowali miejsca w małym pokoju, a pozostali ciągle dochodzili. Siadali więc na podłodze i wkrótce pomieszczenie zapełniło się. Reszta osób stała w korytarzu, spoglądając przez drzwi. Pomyślałem sobie: "Czego ci ludzie ode mnie chcą?! Kiedy przemawiam, oni na mnie wrzeszczą! Dałem im dobrą okazję do wyluzowania się na dole, ale nie, oni chcą szydzić ze mnie jeszcze bardziej!".
Szczerze mówiąc, niczego nie przygotowałem, bo byłem przekonany, że nikt nie będzie chciał przyjść i posłuchać czytania Biblii! Kto chciałby tego słuchać? Tak więc improwizowałem. Otworzyłem na fragmencie, w którym Jezus ucisza burzę, i zacząłem czytać. Kiedy skończyłem, wyjaśniłem, że ten sam Jezus, który uciszył burzę, żyje i jest w tym pokoju razem z nami, i że włada tą samą mocą dzisiaj.
Wszyscy milczeli. Nie mogłem uwierzyć, że słuchali. Nagle zaczęły sypać się słowa: "Ale jak możesz w to wierzyć? W szkole słyszymy, że Boga nie ma i wszyscy istniejemy przez Wielki Wybuch". "Moi rodzice wmawiali mi, że Kościół to stek bzdur". Nagle do naszej nieśmiałej ekipy z ciekawości podeszła grupa dziewczyn i chłopaków z pytaniami. Usiłowaliśmy odpowiadać najlepiej, jak potrafiliśmy i odkryliśmy, że mimo całej swojej agresji ci nastolatkowie byli naprawdę zainteresowani i autentycznie spragnieni prawdy. Nigdy nie mieli okazji usiąść i porozmawiać z kimś o Jezusie, więc byli zafascynowani.
Babcia Pat w całym swoim życiu nie zrobiła tylu herbat i gorących czekolad, co wtedy. Uwielbiała to. Co sobotę przychodziła jako pierwsza i wychodziła jako ostatnia. Każdego witała uściskiem i nazywała "najdroższym". Nawet najbardziej zatwardziali chłopcy nie byli w stanie jej nie pokochać. Kiedy ktoś ją wołał: "Babciu Pat!", ona siadała i rozmawiała z nim całą noc. Stała się prawdziwą celebrytką w naszej okolicy. Młodzi ludzie witali ją na każdym rogu, kiedy robiła zakupy na głównej ulicy handlowej dzielnicy Sutton. Ale nie chodziło tylko o nią. Cały nasz zespół przeszedł rewolucję dzięki temu, czego Bóg dokonywał poprzez ten prosty krok wiary.
W kafejce nazwanej przez nas "Nocny Punkt" organizowaliśmy takie wydarzenie co tydzień. Każdej soboty paru chłopaków, którzy na początku najbardziej się awanturowali, przychodziło i pytało: "o której zaczyna się dzisiaj studium biblijne?". Przynosili nawet ze sobą notatniki z pytaniami, o których rozmyślali w ciągu tygodnia w szkole.
Nigdy nie zapomnę szczególnie jednego chłopaka, Samiego. Pierwszego wieczoru był jednym z gniewnych przywódców gangu, ale niedługo później regularnie przychodził na studium biblijne do pokoju na górze. Którejś soboty podszedł do mnie i oznajmił: "koleś, coś bardzo dziwnego stało się ze mną w tym tygodniu". "Co takiego, Sam?". "Miałem silną potrzebę modlitwy, więc się pomodliłem! I miałem wrażenie, że Bóg mnie wysłuchał. Poczułem, że On zaakceptował mnie takiego, jakim jestem".
Moje pokolenie zostało wychowane w zdezorientowaniu przez relatywizm i świeckość. Bombardowani materialistycznym przemysłem rozrywkowym, zostaliśmy sprzedani pustemu marzeniu. Jednak ta generacja pragnie prawdy. Kiedy ma możliwość poznać żywego Jezusa, a nie slogany i powierzchowne odpowiedzi na pytania, których nigdy nie zadali, jest gotowa i chętna, żeby rzucić wszystko i iść za Nim.
Globalna świecka kultura młodzieżowa potrzebuje nowego ruchu misyjnego kierowanego przez śmiałych i prawdziwych naśladowców Jezusa, pełnych pasji dla swojej wiary i chcących podjąć ryzyko życia tą wiarą w swoim życiu.
Spotkania w kafejce "Nocny Punkt" trwały przez około dwa lata. Babcia Pat nie chciała jednak spocząć na laurach. W wieku osiemdziesięciu lat dołączyła do londyńskiej grupy "Pastorowie uliczni" i zaczęła odwiedzać okolice pełne klubów, żeby rozmawiać i modlić się z ludźmi wychodzącymi z nich nad ranem. Inna para, która była częścią naszego zespołu, wyjechała do Hong Kongu na misję ze znaną misjonarką Jackie Pullinger i jej Stowarzyszeniem św. Szczepana.
Nie musisz być wielki w oczach ludzi, nie musisz żyć zgodnie z trendami, nie musisz też posiadać tytułu teologa, żeby dokonywać zmian. Potrzebujesz jedynie serca poddanego Bożemu przeznaczeniu.