1.
Telefon Agnes Hillstr?m leżący na nocnym stoliku rozbrzmiał stłumionym dźwiękiem marimbafonu. Nadal mocno zaspana, przewróciła się na brzeg łóżka i sięgnęła po płaski aparat. Na wyświetlaczu zobaczyła godzinę trzecią czterdzieści pięć oraz imię - Gerda. Przesunęła po nim opuszką i przyłożyła telefon do ucha, a następnie ponownie opadła na poduszkę.
- Gerda - przywitała się niewyraźnym głosem. - Praca czy przyjemność?
- Praca - przyznała Gerda. - Zdecydowanie praca.
Agnes powtórnie usiadła i przełożyła nogi o brzeg łóżka.
- Mów - poleciła.
Usłyszała odgłosy jakichś ludzi krzątających się wokół Gerdy. Wolną dłonią potarła twarz.
- I tak zostaniesz w to włączona - usprawiedliwiała się Gerda. - Pomyślałam, że będziesz chciała pracować przy sprawie od samego początku.
- Jakiej sprawie?
Gerda zaczęła opowiadać. Mówiła krótko i zwięźle, a Agnes słuchając jej, wstała i skupiając się na jej wyjaśnieniach, wyjęła z szafy ubranie, po czym rzuciła je na łóżko. Przez minutę wydawała z siebie jedynie pomruki, od czasu do czasu uzupełniane krótkim "tak" lub "nie". W końcu zdecydowała:
- W porządku. Będę na miejscu za jakieś... dwadzieścia pięć minut.
- Jedź ostrożnie.
- Tak jest.
Przerwała połączenie i zaczęła się ubierać.
Schodziła po stopniach klatki schodowej z uczuciem, że jest o tej porze jedyną przytomną osobą na świecie. Z wiekiem coraz gorzej znosiła nocne wezwania, jednak związane z nimi czynności na dobre weszły jej w krew.
Opryskać twarz, wrzucić na siebie jakieś ciuchy i wypad z mieszkania. Zapowiadała się sprawa, która całkiem niezauważalnie mogła się przerodzić w długi dzień pracy. Podczas takiego dnia policjantka potrafiła zupełnie zapomnieć, od ilu godzin jest na nogach, do czasu, gdy pod koniec dnia orientowała się, że zaczyna cuchnąć. Kiedyś po takim dniu Gerda zwróciła jej na to uwagę.
- Śmierdzisz jak pacha dziwki - skomentowała.
I choć powiedziała to z czułością, była to prawda. Zasadniczo Gerda nie miała nic przeciwko woni pachy dziwki. Jej zdaniem pachniała niczym słodkie perfumy w porównaniu z zapachami, z którymi miała do czynienia na co dzień w prosektorium.
Teraz, pomimo późnej pory, przywołała w pamięci słowa Gerdy i przezornie schowała dezodorant do kieszeni. Może w ciągu dnia znajdzie trochę czasu, żeby się odświeżyć w jakiejś toalecie. A może nie.
Bywało gorzej. Wsiadła do samochodu i przez moment zastanawiała się, czy nie powinna wyciągnąć z łóżka Ottona Vanga, ale postanowiła tego nie robić. Mógł dołączyć później. Nie ma powodu, żeby oboje harowali od samego początku. Nad ranem przyda się para wypoczętych oczu.
Uruchomiła pojazd i wyjechała z parkingu. W nielicznych oknach świeciło się światło, a ulice były zdecydowanie opustoszałe.
Włączyła radio i do jej uszu doszedł męski głos, który po szwedzku opowiadał coś o Stanie Getzu. Wyłączyła odbiornik, wsunęła do ust gumę do żucia i skierowała się w stronę miasta.
Przemieszczając się po N?rrevold, skręciła w lewo, w jedną z tych wąskich uliczek prowadzących do Str?get, kierując się do łacińskiej dzielnicy. Po obu stronach z ciemności wyłaniały się stare, jednokondygnacyjne budynki. Samochody stały zaparkowane po jednej stronie, a gdy minęła ustawiony przy drodze kontener, jej oczom ukazał się znajomy widok. Biała furgonetka, oddana do dyspozycji Gerdy Eberlein, zazwyczaj prowadzona przez jej asystenta technicznego Poula Smitha. Nieopodal, w poprzek ulicy, stały dwa wozy patrolowe z włączonymi kogutami. Agnes ujrzała, jak jakiś młodszy funkcjonariusz w mundurze odprowadzał kilku nocnych marków poza teren odgrodzony żółtą policyjną taśmą rozpiętą pomiędzy pobliskim znakiem drogowym a drzwiami prowadzącymi na klatkę schodową. Budynek był stary, wąski i pięciokondygnacyjny. Wąskie drzwi, trzy solidne kamienne schodki wiodące do środka. Drzwi wejściowe były uchylone i jeszcze z zewnątrz dostrzegła żółte światło oświetlające klatkę schodową.
Zaparkowała, wysiadła i wylegitymowała się przed policjantem. Skinieniem głowy wskazał na wejście do budynku.
- Drugie piętro.
Weszła do środka. Wąska klatka schodowa nie robiła zachęcającego wrażenia i wymagała odświeżenia. Stopnie były mocno wyrobione, kręta balustrada porysowana. Gołe żarówki na półpiętrze rzucały na nią żółtawe światło.
Wokół panowała cisza. Z oddali dochodziło stłumione dudnienie dyskotekowej muzyki, ale w budynku było cicho jak na opuszczonym statku.
Na drugim piętrze po lewej stronie dostrzegła otwarte drzwi. Gdy weszła do środka, jej uwagę przykuły żółte znaczniki w kształcie piramidek i rozmieszczone na podłodze plastikowe podkładki. Z kieszeni wyjęła niebieskie ochraniacze na obuwie, naciągnęła je, po czym ostrożnie weszła na najbliższą podkładkę. Ten rytuał niemal zawsze kojarzył jej się z dziećmi bawiącymi się na placu zabaw.
W drzwiach na końcu korytarza pojawiła się Gerda. Była ubrana w jasnozielony kombinezon z cienkiego plastiku i niegustowny czepek w tym samym kolorze. Wyglądała blado, jej skóra przybrała żółtawy odcień. Widok Gerdy Eberlein o tej wczesnej godzinie nie wywołałby u nikogo najmniejszych skojarzeń z czymkolwiek romantycznym.
Agnes zbliżyła się do niej ostrożnym krokiem, a Gerda uśmiechnęła się na jej widok.
- Pani komisarz Hillstr?m - przywitała się.
- Witam szefową patologów, pani Eberlein.
Nigdy nie całowały się publicznie. Ich pocałunek zawierał się w spojrzeniu, a na ten właściwy przyjdzie jeszcze czas.
- No to mów - ponagliła ją Agnes. - I pokaż - dodała.
Gerda odsunęła się na bok.
- Anonimowe połączenie na telefon alarmowy o pierwszej czterdzieści trzy. Męski głos, który poinformował, że pod tym adresem znajduje się martwy mężczyzna. Samochód patrolowy i karetka dotarły na miejsce o drugiej siedem. Funkcjonariusze zastali otwarte drzwi. Przeszukali mieszkanie, po czym odesłali karetkę i zadzwonili po mnie, ja z kolei skontaktowałam się z Poulem i przybyliśmy na miejsce o drugiej czterdzieści osiem.
- Świetnie - stwierdziła Agnes. - Przyjrzymy się?
Poul Smith skinął jej głową na powitanie. Był wysoki, szczupły i ubrany podobnie jak Gerda. W dłoniach trzymał czarny aparat fotograficzny. Pomieszczenie miało kształt kwadratu, wysoki sufit oraz dwa wąskie czterodzielne szprosowe okna wychodzące na ulicę. Pokój był oświetlony stojącą w rogu pomieszczenia lampą z białym, plastikowym kloszem, wspieraną przez rozstawiony przez Poula przenośny zestaw oświetleniowy. Pod oknami stała skórzana sofa, a przed nią na dywanie metalowy stolik z pękniętym szklanym blatem, przechylony na bok kilka metrów po przekątnej od sofy. Na dywanie leżał martwy mężczyzna.
- Jak widzisz... - odezwała się Gerda - ...przemoc przy użyciu tępego narzędzia. Sądzę, że w afekcie - w stanie silnego, gwałtownego wzburzenia.
- Mam się przebrać w kombinezon?
Gerda wzruszyła ramionami.
- Nie ma takiej potrzeby, o ile nie zamierzasz rozłożyć się na sofie.
Agnes zrobiła ostrożnie krok do przodu, po czym kucnęła i zaczęła przyglądać się martwemu mężczyźnie.
Na pierwszy rzut oka nie można było oszacować jego wieku. Mężczyzna miał na sobie czarny garnitur, z tych droższych. Biała koszula na kołnierzyku i wysokości klatki piersiowej była przesiąknięta krwią pochodzącą z rozległych urazów głowy. Próbowała wyobrazić sobie jego twarz, ale nie miała się za bardzo czego złapać. Pobrudzone włosy sprawiały wrażenie, jakby zostały wysmarowane pomadą i miały odcień jasnego blondu. Twarz została zdeformowana do tego stopnia, że pozbawiono ją jakiejkolwiek symetrii.
- Wstępnie należałoby założyć, że sprawcą jest mężczyzna.
- Zgadzam się. Nie przypominam sobie, żeby jakakolwiek kobieta dopuściła się czegoś podobnego.
Gdy się podnosiła, coś strzyknęło jej w kolanie.
- Wiemy, kim jest denat? - zapytała Agnes.
- Nazywa się Benjamin Reck. Poul znalazł jego portfel. Prawo jazdy, ubezpieczenie zdrowotne, karta płatnicza, cztery tysiące w banknotach o dużych nominałach i plastikowy woreczek z kilkoma gramami kokainy.
- Wiek?
- Urodził się w osiemdziesiątym szóstym, czyli ma trzydzieści cztery lata.
- Adres?
- Boganisvej 32, Hellerup.
Agnes się uśmiechnęła.
- Dobra robota.
Gerda wykrzywiła się w grymasie.
- Nie mieliśmy nic innego do roboty, bo musieliśmy zaczekać na ciebie.
- Wiemy, kto jest właścicielem mieszkania?
W drzwiach stanął Poul Smith z telefonem w ręku. Zdjął czepek ochrony, odsłaniając lekko wilgotne kasztanowe włosy.
- Jako właścicielka figuruje Judith Marie Nielsen, ale na pierwszy rzut oka nic nie wskazuje na to, żeby tu mieszkała.
- Dlaczego nie?
Poul wzruszył ramionami.
- Nie sądzę, żeby ktoś tu w ogóle mieszkał. Lokal wygląda, jakby... no cóż, jak rodzaj mieszkania na imprezy albo na szybki numerek, albo nawet jak szulernia.
Agnes skinęła głową w zamyśleniu.
- Rzeczywiście mamy tu dzisiaj niezłą imprezę. A tak poważnie, to rozumiem, o co ci chodzi. Jak już tu skończycie, to wraz z Ottonem rozejrzymy się wokół.
Poul posłał Gerdzie pytające spojrzenie.
- Jak myślisz, godzina wystarczy?
- Może trochę dłużej - zaoponowała patolożka. - Dookoła panuje niezły bałagan, będziemy musieli ostrożnie go pakować, żeby nie uszkodzić tej scenerii.
- W porządku - odparła Agnes. - Wychodzę po kawę i zadzwonię do Ottona. Daj znać, zanim ruszycie.