Głęboko mrożony mężczyzna w żółtych spodniach - Kalle Löfqvist

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Blade li­sto­pa­dowe słońce le­ni­wie wscho­dziło nad da­chami. Oświe­tlało le­d­wie naj­wyż­sze pię­tra bu­dyn­ków. Choć nad ulicą Lilla Fi­ska­re­ga­tan roz­wie­szono świą­teczne lampki, na­dal pa­no­wał tam nie­przy­jemny chłód po mroź­nej nocy.

Lund bu­dził się późno i za­wsze jed­na­kowo gwał­tow­nie - ulice opu­sto­szałe o dzie­wią­tej rano za­peł­niały się tłu­mem rap­tem go­dzinę póź­niej. Ze­stre­so­wani stu­denci, któ­rzy za­spali na pierw­sze wy­kłady, mi­jali się z pra­cow­ni­kami służby zdro­wia wra­ca­ją­cymi z dy­żu­rów oraz z eme­ry­tami usta­wia­ją­cymi się w ko­lejce przed skle­pami w ocze­ki­wa­niu na ich otwar­cie.

Nikt na­to­miast nie cze­kał pod drzwiami bu­tiku Lars­sons Herr. Sklep ist­niał od po­nad sie­dem­dzie­się­ciu lat, a obecny wła­ści­ciel, Al­bin Lars­son był tu kie­row­ni­kiem od nie­mal czter­dzie­stu. Na­le­żał do star­szego po­ko­le­nia i pre­zen­to­wał ty­powe dla niego ce­chy. Za­wsze nie­na­gan­nie ubrany i - w trak­cie pracy - za­wsze z miarką kra­wiecką na szyi. Kiedy pod ko­niec paź­dzier­nika je­sienne li­ście za­czy­nały gro­ma­dzić się w ryn­nach, Lars­son za­mie­niał swój trencz na płaszcz z lo­denu. W desz­czowe dni no­sił gu­mowe ochra­nia­cze na buty. Skąd je wy­trza­snął, tego nie wia­domo. Lars­son miał asy­stenta o imie­niu Kjell. Chudy i po­marsz­czony, w trud­nym do okre­śle­nia wieku. No­sił ka­mi­ze­lkę, ni­gdy zaś nie za­kła­dał ma­ry­narki i trzy­mał się w cie­niu prze­ło­żo­nego. Nie­trudno było się zo­rien­to­wać, który z nich jest kie­row­ni­kiem. Kjell da­rzył swo­jego pra­co­dawcę sza­cun­kiem i za­wsze ocho­czo wy­ko­ny­wał jego po­le­ce­nia:

- Kjell, przy­nieś mniej­szy roz­miar! Kjell, otwórz klien­towi drzwi! Kjell, na­lej szklankę wody!

Z lekko po­chy­loną głową i nieco głu­pa­wym uśmie­chem Kjell ro­bił wszystko, o co pro­sił Lars­son, zwin­nie i nie­mal bez­gło­śnie.

Kjell był jed­nak tro­chę jak dok­tor Je­kyll i pan Hyde. Kiedy spo­ty­kało się go w skle­pie sa­mego, wy­da­wał się zu­peł­nie inną osobą: dow­cipną i otwartą, chętną do roz­mowy za­równo o po­go­dzie, jak i lo­kal­nej po­li­tyce. Lecz w obec­no­ści Lars­sona sta­wał się sobą (albo prze­obra­żał w ko­goś in­nego?) i za­mie­niał w nie­rzu­ca­ją­cego się w oczy, słu­żal­czego i tak skrom­nego czło­wieka, że nie­mal zle­wał się z tłem.

Oskar Ste­nvall nie­zbyt czę­sto ku­po­wał w Lars­sons Herr, ale po­nie­kąd cie­szył się, że ten bu­tik ist­nieje. Uwa­żał go za godną prze­ciw­wagę dla wszyst­kich gwar­nych, wiel­kich sie­ció­wek i bez­oso­bo­wych skle­pów in­ter­ne­to­wych. Od czasu do czasu za­glą­dał więc do Lars­sons Herr i ku­po­wał ja­kiś dro­biazg w dro­dze do pracy. Kiedy wcho­dził do środka, miał wra­że­nie, że prze­nosi się do in­nego świata, w inne czasy. Grube orien­talne dy­wany nie­mal w ca­ło­ści po­kry­wały skrzy­piący par­kiet. Wnę­trze było ciemne, ściany wy­ło­żono bo­aze­rią z ma­ho­niu z przy­mo­co­wa­nymi do niej, ele­gancko ob­ra­mo­wa­nymi pół­kami i wie­sza­kami na ubra­nia. Z tyłu po le­wej stro­nie znaj­do­wał się rząd pod­świe­tla­nych szkla­nych ga­blot z wy­eks­po­no­wa­nymi ko­szu­lami, kra­wa­tami, spin­kami do man­kie­tów i in­nymi ak­ce­so­riami. Tu i ów­dzie można było za­uwa­żyć przed­mioty, któ­rych nikt by się w tym miej­scu nie spo­dzie­wał, ta­kie jak wy­pchany jeż, ko­lo­rowa czapka mun­du­rowa z wiel­kimi pió­rami czy gi­gan­tyczna afry­kań­ska ma­ska wy­ko­nana z ko­ści i muszli. Z su­fitu zwi­sały duże mo­siężne ży­ran­dole, które rzu­cały cie­płe świa­tło przez klo­sze z ala­ba­stru.

Kiedy Oskar wszedł do sklepu, za­stał w nim je­dy­nie Kjella. Stał za ladą przy du­żej, za­byt­ko­wej, sza­rej me­ta­lo­wej ka­sie i przy­wi­tał go lek­kim ukło­nem.

- Ależ dzień do­bry! Wi­tam! Cóż za cu­do­wny, rześki, je­sienny dzień dzi­siaj mamy, nie­praw­daż? Co dla pana?

- Skar­pety - od­po­wie­dział Oskar.

Kjell do­sko­nale wie­dział, po co przy­szedł Ste­nvall. Za­wsze ku­po­wał to samo, nie mógł po­zwo­lić so­bie na nic wię­cej z cał­kiem eks­klu­zyw­nego asor­ty­mentu. Sprze­dawca szybko, ni­czym Lucky Luke wy­cią­ga­jący re­wol­wer, wy­ło­żył na ladę trzy pary czar­nych skar­pe­tek. W ele­gancki spo­sób uło­żył je w wa­chlarz na wy­po­le­ro­wa­nym szkle. Z unie­sio­nymi brwiami i nie­ru­cho­mym spoj­rze­niem prze­su­nął ręką w po­wie­trzu nad skar­pe­tami, jakby wy­ko­ny­wał ma­giczną sztuczkę. Mimo że cho­dziło o za­kup pary skar­pe­tek za je­dyne sześć­dzie­siąt pięć ko­ron, po­waga Kjella po­wo­do­wała, że Oskar czuł, jakby po­dej­mo­wał ważną ży­ciową de­cy­zję. W końcu ru­chem głowy wska­zał skar­pety w szare pa­ski i wy­jął port­fel z kie­szeni. Kjell sta­ran­nie owi­nął skar­petki bla­do­żółtą bi­bułką i wło­żył je do torby. Ma­giczna sztuczka do­bie­gła końca.

Oskar wy­szedł na ulicę i zmru­żył oczy, ośle­piony po­ran­nym słoń­cem. Za­trzy­mał się i zer­k­nął na wi­trynę, któ­rej głów­nymi ozdo­bami były duży, re­ali­styczny ob­raz olejny przed­sta­wia­jący lisa oraz ja­sny ma­ne­kin w twe­edo­wym gar­ni­tu­rze i skó­rza­nych ko­za­kach. Bu­tik praw­do­po­dob­nie znaj­do­wał się na skraju ban­kruc­twa i ten nie­wielki zysk, jaki przy­no­siła sprze­daż skar­pe­tek, ra­czej nie mógł go ura­to­wać, ale do­póki sklep ist­niał, Oskar wo­lał ku­po­wać skar­petki tam, a nie gdzie in­dziej. Szedł w kie­runku placu Stor­tor­get. Po dro­dze mi­nął oka­zały ce­glany bu­dy­nek, po czym skrę­cił w bramę i wy­szedł na znacz­nie skrom­niej­sze po­dwó­rze, gdzie mie­ściło się jego biuro. Do drzwi wej­ścio­wych, otwie­ra­ją­cych się bez­po­śred­nio na bru­ko­wany dzie­dzi­niec, pro­wa­dziły nie­wiel­kie ka­mienne schody. Dzie­siątki ty­sięcy bu­tów wy­dep­tały z bie­giem lat na trzech stop­niach gład­kie wgłę­bie­nia o jed­no­li­tej, je­dwa­bi­stej po­wierzchni. O po­ranku na po­dwó­rzu było ciemno i wil­gotno. Je­dy­nie w sło­neczne mie­siące pro­mie­nie do­cie­rały do bruku, na szczę­ście wła­śnie od tej strony, gdzie znaj­do­wało się wej­ście do biura Oskara. Cza­sami wy­cho­dził z fi­li­żanką kawy na schody, by ze­brać my­śli. Miał stam­tąd wi­dok przez bramę na ulicę i mógł ukrad­kiem ob­ser­wo­wać prze­chod­niów. Mało komu przy­cho­dziło do głowy, że domy przy ulicy mają z tyłu po­dwó­rza, które żyją wła­snym, za­mknię­tym dla in­nych, ży­ciem.

Tego ranka na po­dwó­rzu nie było ni­kogo, a słońce wciąż wi­siało ni­sko nad mia­stem. Po­wie­trze pach­niało mchem i wil­go­cią. Oskar miał wła­śnie wło­żyć klucz do zamka w drzwiach biura, gdy usły­szał wrza­ski do­cho­dzące z ulicy.

- Szybko, dzwoń­cie po ka­retkę! Wy­pa­dek!

Oskar wy­biegł przez bramę i sta­nął twa­rzą w twarz ze spo­co­nym męż­czy­zną w ka­mi­ze­lce. To był Kjell.

- Po­mocy! - krzyk­nął pi­skli­wie. - Po­móż­cie mi!

Oskar cof­nął się, nie wie­dząc, co się dzieje. Czy to na­pad?

- Co się stało? - za­py­tał, pró­bu­jąc uspo­koić sy­tu­ację.

- Zda­rzył się wy­pa­dek! Wy­pa­dek, prze­cież mó­wię! Niech pan po ko­goś za­dzwoni! Po­mocy!

- Do kogo mam za­dzwo­nić? Pa­nie Kjell, spo­koj­nie. Czy ktoś jest w nie­bez­pie­czeń­stwie?

- On jest ranny!

- Pro­szę się uspo­koić, ina­czej nie będę mógł po­móc, chyba pan ro­zu­mie?! - wark­nął Oskar, może tro­chę zbyt gło­śno. Za­uwa­żył, że udzie­liło mu się zde­ner­wo­wa­nie Kjella i pod­jął ko­lejną próbę uspo­ko­je­nia ze­stre­so­wa­nego męż­czy­zny: - Pa­nie Kjell? Pro­szę na mnie spoj­rzeć, no już... bez pa­niki. Pa­nie Kjell, pro­szę wziąć kilka głę­bo­kich wde­chów i po­wie­dzieć, co się stało.

- Pan Lars­son. Leży u sie­bie w biu­rze. Nie żyje!

Kjell pro­wa­dził Oskara przed sobą, aż we­szli do sklepu. Gdy drzwi się za nimi za­mknęły, za­pa­dła oso­bliwa ci­sza. W słabo oświe­tlo­nym po­miesz­cze­niu nie sły­chać było od­gło­sów z ze­wnątrz. Kjell szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzył sklep i mach­nął na Oskara, by po­szedł za nim. Prze­mknęli obok przy­mie­rzalni i wspięli się po scho­dach na pół­pię­tro, gdzie w głębi znaj­do­wały się duże, otwarte na oścież drzwi.

- Tu­taj! Tu jest! Szybko!

Oskar ostroż­nie wszedł do po­koju, tro­chę ze­stre­so­wany i prze­jęty tym, co za­raz miał zo­ba­czyć. Bał się nie­bez­pie­czeń­stwa. Ko­goś, kto mógłby go za­bić.

Za­trzy­mał się i omiótł wzro­kiem biuro, sto­jąc przy fra­mu­dze drzwi. Było za­ska­ku­jąco duże i urzą­dzone ni­czym sa­lon. Całą ścianę z jed­nej strony zaj­mo­wał ciemny re­gał z książ­kami, a pod wi­tra­żo­wym oknem za­sło­nię­tym dra­pe­riami stała zie­lona skó­rzana sofa w stylu Che­ster­field. Zza ogrom­nego ma­ho­nio­wego biurka sto­ją­cego po pra­wej wy­sta­wała para bu­tów z na­su­nię­tymi na nie ga­ma­szami. Oskar wziął głę­boki wdech i okrą­żył stół. I oto le­żał tam pan Lars­son, na ple­cach, nie­ru­chomo. Spod jego kor­pu­lent­nego ciała wy­pły­wała ogromna ka­łuża.

- On nie żyje! - pisz­czał Kjell. - Usły­sza­łem huk i kiedy przy­sze­dłem, on już tu le­żał!

Oskar stał onie­miały i nie wie­dział, co po­cząć. Moż­liwe, że to współ­czu­cie dla Kjella do­dało mu od­wagi. Pod­szedł do ciała i uklęk­nął przy sze­ro­kiej klatce pier­sio­wej Lars­sona.

- Pa­nie Lars­son! - krzyk­nął.

Po­lu­zo­wał cia­sno za­wią­zaną muszkę i przy­ło­żył ucho do ust męż­czy­zny. W tym sa­mym mo­men­cie usły­szał skrzyp­nię­cie przy jego karku. Tuż obok le­wego ko­lana Oskara wił się czarny wąż! Naj­wy­raź­niej był uwię­ziony pod cia­łem Lars­sona, wy­sta­wała spod niego tylko głowa i dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów śli­skiego ciała. Czy to wąż go za­bił? Skąd się wziął? Czy był ja­do­wity? Czy du­sił swoje ofiary? Oskar cof­nął się i na­tych­miast stra­cił rów­no­wagę. Za­bo­lała go ręka, gdy się na niej oparł, a kiedy ją pod­niósł, zo­ba­czył krew wy­pły­wa­jącą z dłu­giego roz­cię­cia na dłoni.

- O mój Boże, to Win­ston! - krzyk­nął Kjell.

- Win­ston?

- Wę­gorz na pod­ło­dze! Pan Lars­son mu­siał prze­wró­cić akwa­rium. Niech pan uważa! Wszę­dzie jest szkło!

Oskar wtedy zro­zu­miał, co się wy­da­rzyło. Lars­son upadł na duże akwa­rium, które praw­do­po­dob­nie stało na stole przy ścia­nie. Te­raz le­żał w ka­łuży wody po­śród odłam­ków szkła, by­strzy­ków neo­no­wych i wo­do­ro­stów. Ale czy był mar­twy? Z rany na dłoni Oskara na­dal pły­nęła krew. Po­cią­gnął za roz­wią­zaną muszkę Lars­sona, owi­nął ją so­bie wo­kół ręki i przy­ło­żył ucho do klatki pier­sio­wej wła­ści­ciela sklepu.

- Czy on żyje, czy on żyje? - jęk­nął Kjell sła­bym gło­sem.

- Ćśś, pro­szę być ci­cho, chcę usły­szeć, czy bije mu serce - po­wie­dział Oskar z iry­ta­cją. - Tak, my­ślę, że bije. Choć słabo.

Kjell roz­pro­mie­nił się nie­mal od razu i po­tarł dło­nie. Lekko ko­ły­sał się w miej­scu w przód i w tył, ale nie pod­szedł, żeby po­móc. Oskar na­słu­chi­wał da­lej, czy Lars­son od­dy­cha. Klatka pier­siowa męż­czy­zny się nie po­ru­szała, a z ust i nosa nie wy­do­by­wał się ża­den po­wiew. Pa­no­wała mar­twa ci­sza. Oskar ze­brał się na od­wagę. Po­zo­sta­wało tylko jedno. Od­chy­lił mu głowę i przy­ci­snął usta gdzieś pod jego sta­ran­nie na­wo­sko­wane białe wąsy.

Klatka pier­siowa Lars­sona unio­sła się po­woli i z tru­dem. Po­wie­trze, które wy­do­by­wało się z jego pół­otwar­tych ust, cuch­nęło. Oska­rowi zro­biło się tro­chę nie­do­brze. "A więc tak to jest ca­ło­wać się z osiem­dzie­się­cio­let­nim dzia­dem" - po­my­ślał. Było to do­świad­cze­nie, bez któ­rego zde­cy­do­wa­nie mógłby żyć. Czy to w ogóle coś dało? Ten czło­wiek w za­sa­dzie już nie żył.

- Niech go pan ra­tuje! Pro­szę! Ja się nie znam na ta­kich rze­czach, pro­szę spró­bo­wać!

Kjell był bli­ski łez i padł na ko­lana, trzy­ma­jąc obie ręce nad głową. Oskar mocno ści­snął prze­krwiony nos Lars­sona i znowu pod­jął próbę ra­tunku. Wdech i wy­dech. Krę­ciło mu się w gło­wie, czuł ogar­nia­jące go zde­ner­wo­wa­nie. Ile jesz­cze miał to ro­bić?

- Niech pan dzwoni po ka­retkę, pa­nie Kjell!

- Nie znam nu­meru, zmie­nili go kilka lat temu i...

- Sto dwa­na­ście! - prze­rwał mu Oskar, wy­rzu­ca­jąc słowa mię­dzy jed­nym wdmuch­nię­ciem a dru­gim. - I niech się pan po­spie­szy! Jego serce może się za­trzy­mać w każ­dej chwili.

- Sto dwa­na­ście. Czy to nie nu­mer na Ze­ga­rynkę?

- Dzwoń pan na sto dwa­na­ście, do cho­lery! - krzyk­nął Oskar. - On tu umrze, je­śli się pan nie po­spie­szy. I niech na­tych­miast wy­ślą ka­retkę.

Kjell po­wlókł się do te­le­fonu znaj­du­ją­cego się po dru­giej stro­nie biurka.

- Nie działa, ka­bel jest uszko­dzony.

- Pro­szę, moja ko­mórka. - Oskar rzu­cił te­le­fon Kjel­lowi.

Męż­czy­zna za­czy­nał dzia­łać mu na nerwy. Te­raz ro­zu­miał, dla­czego Lars­son by­wał wo­bec niego szorstki. Da­lej wdmu­chi­wał po­wie­trze do ust kie­row­nika sklepu. To za­da­nie przy­naj­mniej na chwilę opa­no­wało wzra­sta­jącą w nim pa­nikę. Na­gle z gar­dła Lars­sona wy­do­był się szmer. Oskar dmuch­nął po­now­nie. Kaszl­nię­cie, po­tem ko­lejne i ko­lejne. Z ust i nosa wła­ści­ciela bu­tiku wy­pły­nęła wod­ni­sta ciecz. Wresz­cie otwo­rzył oczy. Spoj­rzał na Oskara ba­daw­czym wzro­kiem. W ką­ciku ust bły­snęła mu złota rybka o po­ma­rań­czo­wym, nie­malże flu­ore­scen­cyj­nym ko­lo­rze.

- Pa­nie Lars­son, ze­mdlał pan - wy­ja­śnił Oskar zdzi­wiony, że nie zwró­cił się do sta­ruszka na "ty", mimo że przed chwilą łą­czyły ich, de­li­kat­nie mó­wiąc, in­tymne re­la­cje. Z dru­giej strony, nie znał jego imie­nia i tym bar­dziej po­wi­nien mu oka­zać ja­kąś formę uprzej­mo­ści, zwłasz­cza że ten star­szy pan do­piero co stra­cił przy­tom­ność.

- Ze­mdla­łem...? - mruk­nął Lars­son.

- Tak, za­sta­łem pana le­żą­cego tu­taj na ple­cach. Mam na imię Oskar i pra­cuję w biu­rze od po­dwó­rza za wa­szym skle­pem. Pan Kjell we­zwał mnie na po­moc. Jak się pan czuje?

- Jak ja się czuję? Fa­tal­nie! Nie ma tu żad­nego le­ka­rza?

- Ka­retka już je­dzie.

Wła­śnie po­mo­gli Lars­so­nowi wstać i dojść do sofy, kiedy przy­je­chało po­go­to­wie. Siadł w rogu, z wy­pro­sto­wa­nymi no­gami i pię­tami na pod­ło­dze - na­dal wy­cień­czony. Z no­ga­wek ka­pała mu woda z akwa­rium. Kjell pod­ło­żył pod niego całą masę ręcz­ni­ków, by ochro­nić sofę i dy­wan, na ile się dało.

- No do­brze, to co tu się wy­da­rzyło? - za­py­tał je­den z ra­tow­ni­ków me­dycz­nych i chwy­cił pro­wi­zo­rycz­nie owi­niętą rękę Oskara.

- Nie, nie, to nie o mnie cho­dzi, ta ręka to nic ta­kiego. Ten pan na so­fie ucier­piał znacz­nie bar­dziej - od­parł Oskar.

- Pan na so­fie na­zywa się Al­bin Lars­son i może mó­wić za sie­bie! - wy­krzyk­nął z obu­rze­niem sta­rzec. - Je­stem ofiarą ataku, a męż­czy­zna z bel­gij­ską je­dwabną mu­chą na ręce wła­śnie ura­to­wał mi ży­cie. Czego o was nie da się po­wie­dzieć. Co za­jęło wam tyle czasu?

- Przy­je­cha­li­śmy, kiedy tylko otrzy­ma­li­śmy zgło­sze­nie - wy­tłu­ma­czyła nieco prze­pra­sza­jąco star­sza ra­tow­niczka.

- Kiedy tylko otrzy­ma­li­ście zgło­sze­nie? Bar­dzo wam dzię­kuję. Przy­szli­ście tu pie­szo ze szpi­tala?

- By­li­śmy za­le­d­wie prze­cznicę stąd, na Stor­tor­get, nie trwało to wię­cej niż dwie, trzy mi­nuty - ode­zwał się nie­mal ura­żo­nym to­nem drugi sa­ni­ta­riusz, młody męż­czy­zna z ku­cy­kiem i w awia­tor­kach.

- Czy zda­je­cie so­bie sprawę, że czło­wiek może do­znać trwa­łego uszko­dze­nia mó­zgu, je­śli przez dwie, trzy mi­nuty bę­dzie po­zba­wiony tlenu? No i co te­raz zro­bi­cie? Gdzie po­li­cja?

- Po­li­cja? Nie było żad­nego zgło­sze­nia w tej spra­wie.

- Chyba nie ulega wąt­pli­wo­ści, że pa­dłem ofiarą usi­ło­wa­nia za­bój­stwa? A może my­śli­cie, że prze­sta­łem od­dy­chać i rzu­ci­łem się na akwa­rium tylko po to, żeby po­być w wa­szym to­wa­rzy­stwie?

Star­sza ra­tow­niczka przy­su­nęła so­bie krze­sło i usia­dła na­prze­ciw Lars­sona. Wy­glą­dała na opa­no­waną.

- Za­cznijmy od po­czątku. Mam na imię Gu­drun i je­stem pie­lę­gniarką ze spe­cja­li­za­cją w pie­lę­gniar­stwie ra­tun­ko­wym.

Wy­cią­gnęła rękę i przy­wi­tała się z Lars­so­nem, który tro­chę się wy­pro­sto­wał. Uniósł brodę i ski­nął głową, jakby wy­ra­żał zgodę, że może kon­ty­nu­ować.

- Jak do­kład­nie wy­glą­dała próba za­bój­stwa? Czy na­dal jest pan w nie­bez­pie­czeń­stwie? - do­py­ty­wała Gu­drun.

- Ktoś wło­żył pi­gułki z tru­ci­zną do po­jem­nika z le­kami, w któ­rym trzy­mam pro­gy­flex - oznaj­mił Lars­son pew­nym gło­sem.

- Pro­gy­flex to lek na aler­gię - do­dał ra­tow­nik me­dyczny w awia­tor­kach.

- Dzię­kuję, młody far­ma­ceuto. Wiem, co biorę i dla­czego - od­burk­nął Lars­son. - Nie prze­ry­waj mi. Kon­ty­nu­ując, wzią­łem dwie ta­bletki z po­jem­nika, który trzy­mam w szu­fla­dzie biurka. Po­sze­dłem do banku i od­wie­dzi­łem księ­go­wego, pana Holm­lunda. Pan Holm­lund za­wsze cuch­nie końmi, a ja je­stem na nie uczu­lony. Wró­ci­łem tu­taj, po­łkną­łem dwie ta­bletki i od razu po­czu­łem, że coś jest nie tak. Sma­ko­wały ina­czej niż zwy­kle i wkrótce po ich po­łknię­ciu mia­łem pro­blemy z od­dy­cha­niem. Po chwili mia­łem okropne za­wroty głowy i upa­dłem na plecy, o tam. -Lars­son wska­zał znie­kształ­co­nym, przy­po­mi­na­ją­cym mar­chewkę, pal­cem miej­sce, gdzie przed chwilą le­żał.

- Co stało się póź­niej? - za­py­tał ra­tow­nik w oku­la­rach, naj­wy­raź­niej pró­bu­jąc od­zy­skać god­ność.

- Skąd mam wie­dzieć, skoro stra­ci­łem przy­tom­ność? Kiedy się obu­dzi­łem, ten młody czło­wiek klę­czał obok mnie. Wła­śnie się do­wie­dzia­łem, że ro­bił mi sztuczne od­dy­cha­nie.

- Czy chciałby pan po­je­chać z nami do szpi­tala, że­by­śmy mo­gli pana zba­dać? - za­pro­po­no­wała Gu­drun.

- Dzię­kuję za tro­skę! Naj­pierw wo­lał­bym po­roz­ma­wiać z po­li­cją. Za­kła­dam, że zo­sta­nie­cie tu­taj, do­póki nie za­koń­czy się do­cho­dze­nie na miej­scu zbrodni?

- Je­śli czuje się pan na tyle do­brze, żeby za­cze­kać na po­li­cję, nie wi­dzę sensu, że­by­śmy tu z pa­nem zo­sta­wali. Może pan pod­je­chać do szpi­tala, jak po­li­cja skoń­czy swoją pracę. Mamy ko­lejne zgło­sze­nia - oznaj­miła Gu­drun, po czym wstała.

- Co ta­kiego? - Twarz Lars­sona szybko zmie­niła ko­lor z bla­do­bia­łego na czer­wony, zdra­dza­jąc jego głę­bo­kie wzbu­rze­nie. - Mó­wimy tu o za­ma­chu na moje ży­cie!

Oskar czuł się w obo­wiązku coś po­wie­dzieć, ale nie wie­dział co. Czy Lars­son rze­czy­wi­ście padł ofiarą usi­ło­wa­nia za­bój­stwa, czy może miał udar lub coś po­dob­nego, co przy­tra­fia się sta­rym lu­dziom? Tak czy ina­czej, wła­ści­ciel bu­tiku praw­do­po­dob­nie miał ra­cję, że na­leży go zba­dać, skoro do­piero co ze­mdlał. Sy­tu­acja była skom­pli­ko­wana. Oraz nieco nie­zręczna, jak to zwy­kle bywa, gdy lu­dzie są rosz­cze­niowi i przej­mują kon­trolę. Oskar od­wró­cił wzrok i od­su­nął się kilka kro­ków od zde­ner­wo­wa­nego sta­ruszka. Naj­chęt­niej po pro­stu by się po­że­gnał, wy­mknął i opu­ścił to miej­sce. Wie­dział, że i tak nic wię­cej w tę sprawę nie wnie­sie. A za skar­petki za­pła­cił już wcze­śniej.

- Niech pan mnie po­słu­cha, pa­nie Lars­son - stwier­dziła sta­now­czo Gu­drun. - Zróbmy tak: szybko pana zba­dam tu, na miej­scu, i wy­ślę ra­port do szpi­tala. Po­tem po­je­dziemy z ko­legą ra­to­wać ży­cie in­nym lu­dziom. Pan po­czeka na po­li­cję i po­może funk­cjo­na­riu­szom w tym waż­nym do­cho­dze­niu. Kiedy skoń­czą, we­zwie pan tak­sówkę i uda się na po­go­to­wie, a kiedy tam pan do­trze, po­woła się pan na mnie. Oto mój nu­mer, na wy­pa­dek gdyby coś po­szło nie tak.

Po­dała Lars­so­nowi świ­stek pa­pieru przy­po­mi­na­jący wi­zy­tówkę. Wziął go do ręki i na niego spoj­rzał.

- Do­brze! - po­wie­dział. - Bar­dzo do­brze!

Po­zo­stali w po­koju ode­tchnęli w ci­szy.

- Świet­nie, to je­ste­śmy umó­wieni - skwi­to­wała Gu­drun, po czym wy­cią­gnęła ste­to­skop z kie­szeni. - Czy byłby pan tak miły i usiadł na krze­śle oraz ro­ze­brał się do po­łowy? Po­zo­sta­łych mu­szę pro­sić o opusz­cze­nie po­koju - kon­ty­nu­owała, ki­wa­jąc głową w stronę Kjella i Oskara. - Dzię­kuję za do­tych­cza­sową po­moc. Ode­zwę się do pa­nów, je­śli będę miała wię­cej py­tań.

- Ser­decz­nie panu dzię­kuję za tak he­ro­iczny czyn - oświad­czył Kjell, gdy z ulgą opu­ścili biuro Lars­sona i we­szli do sklepu. - Je­stem te­raz tro­chę za­jęty. My­ślę, że mo­żemy po­roz­ma­wiać póź­niej, dziś albo ju­tro czy kiedy tam. Nie wia­domo, co to bę­dzie, kiedy zjawi się tu po­li­cja.

Kjell po­wę­dro­wał wzro­kiem wzdłuż wi­tryn skle­po­wych, jakby świat na ze­wnątrz mu za­gra­żał. I może rze­czy­wi­ście tak było. Kto wie, czy za­bójca nie stał wła­śnie te­raz przed skle­pem i go nie ob­ser­wo­wał. Oskar po­czuł się tro­chę nie­swojo na myśl o opusz­cze­niu bez­piecz­nej prze­strzeni i wyj­ściu na dwór. Zu­peł­nie jakby drzwi wej­ściowe były pro­giem do nie­zna­nego i nie­bez­piecz­nego świata, w któ­rym wszystko może się zda­rzyć.

- Czy oba­wia się pan ko­lej­nego ataku? - spy­tał Oskar, sły­sząc, jak dra­ma­tycz­nie to za­brzmiało.

- Po czę­ści tak, poza tym klienci pew­nie się za­sta­na­wiają, dla­czego sklep jest za­mknięty.

Naj­wy­raź­niej ist­niały dwa rów­no­rzędne za­gro­że­nia: to, że szef może paść ofiarą ko­lej­nej próby mor­der­stwa, oraz to, że klienci będą się za­sta­na­wiać, co się stało. Oskar mimo wszystko po­dzi­wiał jego etykę pracy.

- Za­dzwo­nił pan na po­li­cję?

- Nie... to zna­czy tak, ale nie mo­gli przy­je­chać od razu. Po­wie­dzieli, że przy­jadą tro­chę póź­niej.

- Czy po­in­for­mo­wał ich pan, że pan Lars­son po­dej­rzewa za­mach na swoje ży­cie?

- Nie, tak tego nie na­zwa­łem. - Kjell spoj­rzał przez okno, uni­ka­jąc wzroku Oskara.

- Co w ta­kim ra­zie im pan po­wie­dział?

- Cóż, chyba tylko tyle, że do­szło do ma­łego wy­padku i że wszystko jest w po­rządku. Nie chcia­łem, żeby krę­ciła się tu po­li­cja. Dla do­bra klien­tów. Ale bar­dzo, bar­dzo dzię­kuję za po­moc.

Oskar nie wie­dział, co my­śleć. Czy to rze­czy­wi­ście była próba mor­der­stwa? Po­że­gnał się i wy­szedł na Lilla Fi­ska­re­ga­tan. Po­wie­trze było świeże i chłodne, a uczu­cie dys­kom­fortu, które go przed chwilą ogar­nęło, po­woli ustę­po­wało. To wszystko wy­da­wało mu się jed­nak dość dziwne. Dla­czego Kjell nie chciał, żeby po­li­cja przy­je­chała? Oskar w za­my­śle­niu ru­szył w stronę bramy pro­wa­dzą­cej do jego biura. Nie li­cząc si­wego męż­czy­zny w żół­tych spodniach przy­glą­da­ją­cego się wi­try­nie skle­po­wej oraz grupki ro­ze­śmia­nych stu­den­tów sie­dzą­cych na ławce ka­wa­łek da­lej, ulica po­now­nie opu­sto­szała. Po po­ran­nym ru­chu nie było śladu. Do­piero w prze­rwie na lunch mia­sto znowu za­cznie tęt­nić ży­ciem, kiedy to głodni miesz­kańcy Lund uda­dzą się do róż­nych ma­łych re­stau­ra­cji.

Do­cho­dziła je­de­na­sta i był już naj­wyż­szy czas, żeby Oskar wró­cił do biura i tro­chę po­pra­co­wał. Po raz drugi tego dnia wszedł na to samo po­dwó­rze. Wszystko wy­glą­dało po­dob­nie, z wy­jąt­kiem tego, że ktoś sie­dział na schod­kach pro­wa­dzą­cych do drzwi wej­ścio­wych. Osoba, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie wi­dział.

Roz­dział 2

Mo­gło być ide­al­nie. Wy­glą­da­łoby to jak zwy­kły udar i żadna sek­cja zwłok nie wy­ka­za­łaby śla­dów tlenku wę­gla we krwi Lars­sona po fak­cie, po­nie­waż zwią­zek ten na­tu­ral­nie wy­stę­puje w or­ga­ni­zmie. Tego był pewny. Po pierw­sze, miał wy­star­cza­jącą wie­dzę z za­kresu bio­me­dy­cyny, by wy­ko­nać wła­sne ob­li­cze­nia, a po dru­gie, prze­szu­kał cały in­ter­net, nie znaj­du­jąc po­dob­nego przy­padku. "To dziwne - po­my­ślał - że nikt wcze­śniej nie otruł ni­kogo w ten spo­sób".

Po­mysł był pro­sty, a za­ra­zem ge­nialny. Wy­mie­nił za­war­tość po­jem­nika Lars­sona z ta­blet­kami na aler­gię, co oczy­wi­ście wy­ma­gało pew­nej od­wagi. Przy­mie­rzal­nie mie­ściły się wpraw­dzie tuż przy drzwiach do biura, gdzie stało biurko z pi­guł­kami, tyle że kie­row­nik sklepu, po­dob­nie jak jego pod­władny czę­sto krę­cili się w po­bliżu, chcąc mieć pew­ność, że klienci ni­czego nie po­trze­bują. Miał jed­nak szczę­ście i udało mu się za­kraść, gdy Kjell był za­jęty po­ma­ga­niem jed­nemu klien­towi w do­bo­rze kra­watu. Ta­bletki z tru­ci­zną miały taki sam kształt i roz­miar jak pi­gułki Lars­sona, ale za­wie­rały coś in­nego niż sub­stan­cje prze­ciw­hi­sta­mi­nowe. Z che­micz­nego punktu wi­dze­nia pod­mie­niony lek wy­wo­ły­wał pro­stą, lecz do­sko­nałą re­ak­cję: sub­stan­cja za­warta w ta­blet­kach roz­pusz­czała się w kon­tak­cie z kwa­sem żo­łąd­ko­wym i prze­kształ­cała się w tle­nek wę­gla na­tych­miast wchła­niany do krwi, po­nie­waż wią­zał się on z czer­wo­nymi krwin­kami dwie­ście pięć­dzie­siąt razy szyb­ciej niż tlen. Im wię­cej tlenku wę­gla we krwi, tym trud­niej­sze staje się roz­pro­wa­dza­nie tlenu w or­ga­ni­zmie. Bez tlenu czło­wiek umiera. Pro­ste i ge­nialne.

Gdyby nie to, że ten prze­klęty fa­cet z biura po­dróży wkro­czył do ak­cji i zwięk­szył po­ziom tlenu w krwio­biegu sta­ruszka za po­mocą sztucz­nego od­dy­cha­nia. Niech to szlag! Mógł oczy­wi­ście spró­bo­wać jesz­cze raz, ale ist­niała spora szansa, że stary bę­dzie miał się od tej pory na bacz­no­ści. Może mimo wszystko le­piej było zna­leźć nowy spo­sób, a je­śli sprawy po­to­czą się nie po jego my­śli, bę­dzie mu­siał wy­koń­czyć rów­nież go­ścia pro­wa­dzą­cego biuro po­dróży...

Roz­dział 3

Na scho­dach sie­działa dziew­czyna i wpa­try­wała się w te­le­fon ko­mór­kowy. Miała na oko kil­ka­na­ście lat, nieco bladą cerę i kasz­ta­nowe włosy ze­brane w ku­cyk. Ubrana była skrom­nie, ale schlud­nie: dżinsy i krótka kurtka na­rzu­cona na jed­no­ko­lo­rowy top. Oskar przy­sta­nął. Nie miał nic prze­ciwko lu­dziom sie­dzą­cym na scho­dach do jego biura, ale ja­kieś nie­okre­ślone i dość nie­przy­jemne uczu­cie ka­zało mu zwol­nić kroku. Wtedy so­bie przy­po­mniał. To była prak­ty­kantka, którą obie­cał przy­jąć na ja­kiś czas. Zo­stał o to po­pro­szony przez szkołę kilka mie­sięcy wcze­śniej i się zgo­dził, po­tem zaś cał­kiem o tym za­po­mniał. Oczy­wi­ście za­po­mniał też za­pla­no­wać kon­kretne za­da­nia dla tej bied­nej, en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wio­nej uczen­nicy. W ja­kim wieku od­by­wało się wła­ści­wie prak­tyki za­wo­dowe? Czy ona w ogóle po­tra­fiła wy­ko­ny­wać sen­sowną pracę?

- Halo, halo! - za­wo­łał dziar­sko Oskar. - Czy to ty... chcesz zro­bić u mnie prak­tyki w tym ty­go­dniu?

- Chyba tak - od­po­wie­działa dziew­czyna. - O ile to pan jest wła­ści­cie­lem In­de­pen­dent Tra­vel. - Szybko wstała, wło­żyła ko­mórkę do tyl­nej kie­szeni spodni i wy­cią­gnęła prawą rękę rów­nie za­ma­szy­stym ru­chem. - Mam na imię Hanna.

Spra­wiała wra­że­nie ener­gicz­nej i po­god­nej osoby. Miała mocny uścisk dłoni i gdy się wi­tali, pa­trzyła mu w oczy.

- Su­per, bar­dzo się cie­szę, Hanno! Ja mam na imię Oskar. Długo cze­ka­łaś?

- Go­dzinę. Już mia­łam stąd iść, ale nie bar­dzo wie­dzia­łam do­kąd. Miesz­kam w Ar­löv. Do Lund przy­je­cha­łam tylko na prak­tyki - mó­wiła szybko, nie­malże na jed­nym wy­de­chu. Wy­da­wało się, że ode­tchnęła z ulgą na wi­dok Oskara.

- Prze­pra­szam za spóź­nie­nie. Po dro­dze zda­rzył się wy­pa­dek. Po­sze­dłem tam, żeby po­móc, przy­je­chała ka­retka i w ogóle.

Oskar zda­wał so­bie sprawę, jak dziw­nie za­brzmiało to wy­ja­śnie­nie. W jed­nej chwili emo­cje zwią­zane z ca­łym zaj­ściem w skle­pie odzie­żo­wym do niego po­wró­ciły. Na­gle po­czuł lek­kie za­wroty głowy. Może to był ja­kie­goś ro­dzaju szok po­ura­zowy? Chwy­cił się ba­rierki, po czym usiadł na ka­mien­nych scho­dach, je­den sto­pień po­ni­żej Hanny.

- O Boże, to brzmi po­waż­nie. Nic panu nie jest?

Co miał po­wie­dzieć? Coś mu prze­cież było. Czuł się słaby i otę­piały. Ale mu­siał się za­jąć prak­ty­kantką i swoją pracą. Hanna prze­rwała jego roz­my­śla­nia:

- To pana biuro?

- A tak, ow­szem - od­po­wie­dział Oskar, na­wet nie pró­bu­jąc wsta­wać.

- Do­brze się pan czuje? Może wej­dziemy do środka, żeby pan od­po­czął? Na­pije się pan cze­goś i usią­dzie wy­god­niej?

- Tak, to chyba do­bry po­mysł - od­parł Oskar. Wy­cią­gnął pęk klu­czy i otwo­rzył drzwi do biura.

- Och!... - wy­krzyk­nęła Hanna, prze­cho­dząc przez wą­ski ko­ry­tarz. - Co za... eee... bo­hema!

Na­gle Oskar spoj­rzał na pa­nu­jący tu ba­ła­gan oczami ko­goś in­nego. Stosy pa­pie­rów i ksią­żek pię­trzyły się na sto­łach i pół­kach. Wszę­dzie stały brudne na­czy­nia i pu­ste bu­telki. Okna były nie­umyte, pod­łoga nie­od­ku­rzona. Biuro skła­dało się z jed­nego po­koju i pro­stej kuchni. Daw­niej była tu por­tier­nia, w cza­sach, kiedy lu­dzie mieli por­tie­rów. W po­koju znaj­do­wały się dwa wy­cho­dzące na po­dwó­rze okna, które wpusz­czały sporo świa­tła. Przy­naj­mniej w se­zo­nie let­nim, gdy słońce wscho­dziło po­nad da­chy, a szyby były świeżo wy­pu­co­wane. W nie­wiel­kiej, ale funk­cjo­nal­nej kuchni mie­ściły się mała ku­chenka ga­zowa, lo­dówka i mi­kro­fa­lówka. Naj­czę­ściej jed­nak Oskar ko­rzy­stał z czaj­nika elek­trycz­nego, za­równo do za­le­wa­nia nie­zli­czo­nej ilo­ści kawy, jak i do pod­grze­wa­nia wody na zupkę w proszku, którą czę­sto się ra­czył, gdy chciał za­spo­koić głód. Uwa­żał to za szcze­gól­nie przy­datne, kiedy gaz w bu­tli do ku­chenki się koń­czył - a działo się tak cią­gle, bo wy­miana na nową była kło­po­tliwa i kosz­towna. Lu­bił zupki w proszku i nie mógł wyjść z po­dziwu, jak to się dzieje, że można usu­szyć wszystko - gu­lasz, wa­rzywa czy ka­wałki owo­ców, zmie­lić na drobny pro­szek, a na­stęp­nie wy­star­czyło za­lać je odro­biną wody, żeby uzy­skać go­towy po­si­łek.

Oprócz po­koju i kuchni znaj­do­wała się tam nie­wielka ła­zienka z prysz­ni­cem, umy­walką i to­a­letą. Je­dy­nie to miej­sce utrzy­my­wał w czy­sto­ści. Brudna to­a­leta to zu­peł­nie co in­nego niż ba­ła­gan w biu­rze, a on, co jak co, ale o hi­gienę dbał.

- Było wła­ma­nie - skła­mał Oskar i wy­ko­nał za­ma­szy­sty gest po po­koju, jakby przed­sta­wiał miej­sce zbrodni. - Tak to wy­glą­dało, kiedy tu wczo­raj przy­sze­dłem. Wy­wró­cili wszystko do góry no­gami. Nie mia­łem jesz­cze czasu się tym za­jąć.

- To wcale nie jest za­bawne - stwier­dziła Hanna oschłym to­nem. - Jak można mieć w biu­rze coś ta­kiego?

Hanna była naj­wy­raź­niej by­strzej­sza, niż mu się wy­da­wało. Moż­liwe, że wła­my­wa­cze rze­czy­wi­ście nie tra­ci­liby czasu na ob­sy­py­wa­nie ku­rzem, bru­dze­nie okien i pi­cie prze­ter­mi­no­wa­nego o dwa mie­siące mleka z kar­to­nów, tylko za­ję­liby się szu­ka­niem cen­nych przed­mio­tów.

- Ostat­nio mia­łem sporo na gło­wie - tłu­ma­czył się Oskar. - Na­prawdę nie mia­łem czasu, żeby...

- Mhm, okej, ale gdzie ja niby mam sie­dzieć? - prze­rwała Hanna, wy­raź­nie nie­za­in­te­re­so­wana wy­ja­śnie­niami Oskara. Ro­zej­rzała się po po­miesz­cze­niu. Wzrok utkwiła na czymś w głębi biura, co Oskar zwykł na­zy­wać sto­łem kon­fe­ren­cyj­nym. Dawno nie od­było się przy nim żadne spo­tka­nie, ale ko­rzy­stał z niego, kiedy or­ga­ni­zo­wał więk­sze wy­cieczki i mu­siał roz­ło­żyć przed sobą mapy i inne rze­czy.

- Mogę usiąść przy du­żym stole, trzeba tylko zdjąć z niego te pa­piery i pu­dełka po pizzy.

- Świet­nie! - zgo­dził się z nią Oskar, zda­jąc so­bie sprawę z bez­ce­lo­wo­ści dal­szych prób wy­ja­śnie­nia ba­ła­ganu.

Wspól­nie za­brali się za sprzą­ta­nie ze stołu. Naj­bar­dziej cza­so­chłon­nym za­da­niem przy prze­glą­da­niu wszyst­kich pa­pie­rów, a jed­no­cze­śnie tym, które po­wo­do­wało, że stosy ro­sły, było pod­ję­cie de­cy­zji, co na­leży wy­rzu­cić, a co za­cho­wać. Oskar czę­sto czuł sen­ty­ment do róż­nych pa­mią­tek. Stara bro­szura, le­żąca tam od dłu­giego czasu, przy­po­mi­nała mu o mi­nio­nych prze­ży­ciach i uwa­żał, że faj­nie było ją za­cho­wać. W za­sa­dzie pra­wie wszystko, co le­żało tam wy­star­cza­jąco długo, faj­nie było za­cho­wać, bo sta­wało się pa­miątką. Nowy ra­chu­nek za tak­sówkę zy­ski­wał na atrak­cyj­no­ści do­piero po pię­ciu, sze­ściu la­tach, kiedy to sta­wał się do­ku­men­tem z kon­kret­nego okresu przy­wra­ca­ją­cym uczu­cie, które to­wa­rzy­szy czło­wie­kowi pod­czas jazdy tak­sówką w dro­dze w kon­kretne miej­sce.

- Czy nie le­piej wsa­dzić to wszystko do se­gre­ga­tora? Czy nie tak się robi w biu­rze? Prze­cho­wuje rze­czy w se­gre­ga­to­rach?

Cho­lera, jaka ta Hanna była iry­tu­jąca i jakże miała ra­cję! Oskar ro­zej­rzał się po za­gra­co­nym biu­rze. Po­czuł, jak brud i ba­ła­gan go przy­tła­czają i spy­chają do kąta, bez­rad­nego, bez szans na opór i bez moż­li­wo­ści ucieczki. In­stynk­tow­nie czuł, że po­wi­nien stam­tąd wyjść. Wy­star­czyło otwo­rzyć drzwi i zna­la­złby się na dwo­rze. Tylko jak by to wy­glą­dało? Pa­trzył, jak dziew­czyna nie­stru­dze­nie sor­tuje ulotki i pa­piery, i układa je w stosy na stole. Gor­li­wie i spraw­nie. Może uda­łoby mu się na­mó­wić ją na lunch w mie­ście, żeby mo­gli na chwilę od­po­cząć od ba­ła­ganu w biu­rze?

- Wy­rzu­cam wszyst­kie bro­szury, które wy­glą­dają na star­sze niż trzy lata - po­wie­działa Hanna i na chwilę ode­rwała od nich wzrok.

- Tak, to chyba do­bry po­mysł.

- Chyba? Co pan?! Czy ktoś jesz­cze używa bro­szur w dzi­siej­szych cza­sach? Do czego w ogóle są panu po­trzebne?

Hanna wy­da­wała się nie­mal wście­kła i Oskar po­sta­no­wił nie od­po­wia­dać. Żadna od­po­wiedź nie by­łaby do­bra. Czuł je­dy­nie wstyd. Ale wi­dział też ma­leńki pro­myk na­dziei, że mógł to być po­czą­tek zmiany. Może Hannę ze­słali mu bo­go­wie, żeby ogar­nął swoje ży­cie? Może dzięki niej prze­sta­nie cier­pieć na bez­sen­ność? Hanna prze­rwała jego roz­my­śla­nia, kiedy rzu­ciła z hu­kiem pa­piery na biurko.

- Pa­nie Oska­rze, na­prawdę nie wiem, czy po­win­nam to mó­wić, ale może le­piej, je­śli się pan do­wie od razu. Miesz­kam z mamą, która pije. Nie miała sta­łej pracy, od kiedy skoń­czy­łam trzy lata. Mam ro­dzeń­stwo, ale każde z nas ma in­nego ojca. Kiedy skoń­czę prak­tyki u pana, od razu lecę do mo­jej praw­dzi­wej pracy w chłodni. To tam do­staję pie­nią­dze, dzięki któ­rym stać mnie na ko­mórkę i w miarę po­rządne i czy­ste ubra­nia. Cza­sami mu­szę po­móc ma­mie w opła­ce­niu czyn­szu lub ku­pić pie­lu­chy dla młod­szego brata. Od­kąd pa­mię­tam, ście­ra­łam rzygi z pod­łogi w kuchni, zbie­ra­łam pety z ka­napy i zmy­wa­łam na­czy­nia, pra­łam pra­wie co­dzien­nie. Nie za­mie­rzam zaj­mo­wać się pa­nem i pań­skim gów­nem. Prze­pra­szam, ale te­raz wyjdę i wrócę ju­tro. Je­śli na­dal bę­dzie tu taki baj­zel, znowu stąd wyjdę.

Ru­szyła w stronę ko­ry­ta­rza i za­trzy­mała się przy otwar­tych drzwiach wyj­ścio­wych.

- Sorry! - To ostat­nie, co usły­szał Oskar, po­tem już jej nie było.

Usiadł na pod­ło­kiet­niku je­dy­nego fo­tela w biu­rze. Boże, co za dzień! Naj­pierw in­cy­dent z Lars­so­nem, a po­tem... No tak, co tu się wła­śnie wy­da­rzyło? W uszach mu dzwo­niło, nie po­tra­fił uło­żyć w lo­giczną ca­łość tego, co przed chwilą do­świad­czył. Po­trze­bo­wał cze­goś moc­nego, ale obrzy­dzała go myśl o wy­pi­ciu piwa, zwłasz­cza po tym, co usły­szał o ma­mie Hanny. Może w ta­kim ra­zie so­bie za­pali? Miał chyba ja­kieś stare pa­pie­rosy po noc­nej grze w po­kera ze­szłej wio­sny. W końcu zna­lazł w jed­nej z szu­flad biurka zmiętą paczkę pod pu­stym pu­deł­kiem po cze­ko­lad­kach z Pol­ski. Wy­szedł na ze­wnątrz i usiadł na scho­dach.

Dym ze zwie­trza­łego, sta­rego, moc­nego pa­pie­rosa marki Prince po­woli się nad nim uno­sił w zim­nym po­wie­trzu. Oskar po­dą­żał wzro­kiem za ob­łocz­kami, pra­wie jakby me­dy­to­wał. Nie mógł się jed­nak w pełni zre­lak­so­wać. Wstyd po spo­tka­niu z Hanną obu­dził w nim po­czu­cie bez­na­dziei, które w nim nie­kiedy wzbie­rało. Prze­świad­cze­nie, że do ni­czego wię­cej w ży­ciu nie doj­dzie - że wiecz­nie bę­dzie trwać w tej nędz­nej eg­zy­sten­cji. Za­cią­gnął się głę­boko pa­pie­ro­sem i pró­bo­wał prze­go­nić przy­gnę­bia­jące my­śli. Kiedy w jego ży­ciu wszystko za­częło się chrza­nić? Daw­niej przy­naj­mniej nie był taki sa­motny. To wraz ze wspól­niczką Evą za­ło­żyli biuro po­dróży. Głów­nie w ra­mach roz­rywki, w cza­sie kiedy stu­dio­wali na uni­wer­sy­te­cie, ona et­no­lo­gię, on hi­sto­rię. Biuro po­dróży miało za­pew­nić im nie­wielki do­dat­kowy do­chód obok sty­pen­diów na­uko­wych, ale przede wszyst­kim chcieli mieć szansę na dar­mowe po­dró­żo­wa­nie w eks­cy­tu­jące miej­sca, jako pi­loci wy­cie­czek, które by sami or­ga­ni­zo­wali. Ich po­mysł na biz­nes po­le­gał na przy­go­to­wa­niu ofert wa­ka­cyj­nych, ale krył się za tym pe­wien pod­stęp - były to wy­cieczki do miejsc, do któ­rych by nie po­je­chali, gdyby nie to, że opła­cali je klienci biura. Wy­da­wało im się to ge­nialne, kiedy dzie­sięć lat wcze­śniej sprze­dali pierw­szą zor­ga­ni­zo­waną wy­cieczkę: "Czar­no­byl i Igna­lina, po­dróż au­to­ka­rem po kra­in­ach du­chów".

Oskar i Eva spo­dzie­wali się, że wy­ciecz­ko­wi­cze rów­nież uznają zwie­dza­nie sta­rych wschod­nio­eu­ro­pej­skich elek­trowni ją­dro­wych za eks­cy­tu­jące i nieco sza­lone. Szybko zdali so­bie jed­nak sprawę, jak bar­dzo się my­lili. Wśród tych kil­ku­na­stu osób, które z nimi po­je­chały, byli głów­nie męż­czyźni wielce za­in­te­re­so­wani tech­no­lo­gią ogniw pa­li­wo­wych, współ­czyn­ni­kami re­ak­tyw­no­ści prze­strzeni pa­ro­wych oraz wskaź­ni­kami in­for­mu­ją­cymi o sta­nie kry­tycz­no­ści re­ak­tora. Je­dyny wy­ją­tek sta­no­wiły dwie ba­daczki zaj­mu­jące się teo­rią ewo­lu­cji, które z pa­sją przy­glą­dały się flo­rze i fau­nie w za­ka­za­nej stre­fie wo­kół Czar­no­byla.

Wy­cieczka wcale nie na­le­żała do przy­jem­nych. Grupa kwe­stio­no­wała kom­pe­ten­cje Oskara i Evy jako prze­wod­ni­ków, co nie po­winno dzi­wić, jako że opie­rali swoją wie­dzę na skryp­cie, który stwo­rzyli w dwa dni na pod­sta­wie in­for­ma­cji ze­bra­nych z in­ter­netu, głów­nie z Wi­ki­pe­dii. Jakby tego było mało, jedna z ba­da­czek teo­rii ewo­lu­cji, Agneta, zgu­biła się i znik­nęła na trzy dni w czar­no­byl­skim le­sie, po czym zo­stała zna­le­ziona przez rol­nika na obrze­żach mia­sta Pry­peć. Na­stroje się­gnęły dna, gdy je­den z po­dróż­ni­ków, za­in­te­re­so­wany tech­no­lo­gią elek­trowni ją­dro­wych Rune z Tec­ko­ma­torpu, utknął w ukra­iń­skim urzę­dzie cel­nym ze sta­rym, za­rdze­wia­łym i ra­dio­ak­tyw­nym re­flek­to­rem w wa­lizce.

Przez dwa dni Oskar prze­ko­ny­wał grupę wy­ciecz­ko­wi­czów, że ich je­dyną na­dzieją jest ze­bra­nie na tyle du­żej sumy, by prze­ku­pić cel­ni­ków i uwol­nić Ru­nego z aresztu. Cie­szyli się, że w ogóle udało im się wró­cić do Szwe­cji, pięć dni póź­niej, niż pla­no­wali. Wy­da­wało się, że wy­cieczka okaże się tego ro­dzaju do­świad­cze­niem, z któ­rego będą się śmiać w przy­szło­ści, kiedy na­biorą dy­stansu. Ow­szem, po­czu­cie dy­stansu w końcu się po­ja­wiło. Jed­nak ni­komu do śmie­chu nie było, na­wet te­raz, dzie­sięć lat póź­niej.

Dla­tego, kiedy two­rzyli ko­lejną wa­ka­cyjną ofertę, wszystko do­brze prze­my­śleli. Za­miast wy­brać in­te­re­su­jące miej­sce do­ce­lowe, naj­pierw zde­cy­do­wali, jaki typ po­dróż­nych chcieli przy­cią­gnąć. Wy­cieczka nu­mer dwa zo­stała na­zwana: "Sta­ruszki na Goa, ko­lo­rowy ty­dzień sta­rych hi­pi­sów w In­diach".

Kiedy jako pierw­sza na wy­cieczkę za­pi­sała się Agneta, ba­daczka teo­rii ewo­lu­cji z wy­prawy do Czar­no­byla, byli nieco za­sko­czeni. Po­zo­sta­łych chęt­nych na po­dróż do In­dii zu­peł­nie nie znali: para za­ko­cha­nych w ich wieku oraz grupka uro­dzo­nych w la­tach czter­dzie­stych no­stal­gicz­nych sta­rusz­ków, któ­rzy ża­ło­wali, że nie mieli na tyle od­wagi, by po­je­chać na Goa w la­tach sześć­dzie­sią­tych, bę­dąc mło­dymi hi­pi­sami. Grupa na­zwała się "Karma Kal­mar" i prze­wo­dził jej Leffe, en­tu­zja­styczny sprze­dawca ubez­pie­czeń z Olan­dii, z długą szyją i słabo za­ry­so­wa­nym pod­bród­kiem. Wszyst­kie rze­czy miał za­wi­nięte w to­bo­łek i na od­prawę przy­je­chał w san­da­łach, choć przed lot­ni­skiem w Ka­strup za­le­gała pół­me­trowa war­stwa śniegu.

Pod wie­loma wzglę­dami po­dróż była udana, ale wią­zała się dla Oskara i Evy z mnó­stwem do­dat­ko­wej pracy. Lu­dzie z grupy "Karma Kal­mar" byli mło­dzi wy­łącz­nie du­chem i już pierw­szego dnia Leffe zła­mał oboj­czyk pod­czas se­sji jogi i tra­fił do szpi­tala. Wkrótce do­łą­czyła do niego reszta sta­rusz­ków, któ­rzy ciężko za­cho­ro­wali na grypę żo­łąd­kową po warsz­ta­tach ku­li­nar­nych z lo­kal­nym sze­fem kuchni w Va­ga­tor.

Zo­stali za­tem tylko Eva i Oskar, ba­daczka Agneta i za­ko­chana para. Ci ostatni na­to­miast byli znacz­nie bar­dziej za­in­te­re­so­wani sobą na­wza­jem niż tym, co działo się poza ich bun­ga­lo­wem. Mimo to po­zo­stała trójka spę­dziła ra­zem kilka na­prawdę mi­łych dni, do czasu, kiedy to Agneta i Eva tak się po­lu­biły, że co­raz czę­ściej wo­lały spę­dzać czas tylko we dwie, ku wiel­kiemu roz­cza­ro­wa­niu Oskara. Eva za­wsze mu się po­do­bała, ale ni­gdy nie zdo­był się na ża­den pod­ryw. Te­raz miał wra­że­nie, że drzwi do jej się serca za­trza­snęły. Dla­tego spę­dzał czas na od­wie­dza­niu człon­ków grupy "Karma Kal­mar", któ­rzy po­woli wra­cali do zdro­wia. Ostat­niego wie­czoru wszy­scy po­dró­żu­jący po­now­nie się spo­tkali i god­nie za­koń­czyli wspólną przy­godę zupą z so­cze­wicy, let­nim pi­wem i praw­dziwą im­prezą w pełni księ­życa na plaży An­juna.

Cho­ciaż po­dróż na Goa nie wy­koń­czyła ich w taki sam spo­sób jak upiorna wy­cieczka po Czar­no­bylu, Oskar i Eva czuli zmę­cze­nie cią­głym zma­ga­niem się z pro­ble­mami mię­dzy sobą. Po­sta­no­wili od sie­bie od­po­cząć. Oskar za­jął się sprze­dażą ofert wa­ka­cyj­nych w bar­dziej oczy­wi­ste miej­sca. Tak oczy­wi­ste, że w za­sa­dzie sam nie mu­siał to­wa­rzy­szyć gru­pom wy­ciecz­ko­wi­czów. Ogra­ni­czał się do re­zer­wo­wa­nia ho­teli i przy­go­to­wy­wa­nia krót­kiej li­sty ze wska­zów­kami dla swo­ich klien­tów.

Ni­gdy tak na­prawdę nie miał ja­snego celu w ży­ciu. Miał bez­tro­skie i bez­pieczne dzie­ciń­stwo w get­cie aka­de­mic­kim, jak na­zy­wano dziel­nicę dom­ków sze­re­go­wych na obrze­żach Lund. Bez spe­cjal­nych wy­ma­gań czy trud­nych prze­szkód do po­ko­na­nia i z ra­czej nie­ja­snymi ocze­ki­wa­niami ze strony ro­dzi­ców. Pod­jął stu­dia na uni­wer­sy­te­cie tylko dla­tego, że tak ro­bili wszy­scy, któ­rych znał, a nie dla­tego, że miał ja­kiś cel. Stu­dia hi­sto­ryczne wy­da­wały mu się faj­nym po­my­słem, poza tym trzeba było się czymś za­jąć po ukoń­cze­niu szkoły śred­niej. W ostat­nich la­tach czuł się co­raz bar­dziej za­gu­biony, a fakt, że kilku przy­ja­ciół, a w końcu na­wet jego młod­szy brat, uzy­skali dy­plomy, nie po­ma­gał. Na­dal na­zy­wał sie­bie stu­den­tem, choć jego mo­ty­wa­cja do na­uki ma­lała, a kiedy sty­pen­dium stu­denc­kie prze­stało co mie­siąc wpły­wać na konto, stał się cał­ko­wi­cie za­leżny od do­cho­dów z biura po­dróży, by za­pła­cić za je­dze­nie i czynsz. Eva na­to­miast roz­po­częła stu­dia po­dy­plo­mowe, za­in­spi­ro­wana przez Agnetę, z którą za­miesz­kała. Po wie­czo­rze spę­dzo­nym przy czer­wo­nym wi­nie u nich w miesz­ka­niu Oskar zro­zu­miał to, w co wcze­śniej nie chciał wie­rzyć: skoń­czyła z biu­rem po­dróży i z nim. Chciała, by po­zo­stali przy­ja­ciółmi, i po­sta­no­wiła, że skupi się na pracy dok­tor­skiej do­ty­czą­cej na­tu­ral­nych tech­nik bar­wie­nia sto­so­wa­nych przez Ber­be­rów. Oraz na Agne­cie.

Na­dal spo­ty­kali się od czasu do czasu, głów­nie w ga­rażu, ra­zem z in­nymi, przy­pad­kowo po­zna­nymi ludźmi. Ga­ra­żem na­zy­wali starą sto­dołę za mia­stem, którą wy­na­jęli do grze­ba­nia przy sa­mo­cho­dach. Oboje mieli swoje za­byt­kowe auta: Eva dość znisz­czo­nego opla ka­detta z lat sześć­dzie­sią­tych, a Oskar - vo­lvo PV z ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego dzie­wią­tego roku. Na­to­miast żadne z nich nie znało się ani na sa­mo­cho­dach, ani na sil­ni­kach, ale faj­nie było raz na ja­kiś czas zmie­nić oto­cze­nie i po­być ludźmi in­nego typu. Dla Oskara był to przede wszyst­kim spo­sób na pod­trzy­ma­nie re­la­cji z Evą, poza tym w sercu tliła mu się słaba iskierka na­dziei, że pew­nego dnia uda mu się ją po­de­rwać.

Po kilku ko­lej­nych se­me­strach nie­wiel­kich suk­ce­sów aka­de­mic­kich do­tarło do Oskara, że praw­do­po­dob­nie ni­gdy nie zo­sta­nie hi­sto­ry­kiem. Dla­tego też wło­żył wię­cej ener­gii w biuro po­dróży. Wy­na­jął mały lo­kal na Lilla Fi­ska­re­ga­tan i cze­kał, aż biz­nes się roz­kręci i bę­dzie go stać na po­rządne biuro, z du­żymi oknami od strony ulicy oraz na pra­cow­ni­ków, któ­rzy za­ję­liby się ru­ty­no­wymi obo­wiąz­kami. Wciąż miał na­dzieję, że to się wy­da­rzy, choć mi­nęło dzie­więć lat. Na­dal pro­wa­dził jed­no­oso­bową dzia­łal­ność go­spo­dar­czą. Nie­chęt­nie po­go­dził się z sa­mot­no­ścią, ale był cał­kiem za­do­wo­lony z by­cia przed­się­biorcą. Zdany sam na sie­bie, mógł za­rzą­dzać in­te­re­sem, jak mu się po­do­bało. Kon­takt z klien­tami od­by­wał się przez in­ter­net, z wy­jąt­kiem kilku star­szych czy trud­niej­szych osób, które od czasu do czasu kon­tak­to­wały się z nim te­le­fo­nicz­nie.

Nie miał zbyt du­żych wy­dat­ków, ani je­śli cho­dzi o biuro, ani o utrzy­ma­nie domu. Po śmierci babci odzie­dzi­czył wraz z bra­tem małe dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie na Tul­l­ga­tan. Obaj stu­dio­wali wtedy na Uni­wer­sy­te­cie w Lund i przez ja­kiś czas byli współ­lo­ka­to­rami. Dzie­le­nie mię­dzy sobą sześć­dzie­się­ciu me­trów kwa­dra­to­wych nie obyło się bez kon­flik­tów. Brat po­trze­bo­wał spo­koju na na­ukę, co nie do końca szło w pa­rze z za­mi­ło­wa­niem Oskara do spo­tkań to­wa­rzy­skich i im­prez. Być może to wła­śnie przez tę nie­zgod­ność cha­rak­te­rów brat po­sta­no­wił do­koń­czyć stu­dia na uni­wer­sy­te­cie w Mo­na­chium. Po­tem zna­lazł pracę w Niem­czech i osta­tecz­nie się wy­pro­wa­dził. Oskar mu­siał wpraw­dzie od tam­tej pory pła­cić dwa razy wię­cej za miesz­ka­nie, ale czynsz w do­brze za­rzą­dza­nej sta­rej spół­dzielni miesz­ka­nio­wej był ni­ski. Całe szczę­ście brat nie do­ma­gał się swo­jej czę­ści pie­nię­dzy za miesz­ka­nie. Dawno już skoń­czył stu­dia, lecz na­dal miesz­kał w Niem­czech i pra­co­wał w branży be­to­niar­skiej, i naj­wy­raź­niej do­brze mu się po­wo­dziło. Oskar wi­dział na jego pro­filu na Fa­ce­bo­oku, że cho­dzi do pracy pod kra­wa­tem i jeź­dzi ma­łym, śmiesz­nym spor­to­wym bmw, ale nie był za­zdro­sny o brata. Miał swoje ży­cie, a przy­naj­mniej tak so­bie wma­wiał. Nie­wąt­pli­wie jed­nak coś go gry­zło. Sin­giel, trzy­dzie­ści cztery lata na karku, bez kon­kret­nych ce­lów w ży­ciu poza jed­nym: żeby się nie wy­si­lać. To wszystko od­biło się na jego po­czu­ciu wła­snej war­to­ści. By­wało, że w gor­szych okre­sach nie mógł zmru­żyć oka, aż do rana. W za­sa­dzie wie­dział, co na­leży zro­bić, by oży­wić biz­nes i swoje ży­cie: nieco wzmoc­nić dzia­ła­nia mar­ke­tin­gowe, za­ło­żyć pro­fil firmy na Fa­ce­bo­oku, na­wią­zać współ­pracę z dzien­ni­ka­rzami tu­ry­stycz­nymi i dzięki temu uzy­skać dar­mową re­klamę. Poza tym po­wi­nien po­znać ko­goś, z kim mógłby dzie­lić ży­cie. Co­raz wię­cej jego przy­ja­ciół za­kła­dało ro­dziny, zaś krąg bez­tro­skich, spra­gnio­nych im­prez ko­le­gów się za­wę­żał. Może po­wi­nien opra­co­wać stra­te­gię rów­nież w tej kwe­stii?

Pa­pie­ros się skoń­czył i Oskar wró­cił do punktu wyj­ścia: pięt­na­sto­let­nia dziew­czyna z Ar­löv zbesz­tała go z góry na dół i w za­sa­dzie uwa­żała go za le­ni­wego, nie­wdzięcz­nego nie­chluja. Nie na­zwała go wpraw­dzie do­kład­nie tymi sło­wami, ale i tak było to okropne. Zwłasz­cza że miała ra­cję. Po­czuł, że coś w nim za­częło się tlić. Może to był sy­gnał. Tym ra­zem na­prawdę weź­mie się w garść. Po­każe Han­nie z Ar­löv, że ist­nieją do­ro­śli, któ­rym można za­ufać. Roz­pie­rała go duma ze swo­jej de­ter­mi­na­cji i kiedy so­bie wy­obra­ził, jaką minę zrobi Hanna, kiedy zjawi się tu na­stęp­nego dnia, jego twarz roz­ja­śnił uśmiech.

Roz­dział 4

Hanna była wście­kła. Co za fa­cet! Po­wie­dział, że chce prak­ty­kantkę, a w biu­rze jakby wy­bu­chła ja­kaś pie­przona bomba. Miała na­dzieję, że po­zna coś no­wego, do­wie się wię­cej o eks­cy­tu­ją­cej branży tu­ry­stycz­nej i li­czyła, cał­kiem na­iw­nie, z czego do­piero te­raz zdała so­bie sprawę, że może na­wet bę­dzie miała oka­zję po­je­chać na ja­kąś wy­cieczkę jako swego ro­dzaju asy­stentka. Mo­głaby to być na­wet po­dróż au­to­ka­rem do Göte­borga. Przede wszyst­kim jed­nak ma­rzyła, żeby przy­je­chać do Lund. Od mie­sięcy mę­czyła do­radcę aka­de­mic­kiego, żeby po­mógł jej zna­leźć miej­sce do od­by­cia prak­tyk poza Ar­löv. Do­radca praw­do­po­dob­nie zro­bił, co w jego mocy, ale naj­wy­raź­niej nie tra­fił na nic lep­szego niż to wy­sy­pi­sko śmieci w po­dwó­rzu przy Lilla Fi­ska­re­ga­tan. Niech to szlag.

Usia­dła na jed­nej z wielu ła­wek na placu Stor­tor­get i po­grą­żyła się w my­ślach. Wiał zimny wiatr, pod­cią­gnęła za­mek kurtki pod samą brodę, żeby nie za­mar­z­nąć. Co ma te­raz zro­bić? Za­dzwo­nić do do­radcy i po­wie­dzieć mu, że zre­zy­gno­wała z prak­tyk po dzie­się­ciu mi­nu­tach? Wy­jęła te­le­fon, ale prze­rwał jej pisk zu­ży­tych kloc­ków ha­mul­co­wych.

- Hanna! Co ty tu ro­bisz? - Dziew­czyna z cie­nio­wa­nymi blond wło­sami i w dłu­gim czar­nym płasz­czu na­gle sta­nęła obok niej, sie­dząc okra­kiem na sta­rej, za­rdze­wia­łej damce.

- Moa!

- Prze­pro­wa­dzi­łaś się do Lund?

- Chcia­ła­bym. Nie, na­dal miesz­kam w pie­przo­nym Ar­löv. Przy­je­cha­łam tu tylko na prak­tyki.

- Ale su­per! Gdzie?

- W biu­rze po­dróży.

- Wow, też bym chciała.

Moa była je­dyną osobą w Lund, którą Hanna znała. Po­znały się trzy lata wcze­śniej, pod­czas tur­nieju piłki noż­nej. Kilka ty­go­dni po me­czu Moa za­pro­siła Hannę i parę in­nych pił­ka­rek na im­prezę do sie­bie do domu w Lund. Hanna czuła się tam jak w in­nym świe­cie. Moa miesz­kała w du­żej willi w Nil­storp, wszystko było tam prze­piękne. W jed­nym z po­koi znaj­do­wały się tylko re­gały z książ­kami, wszę­dzie wi­siały piękne ob­razy, był tam też for­te­pian, a na nim stały świece. Ro­dzice Moi byli po­godni i za­bawni, po­czę­sto­wali ich na­po­jami i cia­stem w ogro­dzie, a wie­czo­rem każdy, kto chciał, mógł zo­stać na noc i prze­no­co­wać w piw­nicy. Wła­śnie wtedy, w ciem­no­ści, le­żąc na ma­te­racu wśród dzie­się­ciu chi­cho­czą­cych dziew­cząt, Hanna po raz pierw­szy zdała so­bie sprawę, jak po­twor­nie okropne miała ży­cie.

- Na­dal grasz w piłkę? - za­py­tała za­cie­ka­wiona Moa.

- Nie, mia­łam kon­tu­zję ścię­gna Achil­lesa, a po­tem już do tego nie wró­ci­łam.

Prawda była taka, że opła­ce­nie tre­nin­gów prze­kra­czało moż­li­wo­ści fi­nan­sowe mamy Hanny. W za­sa­dzie ni­gdy nie mu­siała za nie pła­cić, po­nie­waż ro­biła to opieka so­cjalna. Kiedy jed­nak zmie­nili za­sady i nie pła­cili już bez­po­śred­nio klu­bowi pił­kar­skiemu, tylko ma­mie, ozna­czało to ko­niec tre­nin­gów pił­kar­skich dla Hanny. Pie­nią­dze szły na inne cele. Hanna do­brze wie­działa na co.

- Ja też już nie tre­nuje. Te­raz gram głów­nie w te­nisa. Bar­dziej mi się po­doba. Słu­chaj, mu­szę le­cieć, jadę do szkoły. Wra­cam z cen­trum, wy­sko­czy­łam z kum­plami na kawę w cza­sie okienka. Może się kie­dyś spik­niemy? Na­pisz do mnie na­stęp­nym ra­zem, jak przy­je­dziesz do Lund i bę­dziesz się nu­dzić, to coś wy­my­ślimy!

- Pew­nie, su­per!

Uści­snęły się szybko i Moa od­je­chała na roz­kle­ko­ta­nym ro­we­rze. Hanna śle­dziła ją wzro­kiem, do­póki ko­le­żanka nie znik­nęła za ro­giem przy ra­tu­szu na Bo­tul­fs­ga­tan.

Co miała te­raz zro­bić? Nie chciała wra­cać do domu, do Ar­löv, które znaj­do­wało się rap­tem dzie­sięć mi­nut drogi po­cią­giem, jed­nak nie­skoń­cze­nie da­leko pod każ­dym in­nym wzglę­dem. Ar­löv, ta wio­cha za­bita de­chami, nie­gdyś dy­na­micz­nie roz­wi­ja­jący się ośro­dek prze­my­słowy w cie­niu Malmö i Lund, te­raz znowu była dziurą, gdzie za­my­kano fa­bryki, a pro­blemy spo­łeczne ro­sły. Po­zo­stało tam je­dy­nie opu­sto­szałe cen­trum han­dlowe, pięć knajp z ke­ba­bem, kilka sta­rych willi i za­nie­dbana dziel­nica blo­ków wy­bu­do­wa­nych na prze­ło­mie lat sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych w ra­mach rzą­do­wego pro­gramu "mi­lion". Po­ciąg kur­su­jący mię­dzy Malmö a Lund wpraw­dzie na­dal za­trzy­my­wał się w Ar­löv, ale lu­dzie, któ­rzy tam do­ra­stali, w więk­szo­ści nie pla­no­wali tam zo­sta­wać. Hanna też do nich na­le­żała. Zło­żyła po­da­nie do szkoły śred­niej w Lund i pla­no­wała wy­pro­wa­dzić się z domu, gdy tylko osią­gnie peł­no­let­ność. Tak miało być. I gdyby nie Si­mon, plan wy­da­wał się cał­kiem re­ali­styczny.

Han­nie zro­biło się zimno. Zmar­zła i zgłod­niała. Wstała z ławki i ru­szyła przez plac w stronę sklepu Wil­lys. Mu­siała czymś się za­jąć przez resztę po­po­łu­dnia. Przejść się po skle­pach, może po­zwo­lić so­bie na wy­pi­cie kawy w ka­wiarni. Za­czy­nała pracę w Cold­sto­res o pią­tej, więc nie miała zbyt wiele czasu. Nie wie­działa, jak bę­dzie wy­glą­dał na­stępny dzień. Może po­winna mimo wszystko dać temu Oska­rowi drugą szansę?

Roz­dział 5

Oskar, oba­wia­jąc się, że ener­gia, którą po­czuł po wi­zy­cie Hanny, za­raz go opu­ści, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem wy­szedł z biura na ulicę. Za­mie­rzał upo­rząd­ko­wać chaos, który to­wa­rzy­szył mu od dzie­wię­ciu lat. Ni­czym ar­che­olog chciał się prze­ko­pać się przez war­stwy kul­tu­rowe sta­rych bi­le­tów, po­twier­dzeń za­mó­wień i sta­rych ka­na­pek z se­rem. Pla­no­wał przej­rzeć wszystko. W skle­pie pa­pier­ni­czym, ka­wa­łek da­lej po dru­giej stro­nie ulicy, ku­pił se­gre­ga­tory, prze­kładki, ety­kiety, małe po­jem­niki na dro­bia­zgi i dwa­dzie­ścia kar­to­nów do prze­pro­wadzki. Miał na­dzieję, że mu to wy­star­czy. Na ko­niec zde­cy­do­wał się na trzy rolki czar­nych pla­sti­ko­wych wor­ków. Mu­siał na­wet wy­po­ży­czyć wó­zek trans­por­towy, żeby póź­niej prze­wieźć wy­peł­nione kar­tony do ma­ga­zynu w piw­nicy.

Po po­wro­cie do biura przy­stą­pił do sor­to­wa­nia, ra­do­śnie po­gwiz­du­jąc pod no­sem. "Za­cho­waj", "Wy­rzuć", "Ar­chi­wi­zuj". "Za­cho­waj" to rze­czy, któ­rych po­trze­bo­wał w biu­rze. "Wy­rzuć" to śmieci, a "Ar­chi­wi­zuj" to coś o tak wiel­kiej war­to­ści ze względu na swą wy­jąt­ko­wość lub sen­ty­ment, że bez­względ­nie na­le­żało to za­cho­wać dla po­tom­nych.

Mniej wię­cej pół go­dziny póź­niej zro­bił prze­rwę, żeby oce­nić re­zul­tat, tro­chę jak ar­ty­sta, który cofa się o krok od szta­lugi, by po­pa­trzeć na swoje dzieło. Wiele udało mu się zro­bić. Zwol­nił co naj­mniej dwa me­try kwa­dra­towe na pod­ło­dze, li­kwi­du­jąc stosy i worki, po­nadto opróż­nił po­łowę stołu kon­fe­ren­cyj­nego. Hanna mo­gła te­raz bez pro­blemu przy nim usiąść i pra­co­wać. Przed nim stały trzy pu­dła wy­peł­nione po brzegi rze­czami do ar­chi­wi­za­cji, pół worka ze śmie­ciami i sto­sik z tym, czego po­trze­bo­wał na bie­żąco - chciał to do­kład­niej przej­rzeć in­nym ra­zem. Te­raz naj­bar­dziej za­le­żało mu na tym, żeby to wszystko stam­tąd usu­nąć, dla­tego jak naj­szyb­ciej chciał wy­nieść kar­tony do piw­nicy. Przez chwilę za­sta­na­wiał się, co na­pi­sać na pu­deł­kach, by wie­dzieć, co za­wie­rają, kiedy bę­dzie ich po­trze­bo­wał. Na­pi­sał fla­ma­strem "RÓŻ­NO­ŚCI" na wszyst­kich trzech pu­deł­kach. Do­brze się z tym czuł.

Wy­niósł pu­dła na po­dwó­rze i uło­żył je na wózku. Na szczę­ście w bu­dynku znaj­do­wała się winda do piw­nicy. Drzwi windy wy­cho­dziły na po­dwó­rze i można je było otwo­rzyć za po­mocą kodu. Oskar sta­nął przy nich z wóz­kiem, na­ci­snął przy­cisk i cze­kał. Kjell ze sklepu odzie­żo­wego wła­śnie wy­cho­dził przez bramę na ulicę. Oskar pa­trzył pod słońce, ale roz­po­znał jego chudą syl­we­tkę. Przy­po­mi­nał mu po­stać z ja­kie­goś wschod­nio­eu­ro­pej­skiego te­atru ku­kieł­ko­wego, który po­ka­zy­wano w te­le­wi­zji, kiedy był dziec­kiem. Kjell niósł coś po­dłuż­nego, ale Oskar nie mógł do­strzec co. Może jam­nika, a może nie­mowlę? Znik­nął za drzwiami w bra­mie, po czym nie­mal na­tych­miast po­ja­wił się znowu, tyle że z pu­stymi rę­kami. Tym ra­zem skie­ro­wał się pro­sto na po­dwó­rze, gdzie Oskar wciąż cze­kał na windę.

- O, wi­tam - przy­wi­tał się we­soło Kjell. - Czyżby za­ła­twiał pan tu biz­nesy? - Gdyby był mniej uprzejmą osobą, po­wie­działby: Co pan tu, u dia­ska, robi? Ale Kjell był uprzejmy. Bar­dzo uprzejmy.

- Wy­naj­muję tu lo­kal, to ja je­stem wła­ści­cie­lem biura po­dróży - od­parł Oskar.

- Ach tak? To tu jest biuro po­dróży? Nie mia­łem po­ję­cia - zdzi­wił się Kjell. - Wie­lo­krot­nie spo­ty­ka­li­śmy się prze­cież przy la­dzie w skle­pie, ale ni­gdy w in­nym miej­scu w bu­dynku pana Lars­sona.

- Pana Lars­sona? - spy­tał za­sko­czony Oskar.

- Pan Lars­son, mój szef, któ­rego pan po­znał dziś rano, jest wła­ści­cie­lem tej nie­ru­cho­mo­ści. My­śla­łem, że wszy­scy to wie­dzą - stwier­dził Kjell, uno­sząc pod­bró­dek z miną wy­ra­ża­jącą za­sko­cze­nie i lekką urazę.

- Ja nie wie­dzia­łem - wy­znał szcze­rze Oskar. - Jak on się czuje? Czy miał pan z nim kon­takt od przy­jazdu ka­retki? Czy wraca do zdro­wia?

- Tak, dzię­kuję za tro­skę - rzekł Kjell i od­chrząk­nął, ro­biąc te­atralną prze­rwę przed przej­ściem do po­waż­nego i nieco bar­dziej uro­czy­stego te­matu roz­mowy. - Pan Lars­son czuje się do­brze - kon­ty­nu­ował. - Roz­ma­wia­łem z nim przez te­le­fon nie­całą go­dzinę temu. Po­zo­sta­nie w szpi­talu na ob­ser­wa­cji przez noc, ale naj­praw­do­po­dob­niej ju­tro go wy­pi­szą.

- Do­brze to sły­szeć - za­zna­czył Oskar.

- Mhm. Na­dal jest zda­nia, że to był za­mach na jego ży­cie - do­dał Kjell i ob­ni­żył za­równo głos, jak i brwi. - Próba mor­der­stwa. Jest bar­dzo wdzięczny, że się pan po­ja­wił i ura­to­wał mu ży­cie.

Kjel­lowi lekko za­drżała dolna warga. "Coś mi się tu nie zga­dza" - po­my­ślał Oskar. Co do­kład­nie, trudno mu jed­nak było okre­ślić. Czy ktoś na­prawdę pró­bo­wał za­mor­do­wać Lars­sona? A je­śli tak, to dla­czego? Czy ist­niało za­gro­że­nie dla sklepu? I czy Kjell był w to w ja­ki­kol­wiek spo­sób za­mie­szany?

- Czy ktoś się kon­tak­to­wał z po­li­cją?

- Tak, tak, chwilę po pań­skim wyj­ściu nasz bu­tik od­wie­dziło dwóch po­li­cjan­tów. Pan i pani. Je­den z funk­cjo­na­riu­szy na­zy­wał się chyba Knuts­son.

- Czy zna­leźli ja­kieś ślady?

- To nie moja sprawa. Pan Lars­son od­był z nimi krót­kie spo­tka­nie w biu­rze. Nie chcia­łem im prze­szka­dzać.

Kjell ucie­kał wzro­kiem i było ja­sne, że chce zmie­nić te­mat. Oskar usi­ło­wał za­dać do­dat­kowe py­ta­nie, ale skle­pi­karz kon­ty­nu­ował:

- Jak już mó­wi­łem, pan Lars­son jest panu bar­dzo wdzięczny i po­pro­sił mnie, że­bym pana od­szu­kał. Nie mia­łem po­ję­cia, że to bę­dzie ta­kie pro­ste, że spo­tkam pana tu, na po­dwó­rzu. Nie znam na­wet pań­skiego peł­nego imie­nia.

- Na­zy­wam się Oskar Ste­nvall. Pro­szę prze­ka­zać panu Lars­so­nowi naj­lep­sze ży­cze­nia szyb­kiego po­wrotu do zdro­wia. - Oskar sta­rał się do­sto­so­wać spo­sób mó­wie­nia do stylu wy­po­wie­dzi Kjella.

- Dzię­kuję, oczy­wi­ście mu to prze­każę. Pro­szę chwilę za­cze­kać! - po­pro­sił Kjell, uno­sząc pa­lec wska­zu­jący. Wró­cił do bramy i wszedł przez drzwi po le­wej stro­nie. Po­ja­wił się z po­wro­tem rów­nie szybko, jak znik­nął. W rę­kach trzy­mał zwie­rzę, dłu­go­wło­sego, wy­pcha­nego bor­suka o in­ten­syw­nym spoj­rze­niu, sta­ran­nie przy­mo­co­wa­nego do po­dłuż­nej de­ski z ciem­nego drewna. Po­dał go Oska­rowi.

- Pan Lars­son mnie po­pro­sił, abym wrę­czył panu ten oto po­da­ru­nek, w ten spo­sób chciałby wy­ra­zić naj­szczer­sze po­dzię­ko­wa­nia. W rze­czy sa­mej, ura­to­wał mu pan ży­cie - oznaj­mił Kjell, znów nieco drżą­cym gło­sem, po czym uro­czy­stym ge­stem wy­cią­gnął rękę ze zwie­rzę­ciem z wy­łu­pia­stymi oczami.

Oskar się cof­nął. Czy to żart? Praw­do­po­dob­nie nie. Ukło­nił się nieco sztywno i wziął od Kjella wy­pchane zwie­rzę. Wa­żyło za­ska­ku­jąco dużo.

- Och, nie trzeba było! Jest na­prawdę im­po­nu­jący!

"Co za dziwny pre­zent - po­my­ślał. - Pew­nie wy­lą­duje w ko­lej­nym pu­dle z na­pi­sem -"RÓŻ­NO­SĆI"".

- Nie­wiele o nim wiem, poza tym, że kie­dyś na­le­żał do Bi­smarcka. Jest bar­dzo stary i prze­trwał jako je­dyny z trzech zna­nych eg­zem­pla­rzy - oświad­czył Kjell ni­czym eks­pert z pro­gramu te­le­wi­zyj­nego An­ti­ques Ro­ad­show. Po­zo­stałe dwa znik­nęły praw­do­po­dob­nie już pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej.

- Bi­smarcka?! - wy­krzyk­nął Oskar. - Ma pan na my­śli Ot­tona von Bi­smarcka, kanc­le­rza Nie­miec?

- Nie in­nego - od­parł Kjell. - O ile mnie pa­mięć nie myli, pan Lars­son cho­dził do tego sa­mego przed­szkola, co wnuki Bi­smarcka. Mogę się my­lić, ale w każ­dym ra­zie byli do­brymi przy­ja­ciółmi i czę­sto ra­zem po­lo­wali.

W gło­wie żywo za­in­te­re­so­wa­nego hi­sto­rią Oskara do­szło nie­mal do zwar­cia. Po­my­śleć tylko - toż to nie­mal żywe stwo­rze­nie na­le­żące do po­tomka jed­nego z naj­waż­niej­szych po­staci współ­cze­snej Eu­ropy! Za­parło mu dech w pier­siach. Uwa­żał to za bez wąt­pie­nia naj­wspa­nial­szy pre­zent, jaki kie­dy­kol­wiek do­stał. Gdy trzy­mał w rę­kach to oka­załe zwie­rzę, czuł się, jakby był czę­ścią hi­sto­rii, jakby do­świad­czał prze­szło­ści w te­raź­niej­szo­ści. Wy­dało mu się to po­rów­ny­walne z wsa­dze­niem ręki do ka­mi­ze­lki Na­po­le­ona, tań­cze­niem foks­trota z Matą Hari lub gra­niem w te­nisa sto­ło­wego z Mao Ze­don­giem.

- Na­wet pan so­bie nie wy­ob­raża, ile ten po­da­ru­nek dla mnie zna­czy - wy­znał Oskar. Coś prze­cież mu­siał po­wie­dzieć. Był to rze­czy­wi­ście dziwny i dość nie­zwy­kły pre­zent. Po­chy­lił się, by uści­skać Kjella, ale bor­suk im prze­szko­dził, co skle­pi­karz bar­dzo do­ce­nił.

- Jesz­cze jedna sprawa - do­dał Kjell. - Pan Lars­son pra­gnie za­pro­sić pana do domu na ko­la­cję. Już w ten pią­tek, o ile panu to pa­suje. Pro­sił, że­bym prze­ka­zał, że obo­wią­zuje strój do­wolny, ale my­ślę, że je­śli zjawi się pan w ciem­nym gar­ni­tu­rze, zo­sta­nie to bar­dzo do­brze przy­jęte. W końcu cho­dzi tu o kwe­stię ży­cia i śmierci. O jego ży­cie. Które pan, pa­nie Ste­nvall, oca­lił.

- Oskar. Wy­star­czy Oskar, bez na­zwi­ska.

- Dzię­kuję Oska­rze, jak za­wsze miło było pana spo­tkać. Te­raz mu­szę wra­cać do sklepu. Ko­la­cja od­bę­dzie się w pią­tek o dzie­więt­na­stej pod ad­re­sem Cle­men­stor­get nu­mer dwa.

Oskar ostroż­nie po­sta­wił bor­suka na fo­telu w biu­rze. Przy­glą­dał mu się przez chwilę. Cóż za oka­załe zwie­rzę! Za­mknął drzwi i pod­eks­cy­to­wany zbiegł po ka­mien­nych schod­kach z po­wro­tem do windy i kar­to­nów, które w końcu tra­fiły do piw­nicy, gdzie w prze­ci­wień­stwie do za­gra­co­nego biura było zu­peł­nie pu­sto. Wkrótce miało się to zmie­nić, czuł to. Los mu sprzy­jał. Trzy pu­dła w piw­nicy, a ko­lejne w dro­dze. I wspa­niały bor­suk w pre­zen­cie. Co za dzień!

Po po­wro­cie do biura wziął bor­suka w ręce i roz­siadł się wy­god­nie w fo­telu. Mu­siał dać od­po­cząć oczom przez kilka mi­nut przed dal­szym sor­to­wa­niem.

Cztery go­dziny póź­niej Oskara obu­dziło jego wła­sne chra­pa­nie. Wy­tarł strużkę śliny z pod­bródka i cmok­nął. Bor­suk zsu­nął mu się z ko­lan. Le­żał na grzbie­cie na pod­ło­dze i się w niego wpa­try­wał. W biu­rze pa­no­wał pra­wie cał­ko­wity mrok. Je­dy­nym źró­dłem świa­tła była sto­jąca na po­dwó­rzu sa­motna la­tar­nia, która rzu­cała na po­miesz­cze­nie nie­bie­sko­białą po­światę. Przez za­bru­dzone szyby punkt świa­tła przy­po­mi­nał me­duzę swo­bod­nie uno­szącą się po­środku okna, zu­peł­nie, jakby to było akwa­rium. Oskar uwa­żał to za coś pięk­nego, ale jed­no­cze­śnie wpra­wiało go w me­lan­cho­lijny na­strój i czuł, że za­raz znowu za­śnie.

Nie pierw­szy raz usnął w fo­telu. Wie­czo­rami, kiedy pra­co­wał do późna lub w dni, kiedy po pro­stu się nu­dził i miał ochotę na drzemkę, koń­czył w nim co­raz czę­ściej. Się­gnął do włącz­nika na ścia­nie. Kiedy blask wi­szą­cej na su­fi­cie, po­żół­kłej lampy z pa­pieru ry­żo­wego za­lał za­ba­ła­ga­niony po­kój, Oskar się roz­bu­dził. "Cho­lera! Mia­łem sprzą­tać!". Wy­da­rze­nia z po­ranka prze­bie­gły mu przed oczami i po­czuł lek­kie ko­ła­ta­nie serca. Je­śli nie li­czyć trzech kar­to­nów, które przy­tar­gał do piw­nicy, biuro było w rów­nie opła­ka­nym sta­nie jak przed­tem. Stary, żółty ze­gar ścienny z logo Lu­fthansy wła­śnie wy­bił drugą czter­dzie­ści dwie. Wła­ści­wie mógłby so­bie od­pu­ścić sprzą­ta­nie w tej chwili i za­jąć się ba­ła­ga­nem od rana. Gdyby wstał wcze­śniej, uda­łoby mu się uprząt­nąć więk­szość, za­nim zjawi się Hanna. Mógłby pójść te­raz do domu i mieć co naj­mniej do­bre cztery go­dziny snu. Pod­szedł do biurka, by za­mknąć kom­pu­ter i wziąć klu­cze oraz te­le­fon ko­mór­kowy.

W tym mo­men­cie ci­szę prze­rwał we­soły dzwo­nek te­le­fonu. Oskar wziął ko­mórkę z biurka i spoj­rzał na wy­świe­tlacz. Eva? O tej po­rze?

- Hej, tu Oskar - ode­brał, si­ląc się na opa­no­wany ton, jakby za­kła­dał, że ktoś w trud­nej sy­tu­acji tego od niego ocze­ki­wał. Tego, że jest pewny sie­bie i spo­kojny, ale go­towy do na­tych­mia­sto­wego dzia­ła­nia.

- He­eej Oskar, tu Eva!

Eva wcale nie była w opa­łach, i nie tylko dys­ko­te­kowa mu­zyka w tle na to wska­zy­wała. Do­brze ją znał i już po jej prze­cią­głym po­wi­ta­niu się zo­rien­to­wał, że roz­ma­wia z we­sołą i lekko wsta­wioną Evą w im­pre­zo­wym na­stroju.

- O, jak su­uuper, że dzwo­nisz. - Oskar chciał, żeby my­ślała, że jest w do­brym na­stroju, ale jed­no­cze­śnie tłu­mił ziew­nię­cie.

- Chodź tu! - krzy­czała Eva śpiew­nym gło­sem. - Roz­krę­ciła się u nas z Agnetą im­preza na spon­ta­nie. No chodź!

- Przy­kro mi, ju­tro rano mam ważne spo­tka­nie - od­parł Oskar, bo wie­dział, jak świet­nie jest przyjść zmę­czo­nym i zu­peł­nie trzeź­wym na im­prezę pełną we­so­łych im­pre­zo­wi­czów o trze­ciej nad ra­nem.

Wie­dział też, że po­wi­nien się jak naj­szyb­ciej roz­łą­czyć. Kiedy Eva była w ta­kim na­stroju, szybko za­czy­nała coś w ro­dzaju mo­no­logu i nie dało jej się prze­rwać.

- Evo, po­roz­ma­wiajmy ju­tro. Może zjemy ra­zem lunch?

Nie­stety nie zdą­żył. Eva już go nie słu­chała.

- Cho­lera, Oskar, wiesz, kto jest u nas na im­pre­zie? Dziew­czyna, która pra­cuje w "Va­ga­bond"! Ko­ja­rzysz? Ten ma­ga­zyn po­dróż­ni­czy! Ma na imię Aicha. Za­je­bi­sta. Po­wie­dzia­łam jej, że masz biuro po­dróży z su­per­anc­kimi, nie­ty­po­wymi wy­ciecz­kami do Czar­no­byla i ta­kie tam. Aicha! Chodź! Roz­ma­wiam z Oska­rem. Prze­łą­czę na gło­śnik. Sły­szysz nas?

- Sły­szę. - Oskar usi­ło­wał wy­krze­sać z sie­bie odro­binę opty­mi­zmu, by ukryć fru­stra­cję wy­wo­łaną całą sy­tu­acją.

- To ty je­steś Oskar od tego wy­pa­sio­nego biura po­dróży? - Przy­naj­mniej ta Aicha naj­wy­raź­niej była mniej pi­jana niż Eva.

- To ja - od­parł Oskar. - Czy ta­kie znowu wy­pa­sione, to nie wiem, ale...

- Kur­czę, wła­śnie cze­goś ta­kiego szu­kam do re­por­tażu, nad któ­rym pra­cuję. Po­wiedz mi w skró­cie, jaką sza­loną po­dróż te­raz or­ga­ni­zu­jesz?

Co miał od­po­wie­dzieć? Eva nie wie­działa, o czym mówi. Sza­lone po­dróże... Od dawna nie miał w ofer­cie eks­cy­tu­ją­cych wy­cie­czek.

- Hm, czy ja wiem, chyba nie mam aku­rat nic spe­cjal­nego w ofer­cie - pró­bo­wał się wy­krę­cić Oskar. Miał prze­czu­cie, że Aicha nie za­re­aguje zbyt en­tu­zja­stycz­nie na to, co wła­śnie opra­co­wy­wał: "Bo­żo­na­ro­dze­niowy do­bro­stan w Am­ster­da­mie", week­en­dowa wy­cieczka do Ho­lan­dii dla sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­lat­ków.

- Daj spo­kój, na pewno masz coś od­jaz­do­wego - mę­czyła go da­lej Aicha. - Może wpadnę do cie­bie ju­tro i po­ga­damy? By­łoby za­je­bi­ście. Eva opo­wie­działa mi o wa­szych wszyst­kich sza­lo­nych przy­go­dach. Zaj­rzę do cie­bie po lun­chu, co ty na to?

No i nie udało mu się wy­krę­cić, mu­siał to przed sobą przy­znać. Gdzieś z tyłu głowy prze­mknęła mu myśl, że to szansa, któ­rej nie mógł prze­ga­pić. Może to spo­sób na dar­mową re­klamę dla jego biura po­dróży?

- Okej, ju­tro o dru­giej po po­łu­dniu, ulica Lilla Fi­ska­re­ga­tan cztery, w po­dwó­rzu. Kod do wej­ścia to rok bi­twy pod Mjölby.

- Czy mo­żesz po­wtó­rzyć kod? Strasz­nie tu gło­śno - za­py­tała Aicha, nieco bar­dziej spię­tym gło­sem.

- Bi­twa pod Mjölby - po­wtó­rzył en­tu­zja­stycz­nie Oskar. - Czyli ty­siąc pięć­set czter­dzie­sty trzeci. Wiesz, o którą cho­dzi? Po­wsta­nie Nilsa Dacke!

- Hm, co?

- Je­den, pięć, cztery, trzy.

- Okej, dzięki! - krzyk­nęła Aicha. - Słu­chaj, Oskar, my­ślę, że po­ga­damy wię­cej, jak się spo­tkamy. Tu­taj jest istne sza­leń­stwo! Trzy­maj się i do zo­ba­cze­nia ju­tro o dru­giej!

Czy to była wła­śnie ta szansa, na którą cze­kał? Ar­ty­kuł w "Va­ga­bond" mógł przy­cią­gnąć jego wy­ma­rzo­nych klien­tów, lu­dzi szu­ka­ją­cych wy­jąt­ko­wych wra­żeń, a nie stan­dar­do­wych zor­ga­ni­zo­wa­nych wy­cie­czek ob­jaz­do­wych. Jed­no­cze­śnie miał świa­do­mość, że musi zwięk­szyć am­bi­cje w za­kre­sie sprzą­ta­nia. Ro­zej­rzał się po ster­tach nie­po­sor­to­wa­nych pa­pie­rów. Te­raz nie cho­dziło już tylko o to, by prze­ko­nać Hannę do od­by­cia u niego prak­tyk, ale rów­nież o stwo­rze­nie at­mos­fery, która mo­głaby za­im­po­no­wać dzien­ni­karce z ma­ga­zynu po­dróż­ni­czego. Może po­wi­nien za­cząć od wy­sta­wie­nia ja­kichś faj­nych ga­dże­tów tu i ów­dzie? Bor­suk już za­jął cen­tralne miej­sce jako ozdoba na biurku. Mógłby też po­wie­sić zdję­cia czy inne ob­razki na ścia­nach. Za re­ga­łem miał chyba mapę Li­twy zwi­niętą w ru­lon. Tylko co miał zro­bić z kwe­stią sza­lo­nych ofert po­dróży? Przede wszyst­kim mu­siał wy­my­ślić co naj­mniej trzy świetne pro­gramy, które niby udało mu się sprze­dać. W tej sy­tu­acji nie było mowy o pój­ściu spać. Na­le­żało dzia­łać od razu, a miał mało czasu, żeby zdą­żyć ze wszyst­kim przed świ­tem.

Pa­pie­ros - naj­pierw mu­siał za­pa­lić pa­pie­rosa.

W paczce zo­stały jesz­cze trzy stare czer­wone Prince'y. Wziął jed­nego. Pa­pie­ros był tak su­chy, że przy wyj­mo­wa­niu z paczki wy­sy­pała się z niego po­łowa ty­to­niu i gdy Oskar go przy­pa­lił, bi­buła za­jęła się ogniem. Oskar usiadł na scho­dach i wy­dmuch­nął dym w ciem­ność. Za­po­wia­dała się mroźna zima. Nie­czę­sto w Lund zda­rzało się kilka stopni po­ni­żej zera już w li­sto­pa­dzie. Prze­ni­kliwy chłód tro­chę go oży­wił, męż­czy­zna po­czuł, że wra­cają mu siły. Otwo­rzył drzwi do biura, w mo­men­cie gdy stary ze­gar Lu­fthansy wy­bił trze­cią w nocy. Za­trzy­mał się w pół kroku. Stwier­dził, że z ni­czym się nie wy­robi, o ile nie prze­my­śli do­kład­nie ca­łego pro­cesu.

Wziął głę­boki wdech i uzgod­nił sam ze sobą nowy, uprosz­czony plan sprzą­ta­nia, lep­szy i bar­dziej lo­giczny od po­przed­niego. Nowy plan za­kła­dał sor­to­wa­nie na dwie ka­te­go­rie. Pierw­sza z nich - worki na śmieci - wrzu­cał do nich wszyst­kie oczy­wi­ste śmieci, ta­kie jak pu­dełka po pizzy, skórki od ba­na­nów i zwię­dłe ro­śliny do­nicz­kowe, ale także szkło, na­czy­nia i po­zo­stałe przy­bory ku­chenne. Mógł za­wsze ku­pić nowe w Ikei za kil­ka­set ko­ron. Drugą ka­te­go­rią były pu­dła do prze­pro­wadzki - w nich umiesz­czał całą resztę.

O pią­tej nad ra­nem zniósł ostat­nie pu­dła do piw­nicy, która już pra­wie się za­peł­niła. Wy­ko­rzy­stał wszyst­kie dwa­dzie­ścia kar­to­nów. Obok ko­szy na śmieci stało dzie­sięć wor­ków peł­nych od­pad­ków, nie­umy­tych przy­bo­rów ku­chen­nych i in­nych ru­pieci.

Wszedł do pu­stego biura, czu­jąc pew­nego ro­dzaju za­chwyt. Wy­dało mu się ta­kie wiel­kie! Szybko prze­tarł pod­łogę środ­kiem do czysz­cze­nia to­a­let i de­lek­to­wał się ostrym za­pa­chem so­sny roz­cho­dzą­cym się w po­wie­trzu. Na biurku stał oka­zały bor­suk o wład­czym spoj­rze­niu. Oskar za­wie­sił na ścia­nie mapę Li­twy i stary, na­tu­ral­nie bar­wiony ber­be­ryj­ski dy­wan, który był pre­zen­tem od Evy z jej pierw­szej eks­pe­dy­cji na­uko­wej do Ma­roka. Przez lata stał zwi­nięty w ką­cie. Te­raz zdo­bił ścianę nad sto­łem kon­fe­ren­cyj­nym i nada­wał po­miesz­cze­niu przy­tulny kli­mat. Oskar wy­jął też parę in­nych dro­bia­zgów i umie­ścił na pół­kach: kilka ład­nych al­bu­mów, stary mo­del sa­mo­lotu i nóż z Am­ster­damu ze spi­cza­stym ostrzem do otwie­ra­nia ko­pert przy­po­mi­na­jący mały miecz.

Po­zo­stało tylko jedno: wy­my­ślić trzy oferty sza­lo­nych po­dróży.

Bał się usiąść. Po tym ca­łym tasz­cze­niu i prze­no­sze­niu rze­czy czuł po­tworne zmę­cze­nie. Wy­star­czy­łoby, żeby lekko się o coś oparł i za­pewne od razu by za­snął. Dla­tego wy­szedł na dwór i usiadł na schod­kach z lap­to­pem na ko­la­nach.

- Oskar! Cześć, stary! - za­wo­łał ga­ze­ciarz.

- Ghas­san, kopę lat. Jak leci?

- Świet­nie. Dawno cię tu nie wi­dzia­łem.

Oskar po­znał się bli­żej z Ghas­sa­nem, kiedy mu­siał pra­co­wać do późna. Prze­sia­dy­wał wtedy no­cami na scho­dach, drę­czony nie­po­ko­jem, kiedy Ghas­san roz­wo­ził ga­zety. Po­cząt­kowe uprzejme "dzień do­bry" z bie­giem lat prze­ro­dziło się w co­raz dłuż­sze roz­mowy. Czę­sto­wał go her­batą, a Ghas­san Oskara swoim po­zy­tyw­nym na­sta­wie­niem do ży­cia i hi­sto­riami z Bej­rutu i Wzgórz Go­lan, gdzie do­ra­stał.

- Wi­dzę, że pra­cu­jesz dziś do późna. Albo za­czą­łeś na­prawdę wcze­śnie - za­żar­to­wał Ghas­san. - Ja też, jak zwy­kle. Dużo się u mnie dzieje. Za dwa ty­go­dnie jadę do domu, do Li­banu, i chcę po­dejść do eg­za­minu koń­co­wego na uni­wer­sy­te­cie, zgod­nie z no­wymi za­sa­dami Unii Eu­ro­pej­skiej.

- Co stu­diu­jesz?

- We­te­ry­na­rię. Ro­bię spe­cja­li­za­cję z le­cze­nia ma­łych zwie­rząt. Wiesz, gry­zoni i ta­kich tam. To naj­lep­sze zwie­rzęta!

- To świet­nie! Po­wo­dze­nia na eg­za­mi­nie, a te­raz mu­szę wra­cać do pracy. Za­dzwoń do mnie, jak wró­cisz z Li­banu, to coś wy­my­ślimy! - Oskar wrę­czył Ghas­sa­nowi wi­zy­tówkę, a w za­mian ga­ze­ciarz go uści­skał.

Oska­rowi przy­da­łaby się ko­jąca po­ga­wędka ze sta­rym przy­ja­cie­lem, ale te­raz czuł się zbyt nie­spo­kojny, by roz­ma­wiać z kim­kol­wiek poza sobą.

- Cze­kaj, też ci dam mój nu­mer. - Ghas­san wy­cią­gnął z kie­szeni ka­wa­łek pa­pieru, sta­ran­nie za­pi­sał na nim swoje imię i na­zwi­sko oraz nu­mer te­le­fonu i po­dał go Oska­rowi. - Na wy­pa­dek gdy­byś miał kie­dyś pro­blem z ja­kimś gry­zo­niem - po­wie­dział z uśmie­chem.

Oskar wró­cił do biura, usiadł przy biurku i pró­bo­wał ze­brać my­śli. Trzy­mał przed sobą kartkę od Ghas­sana i nie bar­dzo wie­dział, co z nią zro­bić. Była na niej li­bań­ska flaga, ja­kiś tekst po arab­sku i zdję­cie ta­le­rza z je­dze­niem - praw­do­po­dob­nie ulotka re­kla­mowa li­bań­skiej re­stau­ra­cji. Ale chwila! Tak! No prze­cież! "Sa­fari z gry­zo­niami na Wzgó­rzach Go­lan - z lo­kal­nym szwedz­ko­ję­zycz­nym prze­wod­ni­kiem". I już miał pierw­szą kon­cep­cję po­dróży, cóż za świetny po­mysł! Można było na­prawdę zor­ga­ni­zo­wać taką wy­cieczkę, z Ghas­sa­nem jako prze­wod­ni­kiem i w ogóle. To by zro­biło wra­że­nie w "Va­ga­bond". Żadne inne biuro po­dróży nie miało tak sza­lo­nej wy­cieczki te­ma­tycz­nej.

Ro­zej­rzał się po po­koju i przy­szedł mu do głowy ko­lejny po­mysł na wy­cieczkę. Ma­ro­kań­ski dy­wan od Evy stał się in­spi­ra­cją dla oferty za­ty­tu­ło­wa­nej "Po­śród Ber­be­rów i la­ta­ją­cych dy­wa­nów w gó­rach Atlas". Dwa pro­gramy po­dróży mu­siały wy­star­czyć, po­nie­waż nie za­mie­rzał sprze­da­wać tych sza­lo­nych wy­cie­czek, nie daj Boże, tylko chciał je za­pre­zen­to­wać Aichy. Otwo­rzył kom­pu­ter i szybko za­pi­sał swoje dwie kon­cep­cje po­dróży na slaj­dach w apli­ka­cji Key­note. Udało mu się na­wet wy­go­oglo­wać kilka od­po­wied­nich zdjęć, które wrzu­cił do pre­zen­ta­cji: jedno ze świnką mor­ską (ale czy li­bań­ską?) i jedno przed­sta­wia­jące ber­be­ryj­skiego tka­cza dy­wa­nów.

Za­mknął drzwi do biura i lek­kim kro­kiem wy­szedł na ze­wnątrz. Nocny mróz utwo­rzył lo­dowe krysz­tałki, przez co bru­ko­wane ulice mie­niły się jak dia­menty. Mia­sto było opu­sto­szałe, je­śli nie li­czyć stu­denta prze­mie­rza­ją­cego plac Stor­tor­get na elek­trycz­nej hu­laj­no­dze we fraku z po­wie­wa­ją­cymi na wie­trze po­łami. Przy­wo­dził Oska­rowi na myśl te wszyst­kie wcze­sne po­ranki w cza­sach stu­denc­kich, kiedy wra­cał o świ­cie do domu, bez­tro­ski, szczę­śliwy i pi­jany. Te­raz czuł się przy­naj­mniej bez­tro­ski i nie­mal szczę­śliwy. Od dawna nie był w tak do­brej for­mie psy­chicz­nej.

Roz­dział 6

Na­stęp­nego ranka Oskar obu­dził się w ubra­niu, na koł­drze. Bo­lało go całe ciało. Wy­jąt­kowo nie prze­łą­czył bu­dzika w te­le­fo­nie na tryb drzemki, tylko le­żał, wpa­tru­jąc się w su­fit, i roz­my­ślał o wszyst­kim, co go czeka.

Wstał z łóżka i sta­nął przed lu­strem w przed­po­koju. Jak na trzy­dzie­stocz­te­ro­latka trzy­mał formę i w prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych swo­ich zgnu­śnia­łych przy­ja­ciół spę­dza­ją­cych piąt­kowe wie­czory z bli­skimi i po­woli ho­du­ją­cych ob­wi­słe brzu­chy, on utrzy­my­wał cał­kiem szczu­płą syl­we­tkę. Miał sze­ro­kie ra­miona i wzrost tro­chę po­wy­żej prze­cięt­nej. Jego blond włosy przez lata nieco ściem­niały, ale na­dal były dość gę­ste. No­sił je krótko przy­strzy­żone, bez kon­kret­nej fry­zury. Go­lił się naj­wy­żej kilka razy w ty­go­dniu. Głów­nie dla­tego, że dzięki za­ro­stowi li­nia żu­chwy wy­da­wała się wy­raź­niej za­ry­so­wana przy jego lekko cof­nię­tym pod­bródku, przez który miał pewne kom­pleksy.

Zro­bił krok w tył i przyj­rzał się swoim ubra­niom. Dżinsy i ko­szula. Nie były świeże. Nic dziw­nego, skoro tak ciężko ty­rał przez całą noc. Wziął prysz­nic, wło­żył czy­ste ubra­nie i wkle­pał w brodę parę kro­pli wody po go­le­niu. Kiedy wy­szedł, za­trzy­mał się na chod­niku i po­cze­kał, aż drzwi po­woli się za nim za­mknęły. Czuł się, jakby wkro­czył do zu­peł­nie no­wego świata. Jego ży­cie miało się zmie­nić, po­do­bało mu się to uczu­cie. Po­szedł na­około przez park, by dłu­żej de­lek­to­wać się tym sta­nem, każdy krok pod­czas tej krót­kiej drogi do biura przy­bli­żał go do cze­goś no­wego i lep­szego.

Kiedy wszedł na po­dwó­rze, na scho­dach cze­kała Hanna.

- Dzień do­bry - przy­wi­tała się ła­god­nie, pa­trząc na niego z lekko opusz­czoną brodą.

- Cześć... prze­pra­szam za wczo­raj, nie za­czę­li­śmy za do­brze.

- Nie, to ja po­win­nam prze­pro­sić. Le­dwo od­wa­ży­łam się tu dziś przyjść - od­parła Hanna, po czym wstała, żeby prze­pu­ścić Oskara.

- Na­prawdę nie mu­sisz prze­pra­szać. Wy­ka­za­łem cał­ko­wity brak sza­cunku, przyj­mu­jąc cię w biu­rze, które wy­glą­dało jak chlew. Ale chodź coś zo­ba­czyć.

Oskar wbiegł po ka­mien­nych scho­dach i otwo­rzył drzwi. Ude­rzył ich tak mocny za­pach so­sno­wych igieł, jakby zna­leźli się w le­sie.

- Wi­taj z po­wro­tem! - Kiedy wy­po­wie­dział te słowa, wy­dały mu się tro­chę zbyt te­atralne.

- Och! Nie­sa­mo­wite! Jak udało się panu to wszystko zro­bić? Boże, jak tu pięk­nie! - za­szcze­bio­tała Hanna i po­woli, ni­czym w or­szaku świę­tej Łu­cji, we­szła do środka.

- No więc... tak... - Oskar nie bar­dzo wie­dział, co po­wie­dzieć. Sam był nieco prze­jęty całą sy­tu­acją i zdał so­bie sprawę, że mi­nęło sporo czasu, od kiedy zro­bił coś, z czego był dumny i za co zo­stał po­chwa­lony.

- Kur­czę, prze­pra­szam. - Hanna prze­cią­gnęła pal­cami wska­zu­ją­cymi pod oczami, ale było już za późno. Tusz do rzęs już spły­wał jej po po­licz­kach, two­rząc na nich dwie cien­kie, szare kre­ski.

- Co się stało? - za­py­tał Oskar. - Masz aler­gię na zwie­rzęta fu­ter­kowe? - Zer­k­nął na oka­za­łego bor­suka w głębi po­koju.

- Nie, nie... - Hanna wzięła głę­boki, nieco nie­równy wdech. - Wzru­szy­łam się, bo tak ład­nie pan po­sprzą­tał. Rzadko się zda­rza, żeby ktoś coś dla mnie zro­bił. Za­wsze to ja po­ma­gam in­nym. Ale tro­chę mi głu­pio, że to przeze mnie pan sprzą­tał i... ach, sama nie wiem. Prze­pra­szam.

- Słu­chaj, po­trze­bo­wa­łem ko­goś, kto przyj­dzie i mi to po­wie. Bar­dzo się cie­szę, że po­pro­si­łaś mnie o uprząt­nię­cie biura. W prze­ciw­nym ra­zie pew­nego dnia uto­nął­bym w ca­łym tym sy­fie i dzie­sięć lat póź­niej ktoś zna­la­złby mnie tu za­ko­pa­nego i za­su­szo­nego pod sta­rymi pu­deł­kami po pizzy i pa­ra­go­nami.

- Jest pan tro­chę dziwny - oznaj­miła, lekko chi­cho­cząc.

Oskar po­ło­żył dłoń na jej ra­mie­niu i po­słał jej uśmiech.

- My­ślę, że stwo­rzymy do­bry ze­spół - stwier­dził. - Na­pijmy się kawy i omówmy kilka spraw, któ­rymi mo­żesz się za­jąć. Chyba pi­jesz kawę?

- Wolę her­batę, o ile pan ma.

Oskar po­szedł do kuchni i wlał wodę do czaj­nika. Cho­lera, prze­cież wy­rzu­cił wszyst­kie kubki! Za­pewne wy­rzu­cił też kawę, her­batę w to­reb­kach i całe pu­dełko z zup­kami typu go­rące kubki. Trudno. To był pierw­szy dzień jego no­wego ży­cia. Mu­siał udać się do mia­sta i zro­bić za­pasy.

Hanna gło­śno się ro­ze­śmiała, kiedy po­wie­dział, że wy­rzu­cił na­czy­nia, za­miast je po­zmy­wać. Cie­szyło go jej to­wa­rzy­stwo. Może mógłby za­trud­nić ją na pół etatu? Jak zwy­kle, wy­bie­gał my­ślami w przy­szłość o wiele za wcze­śnie.

- Pójdę po kawę, her­batę i ta­kie tam, a ty w tym cza­sie przej­rzyj oferty, które ak­tu­al­nie przy­go­to­wuję - zwró­cił się do Hanny.

Otwo­rzył lap­topa i szybko po­ka­zał jej, co skle­cił po­przed­niej nocy.

- Wi­dzia­łam, że ma pan też stronę na Fa­ce­bo­oku - za­uwa­żyła Hanna. - Jak pan z niej ko­rzy­sta?

Hanna tra­fiła w jego czuły punkt. Me­dia spo­łecz­no­ściowe nie były mocną stroną Oskara. Ja­koś ni­gdy się w to nie wkrę­cił. Mu­siałby spę­dzać nad tym mnó­stwo czasu, poza tym ktoś mógłby do­dać ja­kiś ne­ga­tywny ko­men­tarz i wiele osób by to zo­ba­czyło.

- Nie zro­bił pan ani jed­nej ak­tu­ali­za­cji od po­stu "Uda­nych wa­ka­cji" pięć mie­sięcy temu!

- Nie, nie zło­żyło się. Ale...

- Może był pan zbyt za­jęty wła­ma­niami? - uśmiech­nęła się Hanna.

- Tak. Skąd wie­dzia­łaś?... No nie, ale mo­żesz mi coś pod­po­wie­dzieć, dać ja­kieś po­my­sły. Nie je­stem w tym zbyt do­bry.

- Na­prawdę mogę? Su­per! - wy­krzyk­nęła Hanna, naj­wy­raź­niej szczę­śliwa i za­sko­czona, że dał jej tak od­po­wie­dzialne za­da­nie.

Oskar, we­soło po­gwiz­du­jąc, prze­szedł przez po­dwó­rze i wy­szedł na ulicę. Skie­ro­wał się w stronę sklepu z uży­wa­nymi rze­czami, My­rorna, gdzie ku­pił kilka ład­nych kub­ków do kawy z lat sie­dem­dzie­sią­tych i parę ta­le­rzy z mo­ty­wami za­gro­żo­nych szwedz­kich zwie­rząt, ozdo­bio­nych fan­ta­zyj­nymi zło­tymi wzor­kami. Po­my­ślał, że będą do­brze współ­grać z bor­su­kiem. Po­tem przy­po­mniał so­bie o Aichy i jesz­cze przez chwilę krę­cił się po skle­pie, szu­ka­jąc przed­mio­tów, które mo­głyby zo­stać wy­ko­rzy­stane do zdję­cia w jej re­por­tażu. Sklep był ni­czym od­bi­cie lu­strzane mie­sza­nej po­pu­la­cji mia­sta za­miesz­ki­wa­nego przez pe­łen prze­krój spo­łe­czeń­stwa, od pra­cow­ni­ków fa­bryk i ro­dzin o dłu­gich tra­dy­cjach aka­de­mic­kich po przy­jezd­nych stu­den­tów i od­wie­dza­ją­cych na­ukow­ców z od­le­głych kra­jów. Na pół­kach w więk­szo­ści znaj­do­wały się zwy­kłe śmieci, ale Oskar po­szpe­rał do­kład­nie i zna­lazł opra­wiony ob­raz przed­sta­wia­jący Tadż Ma­hal na ko­lo­ro­wym je­dwa­biu, a także bę­ben bongo po­kryty na­tu­ralną skórą.

Za­do­wo­lony ze swo­ich zna­le­zisk, udał się w drogę po­wrotną. Za­szedł do ka­wiarni, gdzie ku­pił kilka bu­łe­czek kar­da­mo­no­wych, chai latte dla Hanny oraz kawę o jesz­cze dziw­niej­szej na­zwie dla sie­bie. Po­sta­wili nowe por­ce­la­nowe kubki ze zwie­rzę­tami na stole kon­fe­ren­cyj­nym. Zro­biło się tam na­prawdę przy­tul­nie. Po­wie­trze pach­niało mie­szanką kawy, kar­da­monu i igieł so­sno­wych.

- Pod­czas pana nie­obec­no­ści po­pra­co­wa­łam tro­chę nad stroną na Fa­ce­bo­oku - oznaj­miła Hanna z dumą, za­ja­da­jąc się słodką bu­łeczką.

- Świet­nie. Jak ci po­szło?

- Do­brze. Do­da­łam wy­cieczki jako wy­da­rze­nia i otwo­rzy­łam sklep na Fa­ce­bo­oku, gdzie wszyst­kie oferty są do­stępne.

Oskar nie miał po­ję­cia, o czym dziew­czyna mówi, ale po­czuł ulgę i ra­dość, że w końcu coś się dzieje na pro­filu biura.

- Kilka osób już się ode­zwało i chce do­ko­nać re­zer­wa­cji. Od­po­wie­dzia­łam na część py­tań, bo zna­la­złam in­for­ma­cje w pana pre­zen­ta­cjach, ale na pewne te­maty to pan musi od­po­wie­dzieć. Na przy­kład je­śli cho­dzi o ceny i ta­kie tam, a i jesz­cze ktoś py­tał, czy po­dróż do Li­banu jest bez­pieczna.

- Czy w Li­ba­nie jest bez­piecz­nie? - Oskar się ro­ze­śmiał i na chwilę prze­stał prze­żu­wać bułkę. - Kto o to pyta?

- Jedna z osób, które za­re­zer­wo­wały po­dróż na sa­fari w Li­ba­nie.

- Jak to za­re­zer­wo­wały?

- No tak, za­re­zer­wo­wały jedną z pań­skich wy­cie­czek. Tę ze świn­kami mor­skimi, czy co­kol­wiek to było. Do­da­łam taką funk­cję na Fa­ce­bo­oku, żeby można było od razu tam re­zer­wo­wać.

Oskar po­czuł, jak przez ciało prze­biega mu lo­do­waty dreszcz, i prze­stał prze­żu­wać, mimo że usta miał wy­peł­nione kar­da­mo­nową bu­łeczką. Czy lu­dzie re­zer­wo­wali przez Fa­ce­bo­oka jego fik­cyjne wy­cieczki?

- To musi być ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie - od­parł nieco zbyt sta­now­czym to­nem. - Po­każ mi to.

Hanna po­szła po lap­topa i po­ło­żyła go przed nim na stole. Bły­ska­wicz­nie prze­ska­ki­wała mię­dzy menu a lin­kami. Oska­rowi trudno było za nią na­dą­żyć, ale sta­rał się sku­pić na tym, co robi.

- Tu­taj można spraw­dzić, ile jest re­zer­wa­cji - wy­ja­śniła Hanna. - O, mamy ich jesz­cze wię­cej. Su­per! Osiem do Ma­roka i trzy do Li­banu, a opu­bli­ko­wa­łam to ja­kieś pół go­dziny temu.

- Jak ty to zro­bi­łaś? - Oskar był pod wra­że­niem, cho­ciaż rów­no­cze­śnie go to prze­ra­żało.

- Po pro­stu za­ła­do­wa­łam pana ładne pre­zen­ta­cje, tu­taj prze­pi­sa­łam ty­tuł i sko­pio­wa­łam nu­mer te­le­fonu do pana, a po­tem wkle­iłam w tym miej­scu, żeby umoż­li­wić lu­dziom płat­ność. Resztę zro­bił za mnie Fa­ce­book, wy­ko­rzy­sta­łam wbu­do­wane funk­cje sklepu in­ter­ne­to­wego.

Oskar prze­ska­ki­wał wzro­kiem po ekra­nie, pod­czas gdy Hanna prze­wi­jała strony i kli­kała w różne miej­sca.

- Ale nie mogą prze­cież za­pła­cić, skoro mają tylko mój nu­mer te­le­fonu!

- Wła­śnie że mogą. Za po­mocą Swi­sha.

- Do­sko­nale, ide­al­nie. Do­bra ro­bota Hanno!

Ża­den inny ko­men­tarz nie przy­cho­dził mu do głowy. Nie­wąt­pli­wie wy­ko­nała świetną ro­botę, szkoda tylko, że oferty wy­cie­czek nie były praw­dziwe. Nie znał się na Fa­ce­bo­oku na tyle, żeby stwier­dzić, czy jest ja­kieś wyj­ście z tej sy­tu­acji. Nie chciał zra­nić Hanny. Poza tym nie­ba­wem miała wpaść Aicha, za­tem do­brze by było, gdyby wy­glą­dało na to, że in­te­res się kręci. Po­sta­no­wił sku­pić się na jed­nej rze­czy na­raz - naj­pierw Aicha i ar­ty­kuł w "Va­ga­bon­dzie".

- Co mam te­raz ro­bić?

Hanna prze­rwała roz­my­śla­nia Oskara i spro­wa­dziła go z po­wro­tem do rze­czy­wi­sto­ści.

- Tak, słu­chaj... - pró­bo­wał zy­skać na cza­sie. - Może naj­pierw uprząt­nijmy po śnia­da­niu, a po­tem po­każę ci, w czym mo­gła­byś mi po­móc.

Coś mu­siał wy­my­ślić. Może mógłby ją po­pro­sić, żeby po­pra­co­wała nad ofertą bo­żo­na­ro­dze­nio­wej wy­cieczki do Am­ster­damu? Oferta była praw­dziwa, ale wy­ma­gała jesz­cze sporo przy­go­to­wań. Jak zwy­kle się nie wy­ra­biał. Nie za­re­zer­wo­wał ho­teli, re­stau­ra­cji ani wi­zyt w mu­ze­ach, które były wli­czone w cenę wy­cieczki.

Usie­dli z po­wro­tem przy stole przed kom­pu­te­rem i Oskar wy­szu­kał fol­der z przy­go­to­wa­nymi wcze­śniej szcze­gó­łami po­dróży. Nie było tego wiele: li­sta pa­sa­że­rów i po­twier­dze­nie re­zer­wa­cji au­to­busu oraz ad­resy re­stau­ra­cji, z któ­rymi współ­pra­co­wał przy or­ga­ni­za­cji tego typu wy­cieczki w po­przed­nich la­tach.

- Jak pan pro­wa­dzi księ­go­wość?

- Księ­go­wość... co masz na my­śli?

- Chyba ko­rzy­sta pan z ja­kie­goś pro­gramu do za­rzą­dza­nia fi­nan­sami, gdzie pan wpro­wa­dza dane?

- No, nie bar­dzo. Wła­śnie mia­łem się tym za­jąć i przej­rzeć to wszystko - skła­mał Oskar. Jego księ­go­wość była stertą pa­pie­rów w pu­dełku po bu­tach, do któ­rego nie­chęt­nie za­glą­dał.

- Zaj­muję się tro­chę fi­nan­sami w fir­mie, gdzie cza­sem do­ra­biam. To nic nad­zwy­czaj­nego, zwy­kłe pliki w Excelu. Je­śli pan chce, mogę stwo­rzyć ar­kusz, z któ­rego bę­dzie pan mógł na ra­zie ko­rzy­stać. Do tych no­wych po­dróży.

- Chcę, i to bar­dzo - od­parł Oskar, znów nie do końca ro­zu­mie­jąc, o czym ona mówi.

- Za­bra­łam ze sobą lap­topa. Je­śli poda mi pan ha­sło do strony biura na Fa­ce­bo­oku, będę mo­gła wszystko stam­tąd prze­nieść - oznaj­miła Hanna i wy­jęła z torby czarny kom­pu­ter.

- Ha­sło? A, tak, mam je gdzieś tu­taj. O, jest. Wpisz "pas­sword". Ma­łymi li­te­rami! - Był cał­kiem za­do­wo­lony z tak spryt­nego ha­sła. Uży­wał go za­wsze przy re­je­stra­cji na stro­nach in­ter­ne­to­wych.

- Żar­tuje pan?

- Nie. To zna­czy, tam, gdzie trzeba wpi­sać ha­sło, mu­sisz wpi­sać słowo "pas­sword".

- To naj­po­pu­lar­niej­sze ha­sło w ca­łym in­ter­ne­cie.

- Nie są­dzę. My­ślę, że jest cał­kiem po­my­słowe. Ha­sło: "pas­sword", ro­zu­miesz?

- Ro­zu­miem, ale to nie jest do­bre ha­sło, pa­nie Oska­rze. Ha­ke­rzy spraw­dzają je za pierw­szym ra­zem. Pro­szę zo­ba­czyć!

Hanna wpi­sała w wy­szu­ki­warkę Go­ogle za­py­ta­nie: "naj­czę­ściej wy­bie­rane ha­sło" i wy­sko­czyła in­for­ma­cja, wska­zu­jąca czarno na bia­łym: "Ubie­gło­roczny fa­wo­ryt wśród in­ter­na­tów "12345" zo­stał w tym roku po­ko­nany przez ogólne ha­sło "pas­sword"".

- Ojo­joj. - Tylko tyle Oskar mógł z sie­bie wy­du­sić. Było mu wstyd. Po raz ko­lejny po­czuł się przy Han­nie jak uczeń na kur­sie kom­pu­te­ro­wym dla eme­ry­tów.

- Stwórzmy nowe, trud­niej­sze. Ja­kie jest pań­skie ulu­bione da­nie?

Oskar mu­siał po­my­śleć. Nie mógł prze­cież po­wie­dzieć "go­rący ku­bek", by­łoby to zbyt że­nu­jące.

- Mor­ta­dela - uciekł się do kłam­stwa.

- Do­brze, a nu­mer re­je­stra­cyjny pana sa­mo­chodu?

- RXN, pięć, osiem, zero - od­po­wie­dział bły­ska­wicz­nie Oskar.

- Cy­fry wy­star­czą, czyli pięć, osiem, zero. No to te­raz ma pan cał­kiem mocne ha­sło, które dość ła­two za­pa­mię­tać: Mor­ta­de­la­580.

- Fa­jow­skie!

- Czy ja wiem, ale przy­naj­mniej tro­chę trud­niej­sze do zha­ko­wa­nia. Czy mam za­cząć od stwo­rze­nia księ­go­wo­ści i li­sty pa­sa­że­rów dla no­wych wy­cie­czek?

Oska­rowi spodo­bał się ten po­mysł. Cie­szył się, że ktoś inny pa­no­wał nad ca­łym cha­osem, który wy­da­wał mu się w tej chwili wy­jąt­kowo trudny do ogar­nię­cia: nie­za­pla­no­wane wy­cieczki na sa­fari w Li­ba­nie, płat­no­ści Swi­shem i li­sty pa­sa­że­rów.

- Wła­śnie to chcia­łem za­pro­po­no­wać! Do dzieła! - za­wo­łał ra­do­śnie, nie­pewny, w jaki spo­sób Hanna za­mie­rza się do tego za­brać.

Dzwo­nek te­le­fonu wy­ba­wił go od nur­tu­ją­cych go nie­pew­no­ści. Na wy­świe­tla­czu po­ja­wił się nie­znany nu­mer.

- Słu­cham? Tu Oskar Ste­nvall.

- Cześć, Oskar, tu Aicha!

- Siema! - Oskar usi­ło­wał nadać gło­sowi w miarę we­soły ton, ale chciał rów­nież, żeby dzien­ni­karka my­ślała, że ode­rwał się od ja­kie­goś za­ję­cia.

- Słu­chaj, przy­kro mi, ale chyba nie dam rady się dziś z tobą spo­tkać. Bar­dzo ża­łuje, ale mój fa­cet wła­śnie za­dzwo­nił i mamy ja­kąś awa­rię w domu. Ku­pu­jemy miesz­ka­nie i straszne z tym za­mie­sza­nie.

- Och, to szkoda.

- To prawda, su­per by­łoby się spo­tkać. Ale wiesz co, we­szłam na stronę two­jego biura na Fa­ce­bo­oku i my­ślę, że mam już ja­kieś po­ję­cie o tym, co ro­bisz. W na­stęp­nym nu­me­rze pew­nie i tak coś o tym wspo­mnę.

- O, to świet­nie. - Oskar usi­ło­wał ukryć głę­bo­kie roz­cza­ro­wa­nie.

Roz­mowa za­koń­czyła się rów­nie szybko, jak się za­częła. Oskar stał da­lej z te­le­fo­nem w ręce. Cała ha­rówka na nic. No, pra­wie.

- O co cho­dziło? - spy­tała Hanna.

- Nic ta­kiego. Dzwo­niła jedna dziew­czyna. My­śla­łem, że tu przyj­dzie i zrobi re­por­taż dla ma­ga­zynu po­dróż­ni­czego, ale oka­zało się, że nie da rady.

- Dziew­czyna?

- Tak, to zna­czy dzien­ni­karka.

- Spodo­bała się panu? Ta dzien­ni­karka? - do­cie­kała Hanna z uśmie­chem, wpra­wia­jąc go z za­kło­po­ta­nie.

- Co? Nie, ra­czej nie. Na­wet się nie po­zna­li­śmy.

- Mogę za­py­tać, czy jest pan sin­glem?

- Tak, obec­nie nie mam ni­kogo.

- A kiedy ostat­nio ko­goś pan miał?

- Nie wiem. Ostat­nio? Z dwa lata temu.

- Dwa lata! Na­prawdę? Dla­czego tak długo jest pan sam?

- Trudno po­wie­dzieć. Nie­ła­two po­de­rwać dziew­czynę, kiedy się ma trzy­dzie­ści cztery lata na karku. Wszyst­kie są za­jęte, mają ro­dziny i ta­kie tam.

- A Tin­der?

- Ha! Nie, to chyba głów­nie dla zde­spe­ro­wa­nych lu­dzi, któ­rzy po­trze­bują ko­goś na­tych­miast i nie mają cier­pli­wo­ści, żeby cze­kać na od­po­wied­nią sy­tu­ację. - Oskar chciał spra­wiać wra­że­nie pew­nego tego, co mówi, ale wie­dział, że okła­muje i sie­bie, i Hannę. Bra­ko­wało mu ini­cja­tywy i to wła­śnie przez to na­wet nie ścią­gnął apli­ka­cji Tin­der.

- Na jaką sy­tu­ację pan czeka?

- Że spo­tkam ko­goś, kim się za­in­te­re­suje. O taką sy­tu­ację mi cho­dzi.

Oskar zdał so­bie sprawę, że jego ro­zu­mo­wa­nie nie brzmiało zbyt prze­ko­nu­jąco. Nie wie­dział też, czy chce roz­ma­wiać o swo­ich mi­ło­snych roz­ter­kach z pięt­na­sto­latką.

- Wi­dać, że jest pan zde­spe­ro­wany - stwier­dziła Hanna. - Może przy­naj­mniej stwo­rzy so­bie pan pro­fil na Tin­de­rze? Pro­szę mi dać te­le­fon, to panu po­mogę. Pra­wie wszy­scy moi kum­ple są na Tin­de­rze, znam się na tym.

- Twoi kum­ple są na Tin­de­rze? Jak to? Prze­cież to dla do­ro­słych. Ty też masz tam konto?

- Nie, nie mam siły uma­wiać się na randki. Za dużo mam na gło­wie z moją mamą, młod­szym bra­tem i w ogóle. Może po­my­ślę o tym za rok, kiedy się wy­pro­wa­dzę z domu.

Hanna po­mo­gła mu za­ło­żyć pro­fil i dała mu kilka do­brych wska­zó­wek co do zdjęć, któ­rych po­wi­nien użyć. Wy­brali trzy, z któ­rych dwa były cał­kiem zwy­czajne, a jedno nieco bar­dziej nie­tu­zin­kowe - przed­sta­wiało go w wą­skiej ło­dzi na rzece w Wiet­na­mie, sie­dzą­cego w roz­pię­tej ko­szuli w to­wa­rzy­stwie gru­bego Wiet­nam­czyka i jego we­so­łego psa.

- Słod­kie zwie­rzaki za­wsze przy­cią­gają uwagę. Tylko nie ryby. Fa­ceci, któ­rzy wrzu­cają zdję­cia z wy­praw na ryby, są naj­gorsi. Dziew­czyny ta­kich nie lu­bią.

- Okej. Co te­raz?

- Te­raz wy­star­czy po­cze­kać. Może pan za­cząć prze­su­wać pal­cem w lewo lub w prawo, w za­leż­no­ści od tego, czy ja­kaś dziew­czyna się panu spodoba, czy nie, i na pewno nie­długo do­sta­nie pan mat­cha.

- Mat­cha?

- Tak, kiedy ktoś, kogo pan po­lu­bił, po­lu­bił też pana. Po­tem cza­tu­je­cie i się uma­wia­cie.

Oskar usiadł z ko­mórką i za­czął prze­glą­dać zdję­cia po­ja­wia­jące się na ekra­nie. Opa­lona dziew­czyna ro­biąca dzió­bek w stu­nin­go­wa­nym sa­abie. Nie, dzię­kuję! Szczu­pła, krót­ko­włosa dziew­czyna z nu­me­rem na ko­szulce. Zbyt wy­spor­to­wana. Za­trzy­mał wzrok na ko­lej­nym zdję­ciu. Ko­bieta z sze­ro­kim uśmie­chem, w nieco hi­pi­sow­skim stylu. Nie­sa­mo­wi­cie piękne oczy. Może coś by z tego wy­szło...

Po po­łu­dniu Oskar co­raz bar­dziej za­nu­rzał się w ma­rze­niach o przy­szło­ści i sur­fo­wał po in­ter­ne­cie, prze­glą­da­jąc strony ho­teli, mapy i blogi po­dróż­ni­cze, tym­cza­sem Hanna mo­zol­nie pra­co­wała nad księ­go­wo­ścią. Kiedy skoń­czyła i wy­szła, wziął się do prze­glą­da­nia Tin­dera. Fa­scy­no­wało go, jak wiele jest pięk­nych, ale też od­ra­ża­ją­cych dziew­czyn na świe­cie. Na ko­niec dnia zjadł po­dwójną por­cję zupy szpa­ra­go­wej i obej­rzał kilka od­cin­ków Przy­ja­ciół, po czym, za­ska­ku­jąc sa­mego sie­bie, zmył na­czy­nia i sprząt­nął po so­bie w kuchni. Kiedy ze wszyst­kim się upo­rał, było już bar­dzo późno, choć w oknach skle­piku z pły­tami po dru­giej stro­nie po­dwó­rza wciąż pa­liło się świa­tło. Uznał, że zde­cy­do­wa­nie nad­szedł czas, by wró­cić do domu.

Pa­pie­ros, tak, za­słu­żył na pa­pie­rosa - tro­chę, żeby uczcić suk­cesy, tro­chę, żeby się uspo­koić. Oskar wy­grze­bał starą paczkę z szu­flady biurka. Zo­stały jesz­cze trzy pa­pie­rosy. Czy nie było do­kład­nie tyle samo, kiedy pa­lił ostat­nim ra­zem? Je­den z pa­pie­ro­sów wy­da­wał się znacz­nie śwież­szy od po­zo­sta­łych. Za­pa­lił go i wy­szedł na schody przed biu­rem. Za­cią­gnął się głę­boko i spoj­rzał na ciemne po­dwó­rze. Za­krę­ciło mu się w gło­wie. Mdło­ści i za­wroty głowy po­ja­wiły się jakby zni­kąd, a kilka se­kund póź­niej po­czuł silne ude­rze­nie w czoło. Usły­szał wo­ła­nie, nie­wy­raź­nie, jak we śnie, ale nie mógł wy­krztu­sić słowa.

Roz­dział 7

Star­szy pan w żół­tych spodniach ener­gicz­nym kro­kiem skrę­cił za róg Lilla Fi­ska­re­ga­tan w stronę ka­te­dry. "Drań do­stał za swoje!" - po­my­ślał. Pa­trząc na to, co się wy­da­rzyło, cie­szył się, że nie po­szedł na ca­łość. Gdyby przy­go­to­wał pa­pie­rosa z moc­niej­szą dawką, z fa­ce­tem byłby ko­niec. Nie chciał, żeby skoń­czyło się to tak dra­ma­tycz­nie - upad­kiem ze scho­dów - miał za­miar go tylko prze­stra­szyć, a nie od razu za­bić. Jesz­cze nie te­raz. Taki los za­re­zer­wo­wał dla sta­ruszka Lars­sona. Przy­naj­mniej na ra­zie.

Męż­czy­zna w żół­tych spodniach spę­dził na tym po­dwó­rzu wiele go­dzin w ciągu ostat­nich kilku dni. Sie­dząc na ma­łej ławce za szopą na ro­wery, mógł pra­wie nie­zau­wa­żony śle­dzić wszystko, co się tam działo. Pod­słu­chi­wać roz­mowy, ob­ser­wo­wać krę­cą­cych się tam lu­dzi. Był czło­wie­kiem, który miał plan, znał swój cel i któ­remu pra­wie uda­łoby się do­pro­wa­dzić sprawę do końca, gdyby ten głupi Oskar Ste­nvall nie wtrą­cał się w nie swoje sprawy. Przez niego mu­siał zmie­nić pier­wotną kon­cep­cję. To, co po­cząt­kowo wy­da­wało się cał­kiem pro­ste, gdy cho­dziło tylko o Al­bina Lars­sona, stało się zde­cy­do­wa­nie bar­dziej skom­pli­ko­wane, kiedy Oska­rowi Ste­nval­lowi za­chciało się ra­to­wać ludz­kie ży­cie. Ste­nvall miał bar­dzo nie­re­gu­larne na­wyki, przez co nie po­tra­fił go roz­pra­co­wać. Kiedy wcze­snym ran­kiem wła­mał się do jego biura po­dróży, pra­wie zo­stał przy­ła­pany.

Po­sta­no­wił po­cze­kać jesz­cze kilka dni, za­nim przyj­dzie czas na ko­lejną ak­cję. Po­zo­sta­wało je­dy­nie py­ta­nie: Jak to zro­bić? I jak da­leko się po­su­nąć? Na­dal za­stra­szać? Czy pójść na ca­łość? Miał kilka po­my­słów, lecz ża­den nie wy­da­wał mu się na­prawdę do­bry. Lars­son był wpraw­dzie stary, ale jak na swój wiek miał iry­tu­jąco świetną kon­dy­cję. Może jed­nak nie tak ła­two bę­dzie się z nim roz­pra­wić. Mu­siał wy­my­ślić taki spo­sób, żeby nie po­zo­sta­wić po so­bie śla­dów.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki