Rozdział drugi | RODZINA MA ZNACZENIE
Abyście zrozumieli, co się wydarzyło, muszę troszeczkę cofnąć się w czasie. Pierwsze pęknięcia w małżeństwie pojawiły się, gdy byłem w drugiej klasie szkoły średniej. Do tego czasu wydawało się, że tworzą idealny związek. Nigdy nie widziałem, by się kłócili. Nie przypominam sobie nawet, żeby się kiedyś w czymś nie zgadzali. Podniesiony głos mamy słyszałem tylko raz - w pierwszej klasie, gdy brałem lekcje gry na pianinie. Tata przysięgał, że pierwszy raz słyszy coś takiego. Co za tym idzie, nie pozwoliłem moim dzieciom na zajęcia z gry na pianinie.
Rozważyłem każdą teorię, która mogła być przyczyną problemu. Nic z tych zwyczajnych podejrzeń. Nie zdrada. Nie kłopoty finansowe. Tata zawsze ciężko pracował, ale nie był pracoholikiem. A mama nigdy nie oskarżała go o żadną z tych rzeczy.
Oboje dorastali w, jakbyśmy to teraz nazwali, bardzo dysfunkcjonalnych rodzinach. Ojciec mojego taty zmarł, kiedy ten miał siedemnaście miesięcy. Nie mieli żadnego ubezpieczenia. Jego mama poszła do pracy w fabryce. Stał się dzieckiem, które po szkole wracało do pustego domu, bo matka pracowała. Byli bardzo biedni. Dowiedział się prawdy o Świętym Mikołaju, gdy świątecznego poranka znalazł w swojej skarpecie pomarańczę, która była w lodówce już poprzedniego wieczoru. Jego mama wyszła ponownie za mąż, gdy miał dwanaście lat. Chciała, by miał w swoim życiu mężczyznę. Przez wrażliwość do mojej powiększonej rodziny nie będę zagłębiał się w opowieści o tym, w jaki przemieniło się to koszmar. Mój ojciec błagał swoją mamę, żeby wzięła rozwód, ale odmówiła. Według niej - przysięga to przysięga. Nie złamałaby jej. Ale to prawie złamało ją. Gdy zdrowie męża się pogorszyło, opiekowała się nim, jakby był wzorowym mężem. Był na tyle dojrzały, żeby zdawać sobie sprawę z jednostronności tego związku i całkowitej bezinteresowności mamy w czasie jego ostatnich lat. Po jego śmierci tata przeprowadził się wraz ze swoją mamą do Atlanty, gdzie robił wszystko, by wynagrodzić jej lata trudności, z jakimi musiała się mierzyć.
Rodzice mojej mamy rozwiedli się, gdy była w szkole średniej. Jej ojciec - David - był moim ulubionym dziadkiem. Wiedział, jak się dobrze bawić, co jak się później okazało, było częścią problemu. Kiedy miałem dziewięć lat, pojechałem do niego na dwutygodniowe wakacje. Kupił mi aligatora. Czego można nie kochać w dziadku, który kupuje swemu wnukowi półmetrowego gada? Był odjazdowy, jeszcze zanim zaczęto używać tego słowa. Trzymał słoiki z pieniędzmi w lodówce. Przyszywał diamenty do rąbków zasłon. Zawsze jeździł najnowszym złotym cadillakiem. Jego standardowy garnitur to ten w kolorze szampana, koszula ze spinkami.
Miał mieszkanie własnościowe w Forcie Lauderdale, dom z jachtem na kanale w West Palm Beach i farmę w Północnej Karolinie.
Jeśli chodzi o złe strony, miał na swoim koncie cztery małżeństwa. Cztery małżeństwa. Teraz to dużo. Wtedy to było bardzo dużo. Jego czwarta żona była wspaniałą kobietą, dzięki jej wpływowi w końcu stał się chrześcijaninem. Był już po sześćdziesiątce. Po zmówieniu modlitwy grzesznika zaczął nadrabiać stracony czas. W swych ostatnich latach chciał tylko omawiać Pismo Święte. Wciąż pamiętam jego brązową skórzaną Biblię z wielką czcionką. O ile szybko mógł określić siebie jako chrześcijanina, nie był do końca pewny nieba. Mówił: "Nie wiem o raju. Zrobiłem wiele złych rzeczy w swoim życiu". Nigdy nie zadawaliśmy pytań. Mogliśmy tylko sobie wyobrazić. Podczas gdy jego późne nawrócenie było pocieszające, krzywda, jaką może wyrządzić tylko ojciec, już została zadana.
Tak więc młody mężczyzna, który dorastał bez taty i dla którego szufladkowanie stało się sposobem na przetrwanie, ożenił się z kobietą, której ojciec był co najmniej rozproszony; i razem postanowili zmienić świat. Ale jak wiecie, przeszłość jest tylko przeszłością dla czasu. Zawsze znajdzie sposób, żeby złapać w swoje szpony naszą przyszłość. Jeśli nie rozróżnicie tego od razu, skutki mogą być wyniszczające. Moi rodzice nie byli wyjątkiem.
W 1992 roku mama spakowała swoje rzeczy i przeprowadziła się do ich domku nad jeziorem poza Atlantą. Kilka miesięcy później otrzymałem telefon od taty, że dostał papiery rozwodowe. Każdy miał swoje zdanie na temat tego, co powinien zrobić. Ale nikt poza siostrą i mną nie znał całej historii. Część członków naszego zgromadzenia chciała stać po stronie taty bez względu na wszystko, inna grupa nalegała, żeby wziął wolne, by popracować nad małżeństwem. Nie wiedzieli i nie mogli wiedzieć tego, że sześć miesięcy przed wyprowadzką mamy rodzice spędzili trzy tygodnie w centrum konferencyjnym z dobrze wyszkoloną ekipą terapeutów i lekarzy "pracując nad ich małżeństwem". Nie był to pierwszy raz. Spotkali się z każdym możliwym typem terapeutów. Do momentu, gdy matka wypełniła papiery, ich małżeństwo było już martwe od lat. Oboje jednak byli tak kategorycznie przeciwni rozwodowi, iż żadne z nich nie chciało złożyć pozwu. Pewnego razu byłem tak sfrustrowany, że zapytałem, czy mogę zatrudnić prawnika i sam wypełnić papiery! Poza grupą weź-trochę-wolnego znaleźli się i tacy, którzy uważali, że powinien zrezygnować z pracy. Byli przekonani, że jeśli mama rzeczywiście będzie chciała rozwodu, tata nie będzie mógł pracować na swoim obecnym stanowisku. Może to zabrzmieć okrutnie, ale musicie zrozumieć, że do tej pory Pierwszy Kościół Baptystów w Atlancie nigdy nie miał rozwodnika wśród pracowników lub diakonów. Nie można zostać diakonem, jeśli jest się rozwiedzionym. Tłum zrezygnuj-teraz domagał się po prostu tego, czego ich uczono.
Jednak wtedy, kiedy zaczęło robić się gorąco, mama nagle ogłosiła, że wycofuje pozew. Wszyscy się radowali. Wyglądało na to, że Bóg odpowiedział na modlitwy i małżeństwo zostanie ocalone. Moja siostra - Becky - i ja wiedzieliśmy lepiej. Cztery miesiące później mama ponownie wypełniła pozew. I wszystko zaczęło się od nowa.
PODZIAŁ
Kilka tygodni po tym, jak tata dostał papiery, wezwał mnie do swojego biura, abym przeczytał list, który otrzymał od prawnika mamy. Pamiętam dokładnie, gdzie się znajdowaliśmy. Gdy skończyłem czytać, popatrzyłem na niego i rzekłem: "Tato, nie zapytałeś, co według mnie powinieneś zrobić". Uśmiechnął się i powiedział: "Wiesz, że chcę wiedzieć, co myślisz". Właściwie nie byłem pewien. Znałem te porady i "wsparcie", które otrzymywał od najbliższych mu ludzi. Chcieli dobrze. Po prostu nie znali wszystkich faktów. Nie doceniali sprzeciwu, który zaczął się budować.
Poradziłem mu, żeby wszedł w niedzielny poranek do prezbiterium i odczytał swój list rezygnacyjny. Zasugerowałem też, żeby po tym, jak wszyscy otrząsną się z szoku, powiedział, że będzie nauczał tak długo, jak będą tego chcieli. Rzekłem: "Powiedz, że nie chcesz opuszczać Kościoła i pragniesz kontynuować pracę jako pastor. Daj im możliwość zadecydowania, czy chcą pastora, który może skończyć jako rozwodnik". Zapewniłem go, że zgromadzenie nie pozwoli mu nigdzie odejść. Za bardzo go kochali. Moja mama nie chodziła do Kościoła od lat. Byłem wtedy przekonany, tak jak i teraz, że gdyby mieli szansę przywrócenia go na stanowisko pastora pomimo trwającego rozwodu, zrobiliby to. Wszelkie kontrowersje by ucichły.
Niestety, tata nie usłyszał z tego nic poza zrezygnuj. To zrozumiałe. Słyszał to słowo od miesięcy. A teraz jego syn podsuwał ten sam pomysł. Wyglądało i brzmiało to, jakbym spoufalał się z tłumem zrezygnuj-teraz. On nie przypomina sobie tej rozmowy. Ja jej nigdy nie zapomnę. Od tamtej pory uważał, że chcę, by ustąpił. Na stałe. Wkrótce jego podejrzenia potwierdziły się, bo ludzie zaczęli podszeptywać, że chcę przejąć Kościół. Jego najbliżsi przyjaciele i najwierniejsi sojusznicy popierali teorię, że wykorzystuję rozwód rodziców jako sposób, by pozbyć się taty i zająć jego miejsce. "Wszakże - kłócili się - patrzcie, co wyrabia w tym magazynie. Te wszystkie sukcesy uderzyły mu do głowy". Może tak było. Lecz dwie rzeczy były pewne. Nie chciałem przejąć Kościoła. I nie chciałem, żeby tata odszedł.
WOJNY LOJALNOŚCIOWE
Przez następne dwa lata tata i ja spotykaliśmy się każdego tygodnia wraz z radą. Czasem dwa razy w tygodniu. Pomimo tego wciąż był podejrzliwy. A ja się wściekałem. Wściekałem się, że mi nie ufał. Wściekałem się, że nie bronił mnie, gdy ludzie oskarżali mnie o najbardziej absurdalne rzeczy (jakaś pani wysłała anonimowy list do wszystkich członków, zarzucając, że jeżdżę sportowym autem wartym ponad dwieście tysięcy). Wściekałem się na jego "przyjaciół" za ukrywanie prawdy. Wściekałem się na mamę. Byłem w rozsypce. Jednak trzymaliśmy otwartą drogę komunikacji. Czasami zbyt otwartą. Jednego wieczoru zaprosiłem go, by przyszedł zobaczyć się z dziećmi, miałem nadzieję, że będziemy mogli się dogadać przy mojej rodzinie. Zanim wieczór się skończył, staliśmy na moim podjeździe, krzycząc na siebie jak para licealistek.
W międzyczasie spotykaliśmy się każdej niedzieli przed naszą kongregacją, zachowując się, jakby wszystko było w porządku. Do tego momentu zdążyliśmy odrestaurować kolejną sporą część magazynu w północnym kampusie. Ponad tysiąc dorosłych zjawiało się każdego tygodnia. Tam byliśmy. Ojciec i syn. Obaj z własnym dużym Kościołem. Problem był w tym, że to ten sam Kościół. A on był pastorem. Ja stałem się piorunochronem dla tych, którzy uważali, iż powinien ustąpić ze stanowiska. Wkrótce grupa ustąp-by-pracować-nad-swoim-małżeństwem i ta zrezygnuj-teraz uczęszczali ze mną na uwielbienie. Więc, oczywiście, tata był podejrzliwy. Kto by nie był? W końcu wraz z Sandrą zdaliśmy sobie sprawę, że mamy tylko jedno wyjście. Zaczęliśmy prosić Boga o pozwolenie na odejście. To było skomplikowane. Lecz wiedzieliśmy, że im dłużej zostanę, tym bardziej sprawy się podzielą. Nie byłem wiarygodny dla popierających tatę i nie zgadzałem się z jego krytykami. A wspomniałem, że byłem wściekły?
Sprawy osiągnęły punkt krytyczny latem 1995 roku. Sandra była w piątym miesiącu ciąży z Allie, kiedy zaczęła tracić widzenie obwodowe z lewej strony. Umówiliśmy się do neurologa. Byliśmy przerażeni. Rankiem 3 sierpnia opuściłem biuro o 10.30, by spotkać się z nią w gabinecie lekarskim. Wiedziałem, że prawdopodobnie utkniemy w poczekalni, więc wychodząc, przeskanowałem wzrokiem półkę z książkami w poszukiwaniu czegoś do czytania. Moje oczy spoczęły na książce, którą ktoś podarował mi rok wcześniej - Opowieść o trzech królach Geny Edwards3. Nie miałem pojęcia, o czym była. Nigdy nie zajrzałem za okładkę. Chwyciłem ją i skierowałem się ku drzwiom.
Nikogo nie było w poczekalni, więc zacząłem czytać na głos. Było tak, jakby autorka podążała za nami przez ostatnie dwa lata. Nie mogłem uwierzyć. Kontynuowałem czytanie, gdy lekarz przeprowadzał badania. Neurolog nie wydawał się zbytnio zmartwiony. Powiedział, że możemy się spodziewać wyników od siedmiu do dziesięciu dni. Dwadzieścia minut później siedzieliśmy w kawiarni, zajadając się, a ja czytałem dalej. Gdy kończyliśmy posiłek, przeczytałem fragment, który mógł zmienić bieg naszego życia:
Zaczynanie z pustymi rękami i w samotności może ludzi naprawdę przerazić. Mówi to również wiele o tym, jak pewni są tego, że Bóg jest przy nich.
Skończyłem czytać i spojrzałem na Sandrę. Wiedzieliśmy. Oboje wiedzieliśmy. To czas, by odejść.
Mieliśmy nasze zwolnienie. Było to takie oczywiste. Nigdy wcześniej nic nie było tak jasne. Odprowadziłem ją do samochodu, pocałowałem na pożegnanie i wróciłem do biura, by złożyć rezygnację.
REZYGNACJA
Gdy dotarłem na miejsce, zwołałem całą ekipę i powiedziałem, że bardzo ich cenię, ale nadszedł czas, bym odszedł. Wcale nie byli zaskoczeni. Wiedzieli, że nie byłem w stanie wytrzymać tego napięcia i nieufności, które zaczęły cechować nasze środowisko pracy. Oni również byli zmęczeni. Kochaliśmy to, co działo się w niedziele. Lecz ta część od-poniedziałku-do-piątku wyniszczała nas. Moja rezygnacja zasygnalizowała koniec naszego partnerstwa, było to nieuniknione. Co więcej, sygnalizowało to koniec partnerstwa z Bożą działalnością w północnej części miasta. Dzięki Jego łasce złamaliśmy kod, jak przyciągnąć niekościelnych ludzi do Kościoła. I nie tylko oni przychodzili, przyprowadzali swoich niekościelnych przyjaciół. Nie słyszano o tym w naszej części kraju. A teraz był to koniec.
Opuściłem spotkanie i poszedłem prosto do taty. Przeglądał pocztę ze swoją asystentką. Gdy uniósł wzrok i zobaczył mnie stojącego w drzwiach, miałem dziwne wrażenie, że wie, dlaczego się pojawiłem. Asystentka pozbierała swoje rzeczy i wyszła do innego biura. Siedział w swoim dużym krześle, za swym dużym biurkiem - pozostałość po poprzednim zarządzie. Nie mieściło się w drzwiach, więc zamiast go zdemontować, zaczął używać.
Nie pamiętam dokładnie, co mówiłem, ale poinformowałem go, że rezygnuję ze skutkiem natychmiastowym i jeszcze dziś otrzyma list. Wpatrywał się we mnie przez minutę. Bałem się, co może zaraz nastąpić. Wstał powoli, obszedł biurko i wziął mnie w objęcia. I obaj płakaliśmy. I płakaliśmy. I płakaliśmy. Moja rezygnacja była czymś więcej niż wypowiedzeniem pracy. Oznaczała śmierć niewypowiedzianego marzenia. Co mogło być i co prawdopodobnie powinno, nie powstanie. Więc po prostu staliśmy tam i płakaliśmy.
W niedzielę zjawiłem się na magazynowym uwielbieniu tak jak zawsze. Uśmiechałem się. Uścisnąłem kilka rąk. Śpiewałem. I zrezygnowałem. To było okropne. Okropne. Do dzisiejszego dnia spotykam ludzi, którzy mówią: "Andy, pierwszy raz w Kościele w magazynie byłem tej niedzieli, kiedy zrezygnowałeś". Jak nóż w serce. Ci ludzie ufali mi. Podążali za mną. Ofiarowali siebie. Służyli jak szaleni. Doświadczyliśmy razem drugiego rozdziału Dziejów Apostolskich. Dopiero zaczynaliśmy. A ja odchodziłem. Najgorsze było to, że nie mogłem im powiedzieć, dlaczego. Nawet powiedziałem im, że nie mogę. Zapewniłem ich, że z moim małżeństwem wszystko w porządku. Nie mam problemów ze zdrowiem. Nikt mnie nie zwolnił. I że nie otrzymałem lepszej oferty. Później pomodliłem się i wróciłem do domu.
Ze skutkiem natychmiastowym grupa rozpoczęła przedsięwzięcie mające na celu rozdzielenie kampusów na dwa niezależne Kościoły. Delegacja przyszła zapytać mnie, czy wróciłbym jako pastor północnego kampusu, jeśli Pierwszy Kościół Baptystów przekształci się w oddzielny Kościół. Plotka wtedy głosiła, że od początku byłem częścią tej grupy i kiedy zorientowałem się, że nie dam rady przejąć całego Kościoła, zacząłem spiskować, by przejąć północną część. Podziękowałem grupie za ich ofertę i zapewniłem, że nie jestem zainteresowany powrotem.
NIE NA NASZEJ SŁUŻBIE
Jak wszyscy wiemy, każda historia ma dwie strony. Zanim więc przejdę dalej, chcę zatrzymać się i poprosić, byście postawili się w sytuacji mojego taty. Spędził ostatnie osiemnaście lat, budując ogromne duchowieństwo bez żadnego wsparcia w domu. Później jego żona składa pozew o rozwód, który poza tym, że był publicznym poniżeniem, podzielił zgromadzenie. Szybko po tym syn, któremu błogosławił przy każdej nadarzającej się okazji, włączając w to pozwolenie na stworzenie dramatycznie odmiennego Kościoła od jego własnego, próbuje się go pozbyć i zająć jego miejsce! Kiedy to nie działa, syn próbuje zdobyć poparcie na podzielenie Kościoła i przejmuje kontrolę nad połową zgromadzenia. Gdy spisek zostaje udaremniony, rezygnuje, pozostawiając kilka tysięcy ludzi bez pastora i wyjaśnień, dlaczego odchodzi. Gdybyście byli moim tatą, odezwalibyście się do mnie jeszcze kiedykolwiek? Rodzice ujmują swojej woli. Z tego, co wiem, tata tak zrobił. Kto by go winił?
W tym momencie nie umiem wyrazić mu wystarczającego uznania. Jest z pokolenia dobrych i złych gości, kowbojów i Indian, jesteś ze mną albo przeciwko mnie. Dla niego lojalność zawsze była największą wartością. Kiedy połączy się to z filtrem, przez jaki interpretował moje zachowania, miał mnóstwo powodów, by namalować mnie jako niewdzięczną, nielojalną i egocentryczną primadonnę. Jak ktoś, kto dostał takie możliwości jak ja, mógłby traktować swego ojca z taką pogardą? Patrząc na to przez jego pryzmat, byłby całkowicie usprawiedliwiony, gdyby spisał mnie na straty i ruszył dalej.
Ale nie zrobił tego.
Zamiast tego zaprosił mnie na obiad.
Tak wiele.
CO DALEJ
Delikatnie mówiąc, rozmowy były wymuszone. Obaj byliśmy wściekli i skrzywdzeni. Ojciec jednak próbował. W trakcie jednego z naszych niezręcznych spotkań powiedział coś, co skruszyło lód mego serca i otworzyło drzwi relacjom, jakie mamy teraz. Rzekł: "Obaj wiemy, co dzieje się z ojcami i synami, którzy przechodzą przez coś takiego". Przerwał i spojrzał mi prosto w oczy. "Andy, nie chcę, żebyśmy skończyli w ten sposób". Wszystko, co mogłem wyszeptać, to: "Ja też, tato".
Dwa miesiące po mojej rezygnacji jedliśmy jeden z tych cichych obiadów w meksykańskiej restauracji, gdy tata spojrzał znad sałatki i spytał: "Więc co zamierzasz teraz robić?". Ciężko było zrozumieć i jemu, i ojcu Sandry to, jak mogłem rzucić idealną pracę, nie mając nic w zanadrzu. Wiedząc, że mam dwójkę małych dzieci, a trzecie w drodze, mogę zrozumieć ich oszołomienie. To nie jest coś, co bym polecił. Po mojej rezygnacji pojechaliśmy do Kościoła w innym stanie, gdzie głosiłem kazanie, oczekując na telefon. I zadzwonili. A my odmówiliśmy. Wcześniej, w tym samym tygodniu, zostałem zaproszony przez grupę, by omówić założenie nowego Kościoła na terenie Atlanty. Myślenie o tym było ekscytujące. Ale wtedy to był tylko pomysł. "Więc - powiedziałem - gdybym mógł cokolwiek zrobić, to zebrałbym grupę ludzi, z którymi pracowałem w Pierwszym Kościele Baptystów, poszedłbym na północ miasta i zaczął od nowa".
Wypowiadając te słowa, wiedziałem, że nie byłem w stanie niczego rozpocząć. Nie miałem żadnego interesu w "pastorowaniu" komukolwiek. Wciąż widywałem się z moim doradcą. Dramat poprzednich dwóch lat wysiedlił wszystkie możliwe sprawy, które przez lata tkwiły na ścianach mojej duszy. Tylko dwa dni wcześniej przy moim doradcy wyładowywałem się, mówiąc, jak bardzo wszyscy się mylili, a jak bardzo ja miałem rację. Gdy w końcu przestałem, by zaczerpnąć powietrza, Steve rzekł: "Andy, pozwól mi cię o coś zapytać. Jak zareagowałbyś, gdybyś był jednym z uczniów Jezusa i słyszał Piotra zapierającego się Go?". Zanim zdążyłem pomyśleć, powiedziałem: "Wydałbym go!". Usta mówią z serca. Takie było moje serce. Rozzłoszczone. Łatwo oceniające. Przemądrzałe. Steve uśmiechnął się i zadał drugie pytanie: "Jak Jezus zareagował?". Zdając sobie sprawę, że nie można odmówić składania zeznań swojemu doradcy, odpowiedziałem: "Uczynił go odpowiedzialnym za to całe przedsięwzięcie".
To był dla mnie definitywny moment. Dostrzegłem coś, czego wcześniej nie widziałem, i znienawidziłem to, co ujrzałem. Kiedy zmierzyłem się z faryzejskim stanem mojego serca, byłem zdesperowany, by się zmienić. Zdałem sobie sprawę, że to przez ten filtr nauczałem, radziłem, czytałem Pismo i przewodniczyłem. Prosiłem Boga, by rozebrał mnie z tego. Wtedy rozpoczął się proces, który jestem pewien, że trwa do dziś.
Tak więc, gdy otworzyłem się na tatę tamtego popołudnia i marzyłem na głos, nie miałem w głowie żadnych ram czasowych. Zapytał, co chciałbym robić, gdybym mógł robić cokolwiek, więc mu powiedziałem.
A później on powiedział światu.
Niedzielnego wieczoru bez mojej wiedzy poprzedził regularny porządek uwielbienia niespodziewaną informacją na temat moich planów. "Część z was zastanawiała się, co teraz porabia Andy. Cóż, zjedliśmy razem obiad w tym tygodniu. Planuje pójść na północ miasta i założyć Kościół". Przerwał. "I ma moje błogosławieństwo". Rany były dla niego zbyt świeże, by mieć to na myśli. Chciał mieć to na myśli. Ale kochał mnie. Wiedział, jak ważne jest dla mnie to, by stał za mną. Więc tak to powiedział. Tego wieczoru mój telefon zaczął dzwonić. Papier w faksie skończył się przed południem dnia następnego. Wszyscy chcieli wiedzieć, kiedy, gdzie i jak mogą się zaangażować. Ja chciałem tylko się zdrzemnąć.
Dziewiętnastego listopada 1995 roku mieliśmy spotkanie organizacyjne dotyczące założenia nowego Kościoła. Pojawiło się około 1500 osób. Nie czułem się gotowy. Ale to się nie liczyło. Wydarzenia zostały wprowadzone w ruch. Koła się toczyły. Gotowi czy nie, zakładaliśmy nowy zbór. Albo tak to wyglądało. W rzeczywistości - wznawialiśmy Kościół.
Grupa, która wtedy się zgromadziła, nie była gromadą ciekawskich. To była podstawa. Była to ta grupa, która przez ostatnie trzy lata pracowała, by stworzyć najbardziej wyjątkowe i dynamiczne kościelne doświadczenie w mieście. Wierzyli. Rozumieli. Tak jak ja byli zrujnowani przez to, co widzieli i przeżyli w magazynie. Wiedzieli, co mogło i powinno być. Nie potrzebowali wizji, potrzebowali pozwolenia.
Tak więc po emocjonalnym zestawie uwielbień, wszedłem na podium i powiedziałem im to, co już wiedzieli:
Atlanta nie potrzebuje kolejnego Kościoła. Atlanta potrzebuje Kościoła innego rodzaju. Atlanta potrzebuje Kościoła, do którego kościelni ludzie swobodnie przyprowadzają przyjaciół, członków rodziny i sąsiadów. Kościoła, do którego niewierzący mogą przyjść, by usłyszeć prawdę zmieniającą życie - że Bóg troszczy się o nich i o tym, że Jezus Chrystus zmarł za ich grzechy. Zebraliśmy się, by stworzyć Kościół, do którego niekościelni ludzie będą uwielbiać uczęszczać.
Tak więc zaczęliśmy.
Znowu.
Następnego ranka napisałem krótką deklarację po angielsku, zmieniłem czcionkę na grecką, wydrukowałem i umieściłem na biurku, gdzie spoczywa do dziś. Głosi ona:
??????????????????????????????????????????????????????????????
?????????????????????????
Panie, nie był to mój pomysł. Ty mnie w to wpakowałeś. Ufam, że mnie przez to poprowadzisz.
Taki początek miała Społeczność Kościoła North Point. Pozew rozwodowy i rozpad Kościoła. Przez chwilę rozważałem powieszenie zdjęcia moich rodziców w korytarzu North Point. Poza mną nikogo to nie bawiło. Nie określam siebie jako plantatora Kościoła. Nigdy nie zamierzałem założyć Kościoła. Ale Bóg miał inne plany.
Tata skończył w tym roku osiemdziesiąt lat. Rozumie się samo przez się, że stoję na jego ramionach. Są to dwa bardzo zatłoczone ramiona. Kilka pokoleń liderów Kościoła jest tam razem ze mną. I wszyscy jesteśmy bardzo wdzięczni. Ja najbardziej. Z czasem wywnioskowałem, że tata i ja zareagowaliśmy na konflikt Pierwszego Kościoła Baptystów w ten sam sposób. Oboje zrobiliśmy to, czego, jak uważaliśmy, oczekuje Bóg. Ja byłem przekonany, że chce bym odszedł. On był przekonany, że Bóg chce, żeby został. Więc to zrobiliśmy. Dążymy do tego od tamtej pory. Gdybyście poprosili mojego tatę, by streścił swoje życie w jednym zdaniu, powiedziałby: "Bądź posłuszny Bogu i wszystkie konsekwencje pozostaw Jemu".
To dobra rada.
Teraz porozmawiajmy o Kościele.