Głęboki sen - Raymond Chandler

Kup ebooka

35.00 zł
29.05 zł (27,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

BY­ŁO OKO­ŁO JE­DE­NA­STEJ przed po­łu­dniem je­sien­ne­go dnia w po­ło­wie paź­dzier­ni­ka. Słoń­ce ani my­śla­ło grzać, a za­chmu­rzo­ne nie­bo nio­sło dla po­gó­rza obiet­ni­cę rzę­si­stej ule­wy. Mia­łem na so­bie błę­kit­ny gar­ni­tur, gra­na­to­wą ko­szu­lę, kra­wat i po­szet­kę, czar­ne brog­sy, a do te­go weł­nia­ne skar­pe­ty te­go sa­me­go ko­lo­ru, z gra­na­to­wy­mi wzor­ka­mi w kształ­cie ze­ga­rów. By­łem trzeź­wy i świe­żo ogo­lo­ny, wy­glą­da­łem schlud­nie, ale nie przez wzgląd na to, co po­my­ślą in­ni - tak po pro­stu po­wi­nien się pre­zen­to­wać każ­dy do­brze ubra­ny pry­wat­ny de­tek­tyw. Sze­dłem z wi­zy­tą do czte­rech mi­lio­nów do­la­rów.

Głów­ny hall po­sia­dło­ści Stern­wo­odów był wy­so­ki na dwa pię­tra. Nad drzwia­mi wej­ścio­wy­mi, przez któ­re da­ło­by się prze­go­nić sta­do in­dyj­skich sło­ni, znaj­do­wał się du­ży wi­traż, a na nim ry­cerz w ciem­nej zbroi ra­to­wał przy­wią­za­ną do drze­wa da­mę. Ta nie mia­ła na so­bie odzie­nia, okry­wa­ły ją tyl­ko dłu­gie wło­sy, tak­tow­nie spły­wa­ją­ce po jej na­gim cie­le. Ry­cerz uniósł przy­łbi­cę, chcąc się za­pew­ne przed­sta­wić, i maj­stro­wał przy za­ci­śnię­tych su­płach, ale bez po­wo­dze­nia. Przy­sta­ną­łem, za­sta­na­wia­jąc się, czy gdy­bym tu miesz­kał, któ­re­goś dnia nie wla­zł­bym na gó­rę i mu nie po­mógł. Nie wy­glą­dał, jak­by się szcze­gól­nie sta­rał.

Z dru­giej stro­ny hall wień­czy­ły prze­szklo­ne drzwi bal­ko­no­we, a za ni­mi roz­cią­gał się sze­ro­ki szma­rag­do­wy traw­nik się­ga­ją­cy bie­lut­kie­go ga­ra­żu, przed któ­rym szczu­pły ciem­no­wło­sy mło­dy szo­fer w po­ły­skli­wych czar­nych spodniach od­ku­rzał bor­do­wy ka­brio­let mar­ki Pac­kard. Ro­sną­ce za ga­ra­żem rów­no przy­strzy­żo­ne de­ko­ra­cyj­ne drzew­ka wy­glą­da­ły ni­czym za­dba­ne pu­del­ki. Da­lej zo­ba­czy­łem spo­rą szklar­nię z ko­pu­ło­wym da­chem, a za nią jesz­cze wię­cej drze­wek. Te­ren po­sia­dło­ści oka­la­ły ma­syw­ne i nie­rów­ne, lecz ko­ją­ce wi­do­kiem gór­skie zbo­cza.

Wschod­nie skrzy­dło hal­lu zdo­bi­ły wol­no sto­ją­ce scho­dy wy­ło­żo­ne płyt­ka­mi. Pro­wa­dzi­ły na ga­le­ryj­kę z ba­rier­ką z ku­te­go że­la­za, wprost pod jesz­cze je­den wi­traż z ro­man­tycz­nym mo­ty­wem. Wol­ne miej­sce pod ścia­na­mi za­gra­co­no wiel­ki­mi so­lid­ny­mi fo­te­la­mi obi­ty­mi czer­wo­nym plu­szem, któ­re wy­glą­da­ły tak, jak­by nikt ni­g­dy na nich nie sia­dał. Po stro­nie za­chod­niej, na sa­mym środ­ku, znaj­do­wał się ogrom­ny pu­sty ko­mi­nek z mo­sięż­nym czte­ro­pa­ne­lo­wym pa­ra­wa­nem na za­wia­sach i gzym­sem ozdo­bio­nym na ro­gach ku­pi­dyn­ka­mi. Nad nim za­wie­szo­no słusz­ne­go roz­mia­ru por­tret olej­ny, a jesz­cze wy­żej za szkłem ga­blo­ty umo­co­wa­no skrzy­żo­wa­ne, po­dziu­ra­wio­ne ku­la­mi bądź nad­gry­zio­ne przez mo­le pro­por­ce ka­wa­le­ryj­skie. Ob­raz przed­sta­wiał po­zu­ją­ce­go sztyw­no ofi­ce­ra w peł­nym rynsz­tun­ku, praw­do­po­dob­nie z okre­su woj­ny mek­sy­kań­skiej. Żoł­nierz mógł się po­chwa­lić za­dba­ny­mi buj­ny­mi wą­sa­mi, sro­gim spoj­rze­niem czar­nych jak wę­gle oczu i pre­zen­cją czło­wie­ka, z któ­rym le­piej by­ło do­brze żyć. Po­my­śla­łem, że to pew­nie dzia­dek ge­ne­ra­ła Stern­wo­oda. Nie mógł to być prze­cież sam go­spo­darz, choć miał już po­noć na kar­ku ty­le wio­sen, że po­dejrz­li­wie pa­trzo­no na je­go nie­po­ko­ją­co mło­de, le­d­wie dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nie cór­ki.

Na­dal wpa­try­wa­łem się w te go­re­ją­ce czar­ne oczy, kie­dy na prze­ciw­le­głym koń­cu hal­lu, pod scho­da­mi, otwo­rzy­ły się drzwi. Nie był to jed­nak po­wra­ca­ją­cy do mnie ka­mer­dy­ner, a dziew­czy­na.

Mia­ła dwa­dzie­ścia lat, mo­że tro­chę wię­cej, by­ła drob­niut­ka, ale mi­mo de­li­kat­nej bu­do­wy nie wy­da­wa­ła się kru­cha. No­si­ła ja­sno­nie­bie­skie spodnie i mu­sia­łem przy­znać, że le­ża­ły na niej pierw­szo­rzęd­nie. Szła, jak­by uno­si­ła się nad zie­mią. Jej fa­lu­ją­ce ciem­ne wło­sy przy­cię­to znacz­nie kró­cej, niż wy­ma­ga­ła te­go obo­wią­zu­ją­ca mo­da, lan­su­ją­ca fry­zu­ry na pa­zia z pod­wi­nię­ty­mi koń­ców­ka­mi. Dziew­czy­na mia­ła ciem­no­sza­re oczy, któ­re wy­da­ły mi się zu­peł­nie bez wy­ra­zu. Gdy po­de­szła bli­żej, uśmiech­nę­ła się, ob­na­ża­jąc nie­wiel­kie, ale ostre i dra­pież­ne zę­by, bia­łe ni­czym świe­że wnę­trze skór­ki po­ma­rań­czy i lśnią­ce jak por­ce­la­na. Bły­snę­ły, by za­raz znik­nąć za jej cien­ki­mi, moc­no za­ci­śnię­ty­mi war­ga­mi. Mia­ła bla­dą, nie­zbyt zdro­wą ce­rę.

- Dry­blas z cie­bie, co? - po­wie­dzia­ła.

- Nie pro­si­łem się o to.

Wy­ba­łu­szy­ła oczy, wy­raź­nie zmie­sza­na. Mi­mo że do­pie­ro się po­zna­li­śmy, mo­głem za­uwa­żyć, że ra­czej nie jest zbyt by­stra.

- I przy­stoj­niak - do­da­ła. - Ale pew­nie już to sły­sza­łeś.

Mruk­ną­łem coś.

- Jak się na­zy­wasz?

- Re­il­ly - od­par­łem. - Kun­del Re­il­ly.

- Za­baw­ne imię.

Przy­gry­zła war­gę i lek­ko prze­krzy­wi­ła gło­wę, wpa­tru­jąc się we mnie. Przy­mknę­ła po­wie­ki tak, że nie­mal po­ła­sko­ta­ła rzę­sa­mi po­licz­ki. Na­stęp­nie otwo­rzy­ła oczy, jak gdy­by uno­si­ła te­atral­ną kur­ty­nę. Zna­łem tę sztucz­kę. Mia­ła spra­wić, że prze­wró­cę się na ple­cy z ła­pa­mi wy­sta­wio­ny­mi do gó­ry.

- Je­steś bok­se­rem? - ode­zwa­ła się, sko­ro ja mil­cza­łem.

- Nie­zu­peł­nie. Łap­sem.

- Aha. - Za­rzu­ci­ła gniew­nie gło­wą i jej wło­sy za­lśni­ły w co­kol­wiek mdłym świe­tle du­że­go hal­lu. - Stro­isz so­bie ze mnie żar­ty.

- Yhym.

- Co?

- Daj już spo­kój - po­wie­dzia­łem. - Sły­sza­łaś.

- Prze­cież nic nie po­wie­dzia­łeś. Lu­bisz się dro­czyć.

Pod­nio­sła kciuk do ust i przy­gry­zła go. Był to pa­lec o dziw­nym kształ­cie, cien­ki i ko­ści­sty, jak­by za­pa­so­wy, bez wy­pu­kło­ści przy pierw­szym sta­wie. Ssa­ła go po­wo­li, ob­ra­ca­jąc, ni­czym nie­mow­lę smo­czek.

- Strasz­nie je­steś wy­so­ki - po­wtó­rzy­ła i za­śmia­ła się, na­gle roz­ba­wio­na, po czym ob­ró­ci­ła się po­wo­li i zwin­nie, bez od­ry­wa­nia stóp od zie­mi.

Rę­ce opa­dły jej wzdłuż cia­ła i na­chy­li­ła się do mnie, sta­jąc na pal­cach. Po­le­cia­ła wprost w mo­je ra­mio­na i mu­sia­łem ją zła­pać al­bo po­zwo­lić, że­by roz­bi­ła so­bie gło­wę o wy­ło­żo­ną mo­zai­ką pod­ło­gę. Chwy­ci­łem ją więc pod pa­chy, a ona mo­men­tal­nie zwiot­cza­ła, jak­by mia­ła no­gi z wa­ty. Mu­sia­łem ją ob­jąć, aby nie upa­dła. Gdy opar­ła gło­wę na mo­jej pier­si, spoj­rza­ła na mnie i za­chi­cho­ta­ła.

- Uro­czy je­steś. - Za­śmia­ła się. - Ja też.

Nie od­po­wie­dzia­łem. Ka­mer­dy­ner, rzecz ja­sna, wy­brał aku­rat ten mo­ment, aby wejść do hal­lu przez oszklo­ne drzwi i zo­ba­czyć, jak ją do sie­bie przy­ci­skam.

Nie wy­da­wał się jed­nak tym prze­ję­ty. Był szczu­płym, wy­so­kim si­wie­ją­cym męż­czy­zną do­bie­ga­ją­cym sześć­dzie­siąt­ki, choć rów­nie do­brze mógł li­czyć so­bie kil­ka lat wię­cej. Miał błę­kit­ne, ide­al­nie obo­jęt­ne oczy, a je­go skó­ra wy­da­ła mi się gład­ka i ja­sna. Po­ru­szał się jak ktoś du­żo młod­szy. Szedł ku nam po­wol­nym kro­kiem, a dziew­czy­na, do­strze­gł­szy go, ode­rwa­ła się ode mnie, po­bie­gła czym prę­dzej na scho­dy i prze­ska­ku­jąc ko­lej­ne stop­nie z sar­nią gra­cją, znik­nę­ła, za­nim zdą­ży­łem głę­bo­ko ode­tchnąć i wy­pu­ścić z płuc na­bra­ne po­wie­trze.

Ka­mer­dy­ner ode­zwał się bez­barw­nym gło­sem:

- Ge­ne­rał pa­na przyj­mie, pa­nie Mar­lo­we.

Za­mkną­łem roz­war­te usta i ski­ną­łem gło­wą.

- Kto to był?

- Pan­na Car­men Stern­wo­od, pro­szę pa­na.

- Od­ucz­cie ją te­go. Nie jest już dziec­kiem.

Spoj­rzał na mnie z peł­ną po­wa­gi grzecz­no­ścią i po­wtó­rzył to, co przed mo­men­tem po­wie­dział.