cztery
Oczywistym truizmem jest, że świat robi się najprzyjemniejszy w latach
Gasnącego Słońca. To prawda, że pogoda nie jest tak intensywna, że
wszystko emanuje wrażeniem spowalniania, a większość miejsc doświadcza
kilku lat, podczas których lato nie pali, zimy nie są jeszcze przesadnie
mroźne. To klasyczna pora romansów. Czas uwodzicielsko skłaniający
wyższe stworzenia do relaksu, odkładania. Oraz ostatnia szansa na
przygotowanie się do końca świata.
* * *
Dobrym zrządzeniem losu Szrekander Podgórny wybrał najpiękniejsze dni
Lat Gaśnięcia na swoją pierwszą wyprawę do Dowództwa Lądowego. Szybko
zrozumiał, że trafiło mu się podwójne szczęście: krętych nadbrzeżnych
dróg nie zaprojektowano z myślą o automobilach, a on sam wcale nie był
tak dobrym kierowcą, za jakiego się uważał. Niejednokrotnie wchodził w ostry zakręt z nieprawidłowo przyłożonym pasem napędowym silnika i tylko
kierownica oraz hamulce powstrzymywały go przed wyleceniem w mglisty
błękit Wielkiego Morza (choć niewątpliwie upadek byłby krótszy, kończąc
się w lesie poniżej, to skutek byłby równie śmiertelny).
Uwielbiał to. W ciągu kilku godzin opanował obsługę maszyny i teraz, gdy
wychylał się na dwóch kołach, robił to prawie celowo. Jazda była
cudowna. Miejscowi nazywali tę drogę Dumą Zgody, a rodzina królewska
nigdy nie odważyła się protestować. Był sam środek lata. Las miał pełne
trzydzieści lat, w zasadzie będąc tak stary, jak tylko mogły być drzewa,
z zielonymi koronami wysoko nad prostymi pniami rosnącymi prawie przy
samym brzegu drogi. Do grzędy kierowcy docierała woń kwiatów i leśnej
żywicy.
Nie widział wielu innych cywilnych aut. Napotykał mnóstwo wozów
ciągniętych przez osprechy, trochę ciężarówek oraz nieprzyjemnie dużą
liczbę konwojów wojskowych. Cywile reagowali na niego cudowną mieszanką
emocji: irytacją, rozbawieniem, zazdrością. Jeszcze częściej niż w okolicach Princeton widywał dziewki w ciąży i facetów z dziesiątkami
dziecięcych bąbli na plecach. Machanie niektórych zdradzało zazdrość o coś więcej niż tylko automobil Szreka. A czasami to ja zazdroszczę im.
Przez chwilę bawił się tą myślą, nie próbując jej racjonalizować.
Instynkt był czymś bardzo fascynującym, zwłaszcza gdy przyjrzeć mu się
od środka.
Mijały mile. Choć jego ciało i zmysły lubowały się jazdą, w głębi umysł
Szrekandra nieustannie pracował: uniwersytet, jak przekonać Dowództwo
Lądowe do swojego planu oraz niezliczone sposoby, na jakie można by
ulepszyć automobil. Późnym popołudniem pierwszego dnia dojechał do
małego miasta w lesie. Antyczna tablica głosiła NOCNA GŁĘBIA: Szrekander
nie był pewien, czy to nazwa miejsca, czy zwykły opis.
Zatrzymał się przed miejscowym kowalem. Kowal przywitał go takim samym
dziwnym uśmieszkiem, jak niektórzy ludzie mijani na drodze.
-?Ładny macie automobil, panie.
Właściwie to był bardzo ładny i drogi automobil, nowiuteńki Relmeitch.
Zdecydowanie wykraczał poza możliwości finansowe przeciętnego studenta.
Szrekander wygrał go w kasynie dwa dni temu. Miał w tym sporo szczęścia.
Jego wygląd był dobrze znany w jaskiniach hazardu w całym Princeton.
Gildia właścicieli poinformowała go, że jeśli jeszcze raz przyłapią go
na grze w mieście, połamią mu wszystkie ręce. I tak był już gotów
opuścić miasto... i naprawdę bardzo chciał poeksperymentować z automobilami.
Kowal obszedł maszynę, udając podziwianie srebrnego obramowania i obrotowych cylindrów.
-?To co, trochę daleko was zaniosło od domu, co? Co zrobicie, jak
przestanie działać?
-?Kupię trochę benzyny?
-?Ach, mamy ją. Potrzebna do niektórych sprzętów rolniczych. Ale nie, co
będzie, jak się wasza maszyna zepsuje? Wie pan, wszystkie to robią. Są
dość delikatne, nie tak jak zwierzęta pociągowe.
Szrekander uśmiechnął się szeroko. Zauważył kadłuby kilku samochodów w lesie za kuźnią. Trafił we właściwe miejsce.
-?To może być problem. Ale widzi pan, mam parę pomysłów. To robota ze
skórą i metalem, która może pana zainteresować.
Przedstawił dwa z pomysłów, które przyszły mu do głowy tego popołudnia,
rzeczy, których wykonanie powinno być proste. Kowal nie protestował,
bardzo chętny do robienia interesów z szaleńcem. Jednak Szrekander
musiał zapłacić z góry. Na szczęście waluta Banku Princeton była dla
niego akceptowalna.
Później Podgórny przejechał przez małe miasteczko, szukając gospody. Na
pierwszy rzut oka było to spokojne miejsce do życia stojące poza upływem
czasu. Był tam tradycyjny kościół Mroku, tak skromny i wyblakły, jak
powinien o tej porze. Gazety sprzedawane przy poczcie pochodziły sprzed
trzech dni. Ich nagłówki były duże i czerwone, krzyczały o wojnie oraz
inwazji, ale konwoje Dowództwa Lądowego przetaczające się główną drogą
nie wzbudzały większej uwagi.
Okazało się, że Nocna Głębia jest zbyt mała na gospodę. Właściciel
poczty dał mu namiary na kilka domów oferujących wynajem pokoi. W miarę
jak słońce zaczęło opadać w stronę oceanu, Szrekander jeździł po
okolicy, zagubiony zwiedzając okolicę. Las był piękny, ale nie zostawiał
wiele miejsca na uprawę. Miejscowi utrzymywali się częściowo z handlu,
ale też ciężko pracowali w swoim górskim ogrodzie... i zostały im najwyżej
trzy lata dobrych sezonów uprawowych, zanim mrozy zrobią się zabójcze.
Lokalne spichlerze wyglądały na pełne, a między wzgórzami nieustannie
wędrowały wozy. Gminna głębia znajdowała się gdzieś tam w górę, jakieś
piętnaście mil od osady. Nie była duża, ale obsługiwała większość
mieszkańców okolicy. Jeśli ci ludzie nie zbiorą teraz dość, z pewnością
umrą z głodu w ciągu pierwszych, trudnych lat Wielkiego Mroku. Nawet w rozwiniętej cywilizacji nie można było liczyć na miłosierdzie dla
sprawnych osób, które nie odkładały na te lata.
Zachód słońca zastał go na wzniesieniu z widokiem na ocean. Ziemia
opadała stromo z trzech stron, od południa w niewielką, zarośniętą
drzewami dolinę. Na grzbiecie za dolinką stał dom wyglądający jak jeden
z opisanych przez kierownika poczty. Ale Szrekowi wcale się nie
śpieszyło, to był najpiękniejszy widok, jaki zobaczył tego dnia.
Przyglądał się, jak tartany ciemnieją w ograniczone kolory w miarę
zanikania słońca za horyzontem.
Potem zawrócił i ruszył w dół stromej drogi do zarośniętej doliny.
Zamknęły się nad nim korony drzew... i zajął się najtrudniejszą jazdą tego
dnia, choć poruszał się wolniej, niż ktoś mógłby tu iść. Auto zapadało
się i zjeżdżało w głębokie na stopę koleiny. Od ugrzęźnięcia na dobre
uchroniły go głównie ciążenie i szczęście. Do czasu dotarcia do
strumienia na dole Szrekander poważnie zastanawiał się, czy nie będzie
musiał tu zostawić swojej nowej lśniącej maszyny. Rozglądał się. Droga
nie była porzucona, koleiny po wózkach były świeże.
Lekka wieczorna bryza przyniosła smród odpadków i gnijących śmieci.
Wysypisko? Dziwnie byłoby spotkać coś takiego w głuszy. Przed sobą
widział sterty nieokreślonych odpadków, ale był tam też częściowo ukryty
za drzewami rozpadający się dom. Miał powykrzywiane ściany, jakby drewno
do budowy nie zostało odpowiednio wysuszone. Jego dach się zapadał, a dziury pozatykano wikliną. Trawa między drogą a domem została wyjedzona,
co mogło tłumaczyć odpadki: w pobliżu strumienia uwiązano kilka
osprechów, trochę w górę strumienia względem domu.
Szrekander stanął. Koleiny drogi znikały w strumieniu dwadzieścia stóp
przed autem. Przez chwilę tylko się im przyglądał, przytłoczony. Musieli
tu mieszkać rzetelnie zacofani ludzie, całkowicie obcy wszystkiemu, co
widział wychowany w mieście Szrekander Podgórny. Zaczął wysiadać z samochodu. Jakie musieli mieć perspektywy! Czego mógł się od nich
dowiedzieć? A potem dotarło do niego, że jeśli ich spojrzenie na świat
będzie dostatecznie odmienne, ci obcy ludzie mogą nie ucieszyć się z jego obecności.
Zresztą... Szrekander osiadł z powrotem na grzędzie i pewnie chwycił
kierownicę, regulację przepustnicy i hamulców. Obserwowały go nie tylko
osprechy. Rozejrzał się na wszystkie strony oczami w pełni dostosowanymi
już do zmierzchu. Była ich dwójka. Czaili się w cieniach po obu
stronach. Nie zwierzęta, nie ludzie. Dzieci? Miały może pięć i dziesięć lat, to mniejsze wciąż z dziecinnymi oczami. Ich spojrzenie
było zwierzęce, drapieżne. Podeszły bliżej do auta.
Szrekander zwiększył obroty silnika i ruszył ostro. Tuż przed dotarciem
do strumienia zauważył trzecią sylwetkę -?tym razem większą -?ukrywającą
się w drzewach nad wodą. Może to i dzieci, ale czekało go poważne
starcie z grą w zaczajenie i uderzenie. Szrekander mocno wykręcił
kierownicę w prawo, wyskakując z kolein. Znalazł się poza drogą... ale czy
na pewno? Przed sobą zobaczył niewyraźne wydrapane rowki: prawdziwy
bród!
Wjechał w strumień, rozpryskując wodę wysoko na obie strony. Ten duży w drzewach skoczył. Jedną długą ręką zadrapał bok auta, ale wylądował z boku trasy Szrekandra. A potem Podgórny dotarł do drugiego brzegu i pędził w górę zbocza. Prawdziwa pułapka skończyłaby się tu w ślepym
zaułku, ale droga prowadziła dalej, a jego szaleńcza jazda mimo wszystko
nie wywróciła pojazdu na bok. Nastąpił jeszcze jeden naprawdę
przerażający moment, gdy wyłonił się spomiędzy drzew. Droga zrobiła się
bardziej stroma i Relmeitch na chwilę odchylił się do tyłu, obracając
się na tylnych kołach. Szrekander rzucił się z grzędy do przodu, a samochód opadł z powrotem i wspiął się na grzbiet wzgórza.
Znalazł się pod domem widzianym z drugiej strony doliny, zaparkował pod
gwiazdami i w resztkach światła zmierzchu.
Wyłączył silnik i przez chwilę siedział, łapiąc oddech i słuchając krwi
pulsującej w piersi. Panowała cisza. Obejrzał się: nikt go nie ścigał.
Zresztą teraz, gdy o tym pomyślał... to było dziwne. Gdy się wcześniej
obejrzał, ten duży powoli wychodził ze strumienia, a pozostałe dwa już
się odwróciły, jakby straciły zainteresowanie.
Znajdował się przy domu widzianym ze wzgórza. W oknach od przodu
pojawiło się światło, a potem otworzyły się drzwi i na ganek wyszła
stara kobieta.
-?Kto tu jest? -?zapytała mocnym głosem.
-?Lady Enclearre? -?odezwał się dość piskliwie Szrek. -?Dostałem pani
adres od poczmistrza. Powiedział, że ma pani pokój do wynajęcia na noc.
Podeszła od strony kierowcy i obejrzała go z góry na dół.
-?To prawda. Ale jest pan za późno na kolację. Będzie się pan musiał
zadowolić zimnymi przekąskami.
-?Ach. Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi.
-?Dobrze. Zapraszam do środka. -?Zaśmiała się i machnęła ręką w stronę
doliny, z której udało się Szrekandrowi uciec. -?Przebyłeś długą drogę,
synu.
* * *
Pomimo zapowiedzi Lady Enclearre dobrze go nakarmiła. Potem usiedli w jej salonie i rozmawiali. Miejsce było czyste, choć zużyte. Nie
naprawiono uginającej się podłogi, a miejscami odpadała farba. Dom
wyraźnie dobiegał końca swojego czasu. Jednak słaby blask lamp ujawnił
regał z książkami stojący między oknami. Mieścił około stu pozycji,
głównie podręczników dla dzieci. Stara kobieta (a była naprawdę stara,
urodzona dwa pokolenia wcześniej od Szreka) była emerytowaną gminną
nauczycielką. Jej mąż nie przetrwał ostatniego Mroku, ale miała dorosłe
dzieci -?teraz już dorosłych chłopów żyjących pośród okolicznych wzgórz.
* * *
Lady Enclearre w niczym nie przypominała miejskiej nauczycielki.
-?Och, trochę podróżowałam. Kiedy byłam młodsza od pana, żeglowałam po
zachodnim morzu.
Żeglarka! Szrekander z nieukrywanym zachwytem słuchał jej opowieści o huraganach, lodowych zawiejach i wybuchach lodowych gór. Niewielu ludzi
było dość szalonych, by zostać żeglarzami, nawet w Latach Gaśnięcia.
Lady Enclearre miała szczęście, że przeżyła dość długo, by dorobić się
dzieci. Może właśnie dlatego w kolejnym pokoleniu osiadła i zajęła się
uczeniem, pomagając mężowi wychowywać maluchy. Każdego roku studiowała
podręczniki do następnej klasy, pozostając o rok przed dziećmi gminy, aż
do ich dorosłości.
W tej Jasności nauczała kolejne pokolenie. Kiedy dorosło, zaczął jej
doskwierać własny wiek. Wielu ludzi dożywało trzeciego pokolenia, ale
niewielu potrafiło je całe przeżyć. Lady Enclearre była zdecydowanie
zbyt słaba, by mogła sama przygotować się na nadchodzący Mrok. Jednak
miała swój kościół i pomoc dzieci, więc będzie miała szansę zobaczyć
czwarty Czas Jasności. A na razie zajmowała się plotkowaniem i lekturą.
Okazywała nawet zainteresowanie wojną, choć tylko jako ciekawy widz.
-?Jak dla mnie to powinniśmy wsadzić Tieferom tunel w zadek. Mam w Forcie dwie prasiostrzenice i jestem z nich bardzo dumna.
Słuchając jej, Szrekander wyglądał przez szerokie, dobrze oszklone okna
Lady Enclearre. Tu gwiazdy świeciły tak jasno tysiącem kolorów, że
rozjarzały nawet słabo szerokie liście w lesie na wzgórzach. W okna
nieustannie uderzały drobne leśne wróżki, a z okolicznych drzew
dochodziła ich rytmiczna pieśń.
Niespodziewanie odezwał się bęben. Był głośny, z wibracjami
docierającymi przez czubki stóp i pierś w równym stopniu co przez uszy.
Doszło kolejne dudnienie, wchodząc w synchronizację z pierwszym i od
niego dryfując.
Lady Enclearre zamilkła, wsłuchując się w odgłosy.
-?Obawiam się, że to może trwać godzinami.
-?Sąsiedzi? -?Szrekander machnął na północ, w stronę małej doliny.
Ciekawe, że poza wcześniejszym komentarzem o "przybyciu z daleka" nie
powiedziała nic na temat tych dziwnych ludzi w dolince.
...I może teraz też tego nie zrobi. Lady Enclearre zaskrzypiała na swojej
grzędzie, jej pierwsza dłuższa chwila ciszy, od kiedy tu dotarł.
-?Zna pan bajkę o Leniwych Leśnych Wróżkach? -?zapytała w końcu.
-?Oczywiście.
-?Robiłam z niej ważną część katechizmu, zwłaszcza dla pięcio- i sześciolatków. Potrafią się odnieść do świerszczy, bo wyglądają jak mali
ludzie. Obserwowaliśmy, jak rosną im skrzydła, i opowiadałam im o tych,
które nie przygotowują się na Mrok, tych, które się bawią, aż robi się
za późno. Można z tego zrobić straszną historię. -?Zasyczała gniewnie w swoje jedzeniowe ręce. -?Jesteśmy tu bardzo biedni. Dlatego poszłam na
morze i dlatego w końcu wróciłam, żeby spróbować pomóc. Były takie lata,
że całą moją zapłatą za uczenie były weksle rolników. Ale chcę, żebyś
wiedział, młody człowieku, że jesteśmy dobrymi ludźmi... Tylko że czasami
zdarza się, że jakieś chłopy i baby wybierają życie szkodników. Bardzo
niewielu i przeważnie głębiej między wzgórzami.
Szrekander opisał pułapkę na dnie dolinki.
Lady Enclearre pokiwała głową.
-?Domyśliłam się, że było to coś takiego. Przyjechał pan tu, jakby się
za panem paliło. Miał pan szczęście, że wydostał się z tego z autem, ale
nie groziło panu wielkie niebezpieczeństwo. To gdyby pan się przy nich
nie ruszał, mogliby pana skopać na śmierć, ale w zasadzie są zbyt
leniwi, żeby stanowić poważne zagrożenie.
Oj. Prawdziwi dewianci. Szrekander próbował ukryć odczuwane
zainteresowanie.
-?A ten hałas to...?
Enclearre machnęła lekceważąco.
-?Może muzyka. Myślę, że jakiś czas temu zdobyli zapas mocniejszych
dopalaczy. Ale to tylko objaw... nawet jeśli czasami nie daje mi spać w nocy. Nie. Wie pan, co naprawdę czyni z nich szkodniki? Nie planują na
Mrok... i skazują własne dzieci. Ta para w dolince to ludzie ze wzgórz,
którzy nie mieli cierpliwości do uprawy roli. Czasami coś robili,
chodząc od gospodarstwa do gospodarstwa i pracując tylko, gdy nie mogli
niczego ukraść. W środkowych latach słońca życie jest łatwe. A przez
cały ten czas się puszczali, robiąc ciągły strumień maluchów... Jest pan
młody, panie Podgórny, może trochę chroniony. Nie wiem, czy zdaje sobie
pan sprawę, jak trudno jest zapłodnić kobietę przed Latami Gaśnięcia.
Wychodzi z tego jeden albo dwa małe bąble... a każda przyzwoita kobieta je
zerwie. Tylko że szkodniki w dolinie rżną się ze sobą przez cały czas.
Facet zawsze nosi na plecach jeden czy dwa bąble. Bogu dzięki, prawie
zawsze umierają. Ale raz na jakiś czas dorastają do etapu niemowląt.
Niewiele dożywa do dzieciństwa, ale wtedy przez lata są traktowane jak
zwierzęta. Większość jest kompletnymi idiotami.
Szrekander przypomniał sobie drapieżne spojrzenia. Te maluchy były tak
bardzo różne od tego, co pamiętał z dzieciństwa.
-?Ale z pewnością jakieś uciekają? Któreś dożywają dorosłości?
-?Niektóre tak. Wtedy robią się niebezpieczne, bo pojmują, co je
ominęło. Czasami robi się tu nieprzyjemnie. Kiedyś hodowałam
minitaranty; wie pan, do towarzystwa i zarobienia paru groszy, ale
wszystkie zostały skradzione albo znajdowałam na schodach ich wyssane do
sucha korpusy. -?Przez jakiś czas milczała, wspominając je. -?Idiotom
wpadają w oczy błyskotki. Przez jakiś czas był tu gang, który wymyślił,
jak włamać się do mojego domu. Kradli głównie cukierki. A potem jednego
dnia ukradli wszystkie obrazy, nawet te z książek. Potem już solidnie
zamykałam drzwi. W jakiś sposób włamali się ponownie... i zabrali resztę
moich książek! Wciąż wtedy jeszcze uczyłam i bardzo ich potrzebowałam.
Gminna konstabl zgarnęła ich za to, ale oczywiście nie znalazła żadnych
książek. Musiałam kupić nowe podręczniki nauczycielskie na dwa ostatnie
lata szkoły. -?Machnęła w stronę górnych rzędów regału, na zużyte kopie
kilkunastu książek. Te na dolnych półkach też wyglądały na podręczniki
aż do pierwszych klas, ale były nowe i nietknięte. Dziwne.
Podwójne bębnienie zgubiło synchronizację, a potem powoli wygasło w ciszę.
-?Tak więc, panie Podgórny, niektóre z urodzonych poza fazą maluchów
dożywają dorosłości. I prawie mogą uchodzić za chłopów z bieżącego
pokolenia. W pewien sposób stają się szkodnikami następnego pokolenia.
Za parę lat sytuacja zrobi się nieprzyjemna. Tak jak leniwe leśne
wróżki, ci ludzie zaczną odczuwać zimno. Bardzo niewielu trafi do
gminnej głębi. Reszta pozostanie wśród wzgórz. Wszędzie tu są jaskinie,
niewiele lepsze od głębi zwierząt. Tam właśnie nasi najbiedniejsi
farmerzy spędzają Mrok. Tam właśnie pozafazowe szkodniki robią się
śmiertelnie niebezpieczne.
Staruszka zauważyła jego spojrzenie. Uśmiechnęła się drapieżnie.
-?Wątpię, żebym zobaczyła kolejny Blask słońca, ale to nie szkodzi. Moje
dzieci przejmą tę ziemię. Jest tu ładny widok, może zbudują gospodę. Ale
jeśli przeżyję Mrok, postawię tu małą budkę i wystawię wielki znak
prowadzący do najstarszej baby żyjącej w gminie... I będę patrzeć z góry
na dolinę. Mam nadzieję, że wymyje ją do czysta. Jeśli szkodniki wrócą,
to pewnie dlatego, że wymordują rodzinę jakiegoś biednego rolnika i przejmą jego głębię.
* * *
Później Lady Enclearre skierowała rozmowę na inne tematy, pytając o życie w Princeton i dzieciństwo Szreka. Powiedziała, że teraz, gdy
zdradziła mroczne sekrety gminy, powinien jej wyjawić, co robił, jadąc
automobilem do Dowództwa Lądowego.
-?Cóż, myślałem o zgłoszeniu się. -?Tak naprawdę Szrekander zamierzał
przekonać Dowództwo do przyjęcia jego planów, nie odwrotnie. Takie
podejście do życia doprowadzało profesorów na uniwersytecie do
szaleństwa.
-?Hmm, hmm. Daleka droga do przebycia, skoro mógł się pan zgłosić na
służbę w samym Princeton. Zauważyłam, że bagaż z tyłu pańskiego auta
jest niemal tak wielki jak rolniczy wózek. -?Z ciekawością zamachała
jedzeniowymi rękami.
Szrekander tylko się uśmiechnął.
-?Przyjaciele ostrzegli mnie, żebym zabrał dużo części zamiennych, jeśli
chcę zwiedzać Dumę Zgody automobilem.
-?No tak, nie wątpię. -?Wstała z pewnym wysiłkiem, podpierając się
zarówno środkowymi rękami, jak i stopami. -?Cóż, ta staruszka potrzebuje
trochę snu, nawet w tak miły letni wieczór w tak dobrym towarzystwie.
Śniadanie będzie w okolicach wschodu.
Zaprowadziła go do pokoju, upierając się przy wejściu na schody, by
pokazać mu, jak otworzyć okna i rozłożyć grzędę do spania. Pokój był
niewielki, z tapetą odpadającą ze starości. Kiedyś musiał być
przeznaczony dla dzieci.
-?Wygódka jest na zewnątrz, za domem. Nie mamy tu miejskich luksusów,
panie Podgórny.
-?Poradzę sobie, droga pani.
-?No to dobrej nocy.
Zaczęła już schodzić na dół, gdy przyszło mu do głowy jeszcze jedno
pytanie. Zawsze było jeszcze jedno pytanie. Wysunął głowę zza drzwi
sypialni.
-?Ma pani teraz tyle książek, Lady Enclearre. Czy gmina kupiła pani w końcu pozostałe?
Zatrzymała się w ostrożnym schodzeniu po schodach i roześmiała cicho.
-?Tak, po latach. I to też niezła opowieść. To nowy ksiądz w naszej
parafii, nawet jeśli drogi chłop nie chce się do tego przyznać. Musiał
wydać na to własne pieniądze. Ale któregoś dnia pojawiła się pod moimi
drzwiami przesyłka, prosto od wydawców w Princeton, z nowymi kopiami
podręczników nauczycielskich dla każdej klasy. -?Machnęła ręką. -
Głuptas. Ale wszystkie te książki trafią ze mną do głębi. Dopilnuję, by
trafiły do tego, kto będzie uczył następne pokolenie gminnych dzieci. -
I ruszyła dalej w dół schodów.
Szrekander usadowił się na grzędzie do spania, poprawiając się, aż jej
nierówna wyściółka wygodnie się ułożyła. Był bardzo zmęczony, ale sen
nie chciał przyjść. Okna małego pokoju wychodziły na dolinę. Światło
gwiazd odbijało kolor spalonego drewna od wąskiej strużki dymu. Dym
emitował swoje własne ciemonczerwone światło, ale nie niósł ze sobą
iskier żywego ognia. Pewnie nawet dewianci sypiają.
Od drzew wokół dochodziły dźwięki leśnych wróżek, drobnych stworzeń
parzących się i zbierających żywność. Szrekander pożałował, że nie ma
czasu na trochę entomologii. Brzęczenie stworzeń narastało i cichło.
Kiedy był mały, słyszał historię o leniwych leśnych wróżkach, ale
pamiętał też głupie wierszyki, które układali do wróżkowej muzyki. "Tu
ciekawie, tam ciekawie, świat poznajmy przy zabawie". Zabawna
pioseneczka jakby ukrywała się za rytmicznym dźwiękiem.
Słowa i niekończąca się melodia w końcu ukołysały go do snu.
pięć
Szrekander dotarł do Dowództwa Lądowego po dwóch kolejnych dniach.
Mogłoby to potrwać dłużej, gdyby nie to, że przeprojektowany przez niego
pas transmisyjny auta pozwolił mu na bezpieczniejsze pokonywanie
zakrętów. Mogłoby to też zająć mniej czasu, gdyby nie trzy awarie,
których doznał po drodze, włącznie z pęknięciem cylindra. Kiedy mówił
Lady Enclearre, że jego bagaż mieści części zamienne, raczej starał się
uniknąć odpowiedzi, niż ją okłamywać. Naprawdę miał ich tam trochę:
rzeczy, których nie zdołałby stworzyć samodzielnie w jakiejś wiejskiej
kuźni.
Było późne popołudnie, gdy pokonał ostatni zakręt i pierwszy raz
zobaczył długą dolinę mieszczącą Dowództwo Lądowe. Rozciągało się na
wiele mil, wgryzając się prosto w góry, ze ścianami doliny tak wysokimi,
że części jej dna już kryły się w zmierzchu. Odległy koniec zrobił się
błękitnawy z oddalenia, a ze szczytów powyżej majestatycznie i wolno
spływały Królewskie Wodospady. Turyści nie mieli szans zbliżyć się do
nich bardziej. Prawa do tej ziemi i leżącej pod górą głębi miała rodzina
królewska, należały do niej od czasów, gdy było to jeszcze księstwo z ambicjami, czterdzieści Mroków temu.
Szrekander zjadł dobry posiłek w ostatniej małej gospodzie, zatankował
auto i skierował się ku terenom królewskim. List od kuzyna pozwolił mu
pokonać zewnętrzne punkty kontrolne. Otwarto przed nim szlabany, a znudzeni żołnierze w burej zieleni pozwolili mu przejechać. Były tam
koszary, place defiladowe oraz -?ukryte za potężnymi nasypami -?magazyny
amunicji. Jednak Dowództwo Lądowe nigdy nie było zwykłą instalacją
wojskową. Podczas wczesnych dni Zgody były to głównie królewskie place
zabaw, ale później, pokolenie za pokoleniem, administracja rządowa
robiła się coraz bardziej stateczna, racjonalna i pozbawiona romantyzmu.
Dowództwo Lądowe dorosło do swej nazwy i stało się siedzibą głównego
sztabu Zgody. A później przerodziło się w coś jeszcze większego: ośrodek
najbardziej zaawansowanych badań wojskowych Zgody.
I to właśnie najbardziej interesowało Szrekandra Podgórnego. Nie
zwalniał, żeby się gapić: żandarmeria wojskowa bardzo stanowczo nakazała
mu udać się wprost do oficjalnego celu. Z drugiej strony nikt nie
zabraniał mu rozglądać się na wszystkie strony, obracając się przy tym
lekko na grzędzie. Jedynym, co pozwalało na identyfikację budynków, były
dyskretnie rozmieszczone plakietki z numerami, choć przeznaczenie
niektórych było dość oczywiste. Telegrafia bezprzewodowa: długie baraki
pełne najdziwniejszych masztów radiowych. Heh, jeśli wszystko
zorganizowano, jak należy, budynek obok powinien mieścić akademię
szyfrantów. Z drugiej strony drogi rozciągało się pole asfaltu gładszego
od jakiejkolwiek drogi. Nie było niczym dziwnym, że na jego dalszym
końcu stały dwa jednoskrzydłowe samoloty. Szrekander dużo by oddał, by
zobaczyć, co kryło się za nimi, pod brezentami. Jeszcze dalej z trawnika
przed budynkiem wystawał stromo pysk wielkiej maszyny tunelującej.
Niemożliwy kąt urządzenia wywoływał wrażenie szybkości i przemocy, do
jakiej miałby być zdolny ten najwolniejszy środek lokomocji.
Zbliżał się do końca doliny. Górowały nad nim Królewskie Wodospady,
rozciągając w powietrzu tęczę tysiąca barw. Minął coś, co zapewne było
biblioteką, objechał krąg parkingowy w królewskich kolorach i standardową rzeźbę Sięgania po Zgodę. Kamienne budynki wokół kręgu
tworzyły szczególną część mistyki Dowództwa Lądowego. Dzięki złożeniu
szczęścia i osłony potrafiły przetrwać każde Nowe Słońce z niewielkimi
uszkodzeniami, nie płonęła nawet ich zawartość.
Treść tablicy głosiła BUDYNEK 5007. Biuro Badań Materiałów, według
wskazówek wręczonych mu przez wartownika. Dobrym znakiem było to, że
znajdowało się w samym środku wszystkiego. Zaparkował między dwoma
innymi automobilami, które stały już na poboczu ulicy. Lepiej się nie
wyróżniać.
Wchodząc po schodach, zauważył, że słońce zachodzi niemal dokładnie tam,
skąd przyjechał. Było już poniżej najwyższych grani. Stojąca na samym
środku kręgu drogowego rzeźba Sięgania po Zgodę rzucała na trawnik
długie cienie. Z jakiegoś powodu podejrzewał, że zwykła baza wojskowa
nie wyglądała aż tak pięknie.
* * *
Sierżant trzymał list Szrekandra z wyraźnym niesmakiem.
-?To kim jest ten kapitan Podgórny...
-?Och, nie jesteśmy spokrewnieni, sierżancie. On...
-?...i czemu jego życzenia miałyby coś dla nas znaczyć?
-?Ach, jeśli przeczyta pan dalej, dowie się pan, że jest adiutantem
pułkownika Castlewortha, Grzęda Królewska QM.
Sierżant wymamrotał coś brzmiącego jak "durna ochrona na bramie". Z rezygnacją przysiadł swoje całkiem spore ciało.
-?No dobrze, panie Podgórny, na czym polega pański proponowany wkład w działania wojenne?
Coś w nim wyglądało nie tak. W końcu Szrekander zauważył, że sierżant ma
usztywnienia medyczne na wszystkich lewych nogach. Rozmawiał z prawdziwym weteranem wojennym.
Nie będzie mu łatwo sprzedać swoje pomysły. Zdawał sobie sprawę, że
nawet wobec przychylnych słuchaczy nie sprawiał wielkiego wrażenia: był
młody, zbyt chudy, by wyglądać przystojnie, rodzaj niezdarnego mądrali.
Miał nadzieję, że będzie mógł porozmawiać z oficerem inżynierii.
-?No cóż, sierżancie, przez ostatnie trzy pokolenia wy, wojskowi,
próbowaliście zdobyć przewagę, działając dłużej w Mroku. Z początku było
to tylko kilkaset dni, dość długo, by podłożyć niespodziewane miny lub
wzmocnić fortyfikacje. Potem rok albo dwa, co wystarczyło na
wyprowadzenie dużej liczby wojsk na pozycję do ataku z kolejnym Nowym
Słońcem.
Sierżant -?wedle plakietki nazywał się HRUNKNER UNNERBY -?tylko na niego
patrzył.
-?Wszyscy wiedzą, że obie strony na froncie wschodnim prowadzą bardzo
intensywne prace polegające na kopaniu tuneli, że w końcu może dojść do
prowadzenia potężnych bitew nawet dziesięć lat po zapadnięciu Mroku.
Unnerby'ego naszła radosna myśl i jego grymas się nasilił.
-?Jeśli tak pan myśli, powinien pan rozmawiać z Kopaczami. Tutaj mamy
badania materiałów, panie Podgórny.
-?Och, dobrze wiem. Jednak bez badań nad materiałami nie będziemy mieć
szans na przetrwanie w naprawdę zimnych czasach. A ponadto... moje plany
nie mają żadnego związku z tunelowaniem. -?To ostatnie powiedział dość
szybko.
-?To co w takim razie?
-?Ja... proponuję wybranie odpowiednich celów Tiefstadtczyków, obudzenie
się w najgłębszym Mroku, przejście do nich na powierzchni i ich
zniszczenie. -?To zebrało wszystkie niemożliwości w jedno zwięzłe
zdanie. Uniósł ręce, wyprzedzając protest. -?Pomyślałem o każdej z wiążących się z tym trudności, sierżancie. Mam rozwiązania albo początki
rozwiązań...
Unnerby przerwał mu prawie łagodnym głosem.
-?W najgłębszym Mroku, mówisz? I jesteś badaczem z Uniwersytetu
Królewskiego w Princeton? -?Tak przedstawił to w liście kuzyn
Szrekandra.
-?Tak, z matematyki i...
-?Zamknij się. Czy masz jakieś pojęcie, ile milionów korona wydaje na
badania wojskowe w miejscach takich jak Uniwersytet Królewski? Masz
pojęcie, jak ściśle kontrolujemy poważne prace, które się tam wykonuje?
Boże, jak ja was nienawidzę, zachodnie snoby. Najgorsze, czym musicie
się martwić, to przygotowanie na Mrok, a ledwie sobie z tym radzicie.
Gdybyś miał choć trochę sztywny pancerz, już dawno byś się zaciągnął.
Ludzie teraz giną na wschodzie, chłopie. Kolejne tysiące zginą
nieprzygotowane na Mrok, jeszcze więcej polegnie w tunelach, oraz
niezliczone rzesze zginą, gdy rozjarzy się Nowe Słońce i nie będzie
niczego do jedzenia. A ty mi tu siedzisz, opowiadając bzdurne androny. -
Unnerby urwał i jakby trochę się opanował. -?Ach, ale opowiem ci zabawną
historię, zanim wykopię twój zadek z powrotem do Princeton. Widzisz,
jestem trochę niezrównoważony. -?Pomachał lewymi nogami. -?Różnica zdań
z szatkownicą. Do czasu, aż wydobrzeję, pomagam odsiać durne pomysły,
które przysyłają nam ludzie twojego pokroju. Na szczęście większość
bzdur dociera tu pocztą. Mniej więcej raz na dziesięć dni jakiś chłop
ostrzega nas przed niskotemperaturową odmianą allotropową cyny...
Ups, może rozmawiam z inżynierem!
-?...i że nie powinniśmy używać jej do lutowania. Przynajmniej fakty są
prawdziwe, po prostu marnują nasz czas. Ale zdarzają się też i tacy,
którzy właśnie przeczytali coś o radzie i uznali, że powinniśmy
produkować z niego głowice tunelujące. Prowadzimy tu między nami
niewielki konkurs na to, kto dostanie największego idiotę. Mam wrażenie,
panie Podgórny, że właśnie zrobił mnie pan zwycięzcą. Wymyślił pan
obudzenie się pośrodku Mroku, a potem przejście na powierzchni w temperaturach niższych, niż potrafimy wytworzyć w najlepszych
laboratoriach komercyjnych oraz próżni rzadszej, niż umiemy zrobić. -
Unnerby urwał. Czyżby dotarło do niego, że zdradził odrobinę tajnych
informacji?
Potem do Szrekandra dotarło, że sierżant patrzy na coś w miejscu,
którego on sam nie ogarniał wzrokiem.
-?Porucznik Kowal! Dzień dobry. -?Sierżant prawie stanął na baczność.
-?Dzień dobry, Hrunkner. -?Jego rozmówczyni weszła w pole widzenia.
Była... piękna. Nogi miała szczupłe, twarde i wykrzywione, a każdy ruch
emanował wdziękiem. Ubrana była w czarny mundur, którego Szrekander nie
rozpoznał. Jedynymi emblematami były oczka stopnia i plakietka z nazwiskiem. Wiktoria Kowal. Wyglądała niemożliwie młodo. Urodzona poza
fazą? Może tak, a przesadna oznaka szacunku ze strony podoficera była
rodzajem drwiny.
Porucznik Kowal zwróciła uwagę na Szrekandra. Wydawała się przyjazna w odległy, niemal rozbawiony sposób.
-?No dobrze, panie Podgórny, jest pan badaczem na wydziale matematyki
Uniwersytetu Królewskiego.
-?Właściwie bardziej doktorantem... -?Jej spojrzenie domagało się bardziej
szczerej odpowiedzi. -?Uch, matematyka to tylko specjalizacja wymieniona
w moim oficjalnym programie. Zaliczyłem dużo kursów na wydziale medycyny
oraz inżynierii mechanicznej. -?Na wpół spodziewał się, że Unnerby rzuci
jakimś obraźliwym komentarzem, ale sierżant niespodziewanie zrobił się
bardzo cichy.
-?W takim razie rozumie pan naturę najgłębszego Mroku, ultraniskie
temperatury i twardą próżnię.
-?Tak jest, proszę pani. I bardzo poważnie rozważyłem te problemy. -
Poświęcając im niemal pół roku, ale lepiej tego nie mówić. -?Mam
mnóstwo pomysłów i trochę wstępnych projektów. Niektóre rozwiązania są
biologiczne i na razie nie mam wiele do pokazania. Ale przywiozłem
prototypy dla części mechanicznych aspektów projektu. Są w moim
automobilu.
-?Ach tak. Zaparkowanym między autami generałów Greenvala i Downinga.
Może powinniśmy się im przyjrzeć... i przestawić pańskie auto w bezpieczniejsze miejsce.
Pełne zrozumienie było odległe o całe lata, ale w tej chwili Szrekander
Podgórny doznał pierwszego oświecenia. Ze wszystkich osób w Dowództwie
Lądowym -?ze wszystkich osób na całym świecie -?nie mógł trafić na
lepszą słuchaczkę niż porucznik Wiktoria Kowal.
sześć
W ostatnich latach Gasnącego Słońca pojawiają się burze, często bardzo
gwałtowne. Jednak nie niosą one ze sobą parującej, wybuchowej agonii
burz Nowego Słońca. Wiatry i zawieje śnieżne nadchodzącego Mroku
bardziej kojarzą się ze śmiertelnie dźgniętym światem, rzucającym się
słabo wraz z wyciekającą życiodajną krwią. Krwią świata jest jego
ciepło, a w miarę jak wycieka w Mrok, świat z każdą chwilą ma coraz
mniej sił na protesty.
Nadchodzi taka chwila, gdy na niebie wraz ze słońcem w południe widać
setkę gwiazd. A potem tysiąc, aż w końcu słońce przestaje przygasać... i jest to pełne nadejście Mroku. Większe rośliny już dawno wymarły, z pyłem zarodników ukrytych głęboko pod śniegami. Niższe zwierzęta odeszły
w ten sam sposób. Plamy szumowin na śniegu, okazjonalny słaby blask
życia wokół odsłoniętych zwłok: duchy umarłych, jak napisał klasyczny
poeta, choć późniejsi naukowcy odkryli w nich bakterie. Jednak na
powierzchni wciąż są żywi ludzie. Niektórzy masakrowani, powstrzymani
przez silniejsze plemiona (lub silniejsze państwa) od wkroczenia w głębokie schronienia, inni są ofiarami powodzi lub trzęsień ziemi, które
zniszczyły ich odwieczne głębie. W dawnych czasach był tylko jeden
sposób na odkrycie, czym naprawdę może być Mrok: pozostać na powierzchni
i może zdobyć nieśmiertelność przez spisanie tego, co się tam zobaczyło,
oraz zabezpieczenie notatek tak dobrze, że przeżyły ognie Nowego Słońca.
A czasami jeden z pozostałych na górze przeżywał więcej niż rok czy dwa
w Mrok, dzięki wyjątkowym okolicznościom lub dobremu planowaniu i pragnieniu zajrzenia w serce Mroku. Pewien filozof przeżył tak długo, że
jego ostatni zapis został uznany za szaleństwo lub metaforę przez tych,
którzy znaleźli jego słowa wycięte w kamieniu nad swoją głębią: "a suche
powietrze zmienia się w szron".
* * *
Propaganda Korony i Tiefstadtu zgadzała się w jednym: ten Mrok będzie
inny od wszystkich wcześniejszych. To będzie pierwszy Mrok bezpośrednio
zaatakowany przez naukę na usługach wojny. Podczas gdy miliony obywateli
wycofywały się do spokojnych przystani tysięcy głębi, armie obu stron
nie przestawały walczyć. Często walczono w otwartych okopach,
ogrzewanych przez ognie nagrzewnic, ale większe zmiany zaszły pod
ziemią, w tunelach sięgających głęboko pod liniami frontu z obu stron.
Tam, gdzie tunele się przecinały, rozgrywały się zażarte starcia z użyciem broni maszynowej i trujących gazów. Tam, gdzie się nie
przecinały, drążenie tuneli ciągnęło się przez kredowe skały frontu
wschodniego, jard za jardem, dzień za dniem, jeszcze długo po
zakończeniu walk na powierzchni.
Pięć lat po rozpoczęciu Mroku kampanię pod wschodnim frontem
kontynuowała już tylko techniczna elita, może dziesięć tysięcy po
stronie Korony. Nawet na tych głębokościach temperatura była daleko
poniżej zera. Do zajętych tuneli świeże powietrze pompowane było przez
nagrzewnice, ale ostatnie otwory powietrzne wkrótce pokryje lód.
-?Od prawie dziesięciu dni nie słyszeliśmy żadnej aktywności
Tiefstadtczyków. Dowództwo tunelowe nie przestaje sobie gratulować.
Generał Greenval wrzucił do paszczy aromatyzer i schrupał go głośno.
Szef wywiadu Zgody nie słynął ze zdolności dyplomatycznych, a w ciągu
ostatnich dni zrobił się wyraźnie bardziej zrzędliwy. Był starym chłopem
i choć warunki w Dowództwie Lądowym mogły być teraz lepsze niż
gdziekolwiek indziej na świecie, nawet tutaj wkraczali w ekstremalną
fazę. W bunkrach przylegających do Królewskiej Głębi aktywnych było może
jeszcze pięćdziesiąt osób. Z każdą godziną powietrze robiło się trochę
bardziej stęchłe. Greenval już ponad rok temu zrezygnował ze swojej
eleganckiej biblioteki. Teraz jego biuro zajmowało przestrzeń o wymiarach dwadzieścia na dziesięć na cztery stopy w niezajętym miejscu
nad sypialnią. Ściany małego pomieszczenia pokrywały mapy, a większość
przestrzeni zajmował stół z raportami z dalekopisów przewodowych.
Łączność radiowa zawiodła ostatecznie jakieś siedemdziesiąt dni temu. W ciągu poprzedzającego to roku radiowcy Korony eksperymentowali z coraz
potężniejszymi nadajnikami i pojawiła się nadzieja, że łączność radiowa
będzie dostępna aż do końca, ale nie, teraz zostały im tylko telegrafia
i radio w zasięgu wzroku. Greenval popatrzył na swojego gościa,
zdecydowanie ostatniego w Dowództwie Lądowym od ponad dwustu lat.
-?No dobrze, pułkownik Kowal, właśnie wróciła pani ze wschodu. Czemu nie
słyszę od pani okrzyków radości? Wytrwaliśmy dłużej od przeciwnika.
Uwagę Wiktorii Kowal pochłaniał peryskop generała. To on był powodem,
dla którego Greenval tutaj urządził swoje biuro: ostatni widok na świat.
Królewskie Wodospady zamarły ponad dwa lata temu, sięgała wzrokiem aż do
końca doliny. Ciemny ląd, teraz trwale pokryty szronem powstającym
nieustannie na skałach i lodzie. Osadzający się z atmosfery dwutlenek
węgla. Jednak Szrekander zobaczy świat dużo zimniejszy od tego.
-?Pani pułkownik?
Kowal cofnęła się od peryskopu.
-?Przepraszam, generale... Całym sercem podziwiam kopaczy. -?A przynajmniej oddziały, które faktycznie zajmują się kopaniem. Była w ich polowej głębi. -?Ale minęły całe dnie, od kiedy mogli dotrzeć do
pozycji wroga. Po Mroku mniej niż połowa będzie w formie do walki.
Obawiam się, że Dowództwo tunelowe błędnie wybrało punkt przerwania
działań.
-?Owszem. -?Niechętnie. -?Dowództwo tunelowe zdobyło rekord najdłużej
utrzymywanych działań, ale Tieferczycy zyskali na wcześniejszym
zakończeniu. -?Westchnął i powiedział coś, co w każdych innych
okolicznościach mogłoby go kosztować degradację, ale gdy jest się pięć
lat po końcu świata, wokół nie ma wielu ludzi, którzy mogliby
podsłuchiwać. -?Wie pani, Tieferczycy nie są tacy źli. Jeśli spojrzy się
z perspektywy czasu, niektórzy z naszych sojuszników są dużo gorsi,
czekając, aż Korona i Tiefstadt wzajemnie się zniszczą. To właśnie
sytuacja, którą powinniśmy planować, myśleć o następnych wrogach, którzy
nas zaatakują. Wygramy tę wojnę, ale jeśli mamy to zrobić tunelami i Kopaczami, to będziemy walczyć jeszcze całe lata po nadejściu Nowego
Słońca.
Z naciskiem chrupnął aromatyzerem i dźgnął przednią ręką w stronę Kowal.
-?Pani projekt to nasza jedyna szansa doprowadzenia tego do czystego
końca.
Kowal odpowiedziała bardzo szybko.
-?A ta szansa byłaby jeszcze większa, gdyby pozwolił mi pan zostać z zespołem.
Greenval zignorował jej skargę.
-?Zajmujesz się tym projektem już siedem lat, Wiktorio. Naprawdę
sądzisz, że może się udać?
Może to stęchłe powietrze sprawiało, że wszyscy robili się otępiali.
Niezdecydowanie kompletnie nie pasowało do publicznego obrazu Struta
Greenvala. Znała go od dziewięciu lat. W towarzystwie najbardziej
zaufanych osób Greenval okazywał bardzo otwarty umysł... aż do momentu,
gdy konieczne było podjęcie ostatecznych decyzji. Wtedy stawał się
człowiekiem bez cienia wątpliwości, stając naprzeciw całych szeregów
generałów, a nawet doradców politycznych króla. Nigdy jeszcze nie
słyszała z jego ust tak smutnego, zagubionego pytania. Teraz dostrzegła
w nim bardzo starego człowieka, który za kilka godzin podda się Mrokowi,
być może już po raz ostatni. Zrozumienie było jak oparcie się o znajomą
barierkę i poczucie, że ustępuje pod naporem.
-?Sir, dobrze wybraliśmy nasze cele. Jeśli zostaną zniszczone, Tiefstadt
powinien poddać się niemal natychmiast. Zespół Podgórnego jest w jeziorze niecałe dwie mile od celów.
Co samo w sobie było niezwykłym osiągnięciem. Jezioro znajdowało się
blisko najważniejszego ośrodka logistycznego Tiefstadtu, sto mil w głębi
terytorium Tieferczyków.
-?Unnerby, Podgórny i pozostali muszą tylko przejść krótki dystans, sir.
Przetestowaliśmy ich skafandry i egzotermy pod kątem znacznie dłuższego
czasu używania i warunków niemal równie...
Greenval uśmiechnął się słabo.
-?Tak, wiem. Sam dostatecznie często wciskałem te liczby w gardła sztabu
generalnego. Ale teraz naprawdę to zrobimy. Pomyśl, co to oznacza. W ciągu kilku ostatnich pokoleń my, wojskowi, dopuściliśmy się paru
zbezczeszczeń na obrzeżach Mroku, ale zespół Unnerby'ego zobaczy sam
środek najgłębszego Mroku. Jak to naprawdę może wyglądać? Tak, sądzimy,
że wiemy: zamrożone powietrze i próżnia. Ale to wszystko domysły. Nie
jestem religijny, pułkownik Kowal, ale... zastanawiam się, co mogą tam
znaleźć.
Religijny czy nie, tuż za słowami generała unosiły się wszystkie
odwieczne przesądy o śnieżnych trollach i ziemnych aniołach. Nawet
najbardziej racjonalni truchleli na myśl o Mroku tak gęstym, że w pewnym
sensie świat przestawał istnieć. Wiktoria z wysiłkiem zignorowała emocje
wzbudzone słowami Greenvala.
-?Tak, sir, mogą ich czekać niespodzianki. I uznałabym ten plan za
prawdopodobną porażkę, gdyby nie jedno: Szrekander Podgórny.
-?Nasz ulubiony świr.
-?Tak, bardzo wyjątkowy świr. Znam go od siedmiu lat -?od tego
popołudnia, gdy pojawił się u nas z samochodem pełnym częściowych
prototypów i głową przepełnioną szalonymi pomysłami. Na szczęście dla
nas miałam akurat luźne popołudnie, więc mogłam go wysłuchać i poczuć
rozbawienie. Przeciętny naukowiec osiąga może dwadzieścia pomysłów w ciągu całego życia, a Podgórny ma dwadzieścia na godzinę. U niego to
prawie jak porażenie. W szkole wywiadu poznałam ludzi o niemal równie
ekstremalnej inteligencji, ale różnica polega na tym, że pomysły
Podgórnego są realne w może jednym procencie przypadków... a on potrafi
odróżnić te dobre od złych z całkiem niezłą dokładnością. Może ktoś inny
wpadłby na pomysł użycia szlamu bagiennego do hodowania egzotermów.
Zdecydowanie ktoś inny mógłby mieć jego pomysł dotyczący skafandrów
powietrznych. Tyle że on wpada na te pomysły, łączy je i działają. Ale
to jeszcze nie wszystko. Bez Szrekandra nawet nie zbliżylibyśmy się do
implementacji tego wszystkiego, co zrobiliśmy przez ostatnie siedem lat.
Potrafi w magiczny sposób przyciągać do swoich pomysłów inteligentnych
ludzi. -?Przypomniała sobie gniewną pogardę Hrunknera Unnerby'ego
tamtego pierwszego popołudnia, jak zmieniała się w ciągu kilku dni, aż
inżynierska wyobraźnia Hrunknera została całkowicie pochłonięta przez
pomysły, którymi zasypywał go Szrekander. -?W pewien sposób Podgórny nie
ma cierpliwości do szczegółów, ale to nie ma znaczenia. Generuje wokół
siebie świtę, która się nimi zajmuje. Jest... niezwykły.
To wszystko nie było dla nich niczym nowym, Greenval przez lata
przedstawiał podobne argumenty swojemu szefowi, ale było to najlepsze
zapewnienie, jakie Wiktoria mogła teraz dać staremu oficerowi. Greenval
uśmiechnął się i dziwnie na nią popatrzył.
-?To czemu pani za niego nie wyszła, pułkowniku?
Kowal nie chciała, żeby ten temat wypłynął, ale cóż, byli sami przy
końcu świata.
-?Zamierzam, sir. Ale mamy wojnę, a wie pan, że ja... nie jestem
tradycjonalistką. Pobierzemy się po Mroku.
Wiktoria Kowal potrzebowała raptem jednego popołudnia na zrozumienie, że
Podgórny jest najdziwniejszą osobą, jaką zdarzyło się jej spotkać. Po
kilku kolejnych dniach uświadomiła sobie, że jest geniuszem, którego
można wykorzystać jak dynamo, i przy jego pomocy dosłownie zmienić
przebieg wojny światowej. W ciągu pięćdziesięciu dni przekonała do tego
również Struta Greenvala i Podgórny został upchnięty we własnym
laboratorium, wokół którego szybko rozrastały się laboratoria
pomocnicze, obsługujące peryferia jego projektu. W przerwach między
własnymi zadaniami Wiktoria zastanawiała się, jak mogłaby przejąć
fenomen Podgórnego -?tak właśnie o nim myślała, tak patrzył na niego
personel wywiadu -?by zapewnić sobie trwałą przewagę. Małżeństwo
wydawało się oczywistym ruchem. Tradycyjne małżeństwo w Gaśnięciu
pasowałoby do jej ścieżki kariery. Wszystko byłoby idealne, gdyby nie
sam Szrekander Podgórny. Szrek miał własne plany. Ostatecznie został jej
najlepszym przyjacielem, osobą będącą nie tylko przedmiotem, ale i źródłem planów. Miał plany na czasy po Mroku, rzeczy, których Wiktoria
nigdy nikomu nie powtarzała. Jej nieliczni pozostali przyjaciele -?nawet
Hrunkner Unnerby -?lubili ją pomimo tego, że była spoza fazy. Szrekander
Podgórny naprawdę lubił ideę pozafazowych dzieci. Wiktoria po raz
pierwszy w życiu spotkała się tu z czymś więcej niż zwykła akceptacja.
Tak więc na razie prowadzili wojnę. Jeśli oboje przeżyją, po Mroku czeka
na nich cały nowy świat planów i wspólnego życia.
Zaś Strut Greenval był dość bystry, by domyślić się sporej części tego
wszystkiego. Niespodziewanie twardo spojrzała na swojego szefa.
-?Wiedział pan już, prawda? To dlatego nie pozwolił mi pan zostać z zespołem. Uznał pan, że to misja samobójcza i ucierpiałby mój
obiektywizm... Cóż, to naprawdę niebezpieczne, ale nie rozumie pan
Szrekandra Podgórnego: ani myśli się poświęcać. Wedle naszych standardów
można go uznać za tchórza. Nie przejmuje się za bardzo większością
rzeczy, które są bliskie panu czy mnie. Ryzykuje życie ze zwykłej
ciekawości... ale jest bardzo, bardzo ostrożny, gdy chodzi o własne
bezpieczeństwo. Uważam, że zespół zarówno odniesie sukces, jak i przeżyje. Gdyby pozwolił mi pan z nimi zostać, szanse jeszcze by
wzrosły! Sir.
Jej ostatnie słowa zostały dramatycznie podkreślone przyciemnieniem
jedynej świecącej w pokoju lampy.
-?Ha -?rzucił Greenval. -?Wiedziała pani, że od dwunastu godzin nie mamy
już paliwa do generatorów? Teraz już niemal wyczerpały się akumulatory
kwasowo-ołowiowe. Za kilka minut wpadnie tu kapitan Diredr z ostatnimi
słowami z działu technicznego: "Bardzo przepraszam, generale, ale za
chwilę zamarzną ostatnie zbiorniki. Dział techniczny błaga, by pan do
nich dołączył przy ostatecznym wyłączeniu". -?Udał przy tym wysoki głos
adiutanta.
Greenval wstał i nachylił się nad stołem. Znowu ukrył swoje wątpliwości
i do jego postawy wróciła typowa energia.
-?Zanim to nastąpi, chcę wyjaśnić parę spraw dotyczących pani rozkazów
oraz pani przyszłości. Owszem, sprowadziłem panią tutaj, bo nie chcę
ryzykować utraty pani w tej misji. Odbyłem kilka długich rozmów z pani
sierżantem Unnerbym. Mieliśmy dziewięć lat na narażanie pani na niemal
nieograniczone ryzyko i obserwowanie, jak działa pani umysł, gdy od
właściwych odpowiedzi zależy życie tysięcy ludzi. Już czas zdjąć panią z linii frontu działań specjalnych. Jest pani jedną z najmłodszych osób ze
stopniem pułkownika we współczesności, a po tym Mroku zostanie pani
najmłodszą generał.
-?Tylko jeśli misja Podgórnego zakończy się powodzeniem.
-?Proszę mi nie przerywać. Niezależnie od przebiegu sprawy z Podgórnym,
doradcy króla wiedzą, jak pani jest dobra. Niezależnie od tego, czy
przeżyję ten Mrok, czy nie, kilka lat po rozpoczęciu Nowego Słońca to
pani będzie siedzieć przy moim biurku i musi pani skończyć z osobistym
podejmowaniem ryzyka. Jeśli pan Podgórny przeżyje, proszę go poślubić,
mieć z nim dzieci, nie obchodzi mnie to. Ale nigdy więcej nie wolno się
pani wystawiać na niebezpieczeństwo. -?Machnął wskazującą ręką w stronę
jej głowy, udając ostre zagrożenie. -?Jeśli pani to zrobi, to
przysięgam, że wrócę z grobu i rozbiję pani gruby pancerz.
Z wąskiego korytarza dobiegł odgłos kroków. Dłonie podrapały ciężką
zasłonę zakrywającą jedyne drzwi pokoju. Przyszedł kapitan Diredr.
-?Przepraszam, generale. Technicy są nieprzejednani, sir. Zostało nam
najwyżej trzydzieści minut zasilania elektrycznego. Błagają pana...
Greenval wypluł ostatni aromatyk do poplamionej spluwaczki.
-?Bardzo dobrze, kapitanie. Już schodzimy na dół. -?Obszedł pułkownik i odsunął zasłonę. Gdy Kowal zawahała się przed wyjściem przed niego,
gestem polecił jej przejść przez drzwi. -?W tym wypadku, moja droga,
starszeństwo oznacza bycie ostatnim. Nigdy nie lubiłem tej całej afery z oszukiwaniem Mroku, ale jeśli mamy to robić, to ja będę tym, który
wyłączy światło!
siedem
Wedle wszelkich zasad Pham Trinli nie powinien się znajdować na mostku
kapitana floty, a już zdecydowanie nie podczas poważnej operacji.
Staruszek siedział przy jednym z zapasowych stanowisk łączności, ale tak
naprawdę nic przy nim nie robił. Trinli był programistą bojowym
trzeciego stopnia, choć nikt nigdy nie widział, by zachowywał się w jakiś produktywny sposób, nawet przy tak niskiej randze. Przychodził i wychodził według własnego widzimisię, a większość czasu spędzał w pracowniczym pokoju dziennym. Powszechnie znany był fakt, że jeśli
chodziło o "szacunek dla wieku", kapitan floty Park bywał czasami trochę
irracjonalny. Najwyraźniej jak długo Pham Trinli nie szkodził, mógł
pozostawać zatrudniony.
W tej chwili Trinli siedział na wpół odwrócony od swojego stanowiska. Z krzywą miną słuchał cichych rozmów, przebiegu poleceń i potwierdzeń.
Patrzył nad technikami i zbrojmistrzami na wspólne wyświetlacze.
Lądowania pojazdów Queng Ho i Rozwiniętych stanowiły taniec ostrożności.
Brak zaufania do Rozwiniętych wśród ludzi kapitana Parka rozchodził się
od góry do samego dołu, przez co nie mieli mieszanych załóg, a sieci
łączności były całkowicie zduplikowane. Kapitan Park ustawił swoje
główne statki w trzech grupach, z których każda odpowiadała za jedną
trzecią działań planetarnych. Każdy statek Rozwiniętych, każdy lądownik
i swobodnie poruszający się członek załogi był monitorowany pod kątem
oznak zdrady.
Większość tego widoczna była na dzielonym obrazowaniu mostku. Dzięki
przekazowi ze "wschodniej" grupy Trinli widział trzy ciężkie promy
Rozwiniętych startujące z zamrożonej powierzchni oceanu, ciągnące za
sobą blok lodu o masie ćwierci miliona ton. Był to już szósty taki blok
w tej operacji. Blask silników jasno oświetlał powierzchnię. Trinli
widział dziurę głęboką na setki metrów. Bruzdę na dnie morza maskowały
kłęby pary. Badania wykazały, że w tej części szelfu kontynentalnego
kryje się mnóstwo metali ciężkich, więc wydobywali je, stosując tak samo
siłowe podejście jak podczas cięcia lodu.
Na razie nic naprawdę podejrzanego, choć sytuacja może się zmienić, gdy
przyjdzie do podziału łupów.
Przestudiował okna stanu łączności. Obie strony zgodziły się
transmitować łączność między jednostkami bez szyfrowania, a grupa
specjalistów Rozwiniętych nieustannie konferowała z odpowiadającymi
sobie oficerami Queng Ho. Druga strona wciągała wszystko, czego mogła
się dowiedzieć o odkryciach Diema w suchej dolinie. Ciekawe, że
Rozwinięci zasugerowali po prostu zabranie miejscowych artefaktów.
Bardzo nie w stylu Queng Ho. Bardziej jak coś, co ja mógłbym zrobić.
Tuż przed przybiciem Rozwiniętych Park wypuścił większość mikrosatelitów
floty w przestrzeń blisko planety. Krążyły tam teraz dziesiątki tysięcy
urządzeń wielkości pięści. Delikatnie manewrując, wlatywały między
pojazdy Rozwiniętych znacznie częściej, niż wynikałoby to z rozkładu
losowego. A wszystkie zebrane dane wywiadu elektronicznego przesyłały
wprost do okna na mostku. Według danych pojazdy Rozwiniętych w bardzo
dużym stopniu porozumiewały się łącznością w zasięgu wzroku. Mogła to
być niewinna automatyka, ale bardziej prawdopodobna była szyfrowana
koordynacja wojskowa, będąca tajnymi przygotowaniami ze strony wroga. (A Pham Trinli ani przez chwilę nie myślał o Rozwiniętych inaczej niż jak o wrogach).
Personel Parka oczywiście rozpoznawał oznaki. Na swój napuszony sposób
zbrojmistrze Queng Ho byli bardzo dobrzy. Trinli przyglądał się, jak
trójka z nich spiera się na temat wzorów transmisji omywających flotę z nadajników Rozwiniętych. Jeden z młodszych zbrojmistrzów uznał, że mogą
mieć do czynienia z połączeniem sondowania w warstwie fizycznej i oprogramowania prowadzonego w sposób skoordynowany, choć pozornie
przypadkowy. Jednak gdyby była to prawda, działania te byłyby dużo
bardziej wyszukane niż najlepsze środki elektroniczne Queng Ho... a w to
trudno było mu uwierzyć. Starszy zbrojmistrz tylko skrzywił się na
podwładnego, jakby sama sugestia wywołała w nim olbrzymi ból głowy.
Nawet ci, którzy uczestniczyli w walce, nie rozumieją problemu. Na
chwilę wyraz twarzy Trinliego zrobił się jeszcze bardziej cierpki.
W jego uchu zabrzmiał skierowany tylko do niego głos.
-?Co o tym myślisz, Pham?
Trinli westchnął. Odpowiedział do mikrofonu, ledwie poruszając ustami.
-?To śmierdzi, Sammy. Wiesz o tym.
-?Czułbym się lepiej, gdybyś siedział w alternatywnym ośrodku
dowodzenia.
"Mostek" "Phama Nuwena" miał swoją oficjalną lokalizację, choć tak
naprawdę ośrodki sterowania rozmieszczone były w całej nadającej się do
życia przestrzeni jednostki. Więcej niż połowa personelu widocznego na
mostku tak naprawdę znajdowała się gdzieś indziej. W teorii czyniło to
statek odporniejszym na ataki. W teorii.
-?Mogę zrobić coś lepszego. Zhakowałem jeden z wahadłowców do zdalnego
sterowania.
Staruszek wybił się ze swojego miejsca. Przedryfował bezdźwięcznie
między rzędami techników mostka, przez widok na ciężkie promy i obraz
załogi Diema przygotowującej się do startu z suchej doliny, obrazy
niecierpliwych twarzy Rozwiniętych... obok złowrogich ekranów wywiadu
elektronicznego. Nikt tak naprawdę nie zauważył jego przelotu -?tylko
gdy wylatywał przez wejście na mostek, w jego stronę zerknął Sammy Park.
Trinli lekko skinął głową kapitanowi.
Dranie bez kręgosłupa, niemal co do jednego. Tylko Sammy i Kira Pen
Lisolet rozumieli potrzebę uderzenia wyprzedzającego, ale nie zdołali
przekonać do tego ani jednego członka Komitetu Handlowego. Nawet po
spotkaniu twarzą w twarz z Rozwiniętymi komitet nie potrafił dostrzec
pewnej zdrady drugiej strony. Zamiast tego poprosili Vinha, żeby za nich
zdecydował. Vinha!
Trinli przeleciał pustymi korytarzami, zatrzymał się przy śluzie
wahadłowców i otworzył właz do tego, który specjalnie przygotował.
Mógłbym poprosić Lisolet o zbuntowanie się. Zastępczyni kapitana floty
miała swój własny statek, QHS "Niewidzialna ręka". Bunt był fizycznie
możliwy, a gdyby zaczęła strzelać, Sammy i pozostali z pewnością
musieliby do niej dołączyć.
Wsunął się do wahadłowca i uruchomił pompy śluzy. Nie, umywam ręce od
nich wszystkich. Gdzieś w głębi czaszki narastał ból głowy. Napięcie
zwykle nie wpływało na niego w ten sposób. Potrząsnął głową. No dobrze,
tak naprawdę nie poprosił Lisolet o zbuntowanie się, ponieważ była jedną
z bardzo nielicznych osób z honorem. Będzie więc musiał poradzić sobie
jak najlepiej z tym, co ma. Sammy przywiózł broń. Trinli uśmiechnął się,
czekając na nadchodzące chwile. Nawet jeśli druga strona uderzy
pierwsza, założę się, że po walce to my zostaniemy. Gdy jego
wahadłowiec odsuwał się od okrętu flagowego Queng Ho, Trinli studiował
aktualizacje zagrożeń, planując. Czego może spróbować druga strona?
Jeśli poczekają dość długo, może jeszcze zdoła odkryć kody do broni
Sammy'ego... a wtedy sam się zbuntuje.
Widzieli mnóstwo oznak nadchodzącej zdrady, jednak nawet Pham Trinli
przegapił te najbardziej ewidentne. Żeby rozpoznać atak, trzeba było
domyślić się przyjętej metody.
* * *
Ezr Vinh zupełnie nie orientował się w rozwoju sytuacji bojowej w górze.
Kilosekundy spędzone na powierzchni były pełne ciężkiej i fascynującej
pracy, która nie pozostawiała wiele miejsca na rozwijanie
podejrzliwości. W ciągu całego życia spędził zaledwie kilkanaście
megasekund, chodząc po powierzchniach planet. Pomimo ćwiczeń i medycyny
Queng Ho czuł tego efekty. Pierwsze kilosekundy wydawały się względnie
łatwe, ale teraz bolały go wszystkie mięśnie. Na szczęście nie był
jedynym mięczakiem. Cała grupa zdawała się wykończona. Końcowe
sprzątanie oznaczało wieczność spędzoną na ostrożnym sprawdzaniu, czy
nie zostawili po sobie żadnych śmieci, i upewnianiu się, że wszystkie
ślady ich obecności zostaną zmiecione w skutkach ponownego zapalenia
Bistabilnej. Brygadzista Diem skręcił kostkę podczas wspinaczki z powrotem do lądownika. Bez wyciągarki towarowej promu reszta podejścia
byłaby niemożliwa. Kiedy wreszcie weszli na pokład, bardzo trudne
okazało się nawet rozebranie i schowanie kombinezonów.
-?Boże. -?Benny opadł na fotel obok Vinha.
Gdy prom dźwignął ich ku niebu, w całym przedziale rozległy się jęki.
Mimo wszystko Vinh odczuwał cichą satysfakcję. To jedno lądowanie
zapewniło flocie dużo więcej informacji, niż ktokolwiek się spodziewał.
Mieli prawo być zmęczeni.
Wśród załogi Diema zaczęły się wywiązywać ciche rozmowy. Dźwięk silnika
był niemal infradźwiękową wibracją, która zdawała się dochodzić z kości
i rozprzestrzeniać na zewnątrz. Vinh wciąż słyszał rozmowy prowadzone na
otwartych kanałach w górze, choć Trixia już w nich nie uczestniczyła.
Nikt nie zwracał się teraz do ludzi Diema. Poprawka: Qiwi próbowała do
niego mówić, ale Ezr był zbyt zmęczony, by słuchać Bachora.
Wynoszenie surowców z drugiej strony planety miało poślizg względem
harmonogramu. Czyste bomby jądrowe rozerwały kilka milionów ton
zamrożonego oceanu, ale para unosząca się nad miejscem ekstrakcji
komplikowała pozostałą część pracy. Rozwinięty, Brughel, narzekał, że
stracili kontakt z jednym ze swoich promów.
-?Myślę, że to problem kąta, sir -?zabrzmiał głos jednego z techników
Queng Ho. -?Widzimy je wszystkie. Wciąż są na powierzchni. Jeden jest
mocno przysłonięty lokalną mgłą, ale wygląda na dobrze ustawiony.
Kolejne trzy się wznoszą, czyste starty, dobrze rozdzielone... Jedną
chwilę... -?Mijały sekundy. Na bardziej "odległym" kanale czyjś głos mówił
o jakiegoś rodzaju problemie medycznym: najwyraźniej ktoś zwymiotował w nieważkości. Potem wrócił głos kontrolera lotów. -?Dziwne. Utraciliśmy
widok na operację na wschodnim wybrzeżu.
Brughel, ostrzejszym głosem:
-?Chyba macie zapasowe przekaźniki?
Technik Queng Ho nie odpowiedział.
-?Właśnie zarejestrowaliśmy impuls elektromagnetyczny -?oznajmił trzeci
głos. -?Myślałem, że skończyliście już z wybuchami na powierzchni.
-?Skończyliśmy! -?Brughel był oburzony.
-?Cóż, właśnie wykryliśmy kolejne trzy impulsy. Ja... tak jest, sir!
Impulsy elektromagnetyczne? Vinh spróbował usiąść bardziej prosto, ale
przyśpieszenie było zbyt duże i nagle głowa rozbolała go jeszcze
bardziej. Powiedz coś, do cholery! Jednak człowiek, który odpowiedział
właśnie "tak jest" -?prawdopodobnie zbrojmistrz Queng Ho -?ucichł, a właściwie zapewne zmienił tryb i aktywował szyfrowanie.
Głos Rozwiniętego był przycięty i gniewny.
-?Chcę rozmawiać z kimś dowodzącym. Już. Potrafimy rozpoznać lasery
celownicze, gdy w nas świecą! Wyłączcie je albo wszyscy tego pożałujemy.
Wyświetlacz przezierny Ezra zrobił się przezroczysty i nagle patrzył na
kadłub lądownika. Z miganiem obudziła się zapasowa tapeta, ale
wyświetlała jakieś przypadkowe sekwencje z procedur awaryjnych.
-?Cholera!
Jimmy Diem. Brygadzista na przedzie kabiny walił w konsolę sterowania.
Za plecami Vinha zabrzmiał odgłos wymiotowania. To było jak w jednym z tych koszmarów, gdzie wszystko wariuje naraz.
I właśnie w tej chwili ustał ciąg silnika promu. W ciągu trzech sekund z piersi Vinha zniknął koszmarny ciężar i ogarnęła go znajoma, przyjazna
nieważkość. Rozpiął pasy fotela i odepchnął się w stronę Diema.
Po zaczepieniu się stopami o sufit łatwo było ustawić głowę tuż obok
Diema i zobaczyć ekrany awaryjne, nie wchodząc przy tym w drogę
brygadziście.
-?Naprawdę do nich strzelamy? -?Boże, ależ mnie boli głowa! Kiedy
próbował odczytać coś na konsoli, symbole zaczęły mu pływać przed
oczami.
Diem obrócił głowę, by spojrzeć na Ezra. Na jego twarzy wyraźnie
rysowało się cierpienie, ledwie mógł się ruszać.
-?Nie wiem, co robimy. Straciłem współdzielone obrazowanie. Przypnij
się... -?Nachylił się, jakby próbował się skupić na ekranie. -?Sieć floty
przeszła na twarde szyfrowanie, a my zostaliśmy na najmniej bezpiecznym
poziomie. -?Co znaczyło, że otrzymają niewiele informacji poza
bezpośrednimi poleceniami od zbrojmistrzów Parka.
Sufit niespodziewanie solidnie walnął Vinha w tyłek i ten zaczął
zjeżdżać w stronę tyłu kabiny. Lądownik wykonywał obrót w ramach
jakiegoś awaryjnego manewru -?autopilot nie wyemitował żadnego
ostrzeżenia. Zapewne dowództwo floty przygotowywało ich do kolejnego
ciągu. Przypiął się obok Diema akurat w chwili, gdy główny silnik
lądownika włączył się z ciągiem około 0,1 g.
-?Przenoszą nas na niższą orbitę... ale nie widzę niczego, co wychodziłoby
nam na spotkanie -?powiedział Diem. Niezdarnie postukał w pole hasła pod
ekranem. -?Dobra, spróbuję sam się czegoś dowiedzieć... Mam nadzieję, że
Park nie będzie się zbyt wkurzał...
Z tyłu rozległy się nowe odgłosy wymiotów. Diem zaczął odwracać głowę i mocno się skrzywił.
-?Ty możesz się ruszać, Vinh. Zajmij się tym.
Ezr zsunął się po drabinie w przejściu, pozwalając, by przyśpieszenie
0,1 g wykonało pracę za niego. Queng Ho żyli w bardzo różnorodnych
przyśpieszeniach. Leki i właściwy dobór genów sprawiały, że choroba
lokomocyjna była wśród nich bardzo rzadka. Jednak Tsufe Do i Pham Patil
zwymiotowali, a Benny Wen zwinął się na tyle, na ile pozwalały jego
pasy. Trzymał się za głowę i drżał w ewidentnym cierpieniu.
-?Ten napór, napór...
Vinh osiadł obok Patila i Do, ostrożnie zbierając odkurzaczem masę
skapującą po ich kombinezonach. Tsufe popatrzyła na niego ze wstydem w oczach.
-?Nigdy w życiu nie rzygałam.
-?To nie twoja wina -?odpowiedział Vinh i spróbował myśleć, pomimo z każdą chwilą bardziej atakującego bólu. Głupi, głupi, głupi. Czemu
potrzebowałem tyle czasu na zrozumienie? To nie Queng Ho atakowali
Rozwiniętych, w jakiś sposób było dokładnie na odwrót.
Nagle odzyskał widok na zewnątrz.
-?Dostałem lokalne współdzielenie -?zabrzmiał w słuchawkach głos Diema.
Mówił krótkimi frazami, wyraźnie cierpiąc. -?Pięć pocisków o dużym
przyśpieszeniu z pozycji Rozwiniętych... Cel: flagowiec Parka...
Vinh wychylił się przez rząd foteli i wyjrzał na zewnątrz. Silniki
pocisków były zwrócone w stronę przeciwną niż punkt widzenia lądownika i stanowiły teraz słabe gwiazdy poruszające się coraz szybciej na niebie,
zbliżając się do QHS "Pham Nuwen". Jednak ich trajektorie nie były
gładkimi łukami, składały się z ostrych skrętów i uskoków.
-?Musimy strzelać do nich z laserów. Uskakują.
Jedna z gwiazd zgasła.
-?Dorwaliśmy jedną! Jeszcze...
Na niebie rozbłysły cztery plamy światła. Ich blask narastał i narastał,
stając się tysiąc razy jaśniejszy od wyblakłego dysku słońca.
A potem znowu zgasły. Światła kabiny padły, mrugnęły i znowu poległy.
Aktywował się najniższy system awaryjny. Pojawiła się delikatna siatka
czerwonawych linii obrysowujących szafki ze sprzętem, śluzę i konsolę
awaryjną. System był odporny na promieniowanie, ale bardzo prosty i o małej mocy. Nie obejmował nawet awaryjnego obrazu wideo.
-?Co z flagowcem Parka, brygadzisto? -?zapytał Vinh.
Cztery bliskie wybuchy, tak straszliwie jasne... rogi regularnego
czworościanu obejmującego ofiarę. Choć widok przepadł, na zawsze wypalił
mu się w pamięci.
-?Jimmy! -?wrzasnął Vinh do przodu kabiny. -?Co z "Phamem Nuwenem"? -
Czerwone światła awaryjne falowały wokół niego, a krzyk sprawił, że
niemal stracił przytomność.
Potem zabrzmiał głośny i chrapliwy głos Diema.
-?Chyba... chyba zniszczony. -?Spalony, odparowany... żadne z maskujących
słów nie przychodziło łatwo. -?Nie mam teraz niczego, ale cztery
jądrówki... Boże, były praktycznie na nim!
Odezwało się kilka innych głosów, choć były jeszcze słabsze niż
Jimmy'ego Diema. Gdy Vinh ruszył przejściem w jego stronę, zgasła 0,1 g
ciągu. Czym był lądownik bez światła i mózgu, jeśli nie mroczną trumną?
Po raz pierwszy w życiu Ezr Vinh poczuł obezwładniające przerażenie
mieszkańca studni grawitacyjnej: nieważkość mogła oznaczać osiągnięcie
planowej orbity albo spadek po krzywej balistycznej przecinającej się z powierzchnią planety...
Vinh zdławił strach i poleciał do przodu. Mogli użyć konsoli awaryjnej.
Mogli nasłuchiwać wieści. Mogli użyć lokalnego autopilota i polecieć do
ocalałych sił Queng Ho. Ból w głowie nasilił się do poziomu
przewyższającego jakikolwiek wcześniejszy. Słabe światła awaryjne
stawały się coraz ciemniejsze. Poczuł, jak odpływa jego świadomość, co
wzbudziło w nim dławiącą panikę. Nie mógł nic zrobić.
Ale tuż zanim wszystko go opuściło, los okazał mu odrobinę łaski,
podsuwając wspomnienie: Trixii Bonsol nie było na pokładzie "Phama
Nuwena".
osiem
Przez ponad dwieście lat mechanizm zegarowy pod zamrożonym jeziorem
wiernie pracował, zużywając napięcie kolejnych zwojów sprężyn. Mechanizm
tykał posłusznie aż do ostatniej sprężyny... i zaciął się na drobince
powietrznego śniegu na ostatnim zębie. Mógł tam tkwić aż do nadejścia
nowego słońca, gdyby nie pewne nieprzewidziane wydarzenia: siódmego dnia
dwieście dziewiątego roku z zamrożonego oceanu rozeszła się seria
gwałtownych trzęsień ziemi, wyzwalając zablokowany ostatni ząb. Tłok
wsunął spienioną masę organiczną do zbiornika zamrożonego powietrza.
Przez kilka minut nic się nie działo. Potem w materiale organicznym
pojawił się blask i temperatura wzrosła powyżej punktu parowania tlenu i azotu, a potem nawet dwutlenku węgla. Produkty oddychania trylionów
rozwijających się organizmów egzotermicznych stopiły lód nad małym
pojazdem. Rozpoczęło się wznoszenie ku powierzchni.
* * *
Budzenie się z Mroku w niczym nie przypominało budzenia się ze zwykłego
snu. Tę chwilę opisywały tysiące poetów, a w ostatnich latach badały ją
dziesiątki tysięcy naukowców. Był to już drugi raz, gdy chwili tej
doświadczał Szrekander Podgórny (choć pierwszy tak naprawdę się nie
liczył, bo wspomnienie przemieszane było z niewyraźną pamięcią o dzieciństwie oraz trzymaniu się pleców taty w basenach Głębi Królewskiej
Góry).
Budzenie się z Mroku odbywało się etapami. Wzrok, dotyk, słuch,
wspomnienia, rozpoznanie, myśl. Czy najpierw następowało jedno, a potem
drugie? Czy wszystkie działy się naraz, choć bez łączności między nimi?
Kiedy z tych wszystkich części zaczynał formować się "umysł"? Te pytania
będą pobudzać wyobraźnię Szrekandra przez całe jego życie, tworząc
podstawę ostatecznego dążenia... Ale w tych chwilach poszatkowanej
świadomości istniały równocześnie z rzeczami, które zdawały się dużo
ważniejsze: zebraniem się w całość, przypomnieniem, kim był i czemu
tutaj, oraz co trzeba teraz zrobić, żeby przeżyć. Grzędę kierowcy zajęły
instynkty wypracowane przez milion lat.
Czas mijał, myśli zbierały się i Szrekander Podgórny wyjrzał przez
pęknięte okienko pojazdu w ciemność. Dostrzegł ruch... Czyżby para? Nie,
bardziej jak przesłona kryształów wirująca w słabym świetle, w którym
się unosili.
Ktoś szturchał w jego prawe ramiona, wciąż na nowo wołając jego imię.
Szrekander zebrał w całość wspomnienia.
-?Tak, sierżancie, wyszedłem... to znaczy oprzytomniałem.
-?Doskonale. -?Głos Unnerby'ego brzmiał piskliwie. -?Masz jakieś
obrażenia? Znasz procedurę.
Szrekander posłusznie poruszył nogami. Wszystkie bolały, co było dobrym
znakiem. Środkowe ręce, przednie, jedzeniowe.
-?Nie jestem pewien, czy czuję prawe środkowe i przednie. Może się
skleiły.
-?Tak, pewnie wciąż są zamrożone.
-?Co z Gil i Amber?
-?Rozmawiam z nimi przez pozostałe przewody. Ty ostatni doszedłeś do
siebie, ale oni wciąż mają większe kawałki ciała zamrożone.
-?Daj mi końcówkę przewodu.
Unnerby podał mu sprzęt przewodzący dźwięk i Szrekander porozmawiał
bezpośrednio z pozostałymi członkami zespołu. Ciało mogło znieść sporo
częściowego rozmrażania, ale jeśli proces nie dojdzie do końca, pojawia
się zgnilizna. Problem tutaj wynikał z faktu, że worki z egzotermami i paliwem przesunęły się podczas wytapiania łodzi ku powierzchni.
Szrekander skorygował położenie worków i dopilnował, by przepływało
przez nie powietrze. Zielony blask wewnątrz kadłuba nasilił się, a Szrekander skorzystał ze światła w celu skontrolowania sprzętu
oddechowego pod kątem przebić. Egzotermy były niezbędne do zapewnienia
ciepła, ale gdyby zespół miał konkurować z nimi o tlen, szybko
przegraliby te zawody.
Minęło pół godziny, w trakcie której ciepło otaczało ich coraz bardziej,
uwalniając kończyny. Jedynymi obrażeniami od mrozu były czubki
środkowych rąk Gila Havena. Był to lepszy wynik niż w przypadku
większości głębi. Na obliczu Szrekandra pojawił się szeroki uśmiech.
Udało im się, obudzili się w głębi Mroku.
Cała czwórka jeszcze chwilę odpoczywała, monitorując przepływ powietrza
i pilnując wykonania planu Szrekandra w zakresie kontrolowania egzoterm.
Unnerby i Amberdon Nizhnimor przeszli przez szczegółową listę kontrolną,
przekazując podejrzane i uszkodzone przedmioty Szrekandrowi. Nizhnimor,
Haven i Unnerby byli bardzo inteligentnymi osobami: chemik i dwoje
inżynierów. A do tego byli zawodowymi żołnierzami. Szrekandra
fascynowała zmiana zachodząca w nich, gdy wychodzili z laboratorium w teren. Dotyczyło to szczególnie Unnerby'ego: twardy żołnierz na
podstawie obdarzonego wyobraźnią inżyniera, kryjącego tradycyjną
zasadniczą moralność. Szrekander znał sierżanta już od siedmiu lat. Jego
początkowa pogarda dla planów Podgórnego dawno minęła, stali się
bliskimi przyjaciółmi. Jednak kiedy ich zespół w końcu przeniósł się na
front wschodni, jego sposób zachowania się zmienił. Zaczął zwracać się
do Podgórnego "sir", a czasami okazywany przez niego szacunek podszyty
był niecierpliwością.
Zapytał o to Wiktorię. Byli wtedy ostatni raz sami w zimnych koszarach
pod ostatnim działającym lotniskiem na froncie wschodnim. Roześmiała
się, słysząc pytanie.
-?Ach, mój miękki, czego się spodziewałeś? Gdy tylko zespół opuści nasze
tereny, to Hrunk obejmie dowodzenie operacyjne. To ty jesteś cywilnym
doradcą bez przeszkolenia wojskowego, którego jakoś trzeba upchnąć w strukturze dowodzenia. Potrzebuje twojego natychmiastowego
posłuszeństwa, ale też wyobraźni i elastyczności. -?Zaśmiała się cicho:
tylko zasłona oddzielała ich rozmowę od głównej sali wąskich koszarów. -
Gdybyś był zwykłym rekrutem, Unnerby już z dziesięć razy spiekłby ci
pancerz. Biedny chłop strasznie się boi, że kiedy będą się liczyć
sekundy, twój geniusz skupi się na czymś zupełnie bez znaczenia...
astronomii albo czymkolwiek.
-?Hm. -?Właściwie to zastanawiał się, jak będą wyglądać gwiazdy, gdy nie
będzie atmosfery tłumiącej ich barwy. -?Rozumiem, co masz na myśli.
Jeśli tak to postawić, to nawet dziwię się, że Greenval dołączył mnie do
zespołu.
-?Żartujesz? Hrunk zażądał, żebyś w nim był. Wie, że pojawią się
niespodzianki, z którymi tylko ty zdołasz sobie poradzić. Jak już
mówiłam: to chłop z problemem.
Nieczęsto zdarzało się, że Szrekander Podgórny czuł zaskoczenie, ale to
była jedna z takich chwil.
-?Cóż, będę grzeczny.
-?Tak, wiem, że będziesz. Po prostu chciałam ci wyjaśnić, z czym mierzy
się Hrunk... Hej, możesz na to spojrzeć jak na zagadkę behawioralną: jak
tak radykalnie szaleni ludzie mogą współpracować i przeżyć tam, gdzie
nikt jeszcze nigdy nie żył? -?To miał być żart, ale było to naprawdę
ciekawe pytanie.
* * *
Ich pojazd był bez wątpienia najdziwniejszy w dziejach: częściowo łódź
podwodna, częściowo przenośna głębia, częściowo wiadro szlamu. Teraz
piętnastostopowy kadłub spoczywał w płytkiej kałuży jarzącej się zieleni
i chłodnej czerwieni. Woda gotowała się w próżni z tryskającymi z niej
gazami, które wyziębiały się w drobne kryształki i opadały. Unnerby
otworzył właz i zespół utworzył łańcuch, podając sobie kolejno sprzęt i zbiorniki egzotermów, aż na ziemi za zbiornikiem powstała sterta
wyposażenia, które będą musieli nieść.
Przeciągnęli między sobą kabel audio, od Podgórnego do Unnerby'ego,
potem Havena i Nizhnimor. Szrekander niemal do samego końca liczył na
przenośne radia, ale taki sprzęt był wciąż zbyt masywny i nikt nie miał
pewności, jak działałby w tych warunkach. Tak więc każdy z nich mógł
rozmawiać tylko z jednym członkiem zespołu. Mimo wszystko i tak
potrzebowali lin zabezpieczających, więc kabel nie stanowił dodatkowej
niewygody.
Szrekander szedł pierwszy na brzeg jeziora, mając za sobą Unnerby'ego, a dalej Nizhnimor i Haven ciągnących sanie. Po oddaleniu się od łodzi
ogarnęła ich ciemność. Miejscami, gdzie egzotermy rozlały się na ziemię,
wciąż widać było przebłyski czerwonawego światła. Wytapiając sobie drogę
na powierzchnię, łódź zużyła tony paliwa. Reszta misji musiała być
zasilana wyłącznie egzotermami, które zdołają nieść, i paliwami, które
uda im się znaleźć pod śniegiem.
To właśnie egzotermy bardziej niż cokolwiek innego były sztuczką
umożliwiającą ten spacer w Mroku. Przed wynalezieniem mikroskopu "wielcy
myśliciele" twierdzili, że wyższe zwierzęta od reszty życia wyróżniała
ich zdolność przetrwania Wielkiego Mroku jako poszczególne jednostki.
Rośliny i prostsze zwierzęta umierały, zostawiając po sobie tylko
zarodniki i jajeczka. Obecnie wiadomo już było, że wiele zwierząt
jednokomórkowych doskonale wytrzymywało zamrażanie, i to bez
konieczności ukrywania się w głębi. Co dziwniejsze, a odkryli to
biolodzy na Uniwersytecie Królewskim, gdy Szrekander był jeszcze
studentem, istniały formy niższych bakterii żyjące w wulkanach, które
pozostawały aktywne nawet podczas Mroku. Szrekandra bardzo zafascynowały
te mikroskopijne stworzenia. Profesorowie zakładali, że takie żyjątka
muszą wstrzymywać funkcje życiowe lub tworzyć spory przy wystygnięciu
wulkanu, ale on zastanawiał się, czy mogą istnieć odmiany potrafiące
przetrwać okresy chłodu, produkując własne ciepło. W końcu nawet w Mroku
wciąż było mnóstwo tlenu, a w większości miejsc pod powietrznym śniegiem
kryła się warstwa materii organicznej. Gdyby istniał jakiś katalizator
umożliwiający rozpoczęcie utleniania w bardzo niskich temperaturach,
może małe żyjątka mogłyby po prostu "spalać" wegetację między fazami
aktywności wulkanu. Takie bakterie byłyby najlepiej dostosowane do życia
w Mroku.
Z perspektywy czasu to głównie ignorancja Szrekandra pozwoliła mu
rozwinąć tę myśl. Te dwie strategie życiowe wymagały kompletnie różnej
biochemii. Efekt zewnętrznego utleniania był bardzo słaby i praktycznie
nie występował w ciepłym środowisku. W wielu sytuacjach taka sztuczka
stanowiła poważną przeszkodę dla małych żyjątek, jako że oba metabolizmy
zasadniczo były wzajemnie dla siebie trujące. W Mroku zyskałyby bardzo
niewielką przewagę, gdyby znajdowały się w pobliżu okresowego
wulkanicznego źródła ciepła. Nigdy nie zostałoby to zauważone, gdyby
Szrekander nie zaczął tego aktywnie szukać. Zmienił uniwersyteckie
laboratorium biologiczne w zamrożone bagno, za co został (tymczasowo)
wyrzucony z uczelni, ale znalazł: jego egzotermy.
Po siedmiu latach selektywnej hodowli w dziale badań materiałowych
bakterie dysponowały czystym metabolizmem szybkiego utleniania. Kiedy
więc Szrekander wprowadził szlam egzotermów do powietrznego śniegu,
nastąpił wybuch pary, a potem pojawił się delikatny blask gasnący, gdy
wciąż płynna kropla zapadała się w głąb i stygła. Mijały sekundy i jeśli
uważnie się przyglądać (a egzotermy w kropli miały dużo szczęścia),
delikatny blask zaczynał dochodzić spod śniegu, rozchodząc się po
powierzchni znajdujących się tam substancji organicznych.
Teraz blask był wyraźnie jaśniejszy po lewej stronie. Śnieg powietrza
zadrżał i zapadł się, uwalniając smużki jakiegoś rodzaju pary.
Szrekander pociągnął za kabel do Unnerby'ego, prowadząc ich w stronę
bogatszego paliwa. Choć pomysł był bardzo sprytny, korzystanie z egzotermów wciąż przypominało rozpalanie ognia. Powietrzny śnieg był
wszędzie, ale materiały palne były dobrze pod nim ukryte. Dopiero praca
miliardów niższych bakterii pozwalała odnaleźć i wykorzystać paliwo. Na
jakiś czas nawet badania materiałowe wystraszyły się swojego dzieła.
Podobnie jak dywany alg na południowych brzegach, te maleńkie stworzenia
na swój sposób były społeczne. Poruszały się i rozmnażały równie szybko,
jak dywany pełzały po brzegach. Co będzie, jeśli ich uwolnienie rozpali
cały świat? Okazało się jednak, że bardzo szybki metabolizm bakterii
prowadził do ich samobójstwa. Podgórny z towarzystwem mieli maksymalnie
piętnaście godzin, zanim wymrą ich ostatnie egzotermy.
Wkrótce zeszli z jeziora i powędrowali równym terenem, który w Latach
Gaśnięcia był polem do gry w kręgle dowódcy bazy. Paliwa tu nie
brakowało, a w pewnym miejscu egzotermy dostały się do sterty
roślinności będącej pozostałościami tramdrzewa. Sterta jarzyła się coraz
cieplejszym światłem, aż przez śnieg wybuchnął jaskrawy szmaragdowy
blask. Przez krótką chwilę wyraźnie widzieli pole i budynki za nim.
Potem zielone światło przygasło i pozostawiło po sobie tylko czerwone
jarzenie.
Oddalili się od łodzi może na sto jardów. Jeśli nie napotkają żadnych
przeszkód, będą ich mieli do pokonania jeszcze ponad cztery tysiące.
Grupa wdrożyła uciążliwą procedurę: przejść kilkadziesiąt jardów,
zatrzymać się i rozprowadzić egzotermy. Gdy Nizhnimor i Haven
odpoczywali, Unnerby i Podgórny szukali miejsca, gdzie egzotermy
znalazły najwięcej paliwa. Z tych miejsc uzupełniali wszystkie sakwy ze
szlamem. Czasami paliwa prawie nie było, na przykład gdy szli przez
szeroką połać cementu, i wszystkim, co kopali łopatami, był powietrzny
śnieg. On też był im potrzebny, w końcu musieli oddychać. Jednak bez
paliwa dla egzotermów zimno szybko robiło się odrętwiające, rozchodząc
się od stawów kombinezonów i podkładek na stopach. W takich chwilach
wszystko zależało od udanego zgadnięcia przez Szrekandra dokąd pójść
dalej.
Okazało się to dla niego dość łatwe. Na początku zorientował się w terenie dzięki światłu płonącego drzewa, a teraz wzory śniegu
ukrywającego wegetację były już oczywiste. Sytuacja wyglądała nieźle:
nie zamarzał. Ból na czubkach stóp i dłoni był bardzo ostry i każdy staw
wydawał się pierścieniem ognia, z bólem obrzmienia ciśnieniowego, zimna
i otarć od skafandra. Ból był ciekawym problemem. Tak bardzo użyteczny,
tak bardzo przeszkadzający. Nie mogli go całkowicie ignorować nawet
ludzie pokroju Hrunknera Unnerby'ego -?przez połączenie kablowe słyszał
jego bolesny oddech.
Zatrzymać się, napełnić sakwy, uzupełnić powietrze i ruszyć dalej.
Powtarzane w nieskończoność. Odmrożenie Gila Havena nasilało się.
Zatrzymali się i spróbowali poprawić mu skafander. Unnerby zamienił się
z nim miejscami, by pomóc Nizhnimor przy saniach.
-?Żaden problem, to tylko ręce -?zapewnił Gil, ale jego ciężki oddech
brzmiał dużo gorzej niż Unnerby'ego.
Mimo wszystko szło im dużo lepiej, niż Szrek się spodziewał. Wędrowali
przez Mrok, a ich procedura wkrótce stała się niemal automatyczna.
Zostały tylko ból... i zadziwienie. Szrekander rozglądał się przez
maleńkie wizjery hełmu. Poza zawirowaniami mgły i blaskiem egzotermów...
wznosiły się łagodne wzgórza. Wcale nie było całkiem ciemno. Czasami,
gdy właściwie ustawił głowę, nisko na zachodnim niebie dostrzegał
czerwonawy dysk. Widział słońce Najgłębszego Mroku.
A przez maleńki górny wizjer Szrekander dostrzegał gwiazdy. Wreszcie tu
jesteśmy. Jako pierwszy w dziejach spojrzał na najgłębszy Mrok. Był to
świat, któremu niektórzy starożytni filozofowie odmawiali istnienia... bo
jak może istnieć coś, czego nigdy nie można zobaczyć? Teraz jednak było
widziane. Istniało, stulecia zimna i bezruchu... oraz gwiazd wszędzie
wokół. Nawet przez grube szkło wizjera, nawet tylko górnymi oczami
widział kolory, których nigdy wcześniej nie dostrzegał u gwiazd. Gdyby
tylko mógł się na chwilę zatrzymać i zwrócić wszystkie oczy do góry, co
jeszcze by zobaczył? Większość teoretyków sądziła, że bez światła słońca
znikną plamy zorzy, inni uważali, że zorza była w jakiś sposób zasilana
przez działające pod nią wulkany. Mogą tu istnieć inne światła oprócz
gwiazd...
Szarpnięcie za kabel sprowadziło go z powrotem na ziemię.
-?Nie zatrzymuj się, nie wolno stawać. -?Gil dyszał. Niewątpliwie
przekazywał słowa Unnerby'ego.
Podgórny zaczął przepraszać, a potem dotarło do niego, że przy saniach
zatrzymała się też Amberdon Nizhnimor.
-?Co się stało? -?zapytał Szrekander.
-?Amber zobaczyła... światło na wschodzie... Nie zatrzymuj się.
Wschód. Na prawo. Szkło z tej strony hełmu było zaparowane. Odniósł
niejasne wrażenie czegoś w rodzaju grani. Ich operacja prowadzona była
cztery mile od brzegu, a za tą granią powinni mieć swobodny widok na
horyzont. Światła musiały być całkiem blisko albo bardzo daleko. Tak!
Faktycznie zobaczył światło, blady blask rozchodzący się na boki i do
góry. Zorza? Szrekander zdławił ciekawość, zmuszając się do
przestawiania kolejnych stóp do przodu. Ale na Boga w dole, jak bardzo
chciałby móc wspiąć się na tę grań i spojrzeć na zamrożony ocean!
Szrekander był dobrym, posłusznym żołnierzem aż do następnego postoju na
zebranie szlamu. Kiedy się to zdarzyło, kopał do sakwy Havena jarzącą
się mieszaninę egzotermów, paliwa i powietrznego śniegu. Po zachodnim
niebie przemknęło pięć drobnych światełek, tu i ówdzie zostawiając po
sobie załamania, jakby były jakimiś bardzo powolnymi błyskawicami. Jedna
z pięciu zgasła w nicość, ale pozostałe szybko zebrały się razem i -
światło rozpaliło się tak jasno, że Podgórnego ostro rozbolały górne
oczy. Jednak wciąż widział na pozostałe strony. Ich blask narastał i narastał, stając się tysiąc razy jaśniejszy od wyblakłego dysku słońca.
Wokół nich pojawiły się liczne ostre cienie. Cztery światła wciąż
nasilały się i nasilały, aż Szrekander poczuł ciepło przenikające przez
pancerz skafandra. Powietrzny śnieg na całym polu wystrzelił w górę w mglistej bieli. Ciepło nasilało się jeszcze przez chwilę, niemal parząc...
a potem przygasło, zostawiając mu na plecach przyjemne ciepło, jak po
wejściu w cień w letni dzień środkowych lat.
Mgły zawirowały wokół nich, tworząc pierwszy wyczuwalny wiatr, jakiego
doświadczyli od wyjścia z łodzi. Nagle zrobiło się bardzo zimno od
wysysania ciepła ze skafandrów przez mgły -?tylko ich buty
zaprojektowano do kontaktu. Światło gasło, a powietrze i woda wyziębiały
się do kryształów i opadały z powrotem na ziemię. Podgórny zaryzykował
skupienie spojrzenia górnych oczu: jaskrawe punkty światła
rozprzestrzeniły się w jarzące się kręgi, słabnące na jego oczach. W miejscach ich wzajemnego nakładania zobaczył falowanie i wygięcia jak w zorzy, czyli miały nie tylko zlokalizowany zasięg, ale i kąt. Cztery
blisko siebie... rogi regularnego czworościanu? Takie piękne... właściwie
jak daleko były? Czy to jakieś pioruny kuliste, kilkaset metrów nad
polem?
Za kilka minut zrobią się zbyt blade, by je dostrzec. Jednak pojawiły
się teraz także inne światła, ostre błyski nad wschodnią granią. Na
zachodzie kropki światła z coraz większą prędkością przesuwały się do
zenitu. Za nimi rozjarzyła się migotliwa zasłona.
Czterech członków zespołu stało bez ruchu. Na chwilę żołnierz w Unnerbym
został zdmuchnięty, zostawiając po sobie tylko zachwyt. Oderwał się od
sań, podszedł i położył jedną dłoń na plecach Szrekandra. Przez słabe
połączenie dobiegł cichy głos.
-?Co to, Szrekander?
-?Nie wiem. -?Czuł drżenie ręki Unnerby'ego. -?Ale kiedyś zrozumiemy...
Ruszajmy, sierżancie.
Niczym włączone nagle napędzane sprężynami marionetki zespół zakończył
ładowanie i ruszył w drogę. Pokaz w górze nie ustawał i choć nie miał
już intensywności czterech słońc, światła były piękniejsze i bardziej
nasilone niż jakakolwiek znana mu zorza. Po niebie przemknęły dwie
sunące coraz szybciej gwiazdy. Upiorne smugi ich przelotu rozciągały się
całą drogę do zachodu. Teraz wysoko na wschodnim niebie rozjarzyły się
gwałtownie, tworząc miniaturowe wersje pierwszych płonących świateł.
Kiedy gasły, rozszerzając się, od punktu ich zniknięcia rozchodziły się
nogi światła, rozbłyskując jaśniej za każdym razem, gdy przechodziły
przez wcześniejsze blaski.
Najbardziej spektakularne elementy pokazu dobiegły końca, ale powolny
ruch widmowego światła nie ustawał. Jeśli to wszystko działo się setki
mil w górze, jak w zorzy, musiało się tam znajdować jakieś bardzo
potężne źródło energii. A jeśli to było tuż nad ich głowami, to może
obserwowali głębokomroczny odpowiednik letnich błyskawic. Niezależnie od
wszystkiego, pokaz wart był ryzyka tej przygody.
W końcu dotarli do skraju obozu wojskowego Tieferczyków. Gdy schodzili
po rampie wejściowej, na niebie wciąż jarzyła się dziwna zorza.
* * *
Nigdy nie było poważnych wątpliwości dotyczących ich celów. Były
dokładnie tym, co pierwotnie wyobraził sobie Podgórny, celami
wymyślonymi przez Wiktorię Kowal podczas pierwszego popołudnia w Dowództwie Lądowym. Gdyby w jakiś sposób udało im się osiągnąć
najgłębszy Mrok, czterech żołnierzy z materiałami wybuchowymi mogło
spowodować poważne zniszczenia składów paliwa, płytkich głębi oddziałów
powierzchniowych, a może nawet sztabu Tiefstadtu. Jednak nawet te cele
nie mogłyby uzasadnić inwestycji badawczych wymaganych przez Podgórnego.
Istniał jednak ewidentny punkt kluczowy. Tak jak współczesna machina
wojenna starała się zdobyć przewagę na początku Mroku przez dłuższe
walki w celu wymanewrowania śpiącego wroga, podobnie na początku Nowego
Słońca zdecydowaną przewagę zdobędzie pierwsza armia, która skutecznie
wyjdzie w pole.
Obie strony zgromadziły na ten czas duże zapasy, jednak stosując
strategię zdecydowanie odmienną od tej na Lata Gaśnięcia i początek
Mroku. Na ile zdołała to stwierdzić nauka, Nowe Słońce osiągało
niezwykły blask w ciągu paru dni, może nawet godzin. Przez pierwsze dni
było palącym potworem, ponad stokrotnie jaśniejszym niż w trakcie lat
środkowych i gasnących. To właśnie ten wybuch światłości -?nie zimno
Mroku -?niszczył wszystkie poza najbardziej wytrzymałymi budowlami
każdego pokolenia.
Ta rampa prowadziła do wysuniętego magazynu Tieferczyków. Wzdłuż frontu
rozmieszczono i inne, ale ten był magazynem przechowującym sprzęt dla
ich głównych sił bojowych. Bez niego najlepsze oddziały Tieferczyków
będą musiały powstrzymać się od walki, a wysunięte siły Tiefer pod
naporem oddziałów Korony nie otrzymają żadnego wsparcia. Dowództwo
Lądowe uznało, że zniszczenie tej bazy wymusi zawarcie korzystnego
zawieszenia broni lub przyniesie armiom Korony serię łatwych zwycięstw.
Czterech żołnierzy i trochę przemyślanego wandalizmu może wystarczyć, by
to osiągnąć.
Jeśli nie zamarzną, próbując zejść po tej rampie. Na schodach znajdowały
się niewielkie ilości nawianego śniegu i okazjonalne strzępki krzewów
wyrastających między kamieniami, ale to wszystko. Teraz, gdy się
zatrzymywali, robili to w celu przekazania do przodu kubłów szlamu z sań
ciągniętych przez Nizhnimor i Unnerby'ego. Ciemność objęła ich gęstym
całunem, oświetlana tylko okazjonalnym blaskiem rozlanych egzotermów.
Według raportów wywiadu ta rampa ciągnęła się niecałe dwieście jardów...
Z przodu pojawił się owal światła. Koniec tunelu. Zespół wydostał się z rampy na pole, które kiedyś było otwartą przestrzenią, teraz jednak
przed niebem osłaniały je srebrzyste ekrany. Wszędzie wokół nich
rozciągał się las masztów. Miejscami strukturę uszkodziły opady
powietrznego śniegu, ale większość była cała. W plamach słabego światła
widzieli sylwetki lokomotyw parowych, maszyn do układania szyn, wozów z karabinami maszynowymi i opancerzonych automobili. Nawet w ciemności
widać było przebłyski srebrnej farby pod śniegiem powietrza. Kiedy
zapali się Nowe Słońce, sprzęt będzie gotowy. Po odparowaniu i stopieniu
lodu i spłynięciu strumieni kanałami, które przygotowano wszędzie wokół,
żołnierze Tiefer wyjdą z pobliskich głębi i pośpiesznie skryją się w bezpiecznych pojazdach. Woda zostanie przekierowana do zbiorników i zacznie się rozpylanie chłodzącej mgiełki. Nastąpi kilka godzin
gorączkowego sprawdzania zapasów i stanu sprzętu, kolejne kilka godzin
napraw awarii z dwóch wieków Mroku i paru godzin nowego żaru. A potem
wyruszą torami, które zdaniem dowódców doprowadzą ich do zwycięstwa.
Była to kulminacja wielu pokoleń badań naukowych w zakresie natury Mroku
i Nowego Słońca. Wywiad szacował, że na wiele sposobów działania te były
bardziej zaawansowane niż sztuka kwatermistrzowska Korony.
Hrunkner zebrał ich razem, żeby wszyscy go słyszeli.
-?Założę się, że w ciągu godziny od pierwszego światła wyprowadzą to
przednie straże, ale na razie to wszystko jest nasze. Dobra, uzupełniamy
sakwy i rozdzielamy się zgodnie z planem. Dasz radę, Gil?
Gil Haven wchodził po schodach chwiejnie jak pijak z połamanymi stopami.
Dla Szrekandra wyglądało to tak, jakby uszkodzenie jego skafandra
rozciągało się już na stopy do chodzenia. Jednak inżynier wyprostował
się po słowach Unnerby'ego, a jego głos zabrzmiał prawie normalnie.
-?Nie pokonałem całej tej drogi, sierżancie, żeby tu siedzieć i was
oglądać. Poradzę sobie z moją częścią.
Dotarli zatem do samego sedna misji. Rozłączyli kable audio i każdy
zebrał swoją porcję materiałów wybuchowych i czernidła. Ćwiczyli to
dostatecznie często. Jeśli będą się śpieszyć między poszczególnymi
punktami działań, jeśli nie wpadną do kanałów odpływowych i nie połamią
nóg, jeśli zapamiętane mapy okażą się dokładne, to będą mieli czas na
zrobienie wszystkiego i niezamarznięcie. Rozeszli się na cztery strony.
Materiały wybuchowe rozmieszczane pod ekranami słonecznymi nie były
wiele większe od granatów. Wybuchając, emitowały bezgłośne rozbłyski i obalały strategiczne części osłony. Następne były pociski moździerzowe z czernidłem -?bardzo niepozorne, ale działały dokładnie tak, jak
przewidywały prace działu badań materiałowych. Przestrzeń magazynu
została upstrzona plamami czerni, czekającej na pocałunek Nowego Słońca.
* * *
Trzy godziny później byli już prawie milę na północ od magazynu. Po
opuszczeniu miejsca akcji Unnerby bardzo ich poganiał, zmuszając do
osiągnięcia ostatniego, dodatkowego celu: przeżycia.
Prawie im się udało. Prawie. Kiedy kończyli pracę w magazynie, Gil Haven
zaczął majaczyć i zachowywać się gorączkowo. Próbował samodzielnie
opuścić tamto miejsce.
-?Muszę sobie znaleźć miejsce do zakopania. -?Powtarzał te słowa wciąż
na nowo, zmagając się z Nizhnimor i Unnerbym próbującymi przywiązać go z powrotem do rzędu lin zabezpieczających.
-?Tam właśnie teraz idziemy, Gil. Trzymaj się. -?Unnerby zwolnił Havena
do Amber i przez chwilę Hrunkner i Szrek słyszeli tylko siebie.
-?Okazuje więcej ducha niż wcześniej -?zauważył Szrekander.
Haven podskakiwał wokół jak chłop na drewnianych nogach.
-?Chyba już nie odczuwa bólu. -?Odpowiedź Hrunka była cicha, ale
wyraźna. -?Ale nie to mnie martwi. Chyba zapada się w głębinową
wędrówkę.
Szaleństwo Mroku. Była to szalona panika, w jaką ludzie zapadali się,
gdy wewnętrzny rdzeń ich umysłów uświadomił sobie, że zostali uwięzieni
na zewnątrz. Kontrolę przejmował zwierzęcy instynkt zmuszający ofiarę do
znalezienia jakiegoś miejsca, dowolnego, które mogłoby posłużyć za
głębię.
-?Szlag. -?Słowo było przytłumione, ucięte przez zerwanie kontaktu przez
Unnerby'ego próbującego zorganizować wymarsz. Od prawdopodobnego
bezpieczeństwa dzieliły ich tylko godziny, a jednak... obserwacja zmagań
Gila Havena we wszystkich obudziła pierwotne odruchy. Instynkt był czymś
cudownym... ale jeśli teraz mu ulegną, z pewnością doprowadzi ich do
śmierci.
Po dwóch godzinach ledwie dotarli do wzgórz za magazynem. Gil dwukrotnie
się wyrywał, za każdym razem gwałtowniej, by odbiec w stronę fałszywej
obietnicy głębokich szczelin wzdłuż ich trasy. Za każdym razem Amber
ściągała go z powrotem i próbowała z nim rozmawiać. Jednak Gil nie
wiedział już, gdzie się znajduje, a szarpanie się doprowadziło do
rozerwania skafandra w kilku miejscach. Jego niektóre części były już
sztywne i zamrożone.
Koniec nadszedł, gdy dotarli do pierwszego odcinka wymagającego
wspinaczki. Musieli tu zostawić sanie, resztę drogi pokonać tylko z powietrzem i egzotermami, które zdołają zabrać w sakwach. Za trzecim
razem Gil oderwał się od linki zabezpieczającej i zaczął uciekać
dziwnymi, chwiejnymi skokami. Nizhnimor ruszyła w pościg. Amber była
dużą kobietą i do tej pory nie miała większych problemów z panowaniem
nad Gilem Havenem, ale tym razem było inaczej. Gil dotarł do ostatecznej
desperacji głębinowej wędrówki. Kiedy odciągała go od krawędzi,
zaatakował ją, dźgając końcami dłoni. Amber zatoczyła się do tyłu,
puszczając go. Hrunk i Szrekander znajdowali się tuż za nią, ale było
już za późno. Ręce Havena machały na wszystkie strony, gdy turlał się,
spadając z urwiska w cienie w dole.
Ich trójka stała przez chwilę nieruchomo w szoku, a potem Amber zaczęła
się zsuwać przez krawędź, szukając stopami przez warstwę powietrznego
śniegu jakiegoś oparcia na skałach poniżej. Unnerby i Podgórny chwycili
ją i odciągnęli.
-?Nie, puśćcie mnie! Zamrożony ma szansę. Musimy go tylko zanieść ze
sobą.
Podgórny wychylił się nad urwiskiem i uważnie przyjrzał temu, co w dole.
Spadając, Gil uderzył o odsłonięte skały, jego ciało leżało nieruchomo.
Jeśli jeszcze nie żył, odwodnienie i częściowe zamrożenie zabije go, nim
zdołają wciągnąć ciało z powrotem na ścieżkę.
Hrunkner też musiał to zrozumieć.
-?On odszedł, Amber -?powiedział łagodnie. A potem wrócił głos
sierżanta. -?A my wciąż mamy zadanie.
Po chwili Amber zwinęła wolne dłonie na potwierdzenie, ale Szrek nie
usłyszał od niej ani słowa. Wspięła się z powrotem na ścieżkę i pomogła
z powrotem zamocować ich linki zabezpieczające i kable audio.
Cała trójka wróciła do wspinaczki, teraz idąc szybciej.
* * *
Gdy dotarli do celu, zostało im już tylko kilka kwart żywych egzoterm.
Przed Mrokiem te wzgórza porastał bujny las tramdrzew, będący
przeznaczoną do polowań częścią posiadłości Tieferskiego szlachcica. Za
nimi znajdowała się rozpadlina skalna, będąca wejściem do naturalnej
głębi. W dowolnym dzikim terenie z dużą zwierzyną byłaby to głębia
zwierzęca, ale na zasiedlonych terenach były one zwykle przejmowane i rozbudowywane przez ludzi... albo bywały porzucane. Szrekander nie
potrafił sobie wyobrazić, skąd wywiad Zgody wiedział o jej istnieniu
inaczej niż dzięki posiadaniu agentów wśród Tieferczyków w posiadłości.
Jednak nie była to przygotowana, bezpieczna kryjówka -?wyglądała równie
dziko i naturalnie jak cokolwiek w Odległym Brunlargo.
Nizhnimor była jedyną prawdziwą myśliwą w zespole. Razem z Unnerbym
wycięli drogę przez bariery z plujedwabiu i zeszli aż na dno. Szrekander
zwisał nad nimi, kierując w dół ciepło i światło.
-?Widzę pięć basenów... i dwa dorosłe taranty. Daj nam tu więcej światła.
Szrekander opuścił się niżej, opierając większość ciężaru na
plujedwabiu. Światło z jego najniższych rąk sięgało aż do samego tyłu
jaskini. Zobaczył teraz dwa z basenów. Prawie nie było w nich śniegu
powietrza. Lód był typowy dla basenu hibernacyjnego, bez jakichkolwiek
pęcherzyków. Zobaczył przeświecające z lodu stworzenie z błyszczącymi w świetle zamrożonymi oczami. Boże, ależ było wielkie! Mimo to musiało być
samcem, bo pokrywały je dziesiątki dziecięcych bąbli.
-?Pozostałe baseny to zapas jedzenia. Świeżo zabite ofiary, jak można by
się spodziewać.
W ciągu pierwszego roku Nowego Słońca taka para tarantów zostawała w swojej głębi, wysysając soki z zapasów, podczas gdy ich dzieci rosły do
rozmiarów, które pozwalały im uczyć się polować po przejściu pożarów i złagodzeniu burz. Taranty były czystymi mięsożercami i choć nie były tak
bystre jak thrakty, wyglądem bardzo przypominały prawdziwych ludzi.
Zabicie ich i zabranie im jedzenia było konieczne, choć wywoływało
skojarzenie bardziej z morderstwem w głębi niż polowaniem.
Zadanie zajęło im kolejną godzinę i zużyło niemal wszystkie pozostałe
egzotermy. Po raz ostatni wspięli się na powierzchnię, by ponownie jak
najlepiej zamocować bariery z plujedwabiu. Podgórny czuł odrętwienie w kilku stawach, do tego stracił czucie w czubkach lewych rąk. Przez
ostatnie kilka godzin ich skafandry sporo przeszły, ulegając przebiciom
i łataniu. Niektóre stawy nadgarstkowe skafandra Amber uległy wypaleniu
w wyniku zbyt intensywnych kontaktów ze śniegiem powietrznym i egzotermami. Musieli pozwolić na zamarznięcie kończyn. Prawdopodobnie
utraci część rąk. Mimo wszytko, cała trójka stanęła tam jeszcze na
chwilę.
W końcu odezwała się Amber.
-?Możemy to uznać za zwycięstwo, prawda?
-?Tak -?odpowiedział Unnerby pewnym głosem. -?I cholernie dobrze wiesz,
że Gil by się z tym zgodził.
Objęli się razem w poważnym uścisku, stanowiącym niemal idealne
odtworzenie Sięgania po Zgodę Gokny. Pasował nawet brakujący towarzysz.
Amberdon Nizhnimor cofnęła się przez szparę między skałami. Gdy
przechodziła przez plujedwab, ten rozjarzył się świecącą mgiełką. W dole
rozmiesza egzotermy w basenach. Woda będzie zimną breją, ale zdołają się
w niej zagłębić. Jeśli szeroko otworzą kombinezony, powinno im się udać
osiągnąć równomierne zamrożenie. Niewiele mogli zrobić w sprawie
ostatniego wielkiego niebezpieczeństwa.
-?Dobrze się rozejrzyj, Szrekander. To twoje dzieło. -?Z głosu
Unnerby'ego zniknęła pewność. Amber Nizhnimor była żołnierką i Unnerby
wykonał wobec niej swój obowiązek. Teraz wyglądał tak, jakby wyszedł z trybu bojowego i był tak zmęczony, że ledwie utrzymywał brzuch nad
śniegiem powietrza.
Podgórny rozejrzał się wokół. Stali kilkaset stóp nad poziomem bazy
Tieferów. Zorza przygasła, dawno temu zniknęły też ruchome świetlne
punkty i błyski na niebie. W wygasłym świetle baza była polem czarnych
plam pośród oświetlonej gwiazdami szarości. Tylko że czerń nie była
cieniami, a czarnym barwnikiem w proszku, który rozproszyli moździerzami
na całej instalacji.
-?Coś tak drobnego -?skomentował Unnerby. -?Kilkaset funtów czernidła.
Naprawdę myślisz, że to zadziała?
-?Och, tak. Pierwsze kilka godzin Nowego Słońca to coś jak wprost z piekła. To czernidło sprawi, że ich sprzęt zrobi się gorętszy od
wszelkich dopuszczalnych wartości. Wiesz, co dzieje się w takim
rozbłysku.
Tak naprawdę to sierżant Unnerby osobiście kierował tymi testami.
Światło o nasileniu stokrotnie większym niż słońce pośrodku Jasności,
świecące na pokryty czernidłem materiał, w parę minut sprawiało, że
miejsca styku metali ulegały zaspawaniu: kulki do łożysk, tłoki do
cylindrów, koła do szyn. Oddziały wroga będą musiały wycofać się pod
ziemię, praktycznie tracąc najważniejszy magazyn sprzętu na froncie.
-?Ta sztuczka zadziała po raz pierwszy i po raz ostatni, Szrekander.
Wystarczy kilka barier i trochę min, żeby uniemożliwić nam dojście.
-?Jasne. Ale zmienią się też inne rzeczy. To ostatni Mrok, który nasz
lud spędzi w uśpieniu. Następnym razem to nie będzie tylko czworo ludzi
w kombinezonach. Cała cywilizacja pozostanie przytomna. Skolonizujemy
Mrok, Hrunkner.
Unnerby roześmiał się z oczywistym niedowierzaniem. Gestem zaprosił
Podgórnego w stronę szczeliny w skale i głębi poniżej. Choć był bardzo
zmęczony, sierżant zejdzie ostatni, ustawiając za sobą przegrody.
Szrekander po raz ostatni spojrzał na szare ziemie i wiszące w górze
kurtyny niemożliwych zórz. Tu ciekawie, tam ciekawie, świat poznajmy
przy zabawie.
dziewięć
Dzieciństwo Ezra Vinha było generalnie chronione i bezpieczne. Jego
życiu tylko raz groziło prawdziwe niebezpieczeństwo, a był to wynik
zbrodniczo wręcz głupiego wypadku.
Nawet wedle standardów Queng Ho rodzina Vinh.23 była bardzo rozległa.
Istniały jej gałęzie, które nie uścisnęły sobie dłoni przez tysiące lat.
Vinh.23.4 i Vinh.23.4.1 przez większość tego czasu zamieszkiwały bardzo
odległe rejony Przestrzeni Ludzi, pracując na własne fortuny i rozwijając własne obyczaje. Może lepiej byłoby nie podejmować prób
synchronizacji po całym tym czasie... tylko że szczęśliwy los zebrał razem
tak wielu członków wszystkich trzech odgałęzień na Starym Kielle
równocześnie. Spędzili więc razem kilka lat, budując tymczasówki, które
wiele osiadłych cywilizacji nazwałoby kosmicznymi pałacami, i próbowali
odkryć, co stało się z ich wspólnym dziedzictwem. Vinh.23.4.1 była
dobrowolną demarchią. Nie wpływało to na ich stosunki handlowe, choć
ciotka Filipa była oburzona.
-?Nikt mi przez głosowanie nie odbierze moich praw własności -
zapamiętał jej słowa mały Ezr.
Wydawało się, że Vinh.23.4 są dużo bliżej gałęzi znanych rodzicom Ezra,
choć ich dialekt nese był niemal niezrozumiały. Rodzina 23.4 nie
zawracała sobie głowy wiernym przestrzeganiem standardów transmisji.
Jednak standardy były bardzo ważne, nawet ważniejsze od list wykluczeń.
Na pikniku należało sprawdzać skafandry dzieci, a potem dodatkowo
kontrolowały je automaty, ale nikt nie spodziewał się, że "sekundy
atmosfery" w przypadku powietrza kuzyna będą znaczyć coś innego niż w twoim. Ezr wspinał się wokół małej skały orbitującej asteroid piknikowy,
zachwycony możliwością wprawienia małego świata w ruch dzięki dłoniom i stopom zamiast odwrotnie. Jednak kiedy skończyło mu się powietrze, jego
towarzystwo znalazło już sobie własne światy w chmurze skał. Monitor
pikniku zignorował wołania skafandra o pomoc, aż małe dziecko w środku
prawie zeszło.
Ezr pamiętał potem dopiero chodzenie po nowym, specjalnie przygotowanym
przedszkolu. Przez niezliczone kilosekundy po wypadku traktowano go jak
króla.
* * *
Dzięki temu Ezr Vinh zawsze wybudzał się z hibernacji w dobrym nastroju.
Oczywiście doznawał zwykłej dezorientacji i dyskomfortu fizycznego, ale
wspomnienia z dzieciństwa zapewniały go, że gdziekolwiek jest, wszystko
będzie dobrze.
Tym razem z początku było tak samo, może tylko delikatniej niż zwykle.
Leżał w prawie nieważkości w przyjemnym, ciepłym łóżku. Miał wrażenie
przestrzeni, wysokiego sufitu. Na ścianie za łóżkiem zobaczył malowidło...
wykonane tak drobiazgowo, że mogło być fotografią. Trixia nie znosiła
tych obrazów. Ta niespodziewana myśl wzbogaciła przebudzenie o trochę
kontekstu. Trixia. Trilandia. Misja do Bistabilnej. I to nie było
pierwsze przebudzenie tutaj. Nastąpiło coś bardzo złego, zasadzka
Rozwiniętych. Jak udało im się to wygrać? Jakie miał ostatnie
wspomnienia przed tym zaśnięciem? Unoszenie się w ciemności
uszkodzonego lądownika. Zniszczenie statku flagowego Parka. Trixia...
-?Chyba go z tego wyciągnęłam, panie kolonii. -?Kobiecy głos.
Obrócił głowę w stronę głosu niemal wbrew własnej woli. Obok niego
siedziała Anne Reynolt, a obok niej stał Tomas Nau.
-?Ach, praktykant Vinh. Cieszę się, widząc cię z powrotem wśród żywych.
-?Uśmiech Nau był uroczysty i zatroskany.
Ezr potrzebował kilku prób, by wycharczeć coś zrozumiałego.
-?Co... Co się dzieje? Gdzie jestem?
-?Jesteś na pokładzie mojej głównej rezydencji. Minęło około ośmiu dni
od czasu, gdy wasza flota próbowała mnie zniszczyć.
-?Guh? -?To my zaatakowaliśmy was?
Nau pytająco przekrzywił głowę w reakcji na nieskładną reakcję Vinha.
-?Chciałem tu być, gdy cię obudzimy. Dyrektor Reynolt wprowadzi cię w szczegóły, ale chciałem cię zapewnić o moim wsparciu. Przydzielam ci
stanowisko kierownika floty do tego, co zostało z wyprawy Queng Ho. -
Wstał i łagodnie poklepał Vinha po ramieniu.
Spojrzenie chłopaka śledziło Rozwiniętego wychodzącego z pokoju.
Kierownik floty?
* * *
Reynolt zarysowała Vinhowi sytuację, podając więcej twardych faktów, niż
potrafił łatwo przyswoić. To wszystko nie mogło być kłamstwami... Zginęło
tysiąc czterystu Queng Ho, prawie połowa stanu floty. Zniszczono cztery
z siedmiu statków kosmicznych, a silniki strumieniowe pozostałych uległy
uszkodzeniu. Większość mniejszych pojazdów została zniszczona lub
poważnie uszkodzona. Ludzie Nau pracowali, sprzątając orbitalne śmieci
pozostałe po walce. Zamierzali kontynuować "wspólne działania".
Materiały lotne i rudy wyniesione z Arachny zapewnią zaopatrzenie dla
habitatów budowanych przez Rozwiniętych w punkcie L1 układu
słońce/planeta.
Pozwoliła mu też zobaczyć listy załóg. "Pham Nuwen" został zniszczony z całą załogą. Zginęli kapitan Park i kilku członków Komitetu handlowego.
Większość osób na pokładach ocalałych statków wciąż żyła, ale starsi
oficerowie byli trzymani w hibernacji.
Nie czuł już potężnego bólu głowy z ostatnich chwil w lądowniku. Reynolt
powiedziała, że Ezr został wyleczony z "nieprzyjemnego zarazka". Jednak
tylko sztucznie opracowana choroba mogła mieć tak wygodny i równoczesny
czas wystąpienia objawów. Kłamstwa Rozwiniętych były zaledwie udawaniem
uprzejmości. Zasadzka została zaplanowana od samego początku i zrobiono
to z sekundową precyzją.
Przynajmniej Anne Reynolt nie uśmiechała się, wypowiadając kłamstwa.
Właściwie w ogóle rzadko się uśmiechała. Kierowniczka zasobów ludzkich
Reynolt. Zabawne, że nawet Trixia nie zauważyła tego, co może sugerować
ten tytuł. Z początku Ezr sądził, że Reynolt tłumi prawdziwy wstyd, bo
praktycznie w ogóle nie patrzyła mu prosto w oczy, ale stopniowo
uświadomił sobie, że patrzenie na jego twarz nie było dla niej ani
trochę ciekawsze od wpatrywania się w ścianę. Nie widziała w nim osoby,
ani trochę nie obchodzili jej zabici.
Ezr cicho czytał raporty, bez szyderstw ani płaczu, gdy odkrył śmierć
Suma Dotrana. Na liście poległych nie było Trixii. W końcu dotarł do
listy ocalałych oraz ich obecnego stanu. Prawie trzysta osób znajdowało
się na pokładzie tymczasówki Queng Ho, również przeniesionej do L1. Ezr
przeskanował nazwiska, zapamiętując je: młodszy personel i praktycznie
żadnych Trilandczyków ani naukowców. Nie znalazł tam Trixii Bonsol.
Przeglądał dalej... Kolejna lista. Trixia! Jej nazwisko znajdowało się na
liście, na dodatek wymienione w "dziale lingwistyki".
Ezr podniósł wzrok znad tekstu i zapytał, starając się brzmieć
swobodnie:
-?Co znaczy ten glif umieszczony przy niektórych nazwiskach? -?Przy
nazwisku Trixii.
-?"Skupieni".
-?A co to znaczy? -?W jego głosie pojawiła się niechciana nerwowość.
-?Wciąż są poddawani leczeniu. Nie wszyscy dochodzą do siebie równie
łatwo jak ty. -?Jej spojrzenie było twarde i beznamiętne.
* * *
Następnego dnia znowu pojawił się Nau.
-?Czas przedstawić cię twoim nowym podwładnym -?powiedział.
Lecieli przez długi, prosty korytarz do śluzy dla pojazdów. Ten habitat
nie był miejscem, w którym odbył się bankiet. Wyczuwało się delikatną
sugestię ciążenia, jakby znajdowali się na małej asteroidzie.
Wahadłowiec z drugiej strony śluzy był większy od wszystkiego, co
przywieźli ze sobą Queng Ho. Był luksusowy w barokowy, prymitywny
sposób. Niskie stoły i bar dostępny ze wszystkich stron. Na ścianach
szerokie okna wyglądające na prawdziwe. Nau dał mu chwilę na wyjrzenie
na zewnątrz.
Wahadłowiec unosił się pośród rozpór uziemionego habitatu. Konstrukcja
wyglądała na niekompletną, choć zdawała się równie wielka jak
tymczasówka dyplomatyczna Queng Ho. Znaleźli się powyżej rusztowań. Jej
podstawa wykrzywiła się w dole w plątaninę szarych olbrzymów. To były
zebrane razem diamentowe góry. Bloki wyglądały dziwnie bez żadnych
kraterów, choć zarazem równie nudno jak zwykłe asteroidy. Tu i tam w miejscach pozbawionych grafitowej powłoki przenikało słabe światło
słońca, błyskając tęczą. Między dwiema górami zobaczył osadzone jasne
pola śniegu, masywną stertę świeżo wyciętych skał i lodu -?musiały to
być kawałki oceanu i jego dna wyniesione z Arachny. Wahadłowiec uniósł
się jeszcze bardziej. Zza brzegów gór wyłoniły się sylwetki statków
kosmicznych. Każdy miał ponad sześćset metrów długości, a jednak przy
skałach wydawały się drobne. Zakotwiczono je blisko siebie, jak w stoczni zbiera się wraki. Ezr policzył szybko i oszacował to, czego nie
mógł zobaczyć bezpośrednio.
-?Sprowadziliście wszystko tutaj... do L1? Naprawdę chcecie przyjąć
strategię zaczajenia?
Nau kiwnął głową.
-?Obawiam się, że tak. Najlepiej być w tej sprawie szczerym. Walka
sprawiła, że wszyscy stanęliśmy nad krawędzią. Mamy dość zasobów na
powrót do domu, ale z pustymi rękami. Jeśli zamiast tego zdołamy
współpracować... Cóż, z tego miejsca w L1 możemy obserwować Pająki. Jeśli
faktycznie wkraczają w erę informacji, z czasem będziemy mogli
wykorzystać ich zasoby na nasze potrzeby. Niezależnie od tego możemy
dostać wiele z tego, po co tu przylecieliśmy.
Hm. Przedłużone zaczajenie i oczekiwanie na dojrzenie klientów. Queng Ho
przy kilku okazjach stosowali taką strategię. Czasami nawet się
sprawdzała.
-?To będzie trudne.
-?Może dla was -?powiedział ktoś za plecami Ezra. -?Rozwinięci dobrze
żyją, człowieczku. Lepiej, żebyś dowiedział się tego już teraz.
Vinh rozpoznał ten głos, głos oprotestowujący zasadzkę Queng Ho w chwili, gdy to jego strona wyprowadzała atak. Ritser Brughel. Ezr się
odwrócił. Duży blondyn szczerzył się do niego w uśmiechu. Żadnych
niuansów ani subtelności.
-?A do tego zawsze gramy tak, by wygrać. Pająki też się o tym
przekonają.
Wcale nie tak dawno temu Ezr Vinh spędził cały wieczór, siedząc obok
niego i słuchając, jak poucza Phama Trinliego. Blondyn był nudziarzem i osiłkiem, choć wtedy nie miało to znaczenia. Spojrzenie Vinha przemknęło
wzdłuż wyłożonych wykładziną ścian na Anne Reynolt. Uważnie przyglądała
się rozmowie. Pod względem wyglądu mogłaby być siostrą Brughela, w blond
włosach mężczyzny pobłyskiwały nawet rudawe nuty. Jednak na tym
podobieństwo się kończyło. Przy całym wzbudzanym przez Brughela wstręcie
jego emocje były jednoznaczne i bardzo silne, natomiast jedynym uczuciem
widzianym przez Vinha u Anne Reynolt było zniecierpliwienie. Obserwowała
rozmowę tak, jak można by przyglądać się owadom na ziemi w ogrodzie.
-?Ale nie martw się, handlarzu. Twoja kwatera jest odpowiednio
niepozorna. -?Brughel wskazał widok przez przednie okno. Pojawiła się
tam zielonkawa plamka, ledwie widoczny dysk. Tymczasówka Queng Ho. -
Zaparkowaliśmy ją na ośmiodniowej orbicie wokół głównej sterty.
Tomas Nau uprzejmie uniósł rękę, jakby prosił o pozwolenie na odezwanie
się, a Brughel zamilkł.
-?Mamy tylko chwilę, panie Vinh. Wiem, że Anne Reynolt wprowadziła pana
w sytuację, ale chcę się upewnić, że rozumie pan nowe obowiązki. -
Zrobił coś ze swoim mankietem i obraz tymczasówki Queng Ho urósł.
Vinh przełknął ślinę. Zabawne, to była tylko zwykła tymczasówka polowa,
ledwie sto metrów średnicy. Przejechał spojrzeniem po nierównym,
pikowanym kadłubie. Mieszkał tam jeszcze niecałe dwie megasekundy, setki
razy wyrzekając na ciasnotę. Teraz było to coś najbliższe domu, co
jeszcze istniało, a w środku znajdowało się wielu jego ocalałych
przyjaciół. Polową tymczasówkę tak łatwo można było zniszczyć. A jednak
wszystkie komórki wyglądały na całkowicie nadmuchane i nie dostrzegł
żadnych łat. Kapitan Park ustawił ją daleko od swoich statków, a Nau ją
oszczędził.
-?...tak więc teraz pańskie nowe stanowisko jest bardzo ważne. Jako mój
kierownik floty będzie miał pan obowiązki porównywalne z nieżyjącym
kapitanem Parkiem. Będzie pan miał moje stałe wsparcie i dopilnuję, by
moi ludzie to rozumieli. -?Rzut oka na Ritsera Brughela. -?Ale proszę
pamiętać: nasz sukces -?a nawet przetrwanie -?zależy teraz od pełnej
współpracy.
dziesięć
Ezr niezbyt dobrze radził sobie z zarządzaniem personelem. Plany Nau
powinny być oczywiste. Vinh nawet studiował takie rzeczy w szkole. Kiedy
dotarli do tymczasówki, Nau wygłosił krótką, pełną nadskakiwania mowę, w której przedstawił Vinha jako nowego "kierownika floty Queng Ho".
Specjalnie podkreślił przy tym, że Ezr Vinh jest najwyższym rangą,
obecnym na miejscu członkiem rodziny właścicieli statków. Dwa statki
Vinha przetrwały starcie ze stosunkowo niewielkimi uszkodzeniami. I jeśli jakiś prawowity właściciel jednostek Queng Ho pozostał przy życiu,
był nim właśnie Ezr. A jeśli wszyscy będą współpracować z legalną
władzą, jeszcze razem zdołają się wzbogacić. A potem Ezr został
wypchnięty do przodu, by wymamrotał kilka słów o tym, jak bardzo cieszy
się z powrotu między przyjaciół i jak liczy na ich pomoc.
W ciągu kolejnych dni zaczął rozumieć klin, jaki Nau wbił między jego
obowiązki a poczucie lojalności. Ezr równocześnie był w domu i poza nim.
Każdego dnia widywał znajome twarze. Benny Wen i Jimmy Diem przeżyli.
Ezr znał Benny'ego od kiedy mieli po sześć lat, jednak teraz zachowywał
się jak obcy, choć skłonny do współpracy.
A potem któregoś dnia, bardziej dzięki szczęściu niż planowaniu, Ezr
wpadł na Benny'ego przy śluzach wahadłowców. Ezr był sam. Jego
Rozwinięci asystenci coraz częściej przestawali pilnować jego ruchów.
Ufali mu? Założyli mu podsłuch? Nie mogli sobie wyobrazić, że potrafiłby
im zaszkodzić? Wszystkie te możliwości były nieprzyjemne, ale dobrze
było się uwolnić od opiekunów.
Benny był z małą grupą Queng Ho tuż przy najbardziej zewnętrznej ścianie
balonu. Ponieważ znajdowali się przy śluzach, nie było tu zewnętrznego
pikowania, więc co jakiś czas światła przelatującego wahadłowca rzucały
na tkaninę ruchome plamy blasku. Grupa Benny'ego rozproszyła się na
ścianie, pracując przy węzłach automatyki kontrolującej zbliżanie. Ich
Rozwinięty szef grupy znajdował się na drugim końcu otwartej
przestrzeni.
Ezr wyleciał z promieniowego tunelu, zobaczył Benny'ego Wena i lekko
odbił się ku niemu od ściany.
Wen oderwał wzrok od pracy i ukłonił się uprzejmie.
-?Kierowniku floty. -?Formalność była mu już znajoma... i równie bolesna
jak uderzenie w twarz.
-?Cześć, Benny. J... jak leci?
Wen zerknął szybko przez otwartą przestrzeń na kierownika grupy z Rozwiniętych. Facet zdecydowanie wyróżniał się dzięki swojemu szaremu
kombinezonowi, odcinającemu się od indywidualizmu większości Queng Ho.
Przemawiał właśnie głośno do trzech pracowników, jednak dystans i tkanina tłumiły jego słowa. Benny obejrzał się z powrotem na Ezra i wzruszył ramionami.
-?Och, doskonale. Wiesz, co tu robimy?
-?Wymieniacie wejścia łączności. -?Jednym z pierwszych ruchów
Rozwiniętych była konfiskata wszystkich wyświetlaczy przeziernych.
Ekrany i powiązana z nimi elektronika sygnałowa były klasycznymi
narzędziami wolności.
Wen roześmiał się cicho, wciąż zerkając na szefa grupy.
-?Od razu trafiony, Ezr, stary. Widzisz, nasi nowi... pracodawcy... mają
problem. Potrzebują naszych statków, potrzebują naszego sprzętu, ale nic
z tego nie będzie działać bez automatyki. A jak mogą nam z nią zaufać?
Wszelka skuteczna maszyneria ma wbudowane sterowniki. -?Oczywiście
sterowniki były podłączone do sieci niewidocznym klejem sieci lokalnej
floty, dzięki której wszystko pracowało spójnie.
Oprogramowanie tego systemu rozwijano przez tysiąclecia, a Queng Ho
dopracowywali je przez wieki. Zniszczenie go sprawiłoby, że flota
stałaby się zaledwie złomem. Ale jak dowolny zdobywca może ufać temu, co
ukrywano tam w ciągu tych stuleci? W większości przypadków sprzęt
pokonanego był po prostu niszczony, jednak, jak przyznał Tomas Nau, nikt
nie mógł sobie pozwolić na utratę kolejnych zasobów.
-?Wiesz, ich grupy robocze przechodzą przez każdy węzeł. Nie tylko tu, a na wszystkich ocalałych statkach. I wszystkie kolejno modyfikują.
-?Nie ma mowy, żeby mogli wszystko zastąpić. -?Mam nadzieję.
Najgorszymi tyraniami były te, w których rząd wymagał stosowania własnej
logiki w każdym osadzonym węźle.
-?Zdziwiłbyś się, widząc, co wymieniają. Widziałeś, jak pracują. Ich
technicy komputerowi są... dziwni. Wygrzebali z systemu rzeczy, których
nigdy bym nie podejrzewał. -?Benny wzruszył ramionami. -?Ale masz rację,
nie ruszają osadzonych rzeczy najniższego poziomu. Wyrywają głównie
układy logiczne wejścia/wyjścia. W zamian dostajemy nowiuteńkie
interfejsy. -?Benny wykrzywił usta w lekkim uśmiechu i odczepił od pasa
czarny plastikowy prostokąt. Wyglądał jak klawiatura. -?To jedyne, czego
będziemy używać przez jakiś czas.
-?Boże, to wygląda starożytnie.
-?To jest proste, nie stare. Mam wrażenie, że to po prostu sprzęt
zapasowy, który Rozwinięci mieli w magazynach. -?Benny znowu popatrzył w kierunku szefa zespołu. -?Liczy się to, że sprzęt łącznościowy w tych
skrzynkach jest znany Rozwiniętym. Jeśli spróbujesz przy nich grzebać,
wywołasz alarmy w całej sieci. W zasadzie mogą filtrować wszystko, co
robimy. -?Benny popatrzył na pudełko i zważył je w ręce. Był tylko
jeszcze jednym praktykantem, jak Ezr, nie był od niego dużo bystrzejszy
w kwestiach techniki, ale zawsze miał nosa do dobrych interesów. -
Dziwne. To, co udało nam się dotąd zobaczyć z technologii Rozwiniętych,
wygląda na dość ograniczone, ale oni naprawdę zamierzają wszystko
przesiewać i monitorować. W ich automatyce jest coś, czego nie
rozumiemy. -?Wyglądało to prawie tak, jakby rozmawiał sam ze sobą.
Na ścianie za nim pojawiło się światło, narastając, a potem powoli
przesuwając się w bok. Do doku zbliżał się wahadłowiec. Blask przesunął
się po krzywiźnie ściany, a po sekundzie rozległ się stłumiony odgłos
dokowania. Po całej tkaninie wokół cylindra doku przebiegły fale.
Włączyły się pompy śluzy. Tutaj ich wycie było głośniejsze niż w samej
śluzie. Ezr się zawahał. Hałas był dostatecznie nasilony, by ukryć ich
rozmowę przed kierownikiem grupy. Jasne, a wszystkie mikrofony
podsłuchowe mogą w tym wyłapać rozmowę lepiej niż nasze uszy. Kiedy
więc się odezwał, nie próbował konspiracyjnego szeptu, przekrzykując
zgiełk pomp.
-?Dużo się wydarzyło, Benny. Ale chcę, żebyś wiedział, że ja się nie
zmieniłem. Nie jestem... -?Nie jestem zdrajcą, do cholery!
Przez chwilę Benny patrzył na niego enigmatycznie... a potem się
uśmiechnął.
-?Wiem, Ezr. Wiem.
Benny poprowadził go wzdłuż ściany w kierunku reszty zespołu.
-?Pokażę ci jeszcze parę rzeczy, którymi się zajmujemy.
Ezr podążał za nim, gdy Benny wskazywał różne elementy, opisując zmiany
wprowadzane przez Rozwiniętych do protokołów doku. I nagle trochę lepiej
zrozumiał grę.
Wróg nas potrzebuje i spodziewa się, że będziemy dla niego pracować
przez lata. Jest mnóstwo rzeczy, które możemy sobie powiedzieć. Nie
zabiją nas za wymianę informacji potrzebnych do wykonania pracy. I nie
zabiją za spekulacje na temat tego, co się tu dzieje.
Jazgot pomp ustał. Gdzieś za plastikiem cylindra doku z wahadłowca
zaczęli wysiadać ludzie, wyładowując towar.
Wen podleciał bliżej do otwartego włazu kanału technicznego.
-?Słyszałem, że sprowadzają sporo swoich ludzi.
-?Tak, niedługo ma ich być cztery setki, może więcej. -?Ta tymczasówka
była tylko zbiorem balonów napompowanych kilkaset megasekund wcześniej,
zaraz po przybyciu floty. Jednak była dostatecznie duża dla wszystkich
załóg upakowanych jako wyschnięte zwłoki na czas pięćdziesięcioletniego
przelotu z Trilandii. To było trzy tysiące osób. Teraz mieszkało ich tu
tylko trzysta.
Benny uniósł brew.
-?Myślałem, że mają własną tymczasówkę, i to lepszą od tej.
-?Myślę... -?Szef grupy znalazł się prawie w zasięgu słuchu. Ale to nie
jest żadna konspiracja. Boże Handlu, musimy móc rozmawiać o swojej
pracy. -?Myślę, że stracili więcej, niż się do tego przyznają. -
Myślę, że o włos otarliśmy się o zwycięstwo i to pomimo tego, że
zostaliśmy zaatakowani z zaskoczenia, choć powalili nas swoją bronią
biologiczną.
Benny przytaknął, a Ezr domyślił się, że już wiedział. Jednak czy
wiedział o tym?
-?To wciąż zostawi sporo miejsca. Tomas Nau myśli o wyciągnięciu
większej liczby ludzi z hibernacji, może nawet części oficerów.
Jasne, starszy personel będzie stanowił większe zagrożenie dla
Rozwiniętych, ale jeśli Nau naprawdę chciał skutecznej współpracy...
Niestety pan kolonii był znacznie mniej otwarty w zakresie "Skupionych".
Trixia.
-?Och? -?Głos Benny'ego nie zdradzał emocji, ale jego spojrzenie nagle
się wyostrzyło. Spojrzał w inną stronę. -?To byłaby duża różnica,
zwłaszcza dla niektórych z nas... jak ta panienka, która pracuje teraz w tym kanale. -?Częściowo wsunął głowę przez właz i zawołał. -?Hej, Qiwi,
skończyłaś tam już?!
Bachor? Od czasu zasadzki Ezr widział ją tylko dwa albo trzy razy, co
wystarczyło do upewnienia się, że nie została ranna ani nie zrobiono z niej zakładnika. Jednak ona częściej niż inni spędzała czas poza
tymczasówką i z Rozwiniętymi. Może po prostu wydawała się za młoda, by
stanowić zagrożenie. Minęła chwila i z kanału wysunęła się drobna postać
w śmiesznym stroju arlekina.
-?Tak, tak, skończyłam. Założyłam pokrywę zabezpieczającą... -?Zobaczyła
Ezra. -?Cześć, Ezr! -?Choć raz dziewczyna nie rzuciła się na niego,
tylko kiwnęła głową i tak jakby się uśmiechnęła. Może zaczynała
dorastać. Choć jeśli tak, to trafił się jej trudny sposób. -
Rozciągnęłam to całą drogę aż za śluzy, żaden problem. Choć można by się
zastanawiać, czemu po prostu nie użyją szyfrowania.
Uśmiechała się, choć pod jej oczami zobaczył cienie. Takiej twarzy Ezr
spodziewałby się u kogoś starszego. Qiwi unosiła się w rozluźnionej
pozycji nieważkości, z jednym butem w kratkę zaczepionym o uchwyt na
ścianie. Jednak ręce trzymała blisko piersi, obejmując dłońmi łokcie.
Zniknął gdzieś ekspansywny, nieustannie chwytający i bijący potworek
sprzed zasadzki. Ojciec Qiwi był jednym z wciąż zakażonych, tak jak
Trixia. I podobnie jak ona mógł nigdy nie wrócić. A Kira Pen Lisolet
była starszą zbrojną.
Mała dziewczynka dalej mówiła o konfiguracji urządzeń wewnątrz kanału.
Miała dobre kwalifikacje. Inne dzieci mogły mieć zabawki, gry i kolegów
czy koleżanki, ale domem Qiwi był lecący między gwiazdami prawie pusty
statek strumieniowy. Te długie czasy w samotności sprawiły, że stała się
niemal specjalistką w kilku dziedzinach.
Miała kilka pomysłów dotyczących potencjalnej oszczędności czasu przy
przeciąganiu przewodów zleconym przez Rozwiniętych. Benny przytakiwał i robił notatki.
A potem Qiwi przerzuciła się na inny temat.
-?Słyszałam, że będziemy mieć w tymczasówce nowych ludzi.
-?Tak...
-?Kogo? Kogo?
-?Rozwiniętych. A potem może trochę naszych ludzi.
Jej uśmiech na chwilę zrobił się promienny, a potem z wyraźnym wysiłkiem
stłumiła entuzjazm.
-?Ja... byłam w Hammerfeście. Pan kolonii Nau chciał, żebym sprawdziła
sprzęt do hibernacji przed przeniesieniem go na "Odległy skarb".
Widziałam... widziałam mamę, Ezr. Widziałam jej twarz przez szybę.
Widziałam jej powolny oddech.
-?Nie martw się, młoda -?rzucił Benny. -?My... Wszystko będzie w porządku
z twoją mamą i tatą.
-?Wiem. To samo powiedział mi pan kolonii Nau.
W jej oczach zobaczył nadzieję. Czyli Nau składał jej luźne obietnice,
stając się źródłem nadziei biednej Qiwi. A niektóre z jego obietnic mogą
być nawet prawdziwe. Może w końcu wyleczą jej ojca ze swojej cholernej
bojowej choroby. Jednak zbrojni pokroju Kiry Pen Lisolet byliby
niezwykle niebezpieczni dla dowolnego tyrana. Poza urządzeniem
kontrzasadzki, Kira Lisolet może spać przez bardzo, bardzo długi czas...
Poza urządzeniem kontrzasadzki. Zerknął na Benny'ego. Spojrzenie
przyjaciela było kompletnie bez wyrazu, wróciwszy do wcześniejszego
nieprzeniknionego wyglądu. I nagle Ezr zrozumiał, że naprawdę istnieje
spisek. W ciągu najwyżej kilku megasekund niektórzy spośród Queng Ho
podejmą działania.
Mogę pomóc, wiem, że mogę. Oficjalna koordynacja wszystkich rozkazów
Rozwiniętych przechodziła przez Ezra Vinha. Gdyby był po ich stronie...
Jednak był też najściślej obserwowany ze wszystkich, nawet jeśli Tomas
Nau w ogóle go nie szanował. Na chwilę Ezra opanowała furia. Benny
wiedział, że nie jest zdrajcą... ale też nie mógł w żaden sposób pomóc,
nie zdradzając spiskowców.
* * *
Tymczasówka Queng Ho przetrwała zasadzkę bez jednego zadrapania. Nie
została nawet uszkodzona impulsami, więc zanim okaleczyli jej sieć
lokalną, Rozwinięci spędzili sporo czasu na grzebaniu w jej bazach
danych.
To, co zostało, sprawdzało się całkiem dobrze w rutynowych działaniach.
Co kilka dni populacja tymczasówki wzrastała o kilka kolejnych osób.
Większość była Rozwiniętymi, choć trafiali się też uwalniani z aresztu
hibernacyjnego Queng Ho niskiego szczebla. Zarówno Rozwinięci, jak i Queng Ho wyglądali jak uchodźcy z jakiejś katastrofy. Nie dało się ukryć
zniszczeń doznanych przez Rozwiniętych ani straconego przez nich
sprzętu. I może Trixia nie żyje. "Skupieni" byli przetrzymywani w nowym habitacie Rozwiniętych, Hammerfeście. Jednak nikt ich nie widział.
A równocześnie warunki w tymczasówce Queng Ho powoli się pogarszały.
Mieszkała tu mniej niż jedna trzecia docelowej populacji struktury, a jednak systemy zawodziły. Częściowo winna była okaleczona automatyka,
częściowo -?choć efekt był subtelny -?wynikało to z faktu, że ludzie nie
wykonywali swojej pracy właściwie.
Przy połączeniu uszkodzonej automatyki i niezdarności Rozwiniętych w obchodzeniu się z systemami podtrzymywania życia druga strona jeszcze
się nie zorientowała. Na szczęście dla spiskowców Qiwi większość czasu
spędzała poza tymczasówką. Ezr wiedział, że mogłaby w jednej chwili
wykryć oszustwo. Jego udział w spisku polegał na milczeniu i po prostu
niezauważaniu tego, co się działo. Przechodził od jednej drobnej awarii
do drugiej, robiąc to, co oczywiste... i zastanawiał się, co naprawdę
planowali jego przyjaciele.
Tymczasówka zaczęła autentycznie śmierdzieć. Ezr ze swoimi Rozwiniętymi
asystentami wybrał się do basenów bakteryki w samym rdzeniu tymczasówki,
do miejsca, gdzie praktykant Vinh spędzał tak wiele kilosekund...
wcześniej. Oddałby wszystko, by zostać tu praktykantem na zawsze, gdyby
tylko przywróciło to kapitana Parka i pozostałych.
Smród panujący w bakteryce był gorszy niż cokolwiek poznanego przez Ezra
poza nieudanymi ćwiczeniami szkolnymi. Ściany za reaktorami
biologicznymi pokrywała miękka czarna maź, pulsująca jak stare ciało w powiewie wentylatorów. Ciret i Marli zwymiotowali, z tego jedno wewnątrz
aparatu oddechowego.
-?Ropa! -?wydyszał Marli. -?Nie wytrzymam z tym. Poczekamy na ciebie na
zewnątrz.
Ruszyli do wyjścia wśród rozprysków materii, aż zamknęły się za nimi
drzwi. Ezr został sam z woniami. Stał przez chwilę, nagle uświadamiając
sobie, że jeśli kiedyś chciałby być całkiem sam, to było właściwe do
tego miejsce.
Gdy zaczął badać skażenie, z syfu wyłoniła się postać w umazanym szlamem
stroju wodoodpornym i z aparatem oddechowym. Uniosła rękę, sygnalizując
milczenie, a potem przesunęła jednostkę sygnałową wzdłuż ciała Vinha.
-?W porządku, jesteś czysty -?oznajmił stłumiony głos. -?Albo po prostu
ci ufają.
To był Jimmy Diem. Pomimo całego gnoju bakteryjnego Ezr prawie go
uścisnął. Wbrew wszelkim szansom spiskowcy znaleźli sposób na
skontaktowanie się z nim. Ale w głosie Diema nie usłyszał ulgi. Nie
widział jego oczu za goglami, jednak postawa jednoznacznie świadczyła o napięciu.
-?Czemu im nadskakujesz, Vinh?
-?Wcale nie! Czekam tylko na właściwy moment.
-?Tak... tak uważają niektórzy z nas. Ale Nau dał ci mnóstwo przywilejów i to u ciebie musimy zatwierdzać każdą pierdołę. Naprawdę uważasz, że
rządzisz tym, co z nas zostało?
Nau przez cały czas robił wszystko, by stwarzać takie wrażenie.
-?Nie! Może sądzą, że mnie kupili, ale... na Boga Handlu, czy nie byłem
rzetelnym członkiem załogi?
Rozległ się stłumiony śmiech i barki Diema chyba się trochę rozluźniły.
-?Tak, byłeś marzycielem, który nigdy tak do końca nie potrafił się
skupić na zadaniu -?słowa znajomej krytyki, choć wymawiane prawie z sympatią -?ale nie jesteś głupi i nigdy nie próbowałeś wykorzystywać
powiązań rodzinnych... Dobra, praktykancie, witamy na pokładzie.
To był najradośniejszy awans kiedykolwiek otrzymany przez Ezra Vinha.
Zdławił setki wzbierających w nim pytań, bo i tak nie powinien znać
odpowiedzi na większość z nich. Ale mimo wszystko to jedno, o Trixię...
Diem już mówił.
-?Mam dla ciebie do zapamiętania trochę kodów, ale może jeszcze się
spotkamy twarzą w twarz. Smród zelżeje, lecz nadal pozostanie problemem,
więc będziesz miał mnóstwo wymówek, żeby tu przychodzić. Na razie kilka
ogólnych kwestii: musimy wydostać się na zewnątrz.
Vinh pomyślał o "Odległym skarbie" i śpiących w hibernacji na jego
pokładzie zbrojmistrzach. A może na pokładach ocalałych statków Queng Ho
były jakieś tajne skrytki z bronią.
-?Hm. Jest kilka projektów napraw na zewnątrz, w których jesteśmy
ekspertami.
-?Wiem. Najważniejsze jest wprowadzenie do ekip właściwych ludzi, w odpowiednich przydziałach. Przekażemy trochę nazwisk.
-?Jasne.
-?Jeszcze jedno: musimy się dowiedzieć czegoś o "Skupionych". Gdzie
dokładnie są przetrzymywani? Czy można ich szybko przemieścić?
-?Próbuję się dowiedzieć więcej na ich temat -?bardziej, niż możesz
wiedzieć, brygadzisto. -?Reynolt mówi, że żyją, że w ich przypadku
zatrzymano postępy choroby. -?Zgnilizny mózgu. Ten mrożący krew w żyłach termin nie pochodził od Reynolt, a został nieostrożnie
wypowiedziany przez jednego ze zwykłych Rozwiniętych. -?Staram się
zdobyć zgodę na zobaczenie...
-?Właśnie, Trixii Bonsol, prawda? -?Lepka od szlamu dłoń współczująco
poklepała Vinha po ramieniu. -?Hmm. Masz dobry motyw, żeby drążyć tę
sprawę. Bądź dla nich grzeczny w każdej innej sprawie, ale w tej
napieraj mocno. Wiesz, jak wielka byłaby to łaska, która utrzyma cię po
ich stronie, jeśli tylko ci jej udzielą... Dobra. Zabieraj się stąd.
Diem rozpłynął się w chmurach obrzydliwego szlamu. Vinh rozmazał na
rękawie ślady pozostawione przez dłoń rozmówcy. Kiedy odwracał się do
włazu, prawie przestawał już zauważać smród. Znowu pracował z przyjaciółmi. I mieli szansę.
* * *
Pozostałości wyprawy Queng Ho miały swojego "kierownika floty" na niby,
którym był Ezr Vinh, więc Tomas Nau wyznaczył też "Komitet zarządzania
flotą", mający doradzać i pomagać w kierowaniu nią. Wciąganie niewinnych
ludzi do ewidentnej zdrady było typowym elementem strategii Nau.
Odbywane raz na megasekundę spotkania byłyby dla Vinha torturą, gdyby
nie jedno: jednym z członków komitetu był Jimmy Diem.
Ezr przyglądał się członkom komitetu wlatującym do sali konferencyjnej.
Nau urządził pomieszczenie polerowanym drewnem i wysokiej jakości
oknami. Wszyscy w tymczasówce wiedzieli o tym, jak hojnie traktuje
kierownika floty i jego komitet. Poza Qiwi cała dziesiątka zdawała sobie
sprawę z tego, jak jest wykorzystywana. Większość rozumiała, że miną
lata, nim Tomas Nau w ogóle zwolni pozostałych Queng Ho z hibernacyjnego
aresztu. Niektórzy, jak Jimmy, domyślali się, że starsi oficerowie mogą
być od czasu do czasu potajemnie rozmrażani do przesłuchań i krótkiej
służby. Było to niekończące się zło, które zapewni Rozwiniętym trwałą
przewagę.
Tak więc tutaj nie było zdrajców. Mimo wszystko stanowili zniechęcający
widok: pięcioro praktykantów, trzech młodszych oficerów, czternastolatka
i jedno niechlujne uosobienie niekompetencji. No dobrze, właściwie to
Pham Trinli nie był niechlujny fizycznie -?jak na staruszka był w niezłej formie. Najprawdopodobniej zawsze był głupkowaty. Dowodem na
jego osiągnięcia był fakt, że nie zatrzymano go w hibernacji. Trinli był
jedynym wojskowym Queng Ho pozostawionym na wolności.
A to raczej czyni z niego króla błaznów. Kierownik floty Vinh
rozpoczął spotkanie. Można by się spodziewać, że świadomość sztucznego
charakteru tego organu sprawi, że zebrania będą krótkie, ale nie, często
przeciągały się na wiele kilosekund, dochodząc do dłubania w szczegółach
zadań dla jej poszczególnych członków. Mam nadzieję, że lubisz tego
podsłuchiwać, cholerny Nau.
Pierwszym punktem porządku obrad był rozkład w bakteryce, który został
opanowany. Wszechobecny smród powinien zostać usunięty do czasu
następnego zebrania. W samej bakteryce pozostało trochę
niekontrolowanych linii genetycznych (dobrze!), ale nie stwarzały
zagrożenia dla tymczasówki. Słuchając raportu, Vinh unikał patrzenia na
Jimmy'ego Diema. Spotkał się z nim w bakteryce już trzy razy. Rozmowy
były krótkie i jednostronne. Vinh najbardziej ciekaw był rzeczy, które
koniecznie musiał wiedzieć: ilu Queng Ho bierze udział w operacji Diema?
Kto? Czy mieli jakiś konkretny plan na rozbicie Rozwiniętych i uratowanie zakładników?
Drugi temat wzbudzał większe emocje. Rozwinięci chcieli wprowadzić w organizacji pracy floty własne jednostki czasu.
-?Nie rozumiem -?powiedział Vinh, widząc niezadowolone spojrzenia. -
Sekunda Rozwiniętych trwa dokładnie tyle samo co nasza... a na potrzeby
działań lokalnych reszta to tylko kalendarzowe ozdóbki. Nasze
oprogramowanie cały czas radzi sobie z kalendarzami klientów. -
Oczywiście, ale nie stwarzało to poważnych problemów w codziennych
rozmowach. Balacreański dzień nie różnił się wiele od trwającego sto
kilosekund "dnia" zmiany stosowanego przez Queng Ho. A ich rok był
dostatecznie bliski trzydziestu megasekundom, które były podstawą
większości słów znaczących rok.
-?Jasne, możemy sobie poradzić z dziwnymi kalendarzami, ale to tylko
aplikacje interfejsu. -?Arlo Dinh był praktykantem programistą, teraz
odpowiadał za modyfikacje oprogramowania. -?Nasi nowi, uch, pracodawcy
używają wewnętrznych narzędzi Queng Ho. "Pojawią się skutki uboczne". -
Arlo wypowiedział to ponurym tonem mantry.
-?Dobrze, dobrze. Poruszę... -?Ezr urwał, doznając niespodziewanego
administracyjnego natchnienia. -?Arlo, czemu ty nie poruszysz tego z Reynolt? Wyjaśnij jej problemy.
Ezr spojrzał na porządek obrad, unikając zirytowanego wzroku Arlo.
-?Następna sprawa. Dostajemy coraz więcej nowych mieszkańców. Pan
kolonii mówi, żeby spodziewać się przynajmniej kolejnych trzystu
Rozwiniętych, a potem kolejnych pięćdziesięciu Queng Ho. Wygląda na to,
że układy podtrzymywania życia sobie z tym poradzą. Ale co z innymi?
Gonle?
Kiedy mieli pełne szeregi, Gonle Fong była młodszą kwatermistrzynią na
"Niewidzialnej ręce". Umysł Fong wciąż nie nadążał za zmianami. Była w nieokreślonym wieku i gdyby nie zasadzka, mogłaby całe życie przeżyć na
dotychczasowym stanowisku. Może była jedną z tych osób, których ścieżki
kariery zatrzymywały się w odpowiednim miejscu, gdzie ich zdolności
doskonale pasowały do stawianych przed nimi zadań. Jednak teraz...
Fong kiwnęła głową.
-?Tak, mam trochę liczb do pokazania. -?Zaczęła stukać w klawiaturę
Rozwiniętych przed sobą, popełniła parę błędów, spróbowała je
skorygować. Na ekranach sali jej niepowodzenia zgłaszane były przez
kolejne komunikaty o błędach. -?Jak się je wyłącza? -?rzuciła Fong,
klnąc pod nosem. Zrobiła kolejną literówkę i jej złość stała się bardzo
ewidentna. -?Cholerny świat, nie potrafię znieść tych pieprzonych
urządzeń! -?Chwyciła klawiaturę i trzasnęła nią o stół z wypolerowanego
drewna. Fornir pękł, ale klawiaturze nic się nie stało. Trzasnęła nią
jeszcze raz, a komunikaty o błędach zamigotały w jaskrawym proteście i zniknęły. Fong częściowo uniosła się z fotela i machnęła dziwnie wygiętą
klawiaturą w stronę Ezra. -?Te Rozwinięte skurwysyny zabrały nam
wszystkie działające urządzenia wejścia/wyjścia. Nie mogę używać głosu
ani wyświetlaczy przeziernych. Mamy tylko okna i te pieprzone gówna! -
Rzuciła klawiaturę na stół. Ta odbiła się i poleciała w stronę sufitu.
Rozległ się chór potwierdzeń, choć może nie aż tak empatycznych.
-?Przez tę klawiaturę niczego nie da się zrobić. Potrzebujemy
wyświetlaczy... Jesteśmy okaleczeni, choć zasadnicze systemy są sprawne.
Ezr uniósł ręce i poczekał na przygaśnięcie buntu.
-?Wszyscy znacie powody tego stanu rzeczy. Rozwinięci po prostu nie
ufają naszym systemom i uważają, że muszą kontrolować peryferia.
-?Jasne! Chcą szpiegować wszystkie nasze interakcje. Ja też nie
zaufałabym przechwyconej automatyce, ale tak się nie da! Będę używać ich
systemów wejścia/wyjścia, ale niech nam dadzą wyświetlacze przezierne,
wskaźniki oczne i...
-?Powiem wprost, są ludzie, którzy po prostu będą używać swojego starego
sprzętu -?rzuciła Gonle Fong.
-?Dość! -?To była część bycia posłusznym, która najbardziej bolała. Ezr
zrobił, co mógł, by gniewnie popatrzeć na Fong. -?Rozumiem, co pani
mówi, panno Fong. Tak, to poważna niewygoda, ale pan kolonii Nau uważa
nieposłuszeństwo w tej kwestii za zdradę. To coś, co Rozwinięci uważają
za bezpośrednie zagrożenie. -?Więc zachowaj swój stary sprzęt
wejścia/wyjścia, jeśli chcesz, ale zrozum wiążące się z tym ryzyko.
Tego nie powiedział na głos.
Fong zgarbiła się nad stołem, popatrzyła na niego i ponuro kiwnęła
głową.
-?Słuchajcie -?mówił dalej Ezr. -?Poprosiłem Nau i Reynolt o inne
urządzenia. Może trochę dostaniemy, ale pamiętajcie, że utknęliśmy lata
świetlne od najbliższej cywilizacji przemysłowej. Wszystkie nowe gadżety
muszą zostać wyprodukowane z tego, co Rozwinięci mają tutaj, w L1. -?Ezr
bardzo poważnie wątpił, by wiele z tego wynikło. -?Śmiertelnie ważne
jest, żebyście bardzo wyraźnie przekazali swoim ludziom informację o zakazie dotyczącym urządzeń wejścia/wyjścia. Dla ich własnego
bezpieczeństwa.
Spojrzał kolejno po wszystkich twarzach. Niemal wszyscy patrzyli na
niego hardo, ale Vinh dostrzegł ukrywane poczucie ulgi. Po powrocie do
przyjaciół członkowie komitetu będą mogli wskazywać Ezra Vinha jako
pozbawionego kręgosłupa drania, który wymusza wprowadzanie żądań
Rozwiniętych... a ich niepopularne pozycje zrobią się trochę łatwiejsze.
Ezr jeszcze chwilę siedział w milczeniu, czując bezradność. Proszę,
niech to będzie tym, czego chce ode mnie brygadzista Diem. Jednak
spojrzenie Jimmy'ego było równie puste i twarde jak pozostałych. Poza
bakteryką dobrze odgrywał swoją rolę. W końcu Ezr nachylił się nad
stołem i cicho zwrócił się do Fong.
-?Miałaś mi powiedzieć o nowo przybyłych. Jakie mamy problemy?
Fong burknęła, przypominając sobie, o czym rozmawiali, zanim wybuchła.
-?Ach, dajmy sobie spokój z liczbami -?powiedziała niespodziewanie. -
Krótka odpowiedź jest taka, że poradzimy sobie z większą liczbą ludzi.
Cholera, gdybyśmy mogli właściwie kontrolować automatykę, moglibyśmy
zmieścić w tym balonie trzy tysiące. A co do samych ludzi? -?Wzruszyła
ramionami, ale już bez złości. -?To typowi durnie, jakich widziałam już
w mnóstwie tyranii. Nazywają się "kierownikami", ale to wyrobnicy. W rzeczywistości pod warstwą przechwałek dość nerwowo obawiają się nas. -
Na jej twarzy pojawił się przebiegły uśmieszek. -?Mamy ludzi, którzy
umieją sobie radzić z takimi klientami. Niektórzy z nas się
zaprzyjaźniają. Jest mnóstwo rzeczy, o których oni nie powinni mówić, na
przykład, jak poważna jest ta cała "zgnilizna mózgu". Ale mogę wam
powiedzieć, że jeśli ich szefowie wkrótce nie zdecydują się mówić, sami
się tego dowiemy.
Ezr nie odpowiedział uśmiechem. Słuchasz tego, Nau? Niezależnie od
twoich życzeń, wkrótce poznamy prawdę. A Jimmy Diem będzie mógł
wykorzystać wszystko, co odkryją. Kiedy szedł na to zebranie, Ezra
pochłaniała jedna kwestia, będąca ostatnią pozycją porządku obrad. Teraz
zaczynał rozumieć, jak wszystko do siebie pasowało. I w sumie może wcale
nie szło mu tak źle jako kierownikowi.
Ostatnią pozycją na dzisiaj był nadchodzący rozbłysk słońca. Jimmy
znalazł też durnia -?zdecydowanie nieświadomego durnia -?który zreferuje
dla nich tę sprawę: Phama Trinliego. Zbrojmistrz bardzo starał się
zwrócić na siebie uwagę, przesuwając się do brzegu stołu.
-?Tak, tak -?powiedział. -?Mam tu zdjęcia. Jedną chwilę.
W oknach wokół pomieszczenia pojawiły się dziesiątki wykresów
technicznych. Trinli podleciał do podium i wygłosił wykład na temat
punktów stabilności Lagrange'a. Zabawne, robił to głosem i stylem
sugerującym dowodzenie, choć wygłaszane przez niego informacje były
banalnymi oczywistościami.
Vinh pozwolił mu się produkować przez sto sekund.
-?Wydaje mi się, że temat pańskiej prezentacji brzmi "Przygotowanie do
zapłonu", panie Trinli. Czego chcą od nas Rozwinięci?
Staruszek posłał Ezrowi spojrzenie równie groźne jak dowolnego
brygadzisty.
-?Zbrojmistrzu Trinli, jeśli będzie pan tak uprzejmy, kierowniku floty.
-?Utrzymał spojrzenie jeszcze przez chwilę. -?Dobrze, przejdźmy do
sedna. Mamy tu około pięciu miliardów ton diamentu. -?W oknie za nim
pojawił się czerwony wskaźnik, wyróżniając powoli obracającą się stertę
skał stanowiących cały luźny materiał znaleziony przez kapitana Parka w tym układzie słonecznym. Lód i rudy wyniesione z Arachny tworzyły
mniejsze góry zebrane w kątach i zagłębieniach bloków asteroid. -?Te
skały stanowią klasyczną stertę kontaktową. Obecnie nasze floty są do
niej zakotwiczone lub znajdują się na orbitach wokół niej. Jak
próbowałem przed chwilą wyjaśnić, Rozwinięci chcą, żebyśmy rozmieścili
na zasadniczych blokach sterty system silników elektrycznych i nimi
zarządzali.
-?Przed ponownym zapłonem? -?zapytał Diem.
-?Tak.
-?Chcą utrzymać stabilność kontaktu podczas zapłonu?
-?Dokładnie tak.
Wokół stołu wymieniono spojrzenia. Utrzymywanie pozycji było bardzo
powszechną i bardzo starą praktyką. Przy właściwym wykonaniu orbita
wokół L1 kosztowała bardzo niewiele paliwa. Będą się znajdować niecałe
półtora miliona kilometrów od Arachny i niemal bezpośrednio między
planetą a jej słońcem. W ciągu nadchodzących jasnych lat staną się
praktycznie ukryci w blasku gwiazdy. Jednak Rozwinięci mieli bardzo
ambitne plany: zbudowali już na stercie skał różnorodne struktury,
włącznie z Hammerfestem. Teraz więc chcieli umieścić na miejscu
silniczki utrzymujące pozycję przed zapłonem gwiazdy. Zanim się uspokoi,
Bistabilna będzie świecić pięćdziesiąt do stu razy jaśniej niż
przeciętne słońce. Durnie chcieli użyć silniczków korekcyjnych do
powstrzymania olbrzymich skał przed przemieszczaniem się w tym czasie.
To była niebezpieczna głupota, ale to Rozwinięci decydowali. A to
zapewni Jimmy'emu możliwość wychodzenia na zewnątrz.
-?Właściwie nie sądzę, żeby to miał być poważny problem. -?Qiwi uniosła
się ze swojego miejsca. Podleciała do map Phama Trinliego, uprzedzając
to, co mógłby chcieć powiedzieć. -?Podczas lotu tutaj przerobiłam trochę
tego typu ćwiczeń. Mama chce, żebym została inżynierką, i uznała, że
utrzymanie pozycji może być ważnym elementem tej wyprawy. -?Qiwi
brzmiała doroślej i poważniej niż zwykle. Był to też pierwszy raz, gdy
ubrała się w zieleń Lisoletów. Przez chwilę unosiła się przed oknem,
odczytując szczegółowe informacje. Jej dorosła godność na chwilę się
zachwiała. -?Boże, nie proszą o mało! Ta sterta jest bardzo luźna. Nawet
jeśli dobrze opracujemy równania, nie ma mowy, żebyśmy poznali wszystkie
naprężenia w tej stercie. A jeśli materiały lotne zostaną oświetlone,
dojdzie do tego zupełnie nowy problem. -?Zagwizdała, a jej uśmiech
sugerował niemal dziecięcy zachwyt. -?Możliwe, że będziemy musieli
przemieścić silniczki podczas zapłonu. Ja...
Pham Trinli popatrzył gniewnie na dziewczynę. Niewątpliwie właśnie
streściła tysiąc sekund jego prezentacji.
-?Tak, będzie to wyjątkowe zadanie. Do dyspozycji mamy tylko setkę
silników elektrycznych. Przez cały czas będziemy musieli utrzymywać
ekipy na stercie.
-?Nie, to nieprawda. To znaczy z silnikami. Mamy dużo więcej silników
korekcyjnych na "Przerwie Brisgo". To zadanie jest ponad sto razy
większe niż te, które ćwiczyłam... -?Qiwi dała się ponieść własnemu
entuzjazmowi i choć raz to nie Ezr Vinh był osobą, z którą się spierała.
Nie wszyscy spokojnie zaakceptowali tę sytuację. Młodsi oficerowie,
włącznie z Diemem, domagali się rozproszenia sterty na czas zapłonu
gwiazdy i przeniesienia materiałów lotnych na ocienioną stronę
największego diamentu. Do diabła z Nau, to było zbyt ryzykowne. Trinli
zjeżył się i odkrzyknął, że wszystko to już próbował tłumaczyć
Rozwiniętym.
Ezr uderzył w stół, a potem zrobił to jeszcze raz, głośniej.
-?Proszę o spokój. To zadanie, które nam przydzielono. Najlepszym
sposobem, w jaki możemy pomóc naszym ludziom, jest bycie
odpowiedzialnymi w tym, co mamy. Sądzę, że w tej sprawie możemy uzyskać
dodatkową pomoc od Rozwiniętych, ale musimy to odpowiednio przedstawić.
Spory wokół niego nie ustały. Ciekawe, ilu z nich bierze udział w spisku, zastanawiał się. Chyba nie Qiwi? Po kolejnych sekundach kłótni
wrócili do punktu wyjścia: żadnego wyboru poza ustąpieniem. Jimmy Diem
cofnął się nieco i westchnął.
-?No dobrze, zrobimy, co nam kazano. Ale przynajmniej wiemy, że nas
potrzebują. Przyduśmy Nau i zmuśmy go do zwolnienia paru starszych
specjalistów.
Rozległy się pomruki poparcia. Vinh spojrzał w oczy Jimmy'ego, a potem
odwrócił wzrok. Może uda im się zwolnić do tego część zakładników, choć
bardziej prawdopodobne było, że nic z tego nie wyjdzie. Jednak Ezr
zrozumiał nagle, kiedy spiskowcy uderzą.
jedenaście
Gwiazda Bistabilna była bardzo przewidywalna. Jej katastrofalną
zmienność po raz pierwszy zauważyli astronomowie u zarania dziejów na
Starej Ziemi. W ciągu niecałych ośmiuset sekund gwiazda opisana w katalogach jako "pojedynczy brązowy karzeł [osobliwy]" przeszła z magnitudo 26 na magnitudo 4. W ciągu kolejnych trzydziestu pięciu lat
obiekt zanikł do praktycznej niewidzialności... generując przy tym
dziesiątki prac doktorskich. Od tamtej pory gwiazdę uważnie obserwowano,
a tajemnica tylko się pogłębiała. Jej początkowy rozbłysk był zmienny w zakresie aż trzydziestu procent, jednak ogólnie krzywa świecenia była
niezwykle powtarzalna. Zapalała się, gasła, zapalała, gasła... w cyklu
trwającym około dwustu pięćdziesięciu lat, z początkiem przewidywalnym z dokładnością co do sekundy.
W ciągu tysiącleci od zarania cywilizacje ludzkie nieustannie
rozprzestrzeniały się coraz dalej od układu słonecznego Ziemi.
Obserwacje Bistabilnej stawały się coraz dokładniejsze i prowadzono je z coraz mniejszych odległości.
Aż w końcu ludzie dotarli do układu Bistabilnej i przyglądali się
sekundom upływającym do ponownego zapłonu.
Tomas Nau wygłosił krótką przemowę, zakończoną słowami:
-?To będzie interesujące przedstawienie.
Do obserwacji zapłonu gwiazdy zebrali się w największej sali zebrań
tymczasówki. W tej chwili było tu tłoczno, z ludźmi opadającymi bardzo
powoli w mikrociążeniu na powierzchni sterty. W Hammerfeście specjaliści
Rozwiniętych nadzorowali operację, rozmieszczono też minimalne załogi na
pokładach statków kosmicznych, jednak Ezr wiedział, że była tu większość
Queng Ho i wszyscy niebędący na służbie Rozwinięci. Obie strony były
prawie przyjazne, prawie ze sobą rozmawiały. Od zasadzki minęło
czterdzieści dni. Według plotek środki bezpieczeństwa Rozwiniętych miały
po zapłonie gwiazdy ulec znaczącemu złagodzeniu.
Ezr zaczepił się w miejscu blisko sufitu. Bez wyświetlaczy przeziernych
jedyny widok zapewniała tapeta sali. Wisząc tam, widział trzy
najciekawsze okna -?przynajmniej gdy inni ludzie nie wlatywali mu w pole
widzenia. Jedno prezentowało widok pełnego dysku Bistabilnej, drugie
przedstawiało obraz z jednego z mikrosatelitów na niskiej orbicie wokół
gwiazdy. Nawet z odległości pięciuset kilometrów jej powierzchnia nie
wyglądała groźnie. Widok mógłby być przesyłany z samolotu lecącego nad
jarzącą się warstwą chmur. Gdyby nie ciążenie na powierzchni, ludzie
prawie mogliby tam wylądować. "Chmury" przesuwały się powoli pod okiem
mikrosatelity, chwilami odsłaniając w przerwach jarzącą się czerwień.
Ciemną czerwień brązowego karła, czerwień ciała doskonale czarnego. Nie
było widać żadnych oznak katastrofy, która miała nastąpić w ciągu...
sześciuset sekund.
Nau i jego starsi technicy lotu zbliżyli się do Ezra. Nigdzie nie
zauważył Brughela. Zawsze łatwo było stwierdzić, kiedy Nau chciał być
przyjazny -?wystarczyło sprawdzić, czy w pobliżu jest Ritser Brughel.
Pan kolonii zajął miejsce obok Vinha. Uśmiechał się niczym jakiś polityk
klientów.
-?No cóż, kierowniku floty, wciąż niepokoisz się tą operacją?
Vinh przytaknął.
-?Zna pan rekomendacje mojego komitetu. Na ten zapłon powinniśmy
przenieść materiały lotne za jedną skałę i zabrać ją trochę dalej.
Powinniśmy się na to przenieść do zewnętrznego układu. -?Statki obu flot
i habitaty zostały zakotwiczone z jednej strony największej diamentowej
skały. Będą tam osłonięte przed światłem, ale jeśli materiały zaczną się
przemieszczać...
Technik Nau pokręcił głową.
-?Mamy tu za dużo rzeczy na miejscu. Zresztą brak nam paliwa i musielibyśmy zużyć mnóstwo materiałów do latania po układzie. -?Technik,
Jau Xin, wyglądał niemal równie młodo jak Ezr. Xin był dostatecznie
przyjazny, choć nie widać było po nim oznak kompetencji, do których Ezr
przyzwyczaił się u starszych Queng Ho. -?Jestem pod dużym wrażeniem
waszych inżynierów. -?Xin kiwnął głową w stronę okien. -?Są dużo lepsi,
niż my bylibyśmy w radzeniu sobie z tą stertą. Trudno zrozumieć, jak
mogą być tak bystrzy bez sp... -?Umilkł. Wciąż istniały tajemnice, choć
może się to zmienić szybciej, niż Rozwinięci się spodziewali.
-?Wasi ludzie są dobrzy, Ezr. -?Nau gładko wypełnił ciszę w wypowiedzi
Xina. -?Naprawdę uważam, że tak bardzo narzekali na ten plan, bo dążą do
perfekcji. -?Popatrzył w okno wyświetlające Bistabilną. -?Pomyślcie o całej historii, która się tu zbiega.
Wszędzie wokół i poniżej zebrani ludzie skupiali się w grupki
Rozwiniętych i Queng Ho, ale rozmowy prowadzono we wszystkie strony.
Okno na dalszej ścianie wychodziło na odsłoniętą powierzchnię sterty.
Ludzie Jimmy'ego Diema rozciągali srebrzystą osłonę nad wierzchem
lodowych gór. Nau zmarszczył brwi.
-?To do osłony lodu z wody i śniegu powietrza, sir -?wyjaśnił Vinh. -
Wierzch jest nieosłonięty przed bezpośrednim światłem Bistabilnej.
Materiał powinien ograniczyć parowanie.
-?Ach. -?Nau przytaknął.
* * *
Na powierzchni znajdowało się kilkanaście osób, niektóre zabezpieczone
linkami, inne manewrowały swobodnie. Ciążenie sterty było prawie zerowe.
Szybowali nad szczytami lodowych gór z łatwością całego życia spędzonego
na pracy w próżni... i korzystając z tysiącleci doświadczenia Queng Ho.
Przyglądał się postaciom i próbował zgadywać, kto jest kto. Jednak
oprócz skafandrów mieli na sobie kurtki termiczne, więc Vinh widział
jedynie identyczne sylwetki tańczące nad ciemnym krajobrazem. Nie znał
szczegółów planu spiskowców, ale Jimmy zlecał mu pewne zadania i Ezr
domyślał się niektórych rzeczy. Tego typu sposobność mogła się już nie
przydarzyć: mieli dostęp do silników elektrycznych na pokładzie "Przerwy
Brisgo" i niemal nieograniczone możliwości wychodzenia na zewnątrz,
czasami bez Rozwiniętych obserwatorów. W ciągu pierwszych sekund po
rozjarzeniu pewien poziom chaosu był nieunikniony... a skoro operacją
utrzymania pozycji kierowali Queng Ho, mogli dostroić ten chaos na
potrzeby spisku. Ale wszystko, co ja mogę robić, to stać tutaj z Tomasem Nau... i być dobrym aktorem.
Ezr uśmiechnął się do pana kolonii.
* * *
-?Szlag! -?Qiwi Lisolet wypadła z furią ze śluzy. -?Cholera, szlag,
kurwa i... -?klęła, pośpiesznie zdejmując z siebie kurtkę termiczną i spodnie.
Gdzieś w głębi umysłu zapisała sobie, żeby spędzać więcej czasu z Gonle
Fong. Z pewnością musiały istnieć również ostrzejsze przekleństwa do
użycia, gdy sytuacja robiła się aż tak spieprzona. Rzuciła odzież
termiczną do szafki i zanurkowała w głąb osiowego tunelu bez zdejmowania
skafandra i kaptura.
Boże Handlu, jak mogli jej coś takiego zrobić? Została wyrzucona do
środka, żeby stała z palcem w tyłku, podczas gdy praca, którą to ona
powinna wykonywać, została przejęta przez Jimmy'ego Diema!
* * *
Pham Trinli unosił się trzydzieści metrów nad tkaniną izolacyjną
rozciąganą nad górą lodową. Trinli był oficjalnym kierownikiem operacji
związanych z utrzymaniem pozycji, choć bardzo pilnował, by wszystkie
jego rozkazy były napuszonymi ogólnikami. Tak naprawdę robotami kierował
Jimmy Diem. A do tego to właśnie mała Qiwi Lisolet miała najlepsze
pomysły dotyczące tego, gdzie umieszczać silniki elektryczne i jak
konfigurować programy utrzymywania pozycji. Gdyby słuchali wszystkich
jej sugestii, zapłon gwiazdy mógłby przejść bez żadnych problemów.
Ale to wcale nie byłoby dobre.
Pham Trinli należał do "wielkiego spisku". Był jego bardzo pomniejszym
elementem i nie ufano mu na tyle, by powierzać jakikolwiek kluczowy
element planu. Jednak wcale mu to nie przeszkadzało. Obrócił się tak, by
ustawić się plecami do księżycowego blasku Bistabilnej, a sterta unosiła
się niemal nad jego głową. W głębokich cieniach sterty kryła się kolejna
plątanina: zacumowane statki, tymczasówki i rafinerie materiałów
lotnych, schowane przed światłem, które wkrótce zaleje niebo. Jeden z habitatów, Hammerfest, miał zakorzenioną budowę i wyglądałby nawet
wdzięcznie, gdyby nie cały zgromadzony wokół niego sprzęt. Tymczasówka
Kupców wyglądała po prostu jak duży balon przyczepiony do powierzchni. W jego środku znajdowali się wszyscy przytomni Queng Ho i spora część
populacji Rozwiniętych.
Za habitatami, częściowo ukryte za skrajem diamentu jeden, unosiły się
zacumowane statki międzygwiezdne. Stanowiły ponury widok. Jednostek
międzygwiezdnych nie powinno się wiązać razem w taki sposób, a do tego
nigdy tak blisko sterty luźnych skał. Wypłynęło wspomnienie: sterty
martwych wielorybów gnijących w seksualnych objęciach. Tak się nie
prowadziło stoczni. Z drugiej strony to było bardziej złomowisko niż
cokolwiek innego. Rozwinięci drogo zapłacili za swoją zasadzkę. Po
zniszczeniu statku flagowego Sammy'ego Pham dryfował przez większość
dnia w uszkodzonym wahadłowcu... ale podłączony do całej pozostałej
automatyki bojowej. Pan kolonii Nau prawdopodobnie nigdy nie odkrył, kto
koordynował bitwę. Gdyby to zrobił, Pham wylądowałby martwy lub
zamrożony we śnie z pozostałymi ocalałymi zbrojmistrzami na "Odległym
skarbie".
Nawet zaatakowani znienacka, Queng Ho byli o włos od zwycięstwa. I wygralibyśmy, gdyby nie rozłożyła nas wszystkich ta cholerna zgnilizna
mózgu Rozwiniętych. To wystarczyło, by nauczyć ciała ostrożności.
Kosztowne zwycięstwo zmieniło się w coś bardzo bliskiego samobójstwu:
zostały im być może dwa statki wciąż zdolne do lotu z silnikami
strumieniowymi, a parę dodatkowych prawdopodobnie da się naprawić przez
rozebranie na części uszkodzonych. Sądząc po wyglądzie rafinerii
materiałów lotnych, minie mnóstwo czasu, zanim zbiorą dość wodoru na
rozpędzenie choć jednego pojazdu do prędkości strumieniowania.
Do zapłonu gwiazdy zostało niecałe pięćset sekund. Pham przedryfował
powoli do góry w stronę skał, aż składowisko zostało ukryte przez
materiał izolacyjny. Na powierzchni sterty jego ludzie -?Diem, Do i Patil, teraz już bez odesłanej do środka Qiwi -?rzekomo przeprowadzali
ostatnie kontrole rozmieszczonych silników. Na kanale ekipy rozbrzmiewał
spokojny głos Jimmy'ego Diema, choć Pham wiedział, że to nagranie. Diem
i pozostali zeszli pod osłonę i zniknęli z drugiej strony sterty.
Wszyscy trzej byli teraz uzbrojeni: zdumiewające, co można było zrobić z silnikiem elektrycznym, zwłaszcza zaprojektowanym przez Queng Ho.
I tak Pham Trinli został sam ze sobą. Jimmy niewątpliwie cieszył się,
mając go z głowy. Ufano mu, ale wyłącznie z prostymi elementami planu,
takimi jak utrzymanie pozorów dalej działającej ekipy roboczej. Trinli
wyłaniał się w polu widzenia Hammerfestu i tymczasówki, a potem znikał,
reagując na wskazówki zawarte w ścieżce dźwiękowej Jimmy'ego Diema.
Trzysta sekund do zapłonu. Trinli przedryfował pod osłonę. Z tego
miejsca widział ostre krawędzie lodu i starannie rozprowadzony śnieg
powietrza. Osłonięta sterta kurczyła się za osłoną, dochodząc w końcu do
nagiej powierzchni diamentowej góry.
Diament. Tam, gdzie Pham Trinli dorastał, diamenty były ostateczną formą
bogactwa. Jeden gram diamentu jakości odpowiedniej na klejnoty mógł
opłacić zabójstwo księcia. Dla przeciętnego Queng Ho diamenty były po
prostu kolejnym allotropem węgla, produkowanym tanio na tony. Jednak
nawet Queng Ho czuli pewien respekt w stosunku do tych głazów. Tego typu
asteroidy nie istniały nigdzie poza teorią. Choć skały nie były
pojedynczymi klejnotami, miały w sobie potężny, krystaliczny porządek.
Rdzenie gazowych gigantów, planet rozwalonych w jakichś bardzo dawnych
wybuchach? Stanowiły po prostu jeszcze jedną zagadkę układu Bistabilnej.
* * *
Od czasu rozpoczęcia prac nad stertą Trinli studiował teren, choć nie z tych samych powodów, dla których robiła to Qiwi Lisolet ani nawet Jimmy
Diem. W miejscu, gdzie lód i śnieg powietrza wypełniały przestrzeń
między diamentami jeden i dwa, znajdowała się szczelina. Była ona
istotna dla Qiwi i Jimmy'ego, ale tylko w kontekście utrzymywania
porządku w stercie. Dla Phama Trinliego... przy odrobinie kopania ta
szczelina stanowiła drogę z ich głównego miejsca pracy do Hammerfestu,
drogę, która nie była widoczna ze statków ani habitatów. Nie wspomniał o niej Diemowi, plan spiskowców przewidywał zdobycie Hammerfestu po
przejęciu "Odległego skarbu".
Trinli poruszał się ostrożnie wzdłuż szczeliny w kształcie litery V, z każdą chwilą coraz bliżej habitatu Rozwiniętych. Diem i pozostali
zdziwiliby się, słysząc to, ale Pham Trinli nie urodził się w przestrzeni, a czasami, gdy wspinał się tak jak teraz, dopadały go
zawroty głowy typowe dla durnych planeciarzy. Gdyby pozwolił sobie
popuścić wodze fantazji... nie przemieszczał się dłoń za dłonią wzdłuż
wąskiego rowu, a zamiast tego wspinał wąskim skalistym kominem, z każdą
chwilą coraz bardziej odchylającym się do tyłu, aż w końcu będzie musiał
spaść.
Zatrzymał się na chwilę, kontrolując pozycję jedną dłonią, podczas gdy
całe jego ciało drżało z potrzeby haków, lin i innych zabezpieczeń
mocowanych w otaczających go ścianach. Boże. Minęło mnóstwo czasu, od
kiedy ostatni raz tak mocno ogarnęły go planetarne odruchy. Ruszył
dalej. Do przodu. Nie do góry.
Na podstawie zliczania ruchów rękami powinien znajdować się już tuż
przed Hammerfestem, w pobliżu jego anten łączności. Istniało spore
ryzyko, że jeśli się wysunie, dostrzeże go jakaś kamera. Oczywiście była
też spora szansa, że żaden człowiek ani program nie będzie monitorował
takiego widoku i nie zobaczy go dość szybko, by to coś zmieniło. Mimo
wszystko Trinli został w rowie. Jeśli będzie to konieczne, może
przesunąć się bliżej, ale na razie chciał się tylko rozejrzeć. Rozłożył
się w szczelinie, opierając się stopami o lód, a plecami o diamentową
ścianę, i rozwinął małą sondę antenową. Od chwili zasadzki Rozwinięci
odgrywali przyjaznych tyranów, ale jedna sprawa, w której rzucali
nieprzyjemnymi groźbami, to posiadanie niezatwierdzonych urządzeń
wejścia-wyjścia. Pham wiedział, że Diem i najważniejsi spiskowcy mieli
wyświetlacze Queng Ho, używając nielegalnego szyfrowania w sieci
lokalnej. Większość tego rozgrywała się tuż pod samymi nosami
Rozwiniętych. Niektóre rodzaje łączności całkowicie unikały automatyki,
jako że wielu młodych znało jakieś odmiany starej gry w kropki i kreski,
migomowy.
Jako peryferyjny członek spisku Pham Trinli znał jej tajemnice tylko
dlatego, że miał mnóstwo zabronionej elektroniki. Używana obecnie rolka
antenowa świadczyłaby o nieczystych zamiarach nawet w czasach pokoju.
Rozwijana nić była przezroczysta niemal dla wszystkiego, co mogło tu
zaświecić, a na jej czubku znajdował się drobny czujnik wychwytujący
pasmo elektromagnetyczne. Jego głównym celem był zestaw sprzętu
łącznościowego na habitacie Rozwiniętych, który miał w polu widzenia
tymczasówkę Queng Ho. Trinli poruszał rękami jak rybak przesuwający
rzuconą sieć. Cienkie włókno było dostatecznie sztywne, by dało się je
skutecznie przemieszczać w mikrograwitacji. Tam. Czujnik zawisł w wiązce łączącej Hammerfest z tymczasówką. Pham przesunął element
kierunkowy nad brzegiem szczeliny i wymierzył w nieużywany port na
tymczasówce Queng Ho. Z tego miejsca miał bezpośrednie połączenie z siecią lokalną floty, obchodząc wszystkie zabezpieczenia Rozwiniętych.
Dokładnie czegoś takiego obawiali się Nau i pozostali, i dlatego właśnie
rzucali groźbami kary śmierci. Jimmy Diem bardzo słusznie nie próbował
podejmować takiego ryzyka. Pham Trinli miał nad nim pewną przewagę: znał
stare, bardzo stare sztuczki ukryte w sprzęcie Queng Ho... A mimo to nie
zaryzykowałby, gdyby Jimmy i jego spiskowcy nie upierali się tak bardzo
przy swoim planie przejęcia kontroli.
Może powinien był porozmawiać z Jimmym Diemem wprost. Było zbyt wiele
niezwykle istotnych rzeczy, których nie wiedzieli o Rozwiniętych. Co
sprawiało, że ich automatyka była tak dobra? Podczas wymiany ognia w trakcie zasadzki zdecydowanie ustępowali im w taktyce wyższego poziomu,
ale ich namierzanie celów było lepsze niż jakikolwiek system, z którym
Pham Trinli kiedykolwiek walczył.
Trinli miał nieprzyjemne wrażenie ogarniające człowieka wmanewrowanego
do rogu. Spiskowcy uważali, że może to być ich najlepsza, a zarazem
jedyna szansa na pokonanie Rozwiniętych. Może. Ale to wszystko było zbyt
wygodne, zbyt doskonałe.
To zrób, co możesz, by wykorzystać sytuację.
Pham spojrzał na wyświetlacz wewnątrz hełmu. Przechwytywał telemetrię
Rozwiniętych i część sygnału wideo, który przesyłali do tymczasówki.
Może zdoła coś z tego odszyfrować. Rozwinięci dranie trochę za bardzo
ufali połączeniom w linii wzroku. Czas na pogrzebanie nieco głębiej.
* * *
-?Pięćdziesiąt sekund do zapłonu. -?Głos odliczał monotonnie i bezbarwnie już od dwustu sekund.
Niemal wszyscy w sali obserwowali w ciszy okna.
-?Czterdzieści sekund do zapłonu.
Ezr szybko rozejrzał się po sali. Technik lotów, Xin, patrzył kolejno na
wszystkie ekrany. Wyraźnie się denerwował. Tomas Nau obserwował widok z satelity nisko nad powierzchnią Bistabilnej. Jego skupienie wynikało
bardziej z ciekawości niż obaw lub podejrzeń.
Qiwi Lisolet patrzyła gniewnie na okno wyświetlające osłonę izolacyjną i ekipę roboczą Jimmy'ego Diema. Spojrzenie miała mroczne i ponure, od
kiedy tylko wleciała do sali. Ezr domyślał się, co się stało... i czuł
ulgę. Jimmy użył niewinnej czternastolatki jako osłony dla swojego
planu, ale nigdy nie był bezwzględnym twardzielem. Skorzystał z okazji,
by odesłać dziewczynę z dala od możliwych szkód. Tylko że Qiwi mu nie
wybaczy, nawet jeśli zna prawdę.
-?Nadejście frontu fali za dziesięć sekund.
Wciąż żadnej zmiany na widoku z mikrosatelity. Tylko łagodny czerwony
blask docierający ze szczelin między sunącymi chmurami. Albo regularna
dotąd gwiazda zrobiła im kosmiczny żart, albo był to całkowicie skokowy
efekt.
-?Zapłon.
Na widoku pełnej tarczy w jej samym środku rozjarzył się jaskrawy punkt,
rozchodząc się na zewnątrz i zajmując całą powierzchnię w niecałe dwie
sekundy. Gdzieś po drodze zniknął widok z niskiego pułapu. Światło
robiło się jaśniejsze, jaśniejsze i jaśniejsze. W sali rozeszło się
ciche westchnienie zachwytu. Blask rzucił cienie na przeciwległą ścianę,
ale po chwili tapeta zmniejszyła moc.
-?Pięć sekund po zapłonie. -?Głos musiał być automatyczny. -
Rejestrujemy siedem kilowatów na metr kwadratowy. -?Tym razem inny
technik, mówiący z płaskim akcentem Trilandii.
Nie Rozwinięty? Pytanie przemknęło przez uwagę Ezra, chwilowo
zdławione przez resztę tego, co się działo.
-?Dziesięć sekund po zapłonie.
Z boku sali widoczne było mniejsze okno prezentujące widok na świat
Pająków. Do tej pory było całkowicie ciemne, ale teraz światło zaczęło
odbijać się od powierzchni i planetarna tarcza rozjarzyła się własnym
blaskiem lodu i powietrza budzącego się do słońca już pięć razy
jaśniejszego niż norma Sol. I wciąż nasilającego blask.
-?Dwadzieścia kilowatów na metr kwadratowy.
Pod obrazem nowego słońca przesuwał się wykres porównujący jego moc z danymi historycznymi. Ten ponowny zapłon wyglądał na równie potężny jak
każdy wcześniejszy.
-?Przepływ neutronów wciąż poniżej wykrywalnych wartości.
Nau i Vinh wymienili spojrzenia pełne ulgi, choć raz całkiem szczere po
obu stronach. To było niebezpieczeństwo, którego nie dało się wykryć z odległości międzygwiezdnych, i jedno, na którego temat jeden z dawnych
przelotów w pobliżu nie zdołał zebrać informacji. Przynajmniej nie
zostaną usmażeni promieniowaniem, którego nikt nie wykrył z oddali.
-?Trzydzieści sekund po zapłonie.
-?Pięćdziesiąt kilowatów na metr kwadratowy.
Na zewnątrz góra osłaniająca ich przed słońcem zaczynała się jarzyć.
* * *
Pham Trinli słuchał publicznego kanału audio. Nawet bez niego ponowny
zapłon gwiazdy byłby oczywisty, ale na chwilę wydzielił te wydarzenia do
drobnej części umysłu i skupił się na tym, co działo się na prywatnych
łączach Hammerfestu. To właśnie w chwilach takich jak ta, gdy uwaga
techników skupiała się na zewnętrznych wydarzeniach, najłatwiej
dochodziło do zaniedbań w zakresie bezpieczeństwa. Jeśli Diem nie miał
opóźnień, razem ze swoimi ludźmi znalazł się teraz w miejscu zacumowania
"Odległego skarbu".
* * *
Spojrzenie Trinliego przemknęło przez kilka ekranów wypełniających teraz
większość powierzchni jego kaptura. Programy w sieci floty całkiem
dobrze radziły sobie z telemetrią. Ha. Nie pokonasz starych ukrytych
furtek. Teraz, gdy potrzebowali mnóstwa mocy obliczeniowej, Rozwinięci w coraz większym stopniu wykorzystywali automatykę Queng Ho, a grzebanie
Trinliego stawało się odpowiednio skuteczniejsze.
Siła sygnału spadła. Przesunięcie ustawienia? Trinli usunął kilka okien
i wyjrzał na świat wokół siebie. Bistabilna kryła się za górami, ale jej
światło jarzyło się na górach wystających w jego polu widzenia. W miejscach odsłonięcia lodu lub powietrznego śniegu unosiła się para.
Rozciągnięta przez Jimmy'ego osłona przez chwilę się utrzymywała, ale
tkanina powoli wydęła się i zafalowała. Niebo nabrało teraz prawie
niebieskawej barwy od mgieł tysięcy ton gotującej się wody i powietrza,
zmieniając stertę w kometę.
I zaburzając jego widok na Hammerfest. Trinli poruszał anteną. Utrata
sygnału nie mogła wynikać tylko z pojawienia się mgły, coś się
przesunęło. Tutaj. Znowu odbierał ruch z Hammerfestu. Po kilku
sekundach odzyskał synchronizację oprogramowania deszyfrującego i wrócił
do nasłuchu, choć teraz zachował podgląd na otoczenie. Nowe słońce było
jeszcze bardziej widowiskowe, niż się spodziewał.
Czujki sieciowe Trinliego znalazły się już wewnątrz Hammerfestu. Każdy
program miał swoje wyjątkowe okoliczności, sytuacje, które zdaniem
projektantów wychodziły poza zakres ich odpowiedzialności. Istniały luki
otwarte przez bieżącą wyjątkową sytuację...
Dziwne. Wyglądało na to, że do wewnętrznych komponentów programów
zalogowane są dziesiątki osób, a system Rozwiniętych obejmował duże
części, których nie rozpoznawał, nieoparte na wspólnych podstawach.
Przecież Rozwinięci powinni być zwykłymi głupkami, którzy niedawno
ponownie odkryli zaawansowaną technologię za pomocą sieci transmisji
Queng Ho. Działo się tu zbyt dużo dziwnych rzeczy. Zanurkował w komunikacji głosowej. Nese Rozwiniętych był zrozumiały, choć przycięty i pełny żargonu.
-?...Diem... pokonał przód skał... zgodnie z planem.
* * *
Zgodnie z planem?
Trinli przeskanował powiązane strumienie danych i zobaczył grafikę
ilustrującą uzbrojenie, jakie mogli mieć ze sobą ludzie Jimmy'ego, i prezentującą wejście, którego zamierzali użyć do wkroczenia na pokład
"Odległego skarbu". Były tam też tabele z nazwiskami... spiskowców. Phama
Trinliego wymieniono jako pomniejszego współsprawcę. Więcej tabel.
Nielegalne szyfry Jimmy'ego Diema. Pierwsza wersja była tylko
częściowo prawidłowa, ale późniejsze pliki bardzo precyzyjnie
rozpracowały system, którego używał Jimmy z kolegami. W jakiś sposób
obserwowali ich na tyle uważnie, że przejrzeli wszystkie ich sztuczki.
Nie było żadnych zdrajców, po prostu nieludzka precyzja w analizie
szczegółów.
Pham ściągnął swój sprzęt i przeczołgał się trochę dalej, a potem
wysunął się, kierując swoją antenę kierunkową na przechylony nawis dachu
Hammerfestu. Z tego miejsca kąt powinien być odpowiedni. Mógł odbić
wiązkę do punktu cumowania "Odległego skarbu".
-?Jimmy, Jimmy! Słyszysz mnie? -?Używał szyfru Queng Ho, ale jeśli wróg
ich usłyszy, oba końce połączenia zostaną zlokalizowane.
* * *
Wszystko, czego Jimmy Diem kiedykolwiek chciał, to zostać dostatecznie
dobrym brygadzistą, by otrzymać awans na ścieżkę kierowniczą. Wtedy
mogliby się pobrać z Tsufe, a wszystko w doskonałym momencie, akurat
wtedy, gdy zacznie się zwracać wyprawa do Bistabilnej. Oczywiście to
było, zanim przylecieli tu Rozwinięci i przed zasadzką. Teraz? Teraz
przewodził spiskowi, stawiając wszystko na kilka chwil piekielnego
ryzyka. Cóż, przynajmniej w końcu przeszli do akcji.
Za niecałe czterdzieści sekund będą mieli za sobą cztery tysiące metrów,
całą drogę wokół słonecznej strony rumowiska. Co samo w sobie byłoby
niezłym osiągnięciem w zakresie kosmicznego przemieszczania się na
linach, nawet gdyby nie byli przy tym owinięci srebrną folią. Prawie
stracili Phama Patila. Szybkie przemieszczanie się z użyciem lin
polegało na umiejętności precyzyjnego umieszczania kolejnych haków z wyczuciem tego, ile obciążenia zniesie dany punkt, gdy przyśpieszało się
z dala od powierzchni wzdłuż liny. Jednak ich przymiarki do sterty
zostały przeprowadzone pod kątem rozmieszczenia silniczków do
utrzymywania pozycji. Nie mieli wymówek do testowania punktów zaczepów
dla lin. Patil leciał rozpędzony z przyśpieszeniem prawie 0,5 g, gdy
jego szpikulec z hakiem wysunął się ze skały. I odleciałby w nieskończoność, gdyby Tsue i Jimmy nie byli bezpiecznie zaczepieni.
Jeszcze kilka sekund i bezpośrednie światło słońca upiekłoby ich wprost
przez prowizoryczne osłony.
Ale udało im się! Byli po stronie statków przeciwnej do tej, z której
dranie mogli się spodziewać gości. Podczas gdy spojrzenia wszystkich
zwrócone były ku słońcu i zostały oślepione jego blaskiem, oni dostali
się na pozycję.
Skulili się tuż przed punktem cumowania "Skarbu". Statek unosił się
sześćset metrów nad nimi, tak blisko, że widzieli tylko część gardzieli
i dziobowe zbiorniki startowe. Jednak dzięki ostrożnemu zwiadowi
wiedzieli, że jest to najmniej uszkodzona z ocalałych jednostek Queng
Ho. A w jego wnętrzu znajdował się sprzęt oraz -?co ważniejsze -?byli
tam ludzie, dzięki którym mogli odzyskać wolność.
Wszystko kryło się w cieniu, choć teraz szeroko rozprzestrzeniło się
halo gazów, a odbite światło łagodziło mrok. Jimmy i pozostali zdjęli
srebrne osłony i zewnętrzne kurtki termiczne. Nagle zrobiło się bardzo
zimno w samych skafandrach ciśnieniowych i kapturach. Przemykali od
kryjówki do kryjówki, ciągnąc narzędzia oraz improwizowaną broń,
próbując trzymać to wszystko z dala od światła rozjarzonego nieba.
Jaśniej już chyba nie będzie, prawda? Jednak zegar twierdził, że od
zapłonu gwiazdy minęło dopiero niecałe sto sekund, a do maksimum
jasności zostało jeszcze około stu kolejnych.
Cała trójka poszybowała do punktów cumowania, mając nad sobą olbrzymią
gardziel "Skarbu". Jedną miłą rzeczą związaną z przemykaniem się na
pokład czegoś tak potężnego jak strumieniowy statek kosmiczny był fakt,
że ich ruchy raczej nie miały szans wywołać przemieszczenia jednostki.
Na pokładzie "Skarbu" powinna się znajdować załoga techniczna, ale czy
mogli się spodziewać uzbrojonych gości pośrodku tego spektaklu?
Wielokrotnie rozważali wszelkie możliwe aspekty ryzyka, ale nie było
sposobu, żeby jeszcze bardziej poprawić swoje szanse. Jednak jeśli
zdobędą statek, w ich posiadaniu znajdzie się jeden z najlepszych
pozostałych sprzętów, prawdziwa broń oraz ocaleli zbrojmistrze Queng Ho.
Będą mieli szansę skończyć ten koszmar.
Teraz światło słońca zaczynało przebijać się przez diamentową skałę!
Jimmy zatrzymał się na chwilę zauroczony. Nawet tak wysoko od
Bistabilnej oddzielało ich przynajmniej trzysta metrów litego diamentu.
A jednak to nie wystarczało. Rozproszone przez milion płaszczyzn
załamania, odbite, osłabione, rozmyte i poddane dyfrakcji fotony z Bistabilnej i tak docierały na drugą stronę. Światło było blaskiem tęcz,
tysiącem maleńkich tarcz słonecznych jarzących się ze wszystkich miejsc
na powierzchni skały. A z każdą sekundą ich blask narastał, aż zaczął
dostrzegać strukturę we wnętrzu góry, pęknięcia i płaszczyzny zrębu
rozciągające się na setki metrów w głąb diamentu. A światło wciąż robiło
się jaśniejsze.
To tyle, jeśli chodzi o skradanie się w ciemności. Jimmy zdławił
wyobraźnię i ruszył do góry. Z poziomu skały właz brzeżny był drobną
zmarszczką na krawędzi paszczy leja, ale w miarę lotu robił się coraz
większy i większy, centralnie nad jego głową. Gestami skierował Do i Patila na boki włazu. Rozwinięci oczywiście przeprogramowali wejście,
ale nie wymienili fizycznych mechanizmów, jak zrobili to na pokładzie
tymczasówki. Tsufe podpatrzyła lornetką kod dostępu, a ich rękawice
zostaną zaakceptowane jako właściwe klucze. Ilu strażników spotkają w środku? Możemy ich pokonać. Wiem, że damy radę. Sięgnął do góry, by
dotknąć sterowania włazem i...
Ktoś go wywołał.
-?Jimmy, Jimmy! Słyszysz mnie? -?Głos w uchu brzmiał bardzo słabo.
Kontrolka sugerowała, że pochodzi z zaszyfrowanego sygnału laserowego ze
szczytu habitatu Rozwiniętych. Jednak głos należał do Phama Trinliego.
Jimmy zamarł. Najgorszy przypadek: wróg się z nimi bawił. Najlepszy:
Pham Trinli domyślił się, że atakują "Odległy skarb", i teraz pieprzył
wszystko bardziej, niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić. Zignoruj
durnia, a jeśli przeżyjesz, zbij go na kwaśne jabłko. Jimmy zerknął na
niebo nad Hammerfestem. Halo miało bladoniebieską barwę, powoli kłębiąc
się w świetle Bistabilnej. W kosmosie bardzo trudno wykryć łącza
laserowe, ale to już nie był zwykły kosmos. Bardziej przypominało to
powierzchnię komety przy bliskim przejściu. Jeśli Rozwinięci wiedzieli,
gdzie szukać, pewnie mogliby zobaczyć łącze Trinliego.
Odpowiedzią Jimmy'ego była milisekundowa kompresja rzucona z powrotem w kierunku odebranej wiązki.
-?Wyłącz to, stary pierdoło. Już!
-?Za chwilę. Najpierw: oni wiedzą o planie. Odszyfrowali waszą
kryptografię. -?To był Trinli, ale brzmiał inaczej. I jemu nikt nie
powiedział o szyfrowaniu. -?To ustawka, Jimmy. Ale oni nie wiedzą
wszystkiego. Wycofajcie się. Cokolwiek mają przygotowane wewnątrz
"Skarbu", tylko pogorszy sytuację.
Boże. Na chwilę Jimmy zamarł. Myśli o porażce i śmierci dręczyły go w każdym śnie od czasu pułapki. Tysiące razy śmiertelnie ryzykowali, żeby
dotrzeć tak daleko. Pogodził się z możliwością, że zostaną odkryci, ale
nigdy nie sądził, że dojdzie do tego w taki sposób. Odkrycie starego
durnia mogło być ważne, ale też mogło być bezwartościowe. A wycofanie
się teraz byłoby prawie najgorszym możliwym wynikiem. Jest już po
prostu za późno.
Jimmy zmusił się do otwarcia ust, do odezwania się.
-?Kazałem ci się rozłączyć! -?Odwrócił się z powrotem do kadłuba
"Skarbu" i wstukał na klawiaturze kod dostępu Rozwiniętych.
Minęła sekunda... i pancerz się rozsunął. Do i Patil wlecieli w górę, w ciemność śluzy. Diem zatrzymał się jeszcze na chwilę, przymocował do
kadłuba przy drzwiach małe urządzenie i poleciał za nimi.
dwanaście
Pham Trinli zamknął połączenie, odwrócił się i zaczął szybko
przemieszczać wzdłuż szczeliny. Czyli zostaliśmy podpuszczeni. Tomas
Nau był zdecydowanie za sprytny i dysponował jakimś dziwnym rodzajem
przewagi. Trinli widział setki operacji, niektóre mniejsze od tej, inne
trwające przez stulecia, ale nigdy nie zetknął się z tak precyzyjnym,
fanatycznym wręcz skupieniem na szczegółach, jak dostrzeżone w dziennikach podsłuchu zebranych przez Rozwiniętych w sprawie
nielegalnego szyfru. Nau miał do dyspozycji magiczne oprogramowanie albo
monomaniaków. W głębi umysłu jego aspekt planisty zaczął się
zastanawiać, czy Pham Trinli mógłby któregoś dnia to wykorzystać, a jeśli tak, to w jaki sposób.
Na razie jedynym problemem było przetrwanie. Gdyby tylko Diem wycofał
się ze "Skarbu", pułapka zaplanowana przez Nau mogłaby się nie zamknąć
lub nie byłaby tak zabójcza.
Gładka powierzchnia diamentu po lewej zaczęła teraz świecić: największy
klejnot wszechczasów jarzący się blaskiem słońca. Z przodu światło było
niemal równie jasne, oślepiająca aureola w miejscu, gdzie lodowe szczyty
oświetlane były promieniami Bistabilnej. Srebrna osłona przeciwsłoneczna
unosiła się wysoko, zakotwiczona już tylko w trzech miejscach.
Ręce i nogi Phama zostały spod niego gwałtownie wykopnięte. Zawirował,
wylatując z trasy, i zatrzymał się jedną ręką. Przez kontakt dłoni z podłożem usłyszał jęk gór. Mgła tryskała ze szczeliny wzdłuż całej jej
długości... a diamentowa góra się poruszyła. Statecznie, poniżej
centymetra na sekundę, ale ruszyła. Pham zobaczył światło wzdłuż całego
otworu. Znał opracowane przez załogę mapy skał. Diamenty jeden i dwa
przylegały do siebie wzdłuż wspólnej płaszczyzny. Inżynierowie
Rozwiniętych wykorzystali dolinę powyżej jako wygodne miejsce do
zakotwiczenia części lodu i śniegu z Arachny. Wszystko to było bardzo
rozsądne... i niedostatecznie dobrze wymodelowane. Część substancji
lotnych wniknęła między góry, a światło odbijane w obie strony między
skałami jeden i dwa dotarło do lodu i powietrza. Teraz gazy uwolnione w sublimacji odpychały od siebie diamenty. To, co było setkami metrów
osłony, zmieniło się w poszarpaną szczelinę z milionem luster.
Przechodzące przez nią światło było tęczą z piekła.
* * *
-?Sto czterdzieści pięć kilowatów na metr kwadratowy.
-?To maksimum rozbłysku -?skomentował ktoś.
Bistabilna świeciła ponad sto razy jaśniej niż standardowa gwiazda typu
Sol. Zachowywała się zgodnie z zapisami wcześniejszych rozpaleń, choć to
było jaśniejsze od większości. Gwiazda pozostanie tak jasna przez
kolejne dziesięć tysięcy sekund, a potem dość gwałtownie przygaśnie do
dwóch solarów i utrzyma się na tym poziomie przez kilka lat.
Nie rozległy się żadne triumfalne okrzyki. W ciągu ostatnich kilkuset
sekund w tymczasówce panowała praktycznie całkowita cisza. Qiwi z początku była zbyt pochłonięta swoją złością z powodu wysłania jej do
środka, ale w końcu się uspokoiła, a potem doszło do zerwania mocowań
srebrzystej osłony i lód został dotknięty bezpośrednimi promieniami
słońca.
-?Mówiłam Jimmy'emu, że to się nie utrzyma. -?W jej głosie nie było już
słychać złości.
Pokaz świetlny był piękny, ale uszkodzenia dużo poważniejsze, niż
uwzględnili w planach. Ze wszystkich stron widać było strumienie gazów i nie było mowy, żeby ich skromne silniczki elektryczne zdołały je
zrekompensować. Miną megasekundy, zanim uda się z powrotem uspokoić
stertę.
A potem, po czterystu sekundach od zapłonu, tkanina zerwała się
całkowicie. Uniosła się powoli, wykręcana na fioletowym niebie. Nie
zobaczyła żadnych śladów ekipy technicznej, która powinna była się pod
nią kryć. Zaniepokojone pomruki przybrały na sile. Nau zrobił coś ze
swoim mankietem i jego głos stał się nagle dość głośny, by było go
słychać w całej sali.
-?Nie martwcie się. Mieli kilkaset sekund na zorientowanie się, że
osłona się zrywa, dość czasu na przejście w głąb cienia.
Qiwi kiwnęła głową, ale po cichu odezwała się do Ezra:
-?Jeśli nie odpadli. Nie wiem, czemu w ogóle tam pozostali. -?Jeśli
odpadli, dryfując w świetle słońca... Nawet w odzieży termicznej po prostu
się ugotują.
Poczuł drobną dłoń wsuwającą się w jego dłoń. Czy Bachor w ogóle wie,
że to zrobiła? Ale po chwili łagodnie ścisnął jej dłoń. Qiwi wpatrywała
się w główne miejsce robót.
-?Powinnam tam być. -?Dziewczyna powtarzała to samo, od kiedy wróciła do
środka, ale teraz zrobiła to innym tonem.
A potem widok z zewnątrz zadygotał, jakby coś uderzyło wszystkie kamery
równocześnie. Światło przenikające przez odsłoniętą powierzchnię
diamentu dwa rozjaśniło się w poszarpaną linię. I rozległ się dźwięk,
jęk nasilający się coraz bardziej i bardziej, z tonem rosnącym, a potem
opadającym.
-?Panie kolonii! -?Okrzyk był głośny i pełen napięcia, niepodobny do
raportów brzmiących jak roboty techników Rozwiniętych. To Ritser
Brughel. -?Diament dwa przesuwa się, unosi...
I teraz stało się to oczywiste. Cała góra się przechylała. Miliardy ton
w ruchu.
Jękliwy dźwięk wypełniający salę musiał pochodzić z uprzęży cumujących
wykręcanych pod tymczasówką.
-?Nie jesteśmy na jego drodze, sir.
Ezr sam to teraz zauważył. Olbrzym poruszał się bardzo, bardzo powoli,
ale odsuwał się od tymczasówki, Hammerfestu i zacumowanych statków
międzygwiezdnych. Widok na zewnątrz powoli się obrócił, a teraz powracał
do pierwotnego. Wszyscy w sali rzucili się do uchwytów.
Hammerfest został osadzony na diamencie jeden. Wielka skała wyglądała na
niezmienioną, nieporuszoną. Statki poza nią... Były płotkami przy masie
diamentu, choć każdy miał ponad sześćset metrów długości i milion ton
masy nawet bez paliwa. Statki chwiały się powoli na końcach swoich cum
łączących je z diamentem jeden. Taniec lewiatanów, taniec, który
całkowicie je zniszczy, jeśli pozwolić na jego kontynuację.
-?Panie kolonii! -?Znowu Brughel. -?Mam łączność dźwiękową z brygadzistą
Diemem.
-?Daj go na głośnik!
* * *
Nad śluzą było ciemno. Światła się nie zapaliły i nie było atmosfery.
Diem z pozostałymi poszybował w górę tunelu od śluzy, na wszystkie
strony przesuwając światłem lamp z kapturów. Zaglądali z tuneli do
pustych pomieszczeń, pokoi z rozbitymi ściankami działowymi, sięgającymi
na pięćdziesiąt metrów w głąb. To rzekomo miał być nieuszkodzony statek.
Diem poczuł narastających chłód. Wróg wszedł tu po bitwie i oskrobał go
do czysta, zostawiając pustą skorupę.
-?Jimmy, "Skarb" się porusza - rzuciła lecąca za nim Tsufe.
-?Tak, solidnie zetknąłem się tu ze ścianą. Na ucho wygląda to tak,
jakbyśmy się wykręcali na cumie.
Diem sięgnął z drabiny i przycisnął hełm do ściany. Tak. Gdyby była tu
atmosfera, wszystko wypełniałyby dźwięki metalowego zniszczenia. A więc
zapłon powodował silniejsze przemieszczenia, niż ktokolwiek
przypuszczał. Jeszcze wczoraj ta wiedza byłaby przerażająca, teraz...
-?To chyba nie ma znaczenia, Tsufe. Chodźcie.
Poprowadził Do i Patila szybciej w górę drabiny. Czyli Pham Trinli miał
rację, ich plan był skazany na niepowodzenie. Jednak w taki czy inny
sposób zamierzał odkryć, co im zrobiono. I może zdoła przekazać innym
prawdę.
Wewnętrzne śluzy zostały wyrwane i próżnia rozciągała się na wszystkie
pomieszczenia. Przelecieli obok tego, co powinno być warsztatami
remontowymi, obok głębokich dziur, w których powinni zobaczyć iniektory
startowe silników strumieniowych.
Wysoko przy rufie, w ekranowanym sercu "Odległego skarbu", gdzie
mieściło się ambulatorium, tam powinny znajdować się zbiorniki
hibernacyjne. Teraz... Jimmy z pozostałymi przelecieli obok ekranowania.
Kiedy ich dłonie dotknęły ścian, usłyszeli trzeszczenie kadłuba i poczuli jego powolny ruch. Jak na razie zakotwiczone blisko statki
międzygwiezdne jeszcze się nie zderzyły... choć Jimmy nie był pewien, czy
naprawdę by o tym wiedzieli. Jednostki były tak wielkie i potężne, że
gdyby doszło do zderzenia z szybkością kilku centymetrów na sekundę,
kadłuby po prostu wjechałyby w siebie wzajemnie praktycznie bez
wstrząsów.
Dotarli do wejścia do ambulatorium, gdzie według Rozwiniętych
przetrzymywani byli ocalali zbrojmistrze.
Znowu pustka? Kolejne kłamstwo?
Jimmy przeleciał przez drzwi. Światło ich lamp przesunęło się po
pomieszczeniu.
Tsufe Do krzyknęła.
Wcale nie pusto. Ciała. Przesunął promieniem światła: wszędzie... skrzynie
hibernacyjne zostały usunięte, ale pomieszczenie było pełne... ciał. Diem
odczepił lampę z głowy i zamocował ją do wolnego miejsca na ścianie.
Ciała wciąż tańczyły i skręcały się, ale teraz widział wszystko naraz.
-?Oni... wszyscy nie żyją, prawda? -?Głos Phama Patila brzmiał sennie, a pytanie było po prostu wyrazem przerażenia.
Diem ruszył między martwych. Wszyscy zostali starannie ułożeni. Setki,
choć w małej przestrzeni. Rozpoznał niektórych zbrojmistrzów. Mamę Qiwi.
Tylko nieliczni wykazywali ślady gwałtownej dekompresji. Kiedy zginęła
reszta? Niektóre twarze były spokojne, ale inne... Zamarł, zatrzymany
przez parę świecących, błyszczących oczu patrzących wprost na niego.
Twarz była wyniszczona, z zamrożonymi siniakami na czole. Ten żył
jeszcze trochę po zasadzce, a Jimmy rozpoznał twarz.
Tsufe przeleciała przez pokój z cieniem przemykającym po trupach.
-?To jeden z Trilandczyków, prawda?
-?Tak. Chyba jeden z geologów. -?Czyli jeden z akademików, których
rzekomo przetrzymywano w Hammerfeście.
Diem cofnął się w stronę lampy, którą zaczepił na ścianie. Ilu ich tu
było? Ciała rozciągały się w mrok poza miejsce ograniczone kiedyś przez
ściany. Zabili ich wszystkich? W jego gardle wezbrały mdłości.
Patil unosił się bez ruchu od chwili pierwszego pytania, ale Tsufe
trzęsła się, z głosem przechodzącym od otępienia do drżącego
podniecenia.
-?Myśleliśmy, że mają tak wielu zakładników, a przez ten cały czas nie
mieli nikogo poza trupami. -?Roześmiała się. -?Ale to nie miało
znaczenia, prawda? Uwierzyliśmy, a to było dla nich równie dobre jak
prawda.
-?Może nie.
I nagle mdłości zniknęły. Pułapka została zamknięta. Niewątpliwie on,
Tsufe i Patil już bardzo niedługo zginą, ale jeśli przeżyją jeszcze
choćby parę sekund, może uda się zdemaskować potwory. Wyciągnął z kombinezonu skrzynkę audio i znalazł wolny kawałek ściany, by nawiązać
kontakt. Kolejne zabronione urządzenie wejścia-wyjścia. Za jego
posiadanie grozi kara śmierci. Jasne. Jasne. Teraz mógł jednak połączyć
się przez całą długość "Skarbu" z nadajnikiem pozostawionym przy wejściu
do śluzy. Bliższa strona tymczasówki zostanie zalana jego wiadomością.
Wykryją ją wbudowane narzędzia. Z pewnością niektóre zareagują na
priorytet wiadomości i przekażą ją tam, gdzie usłyszą ją Queng Ho.
Jimmy zaczął mówić.
-?Queng Ho! Słuchajcie! Jestem na pokładzie "Odległego skarbu". Został
wypatroszony. Zabili wszystkich, których rzekomo tu przetrzymywali...
* * *
Ezr -?wszyscy w sali tymczasówki -?odczekał ciche sekundy, podczas
których Ritser Brughel ustanawiał połączenie. Potem zabrzmiał głos
Jimmy'ego.
-?Queng Ho! Słuchajcie! Jestem...
-?Brygadzisto! -?przerwał mu Tomas Nau. -?Nic wam nie jest? Nie widzimy
was na zewnątrz.
Jimmy roześmiał się.
-?To dlatego, że jestem na pokładzie "Odległego skarbu".
Nau przybrał zdziwiony wyraz twarzy.
-?Nie rozumiem. Załoga "Skarbu" nie zgłosiła...
-?Oczywiście, że nie. -?Ezr prawie słyszał uśmiech kryjący się za
słowami Jimmy'ego. -?Widzi pan, "Odległy skarb" to statek Queng Ho i teraz go odzyskaliśmy!
Na twarzach widzianych przez Ezra pojawiły się szok i radość. A więc na
tym polegał plan! Działający statek kosmiczny, być może wciąż z oryginalnym uzbrojeniem. Główne ambulatorium Rozwiniętych, zbrojmistrze
i starsi stopniem członkowie załogi, którzy przeżyli pułapkę. Teraz
mamy szansę!
Tomas Nau wyglądał, jakby zrozumiał to samo. Zdziwienie na jego twarzy
ustąpiło gniewnemu i przestraszonemu grymasowi.
-?Brughel? -?rzucił w powietrze.
-?Chyba mówi prawdę, panie kolonii. Jest na kanale technicznym "Skarbu"
i nie mogę wywołać nikogo innego stamtąd.
Krzywa mocy na głównym ekranie utrzymywała się tuż poniżej 145 kW/m2. Światło odbijane między diamentami jeden i dwa
zaczynało gotować śnieg i lód w cieniach. Skały i kawały lodu o masie
tysięcy i setek tysięcy ton przesuwały się w szczelinach między wielkimi
klejnotami. Ruch był niemal niewidoczny, parę centymetrów na sekundę,
ale niektóre głazy unosiły się już swobodnie. Niezależnie od tego, jak
powoli się poruszały, mogły zniszczyć wszystkie dzieła ludzi, z którymi
się zetkną.
Nau przez kilka sekund wyglądał przez okno. Kiedy się odezwał, jego głos
miał w sobie intensywność głębszą niż zwykły rozkaz.
-?Słuchaj, Diem. To się nie uda. Zapłon słońca powoduje dużo większe
zniszczenia, niż ktokolwiek mógł przewidzieć...
-?Ktokolwiek? -?Z drugiego końca połączenia dobiegł ostry śmiech. -
Niezupełnie. Przestroiliśmy sieć utrzymania pozycji tak, żeby wprowadzić
trochę zamieszania. Wzmocniliśmy lekko wszelkie obecne tam
niestabilności.
Qiwi mocniej ścisnęła dłoń Ezra. Dziewczyna z zaskoczenia szerzej
otworzyła oczy, a Ezrowi zrobiło się trochę niedobrze. Sieć utrzymująca
pozycję nie mogła zrobić wiele w tę czy w tamtą stronę, ale czemu
pogarszać sytuację?
Wokół nich ludzie w skafandrach ciśnieniowych z kapturami zaczęli się
zapinać, inni lecieli już do drzwi wyjściowych z sali. Zaledwie sto
metrów dalej wyłonił się olbrzymi głaz. Unosił się powoli, z czubkiem
rozjarzonym bezpośrednimi promieniami słońca. Powinien przesunąć się tuż
nad szczytem tymczasówki.
-?Ale, ale... -?Wydawało się, że wygadany pan kolonii na chwilę stracił
mowę. -?Mogą zginąć wasi właśni ludzie! I zabraliśmy ze "Skarbu" całe
uzbrojenie. Na Boga, to nasz statek szpitalny!
Przez moment nie było odpowiedzi, tylko odgłosy stłumionego sporu. Ezr
zauważył, że technik lotów Rozwiniętych, Xin, nie powiedział ani słowa.
Przyglądał się swojemu panu kolonii szeroko otwartymi oczami z wyrazem
oszołomienia.
Potem znowu odezwał się Jimmy.
-?Niech was szlag. Czyli wyrżnęliście systemy uzbrojenia. Ale to nie ma
znaczenia, człowieczku. Przygotowaliśmy cztery kilo S7. Nie zgadliście,
że mamy dostęp do materiałów wybuchowych, co? W tych elektrycznych
silniczkach było mnóstwo rzeczy, o których nie mieliście pojęcia.
-?Nie, nie. -?Nau niemal bezradnie kręcił głową.
-?Jak sam powiedziałeś, panie kolonii, to statek szpitalny. Są tu nasi
ludzie oraz zbrojmistrze w hibernacji. Uważam, że nawet bez dział statku
mamy solidną przewagę w negocjacjach.
Nau zerknął błagalnie na Ezra i Qiwi.
-?Rozejm. Do czasu uspokojenia sterty.
-?Nie! -?krzyknął Jimmy. -?Wywiniesz się z tego, gdy tylko sytuacja nie
będzie trzymać cię za gardło.
-?Do cholery, człowieku, na pokładzie "Skarbu" są wasi ludzie.
-?Gdyby wyszli z hibernacji, zgodziliby się ze mną, panie kolonii. Czas
decyzji. Mamy w ambulatorium dwudziestu trzech waszych ludzi plus pięciu
z załogi technicznej. My też wiemy, jak grać w grę z zakładnikami. Chcę
tu pana i Brughela. Możecie użyć swoich wahadłowców, są miłe i bezpieczne. Daję wam tysiąc sekund.
Ezr Vinh zawsze uważał Nau za bardzo wyrachowanego człowieka. Teraz już
opanowywał wstrząs. Nau dramatycznie uniósł głowę i zareagował na głos
Jimmy'ego gniewnym spojrzeniem.
-?A jeśli nie?
-?Przegramy, ale wy też. Na początek zginą wasi ludzie tutaj. Potem
użyjemy S7 do wysadzenia holu "Skarbu". I staranujemy nim wasz cholerny
Hammerfest.
Qiwi słuchała tego z bladą twarzą i szeroko otwartymi oczami, ale teraz
nagle wybuchła. Rzuciła się w stronę źródła dźwięku głosu Jimmy'ego.
-?Nie! Nie! Jimmy! Proszę, nie rób tego!
Przez kilka sekund wszyscy patrzyli na Qiwi. Ustało nawet gorączkowe
zamykanie kapturów i zakładanie rękawic, a przez chwilę jedynym
dźwiękiem był głośny jęk wykręcanej sieci mocującej tymczasówkę. Matka
Qiwi znajdowała się na pokładzie "Odległego skarbu", a ojciec był w Hammerfeście, razem ze wszystkimi ofiarami zgnilizny mózgu. W zamrożeniu
lub "skupieniu", większość ocalałych członków wyprawy Queng Ho
znajdowała się w jednym z tych dwóch miejsc. Trixia. To zbyt wiele,
Jimmy. Zwolnij! Jednak te słowa nie dotarły na usta Ezra. Zaufał
Jimmy'emu we wszystkim. Jeśli ta mordercza przemowa przekonała Ezra
Vinha, może przekona też Tomasa Nau.
Odzywając się ponownie, Jimmy zignorował krzyk Qiwi.
-?Ma pan tylko dziewięćset siedemdziesiąt pięć sekund, panie kolonii.
Radzę, żebyście razem z Brughelem zabrali tu swoje tyłki.
* * *
Byłoby to trudne, nawet gdyby Nau natychmiast wyruszył z tymczasówki.
Odwrócił się do Xina i przez chwilę sprzeczali się stłumionymi głosami.
-?Tak, mogę tam pana zawieźć. To niebezpieczne, ale luźna materia
porusza się z szybkością poniżej metra na sekundę. Możemy jej uniknąć.
Nau przytaknął.
-?W takim razie chodźmy. Chcę... -?Zapiął swój skafander ciśnieniowy i założył kaptur, a jego głos stał się niesłyszalny.
Tłum Queng Ho i Rozwiniętych roztopił się, odsuwając się od nich, gdy
skierowali się do wyjścia.
Z głośnika dobiegł głośny łomot, który raptownie ustał. Ktoś krzyknął w sali, wskazując na główne okno. Coś zamigotało z boku "Odległego
skarbu", coś małego i poruszającego się z dużą prędkością. Fragment
kadłuba.
Nau zatrzymał się przy drzwiach sali i obejrzał się na "Odległy skarb".
-?Według odczytów systemu "Odległy skarb" ma przebicie -?oznajmił
Brughel. -?Liczne wybuchy na rufowym promieniowym pokładzie piętnastym.
Tam znajdowały się magazyny hibernacyjne i ambulatorium. Ezr nie
potrafił się poruszyć, nie potrafił odwrócić wzroku. Fragmenty kadłuba
"Skarbu" odleciały jeszcze w dwóch miejscach. Z otworów przez chwilę
błyskało słabe światło. Było nieistotne w porównaniu z burzą zapłonu
gwiazdy. Dla niewprawnego oka "Skarb" mógł wyglądać na nieuszkodzony.
Otwory w kadłubie miały zaledwie po kilka metrów, ale S7 był
najpotężniejszym chemicznym materiałem wybuchowym Queng Ho i wyglądało
na to, że doszło do eksplozji całych czterech kilogramów. Promieniowy
pokład piętnasty znajdował się za czterema warstwami pancerza,
piętnaście metrów poniżej zewnętrznego kadłuba. Rozchodząc się do
środka, wybuch najprawdopodobniej zmiażdżył gardziel silnika
strumieniowego "Odległego skarbu". Zginął kolejny statek międzygwiezdny.
Qiwi unosiła się bez ruchu pośrodku sali, poza zasięgiem oferujących
pocieszenie rąk.
trzynaście
Mijały kilosekundy absorbujące Ezra pracą bardziej niż cokolwiek
wcześniej w jego życiu. Przerażenie porażką Jimmy'ego wciąż tkwiło w głębi umysłu, ale nie miało miejsca na przebicie się na czoło. Wszyscy
byli zbyt zajęci, próbując uratować, co się da, z katastrof naturalnych
i tych wygenerowanych przez ludzi.
Następnego dnia Tomas Nau przemówił do ocalałych w tymczasówce i Hammerfeście. Pan kolonii patrzył na nich z ekranu, ewidentnie zmęczony
i pozbawiony zwykłej dla niego gładkości.
-?Panie i panowie, gratuluję. Przeżyliśmy drugi najostrzejszy ponowny
zapłon w zarejestrowanej historii Bistabilnej. Zrobiliśmy to pomimo
najstraszniejszej zdrady. -?Przysunął się bliżej kamery, jakby
przyglądał się wyczerpanym Rozwiniętym i Queng Ho skulonym w sali. -?W ciągu następnych megasekund najważniejszymi zadaniami będą ocena
zniszczeń i próby odzyskania materiałów... ale muszę być z wami szczery.
Początkowe starcie między Queng Ho i Rozwiniętymi było niezwykle
niszczące dla Queng Ho. Z przykrością przyznaję, że także niemal równie
destruktywne dla Rozwiniętych. Próbowaliśmy ukryć część zakresu
zniszczeń. Mieliśmy mnóstwo zapasowego sprzętu, ośrodków medycznych i surowców wydobytych z Arachny. Po rozwiązaniu problemów związanych z bezpieczeństwem dysponowalibyśmy ekspercką wiedzą setek doświadczonych
Queng Ho. Mimo wszystko działaliśmy niemal na granicy spokoju. Po
wydarzeniach z wczoraj zniknęły wszelkie marginesy bezpieczeństwa.
Obecnie nie mamy ani jednego sprawnego silnika strumieniowego... i nie
jest jasne, czy zdołamy odzyskać taki z wraków.
Zderzyły się ze sobą tylko dwa statki międzygwiezdne, ale najwyraźniej
"Odległy skarb" był najbardziej sprawny, a po akcji Jimmy'ego jego
silnik i większość systemów podtrzymywania życia do niczego się nie
nadawały.
-?W ciągu ostatnich kilosekund wielu z was ryzykowało życie, próbując
uratować część materiałów lotnych. Wydaje się, że ta część katastrofy
nie jest niczyją winą. Nikt z nas nie spodziewał się gwałtowności tego
zapłonu ani efektu, jaki może wywołać lód uwięziony między diamentami.
Jak wiecie, odzyskaliśmy większość dużych bloków. Tylko trzy nadal
latają swobodnie.
Benny Wen i Jau Xin pracowali razem, próbując sprowadzić te i parę
mniejszych. Oddaliły się zaledwie na trzydzieści kilometrów, ale każdy z dużych głazów miał ponad sto tysięcy ton masy, a wszystko, czym
dysponowali w zakresie sprzętu do holowania, to wahadłowce i jeden
uszkodzony prom.
-?Moc promieniowania Bistabilnej spadła do dwóch i pół kilowata na metr
kwadratowy. Nasze pojazdy mogą działać w tych warunkach. Odpowiednio
ubrani ludzie mogą w nim krótko pracować. Ale powietrzny śnieg, który
odleciał, został utracony i obawiamy się, że dotyczy to również dużej
części wodnego lodu.
Nau rozłożył ręce i westchnął.
-?Bardzo przypomina to wiele opowiadanych nam przez Queng Ho historii.
Walczyliśmy i walczyliśmy, a na koniec niemal doprowadziliśmy do własnej
zagłady. Z tym, co mamy, nie zdołamy wrócić do domu... do żadnego z naszych domów. Możemy tylko zgadywać, jak długo zdołamy przeżyć z tym,
co tu uda się nam uratować. Pięć lat? Sto? Stare prawdy wciąż
obowiązują: bez podtrzymującej je cywilizacji żadne zbiorowisko statków
i ludzi nie zdoła odtworzyć zasadniczej technologii.
Przez jego twarz przebiegł uśmiech.
-?A jednak jest nadzieja. Na pewien sposób te katastrofy zmusiły nas do
skupienia całej uwagi na tym, czym pierwotnie miały się zająć nasze
misje. Teraz nie jest to już kwestia akademickiej ciekawości ani nawet
Queng Ho handlujących z Klientami -?teraz samo nasze przetrwanie zależy
od istot rozumnych na Arachnie. Są na skraju ery informacji. Wedle
wszelkich naszych danych, podczas tego czasu światła powinni osiągnąć
rozsądną ekologię przemysłową. Jeśli zdołamy wytrzymać kilka
dziesięcioleci, Pająki zbudują potrzebny nam przemysł. Nasze dwie misje
zakończą się powodzeniem, nawet jeśli odbędzie się to dużo większym
kosztem ludzkim, niż ktokolwiek z nas sobie wyobrażał.
-?Czy zdołamy przetrwać trzy do pięciu dziesięcioleci? Może. Możemy
odzyskiwać części, możemy oszczędzać... Jednak prawdziwe pytanie brzmi:
czy możemy współpracować? Jak dotąd nasze doświadczenia tutaj nie
wyglądają dobrze. Czy dotyczy to ataku, czy obrony, wszyscy mamy ręce
zbroczone krwią. Wszyscy wiecie o Jimmym Diemie. W jego spisku brały
udział przynajmniej trzy osoby. Mogło ich być więcej... ale szukanie i karanie winnych zmniejszyłoby tylko nasze szanse na przetrwanie. Zwracam
się więc do wszystkich Queng Ho, którzy mogli uczestniczyć w tym planie,
nawet w bardzo niewielkim stopniu: zapamiętajcie, co zrobili i próbowali
zrobić Jimmy Diem, Tsufe Do i Pham Patil. Byli gotowi zniszczyć
wszystkie statki i zmiażdżyć Hammerfest, ale zamiast tego zginęli od
własnych materiałów wybuchowych, które zabiły Queng Ho przetrzymywanych
w hibernacji oraz zniszczyły ambulatorium pełne Rozwiniętych i Queng Ho.
-?A więc tak. To będzie nasze Wygnanie. Wygnanie, które sami na siebie
sprowadziliśmy. Będę dalej robił wszystko, co w mojej mocy, by kierować,
ale bez waszej pomocy z pewnością przegramy. Musimy pogrzebać dzielące
nas różnice i nienawiść. My, Rozwinięci, wiemy dużo o Queng Ho z waszych
publicznych audycji, których słuchaliśmy od setek lat. Uzyskane od was
informacje były niezwykle dla nas ważne w odzyskiwaniu technologii. -
Znowu zmęczony uśmiech. -?Zdaję sobie sprawę, że robiliście to, by
zyskać dobrych klientów, ale i tak jesteśmy wdzięczni. Jednak Rozwinięci
stali się kimś innym, niż się spodziewaliście. Wierzę, że sprowadzimy do
ludzkiego świata coś nowego, cudownego i potężnego: Skupienie. To coś,
co z początku będzie się wam wydawać dziwne, ale proszę, żebyście dali
sobie trochę czasu. Poznajcie nasze zwyczaje, tak jak my poznaliśmy
wasze.
-?Przy dobrowolnej współpracy wszystkich zdołamy przetrwać. A na koniec
nawet się rozwinąć.
Twarz Nau zniknęła z wyświetlacza, zostawiając po sobie widok na
przeorganizowaną powierzchnię sterty. Zebrani w sali Queng Ho oglądali
się na siebie i rozmawiali cicho. Kupcy charakteryzowali się niezwykłą
dumą, zwłaszcza gdy porównywali się z klientami. Dla nich nawet
największe cywilizacje klientów, nawet Namquem i Canberra, były niczym
piękne kwiaty, skazane na zagładę przez swoje piękno i osadzenie w jednym miejscu. Ezr po raz pierwszy zobaczył wstyd na twarzy tak wielu
Queng Ho. Pracowałem z Jimmym. Pomagałem mu. Nawet ci, którzy tego nie
robili, musieli poczuć dumę, słysząc pierwsze słowa Jimmy'ego z "Odległego skarbu".
Jak coś mogło pójść tak bardzo źle?
* * *
Podlecieli do niego Ciret i Marli.
-?Mamy parę pytań związanych ze śledztwem. -?Strażnicy Rozwiniętych
zabrali go do wnętrza i do góry, ale nie do doku wahadłowców. Nau czekał
w biurze "kierownika floty" Vinha. Pan kolonii siedział tam z Ritserem
Brughelem i Anne Reynolt.
-?Proszę usiąść... kierowniku floty -?powiedział cicho Nau, gestem
zapraszając Ezra na miejsce przy środku stołu.
Vinh zbliżył się tam powoli i usiadł. Trudno było mu patrzeć Tomasowi
Nau w oczy. Pozostali... Anne Reynolt wydawała się równie zniecierpliwiona
i zirytowana jak zwykle. Nie miał problemu z unikaniem jej wzroku,
ponieważ i tak nigdy nie patrzyła mu prosto w oczy. Ritser Brughel
wydawał się równie zmęczony jak pan kolonii, ale chwilami na jego ustach
pojawiał się dziwny uśmiech. Mężczyzna patrzył na niego twardo, a Vinh
zrozumiał nagle, że Brughel wręcz kipi niewypowiedzianym poczuciem
triumfu. Wszystkie śmierci -?po obu stronach -?dla tego sadysty nie
znaczyły nic.
-?Kierowniku floty. -?Cichy głos Nau sprawił, że Vinh odwrócił głowę. -
W sprawie spisku J.Y. Diema...
-?Wiedziałem o nim, panie kolonii. -?Słowa były częściowo wyznaniem,
częściowo wyrazem buntu. -?Ja...
-?Wiem -?przerwał mu Nau. -?Ale był pan pomniejszym uczestnikiem.
Zidentyfikowaliśmy kilku innych. Na przykład staruszek, Pham Trinli.
Krył ich... i niemal przez to zginął.
Brughel się roześmiał.
-?Tak, prawie się ugotował. Ale jęczy jeszcze do tej pory.
Nau obrócił się w stronę Brughela. Nie odezwał się, tylko popatrzył. Po
sekundzie Ritser kiwnął głową i jego zachowanie stało się ponurą kopią
Nau.
Pan kolonii zwrócił się z powrotem do Vinha.
-?Nikt z nas nie może sobie pozwolić w tym na złość ani poczucie
zwycięstwa. Teraz potrzebujemy wszystkich, nawet Phama Trinliego. -
Znacząco popatrzył na Vinha, a Ezr w końcu spojrzał mu w oczy.
-?Tak, sir. Rozumiem.
-?Później omówimy z panem spisek, kierowniku floty. Chcemy
zidentyfikować wszystkich, którzy wymagają specjalnego nadzoru. Ale na
razie mamy dużo ważniejsze sprawy niż grzebanie w przeszłości.
-?Nawet po tym wszystkim chce pan, żebym pozostał kierownikiem floty? -
Tak bardzo nienawidził tej pracy, teraz nawet jeszcze bardziej, choć z zupełnie innych powodów.
Jednak pan kolonii przytaknął.
-?Byłeś właściwą osobą uprzednio, teraz wciąż nią jesteś. Co więcej,
potrzebujemy ciągłości. Jeśli w sposób widoczny i niekwestionowany
zaakceptujesz moje przywództwo, cała społeczność będzie miała większą
szansę.
-?Tak jest, sir. -?Czasami możliwe było odkupienie swoich win. To było
więcej, niż Jimmy, Tsufe i Pham Patil mogli kiedykolwiek zrobić.
-?Dobrze. Z tego, co rozumiem, nasza fizyczna sytuacja została
ustabilizowana. Nie ma aktywnych sytuacji awaryjnych. Co z Xinem i Wenem? Czy będą w stanie uratować te lodowe bloki, które ścigają?
Priorytetem jest zapewnienie im dodatkowego paliwa.
-?Rafineria została już uruchomiona. Zaczniemy w niej produkcję za kilka
kilosekund. -?A wtedy będą mogli uzupełnić paliwo w wahadłowcach. -?Mam
nadzieję, że ostatnie lodowe bloki osadzimy w cieniu w ciągu
czterdziestu kilosekund.
Nau zerknął na Anne Reynolt.
-?To oszacowanie wygląda rozsądnie, panie kolonii. Wszystkie nasze
pozostałe problemy są pod kontrolą.
-?W takim razie mamy czas na ważniejsze sprawy dotyczące kwestii
ludzkich. Panie Vinh, opublikujemy dzisiaj kilka oświadczeń. Chcę, żeby
je pan rozumiał. Pan i Qiwi Lin Lisolet otrzymacie szczególne
podziękowania za pomoc w wyśledzeniu tego, co pozostało ze spisku.
-?Ale...
-?Tak, wiem, że to po części oszustwo. Jednak Qiwi nigdy nie
uczestniczyła w spisku i udzieliła nam bardzo dużej pomocy. -?Nau urwał
na chwilę. -?Biedne dziewczę zostało przez to wszystko rozerwane na
strzępy. Ma w sobie mnóstwo furii. Ze względu na nią oraz na dobro
wspólnoty chcę, żeby pan z nami współpracował przy tej historii.
Potrzebuję podkreślenia faktu, że jest mnóstwo Queng Ho, którzy nie
zachowują się irracjonalnie i zdecydowali się ze mną współpracować.
Urwał.
-?A teraz najważniejsze. Słyszał pan moją przemowę, tę część dotyczącą
poznania zwyczajów Rozwiniętych?
-?O... skupieniu? -?O tym, co naprawdę zrobili z Trixią.
Na twarzy siedzącego w głębi Ritsera Brughela na chwilę znowu pojawił
się sadystyczny uśmiech.
-?To najważniejsza sprawa -?stwierdził Nau. -?Może powinniśmy byli być
trochę bardziej otwarci w tej kwestii, ale okres szkolenia nie był
jeszcze ukończony. W obecnych warunkach Skupienie może być różnicą
między życiem a śmiercią. Chcę, Ezr, żeby Anne zabrała cię do
Hammerfestu i wyjaśniła to wszystko. Będziesz pierwszy. Chcę, żebyś to
zrozumiał i się z tym pogodził. A kiedy już to nastąpi, wyjaśnisz
Skupienie swoim ludziom i zrobisz to w taki sposób, żeby oni też je
zaakceptowali, by zdołało przetrwać to, co pozostało z naszych wypraw.
* * *
Tak więc zostanie wreszcie przed nim ujawniona tajemnica, którą Vinh tak
bardzo chciał poznać, tajemnica nawiedzająca wszystkie jego sny od
megasekund. Ezr udał się za Reynolt w górę centralnego korytarza do
śluzy wahadłowców. Każdy metr był dla niego walką. Skupienie. Infekcja,
której nie mogli wyleczyć. Zgnilizna mózgu. Do tej pory pojawiały się
tylko plotki, a teraz będzie wiedział.
Reynolt poleciła mu gestem wejść do wahadłowca.
-?Siądź tam, Vinh.
W paradoksalny sposób wolał mieć do czynienia z Anne Reynolt. Nie
ukrywała swojej pogardy, ale też nie widział w niej ani śladu
sadystycznej satysfakcji emanującej z Ritsera Brughela.
Wahadłowiec zamknął właz i wystartował. Tymczasówka Queng Ho wciąż była
zamocowana do sterty. Słońce nadal było zbyt jasne, by pozwolić na jej
zwolnienie. Fioletowe niebo przygasło z powrotem do czerni, ale między
gwiazdami widać było kilka ogonów kometarnych z różnych bloków lodu
unoszących się teraz kilometry stąd. Wen i Xin byli gdzieś tam.
Hammerfest znajdował się niecałe pięćset metrów od tymczasówki, co było
w zasięgu łatwego skoku, gdyby tylko Reynolt tego chciała, ale zamiast
tego przelecieli ten dystans z komfortowym przyśpieszeniem. Gdyby nie
widziało się tego wszystkiego przed zapłonem gwiazdy, można by się nie
domyślić katastrofy, która zaszła podczas niej. Olbrzymie skały już
dawno przestały się ruszać, luźny śnieg i lód rozprowadzono w cieniach,
od większych kawałków do coraz mniejszych i mniejszych, we fraktalnej
stercie. Tylko że teraz było tu mniej lodu i znacznie mniej powietrznego
śniegu. Obecnie zacieniona strona składowiska była oświetlona jak przez
księżyc światłem odbitym od Arachny. Wahadłowiec przeleciał pięćdziesiąt
metrów nad załogami pracującymi przy ponownym rozmieszczeniu silników
elektrycznych. Kiedy ostatnio sprawdzał, Qiwi Lisolet była tam w dole,
praktycznie kierując całą operacją.
Reynolt przypięła się naprzeciw niego.
-?Wszyscy skutecznie Skupieni znajdują się w Hammerfeście. Możesz
rozmawiać niemal z każdym, kogo wybierzesz.
Hammerfest wyglądał jak elegancka prywatna posiadłość. Stanowił
luksusowe serce operacji Rozwiniętych. Co nieco koiło nerwy Ezra.
Tłumaczył sobie, że Trixia i pozostali będą tu przyzwoicie traktowani.
Mogą być przetrzymywani jak zakładnicy w dziejach Queng Ho, jak Setka na
Dalekiej Pyoryi, z drugiej strony żaden rozsądny Kupiec nigdy nie
zbudowałby habitatu osadzonego w stercie gruzu. Wahadłowiec przeleciał
nad wieżami dziwnej urody, zamkiem wróżek wyrastającym z kryształowej
płaszczyzny. Już niedługo dowie się, co się tam kryje... W końcu dotarł do
niego dobór słów Reynolt.
-?Skutecznie skupieni?
Reynolt wzruszyła ramionami.
-?Skupienie to kontrolowana zgnilizna mózgu. W trakcie początkowej
konwersji straciliśmy trzydzieści procent, w ciągu kolejnych lat możemy
ich stracić więcej. Najciężej chorych przenieśliśmy na "Odległy skarb".
-?Ale co...
-?Nie przerywaj, to ci powiem. -?Jej uwaga przeskoczyła na coś za
ramieniem Vinha i na kilka sekund zamilkła. -?Pamiętasz, że po zasadzce
miałeś mdłości. Domyśliłeś się, że to wynik zaprojektowanej przez nas
choroby, której czas inkubacji był istotnym elementem naszych planów.
Nie wiesz natomiast, że wojskowe zastosowanie tego mikroba ma tylko
drugorzędne znaczenie.
Zgnilizna mózgu była chorobą wirusową. Jej oryginalna, naturalna postać
zabiła miliony w rodzimym układzie słonecznym Rozwiniętych, zniszczyła
ich cywilizację... i przygotowała scenę pod obecną erę ekspansji. Okazało
się, że oryginalne szczepy wirusa mają unikalną cechę: stanowią
prawdziwy skarbiec neurotoksyn.
W ciągu stuleci od czasu Plagi Rozwinięci złagodzili zgniliznę mózgu i zaprzęgli ją do służby cywilizacji. Jej obecna postać wymaga specjalnej
pomocy w pokonaniu bariery krew-mózg, a po dostaniu się do mózgu
rozprzestrzenia się w nim niemal nieszkodliwie, zakażając około
dziewięćdziesięciu procent komórek glejowych. Teraz potrafili już
sterować uwalnianiem związków neuroaktywnych.
Wahadłowiec zwolnił i obrócił się, precyzyjnie dopasowując się do śluzy
Hammerfestu. Po niebie przesunęła się Arachna w pełni, z tarczą
szerokości prawie pół stopnia. Planeta lśniła bielą bez żadnego
zróżnicowania, osłaniając chmurami swe gwałtowne przebudzenie.
Ezr ledwie to zauważył. Jego wyobraźnię pochłonęła wizja czająca się za
suchymi słowami Anne Reynolt: oswojony wirus Rozwiniętych przenikający
do mózgu, rozmnażający się w dziesiątkach miliardów kopii, wydzielający
truciznę do wciąż żywego mózgu. Przypomniał sobie zabójczy ból głowy
podczas startu lądownika z Arachny. Tak właśnie choroba waliła w drzwi
jego umysłu. Ezr Vinh i pozostali w tymczasówce Queng Ho zwalczyli tę
napaść... a może ich mózgi wciąż były zakażone, a choroba przeszła tylko w stan uśpienia. Jednak Trixia Bonsol i ludzie oznaczeni przy nazwiskach
symbolem "Skupienie" zostali potraktowani w szczególny sposób. Zamiast
ich wyleczyć, ludzie Reynolt rozwijali chorobę w mózgach ofiar jak pleśń
na owocu. Gdyby w wahadłowcu panowało choćby najlżejsze ciążenie, Ezr by
zwymiotował.
-?Ale czemu?
Reynolt go zignorowała. Otworzyła właz śluzy i wprowadziła go do
Hammerfestu. Kiedy znowu się odezwała, w jej bezbarwnym głosie brzmiało
coś podejrzanie bliskiego entuzjazmowi.
-?Skupienie uszlachetnia. To klucz do sukcesu Rozwiniętych i coś dużo
bardziej subtelnego, niż sobie wyobrażasz. Nie chodzi po prostu o to, że
stworzyliśmy psychoaktywny zarazek. W jego przypadku możemy kontrolować
rozwój choroby w mózgu z milimetrową precyzją... a gdy znajdzie się we
właściwym miejscu, jego działaniem i zachowaniem można sterować z równą
dokładnością.
Reakcja Vinh była tak pusta, że dotarła nawet do Reynolt.
-?Nie rozumiesz? Możemy poprawić aspekty świadomości związane ze
skupieniem uwagi: możemy wziąć ludzi i zmienić ich w maszyny
analityczne. -?Wyłożyła mu to ze wszystkimi obrzydliwymi szczegółami.
Na światach Rozwiniętych proces Skupienia przeprowadzano podczas
ostatnich lat specjalistycznej edukacji, nasilając wiedzę uniwersytecką
do wytworzenia geniuszy. Dla Trixii i pozostałych proces był z konieczności dużo gwałtowniejszy. Reynolt z technikami przez wiele dni
modyfikowali wirusa, aktywując ekspresję genetyczną prowadzącą do
precyzyjnego uwalniania substancji chemicznych odpowiedzialnych za
proces myślenia, a wszystko kierowane było przez komputery medyczne
Rozwiniętych, zbierające informacje zwrotne z konwencjonalnej
diagnostyki mózgu.
-?Teraz szkolenie dobiegło końca. Ocalali są gotowi zajmować się swoimi
specjalizacjami badawczymi w sposób, który nigdy wcześniej nie był im
dostępny.
* * *
Reynolt przeprowadziła go przez pokoje z luksusowymi meblami i wyściełanymi ścianami. Podążali coraz bardziej zwężającymi się
korytarzami, aż znaleźli się w tunelach o średnicy zaledwie metra. Była
to architektura kapilarna, jaką widywał w dokumentach historycznych...
obrazach z samego serca miejskich tyranii. Aż w końcu zatrzymali się
przed prostymi drzwiami. Podobnie jak inne wcześniej, oznaczono je
numerem i specjalizacją. Na tych napisano: F042 LINGWISTYKA BADAWCZA.
Reynolt znieruchomiała.
-?Jeszcze jedno. Pan kolonii Nau uważa, że możesz doznać wstrząsu od
tego, co tu zobaczysz. Wiem, że obcy wykazują ekstremalne reakcje przy
pierwszym zetknięciu ze Skupieniem. -?Przekrzywiła głowę, jakby oceniała
racjonalizm Vinha. -?Tak więc pan kolonii poprosił mnie o podkreślenie:
Skupienie jest zwykle odwracalne, przynajmniej w bardzo dużym stopniu. -
Wzruszyła ramionami, jakby wyklepała wyuczoną na pamięć formułkę.
-?Otwórz drzwi -?powiedział Ezr łamiącym się głosem.
* * *
Pokoik był maleńki, słabo oświetlony blaskiem kilkunastu aktywnych
okien. Światło tworzyło aureolę wokół głowy osoby w środku: krótkie
włosy, szczupła postać w prostym kombinezonie.
-?Trixia? -?powiedział cicho. Sięgnął przez pokoik, by dotknąć jej
ramienia. Nie odwróciła głowy. Vinh zdławił przerażenie i przesunął się,
by spojrzeć jej prosto w twarz. -?Trixia?
Przez moment miał wrażenie, że patrzy mu prosto w oczy, a potem odsunęła
się od jego dotyku i spróbowała wyjrzeć poza niego, na okna.
-?Blokujesz mi widok. Nie widzę! -?rzuciła głosem na skraju paniki.
Ezr skulił głowę i odwrócił się, by zobaczyć, co tak ważnego kryło się w oknach. Ściany wokół dziewczyny zapełniały diagramy struktur i gramatyki. Cała jedna sekcja wydawała się opcjami słownictwa. Zobaczył
słowa nese z dopasowaniami n do jednego z fragmentami niedającego się
wypowiedzieć bełkotu. Było to typowe środowisko analizy języka, choć z większą liczbą aktywnych okien, niż mogłaby wykorzystać rozsądna osoba.
Spojrzenie Trixii przemykało z miejsca na miejsce, dotykiem dokonując
wyborów. Od czasu do czasu mamrotała jakieś polecenie. Jej twarz
przepełniał wyraz całkowitego skupienia. Coś takiego nie było dla niego
obce i samo w sobie nie przerażało: widywał już ten wyraz twarzy
wcześniej, gdy całkowicie zafascynował ją jakiś problem językowy.
Gdy zszedł z jej drogi, przestała o nim pamiętać. Była bardziej...
skupiona... niż kiedykolwiek.
I Ezr Vinh zaczął rozumieć.
Przyglądał się jej przez jakiś czas, obserwując, jak w oknach rozwijają
się wzory, obserwował dokonywane przez nią wybory, zmiany struktur.
-?To jak ci idzie, Trixia? -?zapytał w końcu cichym, niemal
bezinteresownym głosem.
-?Dobrze. -?Odpowiedź padła natychmiast, tonem dokładnie takim samym,
jakiego używała dawna Trixia, gdy była nieobecna duchem. -?Książki z biblioteki Pająków są cudowne. Mam już zaczepienie do rozgryzienia ich
grafemów. Nikt nigdy jeszcze niczego takiego nie widział, nikt tego nie
robił. Pająki nie widzą w taki sposób jak my, złożenie wizualne jest w ich przypadku całkowicie odmienne. Gdyby nie podręczniki fizyki, nigdy
nie zdołałabym nawet sobie wyobrazić pojęcia grafemów.
Mówiła nieobecnym, choć nieco podekscytowanym głosem. Nie obróciła się,
by spojrzeć na niego, a jej palce nie przerwały stukania. Teraz, gdy
jego wzrok przyzwyczaił się do słabego światła, dostrzegł drobne,
przerażające rzeczy. Ubranie miała świeże, ale z przodu ubrudzone jakimś
syropem. Nawet krótko przycięte włosy wyglądały na splątane i tłuste.
Tuż nad wargami na jej twarzy utkwił kawałek czegoś: jedzenia? smarka?
Czy ona w ogóle potrafi się sama umyć? Vinh zerknął w dół, w stronę
drzwi. Miejsce nie było dość duże, by pomieścić trzy osoby, ale Reynolt
wsunęła przez otwór głowę i ramiona. Unosiła się swobodnie, utrzymując
pozycję łokciami, i z wyraźnym zainteresowaniem przyglądała się Ezrowi i Trixii.
-?Doktor Bonsol dobrze się spisuje, nawet lepiej niż nasi lingwiści, a oni są Skupieni od czasu studiów. Dzięki niej zdołamy nauczyć się ich
zapisanego języka, jeszcze zanim Pająki powrócą do życia.
Ezr znowu dotknął ramienia Trixii, a ona znowu odsunęła się z drgnięciem. To nie był gest złości albo strachu, raczej jakby strząsała
z siebie irytującą pchłę.
-?Pamiętasz mnie, Trixia? -?Nie dostał odpowiedzi, ale był pewien, że
tak jest... Po prostu nie był dość ważny, by zasłużyć na komentarz. Stała
się zaczarowaną księżniczką i mogły ją obudzić tylko złe czarownice.
Jednak do tego zaczarowania mogłoby nie dojść, gdyby uważniej słuchał
obaw księżniczki i gdyby zgodził się z Sumem Dotranem. -?Tak mi przykro,
Trixia.
-?Dość na pierwsze odwiedziny, kierowniku floty -?oznajmiła Reynolt.
Gestem poleciła mu opuścić pokoik.
Vinh wysunął się z niego. Spojrzenie Trixii ani na chwilę nie oderwało
się od pracy. To właśnie coś w rodzaju takiego skupienia pierwotnie go
do niego przyciągnęło. Była Trilandką i należała do nielicznego grona
mieszkańców tej planety, którzy zostali zabrani na wyprawę Queng Ho bez
bliskich przyjaciół czy rodziny. Trixia marzyła o poznaniu czegoś
prawdziwie obcego, dowiedzeniu się rzeczy, których nie wiedział żaden
człowiek. Trzymała się tego marzenia równie mocno jak najodważniejsi
Queng Ho. Teraz dostała to, czego pragnęła... i nic więcej.
Kiedy wysunął się już w połowie przez drzwi, zatrzymał się i popatrzył
na tył jej głowy.
-?Jesteś szczęśliwa? -?zapytał cichym głosem, tak naprawdę nie
spodziewając się odpowiedzi.
Nie odwróciła się, ale palce na chwilę znieruchomiały. Choć jego twarz i dotyk nie zrobiły na niej wrażenia, słowa prostego pytania ją
zatrzymały. Gdzieś w tej ukochanej głowie pytanie przebiło się przez
warstwy Skupienia i przez chwilę zostało rozważone.
-?Tak, bardzo. -?I znowu rozległy się dźwięki stukania w ekrany.
* * *
Vinh nie pamiętał podróży z powrotem do tymczasówki, a z późniejszych
godzin zostały mu tylko pomieszane strzępy wspomnień. W okolicy doku
spotkał się z Bennym Wenem, który chciał z nim rozmawiać.
-?Wróciliśmy wcześniej, niż mogłem się spodziewać. Nie masz pojęcia, jak
sprawni są piloci Xina. -?Ściszył głos. -?Jedną z nich była Ai Sun.
Wiesz, z "Niewidzialnej ręki". Była w Nawigacji. Jedna z naszych, Ezr.
Ale wygląda, jakby była martwa w środku, tak jak jego pozostali piloci i programiści Rozwiniętych. Xin powiedział, że została Skupiona i że ty
możesz to wyjaśnić. Ezr, wiesz, że mój staruszek jest w Hammerfeście.
Co...
To było wszystko, co Ezr zapamiętał. Może nakrzyczał na Benny'ego, może
tylko go odepchnął. Wyjaśnisz Skupienie swoim ludziom i zrobisz to w taki sposób, żeby oni też je zaakceptowali, by mogło przetrwać to, co
pozostało z naszych wypraw.
Kiedy powrócił rozum...
Vinh był sam w centralnym parku tymczasówki, nie pamiętając, jak tam
trafił. Park rozciągał się wokół niego z liściastymi czubkami drzew,
sięgającymi, by dotykać go z pięciu stron. Było takie stare powiedzenie:
bez bakteryki habitat nie utrzyma swoich mieszkańców, ale bez parku
mieszkańcy utracą duszę. Nawet na statkach strumieniowych głęboko między
gwiazdami zawsze było kapitańskie bonsai. W większych tymczasówkach,
tysiącletnich habitatach na Canberze i Namqem, parki były największymi
przestrzeniami w całej strukturze, całymi kilometrami natury. Jednak
nawet najmniejszy park miał w swoim projekcie tysiąclecia doświadczenia
i geniuszu Queng Ho. Ten sprawiał wrażenie głębi lasu, dużych i małych
stworzeń czekających tuż za najbliższymi drzewami. Utrzymanie równowagi
życia w tak małym parku było prawdopodobnie najtrudniejszym projektem w tymczasówce.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
prolog
Poszukiwania objęły ponad sto lat świetlnych i osiem stuleci. Zawsze
były prowadzone potajemnie i nie zdawali sobie z tego sprawy nawet
niektórzy ich uczestnicy. We wczesnych latach obejmowały po prostu
ukryte w transmisjach radiowych zaszyfrowane zapytania. Mijały
dziesięciolecia i wieki. Pojawiały się poszlaki, wywiady z towarzyszami
podróży obiektu, prowadzące w sprzecznych kierunkach. Obiekt był teraz
sam i kierował się coraz dalej; zmarł, zanim w ogóle zaczęły się
poszukiwania; miał flotę bojową i wracał się zemścić.
Z czasem najbardziej wiarygodne historie zaczęły wykazywać wspólne
elementy. Dowody zrobiły się dostatecznie solidne, by pewne statki
zmieniły harmonogramy i leciały przez dziesięciolecia, by poszukać
kolejnych wskazówek. Z powodu okrężnych tras i opóźnień przepadły
fortuny, ale straty dotykały kilku z największych Rodów handlowych i nie
stanowiły katastrofy. Byli dość bogaci, a te poszukiwania były na tyle
ważne, że nie miało to większego znaczenia. Obszar poszukiwań został
zawężony: obiekt podróżował samotnie, był niewyraźną plamą wielu
tożsamości, ciągiem jednorazowych zatrudnień na pomniejszych jednostkach
handlowych, choć zawsze kierujących się coraz głębiej w ten koniec
Przestrzeni Ludzi. Poszukiwania zawężały obszar ze stu lat świetlnych do
pięćdziesięciu, potem dwudziestu... i do zaledwie kilku układów
gwiezdnych.
Aż w końcu poszukiwanie wskazało na pojedynczy świat na skraju
Przestrzeni Ludzi od strony jądra. Teraz Sammy mógł uzasadnić
przydzielenie floty specjalnie do zakończenia poszukiwań. Załoga, a nawet większość właścicieli, nie znała prawdziwego celu misji, ale miał
on spore szanse doprowadzić polowania do końca.
* * *
Sammy osobiście zszedł na powierzchnię Trilandii. Choć raz miało to
sens, żeby kapitan floty sam wykonał pracę na miejscu: Sammy był jedyną
osobą we flocie, która osobiście spotkała tego człowieka. A dzięki
obecnej popularności jego floty tutaj mógł z łatwością poradzić sobie z wszelkimi możliwymi przeszkodami biurokratycznymi. To były dobre powody...
choć Sammy wiedział, że i tak zszedłby na dół. Czekałem tak bardzo
długo, a już za chwilę wreszcie go odnajdę.
-?Czemu miałbym panu pomagać kogoś znaleźć? Nie jestem pańską matką! -
Drobny człowieczek wycofał się w głąb swojego biura. Drzwi za jego
plecami rozsunęły się na pięć centymetrów i Sammy dostrzegł wyglądające
przez szczelinę wystraszone dziecko. Drobny człowieczek zatrzasnął drzwi
z powrotem i popatrzył gniewnie na funkcjonariuszy Leśnictwa, którzy
wprowadzili Sammy'ego do budynku. -?Powiem to jeszcze raz: pracuję w sieci. Jeśli tam nie znalazł pan tego, czego szuka, to ja nie pomogę.
-?Przepraszam. -?Sammy dotknął ramienia najbliższego funkcjonariusza. -
Przepraszam. -?Wysunął się przed szereg swojej obstawy.
Właściciel dostrzegł, że w jego stronę zmierza ktoś wysoki. Sięgnął w stronę biurka. Rety. Jeśli zniszczy swoje ukryte w sieci bazy danych,
nic z niego nie wyciągną.
Ale mężczyzna znieruchomiał w połowie ruchu. Zapatrzył się na twarz
Sammy'ego.
-?Admirale?
-?Uch, raczej "kapitanie floty", jeśli można.
-?Tak, tak! Codziennie oglądamy pana w wiadomościach. Proszę, niech pan
siada. To pan zwrócił się z zapytaniem?
Zmienił zachowanie niczym kwiat otwierający się na słońce. Najwyraźniej
wśród mieszkańców miasta Queng Ho byli równie popularni jak w Wydziale
Leśnictwa. W ciągu kilku sekund gospodarz -?"prywatny detektyw", jak
siebie nazywał -?wywołał dane i uruchomił programy wyszukiwania.
-?Hmm. Nie zna pan nazwiska ani dobrego opisu wyglądu, tylko
prawdopodobną datę przybycia. Dobrze, z kolei Leśnictwo twierdzi, że
nasz obiekt musiał się stać niejakim "Bidwelem Ducanhem". -?Jego
spojrzenie powędrowało w bok na milczących funkcjonariuszy i uśmiechnął
się. -?Są bardzo dobrzy w dochodzeniu do tego typu bezsensowych wniosków
na podstawie niewystarczających informacji. W tym przypadku... -?Zrobił
coś ze swoimi programami szukającymi. -?Bidwel Ducanh. No tak, teraz,
podczas szukania, przypomniało mi się, że o nim słyszałem. Sześćdziesiąt
czy sto lat temu dorobił się swoistej sławy. Postać, która pojawiła się
znikąd z umiarkowaną ilością pieniędzy i niezwykłym talentem do
promowania siebie. W ciągu trzydziestu lat zdobył wsparcie kilku
większych korporacji, a nawet przychylność Wydziału Leśnictwa. Ducanh
twierdził, że jest mieszczuchem, ale nie był partyzantem. Chciał wydać
pieniądze na jakiś szalony, długoterminowy projekt. Co to było? Chciał...
-?Prywatny detektyw oderwał wzrok od ekranu i na chwilę wbił go w Sammy'ego. -?Chciał sfinansować ekspedycję do gwiazdy Bistabilnej!
Sammy tylko kiwnął głową.
-?Szlag. Gdyby mu się udało, ekspedycja Trilandii byłaby już w połowie
drogi. -?Detektyw milczał przez chwilę, jakby kontemplował utraconą
okazję. Zajrzał z powrotem w swoje dane. -?I wie pan, prawie mu się
udało. Świat taki jak nasz musiałby się zrujnować, żeby wysłać wyprawę
międzygwiezdną, ale sześćdziesiąt lat temu Trilandię odwiedził
pojedynczy statek Queng Ho. Oczywiście nie chcieli zmieniać swoich
planów, choć niektórzy poplecznicy Ducanha mieli nadzieję, że im pomogą.
Ducanh nie chciał o tym słyszeć, nie chciał nawet rozmawiać z Queng Ho.
Po tej sprawie facet stracił praktycznie całą wiarygodność... Zniknął z widoku.
Wszystko to było w dokumentach Wydziału Leśnictwa.
-?Tak -?zgodził się Sammy. -?Interesuje nas, gdzie teraz znajduje się
ten człowiek.
W układzie słonecznym Trilandii od sześćdziesięciu lat nie było pojazdu
międzygwiezdnego. On tu jest!
-?Ach, czyli uważa pan, że on może dysponować jakimiś dodatkowymi
informacjami, czymś, co byłoby przydatne nawet po tym, co wydarzyło się
w ciągu ostatnich trzech lat?
Sammy opanował impuls do przemocy. Jeszcze tylko trochę cierpliwości,
ileż może go kosztować po całych wiekach czekania?
-?Tak -?odpowiedział łagodnie i roztropnie. -?Nie sądzi pan, że dobrze
byłoby zebrać wszystkie możliwe informacje?
-?Racja. Przyszedł pan we właściwe miejsce. Wiem o mieście rzeczy,
którymi ludzie z Leśnictwa nigdy nie zawracali sobie głowy. I naprawdę
chcę pomóc. -?Przyglądał się jakiegoś rodzaju analizie skanowania, czyli
to nie był całkowicie stracony czasu. -?Te sygnały obcych zmienią nasz
świat i chcę, żeby moje dzieci...
Detektyw zmarszczył brwi.
-?Ha! Rozminął się pan z tym całym Bidwelem, kapitanie floty. Nie żyje
od dziesięciu lat.
Sammy nie odpowiedział, ale coś musiało przebić się przez jego maskę, bo
drobny człowieczek wzdrygnął się, gdy na niego spojrzał.
-?Ja... bardzo mi przykro, kapitanie. Może zostawił coś po sobie, jakiś
testament.
To niemożliwe. Nie, gdy dotarłem tak blisko. Jednak Sammy zawsze
musiał się liczyć z taką możliwością. Było to coś powszechnego we
wszechświecie drobnych iskierek życia i odległości międzygwiezdnych.
-?Cóż, owszem, jesteśmy zainteresowani zostawionymi przez niego danymi.
-?Słowa były przygłuszone.
Przynajmniej mamy zamknięcie... Tak brzmiałoby podsumowanie raportu
napisanego przez jakiegoś lizusowskiego analityka wywiadu.
Detektyw stukał w swoje urządzenia, mamrocząc coś pod nosem. Wydział
Leśnictwa niechętnie wskazał go jako jednego z najlepszych w mieście, z tak dobrze rozproszonymi bazami, że nie mogli po prostu skonfiskować mu
sprzętu i przejąć jego działalności. Szczerze próbował pomóc...
-?Może istnieć jakiś testament, kapitanie floty, ale nie ma go w sieci
Grandville.
-?Jakieś inne miasto? -?Fakt, że Wydział Leśnictwa odseparował sieci
poszczególnych miast, był bardzo złym znakiem dla przyszłości Trilandii.
-?Niezupełnie. Widzi pan, Ducanh został pochowany w coemeterium Świętego
Ksupera Nędzarza, tego w Lowcinder. Wygląda na to, że jego rzeczy
zatrzymali mnisi. Z pewnością chętnie je wydadzą w podziękowaniu za
darowiznę odpowiedniej wysokości.
Przeniósł wzrok na funkcjonariuszy i jego spojrzenie stwardniało. Może
rozpoznał najstarszego, komisarza bezpieczeństwa miejskiego.
Niewątpliwie mogli wpłynąć na mnichów, by wydali rzeczy bez potrzeby
jakichkolwiek darowizn.
Sammy wstał i podziękował detektywowi, choć jego słowa brzmiały bardzo
sztucznie nawet dla niego. Kiedy ruszył z powrotem do drzwi i swojej
eskorty, detektyw szybko wyszedł zza biurka i podążył za nim. Sammy
uświadomił sobie z nagłym wstydem, że nie zapłacił za pomoc. Odwrócił
się, czując nagłą sympatię do gospodarza. Podziwiał kogoś, kto miał
odwagę domagać się zapłaty nawet w obecności nieprzychylnych
policjantów.
-?Proszę, to mogę zaoferować... -?zaczął Sammy.
Mężczyzna uniósł ręce.
-?Nie, nie trzeba. Ale chciałbym pana poprosić o przysługę. Widzi pan,
mam dużą rodzinę i najbystrzejsze dzieci, jakie mógł pan widzieć. Ta
wspólna ekspedycja nie odleci z Trilandii jeszcze przez pięć albo
dziesięć lat, prawda? Czy może pan dopilnować, by moje dzieci, choć
jedno z nich...
Sammy przekrzywił głowę. Przysługi powiązane z powodzeniem misji miały
bardzo wysoką cenę.
-?Bardzo mi przykro -?odpowiedział najłagodniej, jak mógł. -?Pańskie
dzieci będą musiały konkurować ze wszystkimi innymi. Niech pilnie
studiują, niech wybiorą specjalizacje, które zostaną ogłoszone. To im da
największe szanse.
-?Tak, kapitanie floty! Dokładnie o taką przysługę proszę. Czy dopilnuje
pan... -?Przełknął ślinę i z żarem popatrzył na Sammy'ego, ignorując
pozostałych. -?Czy dopilnuje pan, by wolno było im studiować?
-?Z pewnością. -?Lekka presja w zakresie wymogów dopuszczenia do studiów
w niczym Sammy'emu nie przeszkadzała. A potem dotarło do niego, co
detektyw naprawdę mówi. -?Dopilnuję tego, proszę pana.
-?Dziękuję. Dziękuję! -?Wsunął swoją wizytówkę w dłoń Sammy'ego. -?Tu ma
pan moje nazwisko i dane. Będę je aktualizował. Proszę pamiętać.
-?Tak, uch, panie Bonsol, będę pamiętał. -?To była klasyczna transakcja
Queng Ho.
* * *
W dole pod pojazdem Wydziału Leśnictwa przemykało miasto. Grandville
miało tylko około pół miliona mieszkańców, ale upchnięto ich w spiętrzone slumsy, nad którymi powietrze drżało od letniego żaru. Lasy
Pierwszych Osadników rozciągały się na tysiące kilometrów, dziewicza
głusza terraformacji.
Wzbili się wysoko w czyste niebo barwy indygo, kierując się na południe.
Sammy ignorował siedzącego tuż obok szefa "bezpieczeństwa miejskiego"
Trilandii. W tej chwili nie odczuwał potrzeby ani ochoty do
dyplomatycznego zachowania. Wywołał połączenie do swojej zastępczyni
kapitana floty. Przed jego oczami przesunął się automatycznie
wygenerowany raport Kiry Lisolet. Sum Dotran zgodził się na zmianę
harmonogramu: do gwiazdy Bistabilnej poleci cała flota.
-?Sammy! -?Przez automatyczny raport przebił się głos Kiry. -?Jak
poszło? -?Kira Lisolet była jedyną osobą we flocie, która znała
prawdziwy cel tej misji: poszukiwanie człowieka.
-?Ja... -?Straciliśmy go, Kira. Niestety nie potrafił się zdobyć na te
słowa. -?Sama zobacz, Kira. Ostatnie dwa tysiące sekund moich danych.
Lecę teraz do Lowcinder... Ostatni wątek do zamknięcia.
Na chwilę zapadła cisza. Lisolet sprawnie radziła sobie z indeksowanym
skanem. Po chwili usłyszał, jak klnie pod nosem.
-?Dobrze... ale proszę, domknij ten wątek, Sammy. Zdarzało się już, że
byliśmy pewni, że go straciliśmy.
-?Jeszcze nigdy w taki sposób, Kira.
-?Powiedziałam, żebyś się całkowicie upewnił. -?W głosie kobiety
zabrzmiały stalowe tony.
Jej ród był właścicielem dużej części floty. Sama posiadała jeden
statek. Właściwie była jedyną aktywną operacyjnie właścicielką
uczestniczącą w misji. Przeważnie nie stanowiło to problemu. Kira Pen
Lisolet była bardzo rozsądna w niemal wszystkich sprawach, choć to był
jeden z wyjątków.
-?Upewnię się, Kira. Wiesz o tym. -?Do Sammy'ego dotarła nagle obecność
szefa bezpieczeństwa Trilandii tuż przy łokciu... i przypomniał sobie, co
przypadkowo odkrył zaledwie parę chwil wcześniej. -?Jak wygląda sytuacja
na górze?
Odpowiedziała dość lekko, jakby przepraszająco.
-?Świetnie. Mam zwolnienia dla stoczni. Umowy z przemysłowymi księżycami
i kopalniami w pasie asteroid wyglądają dobrze. Dalej pracujemy nad
szczegółowymi planami. Wciąż uważam, że możemy się wyposażyć i zdobyć
specjalistyczną załogę w trzysta megasekund. Wiesz, jak bardzo ci
Trilandczycy chcą wziąć udział w misji.
Usłyszał uśmiech w jej głosie. Ich połączenie było szyfrowane, ale
wiedziała, że jego strona nie jest chroniona przed emocjami. Trilandia
była klientem i wkrótce stanie się partnerem w misji, jednak powinni
znać swoje miejsce.
-?Bardzo dobrze. Dodaj jeszcze coś do listy, jeśli tego na niej nie ma:
"Ze względu na pragnienie zdobycia najlepszej możliwej załogi
specjalistów wymagamy, by programy uniwersyteckie Wydziału Leśnictwa
zostały otwarte dla wszystkich, którzy zaliczą nasze testy, nie tylko
dla potomków Pierwszych Osadników".
-?Oczywiście... -?Minęła sekunda, akurat na otrząśnięcie się. -?Boże, jak
mogliśmy przeoczyć coś takiego?
Przeoczyliśmy to, bo niektórych durniów bardzo trudno jest ocenić
dostatecznie nisko.
* * *
Tysiąc sekund później pod nimi pojawiło się Lowcinder. Znajdowali się
prawie trzydzieści stopni na południe. Rozciągająca się wokół lodowa
pustynia wyglądała jak zdjęcia równikowej Trilandii sprzed pięciuset
lat, zanim Pierwsi Osadnicy zaczęli grzebać w gazach cieplarnianych i budować wyszukane struktury ekologii terraformacyjnej.
Samo Lowcinder mieściło się blisko środka ekstrawaganckiej czarnej
plamy, produktu stuleci stosowania "nukleonicznie czystych" paliw
rakietowych. Znajdował się tu największy lądowy port kosmiczny
Trilandii, choć ostatni rozrost miasta wyglądał równie ponuro i niechlujnie jak w innych na planecie.
Ich pojazd przełączył się na wirniki i przetoczył nad miastem, opadając
powoli. Słońce znajdowało się bardzo nisko i większość ulic skrywał
zmierzch, choć z każdym kilometrem ulice stawały się jakby węższe.
Niestandardowe kompozyty ustąpiły miejsca sześcianom, które kiedyś mogły
być kontenerami towarowymi. Sammy przyglądał się temu ponuro. Pierwsi
Osadnicy pracowali przez stulecia, by stworzyć piękny świat, który
eksplodował im teraz pod nogami. Był to częsty problem planet po
terraformacji. Istniało przynajmniej pięć umiarkowanie bezbolesnych
metod poradzenia sobie z końcowym sukcesem terraformacji, ale jeśli
Pierwsi Osadnicy oraz ich Wydział Leśnictwa nie byli gotowi na ich
wprowadzenie... Cóż, po powrocie flota może nie zastać tu cywilizacji. Już
niedługo będzie musiał odbyć szczerą rozmowę z przedstawicielami klasy
rządzącej.
Wrócił myślami do chwili obecnej w momencie, gdy pojazd opadł między
kanciastymi budynkami mieszkalnymi. Sammy wraz z ochroną z Leśnictwa
przemaszerował przez na wpół zamrożone błoto. W pudłach na schodach
budynku, do którego podchodzili, leżały sterty ubrań, być może
ofiarowanych dla biednych. Ochrona nadłożyła drogi, żeby je obejść, a potem pokonali schody i weszli do środka.
* * *
Zarządca coemeterium przedstawił się jako brat Song i wyglądał staro jak
śmierć.
-?Bidwel Ducanh? -?Jego wzrok uciekł nerwowo od Sammy'ego. Brat Pieśń
nie poznał jego twarzy, ale znał Wydział Leśnictwa. -?Bidwel Ducanh
zmarł dziesięć lat temu.
Kłamał. On kłamał.
Sammy odetchnął głęboko i rozejrzał się po skromnym pokoju. Nagle poczuł
się tak groźny, za jakiego uważały go niektóre z pokładowych szumowin.
Niech mi Bóg wybaczy, ale zrobię wszystko, by wydusić prawdę z tego
człowieka. Popatrzył z powrotem na brata Songa i spróbował przyjaznego
uśmiechu. Chyba nie wyszło mu to zbyt dobrze, bo staruszek cofnął się o krok.
-?Coemeterium to miejsce umierania ludzi, zgadza się, bracie Song?
-?To miejsce, w którym wszyscy mogą doczekać swojej naturalnej pełni
czasu. Wykorzystujemy wszystkie przynoszone przez ludzi pieniądze, by
pomóc tym, którzy tu przybywają. -?W perwersyjnej sytuacji Trilandii
prymitywizm brata Songa miał swego rodzaju sens. Pomagał najbiedniejszym
i najciężej chorym najlepiej, jak mógł.
Sammy podniósł rękę.
-?Podaruję stuletni budżet każdemu z coemeterium twojego zakonu... jeśli
zaprowadzisz mnie do Bidwela Ducanha.
-?Ja... -?Brat Song znowu cofnął się o krok i usiadł ciężko. Skądś
wiedział, że Sammy mógł zrealizować swoją ofertę. Może... Ale potem
staruszek popatrzył na Sammy'ego i w jego spojrzeniu pojawił się
desperacki upór. -?Nie. Bidwel Ducanh zmarł dziesięć lat temu.
Sammy przeszedł przez pokój i chwycił poręcze fotela staruszka. Opuścił
głowę na wysokość jego twarzy.
-?Znasz ludzi, którzy ze mną przyszli. Czy wątpisz, że jeśli im każę,
rozbiorą twoje coemeterium na kawałki, element po elemencie? Wątpisz, że
jeśli nie znajdziemy tu tego, czego szukamy, zrobimy to samo z każdym
coemeterium twojego zakonu, na całej planecie?
Było jasne, że brat Song w to nie wątpi. Znał Wydział Leśnictwa. A jednak przez chwilę Sammy bał się, że Song oprze się nawet temu. A wtedy zrobię to, co będę musiał. Nagle staruszek jakby zapadł się w sobie i zaczął cicho łkać.
Sammy wyprostował się nad jego fotelem. Minęło trochę sekund. Starzec
przestał płakać i wstał z wysiłkiem. Nie spojrzał na Sammy'ego ani nie
wykonał żadnego gestu, po prostu wydreptał z pokoju.
Sammy poszedł za nim z całą obstawą. Wędrowali gęsiego długim
korytarzem. Było w nim coś strasznego. Wcale nie chodziło o słabe i uszkodzone oświetlenie ani panele sufitowe ze śladami wody czy brudną
podłogę. Wzdłuż całego korytarza na kanapach i wózkach siedzieli ludzie.
Siedzieli i patrzyli... w pustkę. Z początku Sammy myślał, że mają przed
oczami ekrany, że patrzą gdzieś w dal, może w jakieś współdzielone
obrazy. Przecież niektórzy rozmawiali, inni wykonywali nieustanne
skomplikowane ruchy rękami. Ale potem dostrzegł, że znaki na ścianach
zostały namalowane. Zwykły, łuszczący się materiał ścian był wszystkim,
co można było tu zobaczyć, a oczy siedzących w korytarzu przywiędłych
ludzi były nieosłonięte i puste.
Szedł blisko za bratem Songiem. Mnich mówił sam do siebie, ale jego
słowa miały sens. Mówił o obiekcie:
-?Bidwel Ducanh nie był miłym człowiekiem. Nie był kimś lubianym, nawet
na początku... Zwłaszcza na początku. Powiedział, że jest bogaty, ale
niczego nam nie przyniósł. Przez pierwsze trzydzieści lat, gdy byłem
młody, pracował równie ciężko jak każdy z nas. Żadna praca nie była zbyt
brudna, zbyt ciężka. Ale o każdym miał do powiedzenia coś złego. Ze
wszystkich się naśmiewał. Potrafił siedzieć przy pacjencie podczas jego
ostatniej nocy życia, a potem z niego szydzić.
Brat Song mówił w czasie przeszłym, ale po kilku chwilach Sammy
zrozumiał, że nie próbuje go do niczego przekonać. Song nie mówił nawet
do siebie. Wyglądało to tak, jakby przemawiał w imieniu kogoś, kto
wkrótce dołączy do zmarłych.
-?A potem, w miarę upływu lat, jak my wszyscy mógł pomagać coraz mniej.
Mówił o swoich wrogach, w jaki sposób by ich zabił, gdyby kiedykolwiek
go znaleźli. Śmiał się, gdy obiecywaliśmy go ukryć. W końcu przetrwała
tylko jego wredność... i to bez mowy.
Brat Song zatrzymał się przed dużymi drzwiami. Napis nad nimi był śmiały
i kwiatowy: DO SOLARIUM.
-?Ducanh to ten obserwujący zachód słońca. -?Ale mnich nie otworzył
drzwi. Stał z opuszczoną głową, nie do końca blokując wejście.
Sammy zaczął go obchodzić, a potem zatrzymał się i powiedział:
-?Ta płatność, o której wspomniałem, zostanie przekazana na konto
twojego zakonu.
Staruszek nie podniósł na niego wzroku. Splunął na kurtkę Sammy'ego, a potem odszedł w głąb korytarza, przeciskając się między
funkcjonariuszami.
Sammy odwrócił się i pociągnął mechaniczny zamek drzwi.
-?Proszę pana? -?odezwał się komisarz bezpieczeństwa miejskiego.
Policyjny biurokrata podszedł blisko i mówił cicho. -?Uch. Nie
chcieliśmy tego zadania eskorty. To powinni byli być pańscy ludzie.
Co takiego?
-?Zgadzam się, komisarzu. To czemu nie pozwolił pan mi ich zabrać?
-?To nie była moja decyzja. Chyba sądzili, że funkcjonariusze będą mniej
rzucać się w oczy. -?Policjant odwrócił wzrok. -?Niech pan posłucha,
kapitanie floty. Wiemy, że Queng Ho długo chowają urazy.
Sammy przytaknął, choć dotyczyło to bardziej cywilizacji klientów niż
poszczególnych osób.
Policjant w końcu spojrzał mu w oczy.
-?Dobrze. Współpracowaliśmy. Dopilnowaliśmy, żeby żadne informacje o pańskich poszukiwaniach nie wyciekły do pańskiego... celu. Ale nie
załatwimy tego faceta dla pana. Odwrócimy wzrok, nie będziemy patrzeć.
Ale go nie załatwimy.
-?Ach. -?Sammy spróbował sobie wyobrazić, gdzie znajdowałoby się
właściwe miejsce dla tego człowieka w panteonie moralnym. -?Cóż,
komisarzu, niewchodzenie mi w drogę to wszystko, czego mi trzeba. Sam
mogę się tym zająć.
Policjant przytaknął nerwowo. Cofnął się i nie poszedł za nim, gdy Sammy
otworzył drzwi do "solarium".
* * *
Powietrze było mroźne i stęchłe, co stanowiło pewną poprawę po wilgotnym
smrodzie korytarza. Sammy zszedł w dół ciemnych schodów. Wciąż był w zasadzie wewnątrz budynku, choć tylko częściowo. Kiedyś było to wyjście
prowadzące na poziom ulicy. Teraz osłaniały je plastikowe arkusze,
tworząc coś w rodzaju zabudowanego patio.
Co będzie, jeśli jest jak ci nieszczęśnicy w korytarzu? Kojarzyli mu
się z ludźmi żyjącymi poza możliwościami wsparcia medycznego albo
ofiarami szalonych eksperymentów. Ich umysły częściowo przepadły.
Takiego końca nigdy na poważnie nie rozważał, ale teraz...
Dotarł na dół schodów. Za rogiem zobaczył obietnicę światła dnia.
Przetarł usta wierzchem dłoni i przez dłuższą chwilę stał bez ruchu.
Zrób to. Poszedł przed siebie, wchodząc do dużej sali. Wyglądała jak
część parkingu, ale osłoniętego półprzejrzystymi arkuszami plastiku. Nie
było tu ogrzewania, a przez szczeliny w arkuszach przedostawały się
podmuchy zimna. Na krzesłach rozstawionych na otwartej przestrzeni
kuliło się kilka mocno opatulonych postaci. Siedziały, nie zwracając się
w żadnym konkretnym kierunku, niektóre patrzyły na szary kamień
zewnętrznej ściany.
Sammy ledwie to zauważył. Na drugim końcu sali przez otwór w suficie
wpadała skośna kolumna słonecznego światła. Pośrodku tej plamy blasku
siedziała jedna osoba.
Sammy przeszedł powoli przez salę, ani na chwilę nie spuszczając wzroku
z osoby siedzącej w czerwonozłotym świetle zachodu. Jej twarz wykazywała
podobieństwo do Rodów Queng Ho, ale nie była tą, którą Sammy pamiętał.
To bez znaczenia. Musiał zmienić swą twarz dawno temu. Zresztą Sammy
miał w kieszeni kurtki czytnik DNA oraz kopię kodu swojego celu.
* * *
Mężczyzna siedział owinięty kocami, a na głowie miał grubą czapkę
zrobioną na drutach. Nie ruszał się, ale wyglądało na to, że coś
obserwuje, chłonie zachód słońca. To on. Przekonanie pojawiło się bez
racjonalnej myśli, zalewając go falą emocji. Może niekompletny, ale to
on.
Sammy wziął wolne krzesło i usiadł naprzeciw postaci w świetle. Minęło
sto sekund. Dwieście. Ostatnie promienie słońca zaczęły gasnąć.
Spojrzenie mężczyzny było puste, ale zareagował na chłód na twarzy.
Poruszył głową, niejasno szukając, i chyba zauważył swojego gościa.
Sammy obrócił się tak, by jego twarz oświetlił blask nieba. Coś pojawiło
się w oczach mężczyzny: zdziwienie wypływające z głębin wspomnień.
Niespodziewanie wysunął ręce spod koców i gwałtownie skierował je w stronę twarzy Sammy'ego.
-?Ty!
-?Tak, proszę pana. Ja. Osiem wieków poszukiwań dobiegło końca.
Cel poruszył się nerwowo na wózku, poprawiając koce. Milczał przez
chwilę, a gdy w końcu się odezwał, mówił urywanymi słowami.
-?Wiedziałem, że twój... rodzaj będzie mnie wciąż szukał. Sfinansowałem
ten piekielny kult Ksupera, ale zawsze wiedziałem... że to może nie
wystarczyć. -?Znowu poruszył się na wózku. W jego oczach pojawił się
błysk, którego Sammy nigdy nie widział w dawnych czasach. -?Nie mów.
Każdy Ród trochę dołożył. Może każdy statek Queng Ho ma jednego członka
załogi, który mnie szuka.
Nie miał pojęcia o poszukiwaniach, które w końcu doprowadziły do
odnalezienia go.
-?Nie chcemy pana skrzywdzić.
Obiekt zaśmiał się chrapliwie, nie protestując, ale wyraźnie nie
wierząc.
-?Mam pecha, że to właśnie ty okazałeś się agentem przydzielonym przez
nich do Trilandii. Jesteś dość bystry, by mnie znaleźć. Powinni byli cię
lepiej potraktować, Sammy. Powinieneś być kapitanem floty i kimś więcej,
a nie jakimś zabójcą na posyłki. -?Znowu się poruszył i sięgnął w dół,
jakby chciał się podrapać po tyłku. Co to takiego? Hemoroidy? Rak?
Rety, założę się, że siedzi na pistolecie. Był gotowy przez te
wszystkie lata, a teraz zaplątał się w koce.
Sammy nachylił się ku niemu. Mężczyzna go naciągał. W porządku. To mógł
być jedyny sposób na skłonienie go do rozmowy.
-?W końcu się nam poszczęściło, proszę pana. Jeśli o mnie chodzi,
domyśliłem się, że mógł pan tu trafić z powodu gwiazdy Bistabilnej.
Ukradkowe ruchy pod kocem na chwilę ustały. Na twarzy staruszka pojawił
się szyderczy uśmiech.
-?Jest tylko pięćdziesiąt lat świetlnych stąd, Sammy. Najbliższa
astronomiczna enigma Przestrzeni Ludzi. A wy, wykastrowani Queng Ho,
nigdy jej nie odwiedziliście. Interesuje was wyłącznie święty zysk. -
Łaskawie machnął ręką, podczas gdy druga wsunęła się jeszcze głębiej pod
koc. -?Z drugiej strony cała rasa ludzka jest równie fatalna. Osiem
tysięcy lat obserwacji teleskopowych i dwa spieprzone przeloty to
wszystko, na co się zdobyliśmy... Uznałem, że może będąc tak blisko,
zdołam zorganizować misję załogową. Może coś tam znajdę, coś, co da mi
przewagę. A wtedy, po powrocie... -?W jego oczach znowu pojawił się
dziwny błysk. Rozwijał swe nierealne marzenie od tak dawna, że
całkowicie go pochłonęło. A Sammy uświadomił sobie, że wcale nie ma do
czynienia z kimś z demencją, a z szaleńcem.
Jednak długi należne szaleńcowi nie przestawały być długami.
Nachylił się trochę bliżej.
-?Mógł pan to zrobić. Dowiedziałem się, że statek kosmiczny przyleciał
tu, gdy "Bidwel Ducanh" był u szczytu wpływów.
-?To byli Queng Ho. Pieprzyć Queng Ho! Umyłem od was ręce. -?Jego lewa
ręka przestała się poruszać. Najwyraźniej znalazł pistolet.
Sammy wyciągnął rękę i lekko dotknął koca ukrywającego lewą rękę
rozmówcy. Nie było to unieruchomienie, a potwierdzenie... i prośba o jeszcze trochę czasu.
-?Pham. Teraz jest powód, by lecieć do Bistabilnej. Nawet według
standardów Queng Ho.
-?Co? -?Sammy nie wiedział, czy chodziło o jego dotyk, słowa czy imię,
którego nikt nie wypowiedział od tak dawna... ale coś na chwilę skupiło
uwagę starca i skłoniło go do słuchania.
-?Trzy lata temu, gdy wciąż tu jeszcze lecieliśmy, Trilandczycy odebrali
emisje z Bistabilnej. Pochodzą z radiowego nadajnika iskrowego, jaki
może wynaleźć upadła cywilizacja, która całkowicie utraciła zdobycze
technologii. Skierowaliśmy tam własne zestawy anten i przeprowadziliśmy
swoje analizy. Emisje przypominają ręczny kod Morse'a, tylko że ludzkie
dłonie i odruchy nigdy nie pozwoliłyby na taki rytm, jak w tym
przypadku.
Starzec otworzył i zamknął usta, ale przez chwilę nie zabrzmiały żadne
słowa.
-?Niemożliwe -?powiedział w końcu bardzo cicho.
Na wargi Sammy'ego wypłynął uśmiech.
-?Dziwnie jest słyszeć to słowo z pańskich ust.
Znowu cisza. Mężczyzna opuścił głowę.
-?Najwyższa wygrana. Rozminąłem się z nią o zaledwie sześćdziesiąt lat.
A ty, znajdując mnie tutaj... teraz zdobędziesz to wszystko. -?Rękę wciąż
trzymał schowaną, ale zapadł się na swoim wózku, pokonany przez własną,
wewnętrzną wizję porażki.
-?Proszę pana... kilku z nas -?zdecydowanie więcej niż kilku -?szukało
pana. Dopilnował pan, by bardzo trudno było go znaleźć, a istnieją
bardzo stare powody, by utrzymywać to poszukiwanie w tajemnicy. Ale
nigdy nie życzyliśmy panu niczego złego. Chcieliśmy pana znaleźć, by... -
Pogodzić się? Błagać o wybaczenie? Sammy nie potrafił się zdobyć na te
słowa, zresztą nie były do końca prawdziwe. W końcu ten człowiek się
mylił. Lepiej skupić się na współczesności. -?Bylibyśmy zaszczyceni,
gdyby poleciał pan z nami do Bistabilnej.
-?Nigdy. Nie jestem Queng Ho.
Sammy zawsze czujnie kontrolował bieżący status swojego statku, a w tej
chwili... Cóż, warto było spróbować.
-?Nie przyleciałem na Trilandię jednym statkiem. Mam flotę.
Podbródek mężczyzny uniósł się nieznacznie.
-?Flotę? -?Zainteresowanie było starym, choć nie do końca wygasłym
odruchem.
-?Są na orbicie parkingowej, ale za chwilę powinny być widoczne z Lowcinder. Chce pan zobaczyć?
Staruszek tylko wzruszył ramionami, ale teraz obie dłonie miał puste,
trzymając je na kolanach.
-?Pokażę panu. -?W plastikowych arkuszach parę metrów dalej wycięto
drzwi. Sammy wstał i powoli podszedł, by przepchnąć wózek. Starzec nie
zaprotestował.
* * *
Na zewnątrz było zimno, zapewne poniżej zera. Nad dachami przed nimi
utrzymywały się kolory zachodu słońca, ale jedynym dowodem na ciepło
dnia była rozpryskująca mu się na butach nie do końca zamarznięta lodowa
breja. Pchał wózek dalej, kierując się przez parking w stronę miejsca
oferującego widok na zachód. Starzec rozejrzał się wokół.
Ciekawe, kiedy ostatni raz opuszczał tamten budynek.
-?Myślałeś kiedyś o tym, Sammy, że na to przyjęcie mogą się zgłosić
jeszcze inni goście?
-?Proszę pana? -?Byli sami na parkingu.
-?Istnieją zasiedlone przez ludzi światy, które znajdują się bliżej
Bistabilnej od nas.
To przyjęcie.
-?Tak, proszę pana. Aktualizujemy nasz nasłuch ich układów. Najbliżej są
trzy piękne planety w układzie gwiezdnym, które w ostatnich stuleciach
otrząsnęły się z barbarzyństwa. Nazywają się teraz "Rozwiniętymi". Nigdy
ich nie odwiedzaliśmy. Według najlepszych przypuszczeń utworzyli
jakiegoś typu tyranię, z rozwiniętą technologią, ale bardzo zamkniętą,
skupioną na sobie.
Starzec prychnął.
-?Nie obchodzi mnie, jak bardzo dranie skupiają się na sobie. Coś
takiego mogłoby... obudzić trupa. Zabierz działa, rakiety i jądrówki,
Sammy. Bardzo, bardzo dużo jądrówek.
-?Tak jest, proszę pana.
Sammy doprowadził wózek staruszka na skraj parkingu. Na swoim
wyświetlaczu widział statki powoli wspinające się po niebie, wciąż
ukryte przed wzrokiem przez najbliższy budynek.
-?Jeszcze czterysta sekund i zobaczy je pan, jak wyłonią się nad tamtym
dachem. -?Wskazał miejsce.
Mężczyzna nie odpowiedział, ale patrzył z grubsza w górę. Na niebie
przesuwał się konwencjonalny ruch lotniczy i promy startujące i lądujące
w porcie kosmicznym Lowcinder. Wieczór był wciąż jasny, ale gołym okiem
widać było kilka satelitów. Na zachodzie mała czerwona kropka migała w sposób znaczący, że jest ikoną na wyświetlaczu Sammy'ego, nie obiektem
fizycznym. To był znacznik gwiazdy Bistabilnej. Sammy wpatrywał się w ten punkt przez chwilę. Nawet w nocy, z dala od świateł Lowcinder,
Bistabilna nie byłaby widoczna, ale przez małą lunetę wyglądała jak
zwykła gwiazda klasy G... Jeszcze. Już za kilka lat będzie ją można
zobaczyć tylko za pomocą najpotężniejszych teleskopów.
Kiedy moja flota tam doleci, będzie ciemna od dwóch stuleci... i będzie
prawie gotowa na kolejne odrodzenie.
Opadł na jedno kolano obok wózka, ignorując przenikające zimno lodowego
błota.
-?Opowiem panu o moich statkach. -?I zaczął opisywać masy, szczegóły
specyfikacji i właścicieli... a przynajmniej ich większość. Niektórych
lepiej było zostawić na inną okazję, gdy staruszek nie będzie miał pod
ręką pistoletu. Cały czas obserwował jego twarz. Nie miał wątpliwości,
że mężczyzna rozumie, co się do niego mówi. Przeklinał głosem bez
wyrazu, rzucając nową obelgę do każdej wymienionej przez Sammy'ego
nazwy. Z wyjątkiem ostatniej...
-?Lisolet? To brzmi jak coś ze Strentmanna.
-?Tak, proszę pana. Moja zastępczyni kapitana floty jest Strentmannką.
-?Ach. -?Pokiwał głową. -?To byli... dobrzy ludzie.
Sammy uśmiechnął się pod nosem. Wylot planowany był za dziesięć lat. To
powinno wystarczyć, by przywrócić mężczyznę do sprawności fizycznej, i może być dość długim czasem, by złagodzić jego szaleństwo. Poklepał ramę
wózka koło ramienia staruszka. Tym razem pana nie opuścimy.
-?Tam wyłania się pierwszy z moich statków. -?Sammy znowu wskazał.
Po sekundzie nad dachem budynku pojawiła się jasna gwiazda, mknąc
statecznie w stronę zmierzchu, odcinając się na tle mroku. Minęło sześć
sekund i w polu widzenia znalazł się drugi statek. Następne sześć sekund
i trzeci. I następny. I następny. I następny. A potem przerwa i w końcu
jeden jaśniejszy od wszystkich pozostałych. Jego statki znajdowały się
na stosunkowo niskiej orbicie parkingowej, cztery tysiące kilometrów nad
powierzchnią. Z tej odległości były tylko punktami światła, drobnymi
klejnotami zawieszonymi o pół stopnia od siebie na niewidocznej nici
rozciągniętej przez niebo. Widok nie był bardziej spektakularny od orbit
parkingowych frachtowców układowych czy jakichś lokalnych orbitalnych
robót budowlanych... chyba że wiedziało się, jak daleką drogę przebyły te
punkciki i jak daleko mogą jeszcze zawędrować. Sammy usłyszał, jak
staruszek wzdycha w zachwycie. On wiedział.
Razem przyglądali się, jak siedem świetlnych kropek sunie powoli po
niebie. Ciszę przerwał Sammy.
-?Widzi pan ten jasny, na końcu? -?Największy klejnot konstelacji. -
Dorównuje największemu statkowi gwiezdnemu, jaki kiedykolwiek zbudowano.
To mój statek flagowy, proszę pana... "Pham Nuwen".
jeden
Sto sześćdziesiąt lat później
Flota Queng Ho przybyła do Bistabilnej jako pierwsza, ale to mogło nie
mieć znaczenia. Przez ostatnie pięćdziesiąt lat podróży obserwowali
smugi z dysz floty Rozwiniętych, hamującej w drodze do tego samego celu.
Byli obcymi spotykającymi się z dala od swoich ojczystych terenów. Nie
było to niczym nowym dla kupców Queng Ho, choć zwykle takie spotkania
nie były traktowane tak niechętnie i opcja handlu była potencjalnie
dostępna. Tutaj... Cóż, czekał tu skarb, choć nie należał do żadnej ze
stron. Unosił się zamrożony, czekając na ograbienie, wykorzystanie lub
rozwinięcie, w zależności od natury zdobywcy. Tak daleko od przyjaciół,
tak daleko od kontekstu społecznego... tak daleko od świadków. W takiej
sytuacji zdrada mogła popłacać i obie strony doskonale o tym wiedziały.
Queng Ho i Rozwinięci -?dwie wyprawy obchodziły się przez wiele dni,
badając zamiary i siłę ognia. Porozumienia ustalano i zmieniano,
przygotowano plany wspólnych lądowań. A jednak Kupcy niewiele
dowiedzieli się o prawdziwych zamiarach Rozwiniętych, więc otrzymane od
nich zaproszenie na kolację zostało przyjęte z ulgą przez niektórych i cichym zgrzytaniem zębów przez innych.
* * *
Trixia Bonsol przechyliła się do niego i obróciła głowę tak, by tylko on
ją usłyszał.
-?No dobrze, Ezr. Jedzenie smakuje normalnie. Może nie próbują nas
zatruć.
-?Jest dostatecznie bez smaku -?odpowiedział cicho i spróbował nie dać
się rozproszyć jej dotykiem.
Trixia Bonsol urodziła się na planecie, była członkiem załogi
specjalistów. Jak u większości Trilandczyków, w jej charakterze kryło
się przesadne zaufanie i lubiła naśmiewać się z "kupieckiej paranoi"
Ezra.
Ezr rozejrzał się wokół stołów. Kapitan floty Park zabrał na bankiet sto
osób, choć bardzo niewielu zbrojmistrzów. Queng Ho siedzieli pośród
niemal równej liczby Rozwiniętych. On i Trixia zajmowali miejsca z dala
od kapitańskiego stołu. Ezr Vinh, praktykant kupiecki, i Trixia Bonsol,
doktor lingwistyki. Zakładał, że Rozwinięci przy ich stole mieli równie
niskie rangi. Według najlepszych szacunków Queng Ho Rozwinięci żyli w ścisłym reżimie autorytarnym, ale Ezr nie widział żadnych oczywistych
oznak rang. Niektórzy z obcych byli skłonni do rozmów, a ich nese był
łatwo zrozumiały, prawie nie różnił się od standardów transmisji. Blady,
mocno zbudowany mężczyzna po jego lewej stronie przez cały posiłek
podtrzymywał luźną rozmowę. Ritser Brughel wydawał się programistą
bojowym, choć nie rozpoznał tego terminu, gdy Ezr go użył. Tryskał wręcz
pomysłami na plany, które mogli wprowadzić w najbliższych latach.
-?Drzewiej robiono już takowe rzeczy, co nie? Dorwać ich, kiejda jeszcze
nie znają technologii... albo jej jeszcze nie odtworzyli -?rzucił Brughel,
skupiając większość wysiłków nie na Ezrze, a na starym Phamie Trinlim.
Brughel najwyraźniej uważał, że jego pozorny wiek wiąże się z jakimś
szczególnym autorytetem, nie zdając sobie sprawy z tego, że starszy
człowiek pośród juniorów musi być prawdziwym przegranym. Ezr nie miał
nic przeciwko byciu ignorowanym, bo dawało mu to okazję do obserwowania
bez przeszkód. Pham Trinli cieszył się z okazywanej uwagi. Jak jeden
programista bojowy z drugim, Trinli próbował obalić wszystkie tezy
blondyna, okazując przy tym głębię pewności siebie, od której Ezr
dostawał zeza.
Jedno trzeba było przyznać Rozwiniętym -?technicznie byli bardzo
kompetentni. Mieli statki z silnikami strumieniowymi szybko latające
między gwiazdami, co stawiało ich w czołówce rozwoju technologicznego. I nie wyglądało na to, żeby była to schyłkowa wiedza. Ich możliwości
przetwarzania sygnałów i komputery były równie dobre jak te Queng Ho, co
wzbudzało nerwowość ludzi kapitana Parka, zajmujących się
bezpieczeństwem w stopniu dużo większym niż zwykłe dążenie Rozwiniętych
do zachowania tajemnicy. Queng Ho trzebili złote ery setek cywilizacji.
W innych okolicznościach kompetencja Rozwiniętych byłaby podstawą do
szczerej satysfakcji kupców.
Byli kompetentni i pracowici. Ezr rozejrzał się poza stołami. Nie żeby
miał się gapić, ale miejsce spotkania robiło wrażenie. "Kabiny
mieszkalne" na statku z silnikiem strumieniowym były generalnie żałosne.
Takie jednostki musiały dysponować solidnym ekranowaniem i względnie
wytrzymałą konstrukcją. Nawet przy ułamku prędkości światła podróże
międzygwiezdne zajmowały lata, a większość tego czasu załoga i pasażerowie spędzali w kriogenicznym śnie. A jednak Rozwinięci
rozmrozili wielu swoich ludzi, zanim zbudowano kwatery mieszkalne.
Wznieśli ten habitat i rozkręcili go w niecałe osiem dni, jeszcze zanim
zakończyli wprowadzać ostateczne korekty orbit. Struktura miała ponad
dwieście metrów średnicy, tworząc częściowy pierścień, a zbudowano ją z materiałów przewiezionych przez dystans dwudziestu lat świetlnych.
Wewnątrz pyszniły się zapowiedzi obfitości. Ogólny efekt był w pewnym
stopniu klasycystyczny, jak wczesne habitaty w układzie słonecznym,
zanim dobrze zrozumiano systemy podtrzymywania życia. Rozwinięci byli
mistrzami tkanin i ceramiki, choć Ezr zgadywał, że mieli niemal zerowe
pojęcie o sztukach biologicznych. Draperie i meble rozmieszczono tak, by
zamaskować krzywiznę podłogi. Powiew z wentylatorów był bezdźwięczny i akurat na tyle silny, by wzbudzać wrażenie nieograniczonej przestrzeni.
Nie było tu żadnych okien ani nawet widoków skorygowanych względem
obrotu. Widoczne ściany pokryte były wyszukanymi, wykonanymi ręcznie
ozdobami. Ich jasne kolory jarzyły się nawet w przyćmionym świetle.
Wiedział, że Trixia chciała im się bliżej przyjrzeć. Twierdziła, że
natywna sztuka jeszcze lepiej od języka ujawnia wewnętrzne serce
kultury.
Vinh obejrzał się na Trixię i uśmiechnął do niej. Ona przejrzy jego
uśmiech, ale może uda mu się oszukać Rozwiniętych. Ezr oddałby wszystko,
by umieć emanować pozorną serdecznością kapitana Parka siedzącego przy
głównym stole i prowadzącego swobodną rozmowę z Tomasem Nau z Rozwiniętych. Można by pomyśleć, że byli szkolnymi kolegami. Vinh
odchylił się na oparcie, wsłuchując się nie tyle w sens, ile w nastawienie.
Nie wszyscy Rozwinięci byli wylewnymi, uśmiechniętymi typami. Na
przykład rudowłosa kobieta przy głównym stole, siedząca zaledwie kilka
miejsc od Tomasa Nau; została przedstawiona, ale Vinh nie pamiętał jej
nazwiska. Poza błyskiem srebrnego naszyjnika kobieta była ubrana bardzo
prosto, wręcz skromnie. Była szczupła, w nieokreślonym wieku. Jej włosy
mogły zostać pofarbowane specjalnie na ten wieczór, ale trudno byłoby
tak przygotować skórę bez żadnych barwników. Była egzotyczną pięknością,
choć trzymała się z pewną nieporadnością i mocno zaciskała usta. Jej
spojrzenie wędrowało wzdłuż stołów, ale równie dobrze mogłaby tu
siedzieć całkiem sama. Vinh zauważył, że gospodarze nie posadzili przy
niej żadnych gości. Trixia często naśmiewała się z Vinha, że jest
wielkim podrywaczem... w swojej wyobraźni. Cóż, ta dziwnie wyglądająca
kobieta mogłaby się pojawić raczej w jego koszmarach niż radosnych
fantazjach.
Siedzący przy głównym stole Tomas Nau wstał. Kelnerzy cofnęli się od
stołów. Wszyscy siedzący przy stołach Rozwinięci uciszyli się, podobnie
jak większość kupców, poza tymi najbardziej zaabsorbowanymi sobą.
-?Czas na toasty za międzygwiezdną przyjaźń -?mruknął Ezr.
Bonsol szturchnęła go łokciem, ostentacyjnie skupiając uwagę na głównym
stole. Zauważył, jak dziewczyna tłumi śmiech, gdy przywódca Rozwiniętych
zaczął bardzo sztampowymi słowami.
-?Przyjaciele, wszyscy jesteśmy bardzo daleko od domów. -?Przesunął ręką
w szerokim geście, który zdawał się obejmować także przestrzeń poza
ścianami sali bankietowej. -?Obie strony popełniły potencjalnie poważne
błędy. Wiedzieliśmy, że ten układ gwiezdny jest niezwykły. -?Wyobraź
sobie gwiazdę tak ekstremalnie zmienną, że praktycznie całkowicie się
wyłącza na dwieście piętnaście lat z każdych dwustu pięćdziesięciu. -
Przez tysiąclecia astrofizycy niejednej cywilizacji próbowali przekonać
swoich władców, by wysłali w to miejsce wyprawę. -?Uśmiechnął się. -
Oczywiście do naszych czasów było to zbyt kosztowne dla krain ludzkości.
A jednak teraz stało się równocześnie celem dwóch ludzkich wypraw. -
Wszędzie wokół stołów pojawiły się uśmiechy i myśl co za fatalny pech.
-?Oczywiście nie doszło do tego bez powodu. W dawnych czasach nie było
prawdziwej potrzeby takiej ekspedycji, a teraz mamy powód: rasę, którą
nazywacie Pająkami. Zaledwie trzecią odkrytą inteligencję pozaludzką. Na
dodatek jest mało prawdopodobne, by w tak ponurym układzie planetarnym
życie rozwinęło się w sposób naturalny. Pająki muszą być potomkami
międzygwiezdnej rasy obcych -?a czegoś takiego ludzkość nie napotkała
jeszcze nigdy. Może to być największy skarb znaleziony kiedykolwiek
przez Queng Ho, tym bardziej że obecna cywilizacja Pająków dopiero
niedawno na nowo odkryła radio. Powinni być równie bezpieczni i ulegli
jak każda upadła cywilizacja Ludzi.
Nau zaśmiał się lekceważąco i zerknął na kapitana Parka.
-?Do niedawna nie zdawałem sobie sprawy, jak nasze silne i słabe strony,
nasze błędy i spostrzeżenia doskonale się uzupełniają. Przybywacie z dużo większej odległości, ale w bardzo szybkich statkach. My mieliśmy
bliżej, ale poświęciliśmy czas na zabranie większych zasobów. Jedna i druga strona większość przewidziała prawidłowo. Sieci teleskopów
obserwowały gwiazdę Bistabilną, od kiedy tylko ludzkość wkroczyła w kosmos. Od stuleci było wiadomo, że wokół gwiazdy krąży planeta o składzie wskazującym na możliwość utrzymania życia. Gdyby Bistabilna
była zwykłą gwiazdą, planeta mogłaby być bardzo przyjemna, a nie
pozostawać zamrożoną kulą śniegową, którą jest przez większość czasu. W układzie Bistabilnej nie było żadnych innych ciał planetarnych, a starożytni astronomowie potwierdzili brak księżyca jedynej znajdującej
się tam planety. Żadnych innych planet typu ziemskiego, gazowych
olbrzymów, asteroid... ani nawet obłoku kometarnego. Przestrzeń wokół
Bistabilnej została wymieciona do czysta. Coś takiego nie było dziwne w pobliżu obiektu o katastrofalnej zmienności, a Bistabilna mogła w przeszłości wybuchać... ale w takim razie jak przetrwała ta jedna planeta?
Była to jedna z tajemnic tego miejsca.
W planach uwzględniono wszystkie znane fakty. Flota kapitana Parka
spędziła krótki czas na miejscu na gorączkowym badaniu systemu i wydobyciu kilku kiloton materiałów lotnych z zamrożonego świata.
Właściwie znaleźli w układzie cztery skały -?będąc w dobrym nastroju,
można by je nazwać asteroidami. Były dziwnymi obiektami: największy miał
około dwóch kilometrów długości, a wszystkie składały się z litego
diamentu. Naukowcy Trilandii niemal się pobili, próbując to wyjaśnić.
Jednak diamentów nie da się jeść, przynajmniej nie na surowo. Bez
zwykłej mieszanki miejscowych substancji lotnych i rud życie floty
mogłoby się stać bardzo niewygodne. Cholerni Rozwinięci byli
równocześnie spóźnieni i mieli szczęście. Najwyraźniej zabrali mniej
specjalistów naukowych i akademickich, wolniejsze statki kosmiczne... ale
bardzo, bardzo dużo sprzętu.
Przywódca Rozwiniętych uśmiechnął się łagodnie i kontynuował.
-?W układzie Bistabilnej jest tylko jedno miejsce, gdzie dostępne są
substancje lotne: na samym świecie Pająków. -?Przesunął wzrokiem po
słuchaczach, zatrzymując spojrzenie na dłużej na gościach. -?Wiem, że to
coś, co niektórzy z was mieli nadzieję opóźnić do czasu, gdy Pająki
znowu staną się aktywne... Jednak przydatność ukrywania się bywa
ograniczona, a moja flota obejmuje ciężkie promy. Dyrektor Reynolt -
aha, tak się nazywa ta ruda! -?zgadza się z waszymi naukowcami, że
miejscowi nie wyszli jeszcze poza swoje prymitywne radionadajniki.
Wszystkie Pająki są teraz zamrożone pod ziemią i pozostaną tam do czasu,
aż Bistabilna znowu zaświeci. -?Za mniej więcej rok. Przyczyna cyklu
Bistabilnej była zagadką, ale przejście z ciemności do światła
powtarzało się w okresie, który nie zmienił się zauważalnie w ciągu
ośmiu tysięcy lat.
Siedzący obok niego przy głównym stole S.J. Park też się uśmiechał,
zapewne równie szczerze jak Tomas Nau. Kapitan floty Park nie był
lubiany w Wydziale Leśnictwa Trilandii, w części dlatego, że ograniczył
czas przygotowań do wylotu do absolutnie niezbędnego minimum, choć nie
było jeszcze żadnych dowodów na istnienie drugiej floty. Park
doprowadził też prawie do spalenia silników podczas opóźnionego
hamowania, by dolecieć jeszcze przed Rozwiniętymi. Mógł się słusznie
cieszyć faktem dotarcia tu jako pierwszy, ale nie zyskał na tym zbyt
wiele: diamentowe skały i mały zapas substancji lotnych. Aż do
pierwszych lądowań nie wiedzieli nawet, jak naprawdę wyglądają obcy. Te
wycieczki, obejmujące grzebanie przy pomnikach i podbieranie ze
śmietnisk, sporo ujawniły... a teraz te informacje muszą zostać
przehandlowane.
-?Już czas nawiązać współpracę -?kontynuował Nau. -?Nie wiem, ile
dotarło do was z rozmów prowadzonych przez nas w ciągu ostatnich dwóch
dni. Z pewnością pojawiły się pogłoski. Szczegóły poznacie już niedługo,
ale kapitan Park, wasz Komitet Handlowy i ja uznaliśmy, że dzisiejszy
wieczór będzie dobrą okazją do przedstawienia naszego wspólnego celu.
Planujemy połączone lądowanie w znacznej sile. Głównym celem będzie
zebranie przynajmniej miliona ton wody i podobnych ilości rud metali.
Mamy promy, które stosunkowo łatwo się z tym uporają. W ramach
dodatkowych celów zostawimy na miejscu ukryte czujniki i spróbujemy
dokonać niewielkich badań dotyczących kultury. Te wyniki i zasoby
zostaną podzielone po równo między naszymi dwiema ekspedycjami. W przestrzeni obie grupy użyją lokalnych skał do ukrycia naszych
habitatów, prawdopodobnie w odległości kilku sekund świetlnych od
Pająków. -?Nau zerknął na kapitana Parka. Czyli niektóre sprawy wciąż
jeszcze były omawiane.
Nau uniósł kieliszek.
-?Tak więc toast. Za zakończenie błędów i nasze wspólne przedsięwzięcie.
Niech w przyszłości zapanuje większe skupienie.
* * *
-?Hej, moja droga, to ja miałem tu być tym z paranoją, pamiętasz?
Myślałem, że mnie pobijesz za te wszystkie paskudne kupieckie
podejrzenia.
Trixia uśmiechnęła się lekko, ale nie odpowiedziała od razu. Przez całą
drogę z bankietu Rozwiniętych była nietypowo milcząca. Wrócili do jej
kabiny w tymczasówce Kupców. Tutaj zwykle najbardziej otwarcie okazywała
swoją szczerą do bólu i uroczą osobowość.
-?Ich habitat zdecydowanie wyglądał miło -?przyznała w końcu.
-?W porównaniu z naszą tymczasówką jest dużo lepszy. -?Ezr poklepał
plastikową ścianę. -?Jak na coś zrobionego z przywiezionych ze sobą
części wyszło im doskonale.
Tymczasówka Queng Ho była niewiele więcej niż olbrzymim, podzielonym na
części balonem. Sala gimnastyczna i sale zebrań miały przyzwoite
rozmiary, ale trudno było to miejsce nazwać eleganckim. Elegancję Kupcy
zostawiali na większe struktury, które mogli wznieść z miejscowych
materiałów. Trixia miała tylko dwa połączone pokoje, łącznie nieco ponad
sto metrów sześciennych. Ściany nie miały zdobień, choć dziewczyna
ciężko pracowała nad dzielonym obrazowaniem: jej rodzice i siostry,
panorama z jakiegoś wielkiego trilandzkiego lasu. Sporą część jej biurka
zapełniały historyczne zdjęcia ze Starej Ziemi sprzed ery kosmicznej.
Były tam dwuwymiarowe zdjęcia pierwszego Londynu i pierwszego Berlina,
zdjęcia koni, samolotów i komisarzy. Właściwie tamte kultury były bardzo
nijakie w porównaniu z ekstremami, jakie rozegrały się w historiach
późniejszych światów. Jednak u zarania dziejów wszystko było odkrywane
po raz pierwszy. Nigdy nie było czasów większych marzeń ani większej
naiwności. Te czasy były specjalnością Ezra, ku przerażeniu jego
rodziców i zdumieniu większości przyjaciół. A jednak Trixia go
rozumiała. Zaranie dziejów było dla niej zapewne tylko hobby, ale
uwielbiała rozmawiać o bardzo, bardzo starych pierwszych razach.
Wiedział, że nigdy nie znajdzie drugiej takiej jak ona.
-?Słuchaj, Trixia, co cię dopadło? Chyba nie ma nic podejrzanego w tym,
że Rozwinięci mają miłe kwatery. Większość wieczoru byłaś zwykłą
nierozgarniętą sobą. -?Nie zareagowała na przytyk. -?Ale potem coś się
zmieniło. Co zauważyłaś?
Odepchnął się od biurka, by podlecieć bliżej miejsca, gdzie siedziała na
ściennej sofie.
-?To... to było kilka drobiazgów i... -?Sięgnęła, by ująć jego dłoń. -
Wiesz, że mam talent do języków. -?Znowu krótki uśmieszek. -?Ich dialekt
Nese jest tak podobny do standardu transmisji, że w oczywisty sposób
rozwinęli się dzięki Sieci Queng Ho.
-?Jasne. To wszystko pasuje do ich twierdzeń. Są młodą kulturą, która
wychodzi z głębokiego upadku.
Czy ja będę jeszcze musiał ich bronić? Oferta Rozwiniętych była
rozsądna, niemal hojna. I z rodzaju tych, przy których każdy dobry
Kupiec od razu zwiększał czujność. Jednak Trixia zobaczyła coś innego,
co ją zaniepokoiło.
-?Tak, ale posiadanie wspólnego języka sprawia, że trudno ukryć wiele
rzeczy. Słyszałam od nich mnóstwo autorytarnych zwrotów... i wcale nie
wydawały się zaszłościami. Rozwinięci przywykli do posiadania ludzi,
Ezr.
-?Masz na myśli niewolników? To wysoko rozwinięta cywilizacja
techniczna, Trixia. Ludzie znający technikę nie są dobrymi niewolnikami.
Bez ich zaangażowanej współpracy wszystko się rozpada.
Niespodziewanie ścisnęła jego rękę, nie gniewnie, nie w zabawie, ale z intensywnością, jakiej jeszcze nigdy u niej nie widział.
-?Tak, tak. Ale nie znamy ich wszystkich perwersji. Wiemy, że grają
ostro. Spędziłam cały wieczór, słuchając tego czerwonawego blondyna
siedzącego obok ciebie i pary po mojej prawej. Słowo "handel" nie
przychodzi im łatwo. Jedyna relacja z Pająkami, jaką sobie wyobrażają,
to wyzysk.
-?Hmm. -?Trixia taka właśnie była. Rzeczy, których w ogóle nie zauważał,
dla niej mogły stanowić wielką różnicę. Czasami wydawały mu się
błahostkami, nawet gdy je wyjaśniła, ale czasem jej wyjaśnienie było
niczym reflektor odsłaniający rzeczy, których sam nie zauważył. -?Nie
wiem, Trixia. Zdajesz sobie sprawę, że Queng Ho mogą brzmieć dość, uch,
arogancko, gdy nie słyszą nas klienci.
Trixia na chwilę odwróciła od niego wzrok i zapatrzyła się na dziwne,
eleganckie pokoje z jej rodzinnego domu na Trilandii.
-?Arogancja Queng Ho wywróciła mój świat do góry nogami, Ezr. Wasz
kapitan Park rozbił drzwi do systemu edukacji, otworzył Leśnictwo... A to
wszystko było tylko skutkiem ubocznym.
-?Nikogo nie zmuszaliśmy...
-?Wiem. Nikogo nie zmuszaliście. Leśnictwo chciało udziału w tej misji,
a waszą ceną za ten udział było dostarczenie pewnych produktów. -
Uśmiechnęła się zimno. -?Nie narzekam, Ezr. Bez arogancji Queng Ho nigdy
nie dopuszczono by mnie do programu wstępnego Leśnictwa. Nie miałabym
doktoratu i nie byłoby mnie tutaj. Wy, Queng Ho, jesteście kanciarzami,
ale też jedną z lepszych rzeczy, która przytrafiła się mojej planecie.
Ezr przebywał w hibernacji aż do ostatniego roku na Trilandii. Szczegóły
dotyczące Klienta nie były dla niego całkiem jasne, a przed dzisiejszym
wieczorem Trixia nie była zbyt chętna, by o nich rozmawiać. Hmm. Tylko
jedna propozycja małżeństwa na megasekundę: obiecał jej, że nie będzie
tego robił częściej, ale... otworzył usta, by powiedzieć...
-?Hej, czekaj! Jeszcze nie skończyłam. Mówię teraz to wszystko, bo muszę
cię przekonać: jest arogancja i arogancja, a ja potrafię zobaczyć
różnicę. Ludzie przy tamtym stole mówili bardziej jak tyrani niż Kupcy.
-?A co z kelnerami? Czy wyglądali na stłamszonych poddanych?
-?Nie... bardziej na pracowników. Wiem, że to się nie składa, ale nie
widzieliśmy wszystkich ludzi Rozwiniętych. Może ofiary kryją się gdzie
indziej. Jednak albo przez przesadną pewność siebie, albo zaślepienie
Tomas Nau rozgłosił ich ból na wszystkich ścianach. -?Popatrzyła
gniewnie, widząc jego pytające spojrzenie. -?Obrazy, do diaska!
Opuszczając salę bankietową, Trixia przeleciała powoli wzdłuż ścian,
oglądając kolejno wszystkie malowidła. Były pięknymi krajobrazami
różnych miejsc na planecie lub w bardzo dużych habitatach. Wszystkie
charakteryzowały się surrealizmem w zakresie oświetlenia i geometrii, a równocześnie precyzją szczegółów poszczególnych źdźbeł trawy.
-?Tych obrazów nie namalowali normalni, szczęśliwi ludzie.
Ezr wzruszył ramionami.
-?Dla mnie wyglądały tak, jakby wszystkie namalowała jedna osoba. Są
bardzo dobre, założę się, że to reprodukcje klasyki, jak krajobrazów
zamkowych z Canberry Denga. -?Kogoś z depresją maniakalną
kontemplującego swą ponurą przyszłość. -?Wielcy artyści często są
nieszczęśliwi.
-?Słowa godne prawdziwego Kupca!
Przykrył jej dłonie swoimi.
-?Nie próbuję się z tobą spierać, Trixia. Aż do tego bankietu to ja
byłem nieufny.
-?I wciąż taki jesteś, prawda? -?Pytanie zostało zadane z dużym
naciskiem, bez śladu rozbawienia.
-?Tak. -?Choć nie aż tak jak Trixia i nie z tych samych powodów. -
Podzielenie się przez Rozwiniętych połową ładunku z ich ciężkich promów
jest trochę zbyt rozsądne. -?Musiały się za tym kryć jakieś ostre targi.
Teoretycznie możliwości intelektualne przywiezionych przez Queng Ho
akademików były warte przynajmniej tyle samo co ciężkie promy, ale ten
znak równości był subtelny i trudny do dowiedzenia. -?Po prostu próbuję
zrozumieć, co zobaczyłaś, a umknęło... No dobrze, przypuśćmy, że sytuacja
jest naprawdę tak groźna, jak ją widzisz. Czy nie sądzisz, że kapitan
Park i Komitet zdają sobie z tego sprawę?
-?To co teraz myślą? Obserwując waszych oficerów w powrotnym wahadłowcu,
odniosłam wrażenie, że ludzie są teraz dość pozytywnie nastawieni do
Rozwiniętych.
-?Cieszą się z dogadania umowy. Nie wiem, co myślą ludzie z Komitetu
Handlowego.
-?Mógłbyś się dowiedzieć, Ezr. Jeśli ten bankiet ich oszukał, możesz
zażądać twardszej postawy. Wiem, wiem: jesteś praktykantem, obowiązują
zasady i zwyczaje, bla, bla, bla. Ale twój Ród jest właścicielem tej
wyprawy!
Ezr skulił się w sobie.
-?Tylko części.
Dziewczyna pierwszy raz poruszyła ten temat. Do tej pory oboje -?a przynajmniej Ezr -?bali się wyraźnego przyznania tej różnicy ich
statusu. Oboje dzielili głęboko zakorzeniony lęk, że to drugie może po
prostu jego/ją wykorzystywać. Rodzice Ezra Vinha i jego dwie ciotki byli
właścicielami około jednej trzeciej wyprawy: dwóch statków
strumieniowych i trzech promów. W sumie rodzina Vinh.23 posiadała
trzydzieści statków rozdzielonych między kilkanaście przedsięwzięć.
Wyprawa na Trilandię była uboczną inwestycją, zasługującą jedynie na
symbolicznego członka Rodu. Za stulecie lub trzy wróci do swojej
rodziny, a wtedy Ezr Vinh będzie starszy o dziesięć lub piętnaście lat.
Cieszył się na to spotkanie, na pokazanie rodzicom, że ich chłopiec
dojrzał. A na razie brakowało mu jeszcze wielu lat do możliwości
wymuszania na innych swojego punktu widzenia.
-?Jest różnica między posiadaniem a zarządzaniem, zwłaszcza w moim
wypadku, Trixia. Gdyby w wyprawie uczestniczyli moi rodzice, to owszem,
mieliby tu dużo do powiedzenia. Ale oni byli już "Tam i z powrotem". Ja
jestem dużo bardziej praktykantem niż właścicielem. -?I zaliczył już
dowodzące tego upokorzenia. Jedno, co można było z pewnością powiedzieć
o właściwej ekspedycji Queng Ho: nie widziało się u nich nepotyzmu,
czasami wręcz przeciwnie.
Trixia milczała przez dłuższą chwilę, pytająco przesuwając spojrzeniem
po twarzy Ezra. Co teraz? Vinh przypomniał sobie ponurą radę ciotki
Filipy na temat kobiet, które przywiązują się do bogatych młodych
Kupców, rozkochują ich w sobie, a potem próbują kierować ich życiem...
albo, co gorsza, kierować interesem Rodu. Ezr miał dziewiętnaście lat,
Trixia Bonsol dwadzieścia pięć. Mogła sądzić, że wolno jej po prostu
żądać. Och, Trixia, proszę, nie.
W końcu się uśmiechnęła, dużo łagodniej niż zwykle.
-?Dobrze, Ezr. Zrób, co musisz, ale... zrób coś dla mnie, dobrze? Zastanów
się nad tym, co powiedziałam. -?Obróciła się, wyciągnęła rękę i łagodnie
pogłaskała go po twarzy. Jej pocałunek był miękki, nieśmiały.
dwa
Bachor czekał w zasadzce przed kajutą Ezra.
-?Hej, Ezr, obserwowałam cię wczoraj wieczorem.
Prawie go to zatrzymało. Ona mówi o bankiecie. Komitet Handlowy
transmitował relację do całej floty.
-?Jasne, Qiwi, widziałaś mnie na wideo. A teraz widzisz mnie na żywo. -
Otworzył drzwi, wleciał do środka. W jakiś sposób Bachor przylepiła się
do niego na tyle blisko, że też się tu znalazła. -?To co tu robisz?
Qiwi była geniuszem w zakresie własnej interpretacji pytań.
-?Za dwa tysiące sekund mamy wspólną zmianę. Pomyślałam, że moglibyśmy
razem pójść do bakteryki, powymieniać się plotkami.
Vinh zanurkował do drugiego pokoju, tym razem zamykając przed nią drzwi.
Przebrał się w odzież roboczą. Oczywiście Bachor wciąż czekał, gdy
stamtąd wyszedł.
Westchnął.
-?Nie mam żadnych plotek. -?Za diabła nie powtórzę tego, co mówiła
Trixia.
Qiwi wyszczerzyła się triumfalnie.
- Ale ja mam. No chodź. -?Otworzyła zewnętrzne drzwi kajuty i wykonała
elegancki przewrót w nieważkości, wylatując na publiczny korytarz. -
Chcę porównać z tobą notatki na temat tego, co tam widziałeś, ale założę
się, że mam dużo więcej. Komitet miał trzy kamery, włącznie z wejściem,
więc widok był lepszy od twojego.
Ruszyła z nim w głąb korytarza, wyjaśniając, jak wiele razy przeglądała
nagrania, i opowiadając o wszystkich ludziach, z którymi plotkowała od
tamtej pory.
Vinh pierwszy raz spotkał Qiwi Lin Lisolet jeszcze podczas przygotowań
do wylotu, w przestrzeni Trilandii. Była ośmioletnią kupką czystej
okropności, która z jakiegoś powodu właśnie jego wybrała za cel swojej
uwagi. Po posiłku albo sesji szkoleniowej zakradała się za niego i waliła go w ramię, a im bardziej się złościł, tym większą sprawiało jej
to przyjemność. Jeden solidny cios w odpowiedzi zdecydowanie zmieniłby
jej podejście, ale nie można przecież bić ośmiolatki. Miała o dziewięć
lat za mało do obowiązującego minimum wieku członków załogi. Miejsce dla
dzieci było przed podróżami albo po nich, a nie w załogach, zwłaszcza
kierujących się w bardzo izolowane miejsca. Jednak matka Qiwi była
właścicielką dwudziestu procent wyprawy... Ród Lisolet.17 był prawdziwie
matriarchalny, wywodził się ze Strentmanna, daleko w przestrzeni Queng
Ho. Mieli dziwny wygląd i dziwne zwyczaje. Musiało zostać złamanych
mnóstwo zasad, ale w końcu mała Qiwi stała się członkinią załogi. W podróży spędziła więcej lat obudzona niż ktokolwiek poza załogą Wachty.
Między gwiazdami upłynęła duża część jej życia, w towarzystwie
nielicznych dorosłych, często nawet bez rodziców. Sama ta myśl
wystarczała, by wystudzić dużą część irytacji Vinha. Biedne maleństwo.
Choć już wcale nie była taka mała. Qiwi musiała mieć czternaście lat, a teraz jej ataki fizyczne zostały w dużym stopniu zastąpione atakami
słownymi, co było dobrą zmianą, biorąc pod uwagę dostosowaną do
wysokiego ciążenia budowę fizyczną Strentmannczyków.
Teraz oboje sunęli przez główną oś tymczasówki.
-?Cześć, Raji, jak interesy?
Qiwi witała się i uśmiechała do co drugiego mijanego członka załogi. W ciągu megasekund przed przybyciem Rozwiniętych kapitan Park rozmroził
prawie połowę załogi floty, co wystarczyło do obsługi wszystkich
pojazdów i całej broni, z zapasem na wszelki wypadek. Tysiąc pięćset
osób nie byłoby niczym więcej niż dużą imprezą w tymczasówce jego
rodziców, ale tutaj generowało tłok, choć wielu podczas swoich zmian
przebywało na pokładzie statków. Przy takiej liczbie ludzi zaczynało się
naprawdę zauważać, że pomieszczenia mieszkalne są tymczasowe i że co
chwila nadmuchiwane są nowe przedziały. Główna oś była zaledwie punktem
styku czterech bardzo dużych balonów. Powierzchnie falowały czasami, gdy
cztery lub pięć osób musiało się minąć równocześnie.
-?Nie ufam Rozwiniętym, Ezr. Po tych wszystkich przemowach o hojności z radością poderżną nam gardła.
Vinh burknął z irytacją.
-?To czemu się tyle szczerzysz?
Przelecieli wzdłuż przezroczystego odcinka materiału, prawdziwego okna,
nie tapety. Z drugiej strony znajdował się park tymczasówki. Tak
naprawdę nie był o wiele obszerniejszy od dużego bonsai, ale zapewne
mieścił więcej wolnej przestrzeni i żywych organizmów, niż znajdowało
się w całym sterylnym habitacie Rozwiniętych. Qiwi odwróciła do niego
głowę i przez krótką chwilę milczała. Żywe rośliny i zwierzęta były
chyba jedynym, co potrafiło ją skłonić do ciszy. Jej ojciec był
inżynierem podtrzymywania życia floty... oraz artystą bonsai znanym w całej przestrzeni Queng Ho.
Potem dziewczyna gwałtownie wróciła do chwili obecnej. Na jej usta
wypłynął wyniosły uśmiech.
-?Ponieważ jesteśmy Queng Ho, jeśli choć na chwilę sobie o tym
przypomnimy! Mamy nad tymi nuworyszami przewagę tysięcy lat
przebiegłości. "Rozwinięci", niech mnie w łokieć całują. Osiągnęli to,
co mają, dzięki słuchaniu publicznej Sieci Queng Ho. Bez Sieci wciąż
pomieszkiwaliby we własnych ruinach.
Korytarz zwęził się i wykrzywił w rożek. Dobiegające z tyłu i z góry
odgłosy załogi zrobiły się przytłumione przez tkaninę. Dotarli do
najbardziej wewnętrznego pęcherza tymczasówki. Poza dźwigarami i generatorami była to jedyna absolutnie niezbędna część tymczasówki: jama
bakteryki.
Służba tutaj była nieprzyjemna i najbardziej podstawowa z możliwych,
polegała na czyszczeniu filtrów bakteryjnych pod sadzawkami
hydroponicznymi. Tu, w dole, rośliny nie pachniały przyjemnie. Właściwie
o ich dobrym stanie zdrowia świadczył idealny smród zgnilizny. Większość
prac mogła zostać wykonana przez maszyny, ale czasami konieczne było
podejmowanie decyzji wykraczających poza możliwości najlepszej
automatyki, a nikt nawet nie zawracał sobie głowy opracowywaniem
zdalnych urządzeń. Na pewien sposób było to bardzo odpowiedzialne
zadanie. Wystarczyła jedna głupia pomyłka, a szczep bakterii mógł
przedostać się przez błonę do górnych zbiorników. Jedzenie smakowałoby
jak wymiociny, a woń mogła dotrzeć do systemów wentylacji. Jednak nawet
najgorszy błąd prawdopodobnie nikogo by nie zabił -?na statkach
strumieniowych wciąż istniały bakteryki, wszystkie trzymane w ścisłej
wzajemnej izolacji.
To było miejsce do nauki, idealne według norm surowych nauczycieli:
praca była wymagająca intelektualnie i nieprzyjemna fizycznie, a każdy
błąd mógł doprowadzić do wstydu, którego bardzo trudno byłoby się
pozbyć.
Qiwi zapisała się tu na dodatkową służbę. Twierdziła, że kocha to
miejsce.
-?Tata mówi, że trzeba zacząć od najmniejszych żyjątek, zanim będzie
można się zająć większymi organizmami. -?Była chodzącą encyklopedią
bakterii, ich powiązanych szlaków metabolicznych, ściekowych bukietów
odpowiadających różnym kombinacjom i charakterystyk szczepów, którym
zaszkodziłby kontakt z ludźmi (szczęśliwcami, którzy nigdy nie poczuliby
ich woni).
W ciągu pierwszego tysiąca sekund Ezr o mało co nie popełnił dwóch
błędów. Oczywiście się na nich złapał, ale Qiwi zauważyła. Normalnie
dręczyłaby go bez ustanku z powodu błędów, ale dzisiaj pochłaniały ją
plany dotyczące Rozwiniętych.
-?Wiesz, czemu nie przywieźliśmy żadnych ciężkich promów?
Ich dwa największe lądowniki mogły przewieźć z powierzchni na orbitę
tylko tysiąc ton. Mając dość czasu, zebraliby wszystkie potrzebne im
materiały lotne, ale oczywiście przybycie Rozwiniętych właśnie tego
czasu ich pozbawiło. Ezr wzruszył ramionami i nie oderwał wzroku od
pobieranej właśnie próbki.
-?Znam plotki.
-?Ha. Ja nie potrzebuję plotek. I sam doszedłbyś do prawdy, gdybyś
trochę policzył. Kapitan floty Park domyślił się, że możemy mieć
towarzystwo. Zabrał ze sobą minimalną liczbę lądowników i habitatów, ale
za to sprowadził mnóstwo dział i atomówek.
-?Może. -?Z pewnością.
-?Problem w tym, że cholerni Rozwinięci są na tyle blisko, że zabrali
dużo więcej materiału, a i tak dotarli tu zaraz po nas.
Ezr nie odpowiedział, ale to nie miało znaczenia.
-?W każdym razie słuchałam plotek. Musimy być naprawdę bardzo, bardzo
ostrożni. -?I zajęła się omawianiem taktyk wojskowych oraz spekulacji
dotyczących systemów uzbrojenia Rozwiniętych.
Matka Qiwi była zastępczynią kapitana floty, ale również
zbrojmistrzynią. Zbrojmistrzynią Strentmannką. Większość czasu
spędzonego przez Bachora w locie poświęcono na matematykę, trajektorie i inżynierię. Bakteryka i bonsai wynikały z wpływów ojca. Potrafiła
oscylować między krwiożerczą wojowniczką, przebiegłą Kupczynią i artystką bonsai, a wszystko w ciągu paru sekund. Jak jej rodzicom w ogóle przyszło do głowy, żeby się pobrać? I jakie samotne, pokręcone
dziecko sprowadzili na świat.
-?Tak więc moglibyśmy pokonać Rozwiniętych w uczciwej walce -
oświadczyła Qiwi. -?A oni o tym wiedzą. To dlatego są tacy mili. Musimy
teraz tylko odpowiednio ich wykorzystać, bo potrzebujemy ich ciężkich
promów, a potem, jeśli dotrzymają umowy, oni się wzbogacą, ale my
jeszcze bardziej. Te błazny nie potrafiłyby sprzedać powietrza
tymczasówce bez zbiorników. Jeśli wszystko rozegra się uczciwie,
wyjdziemy z tej operacji, mając nad nią kontrolę.
Ezr zakończył sekwencję i pobrał kolejną próbkę.
-?Cóż -?skomentował -?Trixia uważa, że oni wcale nie patrzą na to jak na
interakcje handlowe.
-?Hm. -?Zabawne, jak Qiwi obrażała niemal wszystko, co miało związek z Vinhem... z wyjątkiem Trixii. Przeważnie ją ignorowała. Dziewczyna zrobiła
się nietypowo cicha. Na prawie sekundę. -?Myślę, że twoja przyjaciółka
ma rację. Słuchaj, Vinh, naprawdę nie powinnam ci tego mówić, ale w Komitecie Handlowym doszło do poważnego podziału. -?O ile jej matka nie
mówiła przez sen, to musiały być wymysły. -?Zgaduję, że w Komitecie są
jacyś durnie, widzący w tym wyłącznie negocjacje biznesowe, w których
każda strona wkłada szczery wysiłek we wspólne dzieło, i oczywiście to
my mamy najlepszych negocjatorów. Nie rozumieją, że jeśli zginiemy, nie
będzie miało znaczenia, że druga strona dozna strat. Musimy przez to
przejść i być gotowi na pułapkę.
Na swój własny, krwawy sposób Qiwi brzmiała dość podobnie do Trixii.
-?Mama nie powiedziała tego wprost, ale mogło dojść do impasu. -
Zerknęła na niego z ukosa jak dziecko bawiące się w spisek. -?Jesteś
właścicielem, Ezr. Mógłbyś porozmawiać z...
-?Qiwi!
-?Jasne, jasne. Niczego nie mówiłam. Nic nie powiedziałam!
Dała mu spokój na jakieś sto sekund czy coś koło tego, a potem zaczęła
opowiadać o swoich planach zarobienia na Rozwiniętych, "jeśli przeżyjemy
kilka następnych megasekund". Gdyby nie istniały planeta Pająków i gwiazda Bistabilna, Rozwinięci staliby się odkryciem stulecia w tej
części terytorium Queng Ho. Z obserwacji działań ich floty jednoznacznie
wynikało, że wyjątkowo dobrze radzą sobie z automatyką i planowaniem
systemów. Choć równocześnie ich statki kosmiczne były o połowę
wolniejsze od tych Queng Ho, a nauki biologiczne w równym stopniu
pozostawały w tyle. Qiwi miała sto pomysłów na obrócenie całej sytuacji
w zysk.
Ezr pozwolił, by jej słowa po nim spływały, ledwie słyszane. Kiedy
indziej mógłby się zatracić w skupieniu na pracy, którą się zajmował,
ale podczas tej zmiany nie było na to szans. Realizacja planów
obejmujących dwa stulecia sprowadzała się teraz do kilku krytycznych
kilosekund i po raz pierwszy zaczął się zastanawiać nad działaniami
kierownictwa floty. Trixia była outsiderką, jednak genialną i mającą
inny punkt widzenia niż urodzeni Kupcy. Bachor była bystra, choć zwykle
jej opinie były bezwartościowe. Tym razem... może mama faktycznie ją do
tego podpuściła. Perspektywa Kiry Pen Lisolet została ukształtowana
bardzo daleko, tak jak to tylko możliwe w granicach terenów Queng Ho, i mogła uważać, że nastoletni praktykant może wpłynąć na sytuację tylko
dlatego, że pochodzi z Rodu właścicieli. Szlag.
Zmiana mijała bez dalszych głębszych myśli. Skończy ją za tysiąc pięćset
sekund. Jeśli odpuści sobie lunch, będzie miał czas się przebrać... i poprosić o spotkanie z kapitanem Parkiem. W ciągu dwóch subiektywnych
lat, gdy uczestniczył w wyprawie, nigdy nie próbował wykorzystywać
powiązań rodziny. I w czym tak naprawdę mogę teraz pomóc? Czy
faktycznie mogę przełamać impas? Zamartwiał się tym problemem aż do
końca zmiany. Wciąż nad tym myślał, zdejmując kombinezon do pracy w bakteryce... i dzwoniąc do kapitańskiego sekretarza.
Uśmiech Qiwi był wyjątkowo bezczelny.
-?Powiedz im prosto z mostu, Vinh. To musi być operacja bojowa.
Gestem kazał się jej uciszyć, a potem zauważył, że jego połączenie nie
zostało odebrane. Zablokowane? Ezr przez moment poczuł falę ulgi, a potem zauważył, że wyprzedził go przychodzący rozkaz... z biura kapitana
Parka. "Zgłosić się o 5.20.00 w sali planowania kapitana floty...". Jak
brzmiało to starożytne przekleństwo o spełnianiu życzeń? Gdy wspinał się
do śluz wahadłowców tymczasówki, myśli Ezra Vinha były mocno zmieszane.
Qiwi Lin Lisolet nie było już nigdzie na widoku: dziewczyna nie była
taka głupia.
* * *
Wcale nie spotkał się z jakimś oficerem sztabowym. Ezr zjawił się w sali
planowania kapitana floty na pokładzie QHS "Pham Nuwen" i zastał tam
kapitana floty... oraz cały Komitet Handlowy wyprawy. Nie wyglądali na
zadowolonych. Vinh zdołał tylko rzucić ukradkowe spojrzenie, zanim
stanął na baczność przy słupku zakotwiczającym. Kątem oka szybko
policzył zebranych. Tak, byli tu wszyscy. Wisieli wokół stołu
konferencyjnego sali, a ich spojrzenia wcale nie wyglądały przyjaźnie.
Park przyjął sztywną pozycję Ezra szorstkim machnięciem dłoni.
-?Spocznij, praktykancie.
Trzysta lat temu, gdy Ezr miał pięć lat, kapitan Park odwiedził rodzinną
tymczasówkę Vinhów w przestrzeni Canberry. Jego rodzice potraktowali go
po królewsku, choć nie był nawet starszym kapitanem. Ezr zapamiętał
głównie parkowe prezenty od kogoś, kto wydawał się szczerze przyjazny.
Przy następnym spotkaniu Vinh był siedemnastoletnim przyszłym
praktykantem, a Park zajmował się wyposażaniem floty lecącej na
Trilandię. Co za różnica. Od tamtej pory wymienili może w sumie sto
słów, i to tylko przy formalnych okazjach. Ezr bardzo cieszył się z tej
anonimowości, a w tej chwili oddałby za nią niemal wszystko.
Kapitan Park wyglądał tak, jakby właśnie ugryzł coś bardzo kwaśnego.
Rozejrzał się po członkach Komitetu Handlowego, a Vinh zaczął się nagle
zastanawiać, na kogo właściwie się tak złości.
-?Młody Vi... praktykancie Vinh. Mamy tu... nietypową sytuację. Znasz
delikatność sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się po przybyciu
Rozwiniętych. -?Kapitan nie wyglądał tak, jakby spodziewał się
odpowiedzi, i "tak jest" Ezra zgasło, zanim dotarło do jego ust. -?W tej
chwili możliwych jest kilka sposobów postępowania. -?Znowu rzut oka na
członków Komitetu.
Ezr zrozumiał wreszcie, że Qiwi Lisolet wcale nie opowiadała kompletnych
bzdur. Kapitan floty miał bezwzględną władzę w sytuacjach taktycznych i w zwykłych warunkach prawo weta w kwestiach strategicznych, ale w przypadku istotnych zmian celów wyprawy był na łasce swojego Komitetu
Handlowego. A w tym wypadku coś poszło nie tak. To nie był zwykły pat -
w takich sytuacjach kapitanowie floty mieli decydujący głos. Nie, ten
impas musiał ocierać się o bunt klasy kierowniczej. Nauczyciele w szkole
wspominali o takich sytuacjach, mówiąc, że gdyby kiedyś do tego doszło,
to potencjalnie młodszy właściciel mógł zyskać głos w procesie
decyzyjnym. Stając się kimś w rodzaju kozła ofiarnego.
-?Pierwsza możliwość -?kontynuował kapitan Park, ignorując ponure
wnioski przemykające przez głowę Vinha. -?Zgodzimy się na grę
proponowaną przez Rozwiniętych. Wspólne operacje. Wspólna kontrola nad
wszystkimi pojazdami w nadchodzącej misji na planecie.
Ezr przyjrzał się członkom Komitetu. Kira Pen Lisolet siedziała obok
kapitana floty, ubrana w zielony mundur rodu Lisoletów. Była niemal
równie drobna jak Qiwi, z poważnymi i skupionymi rysami twarzy. Jednak
emanowało z niej wrażenie czystej fizycznej siły. Typ ciała
Strentmannczyków był ekstremalny nawet według standardów różnorodności
Queng Ho. Niektórzy Kupcy czerpali dumę z ukrywania swoich uczuć, ale
nie Kira Pen Lisolet. Kira Lisolet faktycznie odczuwała odrazę do
pierwszej "możliwości" Parka w stopniu, w jakim twierdziła Qiwi.
Ezr skupił uwagę na innej znajomej twarzy. Sum Dotran. Komitety
kierownicze stanowiły elitę. Nie znalazło się w nich wielu aktywnych
właścicieli, większość członków było zawodowymi planistami pracującymi
na udziały, które pozwoliłyby im posiadać własne statki. Do tego
niewiele było tam osób w bardzo podeszłym wieku. Większość tych naprawdę
starych było doskonałymi ekspertami, szczerze preferującymi zarządzanie
nad jakąś formę własności. Sum Dotran był jedną z takich osób. Kiedyś
pracował nawet dla rodziny Vinh. Ezr domyślał się, że on także
sprzeciwiał się pierwszej "możliwości" Parka.
-?Druga możliwość: osobne struktury kontrolne, bez lądowań z mieszanymi
załogami. Ujawnimy się Pająkom najszybciej, jak będzie to praktyczne.
I niech Bóg Handlu zdecyduje, kto będzie wielkim zwycięzcą, a kto
przegranym. Gdy do gry dołączy trzeci gracz, potencjalna przewaga
prostej zdrady powinna się zmniejszyć. W ciągu kilku lat ich stosunki z Rozwiniętymi powinny osiągnąć stosunkowo zwykły poziom konkurencyjności.
Oczywiście Rozwinięci mogą uznać jednostronny kontakt za akt zdrady. Ich
pech. Vinh miał wrażenie, że to podejście popierała przynajmniej połowa
Komitetu... ale nie Sum Dotran. Staruszek poruszył lekko głową w stronę
Vinha, jednoznacznie wyrażając swoją opinię.
-?Trzecia możliwość: pakujemy nasze tymczasówki i wracamy na Trilandię.
Oszołomiony wyraz twarzy Vinha musiał być oczywisty. Sum Dotran dołożył
uzasadnienie.
-?Młody Vinhu, kapitan chce powiedzieć, że druga strona ma przewagę
liczebną, prawdopodobnie także w zakresie siły ognia. Nikt z nas nie ufa
tym Rozwiniętym, a jeśli zwrócą się przeciw nam, nie będzie ucieczki.
Zbyt duże ryzyko...
Kira Pen Lisolet walnęła w stół.
-?Protestuję! To spotkanie w ogóle jest absurdalne. Co gorsza, widzimy
teraz jasno, że Sum Dotran po prostu wykorzystuje je, by wymusić własne
poglądy. -?To by było tyle, jeśli chodzi o jego teorię, że Qiwi działa w imieniu swojej mamy.
-?Oboje zakłócacie porządek! -?Kapitan Park urwał na chwilę, wpatrując
się w Komitet. -?Czwarta możliwość: wykonamy uderzenie wyprzedzające na
flotę Rozwiniętych i zdobędziemy układ dla siebie.
-?Podejmiemy próbę zdobycia go -?skorygował Dotran.
-?Protestuję! -?Znowu Kira Pen Lisolet. Machnęła ręką, przywołując
współdzielone obrazy. -?Atak wyprzedzający to jedyny pewny sposób
postępowania.
Obraz Lisolet nie prezentował gwiazd ani teleskopowego widoku planety
Pająków. Nie zawierał też wykresów organizacyjnych czy rozkładów
czasowych, tak często pochłaniających uwagę planistów. W tym wypadku
było to coś przypominającego planetarne schematy floty, prezentujące
pozycje i wektory obu flot względem siebie, planety Pająków i gwiazdy
Bistabilnej. Obrysy wykreślały przyszłe pozycje w odpowiednich układach
współrzędnych. Diamentowe skały również zostały oznaczone. Były tam też
inne znaczniki, taktyczne symbole wojskowe, prezentujące gigatony,
rakiety i środki wojny elektronicznej.
Ezr zapatrzył się na obrazy i spróbował sobie przypomnieć zajęcia z wojskowości. Plotki dotyczące tajnego ładunku kapitana Parka okazały się
prawdą. Wyprawa Queng Ho miała zęby -?dłuższe i ostrzejsze niż
jakakolwiek zwykła flota handlowa. Zbrojmistrze Queng Ho mieli też
trochę czasu na przygotowania i wyraźnie go wykorzystali, nawet jeśli
układ Bistabilnej był pusty ponad wszelką przyzwoitość, bez dobrych
miejsc na przygotowanie zasadzek i ukrycie rezerw.
Z drugiej strony Rozwinięci: symbole wojskowe zbierały się wokół ich
statków niewyraźną mgiełką prawdopodobieństw ocen. Automatyka
Rozwiniętych była dziwna, zapewne przewyższając tę Queng Ho. Rozwinięci
mieli dwukrotnie większy tonaż brutto i wedle najlepszych przewidywań
dysponowali proporcjonalnie większą ilością uzbrojenia.
Ezr z powrotem skupił uwagę na zebraniu. Kto poza Kirą Lisolet
preferował niespodziewany atak? Ezr spędził sporą część dzieciństwa,
studiując Strategie, jednak zawsze uczono go, że wielkie zdrady były
oznakami szaleństwa lub czystego zła, a nie działaniami podejmowanymi
kiedykolwiek przez szanujących się Queng Ho. Uczestniczenie w zebraniu
Komitetu Handlowego rozważającego morderstwo było czymś... co zostanie z nim na dłużej.
Cisza przedłużała się niezręcznie. Czy oni oczekiwali, że coś powie? W końcu odezwał się kapitan Park.
-?Zapewne domyśliłeś się, praktykancie Vinh, że doszło do impasu. Nie
masz tu głosu, nie masz doświadczenia ani szczegółowej znajomości
sytuacji. Nie chcąc cię obrażać, muszę powiedzieć, że czuję zawstydzenie
z powodu samego faktu ściągnięcia cię na to zebranie. Jednak jesteś
jedynym członkiem załogi będącym równocześnie właścicielem dwóch naszych
statków. Jeśli masz jakąś radę, której mógłbyś nam udzielić w zakresie
dostępnych opcji, to... z przyjemnością... jej wysłucham.
Praktykant Ezr Vinh mógł być bardzo małym pionkiem, teraz jednak znalazł
się w samym centrum uwagi i co takiego miał do powiedzenia? W jego
głowie wirował milion pytań. W szkole wpajano mu szybkie podejmowanie
decyzji, ale nawet wtedy dostawał więcej informacji niż dzisiaj.
Oczywiście ci ludzie nie byli zbytnio zainteresowani jego dogłębną
analizą. W jego głowie zrodziła się myśl, która prawie wybiła go z obezwładniającej paniki.
-?Czt... cztery możliwości, kapitanie floty? Czy istnieją jeszcze jakieś
pomniejsze, które nie dotrwały do etapu tego zebrania?
-?Żadna, która uzyskałaby poparcie z mojej strony lub Komitetu.
-?Hm. Rozmawiał pan z Rozwiniętymi więcej niż ktokolwiek inny. Co myśli
pan o ich przywódcy, Tomasie Nau? -?Było to jedno z pytań, nad którym
zastanawiali się razem z Trixią. Ezrowi nawet nie przyszło do głowy, że
będzie mógł osobiście zadać je samemu kapitanowi floty.
Park mocniej zacisnął usta i przez chwilę Ezr spodziewał się wybuchu. A potem kapitan kiwnął głową.
-?Jest błyskotliwy. Jego znajomość kwestii technicznych wydaje się słaba
w porównaniu z kapitanami flot Queng Ho. Głęboko studiował Strategie,
choć niekonieczne te same, co my... Reszta to zgadywanki i intuicja, choć
sądzę, że tutaj zgodzi się ze mną większość członków Komitetu: nie
zaufałbym Tomasowi Nau w żadnej umowie handlowej. Sądzę, że dopuściłby
się wielkiej zdrady, gdyby tylko przyniosłaby mu choć nieznaczne
korzyści. Jest bardzo gładkim i sprawnym kłamcą, który w najmniejszym
stopniu nie ceni powracających klientów.
W zasadzie było to najbardziej potępiające stwierdzenie, jakie Queng Ho
mogli wyrazić na temat innej istoty żywej. Ezr domyślił się nagle, że
kapitan Park musi być jedną z osób popierających atak z zaskoczenia.
Spojrzał na Suma Dotrana, a potem z powrotem na Parka. Dwie osoby, do
których miał największe zaufanie, znajdowały się na przeciwnych
biegunach! Boże, przecież ja jestem tylko praktykantem!
Ezr zdławił wewnętrzny jęk. Zawahał się na moment, naprawdę
zastanawiając się nad tą sprawą.
-?Biorąc pod uwagę pańską ocenę, zdecydowanie sprzeciwiam się pierwszej
opcji, czyli wspólnym działaniom. Ale... nie jestem też zwolennikiem ataku
z zaskoczenia, ponieważ...
-?Doskonała decyzja, chłopcze -?przerwał mu Sum Dotran.
-?...ponieważ to coś, w czym Queng Ho mają niewiele doświadczenia,
niezależnie od tego, jak głęboko studiowaliśmy ten temat.
To pozostawiało dwie możliwości: przyjęcie strat i ucieczkę lub
pozostanie i minimalną współpracę z Rozwiniętymi, a następnie ujawnienie
się Pająkom przy pierwszej sposobności. Nawet jeśli ucieczka była
obiektywnie uzasadniona, uczyniłaby z wyprawy beznadziejną porażkę.
Biorąc pod uwagę ich zapasy paliwa, musiałaby też być wyjątkowo powolna.
Zaledwie milion kilometrów stąd czekała największa zagadka -
potencjalnie też skarb -?znana w tej części Przestrzeni Ludzi. Pokonali
pięćdziesiąt lat świetlnych, by znaleźć się tak blisko. Wielkie ryzyko,
wielka nagroda.
-?Wycofanie się teraz oznaczałoby zbyt wielkie straty. Jednak obecnie,
do czasu, aż zrobi się naprawdę bezpiecznie, wszyscy musimy myśleć jak
zbrojmistrze. -?W końcu Queng Ho mieli swoje legendy o wojownikach: Pham
Nuwen wygrał niejedną bitwę. -?Su... sugeruję pozostanie.
Cisza. Ezr odniósł wrażenie, że na większości twarzy odmalowała się
ulga. Zastępczyni kapitana floty Lisolet przybrała ponury wyraz twarzy.
Sum Dotran nie był tak opanowany.
-?Ależ, proszę, mój chłopcze. Zastanów się. Twoja rodzina ryzykuje tu
dwa statki. To żaden wstyd wycofać się w obliczu prawdopodobnej utraty
wszystkiego. To objaw mądrości. Rozwinięci są po prostu zbyt
niebezpieczni, aby...
Park przedryfował ze swojego miejsca przy stole, wyciągając potężne
ręce. Delikatnie położył dłoń na ramieniu Suma Dotrana, a potem odezwał
się łagodnym głosem:
-?Przykro mi, Sum. Zrobiłeś, co mogłeś. Zmusiłeś nas nawet do
wysłuchania młodego właściciela. Teraz już czas... dla nas wszystkich... na
porozumienie i wykonanie decyzji.
Twarz Dotrana wykrzywiła się we frustracji i strachu. Utrzymał ją tak
przez chwilę chwiejnego skupienia, a potem głośno wypuścił powietrze
przez zęby. Nagle wydał się bardzo stary i zmęczony.
-?Słusznie, kapitanie.
Park wrócił na swoje miejsce przy stole i posłał Ezrowi beznamiętne
spojrzenie.
-?Dziękujemy za opinię, praktykancie Vinh. Spodziewam się, że zachowasz
poufność tego spotkania.
-?Tak jest, sir. -?Ezr się wyprostował.
-?Możesz odejść.
Za jego plecami otworzyły się drzwi. Ezr odepchnął się od słupka. Kiedy
szybował przez drzwi, kapitan Park zaczął już rozmawiać z członkami
Komitetu.
-?Kira, zastanów się nad umieszczeniem uzbrojenia na wszystkich
szalupach. Być może uda się nam zasugerować Rozwiniętym, że próba
porwania współpracujących jednostek będzie bardzo niebezpieczna. Ja...
Drzwi zamknęły się, odcinając resztę. Ezra ogarnęła fala ulgi z silnymi
dreszczami. Pierwszy raz uczestniczył w podejmowaniu decyzji dotyczącej
całej floty, jakieś czterdzieści lat przed swoim czasem. To nie było
przyjemne.
trzy
Planeta Pająków -?przez niektórych nazywana Arachną -?miała średnicę
dwunastu tysięcy kilometrów i ciążenie na powierzchni równe 0,95 g. Jej
wnętrze było niezróżnicowane i skaliste, ale powierzchnię pokrywało
całkiem sporo substancji lotnych w postaci oceanów i przyjaznej
atmosfery. Tylko jedno uniemożliwiało jej wyglądanie jak rajski świat
typu ziemskiego: brak światła słonecznego.
Minęło ponad dwieście lat, od kiedy słońce planety, gwiazda Bistabilna,
weszła w stan wyłączenia. Przez ponad dwieście lat światło rzucane przez
nią na Arachnę było niewiele jaśniejsze niż dobiegające z odległych
gwiazd.
Lądownik Ezra przemknął po łuku nad czymś, co w cieplejszych czasach
było sporym archipelagiem. Główny cel znajdował się po drugiej stronie
planety, gdzie załogi ciężkich promów wycinały i wynosiły w przestrzeń
kilka milionów ton oceanicznego szelfu i zamrożonej wody. To nie miało
znaczenia, Ezr widywał już roboty inżynieryjne prowadzone na wielką
skalę. Ten znacznie mniejszy lądownik może osiągnąć coś znacznie
istotniejszego.
Dzielone obrazowanie w kabinie pasażerskiej prezentowało naturalny
widok. Przemykające bezgłośnie w dole lądy były w odcieniach szarości,
czasami z lekko lśniącymi plamami bieli. Może to tylko efekt wyobraźni,
ale Ezr miał wrażenie, że widzi słabe cienie rzucane przez Bistabilną.
Tworzyły trójwymiarowy obraz topografii górskich grani i szczytów, bieli
zsuwającej się w ciemne otchłanie. Wydawało mu się, że dostrzega
koncentryczne łuki obrysowujące dalsze szczyty: czyżby efekt naporu
oceanu zamarzającego wokół skał?
-?Hej, wyświetl przynajmniej siatkę pomiaru wysokości. -?Nad jego
ramieniem zabrzmiał głos Benny'ego Wena, a na krajobrazie pojawiły się
delikatne czerwonawe obrysy. Siatka dość dobrze potwierdziła jego
intuicyjne wrażenia dotyczące cieni i śniegu.
Ezr machnięciem ręki pozbył się czerwonych linii.
-?Gdy gwiazda świeci, tam w dole są miliony Pająków. Można by pomyśleć,
że będzie widać jakieś ślady cywilizacji.
-?Czego spodziewasz się, oglądając widok bez wspomagania? -?odpowiedział
Benny. -?Większość tego, co wystaje, to górskie szczyty. A wszystko
niżej pokryte jest metrami śniegu azotowo-tlenowego.
Pełna atmosfera typu ziemskiego mogła zamarznąć do około dziesięciu
metrów śniegu, przy założeniu, że był równomiernie rozłożony. Wiele z najbardziej prawdopodobnych lokalizacji miast -?zatoki, zbiegi rzek -
pokryte było dziesiątkami metrów zimnej substancji. Wszystkie
wcześniejsze miejsca lądowań znajdowały się stosunkowo wysoko, zapewne w osiedlach górniczych lub prostych osadach. Dopiero tuż przed przybiciem
Rozwiniętych zrozumiano właściwie ich bieżący cel.
W dole przemykały ciemne lądy. Były tam nawet obiekty wyglądające na
jęzory lodowców. Ezr zaczął się zastanawiać, jak mogły mieć czas na
powstanie. Może to lodowce z zamarzniętego powietrza?
-?Boże wszelkiego handlu, spójrz na to! -?Benny wskazał w lewo, na
czerwonawy blask blisko horyzontu. Powiększył obraz.
Źródło światła wciąż było małe, szybko uciekając poza ich pole widzenia.
Naprawdę wyglądało to na ogień, choć dość powoli zmieniało kształt. Coś
zasłoniło im teraz widok, a Ezr przez chwilę odniósł wrażenie, że ze
światła w górę unosi się coś ciemnego.
-?Mam lepszy widok z orbity -?dobiegł z tyłu kabiny głos brygadzisty
Diema. Nie podzielił się z nimi obrazem. -?To wulkan. Właśnie wybuchł.
Ezr śledził znikający powoli z tyłu obraz. Wzbijająca się ciemność
musiała być gejzerem lawy... a może po prostu powietrza i wody,
tryskającym w przestrzeń nad wulkanem.
-?Tego jeszcze nie było -?skomentował. Rdzeń planety był zimny i martwy,
choć w tym, co uchodziło za rdzeń, wykryli kilka ognisk magmy. -?Wszyscy
wydają się tak strasznie pewni tego, że Pająki są w stanie hibernacji,
ale co będzie, jeśli niektóre grzeją się przy czymś takim jak to?
-?Mało prawdopodobne. Zrobiliśmy bardzo szczegółowe obrazowania w podczerwieni. Zobaczylibyśmy wszelkie osiedla w pobliżu źródeł ciepła.
Zresztą przed ostatnim mrokiem pająki dopiero wynalazły radio. Nie są
jeszcze w stanie wychodzić na zewnątrz.
Ten wniosek opierał się na kilku milionach sekund rekonesansu oraz
pewnych rozsądnych założeniach dotyczących ich biochemii.
-?Pewnie tak.
Przyglądał się czerwonawemu blaskowi, aż całkiem ukrył się za
horyzontem. W dole i przed nimi czekały bardziej ekscytujące miejsca.
Trajektoria lotu niosła ich gładko w dół, wciąż w nieważkości. Planeta
była pełnowymiarowa, ale nie będą tu lecieć w atmosferze. Poruszali się
z prędkością ośmiu tysięcy metrów na sekundę, zaledwie kilka tysięcy
metrów nad powierzchnią. Miał wrażenie, że góry wspinają się i sięgają
ku nim. Każda kolejna grań przemykała coraz bliżej. Benny z tyłu wydawał
dźwięki świadczące o dyskomforcie, chwilowo rezygnując ze zwykłych
pogaduszek. Ezr gwałtowniej wciągnął powietrze, gdy ostatnia grań
przemknęła tak blisko, że aż zdziwił się, że o nią nie zahaczyli.
Trajektoria lądowania z piekła rodem.
A potem rozjarzył się główny silnik z przodu.
* * *
Potrzebowali niemal trzydziestu tysięcy sekund na zejście w dół z miejsca wybranego przez Jimmy'ego Diema na lądowisko. Ta niedogodność
nie była dziełem przypadku. Ich półka skalna znajdowała się wysoko na
górskim zboczu, ale była też wolna od lodu i powietrznego śniegu. Celem
wyprawy było dno wąskiej doliny. Wedle wszelkich zasad powinno się ono
znajdować pod setką metrów powietrznego śniegu, ale w wyniku jakiegoś
zbiegu układu terenu i klimatu było go tam mniej niż pół metra. Za to
niemal ukryty pod nawisem zboczy doliny krył się największy odkryty
dotąd zbiór nienaruszonych budynków. Była spora szansa, że znajdowało
się tam wejście do jednej z hibernacyjnych jaskiń Pająków, a w ciepłych
czasach Bistabilnej może nawet miasto. Ważne będzie wszystko, czego się
tam dowiedzą. A w ramach umowy o współpracy wszystko było transmitowane
do Rozwiniętych...
Ezr nie dowiedział się niczego więcej na temat wyniku zebrania Komitetu
Handlowego. Diem robił wszystko, co mógł, by ukryć ich wizytę przed
miejscowymi, tak jak powinni tego oczekiwać Rozwinięci. Lądowisko
zostanie zasypane przez lawinę niedługo po starcie. Nawet odciski stóp
miały zostać starannie usunięte, choć akurat to raczej nie powinno być
potrzebne.
Gdy dotarli na dno doliny, Bistabilna wisiała niemal w zenicie. W "porze
słonecznej" byłoby to samo południe, ale teraz Bistabilna wyglądała
niczym jakiś ciemny, czerwonawy księżyc o średnicy pół stopnia.
Powierzchnię miała plamistą jak olej na kropli wody. Bez wzmacniania
obrazu światło Bistabilnej było ledwie na tyle jasne, by pokazywać
otoczenie.
Grupa badawcza maszerowała jakiegoś typu główną ulicą: pięć postaci w skafandrach i jedna towarzysząca im maszyna krocząca. Gdy wędrowali
przez powietrzny śnieg, spod ich butów wzbijały się drobne chmurki pary
materiałów lotnych stykających się z mniej izolowanymi tkaninami
skafandrów. W przypadku zatrzymania się na dłużej ważne było, by nie
robić tego w zbyt głębokim śniegu, bo szybko zostaliby otoczeni mgłą
sublimacji. Co dziesięć metrów ustawiali czujnik sejsmiczny albo dudnik.
Gdy rozstawią pełny zestaw, uzyskają dzięki nim dobry obraz okolicznych
jaskiń. A co ważniejsze dla tego lądowania, dowiedzą się też, co
znajduje się wewnątrz budynków. Ich głównym celem były spisane teksty i obrazy. Znalezienie ilustrowanej książeczki dla dzieci oznaczałoby dla
Diema niemal pewny awans.
Odcienie czerwonawych szarości w czerni. Ezr nurzał się w nieprzetworzonych obrazach. Były piękne i niesamowite. To było miejsce
zamieszkiwane przez Pająki. Po obu stronach cienie wspinały się po
ścianach budynków Pająków. Większość miała tylko dwa lub trzy piętra,
ale nawet w słabym świetle, nawet z obrysem rozmytym przez śnieg i ciemności, nie dało się ich pomylić z czymś wzniesionym przez ludzi.
Nawet najmniejsze drzwi były bardzo szerokie, choć większość nie sięgała
nawet pięćdziesięciu centymetrów. Okna -?zasłonięte okiennicami, jako że
miejsce zostało porzucone ze starannością właścicieli, którzy planowali
tu wrócić -?były podobnie szerokie i niskie.
Otwory kojarzyły mu się z setkami zmrużonych oczu patrzących z góry na
grupę pięciu ludzi w towarzystwie maszyny. Vinh zastanawiał się, co by
się stało, gdyby zza jednego z tych okien rozbłysło światło
przeciskające się szczeliną w okiennicy. Przez chwilę pozwolił wyobraźni
rozwijać tę wizję. A jeśli ich zadufanie we własną wyższość było błędne?
Tu mieszkali obcy. Było bardzo mało prawdopodobne, by życie mogło
rozwinąć się samo na planecie tak niezwykłej jak ta. Kiedyś dawno temu
jej mieszkańcy musieli latać między gwiazdami. Terytorium handlowe Queng
Ho rozciągało się na czterysta lat świetlnych i od tysięcy lat
utrzymywali nieprzerwaną cywilizację techniczną. Zarejestrowali ślady
radiowe obcych cywilizacji zamieszkujących tysiące -?a w większości
przypadków nawet miliony -?lat świetlnych od nich, na zawsze poza
możliwością bezpośredniego kontaktu czy choćby rozmowy. Pająki były
zaledwie trzecią pozaludzką rasą inteligentną, z którą fizycznie się
zetknęli: trzecią na osiem tysięcy lat lotów kosmicznych. Jedna z nich
wymarła przed milionami lat, a druga nie osiągnęła jeszcze poziomu
budowy maszyn, nie mówiąc nawet o lotach kosmicznych.
Pięcioro ludzi wędrujących między ciemnymi budynkami o niskich oknach
było tak blisko uczestnictwa w historii ludzkości, jak Vinh mógł tylko
sobie wyobrazić. Armstrong na Lunie, Pham Nuwen w "Przerwie Brisgo"... a teraz Vinh, Wen, Patil, Do i Diem wędrujący ulicami Pająków.
Nastąpiła chwilowa przerwa w łączności radiowej i przez moment
najgłośniejszymi dźwiękami było trzeszczenie jego kombinezonu i własny
oddech. Potem powróciły odległe głosy, kierując ich przez otwartą
przestrzeń w stronę drugiego końca doliny. Najwyraźniej analitycy
uważali, że wąska rozpadlina może być wejściem do jaskiń, gdzie zapewne
ukryły się miejscowe Pająki.
-?To dziwne -?dobiegł go anonimowy głos z góry. -?Sejsmografy coś
wychwyciły -?ja coś usłyszałem -?z następnego budynku po prawej od was.
Vinh gwałtownie obrócił głowę, wpatrując się w mrok. Może nie światło, a dźwięk.
-?Maszyna krocząca? -?zasugerował Diem.
-?Może po prostu budynek osiada... -?rzucił Benny.
-?Nie, nie. To było coś impulsowego, jak kliknięcie. Teraz odbieram
regularny rytm, jakby tłumiony. Analiza częstotliwości... To brzmi jak
sprzęt mechaniczny, ruchome części i takie tam... Dobra, w zasadzie się
skończyło, odbieram już tylko resztkowe dzwonienie. Brygadzisto Diem,
mamy dobry namiar na źródło tego hałasu. Dochodził z dalszego rogu,
cztery metry nad poziomem ulicy. Zaznaczam lokalizację na mapie.
Vinh z pozostałymi przeszli trzydzieści metrów do przodu, kierując się
znacznikiem unoszącym się na ich wyświetlaczach przeziernych.
Ukradkowość ich ruchów była prawie zabawna -?gdyby ktoś przebywał w tym
budynku, doskonale by ich widział.
Znacznik kazał im wyjść za róg.
-?Na oko budynek niczym się nie wyróżnia -?zauważył Diem. Podobnie jak
pozostałe wydawał się wzniesiony z kamienia bez zaprawy, z wyższymi
piętrami wysuniętymi lekko nad dolnymi. -?Chwila, widzę, gdzie
wskazujesz. Do drugiego okapu zamocowano jakiegoś typu ceramiczny
pojemnik. Vinh, jesteś najbliżej. Wejdź tam i przyjrzy się temu z bliska.
Ezr ruszył w stronę budynku, a potem zauważył, że ktoś bardzo pomocnie
wyłączył znacznik.
-?Gdzie? -?Widział tylko cienie i szarości kamieni.
-?Vinh. -?Głos Diema zabrzmiał ostrzej niż zwykle. -?Oprzytomniej, co?
-?Przepraszam.
Ezr poczuł, że się czerwieni. Aż nazbyt często wpadał w takie tarapaty.
Włączył obrazowanie multispektralne i widok przed nim ożył barwami
składającymi się na to, co skafander rejestrował w różnych zakresach
widma. Tam, gdzie dotąd widział głęboki cień, pojawiła się skrzynka
opisana przez Diema. Zamocowano ją kilka metrów nad jego głową.
-?Moment, podejdę bliżej.
Podszedł do ściany. Podobnie jak inne budynki, ten też zdobiły szerokie
kamienne listwy. Analitycy uważali, że to stopnie. Nadawały się na
potrzeby Vinha, choć użył ich bardziej jak drabiny niż schodów. Po kilku
sekundach znalazł się obok obiektu.
Faktycznie była to maszyna -?z boków wystawały nity, jak w czymś ze
średniowiecznej powieści. Wyciągnął z kieszeni skafandra analizator i przystawił go do skrzynki.
-?Mam jej dotknąć?
Diem nie odpowiedział, bo tak naprawdę pytanie skierowane było do tych w górze. Vinh usłyszał głosy naradzających się.
-?Pokaż ją nam z różnych stron. Czy to na boku skrzynki to jakieś
symbole?
Trixia! Wiedział, że powinna być jedną z obserwujących, ale jej głos
stanowił bardzo miłą niespodziankę.
-?Tak, proszę pani -?odpowiedział i przesunął analizatorem z różnych
stron wokół skrzynki.
Na jej bokach faktycznie coś było, choć nie potrafił stwierdzić, czy to
pismo, czy też artefakt nadinterpretujących skany algorytmów
analizatora. Jeśli to pismo, okaże się nie lada znaleziskiem.
-?Dobrze, teraz przymocuj analizator do skrzynki... -?Inny głos, gościa od
akustyki.
Ezr wykonał polecenie.
Minęło trochę sekund. Schody Pająków były tak strome, że musiał się
opierać o występy. Z miejsc, w których dotykał kamienia, unosiły się
strumienie pary powietrza, opadając ku ziemi, a on poczuł, jak grzałki
skafandra pracują intensywniej, by skompensować kontakt z zimnymi
powierzchniami.
* * *
-?Ciekawe -?usłyszał po chwili głos. -?To czujnik prosto ze
średniowiecza.
-?Elektryczny? Przesyła dane do jakiegoś zdalnego ośrodka?
Vinh się zjeżył. Ostatnie słowa zostały wypowiedziane przez kobietę z akcentem Rozwiniętych.
-?Ach, dyrektor Reynolt, witam. Nie, to właśnie jest zdumiewające w tym
urządzeniu. Jest samodzielne. Jego "źródłem zasilania" wydaje się zestaw
metalowych sprężyn. Mechanizm na bazie zegara mechanicznego -?zna pani
takie coś? -?zapewnia zarówno kontrolę czasu, jak i zasilanie. Właściwie
podejrzewam, że to w zasadzie jedyna metoda, która na tym poziomie
zaawansowania może działać przez tak długie okresy zimna.
-?W takim razie co obserwuje ten mechanizm? -?Tym razem odezwał się
Diem, z bardzo dobrym pytaniem.
Znowu zadziałała żywa wyobraźnia Vinha. Może Pająki były dużo
sprytniejsze, niż się spodziewali. Może jego osłonięta kombinezonem
sylwetka pojawi się w ich raportach. A właściwie to może skrzynka
została podłączona do jakiegoś rodzaju broni?
-?Nie widzimy żadnego sprzętu typu kamery, brygadzisto. Teraz już
dysponujemy dość dobrym obrazem wnętrza skrzynki. Mechanizm przekładni
przeciąga taśmę pod czterema rysikami rejestrującymi. -?Te terminy
brzmiały jak coś wprost z tekstu o upadłej cywilizacji. -?Przypuszczam,
że każdego dnia mechanizm przesuwa odrobinę pasek i rejestruje
temperaturę, ciśnienie... i dwa inne parametry, których jeszcze nie jestem
pewien. -?Każdego dnia przez ponad dwieście lat. Prymitywni ludzie
mieliby problem z wykonaniem mechanizmu z ruchomymi częściami, który
pracowałby tak długo, nie mówiąc już o działaniu w niskich
temperaturach. -?Mieliśmy szczęście, że aktywował się akurat, gdy
przechodziliście obok.
Nastąpiła techniczna dyskusja na temat potencjalnego poziomu
zaawansowania tego typu rejestratorów. Diem polecił Benny'emu i pozostałym oświetlić obszar pikosekundowymi błyskami światła. Nic go nie
odbiło, w zasięgu wzroku nie było żadnej optyki z soczewkami.
W tym czasie Vinh pozostawał oparty o rampę-schody. Zimno zaczynało
przenikać przez jego skafander ciśnieniowy i odzież pod spodem. Sprzętu
nie zaprojektowano do długotrwałego kontaktu z materiałem tak dobrze
odprowadzającym ciepło. Przesunął się niezręcznie na wąskich stopniach.
W ciążeniu prawie równym 1 g takie ćwiczenia szybko robiły się męczące...
Jednak nowa pozycja pozwoliła mu wyjrzeć za róg budynku. A z tej strony
z okien odpadła część pokrywających je paneli. Vinh wychylił się
niepewnie ze schodów, próbując zinterpretować to, co zobaczył w środku.
Wszystko pokryte było patyną śniegu z powietrza. W długich rzędach
ustawiono sięgające pasa półki lub szafki, a nad nimi metalowe
rusztowania z kolejnymi szafkami. Poziomy połączone były pajęczymi
schodami. Oczywiście dla Pająków te szafki nie sięgałyby "do pasa". Hmm.
U góry leżały luźne obiekty, każdy będący zbiorem płaskich płyt z zawiasem z jednej strony. Niektóre leżały złożone, inne beztrosko
rozwarte niczym wachlarze.
Nagłe zrozumienie było jak porażenie prądem i bez namysłu odezwał się na
ogólnej częstotliwości:
-?Przepraszam, brygadzisto Diem?
Rozmowa z tymi na górze została przerwana z wyraźnym zaskoczeniem.
-?O co chodzi, Vinh? -?zapytał Diem.
-?Proszę spojrzeć na to, co widzę. Chyba znaleźliśmy bibliotekę.
Ktoś w górze krzyknął radośnie. To mogła być Trixia.
* * *
Analiza sygnałów dudników w końcu i tak doprowadziłaby ich do
biblioteki, ale odkrycie Ezra stanowiło znaczący skrót.
Z tyłu znajdowały się duże drzwi i wprowadzenie maszyny było proste.
Urządzenie obejmowało manipulator z szybkim skanerem. Potrzebowali
chwili na dostosowanie go do dziwnego kształtu tych "książek", ale teraz
robot przechodził między półkami w oszałamiającym tempie -?centymetra
lub dwóch na sekundę -?a dwóch ludzi z zespołu Diema podawało mu do
paszczy strumień książek. Przez radio docierały do nich odgłosy
uprzejmego sporu. To lądowanie było elementem wspólnego planu w ramach
wynegocjowanego harmonogramu, który miał się zakończyć w niecałe sto
kilosekund. W tym czasie mogli nie skończyć pracy w bibliotece, nie
mówiąc nawet o pozostałych budynkach i wejściu do jaskini. Rozwinięci
nie chcieli robić wyjątku dla tego lądowania. Zamiast tego sugerowali
sprowadzenie do doliny jednego z ich większych pojazdów i zgarnięcie
artefaktów hurtem.
-?Strategię przyczajenia można bez problemu utrzymać -?zabrzmiał męski
głos Rozwiniętego. -?Możemy wysadzić ściany doliny i wywołać wrażenie,
że potężne lawiny zniszczyły wioskę na dole.
-?Hej, ci goście naprawdę się nie cackają -?skomentował na prywatnym
kanale Benny Wen.
Ezr nie odpowiedział. Sugestia Rozwiniętego właściwie była racjonalna,
ale... obca. Queng Ho handlowali. Bardziej sadystyczni z nich mogli
czerpać przyjemność z rujnowania konkurencji, ale niemal wszyscy chcieli
klientów, którzy nie mogli się doczekać następnego strzyżenia. Proste
niszczenie lub kradzież były... grubiańskie. I po co to robić, skoro mogli
tu wrócić i rozejrzeć się na spokojnie?
Wysoko w górze propozycja Rozwiniętych została uprzejmie odrzucona, a na
samej górze listy przyszłych wspólnych przygód umieszczono kolejną misję
do tej cudownej doliny.
Diem wysłał Benny'ego i Ezra Vinha do zbadania półek. Biblioteka mogła
mieścić sto tysięcy woluminów, zaledwie kilkaset gigabajtów danych, ale
i tak było to zdecydowanie za dużo przy czasie, jaki im pozostał.
Ostatecznie będą musieli coś powybierać, licząc na znalezienie Świętego
Graala tego typu operacji -?książeczki obrazkowej dla dzieci.
* * *
W miarę upływu kilosekund Diem wymieniał swoich ludzi między karmieniem
skanera, przynoszeniem z górnych pięter książek do odczytu i zwracaniem
książek na ich oryginalne miejsca.
Do czasu, gdy nadeszła pora na posiłek Vinha, Bistabilna opadła znacząco
ze swojej pozycji w zenicie. Teraz wisiała tuż nad graniami na dalszym
końcu doliny, rzucając wzdłuż ulicy cienie budynków. Znalazł sobie wolny
od śniegu kawałek gruntu, rozłożył na nim koc izolujący i usiadł. Jego
nogi poczuły różnicę. Diem dał im tysiąc pięćset sekund na tę przerwę.
Pogrzebał przy ustawieniach podajnika i powoli zjadł kilka batonów
owocowych. W radiu słyszał Trixię, była bardzo zajęta. Wciąż nie
znaleźli "książeczki obrazkowej dla dzieci", choć udało im się z czymś
niemal równie dobrym -?zestawem podręczników do fizyki i chemii. Trixia
sądziła, że to jakiegoś typu biblioteka techniczna. W tej chwili
rozmawiali na temat możliwości przyśpieszenia skanowania. Trixia
uważała, że mają już poprawną grafemiczną analizę systemu pisma, więc
mogli teraz przełączyć się na inteligentniejsze odczytywanie.
Od kiedy tylko ją poznał, Ezr wiedział, że Trixia jest inteligentna.
Wtedy jednak była tylko klientką specjalizującą się w lingwistyce, polu
gruntownie opanowanym przez akademików Queng Ho. Co nowego mogła
zaoferować? Teraz... Cóż, słyszał prowadzone w górze rozmowy. Inni
specjaliści językowi nieustannie odwoływali się do Trixii. Może nie
powinno go to zaskakiwać. O ograniczoną liczbę miejsc w tej wyprawie
konkurowała cała cywilizacja Trilandii. Jeśli spośród pięciuset milionów
osób wybierze się najlepszych w określonych specjalizacjach... wybrani
musieli być naprawdę dobrzy. Duma Vinha z bliskości z nią na chwilę
opadła: właściwie to on sięgał wyżej, niż powinien przez powiązanie z nią. Owszem, Ezr był istotnym spadkobiercą rodziny Vinh.23, ale sam w sobie... wcale nie był taki bystry. Co gorsza, wydawało się, że spędza
cały swój czas na marzeniach o innych miejscach i innych czasach.
Ten nieprzyjemny tok rozumowania skręcił w częstym kierunku: może tutaj
uda mu się dowieść, że wcale nie jest taki niepraktyczny. Pająki mogą
być mocno oderwane od swojej pierwotnej cywilizacji. Ich obecny poziom
rozwoju może zdecydowanie przypominać zaranie dziejów. Może nawet będzie
w stanie zaoferować jakieś spostrzeżenia, które pozwolą flocie na
zdobycie skarbu... i zdobędą dla niego Trixię Bonsol. Pogrążył się w radosnych możliwościach, nigdy do końca nie angażując się w szczegóły...
Zerknął na zegarek. Aha, zostało mu jeszcze pięćset sekund! Wstał i zajrzał w głąb wydłużających się cieni, tam, gdzie ulica wspinała się ku
zboczu góry. Cały dzień tak bardzo skupiali się na priorytetach misji,
że nie mieli okazji się rozejrzeć. Właściwie zatrzymali się tuż przed
rozszerzeniem drogi, prawie placem.
W porze jasnej słońca musiało tu być mnóstwo roślinności. Wzgórza
pokrywały powykręcane resztki czegoś, co mogło być drzewami. Tu, w dole,
natura była starannie kontrolowana: w regularnych odstępach wzdłuż ulicy
leżały organiczne pozostałości jakichś ozdobnych roślin. Wokół placu
zobaczył kilkanaście takich stert.
Czterysta sekund. Miał czas. Podszedł szybko na skraj placu, a potem
ruszył jego brzegiem. Pośrodku kręgu znajdowało się niewielkie wzgórze
ze śniegiem osłaniającym dziwne kształty. Kiedy dotarł do drugiej
strony, miał światło w oczy. Praca w bibliotece rozgrzała to miejsce do
tego stopnia, że z budynku powoli wypływała mgła tymczasowej lokalnej
atmosfery. Płynęła przez ulicę, kondensując i osiadając z powrotem na
ziemi. Światło Bistabilnej przenikało przez nią w czerwonawych smugach.
Pomijając kolor, to prawie mogła być mgła na głównym poziomie
tymczasówki jego rodziców w letnią noc. A zbocza doliny mogły być
przedziałami tymczasówki. Vinha na chwilę ogarnęła wizja, w której
miejsce tak bardzo obce mogło nagle wydać się tak znajome, tak spokojne.
Z powrotem skupił uwagę na środku placu. Ta strona była prawie
pozbawiona śniegu. Kryły się tam dziwne kształty, na wpół przesłonięte
przez mrok. Podszedł do nich, niewiele myśląc. Ziemia była wolna od
śniegu, trzeszczała pod butami jak zmrożony mech. Zatrzymał się i wciągnął powietrze. Ciemne kształty na środku... okazały się posągami.
Pająków! Jeszcze kilka sekund i zgłosi swoje odkrycie, ale przez chwilę
zdumiewał się tą sceną sam i w ciszy. Oczywiście znali już przybliżony
wygląd miejscowych, podczas wcześniejszych lądowań znaleziono proste
podobizny, ale -?Vinh podciągnął rozdzielczość obrazowania -?tutaj miał
przed sobą naturalnie wyglądające posągi, ze szczegółami odtwarzające
postacie z jakiegoś ciemnego metalu. Były tam trzy stworzenia,
prawdopodobnie naturalnej wielkości. Słowo "pająk" było elementem
codziennego języka, terminem niemal tracącym znaczenie w świetle
precyzyjnej analizy. W tymczasówkach dzieciństwa Ezra żyło kilka typów
stworzeń kolektywnie nazywanych "pająkami". Niektóre miały sześć nóg,
inne osiem, dziesięć lub dwanaście. Jedne były grube i owłosione, inne
szczupłe, czarne i jadowite. Te stworzenia wyglądały zdecydowanie jak te
szczupłe z dziesięcioma nogami. Jednak albo nosiły ubrania, albo były
bardziej kolczaste niż ich drobni imiennicy. Nogi miały owinięte wokół
siebie i wszystkie sięgały po coś ukrytego pod nimi. Walczyły, kochały
się, robiły coś innego? Tu nawet wyobraźnia Vinha zawiodła.
Jak tu wyglądało, gdy jasno świeciło ostatnie słońce?