Glass Hills - Anna Szczypczyńska

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (28,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Ni­szowe per­fumy

War­szawka, Mila nie ma co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. To typ, który w środku mroź­nej zimy bije po oczach na­tu­ralną opa­le­ni­zną zdo­bytą w Mek­syku, na Se­sze­lach bądź Aru­bie. Jego dło­nie i pa­znok­cie są za­dbane, a włosy jak z In­sta­grama z pew­no­ścią są za­sługą jed­nego z naj­mod­niej­szych i - co ważne - naj­droż­szych sty­li­stów fry­zur w kraju. Zresztą de­we­lo­per, który bez po­mocy in­we­stora z ze­wnątrz ku­puje za­byt­kową willę oraz dzie­sięć hek­ta­rów ziemi, musi być ze sto­licy.

- Roz­ta­cza wo­kół sie­bie woń ty­to­niu i jed­nego z eg­zo­tycz­nych drzew, któ­rego na­zwę nie spo­sób za­pa­mię­tać. - Mila za­czyna krą­żyć mię­dzy pół­kami i tak wy­ra­zi­ście ge­sty­ku­lo­wać, że jej ru­chy sta­no­wią za­gro­że­nie dla pię­trzą­cych się wo­kół ko­lo­ro­wych grzbie­tów ksią­żek. - Jego per­fum nie da się ku­pić ot tak, jed­nym klik­nię­ciem albo w zwy­kłej dro­ge­rii. O nie, to by­łoby zbyt ma­in­stre­amowe. Trzeba je na­być oso­bi­ście, w jed­nej z ni­szo­wych per­fu­me­rii, u nie­ziem­sko pięk­nej i za­chwy­ca­jąco uma­lo­wa­nej eks­pe­dientki, która onie­śmie­li­łaby każ­dego poza nim. On jest zbyt pewny sie­bie.

- Prze­pra­szam, chcesz po­wie­dzieć, że mój ma­ki­jaż nie onie­śmiela? - Ala, która jest nie tylko przy­ja­ciółką Mili, ale i jej sze­fową, spo­gląda w kom­pak­towe lu­sterko. Ma je za­wsze pod ręką, a wła­ści­wie pod ladą, by w do­wol­nej chwili móc się upew­nić, że tusz z jej buj­nych rzęs nie spły­nął pod oczy. W gór­skich miej­sco­wo­ściach, a szcze­gól­nie w Szklar­skiej Po­rę­bie, gdzie deszcz i śnieg po­ja­wiają się czę­ściej niż słońce, na­leży stale kon­tro­lo­wać swój wy­gląd.

- Wiem! To za­pach stwo­rzony spe­cjal­nie dla niego! Do­sto­so­wany do in­dy­wi­du­al­nych upodo­bań, cha­rak­teru, stylu ży­cia. Za­nim wy­szedł z ma­leń­kiej per­fu­me­rii z fla­ko­nem wy­peł­nio­nym al­de­hy­dami, o któ­rych ist­nie­niu my, lu­dzie gór, nie mamy po­ję­cia, przez go­dzinę o so­bie opo­wia­dał...

- Zdaje się, że ty, jak na czło­wieka gór, o al­de­hy­dach wiesz cał­kiem sporo...

- ...opo­wia­dał i opo­wia­dał. Na szczę­ście ro­bił to z nie­skry­waną przy­jem­no­ścią, bo nasz de­we­lo­per lubi o so­bie mó­wić, prze­cież jest tak barwną po­sta­cią, wie­dzie tak cie­kawe ży­cie! A naj­lep­szy nos w kraju słu­chał go z uwagą i za­sta­na­wiał się, ja­kie skład­niki ze sobą wy­mie­szać, by do­peł­nić wi­ze­ru­nek klienta.

- Mogę ci przy­nieść z za­ple­cza rów­nie ory­gi­nalną mie­szankę ro­bioną na za­mó­wie­nie. To kom­po­zy­cja aro­ma­tycz­nych olej­ków i ziół przy­go­to­wana spe­cjal­nie z my­ślą o kar­ko­no­skich i izer­skich klesz­czach. Zero che­mii! Wy­łącz­nie na­tu­ralne skład­niki. Za­in­te­re­so­wana? - Ala sięga do to­rebki po nie­wielką bu­te­leczkę, którą Mila do­brze zna. Co roku jeż­dżą po nie do Cie­plic do Ro­smanna, a na­stęp­nie pro­szą lo­kalną zie­larkę, by wy­peł­niła je spe­cy­fi­kiem od­stra­sza­ją­cym owady.

- To jak? Po­wiesz mi o nim coś wię­cej?

Tę cie­ka­wość, wręcz cho­ro­bliwą, wzbu­dził w Mili te­le­fon od star­szego brata. Ma­te­usz, który, jak to bywa w przy­padku dzieci uro­dzo­nych przez tę samą matkę, wy­cho­wa­nych w jed­nym domu we­dle po­dob­nych za­sad, bar­dzo różni się od swo­jej sio­stry, przez co nie są w sta­łym kon­tak­cie. Trzy nie­ode­brane po­łą­cze­nia od Mata wy­dały się Mili na tyle in­try­gu­jące, że od­dzwo­niła od razu, by do­wie­dzieć się, o co cho­dzi.

Jak mo­gła się do­my­ślić, brat miał do niej sprawę. Chwilę wcze­śniej zjadł lunch z ko­legą, któ­rego po­znał jesz­cze na stu­diach w War­sza­wie. Jed­nak Mila do tej pory o nim nie sły­szała. Nie roz­ma­wiała z Ma­te­uszem zbyt czę­sto, w do­datku wspo­mnie­nia z tam­tego okresu były rów­nie ulotne, co dym tlący się nad roz­ża­rzo­nym skrę­tem. W tam­tym cza­sie re­la­cje z oto­cze­niem bu­do­wało się prze­cież na im­pre­zach przy pi­wie, wódce i w opa­rach ma­ri­hu­any. I choć jej brat nie był spe­cjal­nie roz­ryw­kowy, miał inną atrak­cyjną dla ko­le­gów z roku ce­chę: pra­co­wi­tość. Bra­ko­wało mu bo­ga­tego ta­tuśka, po któ­rym za ja­kiś czas przej­mie firmę, mógł li­czyć je­dy­nie na sie­bie. Dla­tego gor­li­wie od­ra­biał za­da­nia do­mowe, przy­go­to­wy­wał re­fe­raty oraz eseje, a zmę­czeni ko­lejną nie­prze­spaną nocą ko­le­dzy chęt­nie je od niego od­pi­sy­wali. Szcze­gól­nie Alex, syn jed­nego z naj­więk­szych de­we­lo­pe­rów w kraju, który był du­szą to­wa­rzy­stwa. Stwo­rzyli duet ide­alny: Mat pil­no­wał ter­mi­nów za­li­czeń i dbał o to, by wszel­kie prace se­me­stralne zo­stały od­dane na czas, Alex zaś hoj­nie go za to na­gra­dzał. Nie­stety bajka nie trwała długo. Tuż po wa­ka­cjach pierw­szego roku Mat zro­zu­miał, że eko­no­mia nie jest dla niego, a prze­glą­da­nie GQ oraz fran­cu­skiej, ame­ry­kań­skiej i wło­skiej edy­cji "Vo­gue'a" spra­wia mu wię­cej frajdy niż stu­dio­wa­nie "For­bes'a" i "Fi­nan­cial Ti­mes". Spa­ko­wał nie­wielką torbę i po­le­ciał do Lon­dynu. Bez planu, bez oszczęd­no­ści, bez życz­li­wych zna­jo­mych, któ­rzy po­mo­gliby mu po­sta­wić pierw­sze kroki w ob­cym miej­scu. Za to miał coś o wiele cen­niej­szego: ma­rze­nie. Chciał zna­leźć spo­sób na to, by wejść do świata mody. By co­dzien­nie, za­miast stu­kać pal­cami w kla­wia­turę lap­topa, wy­czu­wać pod nimi naj­droż­sze tka­niny i przy­glą­dać się fan­ta­zyj­nym ry­sun­kom od­waż­nych pro­jek­tan­tów. Gdyby znał wło­ski lub fran­cu­ski, wy­brałby Me­dio­lan albo Pa­ryż, a tak pa­dło na Wielką Bry­ta­nię. Ku­pił bi­let w jedną stronę i na do­bre znik­nął z ży­cia Alexa. Ale te­raz dawny ko­lega, który rzecz ja­sna już pra­co­wał w fir­mie ojca, po­trze­bo­wał po­mocy Mata, a kon­kret­niej jego sio­stry.

"Za kilka dni Alex przy­je­dzie do Szklar­skiej Po­ręby. Zrób mi przy­sługę i po­każ mu oko­licę, opo­wiedz o lu­dziach".

In­for­ma­cję o tym, że ów ko­lega to syn de­we­lo­pera, który ku­pił znisz­czony dom Zim­mer­manna, Mat zo­sta­wił na de­ser. Fakt, że od lat nie roz­ma­wia ze swoją sio­strą, nie ozna­cza, że jej nie zna.

"Pro­szę, zrób to dla mnie. Gdyby nie Alex, umarł­bym z głodu albo na­ba­wił się wrzo­dów żo­łądka, ży­wiąc się wy­łącz­nie zup­kami chiń­skimi" - pro­sił, gdy Mila do­bit­nie dała znać, co o tym my­śli. "Po pro­stu się z nim spo­tkaj. Tylko raz. Uprze­dzi­łem go, że ra­czej nie ma co li­czyć na twoje wspar­cie".

"Nie ma co li­czyć na twoje wspar­cie" - sza­le­nie de­li­katne sfor­mu­ło­wa­nie. Li­czyć to on się po­wi­nien z tym, że tuż po wjeź­dzie do mia­sta zo­sta­nie przez Milę roz­szar­pany! Na strzępy tak drobne, że nie do zi­den­ty­fi­ko­wa­nia. Jesz­cze nikt nie wzbu­dził w niej ta­kiej agre­sji jak ten gość, choć na­wet nie wi­działa go na oczy.

- Za two­imi ple­cami jest książka z zie­loną okładką. Mo­żesz mi ją po­dać? - prosi Ala.

- La­so­te­ra­pia? - Mila zerka na okładkę. Nie znosi po­rad­ni­ków. Lu­dzie czy­tają je z wy­pie­kami na twa­rzy, na­mięt­nie za­zna­czają strony, za­kre­ślają ulu­bione frag­menty, na prze­sad­nie sze­ro­kich mar­gi­ne­sach ro­bią ołów­kiem no­tatki, a po­tem wci­skają te swoje wy­świech­tane eg­zem­pla­rze ko­le­żan­kom, są­siad­kom, sze­fo­wym z po­le­ce­niem nie­uzna­ją­cym sprze­ciwu: "Mu­sisz ją prze­czy­tać! Ta książka od­mieni twoje ży­cie!". Mi­jają ty­go­dnie, mie­siące, lata, a ży­cie szczę­śli­wie ob­da­ro­wa­nych lu­dzi pły­nie tym sa­mym nur­tem. Wy­gląda na to, że La­so­te­ra­pia jest jed­nym z ta­kich ty­tu­łów.

- Prze­kart­kuj ją - po­leca Ala. - Cho­ciaż nie! Weź so­bie pół go­dziny wol­nego... go­dzinę, niech stracę! W księ­garni i tak nie ma te­raz ru­chu. I wy­pro­wadź Za­kładkę.

Nie­wielki be­agle, który znu­dzony bra­kiem klien­tów chwilę wcze­śniej uciął so­bie drzemkę w po­sła­niu na pa­ra­pe­cie, pod­rywa się na dźwięk swo­jego imie­nia i ze­ska­kuje na pod­łogę.

- Wi­dzisz, jej też spodo­bał się ten po­mysł!

- Po­win­naś pa­mię­tać, jak wy­glą­dał. Wi­dzia­łaś go prze­cież w ze­szłym roku na prze­targu. - Mila nie daje za wy­graną.

Ala udaje, że nie sły­szała py­ta­nia. Nie­raz da­wała przy­ja­ciółce znać, że jest zmę­czona cią­głą wojną miesz­kań­ców mia­steczka z de­we­lo­pe­rami, któ­rzy mają za nic lo­kalną ar­chi­tek­turę i sta­wiają ko­lejne apar­ta­men­towce.

- Je­śli pój­dziesz w prawo, w stronę Dziury, za sześć mi­nut znaj­dziesz się w le­sie.

- Ostat­nio spo­tka­łam tam cztery je­lonki. Dżi­zas, ja­kie one były słod­kie!

- Pew­nie miał na so­bie ciu­chy za mi­liony mo­net.

- Kto? Je­lo­nek?

- De­we­lo­per!

- Mi­luś, to walka z wia­tra­kami.

Lubi, gdy przy­ja­ciółka zwraca się do niej z czu­ło­ścią, ale nie w tej chwili. W tej chwili wszel­kie Mi­lu­sie, Kotki i Sło­neczka spra­wiają, że jest jesz­cze bar­dziej po­iry­to­wana. Czuje się bez­silna, gdy my­śli o war­szaw­skim bucu, który ku­pił działkę z pięk­nym wi­do­kiem na wy­ła­nia­jące się zza gę­stych chmur Kar­ko­no­sze tylko po to, by wy­bu­do­wać na niej szklane bu­dynki pa­su­jące do lo­kal­nej za­bu­dowy jak pięść do oka!

- Prze­cież to nic nie zmieni. Zna­jąc ży­cie, to na­wet nie był on. Nie we wła­snej oso­bie. In­we­sto­rzy czy de­we­lo­pe­rzy nie mają czasu na udział w lo­kal­nych prze­tar­gach. Mają od tego lu­dzi.

- I od tego też mają lu­dzi!

Do ską­pa­nej w ma­jo­wym słońcu księ­garni za­gląda Cho­mik, nie­groźny pi­ja­czek, do któ­rego od lat nikt nie zwraca się po imie­niu.

- Za­kra­dłem się na plac bu­dowy i zro­bi­łem kilka zdjęć. - Cho­mik wrę­cza Ali smart­fona. - Wy­gląda na to, że nie tylko będą bu­do­wać apar­ta­men­towce, ale przede wszyst­kim znisz­czą Dom Zim­mer­manna!

- Po­każ! - Mila za­gląda przy­ja­ciółce przez ra­mię, ale na ka­drach uchwy­co­nych przez Cho­mika nie­wiele wi­dać, poza tym, że ru­szyły przy­go­to­wa­nia do roz­biórki. Zie­mia wo­kół willi jest roz­ko­pana, drew­niane ele­menty ele­wa­cji czę­ściowo zdjęte i ukryte przed desz­czem pod fo­lią. - Dziś wie­czo­rem je­stem za­jęty, ale pod­sko­czę tam ju­tro po zmierz­chu, żeby nikt mnie nie przy­dy­bał. Je­śli uda mi się cyk­nąć sen­sowne fotki, po­de­ślę ci na What­sAp­pie.

Gdy Ala to sły­szy, par­ska śmie­chem.

- Na What­sAp­pie? Mili? Prze­cież jej te­le­fon ma wię­cej lat niż ona sama!

- Nie­prawda! No­kia 3210 tak jak ja koń­czy w tym roku dwa­dzie­ścia cztery lata!

Nikt nie jest w sta­nie zmu­sić Mili do tego, by wy­mie­niła swój old­scho­olowy te­le­fon na smart­fona. Jak można ko­rzy­stać z tego upior­nego urzą­dze­nia? I to z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli? Kłaść je przy łóżku, by było pierw­szą rze­czą, na jaką pa­trzysz tuż po prze­bu­dze­niu, i ostat­nią, którą oglą­dasz, nim za­śniesz. O nie! Nie za­mie­rza zo­stać nie­wol­nicą elek­tro­niki. Za żadne skarby! Nie bę­dzie fo­to­gra­fo­wać swo­ich po­sił­ków ani ksią­żek, które ak­tu­al­nie czyta, by dzie­lić się tym na so­cial me­diach. Niby czemu mia­łoby to słu­żyć? I naj­waż­niej­sze: kto w ogóle chciałby to oglą­dać? Prze­cież to non­sens! Zło­dziej czasu i in­tym­no­ści!

- Pójdę z tobą - zwraca się do Cho­mika.

- Wy­bij to so­bie z głowy! - Ton głosu Ali jed­no­znacz­nie wska­zuje na to, że żarty się skoń­czyły. Że dziś nie jest psiapi, z którą Mila wy­piła swoje pierw­sze piwo, tylko sze­fową. - Nie pod­ju­dzaj. O ile do­brze pa­mię­tam, mia­łeś się roz­glą­dać za pracą. - Cho­mi­kowi też się ob­rywa.

- Roz­glą­dam się, pani kie­row­niczko, nie­ustan­nie, ale przed se­zo­nem szu­kają lu­dzi na re­cep­cję i kel­ne­rów. Dla mnie nic nie ma.

- No po­patrz! A u mnie wła­śnie się zna­la­zło! Cóż za szczę­śliwe zrzą­dze­nie losu, prawda? - Ala czę­stuje go spoj­rze­niem, które nie uznaje sprze­ciwu. Zresztą ni­komu nie jest ła­two po­wie­dzieć "nie" jej wiel­kim ciem­nym oczom. Nie­je­den chło­pak stra­cił dla nich głowę... - W schowku jest pięt­na­ście kar­to­nów, które przy­szły do nas w tym ty­go­dniu, a ja od po­nie­działku nie mam siły do nich zaj­rzeć.

Fakt, w ostat­nich dniach Mila za­uwa­żyła, że Ala nieco po­bla­dła, może na­wet schu­dła. Raz czy dwa za­py­tała, czy wszystko w po­rządku, spo­tkała się jed­nak ze zwię­złą i nie­zbyt miłą ri­po­stą, po­sta­no­wiła więc od­pu­ścić. Nie ma nic bar­dziej iry­tu­ją­cego niż: "Na pewno? Spra­wiasz wra­że­nie zmę­czo­nej". To jak owi­nięty w złotko przy­tyk: wy­glą­dasz tra­gicz­nie, idź, zrób coś ze sobą.

- Kar­tony stoją tuż przy drzwiach. - Ala wrę­cza Cho­mi­kowi klucz do schowka. - Roz­pa­kuj je i wnieś książki na za­ple­cze. Mila wpro­wa­dzi je do sys­temu i roz­łoży na pół­kach, ale naj­pierw pój­dzie na spa­cer z Za­kładką. - Z szu­flady pod ladą wyj­muje smycz i przy­pina ją do sze­lek be­agle'a, który zdą­żył już na nowo przy­snąć, ale brzęk me­ta­lo­wego za­pię­cia działa na niego tak samo jak za­pach pa­rówki. - No już, już, spo­koj­nie. - Pró­buje ujarz­mić zwie­rzaka ra­do­śnie ło­mo­cą­cego ogo­nem o pod­łogę. - A kiedy wró­ci­cie, nie chcę sły­szeć ani słowa o in­we­sty­cjach, bu­do­wach ani ni­czym po­dob­nym. Zro­zu­miano?

- Tak jest, pani kie­row­niczko! - mówi Cho­mik.

- Zro­zu­miano - od­po­wiada Mila.

Jed­nak żadne z nich nie za­mie­rza do­trzy­mać słowa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki