Rozdział 1
Niszowe perfumy
Warszawka, Mila nie ma co do tego żadnych wątpliwości. To typ, który w środku mroźnej zimy bije po oczach naturalną opalenizną zdobytą w Meksyku, na Seszelach bądź Arubie. Jego dłonie i paznokcie są zadbane, a włosy jak z Instagrama z pewnością są zasługą jednego z najmodniejszych i - co ważne - najdroższych stylistów fryzur w kraju. Zresztą deweloper, który bez pomocy inwestora z zewnątrz kupuje zabytkową willę oraz dziesięć hektarów ziemi, musi być ze stolicy.
- Roztacza wokół siebie woń tytoniu i jednego z egzotycznych drzew, którego nazwę nie sposób zapamiętać. - Mila zaczyna krążyć między półkami i tak wyraziście gestykulować, że jej ruchy stanowią zagrożenie dla piętrzących się wokół kolorowych grzbietów książek. - Jego perfum nie da się kupić ot tak, jednym kliknięciem albo w zwykłej drogerii. O nie, to byłoby zbyt mainstreamowe. Trzeba je nabyć osobiście, w jednej z niszowych perfumerii, u nieziemsko pięknej i zachwycająco umalowanej ekspedientki, która onieśmieliłaby każdego poza nim. On jest zbyt pewny siebie.
- Przepraszam, chcesz powiedzieć, że mój makijaż nie onieśmiela? - Ala, która jest nie tylko przyjaciółką Mili, ale i jej szefową, spogląda w kompaktowe lusterko. Ma je zawsze pod ręką, a właściwie pod ladą, by w dowolnej chwili móc się upewnić, że tusz z jej bujnych rzęs nie spłynął pod oczy. W górskich miejscowościach, a szczególnie w Szklarskiej Porębie, gdzie deszcz i śnieg pojawiają się częściej niż słońce, należy stale kontrolować swój wygląd.
- Wiem! To zapach stworzony specjalnie dla niego! Dostosowany do indywidualnych upodobań, charakteru, stylu życia. Zanim wyszedł z maleńkiej perfumerii z flakonem wypełnionym aldehydami, o których istnieniu my, ludzie gór, nie mamy pojęcia, przez godzinę o sobie opowiadał...
- Zdaje się, że ty, jak na człowieka gór, o aldehydach wiesz całkiem sporo...
- ...opowiadał i opowiadał. Na szczęście robił to z nieskrywaną przyjemnością, bo nasz deweloper lubi o sobie mówić, przecież jest tak barwną postacią, wiedzie tak ciekawe życie! A najlepszy nos w kraju słuchał go z uwagą i zastanawiał się, jakie składniki ze sobą wymieszać, by dopełnić wizerunek klienta.
- Mogę ci przynieść z zaplecza równie oryginalną mieszankę robioną na zamówienie. To kompozycja aromatycznych olejków i ziół przygotowana specjalnie z myślą o karkonoskich i izerskich kleszczach. Zero chemii! Wyłącznie naturalne składniki. Zainteresowana? - Ala sięga do torebki po niewielką buteleczkę, którą Mila dobrze zna. Co roku jeżdżą po nie do Cieplic do Rosmanna, a następnie proszą lokalną zielarkę, by wypełniła je specyfikiem odstraszającym owady.
- To jak? Powiesz mi o nim coś więcej?
Tę ciekawość, wręcz chorobliwą, wzbudził w Mili telefon od starszego brata. Mateusz, który, jak to bywa w przypadku dzieci urodzonych przez tę samą matkę, wychowanych w jednym domu wedle podobnych zasad, bardzo różni się od swojej siostry, przez co nie są w stałym kontakcie. Trzy nieodebrane połączenia od Mata wydały się Mili na tyle intrygujące, że oddzwoniła od razu, by dowiedzieć się, o co chodzi.
Jak mogła się domyślić, brat miał do niej sprawę. Chwilę wcześniej zjadł lunch z kolegą, którego poznał jeszcze na studiach w Warszawie. Jednak Mila do tej pory o nim nie słyszała. Nie rozmawiała z Mateuszem zbyt często, w dodatku wspomnienia z tamtego okresu były równie ulotne, co dym tlący się nad rozżarzonym skrętem. W tamtym czasie relacje z otoczeniem budowało się przecież na imprezach przy piwie, wódce i w oparach marihuany. I choć jej brat nie był specjalnie rozrywkowy, miał inną atrakcyjną dla kolegów z roku cechę: pracowitość. Brakowało mu bogatego tatuśka, po którym za jakiś czas przejmie firmę, mógł liczyć jedynie na siebie. Dlatego gorliwie odrabiał zadania domowe, przygotowywał referaty oraz eseje, a zmęczeni kolejną nieprzespaną nocą koledzy chętnie je od niego odpisywali. Szczególnie Alex, syn jednego z największych deweloperów w kraju, który był duszą towarzystwa. Stworzyli duet idealny: Mat pilnował terminów zaliczeń i dbał o to, by wszelkie prace semestralne zostały oddane na czas, Alex zaś hojnie go za to nagradzał. Niestety bajka nie trwała długo. Tuż po wakacjach pierwszego roku Mat zrozumiał, że ekonomia nie jest dla niego, a przeglądanie GQ oraz francuskiej, amerykańskiej i włoskiej edycji "Vogue'a" sprawia mu więcej frajdy niż studiowanie "Forbes'a" i "Financial Times". Spakował niewielką torbę i poleciał do Londynu. Bez planu, bez oszczędności, bez życzliwych znajomych, którzy pomogliby mu postawić pierwsze kroki w obcym miejscu. Za to miał coś o wiele cenniejszego: marzenie. Chciał znaleźć sposób na to, by wejść do świata mody. By codziennie, zamiast stukać palcami w klawiaturę laptopa, wyczuwać pod nimi najdroższe tkaniny i przyglądać się fantazyjnym rysunkom odważnych projektantów. Gdyby znał włoski lub francuski, wybrałby Mediolan albo Paryż, a tak padło na Wielką Brytanię. Kupił bilet w jedną stronę i na dobre zniknął z życia Alexa. Ale teraz dawny kolega, który rzecz jasna już pracował w firmie ojca, potrzebował pomocy Mata, a konkretniej jego siostry.
"Za kilka dni Alex przyjedzie do Szklarskiej Poręby. Zrób mi przysługę i pokaż mu okolicę, opowiedz o ludziach".
Informację o tym, że ów kolega to syn dewelopera, który kupił zniszczony dom Zimmermanna, Mat zostawił na deser. Fakt, że od lat nie rozmawia ze swoją siostrą, nie oznacza, że jej nie zna.
"Proszę, zrób to dla mnie. Gdyby nie Alex, umarłbym z głodu albo nabawił się wrzodów żołądka, żywiąc się wyłącznie zupkami chińskimi" - prosił, gdy Mila dobitnie dała znać, co o tym myśli. "Po prostu się z nim spotkaj. Tylko raz. Uprzedziłem go, że raczej nie ma co liczyć na twoje wsparcie".
"Nie ma co liczyć na twoje wsparcie" - szalenie delikatne sformułowanie. Liczyć to on się powinien z tym, że tuż po wjeździe do miasta zostanie przez Milę rozszarpany! Na strzępy tak drobne, że nie do zidentyfikowania. Jeszcze nikt nie wzbudził w niej takiej agresji jak ten gość, choć nawet nie widziała go na oczy.
- Za twoimi plecami jest książka z zieloną okładką. Możesz mi ją podać? - prosi Ala.
- Lasoterapia? - Mila zerka na okładkę. Nie znosi poradników. Ludzie czytają je z wypiekami na twarzy, namiętnie zaznaczają strony, zakreślają ulubione fragmenty, na przesadnie szerokich marginesach robią ołówkiem notatki, a potem wciskają te swoje wyświechtane egzemplarze koleżankom, sąsiadkom, szefowym z poleceniem nieuznającym sprzeciwu: "Musisz ją przeczytać! Ta książka odmieni twoje życie!". Mijają tygodnie, miesiące, lata, a życie szczęśliwie obdarowanych ludzi płynie tym samym nurtem. Wygląda na to, że Lasoterapia jest jednym z takich tytułów.
- Przekartkuj ją - poleca Ala. - Chociaż nie! Weź sobie pół godziny wolnego... godzinę, niech stracę! W księgarni i tak nie ma teraz ruchu. I wyprowadź Zakładkę.
Niewielki beagle, który znudzony brakiem klientów chwilę wcześniej uciął sobie drzemkę w posłaniu na parapecie, podrywa się na dźwięk swojego imienia i zeskakuje na podłogę.
- Widzisz, jej też spodobał się ten pomysł!
- Powinnaś pamiętać, jak wyglądał. Widziałaś go przecież w zeszłym roku na przetargu. - Mila nie daje za wygraną.
Ala udaje, że nie słyszała pytania. Nieraz dawała przyjaciółce znać, że jest zmęczona ciągłą wojną mieszkańców miasteczka z deweloperami, którzy mają za nic lokalną architekturę i stawiają kolejne apartamentowce.
- Jeśli pójdziesz w prawo, w stronę Dziury, za sześć minut znajdziesz się w lesie.
- Ostatnio spotkałam tam cztery jelonki. Dżizas, jakie one były słodkie!
- Pewnie miał na sobie ciuchy za miliony monet.
- Kto? Jelonek?
- Deweloper!
- Miluś, to walka z wiatrakami.
Lubi, gdy przyjaciółka zwraca się do niej z czułością, ale nie w tej chwili. W tej chwili wszelkie Milusie, Kotki i Słoneczka sprawiają, że jest jeszcze bardziej poirytowana. Czuje się bezsilna, gdy myśli o warszawskim bucu, który kupił działkę z pięknym widokiem na wyłaniające się zza gęstych chmur Karkonosze tylko po to, by wybudować na niej szklane budynki pasujące do lokalnej zabudowy jak pięść do oka!
- Przecież to nic nie zmieni. Znając życie, to nawet nie był on. Nie we własnej osobie. Inwestorzy czy deweloperzy nie mają czasu na udział w lokalnych przetargach. Mają od tego ludzi.
- I od tego też mają ludzi!
Do skąpanej w majowym słońcu księgarni zagląda Chomik, niegroźny pijaczek, do którego od lat nikt nie zwraca się po imieniu.
- Zakradłem się na plac budowy i zrobiłem kilka zdjęć. - Chomik wręcza Ali smartfona. - Wygląda na to, że nie tylko będą budować apartamentowce, ale przede wszystkim zniszczą Dom Zimmermanna!
- Pokaż! - Mila zagląda przyjaciółce przez ramię, ale na kadrach uchwyconych przez Chomika niewiele widać, poza tym, że ruszyły przygotowania do rozbiórki. Ziemia wokół willi jest rozkopana, drewniane elementy elewacji częściowo zdjęte i ukryte przed deszczem pod folią. - Dziś wieczorem jestem zajęty, ale podskoczę tam jutro po zmierzchu, żeby nikt mnie nie przydybał. Jeśli uda mi się cyknąć sensowne fotki, podeślę ci na WhatsAppie.
Gdy Ala to słyszy, parska śmiechem.
- Na WhatsAppie? Mili? Przecież jej telefon ma więcej lat niż ona sama!
- Nieprawda! Nokia 3210 tak jak ja kończy w tym roku dwadzieścia cztery lata!
Nikt nie jest w stanie zmusić Mili do tego, by wymieniła swój oldschoolowy telefon na smartfona. Jak można korzystać z tego upiornego urządzenia? I to z własnej nieprzymuszonej woli? Kłaść je przy łóżku, by było pierwszą rzeczą, na jaką patrzysz tuż po przebudzeniu, i ostatnią, którą oglądasz, nim zaśniesz. O nie! Nie zamierza zostać niewolnicą elektroniki. Za żadne skarby! Nie będzie fotografować swoich posiłków ani książek, które aktualnie czyta, by dzielić się tym na social mediach. Niby czemu miałoby to służyć? I najważniejsze: kto w ogóle chciałby to oglądać? Przecież to nonsens! Złodziej czasu i intymności!
- Pójdę z tobą - zwraca się do Chomika.
- Wybij to sobie z głowy! - Ton głosu Ali jednoznacznie wskazuje na to, że żarty się skończyły. Że dziś nie jest psiapi, z którą Mila wypiła swoje pierwsze piwo, tylko szefową. - Nie podjudzaj. O ile dobrze pamiętam, miałeś się rozglądać za pracą. - Chomikowi też się obrywa.
- Rozglądam się, pani kierowniczko, nieustannie, ale przed sezonem szukają ludzi na recepcję i kelnerów. Dla mnie nic nie ma.
- No popatrz! A u mnie właśnie się znalazło! Cóż za szczęśliwe zrządzenie losu, prawda? - Ala częstuje go spojrzeniem, które nie uznaje sprzeciwu. Zresztą nikomu nie jest łatwo powiedzieć "nie" jej wielkim ciemnym oczom. Niejeden chłopak stracił dla nich głowę... - W schowku jest piętnaście kartonów, które przyszły do nas w tym tygodniu, a ja od poniedziałku nie mam siły do nich zajrzeć.
Fakt, w ostatnich dniach Mila zauważyła, że Ala nieco pobladła, może nawet schudła. Raz czy dwa zapytała, czy wszystko w porządku, spotkała się jednak ze zwięzłą i niezbyt miłą ripostą, postanowiła więc odpuścić. Nie ma nic bardziej irytującego niż: "Na pewno? Sprawiasz wrażenie zmęczonej". To jak owinięty w złotko przytyk: wyglądasz tragicznie, idź, zrób coś ze sobą.
- Kartony stoją tuż przy drzwiach. - Ala wręcza Chomikowi klucz do schowka. - Rozpakuj je i wnieś książki na zaplecze. Mila wprowadzi je do systemu i rozłoży na półkach, ale najpierw pójdzie na spacer z Zakładką. - Z szuflady pod ladą wyjmuje smycz i przypina ją do szelek beagle'a, który zdążył już na nowo przysnąć, ale brzęk metalowego zapięcia działa na niego tak samo jak zapach parówki. - No już, już, spokojnie. - Próbuje ujarzmić zwierzaka radośnie łomocącego ogonem o podłogę. - A kiedy wrócicie, nie chcę słyszeć ani słowa o inwestycjach, budowach ani niczym podobnym. Zrozumiano?
- Tak jest, pani kierowniczko! - mówi Chomik.
- Zrozumiano - odpowiada Mila.
Jednak żadne z nich nie zamierza dotrzymać słowa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki