Wzniesiony około 530 r. p.n.e. Circus Maximus miał wymiary 544 na 129 metrów - czyli ponad dwa razy więcej niż Yankee Stadium w Nowym Jorku. Kształtem przypominał wydłużoną literę "U". Na otwartym końcu "U" rozmieszczono boksy dla rydwanów wyposażone w bramki, które można było otworzyć w tym samym momencie, tak samo jak podczas współczesnych wyścigów konnych. Przez środek cyrku biegła długa barykada, tzw. spina, którą rydwany musiały okrążyć siedem razy, pokonując tym samym ponad sześć kilometrów.
Spina stanowiła punkt centralny całego cyrku. Na jej podmurowaniu wzniesiono wsparte na kolumnach posągi, fontanny tryskające perfumowaną wodą, ołtarzyki poświęcone bogom, a nawet niewielką świątynię ku czci Wenus, patronki zawodników ścigających się rydwanami. Powożący przed rozpoczęciem wyścigu rozpalali kadzidło na cześć tej bogini. W połowie spiny wyrastał przywieziony z Egiptu obelisk, na którym zatknięto złotą kulę. Kula błyszczała w promieniach słońca i rzucała się w oczy wszystkim obecnym w cyrku. Aktualnie obelisk, już bez kuli, znajduje się na placu Świętego Piotra, naprzeciwko Bazyliki.
Po każdej stronie spiny rozmieszczono po dwie kolumny, połączone marmurową poprzeczką. Na jednej z nich umieszczono siedem jaj wykonanych z marmuru. Po drugiej stronie rozciągał się rząd siedmiu marmurowych delfinów. Jaja były symbolem Kastora i Polluksa, niebiańskich bliźniaków i świętych patronów Rzymu, zaś delfiny poświęcono Neptunowi, patronowi koni. Za każdym razem, kiedy rydwany wykonały pełne okrążenie, usuwano po jednej figurce jaja i delfina, aby publiczność wiedziała, ile zostało do końca wyścigu. Spinę zamykały na obu końcach trzy słupy wysokie na sześć metrów i ozdobione płaskorzeźbami. Słupy te (zwane metae) służyły za bandy mające chronić okazałą spinę przed uszkodzeniem przez rydwany wchodzące w zakręty. Pliniusz pisał, że metae przypominały drzewa cyprysowe.
Biznes związany z wyścigami znajdował się w rękach wielkich przedsiębiorców i był uważany za jeden z najbardziej dochodowych w całym imperium, a udziały w nim miały tysiące ludzi. Interes był na tyle lukratywny, że ojcowie przekazywali go swoim synom niczym bezcenną własność. Przedsiębiorcy prowadzili ogromne biura w najbardziej ruchliwych dzielnicach miast, w tym także w Rzymie. Oprócz biur utrzymywano także wielkie budynki w pobliżu cyrków (te zaś można było znaleźć dosłownie w każdym mieście cesarstwa), które służyły za baraki oraz stajnie. Wznoszono je najczęściej wokół toru, gdzie drużyny mogły trenować. Przedsiębiorcy utrzymywali także liczne stadniny, a nawet opłacali statki z wbudowanymi boksami do transportu koni z jednego cyrku do drugiego. Pewne pojęcie o rozmiarach stadnin daje nam uwaga, jaką w 550 r. n.e., gdy z wolna zakazywano wyścigów, poczynił jeden z urzędników, którego wysłano do nadzoru rozbiórki budynków. Po przybyciu do jednej ze stadnin zauważył, że "była już tak okrojona, że właściciel trzymał w niej zaledwie czterysta koni, więc uznałem, że szkoda na to zachodu".
Trudno oszacować liczebność personelu zatrudnianego przez te przedsiębiorstwa, w tym hodowców, stajennych, woźniców, ujeżdżaczy i wielu innych, ale warto przyjrzeć się wykazowi ludzi zaangażowanych podczas samych wyścigów. Oprócz woźniców byli to także lekarze (medici), pomocnicy woźniców (aurigatores), ludzie odpowiedzialni za wysypywanie piasku przed wyścigiem (procuratores dromi), naoliwianie kół rydwanów (conditores), przejęcie koni po zakończeniu zmagań (moratores), czyszczenie rydwanów (sparsores), ściąganie figurek jaj i delfinów (erectores) oraz stajenni (armentarii). W stajniach pracowali także chłopcy do pomocy, trenerzy, weterynarze, rymarze, krawcy, strażnicy stajni, garderobiani i ludzie dostarczający wodę. Zatrudniano nawet specjalną grupę osób, których jedynym obowiązkiem było mówienie do koni oraz ich uspokajanie podczas wyprowadzania ich ze stajni.
Woźnice rekrutowali się głównie spośród niewolników, choć i obywatele rzymscy niekiedy próbowali także swoich sił w nadziei na zdobycie sławy i pieniędzy. Nieważne jednak, czy był niewolnikiem, czy wolnym człowiekiem - zwycięski woźnica stawał się bohaterem Rzymu i inkasował niemałe sumy. Część niewolników kończyła karierę jako milionerzy i kupowała sobie wolność lub otrzymywała ją w ramach wdzięczności od swych panów, którzy także zarabiali na ich sukcesach. Cesarz Kaligula wręczył Eutychowi, sławnemu woźnicy, podarek w wysokości dwóch milionów sestercji (czyli w przeliczeniu jakieś 85000 dolarów). Krescens, czarny niewolnik, który rozpoczął karierę w wieku trzynastu lat, zanim zginął, mając lat dwadzieścia dwa, zgromadził majątek o wartości dzisiejszych 75000 dolarów. Rzutem na taśmę wygrał trzydzieści osiem wyścigów, wysuwając się na prowadzenie w trakcie ostatniego okrążenia, co stanowiło godne podziwu osiągnięcie. Pewien zawodnik wygrał piętnaście mieszków złota w ciągu godziny. I choć typowa suma, jaką wypłacano zwycięskiemu woźnicy, stanowiła równowartość 2500 dolarów, i tak otrzymywał on znacznie więcej w dodatkach od zespołu, prezentach od fanów, łapówkach od hazardzistów poszukujących wskazówek, a także wytwórców, którzy chcieli umieścić jego podobiznę na wazach, naczyniach oraz innych pamiątkach.
Najsłynniejszym woźnicą w dziejach był niewątpliwie drobny, choć atletycznie zbudowany zawodnik imieniem Diokles. Jako pierwszy zwyciężył w tysiącu wyścigów. Diokles był człowiekiem rozkochanym w koniach i wyszukanych strojach. Przechadzał się po ulicach Rzymu w jedwabnych oraz płóciennych tunikach pokrytych haftem. Miał także własne zespoły - co było wówczas równie niespotykane jak dziś widok dżokeja będącego właścicielem stadniny z końmi wyścigowymi. Jak pisał z przekąsem Juwenalis: "Porządni ludzie obruszają się na widok tego wyzwoleńca, którego dochody po stokroć przewyższają dochody senatora". Mimo to Diokles był bożyszczem tłumów. Jako młody niewolnik pracował w stajni pewnego hiszpańskiego arystokraty, następnie został wysłany do Rzymu z transportem koni, gdzie kupił go patrycjusz zafascynowany jego nieprzeciętnymi zdolnościami okiełznywania co bardziej krewkich koni rasowych. Po raz pierwszy wystartował w wyścigu, mając dwadzieścia cztery lata. Jako że był nowicjuszem, został zmuszony, niezgodnie z regułami, do zajęcia zewnętrznego toru. Pozycje przydzielano w teorii drogą losowania, ale całej procedurze towarzyszyły liczne matactwa. Aby zbliżyć się do spiny, rydwan z zewnętrznego toru musiał przeciąć trasę przed innymi, co w praktyce oznaczało pewną śmierć. Diokles nie stosował jednak tej taktyki. Trzymał się w ogonie aż do ostatniego okrążenia, kiedy to dając popis zdolności woźniczych, ominął trzy pozostałe rydwany i jako pierwszy przekroczył metę.
Właściciel zwycięskiej stadniny zwykle dzielił się wygraną z woźnicą, dzięki czemu Diokles szybko zarobił na własną wolność. Kolejne wygrane przeznaczał na zakup koni, które sam szkolił, a następnie zdobył własny rydwan. Do własnych zaprzęgów wykorzystywał ogiery i rocznie zarabiał równowartość 40000 dolarów tylko na samych opłatach za korzystanie ze stadniny. Pośród licznych przywilejów, którymi się cieszył, Diokles, tak jak inni sławni woźnice, mógł w wybrane dni stroić sobie żarty z kogo tylko chciał, nawet z członków arystokracji.
Kolejnym lukratywnym źródłem dochodu Dioklesa był udział w pokazowych wyścigach, w których obstawiano wielkie sumy. Pewnego razu wystąpił w dwóch wyścigach jednego dnia. Za pierwszym razem - w rydwanie zaprzężonym w sześć koni (wchodzenie w zakręty przy spinie z sześcioma wierzchowcami było imponującym wyczynem), za co zainkasował 40000 sestercji. Następnie przystąpił do wyścigu, w którym zasiadł w rydwanie ciągniętym przez siedem koni, przypiętych jedynie postronkami, i wygrał 50000 sestercji. Jego największym wyczynem było prawdopodobnie wygranie wyścigu bez użycia bata, za co zarobił 30000 sestercji. Bat służył nie tyle do poganiania zaprzęgu, co do kierowania nim przy braniu zakrętów. Przy zwrocie wokół słupów na końcu spiny woźnica mógł dać koniowi po wewnętrznej stronie sygnał do skrętu, kładąc bat na barku zwierzęcia, a jeśli pozostałe konie chciały za szybko wykonać zwrot, woźnica mógł je powstrzymać delikatnym smagnięciem. Prowadzący rydwan obwiązywał lejce wokół pasa, aby lepiej balansować na zakrętach, jednak utrudniało to kontrolę nad poszczególnymi wierzchowcami.
Konie miały ogromną wartość i były znacznie cenniejsze niż niewolnicy. Szkolenie rozpoczynało się, gdy zwierzę osiągało trzeci rok życia, i było tak złożone, że mogło stanąć do wyścigu dopiero po ukończeniu pięciu lat. Niektóre zaprzęgi były tak bystre, że samodzielnie kierowały się po torze. Pewnego razu woźnica wypadł z rydwanu po tym, jak jego konie gwałtownie "dały susa" z boksu, a mimo to zaprzęg samodzielnie się ścigał i zwyciężył. Koniom przypadły także nagrody. Rzeźbiarze wykonali pomniki na cześć sławnych wierzchowców, z czego część przetrwała do dziś. Widnieją na nich następujące inskrypcje: "Tuscus, powożony przez Fortunatusa z drużyny niebieskich, 386 zwycięstw" lub "Victor, powożony przez Gultę z drużyny zielonych, 429 zwycięstw". Cesarz Lucjusz Werus był właścicielem konia o imieniu Volucris, którego po wyścigu obsypano buszlem złotych monet, zaś cesarz Hadrian nakazał wznieść mauzoleum, którego fragmenty przetrwały do naszych czasów, dla swojego konia Borysthenesa. Najsłynniejszym spośród koni wyścigowych był Incitatus należący do cesarza Kaliguli. Rumak mieszkał w marmurowej stajni, jadł ze żłobu z kości słoniowej i pił z pozłacanego wiadra. Znani artyści przyozdobili jego stajnię, a zwierzę uczęszczało na oficjalne posiłki, gdzie niewolnicy karmili go owsem. Kaligula miał nawet zamiar uczynić go konsulem.
Koń, który zwyciężył w ponad stu wyścigach, otrzymywał miano centenarius i mógł nosić specjalną uprząż. Diokles posiadał dziewięć centenarii i wszystkie samodzielnie wyszkolił. Jeden z jego rumaków wygrał ponad dwieście wyścigów. Zwał się Passerinus i był darzony taką estymą, że gdy spał, żołnierze patrolowali ulice, uciszając wszelkie hałasy. Najlepszego konia umieszczano po lewej ręce i nie był on wpięty do jarzma, a trzymany jedynie na postronkach. Podczas pokonywania zakrętów rumak ten znajdował się najbliżej spiny i jego pewność ruchów oraz prędkość mogły przesądzić o życiu lub śmierci woźnicy. Drugiego najlepszego konia umieszczano po prawej stronie zaprzęgu - ten również nie był wpięty w jarzmo. Podchodząc do zakrętu, musiał przeciągnąć rydwan po łuku, podczas gdy centenarius balansował blisko słupów na spinie. Dwa środkowe konie miały założoną uprząż i były rozstawione po obu stronach dyszla, a ich głównym zadaniem było napędzanie rydwanu, choć każdy wierzchowiec musiał dokładnie wiedzieć, jak się zachowywać.
Tak jak i dziś prowadzono nieustanne debaty w kwestii wyższości danej rasy oraz sposobów hodowli. Koni nie podkuwano, więc stan ich kopyt był sprawą najwyższej wagi. Konie sycylijskie były bardzo szybkie, ale nieprzewidywalne, iberyjskie sprawdzały się tylko na krótkich dystansach (miały zbyt miękkie kopyta), zaś te pochodzące z Libii wykorzystywano do długich przebiegów. Wykorzystywano także kilka ras, których dziś już nie spotkamy, jak choćby orynx o umaszczeniu przypominającym zebrę, który prawdopodobnie był regionalną krzyżówką.
I choć w muzeach do dziś znajdziemy rozmaite rzeźby poświęcone rzymskim woźnicom, a także inskrypcje dotyczące tej dyscypliny, typu: "Scorpus z drużyny Białych siedem razy zajął pierwsze miejsce, dwadzieścia dziewięć razy drugie miejsce i sześćdziesiąt razy trzecie miejsce", i tak nie udało mi się natrafić na choćby jeden dokładny opis całego wyścigu. Dysponujemy jednak wieloma wzmiankami o wypadkach podczas zawodów, co pozwala do pewnego stopnia uzmysłowić sobie, jak taki pojedynek wyglądał. Wyobraźmy sobie, że w trakcie ludi magni ("igrzysk wielkich") odbędzie się wyścig, w którym jednym z woźniców będzie Diokles.
Już od wielu tygodni jedynym tematem rozmów Rzymian był zbliżający się wyścig i obstawianie zakładów. Ludzie płacili sowite sumy za cenne wskazówki, które najczęściej były jednak mało konkretne. Wielki rzymski filozof Seneka pomstował: "Sztuka konwersacji jest martwa. Czy nie ma już innych tematów niż umiejętności poszczególnych woźniców oraz jakość ich zaprzęgu?". Na Dioklesa postawiono tyle zakładów, że jeden z senatorów zauważył, iż jeśli on przegra, będzie to boleśniejszy cios dla naszej gospodarki niż poważna klęska militarna. Jednak na kilka dni przed wyścigiem kurs na giełdzie nagle się zmienił. Miasto szumiało od plotek. Ktoś usłyszał od jednego z dozorców rydwanów, dbającego o naoliwianie kół, że Diokles przyjął ogromną łapówkę i sprzedał wyścig. Właściciel tawerny podsłuchał rozmowę dwóch członków gwardii pretoriańskiej o tym, że cesarz, który kibicował innemu zaprzęgowi, umówił się ze sponsorami igrzysk na rozpoczęcie wyścigu od nowa, gdyby Diokles wysunął się na prowadzenie. Właścicielka burdelu dowiedziała się od swoich dziewcząt, które obsłużyły służącego pewnego prominentnego polityka, że dwaj rywale Dioklesa zawiązali solenną umowę, iż złapią jego rydwan w kleszcze i rozbiją. Jakiś mężczyzna powtarzał za swoim kuzynem, który znał weterynarza Dioklesa, że najlepszy koń faworyta wyścigu, Passerinus, został nafaszerowany środkami odurzającymi. Ludzie rzucili się do stajni, aby spróbować odchodów Passerinusa i przekonać się, czy faktycznie tak było. Kurs na giełdzie zakładów rósł i spadał w zależności od najświeższych pogłosek, z czego wiele z nich celowo rozsiewali zapaleni hazardziści próbujący wzbogacić się na wyścigu.
Cztery frakcje kontrolujące wyścigi znane były jako Biali, Czerwoni, Zieloni oraz Niebiescy, a woźnice przywdziewali tuniki w kolorze swojego fanklubu niczym współcześni dżokeje kostiumy klubowe. Rzym był podzielony między te cztery drużyny - swoją drogą, słowo "frakcja" pierwotnie oznaczało grupę ludzi kibicujących danemu zaprzęgowi. Ludzie wpinali w ubrania barwione kwiaty, wstążki lub obwiązywali się chustami, aby pokazać swą przynależność klubową. Przywiązanie do frakcji było tak silne, że ich kibice często dawali jego dowód na inskrypcjach nagrobnych: "Memmius Regulus był dobrym człowiekiem, oddanym mężem i wiernym kibicem Czerwonych". Neron, który zawsze wspierał frakcję Zielonych, nakazał na ich cześć zabarwić piasek na arenie na zielony kolor, podczas gdy na życzenie cesarza Witeliusza stracono pięćdziesiąt osób, które buczały na frakcję Niebieskich.