Joasia
Tomek też miał kropkę, najpierw małą, a później sobie powiększył, znaczy się powiększyli mu w Gorzowie. To takie miasteczko gdzieś hen daleko, za siódmą górą, za siódmą rzeką, ale rozbiłam świnkę, wyjęłam wszystkie moje roczne oszczędności, a potem spakowałam do plecaka co trzeba i z samego rana zamiast do szkoły pobiegłam na dworzec. Gdzie jest dworzec, wiedziałam, bo jeździłam dwa razy na kolonie do Ustki, więc bez kłopotu trafiłam. Podeszłam do kasy, pokazuje pani za szybą te moje moniaki i się pytam, czy wystarczy do Gorzowa, ona się na mnie podejrzliwie popatrzyła: "Bez rodziców jedziesz?". I kazała mi zaczekać, a sama łaps za telefon i gdzieś dzwoni, pewnie na milicję, się domyśliłam, zgłosić, że dziecko z plecakiem bez opieki na dworcu. Czyli z domu uciekło albo się zgubiło. Zasłania usta ręką, ale piąte przez dziesiąte do mnie dociera. Babsztyl zwraca się do rozmówcy "sierżancie", więc ja od razu chodu na drugi koniec dworca i tam pół godziny późnej dogania mnie komunikat z megafonu, że po hali błąka się mała dziewczynka, na oko dziesięć, jedenaście lat, i jak ktoś ją zobaczy, niech przyprowadzi do dworcowego komisariatu MO. Ale ja już wtedy miałam bilet. Jedną panią uprosiłam, żeby mi kupiła w kasie po przeciwnej stronie hali. Miała pewnie z pięćdziesiąt lat, była pyzata, w okularach krótkowidza i w ciemnej sukni, jakby wracała z pogrzebu. Mocno wymalowana, z wąsikiem i chyba stara panna; posłała mi nieufne spojrzenie, ale szybko wytłumaczyłam, że jadę do brata, który leży w szpitalu w Gorzowie, bo miał wypadek na motocyklu, wczoraj przyszedł telegram, a ja tylko z babcią mieszkam. Klaruję dalej tej pani, że mamusia umarła, a tato w więzieniu, czyli muszę jechać sama, babcia na krok się z domu nie ruszy, tak ją krzyż boli. No i ta pani rozczuliła się, prawie zapłakała. "Wiesz, dziecko, ja do Zielonej Góry - mówi do mnie - więc usiądziemy w jednym przedziale i jakby się kto interesował, powiemy, że jestem twoją ciocią". Ale nagle przestraszyła się własnych słów i pyta z niepokojem, czy ja jej nie okłamuję, bo może uciekłam z domu. A przy tym tak się wgapia w mój plecak, jakby był wypchany fantami, które na drogę zakosiłam rodzicom. "Ale ty masz taki uczciwy wygląd - sama siebie zaraz przekonała - od razu widać, żeś dobre dziecko". A ja się patrzę na nią z minką dobrego dziecka, bo jak potrzeba, potrafię taką robić, i dziwię się, że ktoś używa słówka "żeś", zupełnie jak w szkolnej lekturze. Oczywiście nazwałam ją od razu w myślach Panią Żeś.
W pociągu całą drogę zmyślałam i zmyślałam, jak to tato ukradł w pracy dziesięć tysięcy, żeby opłacić mamy operację w Ameryce. No i posadzili go na cztery lata, a mama i tak umarła, bo na operację już było za późno. I dalej, dalej w tym stylu, same wyciskacze łez, których nie powstydziłaby się Konopnicka czy inny pisarz od biednych dzieci. Chociaż wcale nie sprawiałam wrażenia dziewczynki z biednego domu, byłam ubrana w śliczną nową sukieneczkę w kwiatki, całkiem inną niż te wyblakłe od prania i pocerowane, jakie nosiła większość moich koleżanek, a raczej donaszała po starszych siostrach; i rajstopki miałam eleganckie, elastyczne, a nie okropne rajtuzy, które stale się rolują. A mimo to pani Żeś wierzyła, że spełnia dobry uczynek i wręcz się zakochała we mnie albo w tym uczynku, bo przed samiuśką Zieloną Górą mówi nagle, że pojedzie ze mną aż do Gorzowa, żeby jakiś głupi milicjant się do mnie nie przyczepił i nie zatrzymał w izbie dziecka. I razem się udamy do szpitala, ona jest lekarką, więc wpuszczą nas poza godzinami odwiedzin. A potem zabierze mnie do siebie do Zielonej, nakarmi, przenocuje i z rana wsadzi w pociąg do Warszawy i da parę złociszów konduktorowi, żeby mnie pilnował jak oka w głowie.
No to przedobrzyłam - myślę sobie i zaczynam kombinować, jak tu się teraz baby pozbyć. Niby nic prostszego. Naciągnąć ją na jakieś żarcie w bufecie na dworcu, a potem przeprosić, że muszę siusiu, ona będzie czekać na mnie przy stoliku, a ja w tym czasie w nogi. No tak. Tylko jeśli z tego WC nie wrócę, doktor Żeś zacznie mnie szukać. Najpierw się zapyta babci klozetowej, a potem wszystkich naokoło, czy nie widzieli dziewczynki w sukience w kwiatki, a na końcu pewnie zawiadomi milicję. Ja w każdym razie tak bym zrobiła, gdybym była dorosła i wzięła sobie pod opiekę dziesięciolatkę, a ta się gdzieś ulotniła.
Fart mi dopisał, bo ubikacja miała okienko, więc myjąc ręce nad umywalką wyczekałam moment, że wszystkie babki się pozamykały w kabinach, a jedna głośno puściła tranzystorowe radio. "Żeby zagłuszyć, jak sram - wyjaśniła innej przez ściankę - bo od dziecka okropnie mnie to krępuje".
Nastawiła na pełny regulator, a leciało akurat Młodzieżowe Studio Rytm, taka bigbitowa audycja dla małolatów, też jej słuchałam, choć wolałam Luksemburg. Pani robiła kupkę, Korda śpiewał o tonącej Andreadorii, dopiero po latach się dowiedziałam, że ta nazwa składa się z dwóch słów: Andrea i Doria, czyli z imienia i nazwiska jakiegoś włoskiego wojownika. W każdym razie dzięki temu, że wokalista je wykrzykiwał, babcia klozetowa nie usłyszała, jak się mocuję z zardzewiałymi klamkami, a potem jak jęczę, przeciskając się przez wąskie okno razem z moim plecakiem. Ubikacja była na parterze, więc bez ryzyka połamania się, wyskoczyłam na trawnik. Nikogo nie zainteresowało, dlaczego dziecko w ten sposób opuszcza dworcowy budynek, tylko jakiś staruszek spojrzał się na mnie zdziwiony, ale o nic nie spytał. Mogłam spokojnie się oddalić.
Myślałam, że sama jakoś przez przypadek znajdę ten park, ale po godzinie łażenia po mieście, poddałam się i zaczepiłam dwóch takich z gębami jak chłopaki z Trójkąta. "Dla brata w więzieniu mam wiadomość. Wiem, że jest teraz na robocie w parku" - wyjaśniłam, bo życie mnie nauczyło, że wiadomości to dla nich rzecz święta. Bo czy to raz Tomek był przy mnie ostrzegany przez telefon, że ktoś go sprzedał? I wtedy znikał na kilka dni z domu, a stary w tym czasie odkręcał sprawę. Nie dla dobra Tomka, którego najchętniej widziałby w poprawczaku albo w więzieniu, ale dla własnej reputacji, żeby wrogowie w pracy nie rozpowiadali, że towarzysz dyrektor ma syna kryminalistę.
Niestety, za ostatnim razem się nie udało, bo mój brat i Darek Wąsikiewicz uderzyli za wysoko, ale skąd mieli wiedzieć, że zbok, którego poznali w ogródku jordanowskim na Emilii Plater, jest krewnym premiera Bułgarii? Przyjechał do Polski jako korespondent gazety "Robotniczesko Deło", i zaraz zaczął podrywać chłopaczków, a w razie kłopotów powoływał się na potężnego kuzyna. Ten jordanek był stałym miejscem jego łowów, a Tomek i Wąsik z kolei przychodzili tam wypić na ławce bełta. No więc się spiknęli i Bułgar spytał, czy nie mają młodszych kolegów, najlepiej dwunastolatków, a oni mu na to, że ilu chce, do wyboru do koloru, tylko muszą zatelefonować w jedno miejsce. Więc kupili wódkę i pojechali do niego na Saską Kępę, i tu już nasz stary był bezradny, chociaż znał kupę szych w milicji. "Gdyby mu parę razy przyłożyli i nawet wynieśli to złoto, może jeszcze bym ich jakoś wyciągnął - tłumaczył mu ważny pułkownik, komendant dzielnicy Śródmieście. - Zwłaszcza że podobno ten bułgarski premier ma dość zboczeńca i już nie chce się mieszać w jego sprawy. No, ale pan przecież wie, co wykazała obdukcja".
Ja też wiedziałam, tak jak cała szkoła i cały Trójkąt. Wszystkich to okropnie bawiło, nawet dorosłych, nawet ludzi, których bym nie podejrzewała, że się mogą z takich rzeczy śmiać. Nie współczułam oczywiście człowiekowi, co zaczepia dzieci na placu zabaw i robi z nimi świństwa w samochodzie; cieć z jordanka przecież zeznał, że dziesiątki razy widział go w akcji, ale bał się zgłosić milicji, skoro Bułgar był ważnym dziennikarzem. A jednak przeżyłam szok, że Tomek okazał się do czegoś takiego zdolny.
Choć nie przestałam go z tego powodu kochać. Potem ból rozstania tylko wzmocnił moje uczucie.