Girlaski - Julian Krzewiński

Kup ebooka

39.90 zł
34.31 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

- Na gir­lasy

Nie­je­den łasy,

To fry­kasy

I miód.

Bo gir­la­ski

Są jak ob­razki.

Daj okla­ski

Za trud.

Tempo! Ma­szyna z jedną nóżką.

Tempo! Lecz każda ma ser­duszko.

Serc tych bi­ciem

Kie­ruje ży­cie

Już bez rytmu i nut...

Roz­brzmie­wał gło­śny śpiew nie­usta­wio­nych gło­sów.

- Dzie­sięć mi­nut pauzy!

Ba­let­mistrz, w gim­na­stycz­nych pan­to­flach na bo­sych no­gach, w ką­pie­lo­wym szla­froku, za­rzu­co­nym na ra­miona - prze­stał ude­rzać do taktu w ja­poń­skie tam­bu­rynko i usiadł na budce su­flera.

Szes­na­ście pra­wych nóg, dość do­bra­nych, dość jed­na­ko­wych, na ostat­nie ude­rze­nie pa­łeczki ba­let­mi­strza o bę­be­nek opa­dło na dół.

Stopy w ba­let­kach sta­nęły jak w woj­sku na ko­mendę "bacz­ność".

Z szes­na­stu par dziew­czę­cych płuc ule­ciało wes­tchnie­nie, ode­tchnię­cie po mę­czą­cej, fi­zycz­nej pracy, bło­gie "aaach", na myśl za­cią­gnię­cia się po­śpiesz­nie pa­pie­ro­sem w cza­sie krót­kiej prze­rwy.

Wan­dzia Bu­dzyń­ska, naj­star­sza z ze­społu tan­cerka te­atrzyku "Or­feum", na­tych­miast za­rzu­ciła na gołe ra­miona szla­fro­czek i zbie­gła ze sceny po schod­kach pro­wa­dzą­cych na wi­dow­nię.

Pierw­sze rzędy pu­stych krze­seł oświe­tlał blask pa­da­jący ze sceny, reszta sali to­nęła w pół­mroku.

W głębi, w jed­nym z ostat­nich rzę­dów sie­działa dziew­czyna w chu­stce na gło­wie, trzy­ma­jąc ja­kiś to­bo­łek, duże za­wi­niątko na ręku.

To do niej Wan­dzia spie­szyła, a zna­la­zł­szy się przy niej, za­wo­łała:

- Da­waj dzie­ciaka.

I zręcz­nym ru­chem ob­na­żyła jędrną, białą jak śnieg pierś, sia­da­jąc na krze­śle obok dziew­czyny. Słu­żąca po­dała swej pani ta­jem­ni­cze za­wi­niątko, z któ­rego wy­chy­lił się za­bawny łe­bek w ko­ron­ko­wym cze­peczku i roz­chy­lone, bez­zębne usteczka, spra­gnione po­karmu.

Młoda ma­teczka za­ło­żyła nogę na nogę, udem pod­trzy­mu­jąc swój słodki cię­żar, który gło­śnym mla­ska­niem oka­zy­wał ape­tyt i za­do­wo­le­nie za­spo­ka­ja­nego głodu.

Po chwili girl po­wie­działa:

- Adela, masz moją to­rebkę? To wyj­mij z niej pa­pie­rosa, wsadź mi w usta i za­pal. Tam są i za­pałki.

Po­śpiesz­nie za­cią­gała się dy­mem.

W ka­pe­lu­szu, z fan­ta­zją wło­żo­nym na zgrabną główkę, prze­cho­dził od foyer ku sce­nie mi­nia­tu­rowy czło­wie­czek - duży ar­ty­sta w ma­łym ciele.

Za­uwa­żył:

- Pani Bu­dzyń­ska, niech pani przy kar­mie­niu nie pali pa­pie­rosa, bo się po­karm przy­dymi.

Młoda matka uśmiech­nęła się, a jej słu­żąca ro­ze­śmiała się na całe gar­dło.

Ko­le­żanki jed­nej je­dy­nej mę­żatki spo­śród gir­la­sek zgru­po­wały się na schod­kach z dwóch stron sceny lub w pierw­szych rzę­dach krze­seł.

Wszyst­kie pa­liły pa­pie­rosy, prócz jed­nej.

Była to Ja­dzia Bo­równa. Uczyła się śpiewu i sza­nu­jąc głos, od­zwy­cza­iła się od na­łogu, tak wła­ści­wego lu­dziom pracy ner­wo­wej, go­rącz­ko­wej i nie­re­gu­lar­nego ży­cia.

Na­chy­liw­szy się ku niej, Irka Brwi­no­wicz szep­tała jej coś do ucha, czy­ta­jąc z kartki.

Po po­licz­kach czy­ta­ją­cej spły­wały łzy.

Nie mo­gło to, droga Ir­ciu, trwać wiecz­nie. Mu­simy się roz­stać. Jest to ko­niecz­ność ży­ciowa. Do­no­szę ci o mym po­sta­no­wie­niu li­stow­nie, aby mo­ment oso­bi­stego po­że­gna­nia nie roz­draż­nił jesz­cze bar­dziej na­szych serc...

Ko­chliwa, ro­man­tyczna Irka po raz trzeci w tym se­zo­nie zwie­rzała swej przy­ja­ciółce od serca mi­ło­sne pe­ry­pe­tie w związku z ze­rwa­niem z "na­rze­czo­nym".

Inne gir­la­ski ga­dały jedna przez drugą, nie słu­cha­jąc.

Irka Lis­sówna, we­dług jej zna­nego wszyst­kim zwy­czaju za­to­piona w jed­nym z pism ilu­stro­wa­nych, z ołów­kiem w ręku usi­ło­wała roz­wią­zać ja­kąś krzy­żówkę, czy też lo­go­gryf, a może ma­giczny kwa­drat.

Te wszyst­kie czyn­no­ści tan­ce­rek pod­czas krót­kiej pauzy w pró­bie zo­stały prze­rwane trzema ude­rze­niami pa­łeczki ba­let­mi­strza w tam­bu­ryno i okrzy­kiem:

- Pa­nienki! Do ro­boty!

W jed­nej chwili gwarna cze­reda pod­lot­ków i mło­dych ko­bie­tek uci­chła.

Ga­szono śli­nami tlące pa­pie­rosy w dba­ło­ści, aby nie­do­pa­łek, po­rzu­cony w po­śpie­chu na wi­downi, nie wy­wo­łał po­żaru.

Tan­cerki, jak na ko­mendę, w jed­nej chwili zrzu­ciły szla­froczki, ką­pie­lowe płasz­cze, szale, któ­rymi okry­wały pod­czas pauzy swe pół­na­gie ciała.

I już, kiedy za­brzmiała prze­grywka for­te­pia­nowa do ku­pletu - w nie­ska­zi­tel­nej re­gu­lar­no­ścią li­nii gir­la­ski z "Or­feum" sta­nęły, wpa­trzone w by­stre oczy ba­let­mi­strza.

- Raz i dwa, i trzy...

Na gir­lasy

Nie­je­den łasy,

To fry­kasy

I miód...

I znów po raz setny roz­brzmiał śpiew gir­la­sków w takt dud­nie­nia ja­poń­skiego bę­benka, w ryt­mie ak­cen­to­wa­nym rów­niutko ru­chami zgrab­nych, ba­jecz­nie do­bra­nych, dziew­czę­cych nó­żek.

W pew­nej chwili ozwał się głos ba­let­mi­strza:

- Stop!

Pia­ni­sta na­tych­miast prze­rwał gra­nie, a dziew­częta ze sceny spoj­rzały z obawą i za­py­ta­niem w oczy pro­fe­sora ba­letu, która też z nich coś "sfaj­fo­niła", że kie­row­nik uznał za sto­sowne prze­rwać im ta­niec.

- Któ­rej tam bra­kuje? - spy­tał ba­let­mistrz.

- Prze­pra­szam! Sto­krot­nie prze­pra­szam! - wo­łała z głębi wi­downi bie­gnąca ku sce­nie Bu­dzyń­ska.

Ma­leń­kiego wzro­stu ko­mik re­wiowy wziął do ręki me­ga­fon, któ­rym cza­sem re­ży­ser ha­ła­śli­wych fi­na­łów po­słu­gi­wał się, aby być le­piej przez cały ze­spół ar­ty­styczny sły­szany i wo­łał swym cien­kim gło­sem, kie­ru­jąc do góry trąbę me­ga­fonu ku wy­so­kiej po­stawy ba­let­mi­strzowi:

- Wan­deczka jest uspra­wie­dli­wiona. Spóź­niła się mo­men­cik, bo po­karm jej wez­brał.

Gło­śny śmiech za­wtó­ro­wał temu anon­sowi i znów ma­szyna o szes­na­stu pa­rach rąk i nóg, o szes­na­stu głów­kach, krótko ostrzy­żo­nych, za­częła dzia­łać równo, re­gu­lar­nie, jak ja­kiś nie­sa­mo­wity me­cha­nizm:

Tempo! Ma­szyna z jedną nóżką!

Tempo! Lecz każda ma ser­duszko!

Śpie­wała też Brwi­no­wi­czówna, a po jej po­licz­kach spły­wały łzy żalu, któ­rych nie miała czasu obe­trzeć ani razu pod­czas wy­ko­ny­wa­nego nu­meru.

Jej ręce - to prze­cież tryby me­cha­ni­zmu, który musi dzia­łać nie­za­wod­nie, we­dług z góry prze­wi­dzia­nego planu.

Za­wód ser­cowy to epi­zod, któ­rego się nie uwzględ­nia przy ukła­da­niu nu­meru.

Ma­szyna, zwana ze­spo­łem girls, nie może so­bie po­zwo­lić na żadne od­ru­chy.

Tempo! Tempo! Tempo!

Że­la­zna dys­cy­plina!

I rytm! Nie­ubła­gany, re­gu­larny rytm, jak stu­kot po­śpiesz­nego po­ciągu po szy­nach.

W świe­tle ramp bły­skały rów­nym sze­re­giem: wy­rzu­cane efek­tow­nie w górę łydki, uda, zgrabne ko­lana, fa­lo­wały miękko, jak ło­dygi ne­nu­fa­rów w wo­dzie - białe ra­miona i ręce, chwiały się czu­prynki dziew­czę­cych głów: blond, czarne, kasz­ta­no­wate i... utle­nione.

Cóż to za roz­ma­itość ty­pów, cha­rak­te­rów i uspo­so­bień.

Ale jedno ude­rze­nie ba­let­mi­strza w bę­be­nek, sy­gnał na za­czę­cie pracy i w jed­nej se­kun­dzie te: Ja­dzie, Wan­dzie, Irki - tracą swe in­dy­wi­du­al­no­ści, imiona, na­zwi­ska.

Każda staje się śrubką, try­bem ide­al­nie dzia­ła­ją­cego me­cha­ni­zmu; nu­me­rem we­dług ko­lej­no­ści, w ja­kiej staje za­zwy­czaj w rzę­dzie od le­wej strony.

Na wi­dow­nię wkro­czyło dwóch męż­czyzn.

Woźny wpu­ścił ich bez pro­te­stu, a na­wet z ukło­nem na salę pod­czas próby, gdzie w ta­kiej chwili ob­cym jest wstęp su­rowo wzbro­niony.

Obaj pa­no­wie czuli się tu jak u sie­bie w domu.

Ar­ty­ści, sie­dzący w krze­słach i ocze­ku­jący ko­lei swo­ich nu­me­rów w trak­cie próby, wi­tali przy­jaź­nie przy­by­szów.

- Pa­nie B. - za­wo­łał Alicki, te­nor, śpiew­nym gło­sem - tam w głębi sza­nowny po­to­mek pań­ski...

I wska­zał ręką w ciemny kąt wi­downi, gdzie wid­niała niańka z dziec­kiem na ręku.

Na­zwany pa­nem B. udał się we wska­za­nym przez ak­tora kie­runku.

Ose­sek, spo­strze­gł­szy ojca, wi­docz­nie od razu go po­znał, bo w szcze­rym uśmie­chu ob­na­żył swe bez­zębne dzią­sełka.

Bu­dzyń­ski wziął dziecko z rąk niańki i uca­ło­waw­szy jego pu­co­ło­wate po­liczki, za­py­tał:

- Czy pani ci nie mó­wiła, jak długo może jesz­cze trwać próba?

- Pew­nie gir­lasy już za­raz będą wolne - od­po­wie­działa - bo pan dy­rek­tor mó­wił, że te­raz za­cznie się próba dla sa­mych so­li­stów.

Bu­dzyń­ski spoj­rzał na scenę, gdzie jed­nym z po­nęt­nych try­bów no­wo­żyt­nej ma­szyny, zwa­nej ze­spo­łem girls - była jego żona.

Spo­strze­gła męża ze sceny i le­ciutko ski­nęła mu głową, aby nie wy­paść z rytmu, gdzie każdy ruch ręki, nogi, głowy musi być ści­śle sko­or­dy­no­wany z ru­chem ca­łego ze­społu.

To­wa­rzysz Bu­dzyń­skiego, wy­tworny dżen­tel­men, wi­tał się ze śpie­waczką, która czy­niła roz­ka­pry­szo­nym gło­sem, uda­jąc dziecko, wy­mówki, iż jesz­cze nie po­dzi­wiał jej w ostat­nim prze­bo­jo­wym pro­gra­mie "Or­feum".

Męż­czy­zna za­pew­niał pri­ma­donnę re­wii, że je­żeli czas nie po­zwoli mu po­we­to­wać tego za­nie­dba­nia, to kosz kwia­tów na sce­nie po jej pierw­szym nu­me­rze bę­dzie dziś wy­ra­zem jego go­rą­cej, a nie­speł­nio­nej chęci usły­sze­nia śpiewu pri­ma­donny.

Idąc w stronę, gdzie usiadł jego przy­ja­ciel, za­no­to­wał so­bie w pa­mięci, żeby wstą­pić za­raz do kwia­ciarni, aby uczy­nić od­po­wiedni ob­sta­lu­nek.

Przy­ja­ciel Bu­dzyń­skiego, star­szy od niego o do­bre lat dzie­sięć, Ry­szard Rzym­ski, był ty­pem wy­kwint­nego, czter­dzie­sto­pię­cio­let­niego dżen­tel­mena.

Gdyby wszelka poza nie była mu obca, można by przy­pusz­czać, iż po­zuje na an­giel­skiego lorda.

Wy­da­wał się nad­zwy­czaj zrów­no­wa­żony. Jego ru­chy po­wolne, choć ener­giczne, ce­cho­wały czło­wieka pew­nego sie­bie i opa­no­wa­nego.

Za­równo girlsy, jak i so­listki te­atrzyku "Or­feum", któ­rego by­wał czę­stym go­ściem, zgod­nie twier­dziły, że pan Ryś Rzym­ski, cho­ciaż nie pierw­szej mło­do­ści, może się bar­dziej po­do­bać od nie­jed­nego mło­dzika i że sre­bro si­wi­zny, któ­rym czas dość ob­fi­cie przy­pró­szył mu skro­nie, "robi mu do twa­rzy".

Rzym­ski siadł obok swego przy­ja­ciela.

Po­pa­trzył na bo­ba­ska, któ­rego Bu­dzyń­ski z mi­ło­ścią oj­cow­ską pia­sto­wał na ręku, a po­tem spoj­rzał na scenę.

Przy­ja­ciel męża jed­nej z girls "Or­feum" znał te wszyst­kie tan­cerki do­sko­nale; miały go one za przy­ja­ciela ca­łego ze­społu i każ­dej z osobna.

I nie my­liły się.

Lu­bił tę całą ma­szynę ta­neczną, i da­rzył sym­pa­tią, a na­wet pew­nego ro­dzaju sen­ty­men­tem każdą z czą­stek jej me­cha­ni­zmu.

Ob­ser­wu­jąc ryt­miczny ta­niec gir­la­sków, po chwili za­czął roz­mowę z są­sia­dem pod wpły­wem re­flek­sji, jaką na­rzu­cała mu praca tan­ce­rek na sce­nie.

- Ja­nusz, czy ty je­steś zwo­len­ni­kiem stan­da­ry­za­cji, nor­ma­li­za­cji i tych róż­nych no­wo­cze­snych me­tod pracy?

- W wielu wy­pad­kach - od­po­wie­dział za­py­tany - tak. Ale sporo za­leży od ja­ko­ści tej pracy, nie wszę­dzie...

- Ob­ser­wu­jąc na­sze ko­chane gir­la­ski - prze­rwał mu Ry­szard - wpa­dłem na okre­śle­nie, że girlsy to jest za­sto­so­wa­nie tay­lo­ry­zmu do sztuki pięk­nej, w tym wy­padku - ta­necz­nej. Jak w fa­bryce ro­bot­nik, sta­jąc się po­moc­ni­kiem ma­szyny, musi na­brać jej cech, to jest me­cha­ni­za­cji, tak tu w ze­spole ta­necz­nym dziew­częta mu­szą po­zbyć się in­dy­wi­du­al­no­ści i każda im bar­dziej jest utoż­sa­miona ze swymi to­wa­rzysz­kami, tym jest ide­al­niej­szą girlsą w ze­spole.

- Rze­czy­wi­ście, wi­dzę tu pewne ana­lo­gie.

- Otóż po­wiem ci, mój drogi, że co do mnie, to może je­stem już sta­rej daty, ale za­wsze wolę naj­pry­mi­tyw­niej­szy przed­miot, wy­ko­nany ręcz­nie, w który ro­bo­ciarz, rze­mieśl­nik czy inny pra­cow­nik wlał cząstkę swej in­dy­wi­du­al­no­ści, ta­lentu, du­szy, niż naj­pięk­niej­szą rzecz wy­two­rzoną me­cha­nicz­nie.

Dla­tego wi­dać i tu nie po­tra­fię pa­trzeć, jak inni wi­dzo­wie, na ze­spół girls, jako na ca­łość, lecz wy­ła­wiam zwy­kle wśród sze­regu tan­ce­rek jedną i tę spe­cjal­nie ob­ser­wuję.

- Ha­haha! - za­śmiał się Bu­dzyń­ski - wi­docz­nie i ja mia­łem w tym wzglę­dzie ten sam, co ty, zwy­czaj, bo wy­ło­wi­łem so­bie spo­śród tego ze­społu jedną i za­bra­łem na wła­sność.

- No tak - od­rzekł na tę uwagę przy­ja­ciela Rzym­ski - no tak, gdyby ktoś chciał wziąć na wła­sność cały ze­spół, mu­siałby być Tur­kiem i to sta­rej daty, póki jesz­cze Ke­mal Pa­sza nie roz­pę­dził ha­re­mów.

Obaj ro­ze­śmieli się, a Rzym­ski wy­na­lazł so­bie jedną z rzędu zgrab­niut­kich dziew­cząt "do pa­trze­nia". Była to Gie­nia Do­bo­szówna, która, we­dług jego zda­nia, miała z nich wszyst­kich naj­ład­niej­sze ko­lanka.

Znał je wszyst­kie i nie im­po­no­wało mu u nich to, że są do­brane wzro­stem, tu­szą, ro­dza­jem bu­dowy, ale każda miała dlań coś, co czy­niło ją in­te­re­su­jącą.

Gieni ko­lanka, Ma­rysi uda, Zosi Ba­ra­now­skiej kar­na­cja ciała itd. - to były szcze­góły, piękne szcze­góły, które przy­ku­wały nie­raz, gdy sie­dział w krze­słach, jego uwagę i sen­ty­ment sta­rego ko­ne­sera-lo­we­lasa.

Te du­ma­nia przy­ja­ciela prze­rwał Ja­nusz, od­da­jąc dziecko niańce.

- Wy­ło­wi­łem jedną z girls tego te­atrzyku na wy­łączną wła­sność i za­pew­niam cię, bra­cie ko­chany, że ni­gdy tego nie ża­łuję. I ra­dzę ci...

- Co? Oże­nić się? Nie, mój drogi, to nie dla mnie.

- My­lisz się. Nie znasz sie­bie. Ty je­steś, wbrew opi­nii ogól­nej, ty­powy mo­no­ga­mi­sta.

- Ja? Osza­la­łeś.

- Wcale nie osza­la­łem. Za­sta­nów się tylko. Czyś ty kiedy dał się uwieść przy­god­nie spo­tka­nej ko­bie­cie, jak każdy inny z to­wa­rzy­szy na­szych wspól­nych lum­pek? Ni­gdy! A że czę­sto zmie­nia­łeś przed­mioty twych przy­wią­zań, to ża­den do­wód, że je­steś mo­ty­lem. Od czasu kiedy ży­jemy bli­żej ze sobą, wi­dzia­łem kilka już zmian w twoim re­per­tu­arze mi­ło­snym. Ob­ser­wu­jąc zaś każdy u cie­bie na­wią­zu­jący się ro­mans, a po­tem dra­maty roz­sta­nia, co­raz bar­dziej na­bie­ra­łem prze­ko­na­nia, że je­steś ty­po­wym mo­no­ga­mi­stą. Przy­znaj się, że naj­bar­dziej pra­gnął­byś zna­leźć taką ko­bietę, z którą nie po­trze­bo­wał­byś się roz­sta­wać aż do śmierci. No! Po­zna­łem się na to­bie, czy nie? Przy­znaj się.

Rzym­ski uśmiech­nął się, po­my­ślał chwilę i od­rzekł:

- Mam wra­że­nie, że masz, Ja­nu­szu, ra­cję. Tak. Ja tylko do­tąd nie mia­łem szczę­ścia zna­leźć osoby, który by mi zu­peł­nie od­po­wia­dała... Za­wsze koń­czyło się ja­ki­miś nie­sna­skami.

- Tak. Ty je­steś jak Don Juan, który nie dla roz­ma­ito­ści zmie­niał przed­mioty swych za­chwy­tów, ale z we­wnętrz­nego pra­gnie­nia zna­le­zie­nia tej wy­ma­rzo­nej, osta­tecz­nej.

- Kiedy się za­sta­na­wiam nad tą ostat­nią...

- Władką?

- Tak. To przy­cho­dzę do prze­ko­na­nia, żeś przej­rzał mnie na wskroś.

- No więc się ożeń.

- Z kim?

- Z tą, w któ­rej się za­ko­chasz, albo którą się spe­cjal­nie za­in­te­re­su­jesz.

- Nie­moż­liwe.

- Dla­czego?

- Gdyż te­raz będę uni­kał wszel­kich zbli­żeń z ko­bie­tami, wszel­kich po­ufa­ło­ści, które za­dzierz­gają ja­kieś trwal­sze uczu­cia... Po­tem są tylko bo­le­sne roz­cza­ro­wa­nia, nie­raz nie­smaczne, przy­kre epi­zody roz­sta­nia. Nie, mój drogi. Przy­sią­głem so­bie od czasu ze­rwa­nia z Wła­dzią, że to już było ze mną ostatni raz. Spraw­dzi­łem na so­bie, że z wie­kiem, za­miast obo­jęt­nieć na te dra­ma­ciki mi­ło­sne, staję się wo­bec nich co­raz draż­liw­szy.

Ba­let­mistrz dał ha­sło do skoń­cze­nia próby ba­le­to­wej i girlsy skryły się, jako stadko bia­łych my­szy, za ku­lisy.

Pięć mi­nut po­tem Rzym­ski i Bu­dzyń­ski uca­ło­wa­niem ręki wi­tali Wan­dzię, ubraną już w palto i ka­pe­lusz.

- Wan­deczko - prze­mó­wił do niej mąż, gdy ru­szyli ku wyj­ściu - masz dziś na obiad nie­spo­dziankę. Za­pro­si­łem Ry­sia.

- Bar­dzo się cie­szę, ale nie spo­dzie­wa­jąc się ta­kiego go­ścia, za­mó­wi­łam strasz­nie skromny obiad - po­wie­działa młoda pani domu.

- Pani Wan­duchno - pro­sił Ry­szard - niech mnie pani przy­gar­nie do swego ogni­ska do­mo­wego. Taki je­stem sa­motny.

- Ależ na­tu­ral­nie - od­po­wie­działa ze śmie­chem - tylko uprze­dzam, ja­kie jest menu.

Wsie­dli do sto­ją­cego przed te­atrem pry­wat­nego sa­mo­chodu Rzym­skiego.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki