Ratunek w sporcie i w pomocy specjalisty
Sport pozwolił mi przetrwać najgorsze chwile. Dał mi siłę do walki o siebie i swoje marzenia. Dzięki treningom nauczyłam się dyscypliny, ciężkiej pracy, wytrwałości w dążeniu do obranego celu. Tutaj nie musiałam polegać na innych, nie musiałam czekać na ich akceptację. Wszystko mogłam osiągnąć własną ciężką pracą. Dawałam z siebie dwieście procent. Byłam bardzo zdeterminowana. To nie jest tak, że dążyłam do celu po trupach. Jeśli już, to po swoim, bo czasem po treningu ledwo się mogłam ruszać - każdy mięsień, ścięgno czy staw wołały o pomoc. Na boisku starałam się pomagać koleżankom z drużyny, w końcu zarówno siatkówka, jak i koszykówka czy piłka ręczna to gry zespołowe. Potrafiłam doprowadzić team do zwycięstwa. Takie momenty dawały mi siłę, energię i nadzieję. To był dowód, że potrafię coś robić dobrze. Że jestem coś warta.
Gdy byłam w gimnazjum, duże wsparcie dawała mi moja trenerka, która równocześnie była moją wychowawczynią. Zdawała sobie sprawę, z czym się mierzę. Przecież widziała, że w pierwszej klasie wszystko było okej, a w drugiej odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Mówiła mi, żebym się nie przejmowała, że dobrze sobie radzę, że jestem superbabka i mam się nie poddawać. Bardzo mnie motywowała, powtarzała, że wie, że jestem w stanie dobrze zagrać. Jej wiara była dla mnie wybawieniem. To właśnie ona zasiała we mnie ziarenko nadziei, że jestem coś warta, że coś potrafię. Każdy w życiu powinien mieć przy sobie choć jedną osobę, która w niego wierzy... Później kimś takim stała się moja mama, ale to temat na dalszą opowieść.
Każdy w życiu powinien mieć przy sobie choć jedną osobę, która w niego wierzy.
Gdy byłam w liceum, całą rodziną wyjechaliśmy na kilka miesięcy do Niemiec, miałam przerwę w uprawianiu sportu. Za granicą tata został oszukany przez wspólnika. Moja rodzina wpadła w kłopoty finansowe. Po powrocie do Polski chciałam wrócić do treningów, ale dręczyły mnie częste kontuzje. Wtedy dałam sobie spokój ze sportem zawodowym. Postanowiłam traktować go jako hobby - straciłam więc jedyną rzecz, która sprawiała, że czułam się coś warta, że widziałam jakiś sens w życiu.
Po powrocie do Polski w szkole było jeszcze gorzej. Skala hejtu, który się na mnie wylewał, była ogromna. Teraz rozumiem, że chłopak, którego odrzuciłam, był sfrustrowany, nie rozumiał swoich uczuć, bo nastolatek ma do tego prawo. I on ten żal, tę bezradność przekuł w nienawiść i pragnienie zemsty. Za nim i za moją "przyjaciółką" poszła cała grupa.
Nie rozumiałam, co się dzieje wokół mnie. Całymi dniami leżałam na łóżku, patrząc w sufit. Tata ciągle wyjeżdżał, mama cały czas była w pracy, a ja sama w domu zastanawiałam się, czy warto żyć. Brak akceptacji i otwarta niechęć kolegów sprawiały, że nic nie miało dla mnie sensu. To podcina skrzydła. Nikt nie widział we mnie niczego wartościowego, sama przestałam w siebie wierzyć.
Pamiętam, że kiedyś podeszła do mnie koleżanka z klasy, dziewczyna, której nigdy nic złego nie zrobiłam ani nie powiedziałam. Chyba miała wyrzuty sumienia, bo przyznała, że sama nie wie, dlaczego jest dla mnie taka okropna - wszyscy się tak zachowywali wobec mnie, więc ona także.
Uważam, że ludzie są z reguły dobrzy, czasem jednak nie są do końca świadomi swojego postępowania. Myślę, że chyba nikt nie chce celowo sprawić komuś przykrości, tylko w taki sposób odreagowuje swoje problemy i frustracje. Ta dziewczyna też tak się zachowywała, bo nie chciała odstawać od grupy. Ale ruszyło ją sumienie. Ona jedna przestała mnie prześladować.
Mama widziała, że coś złego się dzieje. Powiedziałam jej o wszystkim, pocieszała mnie, że jestem wartościową osobą, że przecież zawsze dążę do celu, że daję sobie radę. Trochę pomogło, poczułam się nieco lepiej, ale nie sprawiło, że problem przestał istnieć.
I wtedy mama zaprowadziła mnie do psychologa. W Europie Zachodniej czy w Stanach korzystanie z porad specjalisty jest sprawą najnormalniejszą w życiu. W USA niemal każdy ma swojego terapeutę. W Polsce, gdy ktoś przyzna się, że chodzi do psychologa, często jest wytykany palcami i stygmatyzowany. To idiotyczne! Jeśli boli cię ząb - idziesz do dentysty, jeśli kolano - do ortopedy. Naturalne jest to, że jeżeli czujesz ogromny smutek i wyraźnie widzisz, że problemy nie pozwalają ci normalnie funkcjonować, trzeba poszukać pomocy u kogoś, kto się na tym zna. Dzięki rozmowie z psychologiem poznajesz lepiej siebie, możesz spojrzeć na swoje kłopoty z innej perspektywy. Ludzie się tego boją, bo taka rozmowa wyzwala wiele bolesnych uczuć, ale w efekcie daje ogromną ulgę.
Nie bój się poprosić o pomoc specjalisty.
Sama przez wiele miesięcy także wszystko trzymałam w sobie, nie zwierzałam się nikomu. Ale z dnia na dzień było gorzej. Gdy w końcu zdecydowałam się opowiedzieć o tym, co mnie dręczy - najpierw mamie, potem terapeucie - sytuacja się zmieniła. Wyrzucenie z siebie tych negatywnych emocji, które siedziały we mnie i mnie niszczyły, bardzo mi pomogło. Problem nie zniknął, ale pozbyłam się choć części ciężaru z serca.
Każdy z nas ma gorsze chwile w życiu, mierzy się z kłopotami, których sam nie potrafi rozwiązać. Specjalista pozwoli zrozumieć pewne schematy, nakieruje na właściwą ścieżkę, wytłumaczy, co się dzieje. Rozmowa z osobą, która spojrzy na twoje życie obiektywnie, jest bezcenna. Psychologowie to ludzie, którzy widzą więcej.
Warto się przemóc i szukać pomocy. Wizyta u terapeuty była jedną z najlepszych decyzji w moim życiu. Zresztą nadal co jakiś czas, gdy czuję, że coś mnie przytłacza, kiedy chcę się wygadać albo gdy potrzebuję, żeby ktoś pomógł mi wejść na właściwą ścieżkę, korzystam z pomocy psychologa. Czasem wydaje mi się, że wiem, jak postąpić, ale dobrze jest usłyszeć, jaki pogląd na daną sprawę ma ktoś całkowicie bezstronny, kto obiektywnie spojrzy, oceni i powie, czy robię dobrze, czy źle, wyjaśni pewne zależności, które może intuicyjnie czuję, ale świadomie nie zdaję sobie z nich sprawy. Dzięki takim wizytom raz na jakiś czas czuję się świetnie i mam pewność, że mogę liczyć na wsparcie osoby, która rzeczywiście chce mi pomóc, a na dodatek ma do tego kwalifikacje.
Wtedy, w liceum, opuściłam się w nauce. Nie twierdzę, że wcześniej byłam wybitną uczennicą, ale też nie najgorszą. Mój stan psychiczny zrobił się tak fatalny, że na półrocze groziła mi jedynka z polskiego. Z polskiego! Przedmiotu, który lubiłam i z którego byłam dobra! Nie wiedziałam, jak to się stało, że doprowadziłam do tego zagrożenia. Ostatecznie zaliczyłam półrocze, ale ta sytuacja sprawiła, że postanowiłam wziąć się w garść. Moich rodziców nie było stać na korki. Pamiętam, że wracałam po treningu i musiałam się mobilizować do nauki. Siedziałam godzinami, bolała mnie głowa, ale nie wstawałam od książek. Zauważyłam, że jak się nauczyłam i dostałam superocenę, to czułam się lepiej sama ze sobą. Zaczęłam bardziej wierzyć w siebie. Nadrobiłam zaległości.
Nie pozwól, żeby jedna porażka zaważyła na twoim życiu. Przeanalizuj to, co się stało, wyciągnij wnioski i zacznij działać. Na pewno zobaczysz efekty.
Rady
? To, co mówią ludzie, którym na tobie nie zależy, nie ma znaczenia.
? Słowa, które mają ranić - mają ranić. Nie są prawdą o tobie.
? Nie pozwól sobie wmówić, że jesteś głupia, do niczego się nie nadajesz.
? Idź do psychologa, specjalista pomoże ci zrozumieć, co się dzieje i dlaczego. To bardzo pomaga i sprawia, że ból powodowany hejtem i brakiem akceptacji staje się mniejszy.
? Skupiaj się na pozytywnych rzeczach, które wydarzają się w twoim życiu, nawet jeśli to są drobiazgi.