1.
Odgłosy kolacji tego wieczoru były znajome i monotonne jak ból w dole pleców, który właściwie nigdy jej nie opuszczał. Wcześniej przez wiele miesięcy Sloane desperacko pragnęła zapomnieć o istnieniu swojego krocza. Nie chodziło nawet o to, żeby czuć się tam normalnie czy komfortowo - o coś takiego nie śmiałaby prosić - ale żeby po prostu nie pamiętać, że ma krocze. W kontekście jej codziennych aspiracji wydawało się to prawdziwą rozkoszą. Stopniowo potrafiła zapominać na kilka minut, potem godzin, dni, a nawet tygodni, i generalnie miała poczucie, że imponującą siłą woli osiągnęła stan nirwany. Jednak wraz z euforią zapomnienia o dnie miednicy przyszła świadomość, że trzydzieści trzy lata chodzenia na dwóch nogach i podlegania grawitacji to coś, czego nigdy nie da się w pełni zignorować; że jeśli nie jedno, to drugie. Jeśli nie pęknięcie krocza trzeciego stopnia, którego leczenie wymagało czterech miesięcy guślarskich medytacji i terapeutycznych palcówek, to zwykła śmiertelność: nieuchronne wysunięcie się krążka międzykręgowego. W takich chwilach ?Sloane zalewała fala rozczarowania samą sobą. Była ucieleśnieniem przeciętności.
Za jej plecami Isla - jej oczko w głowie, obiekt miłości tak bardzo mleczno-słodkiej i śmietankowo-tłustej, że momentami wydawała się erotyczna - waliła w tackę swojego krzesełka do karmienia, nie po raz pierwszy tego wieczoru i, wszystko na to wskazywało, nie ostatni.
Pac.
- Max - powiedziała Sloane.
Pac. Pac. Pac.
- Max, ona chce, żebyś zwrócił na nią uwagę...
- Hm? - Max spojrzał znad telefonu. (Jego telefon! Jego pilne maile! Jego jebane maile! Jego ważne, pierdolone nagłówki!) - Skarbie - powiedział do Isli słodkim głosem - nie wal kubkiem. - I wrócił do telefonu.
Pac.
- Max. - Głęboki, uspokajający wdech. - Ona chce więcej soku.
Pac.
- Widziałaś to o nowym dziekanie humanistyki?
Pac. Pac.
- O czym?
Sloane wyciągnęła nitkę spaghetti z garnka pełnego wrzącej wody, sprawdzając nie to, czy jest idealnie al dente, jak robiła w czasach swojej świetności jako pani domu, ale czy jest wystarczająco rozgotowana, żeby można ją było łatwo przeżuć. Jezu, kurwa, Sloane czuła, że kolejny talerz spaghetti bolognese może zabić ją w jakiś niezaprzeczalnie duchowy sposób, ale było to jedyne danie, które Isla raczyła jeść, jedyne, któremu pozwalała naruszyć świętość swoich ust. Jej słodkich, ukochanych usteczek z niedoborem żelaza. Słodki, niewinny niedoborek, który był prawdopodobnie przyczyną tego, że Isla źle spała, że nie była w stanie samodzielnie przetrwać nocy, tak żeby Sloane mogła zrobić to samo. Pac!
- O nowym dziekanie. Crawford został pożarty przez MeToo.
Przez krótką chwilę Sloane miała ochotę powiedzieć mężowi wprost, że nie, Crawford nie został "pożarty przez MeToo", tylko dostał to, na co zasłużył - tak przynajmniej wynikało z tego, czego Sloane dowiedziała się kilka miesięcy wcześniej, kiedy Max uparł się, by zaprosić tu cały wydział w ramach podziękowania za rozwiązanie ich drobnego "problemu dwóch ciał" (dwojga naukowców potrzebujących dwóch posad, z których to Sloane była ciałem nadprogramowym, bez dorobku, który by ją usprawiedliwiał, a więc owym problemem. W efekcie wydział humanistyki przywiązał ją do swojego rydwanu i wlekł ulicami Troi; przynajmniej tak Sloane to odbierała w skali domowych upokorzeń). Victoria Ellsworth nikomu na wydziale nie powiedziała ani słowa o tym, co nazywała "incydentem". Ale kiedy przyszło do głosowania nad jej stałym etatem, Crawford zagłosował przeciw, uzasadniając to tym, że była, początek cytatu, nieprofesjonalna, koniec cytatu. PAC!
- Max - powiedziała Sloane. - Sok?
- Chcesz jeszcze soku, kochanie? Soku? - Max znów użył tego popisowo czułego głosu, którym zawsze zwracał się do Isli; głosu, który krzyczał "dumny tata córeczki" i który kiedyś utwierdzał Sloane w przekonaniu, że dokonała właściwego wyboru (wtedy, gdy z całkowitą, żenującą pewnością wierzyła, że najseksowniejszą rzeczą na świecie jest mężczyzna czuły wobec własnego dziecka). - Wiesz co - dodał - chyba jednak powinniśmy dawać jej po prostu wodę.
Coś w Sloane na moment stało się płynne i gorące jak lawa.
- Max, ja... - Już próbowałam. Już tego p r ó b o w a ł a m. Czy ty...? Czy ty sugerujesz, że ja...? Czy naprawdę myślisz, że ja...? (Czasami w jej głowie robiło się biało od bezproduktywnej wściekłości). - Dobra, daj jej wodę. - Zobaczymy, jak ci to wyjdzie, ciulu. Miłości mojego życia. Ojcze mojego dziecka. Kutasie jebany.
- Denerwujesz się jutrem? - Max położył dłoń na biodrze Sloane, która stała przy kuchence, balansując na jednej nodze niczym flaming.
Pachniał jak zawsze bergamotką - żelem pod prysznic, który sama kupowała dla nich obojga i który zupełnie nie przypominał słodkiego zapachu niemowlęcej główki, tej jej niezmiennej, niewytłumaczalnej nuty syropu klonowego. Czasami niepokoiło ją, jak bardzo jej mąż był większy od Isli. Minął ją, otworzył lodówkę i pochylił się, zaglądając do środka.
- Czy się denerwuję? - powtórzyła z opóźnieniem.
- Gdzie jest sok?
Machnęła ręką w stronę lodówki.
- Tam, za tym.
- Za czym?
- No tym. Tym pierdolonym... tym, Max, tym. - Odkąd zaszła w ciążę, miała problem z przypominaniem sobie niektórych słów. Jakby tam, gdzie kiedyś znajdował się jej mózg, wyrosło sito. Jej wart setki tysięcy dolarów mózg. Ile z tej wartości ubywało za każdym razem, gdy nie potrafiła sobie przypomnieć słowa na jakieś coś? To coś, tamto coś, z tamtym czymś. Ten teges. (Czy przez tę jedną małą transakcję była teraz dwadzieścia dolarów na minusie?) Max, do cholery, za tym!
- Może przynieść nową butelkę? - zapytał z analityczną wnikliwością. - Wygląda na to, że ta się skończyła.
- Max, nie skończyła się, jest tuż za... - Sloane wypuściła cichy, syczący oddech, licząc, że mąż go nie usłyszy, po czym podeszła do lodówki i odsunęła na bok to coś. (Dzbanek z wodą). - Proszę, jest.
- Och! - Max brzmiał, jakby był sobą szczerze zachwycony; jak dziecko, które uważa, że właśnie zrobiło coś niebywale zabawnego; jak ktoś na Twitterze (czymkolwiek Twitter teraz był), kto źle przeczytał zdanie i przypadkiem zobaczył sex zamiast six, hahahahahahahahahahahahaahaha!!! - Więc jak się czujesz?
- W sensie?
PAC! Isla rzuciła kubkiem.
Teraz marudziła z powodu leżącego na ziemi kubka.
- Chodzi mi o nowy semestr.
Sloane wyobraziła sobie, że mówi: "Czyli chodzi ci o pracę? Moją pracę? Tę samą, którą wykonuję od jakichś ośmiu lat? Tę, dzięki której się poznaliśmy? Tę samą, którą oboje wykonujemy? Tę pracę?".
Ale powiedziała tylko:
- Trochę martwię się o Islę.
- No co ty, nic jej nie będzie, żłobek dobrze jej zrobi.
- Jasne, tylko że to nie ty będziesz ją tam porzucał.
Sloane starła z czoła lepki pot i uświadomiła sobie, że chciałaby przestać oddychać. Może zresztą już wcześniej przestała, nawet tego nie zauważywszy. Ta zupełnie normalna rzecz, którą miała wkrótce zrobić, ta sama, którą robiły wszystkie matki - a już na pewno te pozbawione jej społeczno-ekonomicznych przywilejów - okazywała się najgorszym doświadczeniem jej życia. Przecież nawet nie chciała mieć dzieci! Aż zaczęła chcieć. I oto nagle nosiła w sobie pierwotne brzemię wszystkich matek przed nią, których dzieci były porzucane na osiem godzin dziennie i składane w ofierze na ołtarzu bezsensownej pracy.
Nie bezsensownej. Sloane zależało na pracy. Była z niej bardzo dumna. Kochała uczyć, a socjologia nieodmiennie fascynowała ją w sposób niemal ezoteryczny. Ale kiedy myślała o tym przez pryzmat tej maleńkiej istoty, całkowicie od niej zależnej pod względem jedzenia, snu i poczucia bezpieczeństwa, wszystko zaczynało wydawać się trochę opresyjne. A może był to po prostu efekt zbyt dużej dawki mommy contentu na VidStarze. (Nie wspominając nawet o tradwives! Totalna masakra. Socjologiczny umysł Sloane nie mógł oderwać od nich wzroku).
- To prawda. - Max pocałował ją w kark, a Isla zaczęła kombinować, jak uciec z krzesełka.
Ale czy nie byłoby miło wrócić do pracy? Sloane nie była kurą domową ani tym bardziej tradwife, a jej gotowość do poświęcania czasu analizom kupy i kreatywnym sposobom przemycania żelaza do jedzenia miała jednak wyraźne granice. Czy nie byłoby to w jakiś sposób orzeźwiające: wrócić do świata dorosłych, którzy nie rzucają przedmiotami i z którymi nie trzeba negocjować jak z terrorystami przetrzymującymi zakładników? Mieć pięć minut na wpatrywanie się w zaciek na suficie, który - jak zakładała - będzie niechybnie zdobić jej nowy gabinet. Drogocenny czas na dysocjację; czas na niesłabnące, nabożne wręcz kalkulacje, jak sprawić, by trzydziestu pięciu studentów bardziej interesowały podstawy socjologii niż to, z kim następnym razem pójdą do łóżka. Niemożliwe. Pieprzone syzyfowe prace. Oczywiście - podobnie jak w rodzicielstwie - kluczem była tu konsekwentna metodologia. Trzeba po prostu uczyć z myślą o tej jednej osobie, która naprawdę chce tam być - tak Sloane powiedziała w zeszłym roku... nie, cholera, dwa lata temu - bystrej, młodej studentce planującej studia doktoranckie. Nie można myśleć o tych wszystkich ziewnięciach, o pustych spojrzeniach - jeśli sobie na to pozwolisz, nie przebrniesz nawet przez jeden dzień, nie mówiąc o całym semestrze. Trzeba zakładać, że do kogoś się dociera, ale nie jest twoim zadaniem upewnianie się, czy tak faktycznie jest. Nie jest twoim zadaniem wiedzieć, ilu studentów, którzy biorą udział w twoich wykładach, zostanie w przyszłości kimś wielkim - twoim zadaniem jest dać im narzędzia i ciekawość, by mogli to osiągnąć. Sloane potrafiła kiedyś sypać takimi pierdołami na zawołanie! Po prostu się z niej wylewały. Było to, mówiąc szczerze, niesamowite.
- Max, mógłbyś...?
Isla była już prawie poza krzesełkiem, bohatersko szykując się do lotu, i chociaż Sloane była dumna z tego, że nie należy do matek, które bez przerwy zamartwiają się wszelkimi możliwymi obrażeniami, wszystko, czym jej ukochana córka była i kiedykolwiek będzie, mieściło się w tej drogocennej, jeszcze nie do końca uformowanej czaszce.
- Kochanie, poczekaj jeszcze dwie minuty, zaraz będzie kolacja - obiecała.
Isla wydała z siebie prawdziwie upiorny skowyt.
- Sok! - zawołał Max z triumfem, podając dziewczynce kubek.
Isla natychmiast cisnęła nim o podłogę. Gwoli ścisłości: Max nie gotował, bo to Sloane zawsze przywiązywała do posiłków większą wagę; lubiła przygotowywać jedzenie, lubiła gotować, kochała jeść. (Kiedyś stosowała post przerywany - jadła tylko dwa razy dziennie i nie chciała, żeby te dwa drogocenne dania marnowały się na kulinarną wizję Maxa. Chciała jebanego makaronu. Chciała makaronu i jebanego sera!) Teraz oczywiście nie potrafiła sobie przypomnieć, dlaczego kiedykolwiek tak bardzo na to naciskała. Ale zaraz potem wyobraziła sobie, że wręcza Maxowi łyżkę kuchenną i słyszy: "czekaj, a gdzie jest garnek?" - na co ona nieuchronnie odpowiedziałaby: "jest tam, za tym czymś".
W końcu Sloane nałożyła spaghetti do miseczek - starannie dobranych, ceramicznych miseczek, które przez tyle lat były jej dumą i radością.
- Max, pies? - rzuciła, a on łaskawie oderwał wzrok od telefonu i nakarmił psa. - Franek, siad - wydała komendę.
Pies Franek zdecydowanie nie usiadł, więc powtórzyła:
- Franek, powiedziałam: siad. - I przez chwilę pomyślała o tym, jak bardzo kiedyś kochała tego psa; wtedy, gdy Franek kochał Maxa i tylko Maxa, a Sloane uważała, że to w porządku, bo pies jest żywą istotą i wcale nie musi kochać właśnie jej. A potem urodziła się Isla, Sloane padła ofiarą erotycznej miłości matczynej i zrozumiała, że Franek jest po prostu pożeraczem ich zasobów.
Podeszła do lodówki, żeby nalać do dwóch szklanek wody z tego czegoś, i zobaczyła, że było prawie puste. Trudno - Max dostanie zimną wodę, jej było już wszystko jedno. Postawiła jedzenie przed Islą.
- Max, podmuchaj. - Położyła na stole porcję Maxa, a potem swoją. Dolała wody do tego czegoś.
- Wygląda na to, że tatuś dziś nie je - powiedział Max do Isli tym swoim czułym głosem, i wtedy Sloane zorientowała się, że zapomniała o sztućcach.
Bolały ją plecy; na chwilę pochyliła się więc do przodu, próbując zmniejszyć napięcie. Max wyminął ją i wziął widelec.
Jeden widelec.
Tylko jeden.
Następnie wrócił do stołu, żeby dalej karmić Islę, która odepchnęła łyżkę od ust.
- Isla, no weź! - jęknął Max.
No weź. Wyluzuj, stara. No weź. Jakby to cokolwiek znaczyło dla osiemnastomiesięcznego dziecka.
- Isla - przemówiła Sloane głosem słodkim, miękkim i łagodnym. - Isla, spróbujesz troszeczkę? Mmm, spaghetti, pycha!
Dziewczynka ponownie odepchnęła łyżkę i spojrzała na nią słodko, miękko i łagodnie.
- Już - oznajmiła z dumą. Nie zjadła ani jednego kęsa.
Był to dzień przed rozpoczęciem semestru, dzień przed tym, jak Isla poznała smak porzucenia, dzień przed tym, jak Sloane wróciła do pracy i znowu stała się człowiekiem. Siedem dni przed tym, jak w jej skrzynce mailowej pojawiła się wiadomość od Britt Landau z prośbą o osobistą przysługę - wiadomość, w której twierdziła, że Alex Carlisle poprosiła właśnie o Sloane.
Doktor Sloane Hartley osunęła się na krzesło z uczuciem przygnębiającej klęski niepodobnej do niczego, co przeżyła wcześniej, po czym przypomniała sobie, że nie ma czym jeść.
Max wyciągnął swoją dużą rękę i przykrył jej dłoń, uśmiechając się tym samym uśmiechem, który kiedyś doprowadzał ją na skraj orgazmu. Byli inni niż pozostali rodzice, inni niż pozostałe małżeństwa - ich związek był rewolucyjny: jeśli tylko czegoś od niego potrzebowała, wystarczyło poprosić!
- Może w tym roku weźmiesz jakieś zajęcia dodatkowe - zasugerował Max. - To mogłoby przekonać dziekana Burnsa.
Tak - pomyślała Sloane, mobilizując się w duchu - udowodnij Burnsowi swoją wartość. Problemem jest to, że po prostu wciąż jeszcze robisz za mało! Niestety, przy całym tym "wolnym czasie" i "dodatkowej energii" po porodzie, nie miała teraz siły na kłótnię.
- Tak - powiedziała. - Dobry pomysł. - I wstała po widelec.
2.
Za zgodą Uniwersytetu Nina wprowadziła się do mieszkania na kampusie o jeden dzień wcześniej, bo jesienna rekrutacja do bractw i stowarzyszeń zaczynała się przed rozpoczęciem semestru.
Jej siostra Jasleen za nic nie mogła zrozumieć, dlaczego Nina w ogóle chciała wziąć udział w rekrutacji do stowarzyszenia studentek. Szczerze mówiąc, Nina sama nie wiedziała, jak to wytłumaczyć. Przychodziło jej do głowy tylko "bo to dobra zabawa", choć w rzeczywistości zasady rekrutacji z zabawą nie miały nic wspólnego i przypominały raczej bootcamp. Do chwili zakończenia całego procesu i otrzymania oficjalnego zaproszenia od któregoś z domów obowiązywał całkowity zakaz alkoholu, imprez i innych hulanek. Nina musiała codziennie pojawiać się na zajęciach nienagannie umalowana i uczesana, w pełni świadoma czujnego spojrzenia każdej dziewczyny na kampusie, która należała do jakiegoś stowarzyszenia, ale udawać, że zupełnie go nie zauważa. Pod wieloma względami było to podobne do stanu paraliżującego zakochania: należało sprawiać wrażenie wyluzowanej i swobodnej mimo przetaczającej się w środku powolnej, ognistej destrukcji, oraz spodziewać się - a nawet z nadzieją wyczekiwać! - bezwzględnej inwigilacji. Nic dziwnego, że Jas jej nie uwierzyła.
Z trzech współlokatorek Niny - z których Simone została jej losowo przydzielona jeszcze w zeszłym roku, a pozostałe dwie, Mei i Adelaide, mieszkały wcześniej razem w ośmioosobowym mieszkaniu - tylko Adelaide należała do jednego z domów i z wielkim entuzjazmem odnosiła się do wizji zdobycia nowej "siostry". Jej zapał skutecznie zniechęcił Simone i Mei do zadawania jakichkolwiek pytań, co było Ninie bardzo na rękę, bo i tak codziennie zasypywała ją nimi jej własna siostra. Były to pytania w rodzaju: "Czy naprawdę nie możesz po prostu spędzić czasu z kumpelą, bez odgrywania jakiegoś bufońskiego rytuału zacieśniania więzi?".
Tak naprawdę Nina nie chciała trafić do tego samego domu co Adelaide. Nie dlatego, że nie była ona piękna i bystra albo że nie wzbudzała powszechnej zazdrości. Nina uważała, że spośród wszystkich jej przyjaciółek to właśnie Adelaide ma najładniejszą twarz, a to o czymś świadczyło, bo Nina od zawsze przyciągała ładnych ludzi. Ale jeśli chodziło o powszechnie znaną i ogólnie przyjętą pozycję stowarzyszenia Adelaide w rankingu wszystkich domów, sprawy - mówiąc wprost - nie wyglądały dobrze. Jej przyjaciółka sama mogłaby trafić lepiej, gdyby nie to, że przeniosła się tu z prowincjonalnego Idaho i podczas rekrutacji kompletnie nie wiedziała, jak się ubrać. Choć udział w rekrutacji na drugim roku studiów uchodził za ryzykowny - wedle większości panhelleńskich filozofii nie da się ani naprawić złej reputacji studentki drugiego roku, ani skutecznie ukształtować jej na Idealną Kobietę Spod Znaku Dwóch lub Trzech Greckich Liter - istniał jednak korzystny bilans zysków i strat w ramach uniwersyteckiej krzywej uczenia się. Nina uważała, że swój brak plastyczności z nawiązką nadrabia dojrzałością i obyciem towarzyskim.
Około jedna czwarta populacji studentów Uniwersytetu należała do systemu greckiego. Fakt ten można było uznać za statystycznie nieistotny, o ile tylko przyjmowało się do wiadomości istnienie stratyfikacji w obrębie samego systemu, gdzie poprzez konkretną przynależność zyskiwało się dodatkową wartość. Choć teoretycznie niezrzeszona osoba mogła zdobyć względne uznanie na własnych warunkach, członkini któregoś ze stowarzyszeń spod znaku trzech greckich liter miała z góry przypisany typ osobowości oraz odpowiadające mu rokowania na sukces. Uznanie ze strony strażników kapitału społecznego oznaczało, że nawet w gorszy dzień - z napuszonymi włosami i wzdętym brzuchem - była z automatu atrakcyjniejsza niż zdecydowana większość dziewczyn. Nawet więc jeśli w danym momencie nie ucieleśniała akurat ideału seksualnej atrakcyjności, była - w bardziej transcendentnym sensie - hot. Dwie seksowne greckie litery tak orzekły.
- Serio uważasz, że to, co myśli o tobie jakaś banda białych dziewczyn, ma jakiekolwiek znaczenie? - zapytała Jas.
Jak na dwie osoby, które wychowały się razem i pochodziły z jednego łona, miały ze sobą zaskakująco niewiele wspólnego. Jas studiowała literaturę porównawczą ze specjalizacją z gender studies, podczas gdy Nina, choć również miewała fantazje o dziewczynach, nie robiła z tego publicznego manifestu. Chodziły do tego samego liceum, w którym prawie wszyscy byli biali, co oznaczało, że jeśli Nina nie zastanawiała się nad tym za bardzo, z łatwością mogła zapomnieć, że sama biała nie jest. Jej przyjaciele byli biali. Jej partnerzy byli (przeważnie) biali (kiedyś chciała, żeby Jonathan Zein, pół-Libańczyk, był jej chłopakiem, ale to od początku była mrzonka). Często słyszała na swój temat słowo "kokos" - brązowa na zewnątrz, biała w środku. Beztrosko rzucana obelga, która dla Jas była szczytem zniewagi, a którą Nina potrafiła po prostu wyśmiać.
Najważniejsze było to, że Nina dokładnie wiedziała, dokąd zmierza. Jeśli miała studiować prawo na jednej z dwudziestu najlepszych uczelni - a taki właśnie był plan - żeby potem znaleźć pracę w dużej kancelarii i spłacić swoje uniwersyteckie długi, przy okazji utrzymując rodziców (jedyną prawdziwą oznaką uprzywilejowania, jaką Nina widziała u Jas, było to, że jej siostra nie czuła się za nich odpowiedzialna), potrzebowała czegoś więcej niż samych osiągnięć. Potrzebowała kontaktów.
Jej pierwszy rok studiów nie potoczył się tak gładko, jak chciała. Bez sensu roztrząsać teraz dlaczego - było, minęło. Dość powiedzieć, że t e n rok był jej drugą szansą, okazją do niezbędnej korekty. Aby odzyskać wszystko, co straciła ("wszystko" oznaczało tu doskonałość akademicką, zawodowy sukces, zdolność patrzenia w lustro bez rozrywającego poczucia wstydu i tak dalej), Nina zamierzała wymyślić siebie na nowo. Był to chrzest przez inicjację, przejście do lepszej wersji siebie dzięki cudownemu odrodzeniu. I nie miała to być byle jaka reinkarnacja. Aby zrównoważyć poprzedni rok swojego życia, Nina musiała wznieść się na wyższy poziom, na nową płaszczyznę.
Potrzebowała Domu.
Tak właśnie myślała o tych dziewczynach, zamykając je w jednym, dumnie brzmiącym słowie pisanym wielką literą. Jasne, Dom był tym samym greckim zbiorem znaczeniowej pustki co pozostałe stowarzyszenia, ale jego członkinie w żaden sposób nie były wymienne z resztą społeczności. Każda z nich była nie tylko uderzająco piękna, ale też bezkonkurencyjnie ambitna i wybitna w wybranej przez siebie dziedzinie. Nina zdążyła już doświadczyć obecności Domu na kilku zajęciach - pojawiającej się czasem garstki dziewczyn - i zrozumiała, że jako grupa były fenomenalnie uzdolnione. Średnia ocen Domu była absurdalnie wysoka. Ich działalność filantropijna była wielokrotnie chwalona przez ogólnokrajowe media. Wśród ich niedawnych absolwentek znajdowały się: urzędująca gubernatorka, aktorka nominowana do Oscara, dramatopisarka nagrodzona Pulitzerem, olimpijska sprinterka, liczne uznane akademiczki, cztery prawniczki-celebrytki oraz zoolożka, która otrzymała nagrodę prezydenta za swoją książkę o świadomości bezkręgowców.
To prawda, że cały Uniwersytet słynął z tego, że produkuje kolejne pokolenia liderów, lecz Dom funkcjonował na zupełnie innym poziomie. Statystycznie rzecz biorąc, taki stopień sukcesu wykraczał poza to, co można sobie "wypracować" - te kobiety zostały wybrane. Starannie wyselekcjonowane. Bycie częścią Domu oznaczało nie tylko dostęp do rampy startowej do wiecznego powodzenia, ale również to, że sukces został ci przyznany j u ż w c z e ś n i e j. Stanowiło dar, namaszczenie - zanurzenie się w Styksie dla dodatkowej warstwy odporności, bo już na wstępie było się wystarczająco dobrą.
- Twoja desperacka potrzeba zewnętrznej walidacji jest serio tragiczna - rzuciła Jas w trakcie rozmowy wideo.
Przyglądała się, jak Nina nakłada eyeliner - kosmetyk, którego sama z zasady unikała. A jednak, gdyby obie zastygły w bezruchu, można by pomyśleć, że Nina zrobiła sobie selfie. Na ich twarzach malował się ten sam wyraz czułej pogardy.
- Muszę już iść - odparła Nina. - Idę się przyssać do cyca białej potęgi.
- Sama bym tak nie powiedziała, bo to obrzydliwe, ale duchowo rzecz ujmując, nie jest to nieprawda. Serio głęboko się ciebie wstydzę - westchnęła Jas.
- Fioletowa czy czerwona? - zapytała Nina. Jeśli nie zrobi idealnego pierwszego wrażenia, to po wszystkim. Dom słynął z bezwzględności. Każdego dnia zmniejszał liczbę kandydatek o połowę, mimo że Uniwersytet precyzyjnie określał dzienne procenty zaproszeń zwrotnych. Jak w ogóle polemizować z Domem? Przynależność do niego to niemal jak bycie mężczyzną.
- Czerwona. I pozdrów ode mnie Aryę.
- Kiedy będę go pozdrawiać, czy moje oczy mają mówić: "A tak przy okazji, moja siostra jest gotowa odłożyć na bok swój feminizm, żeby ci obciągnąć", czy wolisz jakiś bardziej delikatny przekaz?
- Ten wystarczy - odparła Jas i się rozłączyła.
3.
Sloane nie pamiętała już, jak się ubierać do pracy, ale poszła do niej tak czy inaczej. Miała jakieś mgliste wspomnienie o tym, jak to jest przejmować się opinią innych - martwić o to, czy rozmiar jej talii albo precyzja, z jaką nałożyła eyeliner, rzutują na jej zawodowe kompetencje. Właściwie zawsze towarzyszył jej paraliżujący lęk przed oceną. Teraz jednak okienko, w którym mogłaby w siebie zwątpić, było krótsze niż pięć minut. Macierzyństwo działało pod tym względem na jej korzyść, przesuwając punkt ciężkości tak, że nie miało już żadnego znaczenia, czy czarna koszula pasowała do jej karnacji, była odpowiednia na tę porę roku albo nie była dla niej za duża. Jeśli nie miała widocznych - przynajmniej na pierwszy rzut oka - śladów smarków i mleka, nadawała się do wyjścia. Dopiero później Sloane miała się przekonać, że ta pewność siebie była w gruncie rzeczy nieuzasadniona.
Uzgodnili z Maxem, że to ona będzie zabierać Islę do żłobka - jego wykłady zaczynały się wcześniej. Aspekt logistyczny uznali za ważniejszy niż to, że Sloane chciała umrzeć. Przez całe tygodnie przygotowywała się na ten moment emocjonalnie, rozpisując w głowie najczarniejsze scenariusze: Isla wrzeszczy, Isla robi gigantyczną kupę w jej rozpiętą bluzkę, Isla odmaszerowuje z zachwytem, że wreszcie uwolniła się od matki. Wszystkie brzmiały jednakowo wiarygodnie. Ku jej zdumieniu te drobiazgowe wysiłki, by zadręczać się na zapas, w niczym nie pomogły jej w dniu próby.
Sloane nie miała wokół siebie wielu kobiet na podobnym etapie macierzyństwa. Większość jej rówieśniczek zdecydowała się nie mieć dzieci, a licealne i studenckie przyjaciółki - z których lwia część wraz z upływem lat naturalnie się oddaliła - wychowywały dzieci dużo starsze niż Isla. Kiedy Sloane gorączkowo przeczesywała internet w poszukiwaniu swojego plemienia, trafiała na cały wachlarz reakcji: matki, które natychmiast wróciły do pracy, cieszyły się, że wreszcie porzuciła beznadziejną lekkomyślność codziennego macierzyństwa i nie mogła już zawstydzać ich faktem, że ich własne dzieci rozwijają więzi wątpliwej jakości; matki, które zostały w domu, pytały z troską, czy to rzeczywiście najlepsze dla dziecka, skoro pierwsze lata rozwoju są kluczowe dla jego przyszłości; matki równie jak Sloane dręczone rozstaniami z dziećmi uspokajały, że ona przynajmniej jest na kampusie i zawsze może do Isli zajrzeć - przywilej, za który powinna być wdzięczna i, szczerze mówiąc, po prostu się zamknąć. Sloane nie chciała tego mówić, ale czy takie wizyty nie byłyby udręką dla niej i dla Isli? Rozumiała jednak, że nienachalna kontrola jest przejawem Dobrego Macierzyństwa, nawet jeśli wydaje się podkopywać niezależność jej dziecka. Z innej jeszcze strony nawet sam żłobek przedstawiał swój oparty na zabawie program w przepraszającym tonie, bo oznaczało to, że formalna edukacja jej osiemnastomiesięcznej córki będzie ograniczona - a zatem znaczna część internetu skrzywi się i powie "hmm".
Tydzień wcześniej Sloane przyszła na spotkanie z opiekunką w żłobku, a Isla wyglądała na zadowoloną, bawiąc się przez tę godzinę z innymi dziećmi pracowników uczelni. Sloane opowiedziała o sytuacji z Maxem, o problemie dwóch ciał i o tym, że starała się o stały etat w swojej poprzedniej pracy ("małej uczelni typu liberal arts" - dodała, lekko się rumieniąc), lecz ostatecznie uznali, że oferta Maxa jest zbyt dobra, by ją odrzucić, mimo że tutaj Sloane funkcjonowała jedynie jako jego żona, z umową odnawianą z roku na rok i z niepewnym zakresem świadczeń. Ponieważ w pierwszym roku po przyjeździe nie było dla niej żadnych zajęć do prowadzenia, a uniwersytecki żłobek pękał w szwach, została z Islą w domu dłużej, niż planowała, co doprowadziło do dość - jakby to powiedzieć - przylepnego stylu przywiązania (żeby to udowodnić, Isla zaczęła płakać, gdy tylko Sloane spróbowała odsunąć się od niej na dziesięć centymetrów). Ale rzecz jasna kwestia świadczeń w ogóle nie była problemem, bo Max był o krok od stałego etatu. I nawet jeśli na uczelniach o taki etat starało się zwykle kilka osób, nie miało to w zasadzie znaczenia, bo Max był wybitny i właśnie dlatego Sloane poświęciła dla niego swoją karierę. To znaczy nie p o ś w i ę c i ł a - to nie jest dobre słowo - tylko jakby odłożyła ją trochę na bok, zwłaszcza że nie interesowała jej tego rodzaju zawzięta rywalizacja, a praca naukowa, według jej własnej definicji, podlegała innym, bardziej intelektualnym standardom; była to w istocie rozbieżność w doktrynie - drobna różnica w systemach wiary. Choć - jak z zapamiętaniem argumentował Max (nie z z a p a m i ę t a n i e m, to nie była polemika, on po prostu z natury był lekko przekorny, taki drobny szczegół jego charakteru, który zresztą większość ludzi uważała za uroczy) - Sloane opublikowała już książkę, przyjętą znakomicie, ale dystrybuowaną skromnie ( b a r d z o skromnie) i nawet jeśli badania naukowe nie były tym, czym faktycznie chciała się zajmować, pozycja adiunktki wciąż trzymała ją w obrębie jej wybranej dziedziny, a w przyszłości zawsze mogła spróbować starać się o stały etat. A nawet jeśli nie, Max był w zasadzie pewniakiem do stałego zatrudnienia - pod warunkiem, że, no nie wiem, nie obraziłby kogoś na przyjęciu czy kolacji - czego przecież by nie zrobił, a zresztą łatwo było mu wybaczyć niemal wszystko - więc w gruncie rzeczy Sloane nie musiała się martwić ani o ubezpieczenie zdrowotne, ani o to, czy będą w stanie spłacać swój kompletnie absurdalny kredyt hipoteczny. A jednak, z jakiegoś powodu (?), naprawdę się martwiła.
W każdym razie opiekunka była cierpliwa, empatyczna i pełna zrozumienia - jakby opowieść Sloane wcale nie była skomplikowana, a okoliczności Isli nie były niczym szczególnym. To działało kojąco i Sloane wibrowała na nieco niższej częstotliwości, czując się odrobinę mniej bliska śmierci. Jednak tego ranka, kiedy po raz pierwszy miała porzucić Islę w żłobku, nowa opiekunka sprawiała wrażenie kompletnie zdezorientowanej na jej widok. Kilkakrotnie powtórzyła imię Isli, jakby wertowała w myślach rozdział książki, którą czytała dawno temu, jeszcze w liceum. Sloane zapytała, gdzie jest pani Jamie, a nowa opiekunka odpowiedziała, że pani Jamie już tu nie pracuje. Zrobiła to w sposób, który sugerował, że pani Jamie nigdy tam nie pracowała i w istocie nigdy nie istniała, jak jakiś duch. Sloane uświadomiła sobie, że przeciąga moment rozstania, co nie jest dobre dla Isli. Pochyliła się, by pocałować kredowobiałą twarz swojej córeczki, i wtedy zauważyła, że Isla bezgłośnie płacze ze strachu. To był moment, w którym Sloane uświadomiła sobie, że jest potworem. Potem poszła do swojego gabinetu, bo sam fakt bycia potworem nie oznacza jeszcze, że człowiek nie ma rachunków do zapłacenia.
Ponieważ Sloane była tylko adiunktką - zatrudnioną na Uniwersytecie właściwie wyłącznie dzięki renomie Maxa i jego mozolnej obronie jej kompetencji intelektualnych - dostała jeden z dzielonych gabinetów w piwnicy Wydziału Nauk Humanistycznych, choć formalnie należała do Wydziału Nauk Społecznych. Na pierwszy rzut oka nie stanowiło to problemu: kiedy ona i Max byli młodsi, a Sloane planowała zostać na swojej poprzedniej uczelni - gdzie program był bardziej elastyczny, a presja publikacyjna mniejsza - pozwalano jej prowadzić badania z dowolnej dziedziny, nawet jeśli byłaby to literatura czy teologia. Teraz jednak towarzyszyło jej uczucie uwięzienia - coś niemal faustowskiego, pozbawionego jednak obietnicy twórczej chwały.
Na drzwiach gabinetu wisiała kredowa tabliczka, więc Sloane napisała na górze "Dr. Hartley", a dolną część pozostawiła pustą dla osoby, z którą miała to miejsce dzielić. Z kratki wentylacyjnej zwisał pojedynczy kawałek sznurka - zupełnie nieruchomy. W pokoju stały dwa małe regały z IKEI i dwa mikroskopijne kosze na śmieci, a na wykładzinie pod zużytym krzesłem biurowym - tym należącym do nieco czystszego biurka - była plama. Sloane zajęła to miejsce, postawiła na blacie oprawione zdjęcie ich rodziny, które zrobili w zeszłym roku na Boże Narodzenie, i próbowała oddychać mimo bólu w klatce piersiowej na myśl o Isli - która sobie poradzi. Chyba. Pewnie pokocha nową nauczycielkę, panią Lily, bardziej niż kiedykolwiek kochała Sloane. A potem podrośnie, zacznie mieć własne poglądy i dojdzie do wniosku, że Sloane jest głupia. Już teraz Sloane była przekonana, że Isla dorośnie z kompletnie skrzywionym wyobrażeniem o rolach kobiet i mężczyzn. "Och, u nas w domu gotowała tylko mama", będzie mówić koleżankom. "Tak po prostu było. A do tego wciąż uważała się za feministkę - serio, strasznie to smutne". A potem Isla i jej znajomi z pokolenia alfa zdejmą z półki książki Sloane (dobra, jedną książkę) i będą płakać ze śmiechu.
Sloane szybko przetarła oczy i otworzyła dokument z dzisiejszym wykładem. Potem poszła do swojej sali i ów wykład wygłosiła. Zasadniczo nie było źle - wspomniała o Isli tylko dwa razy (z całą pewnością nie miała zamiaru stać się tworem typu Matka?, nazwa zastrzeżona, czyli kimś, kto odwołuje się wyłącznie do własnego macierzyństwa; internet jasno wskazywał, że Dobra Matka ma wiele twarzy, w tym również pewne minimum własnego "ja"). Wielokrotnie zapominała jednak słów i nazwisk oraz gubiła wątek, co - znowu - zdarzało jej się regularnie od momentu, gdy zaszła w ciążę.
- Chciałabym tylko powiedzieć, że świetnie się pani słucha - powiedziała Dalil Serrano, oszałamiająco piękna studentka pierwszego roku, o lśniących włosach i nienaruszonym kroczu, która zapewne skończy jako sędzina w Sądzie Najwyższym czy coś. - Mam ADHD i serio, sposób, w jaki pani prowadzi wykład, dobrze działa na mój mózg.
Sloane nie miała ADHD - przynajmniej nic o tym nie wiedziała. To, co z całą pewnością miała, to paraliżujący lęk o córkę oraz swoje ciało, które poświęciło własne komórki mózgowe na ołtarzu perfekcyjnego macierzyństwa. A jednak w jakimś sensie było to miłe - w końcu to komplement - więc podziękowała i poczuła się bardzo na miejscu.
Wróciła do gabinetu, odnotowując obecność drugiej osoby, która zdążyła już przyjść i wyjść. Zerknęła na zegarek - jeszcze godzina, zanim będzie mogła pójść po Islę. Na szczęście miała więcej pracy, niż zmieściłoby się w sześćdziesięciu minutach. Więcej niż zmieściłoby się w trzech życiach. Przy czym znaczna część tej pracy istniała wyłącznie w sposób efemeryczny, w teorii. Była to praca nad staniem się kimś obiektywnie bardziej wartościowym, kimś, kto zasługuje na stabilność zatrudnienia albo nawet - nie bójmy się tego powiedzieć - prawo do zostania uznaną za kompetentną osobę bez wstawiennictwa męża.
- Doktor Hartley? - Nieznajomy głos wystraszył Sloane, bo początkowo zabrzmiał tak, jakby dobiegał gdzieś z wnętrza jej głowy. Jakby wcześniej odpłynęła w pornograficzną fantazję.
Otrząsnęła się - choć była już przecież obudzona i ciężko pracowała, bo nie miała ani czasu, ani energii na jakiekolwiek życie wewnętrzne.
- Tak?
Mężczyzna w drzwiach przedstawił się imieniem, które natychmiast rozpłynęło się w powietrzu, dodając:
- Przepraszam za spóźnienie. - Młody, jeszcze przed trzydziestką, na pewno nie student, co do tego nie miała wątpliwości. Stał tam z... ramionami. Z ramionami, szczęką, brodą i tymi włosami. Trudno było ogarnąć go wzrokiem całego naraz bez mrużenia oczu. Jakby... lśnił. - Dziekanat skontaktował się ze mną dopiero jakąś godzinę temu... Nieważne. - Mężczyzna przerwał sobie żartobliwym machnięciem ręki. - W każdym razie cieszę się, że panią złapałem.
Miał dołeczek w policzku. Tylko jeden. To w jakiś potworny, gotycki sposób czyniło wszystko jeszcze gorszym.
- Hej - powiedziała Sloane i zawiesiła głos, przez co pewnie wyglądała na głupią albo geriatrycznie zdezorientowaną (żadne z powyższych nikogo by specjalnie nie zdziwiło u adiunkta z tego wydziału).
- Jestem pani asystentem dydaktycznym - dodał uprzejmie młody mężczyzna, który, jak uznała Sloane, najpewniej był doktorantem. - Trzeci rok socjologii ilościowej.
- Kto jest pana promotorem? - zapytała Sloane, lekko zdziwiona, że wciąż składa słowa.
- Burns.
- Groza.
- Groza. - Jej nowy asystent roześmiał się, omiatając dłonią kruczoczarne włosy, i zajął miejsce po drugiej stronie biurka. Ogarnęło ją nieokreślone pragnienie, by zobaczyć go na koniu. - Nie sypiam zbyt dobrze.
Jej telefon zawibrował na biurku. To był Max - chciał wiedzieć, czy żłobek wysłał jakieś zdjęcia Isli. Max, który również posiadał ramiona i szczękę oraz atrakcyjny w pokoleniowo uwarunkowany sposób szacunek dla feminizmu.
Przypomniała sobie rozmowę, którą odbyła ze swoją ciotką tuż po tym, jak dowiedziała się, że jest w ciąży z Islą - rozmowę o tym, kto będzie zajmował się domem, jeśli Sloane zamierza dalej pracować.
- Max robi pranie i większość sprzątania - odparła wówczas z lekkim wzruszeniem ramion, a po wszystkim parsknęli z Maxem porozumiewawczym śmiechem na wspomnienie zgrozy malującej się na twarzy ciotki: echa kretyńskich stereotypów genderowych z zamierzchłych czasów.
W ten sposób Sloane przypomniała sobie o swojej pozycji autorytetu - i w samą porę.
- Obawiam się, że nie będę mogła panu zlecić zbyt wiele - powiedziała przepraszająco do asystenta, którego imię już zdążyła zapomnieć.
W rzeczywistości poprosiła o asystenta z myślą o innym, bardziej zaawansowanym kursie, który ostatecznie nie został jej przydzielony. Wykład z metod socjologicznych, który zamiast tego dostała, to była po prostu statystyka w kardiganie - albo w czymkolwiek, co biurokraci noszą do pracy.
- Mogę potrzebować pomocy przy ocenianiu. Może pan przychodzić na wykłady, poprowadzić jeden czy dwa z nich i uczestniczyć w prezentacjach końcowych projektów.
Sloane - w charakterystycznym dla jej poprzedniego miejsca pracy stylu - była wyczulona na wartość nauczania i na potrzebę zapewniania praktycznego doświadczenia oraz odczuwała niechęć do odrzucania studenta, który prawdopodobnie bardzo potrzebował pieniędzy. Sama ukończyła niewielką uczelnię, która dobrze, wręcz wzorowo, opłacała doktorantów, nagradzając ich wszechstronność. Uniwersytet zdawał się natomiast zakładać, że korzyści płynące z posiadania dyplomu pojawią się później, zgodnie z obowiązującym skryptem - podobnym do poglądu, że artyści z definicji m u s z ą głodować.
- Zrobię wszystko, czego pani potrzebuje - powiedział jej asystent.
Sloane znów dostrzegła ramiona. Usta. I wtedy zawył alarm w jej telefonie.
- Boże - powiedziała Sloane, czując się tak, jakby ktoś w pokoju zaczął krzyczeć. - To strasznie nie na miejscu. Przepraszam. - To był alarm przypominający o odebraniu Isli i Sloane poczuła falę ulgi, z jednej strony na myśl, że już za chwilę będzie trzymać córkę w ramionach, z drugiej dlatego, że dotarło do niej, że nawet bardzo przystojny mężczyzna nie jest w stanie pozbawić jej zdrowych zmysłów. - Czy mógłby mi pan wysłać mailem swoje dane kontaktowe? Dodam pana do dysku w chmurze, na którym jest sylabus.
- Oczywiście. - Jej asystent podniósł się, zarzucił jeden pasek plecaka na ramię i wyciągnął ku niej wolną rękę. - Cieszę się na naszą współpracę w tym semestrze.
Jego ręka była ciepła i silna, przedramię umięśnione, a on pachniał świeżym praniem i jakimś poprzednim życiem. Sloane poczuła krótki, gwałtowny impuls, by przyciągnąć napiętą skórę jego nadgarstka do ust - musnąć ją wargami wzdłuż wewnętrznej strony ramienia, aż poczuje jego dreszcz. Było to upokarzające. Ale tylko trochę.
W tej samej chwili, gdy na jej twarzy pojawił się gorący rumieniec, Sloane uświadomiła sobie, że wciąż jeszcze nie widziała, by sznurek przywiązany do kratki wentylacyjnej choć raz się poruszył. Zamiast tego zwisał bezwładnie, zapomniany - jak odruchy należące do formy istnienia, którą gdzieś kiedyś odłożyła i na dobre zgubiła.