Giaur - George Gordon Byron

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Giaur

Umilkły wiatry; ciche lśnią się fale

Przy grobowcowéj Temistokla skale, Która wyniosłém niebo czołem bodzie I z góry patrząc na morza i smugi, Najpierwsza wita lądujące łodzie. Kiedyż się zjawi Temistokles drugi?

Wyspy szczęśliwe, w każdéj porze roku Zarówno miłe i sercu i oku! Gdy was przychodzień z gór Kolonny wita, Wraz nagły urok źrenice mu chwyta I myśl pogrąża w dumy tajemnicze. Tu szklane morza cichego oblicze, Na falach drobnych, jak uśmiechu dołki, Gór okolicznych odbija wierzchołki, Strzegące brzegów, z któremi łagodnie Zdają się igrać rajskie wody wschodnie. Jeśli się wietrzyk chwilowy prześliźnie, I złamie szyby na modréj płaszczyźnie, I kwiecie z brzegu przyniesione miota, Jakaż w tym wietrze wonia i pieszczota! Tam, na skał wierzchu, u ścieku poników, Błyszczy się róża, sułtanka słowików; Jéj brzmią pochwały kochankowie leśni, Ona rumieńcem dziękuje za pieśni, Śliczna i skromna królowa ogrodów, Nie tknięta wichrem, nie zwiędła od chłodów,

Nie znając naszych zim niebezpieczeństwa, Kwitnie świeżością wiecznego panieństwa. Balsamy, których niebo jéj udziela, W wonnych kadzidłach ku niebu odstrzela; Niebo wzajemnie codzień jéj użycza Świetnych kolorów swojego oblicza. Tam w polu tyle jest kwiecia dla wianków, Tam w lasach tyle cienia dla kochanków, Tam groty dla nich ciosane umyślnie!... Dziś morski zbójca w te groty się ciśnie, I nocą z małéj czatuje galery Na bezpiecznego żeglownika stery. Skoro miesięczna zabłyśnie pochodnia, Zabrzmi gitara morskiego przechodnia... Zbójca swój rudel zaraz na głąb pędzi: Zakryty cieniem nadbrzeżnych krawędzi, Zahacza statek, zdobycze rozdziela: Wrzask konających miesza pieśń wesela. Dziwna, gdy kraj ten natura obrała Na ogród bogów, i hojnie nań zlała Tyle bogactwa, piękności tak wiele, Jakby we własném zakochana dziele: Dziwna, że dzieła własnego się zrzeka I dziś natura wpuszcza tu człowieka: Który, odwieczny miłośnik zniszczenia, Ogród Edeński na nowo wyplenia - I jako leśny dzik, kwiecie wytłacza, Niepokropione znojami oracza, Ani znające ręki ogrodnika; Tu kwiecie samo dokoła wynika; Za tyle wdzięków, za taką obfitość Uprasza tylko człowieka o... litość. Dziwna! Tu ziemia oddycha pokojem: A serce ludzkie chucią i rozbojem! Czyż kraje światła na nowo ogarnie Noc namiętności rządzących bezkarnie? Patrząc, myśliłbyś, że tu zbuntowani Wojsko aniołów zwalczyli szatani. I cherubinów trony dziś przywłaszcza Tłum, który piekieł wyzionęła paszcza. Tak śliczny kraj ten, ojczyzna rozkoszy; Tak brzydki tyran, co go dziś pustoszy!

Kto na śmiertelném oglądał posłaniu Piękne oblicze zaraz po skonaniu, Nim dzień przeminął - pierwszy dzień nicestwa, Ostatni trudów i bólów jestestwa - Nim śmierć, ostatniém przyciśnieniem ręki, Zgładziła rysy, gdzie chronią się wdzięki; Kto pomni twarz tę anielsko-łagodną, Tak zimno piękną, tak smutnie pogodną! Zda się w letargu zasypiać głęboko? Zda się być żywą - gdyby nie to oko! Gdzie już nie świeci ni łza, ni namiętność Gdzie mieszka zimna, wieczna obojętność, I straszy widzów i serca im studzi, I z oczu trupa wpada w serca ludzi; Gdyby nie wzrok ten, nim pierwszy dzień minie, Nim ta godzina - w téj jeszcze godzinie Śmierć tak łagodnie, niewidomie władnie, Że jéj tyraństwa nikt zrazu nie zgadnie! Dziś do téj twarzy Grecyja podobna: Martwa oddawna, lecz dotąd nadobna. Jéj widok ziębi, jéj wdzięk do łez wzrusza, Bo już piękności nie ożywia dusza. Jéj wdzięk jest tylko uśmiech pozostały Na chwilę w ustach, co ducha oddały. A jéj rumieniec chorowita krasa, Która na trupich licach nie zagasa; Ostatni odbłysk zachodnich promieni. Co się wokoło ruiny czerwieni; Ostatnie czucie, co żegna nadzieję, Iskra niebieska, która dotąd tleje, Lecz już swéj miłéj ziemi nie rozgrzeje.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.