Gęstsza od krwi - Mike Omer

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Pią­tek, 14 paź­dzier­nika 2016

Cathe­rine zawsze uwa­żała, że jej dusza nic nie waży. Składa się bowiem z myśli, uczuć oraz prze­ko­nań - pojęć nie­ma­te­rial­nych i lek­kich jak pro­mie­nie słońca. Z dru­giej strony, dusza zawiera też ludz­kie tajem­nice. A te z dnia na dzień cią­żyły Cathe­rine coraz bar­dziej.

Gdyby mogła je dźwi­gać na grzbie­cie, być może zdo­ła­łaby z nimi żyć jak gdyby ni­gdy nic. Wyobra­żała sobie mocny ple­cak, taki jak miał jej wujek - zaopa­trzony w sprzączki i wyście­łane szelki. Upcha­łaby do niego wszyst­kie swoje sekrety, rów­no­mier­nie roz­kła­da­jąc cię­żar, i zapięła pas bio­drowy.

Nie­stety, tajem­nice same decy­do­wały, gdzie aku­rat zagosz­czą. Cza­sami opla­tały jej szyję, cią­gnąc ją w dół i powo­du­jąc, że cho­dziła ze zwie­szoną głową. Innym razem wpeł­zały do jej brzu­cha, a wtedy łapały ją skur­cze i zgięta wpół, co godzina bie­gała do łazienki. Teraz zacza­iły się w jej sercu i ści­skały je tak, że odno­siła wra­że­nie, iż lada chwila pęk­nie albo po pro­stu się zatrzyma.

Rano zadzwo­niła do pracy i poin­for­mo­wała, że jest chora - już trzeci raz w tym tygo­dniu. Jej tata się mar­twił, ale kiedy ją pod­py­ty­wał, wykrę­cała się, mówiąc, że to tylko "kobiece sprawy". Teraz, póź­nym wie­czo­rem, sie­działa w swoim salo­nie. Na ekra­nie tele­wi­zora coś migało, a ona pró­bo­wała pła­kać.

Tyle że łzy zapo­mniały drogi do ujścia. Nie­ustan­nie zale­wały jej gar­dło, przez co głos brzmiał chro­pawo i zrzę­dli­wie, ale już od dawna nie wypły­wały na zewnątrz. Ulży­łoby jej, gdyby mogła się roz­pła­kać. Wtedy może zdo­ła­łaby unieść brzmię swo­ich tajem­nic. Ale jej oczy pozo­sta­wały suche. Za to usta drżały, przez co czuła się głu­pio, jak małe dziecko.

Sekrety są lep­kie. Trzeba uwa­żać, bo mogą zatkać kana­liki łzowe.

Bawiła się tele­fo­nem, jak to wie­lo­krot­nie robiła w ostat­nich tygo­dniach, i prze­glą­dała listę kon­tak­tów - w zakładce "Ulu­bione" na pierw­szym miej­scu figu­ro­wał jej tata. Bar­dzo sto­sow­nie, bo rze­czy­wi­ście był jej ulu­bień­cem. Jej ulu­bio­nym rodzi­cem, ulu­bio­nym czło­wie­kiem, ulu­bioną istotą na całym świe­cie. Jemu mogła wyznać prawdę. A wtedy cię­żar w jej sercu znikłby raz na zawsze. Palec Cathe­rine zawisł nad ekra­nem. Przez mgnie­nie oka nie­mal czuła tak ocze­ki­waną ulgę.

A potem nawie­dziły ją obrazy. Jego zbo­la­łej twa­rzy. Nie był już młody. W zeszłym roku prze­szedł atak serca, leka­rze stwier­dzili, że "nie­wiele bra­ko­wało". Jak bar­dzo mogłoby mu zaszko­dzić jej wyzna­nie?

Wyobra­żona ulga prze­kształ­ciła się w strach i doj­mu­jące poczu­cie winy. Nie mogła mu tego zro­bić.

Zaszlo­chała - dźwięk był prze­raź­liwy, zwie­rzęcy. Suchy jak pieprz, zero łez.

Nie­spo­dzie­wane puka­nie do drzwi spra­wiło, że serce pode­szło jej do gar­dła. Przez chwilę nie potra­fiła sobie wyobra­zić, kto to może być. Było bar­dzo późno. Przy­ja­ciele i sąsie­dzi przed przyj­ściem wysła­liby jej ese­mesa, zwłasz­cza o takiej porze. Nagle ją olśniło. To ojciec. Mar­twi się o nią, chce się prze­ko­nać, jak sobie radzi.

Wystar­czy mu rzut oka na jej twarz, by się zorien­to­wać, że córka ma bar­dzo poważny pro­blem. Że jeśli cho­dzi o "kobiece sprawy", to na pewno nie o te, które się powta­rzają co mie­siąc. Czy jeśli ją zapyta, będzie potra­fiła go okła­mać? Nie w tej chwili. Nie tego wie­czoru. Będzie musiała powie­dzieć mu o wszyst­kim.

Gdy wstała i chwiej­nie ruszyła do drzwi, wal­czyły w niej ulga, strach i poczu­cie winy. Szybko wyj­rzała przez wizjer.

- O? - bąk­nęła ze zdzi­wie­niem. Znała tego męż­czy­znę, ale nie był to jej ojciec.

Wycią­gnęła rękę do zasuwki, nie­świa­do­mie, z czy­stego odru­chu, bo po dłu­gim dniu wciąż jesz­cze była sko­ło­wana. Nagle poczuła, że coś jest nie tak. W ataku paniki gorącz­kowo pró­bo­wała zebrać myśli i powstrzy­mać palce, bo zdała sobie sprawę, że drzwi muszą pozo­stać zamknięte. Ten czło­wiek nie miał prawa tu być. A w jego oczach migo­tało coś nie­okre­ślo­nego, ale groź­nego.

Tyle że połą­cze­nie mię­dzy jej mózgiem a cia­łem chwi­lowo szwan­ko­wało. Niczym na zwol­nio­nym fil­mie prze­krę­ciła gałkę zasuwki.

Gwał­tow­nie pchnięte drzwi ude­rzyły ją w twarz, pora­ził ją para­li­żu­jący ból. Pole­ciała do tyłu i upa­dła ple­cami na pod­łogę. Przed oczami wiro­wały jej czarne plamy, prawa strona twa­rzy pul­so­wała. Z oczu try­snęły łzy - naresz­cie zna­la­zły drogę na zewnątrz. Spró­bo­wała krzyk­nąć, a przy­naj­mniej się ode­zwać.

Jego dłoń zatkała jej usta, a także nos. Nie była w sta­nie oddy­chać. Nie mogła wydać żad­nego dźwięku. Zaczęła się sza­mo­tać.

Ude­rzył ją.

Cathe­rine zapa­dła w błogi nie­byt.

Po chwili jej powieki zatrze­po­tały. Odno­siła dziwne wra­że­nie, że usta ma pełne wełny. I rze­czy­wi­ście, uświa­do­miła sobie, że są czymś zatkane. Unio­sła rękę, żeby pozbyć się tego cze­goś.

- Ani się waż.

Sły­sząc ten roz­kaz, zamarła w bez­ru­chu.

- Tak ma być, nie chcę, żebyś mi się tu darła.

Sku­piła wzrok na zna­nej sobie twa­rzy i zamru­gała, w duchu bła­ga­jąc go, żeby ją puścił.

- To potrwa tylko chwilkę - cią­gnął nie­mal ze skru­chą.

Coś miał w dłoni. Strzy­kawkę.

Przy­cią­gnął prawą rękę Cathe­rine do sie­bie i uniósł strzy­kawkę, żeby wbić ją w jej ramię. Wydała zdu­szony krzyk, spró­bo­wała uwol­nić rękę. Była słaba, a on trzy­mał ją tak mocno, że aż bolało, ale nagłe szarp­nię­cie go zasko­czyło i nie tra­fił tam, gdzie zamie­rzał. Jęk­nęła, gdy igła wbiła się w jej ramię.

- Zobacz, coś naro­biła! - wark­nął ze zło­ścią; znowu ujrzała ten błysk w jego oczach. Moc­niej ści­snął jej nad­gar­stek, aż do bólu, i jesz­cze raz wbił igłę. Wolną ręką spró­bo­wała podra­pać mu twarz.

Spo­licz­ko­wał ją.

- W ten spo­sób nijak nie tra­fię w żyłę - mruk­nął. Dźgnął ją jesz­cze raz, pokrę­cił głową i z iry­ta­cją mam­ro­tał coś pod nosem.

Wyszarp­nęła rękę i poczuła pie­kący ból, gdy igła roz­darła jej ciało. Z poszar­pa­nej rany pocie­kła krew. Zakrę­ciło jej się w gło­wie, miała wra­że­nie, że zaraz zemdleje.

- Szlag! - Z wście­kło­ścią odrzu­cił strzy­kawkę w róg pokoju. Spoj­rzał na Cathe­rine, zaci­ska­jąc zęby ze zło­ści. A potem zer­k­nął na jej krwa­wiącą rękę. Wytrzesz­czył oczy i z tru­dem prze­łknął ślinę.

Nachy­lił się i ku obrzy­dze­niu Cathe­rine zli­zał krew z jej ramie­nia. Gdy poczuła na skó­rze szorstki język, szarp­nęła się z odrazy i prze­ra­że­nia. Chciała mu się wyrwać, lecz mocno trzy­mał jej rękę. A potem wark­nął jak pies.

Moc­niej przy­ci­snął usta i zaczął chłep­tać. W mil­cze­niu patrzyła, jak wysysa krew z jej roze­rwa­nego ciała. W końcu się cof­nął; po bro­dzie spły­wała mu czer­wona strużka.

- Musia­łem. - Skrzy­wił się ze wsty­dem. - Prze­pra­szam.

Świat znów pociem­niał.

Gdy odzy­skała świa­do­mość, już go przy niej nie było. W pobliżu sły­szała jakiś dziwny lament. Płacz? Tak. To on wyda­wał te dźwięki. Na­dal był w jej domu i pła­kał.

Poli­cja. Musi wezwać poli­cję. Spró­bo­wała się zmu­sić do dzia­ła­nia, żeby wstać, lecz ręce i nogi odma­wiały jej posłu­szeń­stwa. Krew z ramie­nia kapała na pod­łogę.

W końcu zdo­łała się ruszyć. Wyrwała kne­bel z ust. Już miała wstać, ale zamarła, sły­sząc za sobą jakiś odgłos.

Nagle poczuła, że na jej szyi coś się zaci­snęło. Dusiła się, usi­ło­wała szar­pać za pętlę, lecz nie mogła wsu­nąć pod nią pal­ców. Otwo­rzyła sze­roko usta, żeby krzyk­nąć. Nie zdo­łała wydać naj­mniej­szego dźwięku. Nie była w sta­nie oddy­chać. Przed oczami tań­czyły jej czarne plamy, widziała jak przez mgłę.

Roz­legł się cichy, paskudny rechot i mru­czący głos wyszep­tał jej do ucha:

- To teraz się zaba­wimy.

Roz­dział 2

Sobota, 15 paź­dzier­nika 2016

Śled­cza Holly O'Don­nell stała w kory­ta­rzu, patrząc, jak per­so­nel medyczny ostroż­nie kła­dzie ciało Cathe­rine Lamb na noszach. Samych zwłok, w zapię­tym na suwak worku, nie było widać. Ale ich widok wrył jej się w pamięć. Kosmyki splą­ta­nych wło­sów, przy­le­pione zaschniętą krwią do policzka. Siniaki kon­tra­stu­jące z pośmiertną bla­do­ścią. Podarte ubra­nie, świa­dec­two ostat­niego, nie­uchron­nego upo­ko­rze­nia Cathe­rine. Cza­sami O'Don­nell potra­fiła posta­wić tamę i zacho­wać pro­fe­sjo­nalną rezerwę. Ale nie dzi­siaj.

Dwaj ludzie z noszami uważ­nie lawi­ro­wali w salo­nie, żeby nie wdep­nąć w wielką kałużę zaschnię­tej krwi. Gdy wyszli, O'Don­nell kon­cen­tro­wała się przez chwilę. Po usu­nię­ciu zwłok atmos­fera na miej­scu zbrodni zawsze się zmie­nia. Ludzie prze­stają szep­tać. Poli­cjanci odzy­skują luz, przy­stę­pu­jąc do swo­ich obo­wiąz­ków. Cza­sami ktoś rzuci jakiś dow­cip. Wszyst­kich ogar­nia poczu­cie ulgi. Trupa już nie ma. Nad­szedł czas, by żywi robili swoje.

W łagod­nym świe­tle wpa­da­ją­cym przez okno O'Don­nell uważ­nie rozej­rzała się dookoła. Dom był nie­wielki i przed tym maka­brycz­nym incy­den­tem zapewne cał­kiem miły. Przy­tulna sypial­nia, przy­jemny salon z kanapą i nie­wielkim tele­wi­zo­rem. Kuch­nia była wpraw­dzie za mała, ale w tej cia­sno­cie Cathe­rine Lamb doko­nała ist­nych cudów, wie­sza­jąc na ścia­nie garnki i patel­nie w taki spo­sób, jakby były czę­ścią wystroju. Przez kuchenne okno widać było kawa­łek podwórka za domem - zapusz­czony traw­nik, pełen chwa­stów i zwię­dłych liści.

O'Don­nell odwró­ciła się do Garzy, poli­cjanta, który stał w kuchni i prze­glą­dał swój szki­cow­nik.

- A teraz zrób salon - powie­działa.

Ski­nął głową, acz z ura­żoną miną i nieco za późno. O'Don­nell przy­wy­kła już do takich prze­ja­wów nie­chęci. Do gli­nia­rzy patrzą­cych na nią tak, jakby nie zasłu­żyła na miano śled­czej czy w ogóle poli­cjantki. I jakby w żad­nym razie nie miała prawa im roz­ka­zy­wać.

A tym­cza­sem to ona tu rzą­dziła, czy się to komu podoba, czy nie. Garza będzie musiał się pod­po­rząd­ko­wać.

Wszedł do salonu z blo­kiem rysun­ko­wym w ręce i zacze­kał na nią. Zawa­hała się, iry­to­wała ją wielka plama krwi na pod­ło­dze. Nie dałaby rady nad nią przejść. Taki drą­gal jak Garza nie miał z tym pro­blemu, ale ona musiała ją prze­sko­czyć, co zresztą robiła już dwu­krot­nie. A w ochra­nia­czach na buty, które sama kazała wszyst­kim wło­żyć, łatwo mogła się pośli­znąć i prze­wró­cić. Nie mówiąc o tym, że jej zda­niem wyglą­dała śmiesz­nie, pod­ska­ku­jąc w taniej gar­sonce niczym kró­lik.

Prze­sko­czyła nad krwią i - jak­żeby ina­czej - pośli­znęła się i omal nie prze­wró­ciła. Odzy­skaw­szy rów­no­wagę, spoj­rzała na Garzę, pro­wo­ku­jąc go, żeby się roze­śmiał. Ale się nie odwa­żył.

Sku­piła się na pracy i mie­rząc pokój taśmą, poda­wała wymiary Garzy, a ten zapi­sy­wał je w swoim bloku. To on i jego part­ner pierwsi zja­wili się na miej­scu. O'Don­nell po przyj­ściu przy­dzie­liła rolę rysow­nika Garzy, a dru­giemu poli­cjan­towi zle­ciła pil­no­wa­nie terenu. Upo­rali się już z łazienką i sypial­nią, a z salo­nem zacze­kali na wynie­sie­nie zwłok.

O'Don­nell posta­wiła obok leżą­cego na pod­ło­dze tele­fonu ofiary znacz­nik dowo­dowy. Ten miał numer osiem. Dzie­wiątkę umie­ściła koło podar­tego sta­nika. Znacz­niki z nume­rami od dzie­się­ciu do pięt­na­stu zna­la­zły się przy krwa­wych śla­dach stóp w salo­nie. Po jed­nym z pierw­szych docho­dzeń, które pro­wa­dziła w spra­wie mor­der­stwa, omal nie prze­grali w sądzie, bo ozna­czyli trzy odci­ski butów tylko jed­nym nume­rem, przez co zdję­cie było do kitu. Ni­gdy wię­cej.

- Nie zapo­mnij zazna­czyć na szkicu kie­runku, w któ­rym pro­wa­dzą ślady - powie­działa.

- Nie zapo­mnę. - Garza mie­rzył odle­głość mię­dzy tele­fo­nem ofiary a drzwiami pokoju.

- I przy każ­dym kroku zapisz jego dłu­gość.

Spoj­rzał na nią z nie­sma­kiem, bez słowa. Prze­cież znał się na swo­jej robo­cie, nie musiała nim dyry­go­wać. Ona jed­nak wolała dmu­chać na zimne. W ostat­nich mie­sią­cach przy­szło jej się kajać tak czę­sto, że miała tego powy­żej uszu.

Krą­żyła po pokoju, uwa­ża­jąc, żeby nie wdep­nąć w krew, i spraw­dzała, czy cze­goś nie prze­ga­piła. Nie zauwa­żyła nic takiego. Wró­ciła więc do Garzy i rzu­ciła okiem na szkic. Nie­chęt­nie musiała przy­znać w duchu, że dobrze się spi­sał. Szkic był sta­ranny, pomiary skru­pu­latne i pedan­tyczne.

Jej uwagę przy­kuła gło­śna wymiana zdań. Poli­cjant na zewnątrz z kimś się kłó­cił, szy­ko­wała się praw­dziwa awan­tura. Dzien­ni­ka­rze już się zwie­dzieli? Czy to tylko wścib­ski sąsiad?

Znowu prze­sko­czyła przez plamę krwi; tym razem się nie pośli­znęła. W ska­ka­niu przez kałuże krwi wyraź­nie nabie­rała wprawy. Wyszła na dwór, mru­żąc oczy w słońcu.

Dom Cathe­rine Lamb wraz z maleń­kim ogród­kiem od frontu i kawał­kiem chod­nika odgro­dzili taśmą. Part­ner Garzy, mło­dziak świeżo po aka­de­mii, stał na wydzie­lo­nym tere­nie, trzy­ma­jąc księgę wejść i wyjść na miej­sce zda­rze­nia. Po dru­giej stro­nie żół­tej taśmy zatrzy­mali się męż­czy­zna i kobieta. Ona miała na sobie długi beżowy trencz oraz brą­zową weł­nianą czapkę i taki sam sza­lik; ręce trzy­mała w kie­sze­niach. On był w czar­nym płasz­czu narzu­co­nym na szary gar­ni­tur.

Głos kobiety wybi­jał się ponad gwar ruchu ulicz­nego, kiedy sztor­co­wała mło­dego.

- Wystar­czy nam kilka minut. W pań­skim naj­lep­szym inte­re­sie leży...

- Prze­pra­szam, co tu się dzieje? - zawo­łała O'Don­nell, pod­cho­dząc do nich; było tak zimno, że z jej ust uno­siła się para.

- Fede­ralni - odparł żół­to­dziób. - Chcą wejść na miej­sce zbrodni.

O'Don­nell zmarsz­czyła czoło i spoj­rzała na nich. Męż­czy­zna był wyso­kim, bar­czy­stym bru­ne­tem. Stał w prze­sad­nie nie­dba­łej pozie, nieco przy­gar­biony, niczym lice­ali­sta zgry­wa­jący luzaka. Kobieta do pew­nego stop­nia sta­no­wiła jego prze­ci­wień­stwo. Nie się­gała mu nawet do ramie­nia. Spod weł­nia­nej czapki wymy­kały się kosmyki ruda­wych wło­sów, deli­katne usta wykrzy­wiał gry­mas nie­za­do­wo­le­nia i była tak spięta, jakby lada chwila miała się na kogoś rzu­cić. Jej długi, zakrzy­wiony nos był zaró­żo­wiony z zimna. Spoj­rzała na O'Don­nell, która omal nie cof­nęła się o krok. Oczy tej kobiety miały kolor trawy, a prze­ni­kliwy wzrok wytrą­cał z rów­no­wagi. Ona nie patrzyła na O'Don­nell; poli­cjantka odnio­sła wra­że­nie, że bada każdy por jej skóry.

- Śled­cza O'Don­nell - przed­sta­wiła się, pró­bu­jąc nie ucie­kać od świ­dru­ją­cego spoj­rze­nia tej kobiety. - A wy jeste­ście...?

- Agent Gray. - Męż­czy­zna mach­nął legi­ty­ma­cją FBI. - A to jest dok­tor Ben­tley.

- To miej­sce zbrodni pod­lega poli­cji miej­skiej Chi­cago. Nie może­cie wejść. W każ­dym razie dopóki nie skoń­czymy.

- To mor­der­stwo może być zwią­zane ze śledz­twem, które wła­śnie pro­wa­dzimy - powie­działa Ben­tley. - Wystar­czy nam kilka minut, żeby się...

- Skąd wie­cie, że to mor­der­stwo? - spy­tała O'Don­nell.

Gray z iry­ta­cją zer­k­nął na swoją part­nerkę, ale spra­wiała wra­że­nie, że tego nie zauwa­żyła. Wes­tchnął.

- Dosta­li­śmy cynk od porucz­nika Mar­ti­neza. Zadzwo­nił z infor­ma­cją, że we wła­snym domu została udu­szona nie­jaka Cathe­rine Lamb, lat dwa­dzie­ścia pięć.

O'Don­nell zacho­wy­wała kamienną twarz, pró­bu­jąc nie oka­zać gniewu. Do tej pory miała dobre zda­nie o Mar­ti­ne­zie, który, podob­nie jak ona, pra­co­wał w Wydziale Kry­mi­nal­nym rejonu Area Cen­tral. Co on sobie myślał, dono­sząc FBI o lokal­nym mor­der­stwie? A już dzie­le­nie się wstęp­nymi, nie­po­twier­dzo­nymi infor­ma­cjami, takimi jak przy­czyna śmierci, było błę­dem, jakiego nie popeł­niłby nawet żół­to­dziób.

- W jaki spo­sób to mor­der­stwo wiąże się z waszą sprawą?

- Nie wolno nam o tym mówić - odparł szybko Gray, widząc, że Ben­tley otwiera usta.

O'Don­nell posłała im sztuczny uśmiech.

- Muszę się zająć miej­scem zbrodni. Miłego dnia.

- Chwi­leczkę! - rzu­ciła ostro Ben­tley; w jej oczach bły­snął gniew.

O'Don­nell ode­szła. Póź­niej pogada sobie z Mar­ti­ne­zem i dowie się, co tu jest grane.

- Pani śled­cza! - zawo­łał za nią agent Gray. - Znaj­dzie pani dla mnie dwie minutki? Chyba mamy dla pani pewne infor­ma­cje.

O'Don­nell wes­tchnęła i zawró­ciła. Gray miał pokorną minę, wyglą­dał na zawsty­dzo­nego.

- Pozwoli pani na słówko? - zapy­tał.

O'Don­nell zgięła się, prze­szła pod żółtą taśmą i odda­liła się o kilka metrów, by poli­cjant nie mógł ich usły­szeć.

- O co cho­dzi? - spy­tała agen­tów, któ­rzy ruszyli za nią.

- Pro­wa­dzimy śledz­two w spra­wie seryj­nego zabójcy, nazywa się Rod Glo­ver - oznaj­mił agent Gray. - Przez mniej wię­cej dzie­sięć lat miesz­kał w Chi­cago pod przy­braną toż­sa­mo­ścią.

- A co on ma wspól­nego z tym mor­der­stwem?

- Nie jeste­śmy pewni, czy Rod Glo­ver jest w to zamie­szany. Ale on dusi swoje ofiary. A jego ostatni znany adres był w tej dziel­nicy, w McKin­ley Park.

- To dosyć przy­pad­kowy zwią­zek - zauwa­żyła O'Don­nell. - Zja­wia­cie się na miej­scu każ­dego śledz­twa w oko­licy, jeśli zacho­dzi podej­rze­nie mor­der­stwa przez udu­sze­nie?

Ben­tley prych­nęła nie­cier­pli­wie.

- W tej oko­licy rzadko docho­dzi do zabójstw na tle sek­su­al­nym, któ­rych ofiary są duszone...

- Do zabójstw na tle sek­su­al­nym? Mar­ti­nez powie­dział wam, że to jest mord o pod­łożu sek­su­al­nym?

- Powie­dział, że ubra­nie ofiary zostało podarte.

- Po cho­lerę wam o tym mówił? To nie jego śledz­two i nic na ten temat nie tra­fiło jesz­cze do rapor­tów. On... - Nagle ele­menty ukła­danki wsko­czyły na swoje miej­sce. - Dok­tor Ben­tley? Zoe Ben­tley, pro­fi­lerka kry­mi­nalna? To pani pra­co­wała z Mar­ti­ne­zem nad sprawą Pętla­rza z Zakładu Pogrze­bo­wego.

- Tak.

Trzy mie­siące wcze­śniej całe Chi­cago żyło w stra­chu przed seryj­nym zabójcą, który mor­do­wał i bal­sa­mo­wał młode kobiety, a ich zwłoki zosta­wiał upo­zo­wane w róż­nych czę­ściach mia­sta. Kie­ru­jący śledz­twem porucz­nik Mar­ti­nez zwró­cił się o pomoc do FBI. Dok­tor Ben­tley i agent Gray nale­żeli do grupy docho­dze­nio­wej, która w końcu zła­pała mor­dercę.

- Nie jeste­ście z dele­ga­tury FBI w Chi­cago.

- Nie - przy­znał Gray. - Jeste­śmy z Sek­cji Ana­liz Beha­wio­ral­nych.

- I przy­pad­kiem aku­rat dzi­siaj wpa­dli­ście do Chi­cago? - prych­nęła scep­tycz­nie O'Don­nell. Sek­cja Ana­liz Beha­wio­ral­nych miała sie­dzibę w Quan­tico w Wir­gi­nii, kawał drogi stąd.

- Nie­zu­peł­nie. Jeź­dzimy tro­pem Glo­vera. W Chi­cago jeste­śmy od tygo­dnia.

- A teraz chce­cie prze­jąć śledz­two? Tylko dla­tego, że waszym zda­niem sprawa może mieć zwią­zek z...

- Niczego nie przej­mu­jemy. - Gray uspo­ka­ja­jąco uniósł ręce. - Chcemy tylko usta­lić, czy to moż­liwe, że Glo­ver jest w to zamie­szany.

- Świet­nie. - O'Don­nell wzru­szyła ramio­nami. - Poga­daj­cie ze swo­imi w tutej­szej dele­ga­tu­rze. Dostaną od nas mate­riały ze śledz­twa, będzie­cie mogli je sobie obej­rzeć.

- Byłoby znacz­nie lepiej, gdy­bym mogła zoba­czyć miej­sce zbrodni na wła­sne oczy - pal­nęła Ben­tley.

- Lepiej? Dla kogo?

- Dla wszyst­kich. Mamy dużo więk­sze doświad­cze­nie w pro­fi­lo­wa­niu tego typu ata­ków. Jeśli obej­rzymy miej­sce...

O'Don­nell miała dość pro­tek­cjo­nal­nego zacho­wa­nia tej kobiety.

- W aktach znaj­dzie­cie zdję­cia.

Ben­tley już miała coś odszczek­nąć, ale Gray dotknął jej ramie­nia, więc zamknęła usta.

- Niech pani posłu­cha, możemy wam pomóc ze śledz­twem - powie­dział. - I udo­stęp­nić środki fede­ralne.

Wła­śnie na to O'Don­nell liczyła od samego początku. W Chi­cago testy DNA miały absur­dalne opóź­nie­nia. Ale gdyby fede­ralni sami zapro­po­no­wali im sko­rzy­sta­nie ze swo­jego labo­ra­to­rium? Przy­dałby jej się taki fart.

Poza tym zże­rała ją cie­ka­wość. Od wielu osób sły­szała o Zoe Ben­tley i spra­wie Pętla­rza z Zakładu Pogrze­bo­wego. Ludzie uwiel­biali mówić o Ben­tley nie­mal w takim samym stop­niu, jak lubili gadać o O'Don­nell i nie­daw­nym skan­dalu. Pro­fi­lerkę kry­mi­nalną opi­sy­wano roz­ma­icie, jedni jako baje­rantkę, inni jako geniu­sza. Pod­czas docho­dze­nia w spra­wie Pętla­rza z Zakładu Pogrze­bo­wego coś poszło nie tak i Ben­tley odnio­sła poważne obra­że­nia. Zdaje się, że ona i jej part­ner zata­ili przed poli­cją ważne infor­ma­cje. O'Don­nell sły­szała nawet absur­dalną plotkę o tym, że w chwili aresz­to­wa­nia mor­dercy Ben­tley była pół­naga. Ta kobieta nie­wąt­pli­wie spra­wiała, że o niej mówiono.

O'Don­nell chciała zoba­czyć ją w akcji.

- Zgoda - powie­działa. - Może­cie się rozej­rzeć. Ale jeśli każę wam spa­dać, to spa­da­cie.

- Jasne, pani tu rzą­dzi. - Agent Gray bły­snął zębami w uśmie­chu.

Zapro­wa­dziła ich do domu. Ben­tley i Gray wpi­sali się do księgi i weszli za O'Don­nell do środka. Garza na­dal szki­co­wał coś w salo­nie. Foto­graf, który do niego dołą­czył, robił zbli­że­nia jed­nego z krwa­wych odci­sków stóp. O'Don­nell zapi­sała sobie w pamięci, by kazać mu zro­bić kilka ujęć wszyst­kich śla­dów razem.

- Ręka­wiczki i ochra­nia­cze na buty. - Wska­zała pudełka przy wej­ściu. Obser­wo­wała minę Ben­tley, gdy ta dostrze­gła wielką plamę krwi.

- Ofiara krwa­wiła - mruk­nęła Ben­tley, wkła­da­jąc ręka­wiczki.

Jak dotąd nie zaim­po­no­wała poli­cjantce zdol­no­ścią deduk­cji.

- Mar­ti­nez o tym nie wspo­mi­nał? - spy­tała O'Don­nell nie­win­nie. Choć wie­działa, że tego nie zro­bił, ta infor­ma­cja nie tra­fiła do wstęp­nego raportu poli­cjan­tów, któ­rzy pierwsi zja­wili się na miej­scu.

Ben­tley puściła jej słowa mimo uszu i wło­żyła ochra­nia­cze na buty. Pode­szła do plamy krwi i nie zatrzy­mu­jąc się, prze­sko­czyła nad nią do salonu.

O'Don­nell to ziry­to­wało. Zoe Ben­tley była od niej niż­sza, a mimo to zdo­łała prze­sko­czyć krwawą kałużę z gra­cją jakiejś cho­ler­nej gazeli.

Roz­dział 3

Zoe uważ­nie przyj­rzała się wiel­kiej pla­mie krwi i śla­dom stóp, które bie­gły po pod­ło­dze salonu. W pierw­szej chwili trudno było wyło­wić z tego jakiś sens. Odci­ski stóp były roz­ma­zane i zacho­dziły na sie­bie. Stop­niowo jed­nak uło­żyła to sobie w gło­wie. Ktoś kilka razy zato­czył koło przy wej­ściu do pokoju, a potem poszedł w naj­dal­szy kąt i z powro­tem. Kil­ka­krot­nie wszedł w kałużę krwi, co zapewne świad­czyło o tym, że nie bar­dzo wie­dział, co robić, albo był roz­trzę­siony.

Leżący na pod­ło­dze sta­nik został roze­rwany, meta­lowa sprzączka z tyłu była wygięta. A co z resztą ubrań? Też podarte? Odsu­nęła to oczy­wi­ste pyta­nie, nie chciała, żeby zmą­ciło jej osąd. Czy to wygląda na robotę Glo­vera?

Jeśli nie prze­sta­nie o nim myśleć, nie­uchron­nie zacznie dopa­so­wy­wać fakty do zało­żo­nej tezy. Ale nie była pewna, czy zdoła unik­nąć tego pyta­nia. Glo­ver rósł w jej myślach niczym paso­żyt­ni­cze pną­cze, wdzie­rał się w każdy zaką­tek umy­słu, dusząc wszel­kie inne myśli.

Od kilku tygo­dni ona i Tatum meto­dycz­nie śle­dzili poczy­na­nia Glo­vera, cofa­jąc się o dzie­sięć lat. Przy­po­mi­nało to pusz­czony do tyłu film. Zaczęli od miej­sca, gdzie go widziano ostat­nio - od budynku, w któ­rym sama miesz­kała. Wyna­jął lokum jako Daniel Moore i przez ponad mie­siąc śle­dził Zoe i jej sio­strę Andreę. A kiedy Zoe w związku ze śledz­twem wyje­chała do Tek­sasu, zaata­ko­wał. Tylko szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści Andrea nie ucier­piała i zdo­łała uciec. Pod­czas akcji Glo­ver został postrze­lony i zaszył się w swoim zawil­go­co­nym miesz­ka­niu, gdzie docho­dził do sie­bie. Tech­nicy orze­kli, że omal nie umarł, ale udało mu się powstrzy­mać krwa­wie­nie. A kiedy tylko sta­nął na nogi, zwiał.

To nie wszystko. Glo­ver umie­rał. Nie od postrzału, powód był bar­dziej pro­za­iczny. Miał nie­ope­ra­cyj­nego raka mózgu, przez co stał się groź­niej­szy niż wcze­śniej. Zdy­cha­jąca bestia nie ma nic do stra­ce­nia.

Zoe odwró­ciła się do O'Don­nell. Śled­cza stała po dru­giej stro­nie pokoju, nie spusz­cza­jąc ciem­nych oczu z foto­grafa, który przy­kuc­nął, by zro­bić serię ujęć krwa­wych odci­sków stóp.

- Mogę zoba­czyć zdję­cia zwłok? - spy­tała Zoe poli­cjantkę.

O'Don­nell zmarsz­czyła czoło i zasta­na­wiała się przez chwilę, jakby była to wygó­ro­wana prośba. W końcu pole­ciła foto­gra­fowi, żeby poka­zał zdję­cia.

Ten wstał, szczu­płym pal­cem popra­wił na nosie oku­lary w gru­bej opra­wie i w sku­pie­niu zaczął prze­wi­jać zdję­cia w apa­ra­cie.

Do salonu wszedł Tatum.

- Są plamy krwi w sypialni - poin­for­mo­wał, wska­zu­jąc przez ramię za sie­bie. - Kolejne ślady stóp i smugi zosta­wione przez zakrwa­wiony palec na sto­liku noc­nym i na ścia­nie.

- Odci­ski pal­ców? - spy­tała Zoe.

- Wąt­pię, gołym okiem ich nie zauwa­ży­łem... po pro­stu smugi i już. Tech­nik twier­dzi, że wyglą­dają tak, jakby ten, kto je zosta­wił, nosił ręka­wiczki.

- Ręka­wiczki wska­zują na pla­no­wa­nie, a ten baj­zel tutaj to kom­pletna pro­wi­zorka - powie­działa Zoe.

- Plamy krwi są także na umy­walce i pod­ło­dze łazienki.

- Mył się tam?

- Na to wygląda.

Zoe pró­bo­wała sobie wyobra­zić prze­bieg wypad­ków, gdy naraz ode­zwał się foto­graf:

- O, mam.

Pod­szedł do nich i poka­zał ekran z tyłu apa­ratu.

Przez chwilę Zoe nie mogła się poła­pać, na co patrzy.

- To są zwłoki? - spy­tała. - Były zakryte?

- Tak - powie­działa za jej ple­cami O'Don­nell. - Była nakryta kocem.

- Kto ją zna­lazł? - włą­czył się Tatum.

- Jej ojciec, Albert Lamb - odparła O'Don­nell.

- I to on ją zakrył?

- Twier­dzi, że nie, podobno zna­lazł ją w takim sta­nie - odpo­wie­działa poli­cjantka. - Potwier­dzają to dowody rze­czowe. Widzi pani te plamy na kocu?

Foto­graf prze­rzu­cił zdję­cia i zna­lazł zbli­że­nie dwóch dużych brą­zo­wych plam.

- Plamy krwi. - O'Don­nell wska­zała je pal­cem. - Kiedy ktoś ją nakry­wał, krew była jesz­cze świeża. Ale zanim tu dotar­li­śmy, nastą­piło poważne stę­że­nie pośmiertne ciała, a krew wyschła. Ofiara nie żyła już od jakie­goś czasu. A zakryto ją kocem krótko po śmierci.

Czy poli­cjantka roz­wa­żyła alter­na­tywę? Zabójcą mógł być ojciec. Mógł nakryć zwłoki kocem, a na poli­cję zadzwo­nić kilka godzin póź­niej.

- Czyli że zastał ją pod kocem i tak ją zosta­wił? - spy­tał Tatum z nie­do­wie­rza­niem.

- Nie. Odkrył ją, zoba­czył, że jest mar­twa i sztywna. Mimo to, według tego, co zeznał na początku, pró­bo­wał ją ocu­cić. A w końcu zakrył ją z powro­tem i zadzwo­nił pod dzie­więć­set jede­na­ście.

Foto­graf prze­wi­nął jesz­cze kilka zdjęć nakry­tych zwłok, zro­bio­nych pod róż­nymi kątami. Nagle się zatrzy­mał. Zdję­cie na ekra­nie poka­zy­wało nagie ciało.

Nie­trudno było zro­zu­mieć, dla­czego ojciec z powro­tem zakrył córkę.

Kobieta leżała zgięta wpół, nogi miała pod­ku­lone, a spód­nicę zsu­niętą do kostek. Koszulę podartą, lewą pierś odsło­niętą. Była bez maj­tek. Jeśli ojciec chciał przy­sło­nić córkę, to trudno byłoby mu pod­cią­gnąć spód­nicę przy takim uło­że­niu nóg.

Zoe zer­k­nęła na podarty sta­nik na pod­ło­dze, ozna­ko­wany numer­kiem dowo­do­wym.

- Zna­leź­li­ście jej majtki?

- Jesz­cze nie. Wciąż prze­glą­damy śmieci.

- Skoro nie ma ich tutaj, raczej ich nie znaj­dzie­cie - powie­działa Zoe. - Zabrał je. To jego tro­feum.

Uważ­nie obej­rzała zdję­cie. Cała ręka ofiary była zlana krwią, jej twarz też była ochla­pana; pasma wło­sów przy­le­gały do zakrwa­wio­nego policzka. Na lewej nodze także miała plamy krwi, ale te raczej nie pocho­dziły bez­po­śred­nio z rany. Zapewne na jakimś eta­pie noga ofiary otarła się o krew na pod­ło­dze. Szyję kobiety szpe­ciły siniaki - być może ślady po pętli, ale na tak małym ekra­nie trudno to było oce­nić, zwłasz­cza że zdję­cie zro­biono w sze­ro­kim pla­nie.

Foto­graf na­dal prze­wi­jał zdję­cia, coraz szyb­ciej, jakby nie mógł na nie patrzeć, co Zoe wydało się dziwne. Prze­cież sam je zro­bił.

- Zaraz - rzu­ciła. - Wróć do poprzed­niego.

Prze­wi­nął jedno zdję­cie do tyłu. Było to zbli­że­nie śla­dów na szyi. Rze­czy­wi­ście wyglą­dały jak po dusze­niu, a jed­nak Zoe na­dal nie miała pew­no­ści. Jej uwagę zwró­ciło co innego - deli­katna srebrna nić na szyi kobiety.

- Czy miała jakąś biżu­te­rię? - spy­tała.

- Krzy­żyk na srebr­nym łań­cuszku. Jej ojciec twier­dzi, że ni­gdy go nie zdej­mo­wała - odpo­wie­działa O'Don­nell.

- Dla­czego tego nie zabrał jako tro­feum? - mruk­nęła Zoe.

- Może biżu­te­ria go nie kręci - pod­su­nął Tatum.

Zoe kiw­nęła głową. Cał­kiem moż­liwe, cho­ciaż seryjni zabójcy zbie­ra­jący tro­fea zazwy­czaj brali też biżu­te­rię. Zwłasz­cza jeśli - tak jak w tym przy­padku - ofiarę udu­szono, a łań­cu­szek miała na szyi. Zabójca nie mógł go prze­cież nie zauwa­żyć. A może to nim udu­sił dziew­czynę? Uważ­niej przyj­rzała się zdję­ciu. Nic na to nie wska­zy­wało. Łań­cu­szek by pękł, sta­now­czo był zbyt deli­katny.

- Mówi­łeś, że na sto­liku noc­nym zostały smugi po pal­cach - zwró­ciła się Zoe do Tatuma. - Była tam jakaś biżu­te­ria?

- Nie wiem.

- Była szka­tułka na biżu­te­rię - wyja­śniła O'Don­nell. - A w niej dwie bran­so­letki.

- Dwie bran­so­letki i łań­cu­szek - posu­mo­wała Zoe. - Praw­do­po­dob­nie zabójca prze­szu­kał jej rze­czy, zna­lazł łań­cu­szek i zapiął go jej na szyi już po doko­na­niu mor­der­stwa.

- Wąt­pię - powie­działa O'Don­nell. - Jej ojciec mówił, że ni­gdy go nie zdej­mo­wała. Dużo bar­dziej praw­do­po­dobne, że zabójca po pro­stu szu­kał cze­goś war­to­ścio­wego, co mógłby zabrać. Bran­so­letki to tanie świe­ci­dełka, więc je zosta­wił. Spy­tamy ojca, czy miała jakąś cenną biżu­te­rię.

Zoe poczuła przy­pływ iry­ta­cji, ale nie wda­wała się w dys­ku­sję. Patrzyła, jak foto­graf prze­gląda resztę zdjęć - być może po dłuż­szym cza­sie znowu miała przed oczami dzieło Glo­vera.

Kiedy razem z Tatu­mem odkryli, jakie nazwi­sko przy­brał Glo­ver, ruszyli jego śla­dem. Wie­dzieli już, że w ostat­nich latach miesz­kał w Chi­cago. Zna­leźli jego dawne miesz­ka­nie w McKin­ley Park, zaj­mo­wane teraz przez parę stu­den­tów. Dotarli do jego ostat­niego miej­sca zatrud­nie­nia, ale sześć mie­sięcy wcze­śniej stra­cił tam posadę ser­wi­santa. Kilka dni spę­dzili na roz­mo­wach z jego daw­nymi kole­gami z pracy i prze­ło­żo­nymi, pró­bu­jąc zebrać jakie­kol­wiek infor­ma­cje. Więk­szość kole­gów uwa­żała go za świet­nego faceta. Zawsze chętny do pomocy, skory do żar­tów i śmie­chu. Jego szef użył nawet okre­śle­nia: "miał ducha pracy w zespole".

Dwie kole­żanki z pracy uwa­żały, że jest w nim coś nie­po­ko­ją­cego, ale nie potra­fiły tego spre­cy­zo­wać.

Zoe znała to uczu­cie. Sama go doświad­czyła, gdy miała czter­na­ście lat, a Rod Glo­ver był jej sąsia­dem. Na początku wyda­wał się faj­nym gościem, był cza­ru­jący i zabawny. Z cza­sem jego zacho­wa­nie sta­wało się dziwne, budziło lęk. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie zaczęły się zabój­stwa mło­dych kobiet.

- To już ostat­nie - rzekł foto­graf i opu­ścił apa­rat.

- Są ślady broni? - spy­tał Tatum, odwra­ca­jąc się do O'Don­nell.

- Zakła­dam, że użył dwóch narzę­dzi - odparła poli­cjantka. - Ślady na jej szyi wska­zują na udu­sze­nie jakimś sznu­rem albo paskiem. A krwa­wie­nie było efek­tem paskud­nej rany cię­tej na jej ramie­niu. Czyli posłu­żył się także jakimś ostrzem. Jej koszula też zresztą wygląda, jakby czę­ściowo została prze­cięta. - Wska­zała na ślady stóp. - Zdaje się, że zabójca prze­szedł przez pokój, żeby coś pod­nieść z pod­łogi. Widzi pani, jak ślady koń­czą się tuż przed ścianą? Idę o zakład, że zatrzy­mał się tam, żeby przy­kuc­nąć.

Śled­cza nieco uro­sła w oczach Zoe.

- Myśli pani, że to był nóż?

- Jestem tego pra­wie pewna. Jeśli pani tam podej­dzie, zoba­czy pani kilka kro­pli krwi tuż obok znacz­nika numer szes­na­ście. Moim zda­niem skap­nęły z ostrza.

Zoe prze­szła w róg pokoju, przy­kuc­nęła i obej­rzała pod­łogę. Zoba­czyła kilka ide­al­nie okrą­głych brą­zo­wych plam. Obok niej kuc­nął Tatum.

- Te kro­ple spa­dły pio­nowo - orzekł. - Dla­tego są okrą­głe, nie elip­tyczne. Co zna­czy, że nie są roz­bry­zgiem z dru­giej strony pokoju. Praw­do­po­dob­nie to tutaj rzu­cono narzę­dzie.

Zoe kiw­nęła głową, pró­bu­jąc sobie to wyobra­zić.

- Może pod­szedł tu z nożem w ręku. I zatrzy­mał się na kilka sekund. To by wyja­śniało pocho­dze­nie tych kro­pli.

- Nie jestem tech­ni­kiem kry­mi­na­li­stycz­nym - zastrzegł się Tatum. - Ale zobacz, nie ma roz­bry­zgów wokół kro­pli. Gdyby spa­dły z wyso­ko­ści pół metra czy wię­cej, wokół każ­dej z nich byłby mały koli­sty roz­bryzg. Skoro ich nie ma, to zna­czy, że krew kapała z wyso­ko­ści zale­d­wie kilku cen­ty­me­trów. Sądzę, że śled­cza O'Don­nell ma rację. Narzę­dzie leżało tutaj, z ostrza cie­kła krew, więc zabójca pod­szedł, żeby je zabrać.

Zoe zga­dzała się z nim. To było naj­prost­sze wyja­śnie­nie. Wyobra­ziła sobie tę scenę. Zabójca zaata­ko­wał ofiarę, gro­żąc jej nożem. Wywią­zała się sza­mo­ta­nina i nóż ska­le­czył kobietę w ramię. I co dalej? Czy ofie­rze udało się jakoś roz­broić napast­nika i odrzu­cić nóż w kąt? Nie­wy­klu­czone.

Wypro­sto­wała się, pró­bo­wała myśleć. Cała ta scena wska­zy­wała na sprzeczne zacho­wa­nia. Wcho­dze­nie w kałużę krwi, nakry­wa­nie zwłok, zosta­wia­nie plam krwi w całym miesz­ka­niu. Wszystko to na odle­głość trą­ciło zagu­bie­niem, stra­chem, a może i wsty­dem. Nato­miast ręka­wiczki świad­czyły o pla­no­wa­niu. Bra­ku­jąca bie­li­zna sta­no­wiła tro­feum. Ale wisio­rek za nic tu nie paso­wał. Czy śmierć nastą­piła wsku­tek wypadku? Trudno powie­dzieć, Zoe nie była nawet pewna, czy ofiara zmarła na sku­tek upływu krwi czy udu­sze­nia.

Prze­waż­nie bez trudu wyobra­żała sobie moż­liwe sce­na­riu­sze. Tu jed­nak roz­ma­ite szcze­góły nijak nie paso­wały do sie­bie.

Coś prze­ga­pili.

Roz­dział 4

Tatum jesz­cze raz rozej­rzał się po pokoju, pró­bu­jąc się wczuć w sytu­ację ofiary.

Na tym polu aku­rat czuł się bez­piecz­nie. Widział, jak Zoe wnika w umysł mor­dercy tak łatwo, jakby wkła­dała swe­ter, co zawsze robiło na nim wra­że­nie, ale i tro­chę go iry­to­wało. On aku­rat tego nie potra­fił. Rzecz jasna, znał sta­ty­styki, czy­tał dłu­ga­śne prace naukowe na temat seryj­nych zabój­ców, wywiady z nimi i zapo­zna­wał się z ich pro­fi­lami tak grun­tow­nie, że śnili mu się nie­mal co noc. Ale, odwo­łu­jąc się do ana­lo­gii ze swe­trem, w jego przy­padku wczu­wa­nie się w psy­chikę seryj­nego zabójcy było jak wci­ska­nie się w kaftan bez­pie­czeń­stwa, i to o dwa numery za mały. Było bole­sne, nie­wy­ko­nalne, a po wszyst­kim czuł się obo­lały i wykoń­czony.

Na szczę­ście znaczna część ich pracy obra­cała się wokół pozna­wa­nia ofiar. Zro­zu­mie­nie ich postę­po­wa­nia pozwala stwier­dzić, co zwró­ciło na nie uwagę mor­dercy. Przy­daje się także odkry­cie tego, jak reagują, kiedy zostaną zaata­ko­wane, co przy oka­zji wiele mówi o psy­chice zabójcy. Nie­któ­rzy napast­nicy stają się bru­talni w obli­czu potul­nej ofiary, inni zaś stają się groźni tylko wów­czas, gdy ta pró­buje wal­czyć. Poznaj ofiarę, a będziesz w pół drogi do zro­zu­mie­nia mor­dercy.

Cathe­rine Lamb była roz­ko­ja­rzona, może nawet miała depre­sję. Cały dom nosił ślady zapusz­cze­nia - nie­pod­lane rośliny, zaku­rzone para­pety, pełny po brzegi kosz z pra­niem. Ow­szem, mogło to świad­czyć o tym, że jest fleją, ale mnó­stwo rze­czy wska­zy­wało na coś wręcz prze­ciw­nego. Ubra­nia były sta­ran­nie zło­żone; łazienka, pomi­ja­jąc świeże plamy krwi, lśniła czy­sto­ścią; jedze­nie w lodówce było świeże. Brud i nie­po­rzą­dek były powierz­chowne, świe­żej daty - cienka powłoka gnę­bią­cej ją zgry­zoty.

Czy była samotna? Może się z kimś uma­wiała, zapewne przez inter­net. Jeśli była wyjąt­kowo nie­ostrożna, mogła się zgo­dzić, żeby facet pod­je­chał po nią i zabrał ją na randkę. To by tłu­ma­czyło brak śla­dów wła­ma­nia. Ale nie, to nie paso­wało do podar­tego ubra­nia, które widział na zdję­ciach. Cathe­rine nie pla­no­wała wyj­ścia do mia­sta, kiedy została zaata­ko­wana.

Zer­k­nął na Zoe i już miał wspo­mnieć o ubra­niu, ale przy­gry­zała wargę, marsz­cząc czoło. W ten spo­sób dawała znać, żeby jej nie prze­szka­dzać, bo nad czymś myśli.

O'Don­nell też patrzyła na Zoe. Śled­cza miała krę­cone, się­ga­jące nie­mal do ramion blond włosy; ubrana była w szare spodnie i gra­na­towy żakiet. Podejrz­li­wie mru­żyła cze­ko­la­dowe oczy. Tatum uwiel­biał cze­ko­ladę i miał sła­bość do egzo­tycz­nych sma­ków - cze­ko­lady sło­nej albo pikant­nej - ale ni­gdy jesz­cze nie widział cze­ko­lady podejrz­li­wej. Poli­cjantka prze­krzy­wiła głowę w lewo, tak jak zro­biła to wcze­śniej, kiedy wyszła im na spo­tka­nie przed domem.

O'Don­nell wyglą­dała jak zbla­zo­wany widz na poka­zie ilu­zjo­ni­sty. Jakby cze­kała, aż ten wycią­gnie kró­lika z kape­lu­sza, by mogła powie­dzieć, że sie­dział tam cały czas albo że był ukryty w ręka­wie. Chodź obej­rzeć Tatuma Graya, magika w dzie­dzi­nie pro­fi­lo­wa­nia kry­mi­na­li­stycz­nego. Wybierz kartę, dowolną. Twoja karta to... walet pik. Bez­ro­botny, praw­do­po­dob­nie biały, ma dwa­dzie­ścia, góra dwa­dzie­ścia pięć lat, jako dziecko moczył się w łóżku i drę­czył koty.

Zauwa­żyła, że jej się przy­gląda.

- I jak? Myśli pan, że to robota waszego czło­wieka? - spy­tała.

- Za wcze­śnie, żeby o tym prze­są­dzać - odparł odru­chowo.

Unio­sła brwi.

- Widzi pan tu coś, co ją łączy z innymi ofia­rami? Czy jest do nich podobna? Czy po wcze­śniej­szych mor­der­stwach zabie­rał tro­fea? Czy zakry­wał zwłoki?

- Rod Glo­ver nie zakry­wał poprzed­nich zwłok - przy­znał Tatum. - Ale są podo­bień­stwa...

- Wobec tego dla­czego aku­rat tę zakrył?

- Może być kilka powo­dów. - Tatum wzru­szył ramio­nami. - Nie­któ­rzy seryjni zabójcy przy­kry­wają czymś swoje ofiary, bo się wsty­dzą. Poza tym to forma abs­trak­cji... zamie­nia­nie ofiary w przed­miot.

- Zakrył ją z tego samego powodu, z któ­rego zapiął jej łań­cu­szek na szyi. - Zoe odwró­ciła się do nich. - On ją znał.

O'Don­nell splo­tła ręce pod biu­stem. Wyglą­dało na to, że chce coś powie­dzieć, gdy naraz zawo­łał ją sto­jący przed domem poli­cjant.

- Pani śled­cza!

- Prze­pra­szam - powie­działa O'Don­nell i wyszła na dwór.

Tatum jesz­cze raz zer­k­nął na miej­sce zbrodni i poszedł za nią. Na zewnątrz, po dru­giej stro­nie poli­cyj­nej taśmy, stał jakiś męż­czy­zna. Miał prze­krwione oczy i potar­gane włosy. Tatum oce­nił go na sześć­dzie­siąt lat, cho­ciaż ten czło­wiek, zgar­biony i z trzę­są­cymi się rękami, wyglą­dał raczej na dzie­więć­dzie­siąt. Tatum znał te objawy, widy­wał je aż za czę­sto. Tak wygląda czło­wiek zmiaż­dżony przez żal. Praw­do­po­dob­nie był to Albert Lamb, ojciec Cathe­rine, który zna­lazł jej zwłoki. W ręce miał nie­wielką foliową torbę.

- Panie Lamb. - Głos O'Don­nell się zmie­nił, cała suro­wość zni­kła. - Bar­dzo mi przy­kro, ale na­dal nie może pan...

- Przy­nio­słem jej tro­chę ubrań - prze­rwał jej Lamb ochry­ple. - Żeby ją ubrać. Mia­łem tro­chę jej ubrań w domu, więc pomy­śla­łem...

- Pro­szę pana, w tej chwili to nie jest konieczne. Póź­niej prze­każe pan jej ubra­nia do domu pogrze­bo­wego, a tam...

- Ale jej ubra­nie było podarte! - Po twa­rzy męż­czy­zny pocie­kły łzy. - Ona by nie chciała... trzeba ją... pro­szę, ta koszula jest zapi­nana na guziki, łatwo będzie ją wło­żyć. Mogę to zro­bić sam, potem sobie pójdę. Wpuść­cie mnie tylko na chwilkę... - Zgiął się wpół, chcąc przejść pod taśmą. Poli­cjant z księgą wejść i wyjść już miał go zła­pać, ale uprze­dziła go O'Don­nell, która poło­żyła Lam­bowi dłoń na ramie­niu; wyglą­dało to, jakby chciała mu pomóc przejść do domu, a tym­cza­sem sku­tecz­nie mu to unie­moż­li­wiła.

- Pań­skiej córki już tu nie ma - powie­działa. - Zabrali ją do kost­nicy. Prze­pro­wa­dzą sek­cję zwłok. Potem będzie można zabrać ciało do domu pogrze­bo­wego i wtedy da im pan rze­czy, w które mają ją ubrać.

Bez­rad­nie spoj­rzał na torbę, łza skap­nęła z jego brody na zie­mię.

- Chce pan, żebym to zabrała do kost­nicy? - spy­tała O'Don­nell. - Powiem im.

Cie­kawe, co im powiesz? - pomy­ślał Tatum, ale na twa­rzy męż­czy­zny zoba­czył wyraz ulgi. Lamb usły­szał to, co chciał usły­szeć, a wład­cza postawa i rze­czowy ton poli­cjantki przy­nio­sły mu ulgę.

- Tak, dzię­kuję - szep­nął.

- A czy teraz czuje się pan już na siłach, żeby odpo­wie­dzieć nam na kilka pytań?

- Tak. Ja... prze­pra­szam, że wcze­śniej nie... Ale po pro­stu nie mogłem...

- Nie ma pro­blemu, pro­szę pana. - O'Don­nell prze­wró­ciła kartkę w note­sie. - Może mi pan powie­dzieć...

- Czy to jest ten drugi poli­cjant? - Lamb wska­zał Tatuma.

O'Don­nell obej­rzała się przez ramię.

- Jaki drugi poli­cjant?

- Nie powinno was być dwoje? Chyba pro­wa­dzi­cie śledz­twa parami?

- Ow­szem - odparła zasko­czona O'Don­nell.

Poja­wił się pro­blem. Rzecz jasna, jej part­nera nie było na miej­scu, ale wolała nie mówić tego Lam­bowi. Praw­do­po­dob­nie chciała, by nie odniósł wra­że­nia, że do śmierci Cathe­rine Lamb poli­cja wyde­le­go­wała tylko jedną śled­czą.

Agent FBI zro­bił krok w przód.

- Jestem Tatum Gray - przed­sta­wił się. - Pra­cuję ze śled­czą O'Don­nell.

Lamb z roz­tar­gnie­niem ski­nął głową. Tatum napo­tkał wzrok O'Don­nell, która łyp­nęła na niego krzywo. Naj­wy­raź­niej z jej strony nie mógł ocze­ki­wać niczego innego.

Odwró­ciła się do zała­ma­nego męż­czy­zny.

- Czy może mi pan opo­wie­dzieć jesz­cze raz, co się zda­rzyło dziś rano?

- Zadzwo­ni­łem do Cathy... Cathe­rine. Wczo­raj była chora. Ostat­nio czę­sto cho­ro­wała, więc się mar­twi­łem. Nie odbie­rała. Dzwo­ni­łem kilka razy, ale bez skutku. Wobec tego przy­je­cha­łem. Pomy­śla­łem, że może potrzebna jej pomoc.

- Która była wtedy godzina?

- Która...? Nie wiem.

- O któ­rej zadzwo­nił pan do niej po raz pierw­szy?

- Około ósmej.

- A ile czasu minęło, zanim posta­no­wił pan przy­je­chać?

- Myślę, że jakieś pół godziny.

- Zaraz po ostat­nim tele­fo­nie?

- Tak... nie. Po dro­dze dzwo­ni­łem do niej jesz­cze dwa razy.

- Czyli wyszedł pan o ósmej trzy­dzie­ści i po dro­dze dwu­krot­nie dzwo­nił pan do córki. A o któ­rej pan tu dotarł?

- Spa­cer­kiem to jest jakieś pięt­na­ście minut. Czyli byłem tu gdzieś za kwa­drans dzie­wiąta.

O'Don­nell kiw­nęła głową, zapi­su­jąc to w note­sie.

- Pukał pan?

- Kilka razy, ale nie otwie­rała, więc prze­krę­ci­łem klamkę. Drzwi nie były zamknięte na klucz.

- Czy to pana zasko­czyło?

- Tak, Cathe­rine zawsze zamyka drzwi na klucz.

- Pro­szę mówić dalej.

- Wsze­dłem. W środku pano­wał bała­gan, na pod­ło­dze leżał jakiś koc. Zapla­miony. A jej... widzia­łem wysta­jącą spod koca jej rękę.

- Pro­szę pana, czy jest pan pewien, że kiedy pan wszedł do domu, córka była zakryta kocem?

- Tak! - Jego głos się zała­mał. - Leżała pod kocem. Odrzu­ci­łem go i... była zimna, a ubra­nie miała podarte. Na całym ciele miała krew i siniaki. Krzyk­ną­łem jej imię, potrzą­sną­łem nią. Była sztywna. - Lamb miał nie­obecny wzrok, wspo­mi­na­jąc te kosz­marne chwile. - Zadzwo­ni­łem pod dzie­więć­set jede­na­ście.

- A co pan zro­bił potem?

- Powie­dzieli, że już jadą. Miała podarte ubra­nie, więc... Więc zakry­łem ją z powro­tem. A potem wysze­dłem z domu. Musia­łem wyjść. Nie mogłem tam zostać. Cze­ka­łem na przy­jazd poli­cji na dwo­rze.

- Kiedy się zja­wi­li­śmy, miała na szyi łań­cu­szek. Srebrny łań­cu­szek z krzy­ży­kiem. Czy był na jej szyi, kiedy pan ją zna­lazł?

- Tak. Pra­wie ni­gdy go nie zdej­mo­wała.

Na­dal pytała go o to, co robił, dokład­nie spraw­dza­jąc szcze­góły. Tatum się przy­słu­chi­wał. Zacho­wa­nie Alberta wska­zy­wało, że jest zdez­o­rien­to­wany i zroz­pa­czony. Nie­które pyta­nia poli­cjantka musiała powta­rzać kil­ka­krot­nie, zanim odpo­wie­dział. Tatum przy­ła­pał się na tym, że ma nadzieję, iż śled­cza da mu spo­kój. W pew­nym momen­cie Zoe wyszła z domu, sta­nęła obok niego i też zaczęła słu­chać.

- Czy wie pan o kimś, kto mógłby chcieć skrzyw­dzić Cathe­rine? - spy­tała poli­cjantka.

- Nie! Wszy­scy ją kochali.

- Może się z kimś pokłó­ciła? Zauwa­żył pan coś nie­zwy­kłego?

Chwila waha­nia, po czym odparł:

- Nie.

O'Don­nell lekko prze­chy­liła głowę na bok.

- Wspo­mniał pan, że w ostat­nim tygo­dniu Cathe­rine cho­ro­wała.

- Tak, nie cho­dziła do pracy.

- A gdzie pra­co­wała?

- Jest zarządcą w moim kościele.

- W pań­skim kościele? Pan jest pasto­rem?

- Zga­dza się, w kościele bap­ty­stów River­side.

O'Don­nell prze­rwała na chwilę, żeby to sobie zapi­sać, oraz - jak się domy­ślał Tatum - spoj­rzeć na sprawę pod nowym kątem. Nie był zbyt obe­znany z wewnętrzną poli­tyką Chi­cago, ale zakła­dał, że mor­der­stwo córki pastora, która sama też pra­co­wała w kościele, z punktu widze­nia mediów oraz ofi­cjeli powinno być trak­to­wane abso­lut­nie prio­ry­te­towo.

- A zatem ostat­nio brała wolne w pracy - pod­jęła O'Don­nell. - Ile razy?

- Dwa... nie, w ostat­nim tygo­dniu trzy razy. Ale... wcze­śniej też opu­ściła kilka dni.

- Mówiła, z jakiego powodu?

- Nie.

- Czy pań­skim zda­niem wyglą­dała na chorą?

- Tak. Stale była zmę­czona. Cathy jest taką ener­giczną i szczę­śliwą kobietą, a w zeszłym mie­siącu... - zawie­sił głos. W powie­trzu wisiał czas teraź­niej­szy, nie­wi­doczny, ale ostry jak brzy­twa. Po chwili Lamb odchrząk­nął. - Opusz­czała się też jako wolon­ta­riuszka.

- Powie­dział pan, że była wiecz­nie zmę­czona - rze­kła O'Don­nell. - A czy wyglą­dała jak ktoś, kto jest chory? Skar­żyła się, że coś ją boli? Że ma gorączkę? Czy miała katar? Coś jej dole­gało?

- Nie, nic z tych rze­czy. Mówiła, że to kobiece sprawy.

- Czy jest moż­liwe, że miała kło­poty? Pro­blemy natury oso­bi­stej, a nie fizycz­nej?

- Z takich powo­dów ni­gdy nie opu­ści­łaby pracy. - Jego oczy zalśniły, mokre i pełne roz­pa­czy. - Kościół i wolon­ta­riat były dla niej wszyst­kim.

- A gdzie pra­co­wała jako wolon­ta­riuszka?

- W kościele. Jako doradca reli­gijny. Nasz kościół ma dwóch dorad­ców reli­gijnych, w tym moją córkę.

- Komu dora­dzała w spra­wach reli­gii?

- Każ­demu w potrze­bie.

- A czy dora­dzała komuś regu­lar­nie, pro­szę pana?

- Róż­nym takim. Nasto­lat­kom mają­cym kło­poty, ludziom bied­nym albo takim, któ­rzy tra­cili wiarę... - Mówił coraz wol­niej, spra­wiał wra­że­nie kogoś, kto nagle usi­łuje szyb­ciej myśleć, niż mówić. - Po pro­stu ludziom w potrze­bie.

O'Don­nell zmru­żyła oczy. Pew­nie zacho­wa­nie Lamba także zwró­ciło jej uwagę.

- Ludziom w potrze­bie - powtó­rzyła. - Kobie­tom. I męż­czy­znom.

- Ow­szem - przy­tak­nął Lamb.

- Takim, któ­rzy chcieli wró­cić na dobrą drogę? - pod­su­nął Tatum.

- Otóż to.

- Byłym ska­zań­com? - dopy­ty­wał się dalej agent.

Zapa­dła długa cisza.

- Czy Cathe­rine dora­dzała byłym ska­zań­com? - spy­tała w końcu O'Don­nell. Szybko poro­zu­miała się wzro­kiem z Tatu­mem.

- Cza­sami. Zro­zum­cie, ci ludzie zro­bi­liby dla Cathe­rine wszystko. Ni­gdy by jej nie... nie zro­bi­liby cze­goś takiego.

- Rozu­miem - powie­działa O'Don­nell.

Zmie­niła temat, jakby prze­stał ją inte­re­so­wać, ale kolejne pyta­nia doty­czyły spraw zupeł­nie nie­istot­nych, miały na celu uśpić czuj­ność pastora. Kiedy na koniec roz­mowy popro­siła o namiary na kilka osób, podał je bez waha­nia. W tym dane dru­giego doradcy reli­gij­nego.

A gdy już zdo­była wszystko, co chciała, pastor odszedł, zgar­biony i wycień­czony. To był naj­gor­szy dzień w jego życiu.

- No cóż, stwier­dziła pani, że zabójca Cathe­rine ją znał - powie­działa O'Don­nell.

- Tak uwa­żam - przy­znała Zoe.

- A jeśli jest nim były ska­za­niec z jej kościoła, to nie cho­dzi o waszego faceta, zga­dza się?

- Rod Glo­ver ni­gdy nie tra­fił do wię­zie­nia.

- Świet­nie - rzu­ciła poli­cjantka nie­odwo­łal­nym tonem. - Będę was infor­mo­wała.

- A kiedy odbę­dzie się sek­cja zwłok? - zapy­tał Tatum.

- Praw­do­po­dob­nie jutro z samego rana.

- Możemy w niej uczest­ni­czyć? Jak tylko dosta­niemy pro­to­kół z sek­cji zwłok, będzie nas pani miała z głowy.

Kolejne wro­gie spoj­rze­nie i prze­krzy­wie­nie głowy, ale w końcu ustą­piła.

- Zgoda. Zostaw­cie mi swój numer. Dam wam znać, jak się dowiem, o któ­rej to będzie.

Roz­dział 5

Nie­dziela, 16 paź­dzier­nika 2016

Zoe i Tatum cze­kali przed kost­nicą. Medy­kiem sądo­wym oka­zała się kobieta w śred­nim wieku, dok­tor Ter­rel, która nie była zachwy­cona prze­pro­wa­dza­niem sek­cji zwłok w obec­no­ści trzech osób patrzą­cych jej na ręce.

- Tu panuje już dosta­teczny tłok. - Wska­zała rząd komór chłod­ni­czych do prze­cho­wy­wa­nia zwłok za jej ple­cami. Zoe odnio­sła wra­że­nie, że nie po raz pierw­szy żar­to­wała w ten spo­sób. Korzy­sta­jąc z wol­nego czasu, wysko­czyli więc na szyb­kie śnia­da­nie do pobli­skiej kafejki, gdzie prze­czy­tali pozba­wione kon­kre­tów arty­kuły o mor­der­stwie. Wró­cili po dwóch godzi­nach i dowie­dzieli się, że sek­cja na­dal trwa.

Zoe stra­ciła już zain­te­re­so­wa­nie tą sprawą. Zabój­stwo Cathe­rine Lamb w oko­licy, gdzie kie­dyś miesz­kał Glo­ver, wyglą­dało na czy­sty zbieg oko­licz­no­ści, nic wię­cej. Było zbyt wiele odchy­leń od typo­wego dla Glo­vera modus ope­randi.

Glo­ver ata­ko­wał kobiety na dwo­rze, prze­waż­nie w pobliżu zbior­ni­ków wod­nych i we względ­nie ustron­nych miej­scach, gdzie nie gro­ziło natknię­cie się na świad­ków. Napa­ści w domu ostat­nio doko­nał przed mie­sią­cem, wów­czas zaata­ko­wał Andreę, sio­strę Zoe. A skoro w rezul­ta­cie omal nie zgi­nął, Zoe wąt­piła, by porwał się na to raz jesz­cze.

Zakry­cie zwłok ofiary rów­nież nie było dla niego typowe. W każ­dym przy­padku Glo­ver po doko­na­niu zabój­stwa zupeł­nie tra­cił zain­te­re­so­wa­nie cia­łem ofiary. Zoe nie widziała powodu, dla któ­rego tym razem mia­łoby być ina­czej.

Nie, Zoe przy­pusz­czała, że zabójca Cathe­rine Lamb wywo­dzi się z grona jej zna­jo­mych. Fakt, że mor­derca użył ręka­wi­czek, praw­do­po­dob­nie wska­zy­wał na pre­me­dy­ta­cję - ten czło­wiek zapla­no­wał, że zgwałci ją i zabije. Po wszyst­kim dopa­dły go jed­nak wyrzuty sumie­nia. Pogu­bił się, wdep­nął w krew i zosta­wił wszę­dzie ślady stóp. Nakrył zwłoki, by zła­go­dzić poczu­cie winy. Zoe nie była tylko pewna co do łań­cuszka - może O'Don­nell miała rację, był na szyi ofiary od początku, a zabójca go zlek­ce­wa­żył.

W takim razie po co zabie­rał majtki ofiary? To ją gnę­biło. Zabie­ra­nie tro­feum kłó­ciło się z wyrzu­tami sumie­nia.

Nie miało to jed­nak zna­cze­nia. Może roz­darł­szy majtki, wepchnął je po pro­stu do kie­szeni? W każ­dym zabój­stwie wystę­pują drobne ano­ma­lie.

Nie­cier­pli­wie spoj­rzała na zega­rek. Tra­cili cenny czas. To śledz­two nie mogło się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność. Man­cuso, sze­fowa sek­cji, zgo­dziła się, by Zoe i Tatum wyje­chali do Chi­cago na dzie­sięć dni, śla­dem Roda Glo­vera, i ten czas nie­mal się koń­czył. Zostały im rap­tem dwa dni, a Zoe chciała spraw­dzić jesz­cze kilka tro­pów, zanim osta­tecz­nie się podda. Każdą minutę cze­ka­nia na wynik nie­zwią­za­nej z ich śledz­twem sek­cji zwłok mogliby spo­żyt­ko­wać na...

Drzwi kost­nicy otwo­rzyły się i w progu sta­nęła śled­cza O'Don­nell. Ruchem ręki zapro­siła ich do środka. Wyda­wało się, że pobla­dła, choć może był to tylko efekt jaskra­wego świa­tła jarze­nió­wek.

Zoe weszła do pomiesz­cze­nia. Oddy­chała płytko, spo­dzie­wa­jąc się typo­wego smrodu mie­szanki śmierci i che­mi­ka­liów. Ciało Cathe­rine Lamb leżało na stole, na tuło­wiu wid­niała wielka bli­zna w kształ­cie litery Y. Zoe pierw­szy raz zoba­czyła Cathe­rine na wła­sne oczy. Kiedy z bli­ska przyj­rzała się ranom na szyi ofiary, prze­szły ją ciarki. Ciała wszyst­kich ofiar Glo­vera nosiły wła­śnie takie ślady.

- Zakoń­czy­łam sek­cję zwłok i odkry­łam kilka rze­czy. Podzie­li­łam się tym już ze śled­czą O'Don­nell - oznaj­miła dok­tor Ter­rel. - Wstępny pro­to­kół będzie gotowy jutro, ale O'Don­nell chciała, żebym was poin­for­mo­wała o tym, co zna­la­złam.

- Dzię­ku­jemy... jeste­śmy wdzięczni - odparł Tatum.

Ter­rel szybko ski­nęła głową.

- Kiedy przy­stą­pi­łam do bada­nia ciała, stę­że­nie pośmiertne było pełne. Zazwy­czaj ozna­cza to, że śmierć nastą­piła dwa­na­ście do dwu­dzie­stu czte­rech godzin wcze­śniej, ale w pew­nych oko­licz­no­ściach ten czas może być krót­szy, zwłasz­cza jeśli mię­śnie ofiary pra­co­wały sil­nie przed śmier­cią.

- Na przy­kład jeśli ofiara się bro­niła - wtrą­cił Tatum.

- Otóż to. Jed­nakże bada­jąc plamy opa­dowe, zna­la­złam coś cie­ka­wego.

Plamy opa­dowe to sino­czer­wone plamy na skó­rze poja­wia­jące się po śmierci. Two­rzą się w wyniku zale­ga­nia krwi spły­wa­ją­cej pod wpły­wem jedy­nej siły dzia­ła­ją­cej pośmiert­nie - gra­wi­ta­cji.

- Wyraźne plamy opa­dowe wystę­pują na lewym boku ofiary. - Ter­rel wska­zała ciemne sińce na lewej ręce i udzie Cathe­rine. - Ale jeśli obej­rzy­cie uważ­nie jej prawy bok, zoba­czy­cie, że tam rów­nież widać nie­znaczne plamy opa­dowe.

- Ciało zostało prze­krę­cone po śmierci - powie­działa Zoe. - Obró­cone na drugi bok.

- Zna­le­ziono ją leżącą na pra­wym boku - przy­po­mniała O'Don­nell. - To moim zda­niem wska­zuje, że prze­krę­cono ją długo po śmierci, kiedy stę­że­nie pośmiertne było już pra­wie cał­ko­wite.

- Czyli sądzi pani, że zro­bił to jej ojciec - rzekł Tatum.

Zoe poki­wała głową. To miało sens. To Albert Lamb zna­lazł Cathe­rine. Jak zeznał, potrzą­snął nią, pró­bu­jąc ją obu­dzić, i zapewne nie zda­wał sobie sprawy, że przy oka­zji prze­krę­cił ją na drugi bok. Jeśli rze­czy­wi­ście tak było, pozwo­li­łoby to zawę­zić czas śmierci, bo wie­dzieli, o któ­rej Albert Lamb zastał mar­twą córkę.

Ot, cie­ka­wostka. Pod­sta­wowa zasada mówi, by nie ruszać niczego na miej­scu zbrodni, dopóki poli­cja nie zakoń­czy pracy. Ale w tym przy­padku spo­sób, w jaki Albert Lamb poru­szył zwłoki, pozwoli na bar­dziej pre­cy­zyjne usta­le­nie czasu zgonu.

- Nie jest moż­liwe okre­śle­nie, czy ciało pier­wot­nie leżało na lewym boku, czy na pra­wym - oświad­czyła Ter­rel. - Nie­wy­klu­czone też, że naj­pierw leżała na pra­wym boku, kilka godzin póź­niej prze­krę­cono ją na lewy, a potem, kiedy nastą­piło cał­ko­wite stę­że­nie pośmiertne, z powro­tem prze­wró­cono ją na prawy.

- Potrafi pani osza­co­wać, jak długo leżała na lewym boku? - spy­tał Tatum.

- W mojej oce­nie od ośmiu do dzie­się­ciu godzin.

W takim razie, jeśli sce­na­riusz zapro­po­no­wany przez O'Don­nell był pra­wi­dłowy, Cathe­rine Lamb zamor­do­wano mię­dzy jede­na­stą a pierw­szą w nocy.

- Zna­la­złam świeże ślady sto­sunku sek­su­al­nego i otar­cia warg sro­mo­wych mniej­szych. Nie dowo­dzi to jed­no­znacz­nie, że doszło do gwałtu, ale też nie są to ślady typowe dla dobro­wol­nego sto­sunku.

Podob­nie jak podarta i roze­rwana odzież oraz bra­ku­jące majtki. Dok­tor Ter­rel musiała w miarę moż­no­ści zacho­wać bez­stron­ność, ale Zoe nie miała wąt­pli­wo­ści, że doszło do gwałtu.

- Obra­że­nia są na twa­rzy, ramio­nach, kola­nach i na lewej piersi. Żadne nie spo­wo­do­wało pęk­nię­cia skóry. Przy­czyną śmierci była asfik­sja. Ślady na szyi wska­zują na udu­sze­nie. Bie­gną poziomo, a takie uło­że­nie dowo­dzi, że nie mamy do czy­nie­nia z powie­sze­niem, czyli że naj­praw­do­po­dob­niej doszło do mor­der­stwa. Ślady dusze­nia są sze­ro­kie i płyt­kie, nie zosta­wiły otarć ani sinia­ków. Dla­tego sądzę, że posłu­żono się czymś sze­ro­kim i gład­kim, na przy­kład paskiem.

Albo kra­wa­tem. Zoe nie mogła opę­dzić się od tej myśli, serce waliło jej jak mło­tem. Rod Glo­ver dusił swoje ofiary kra­wa­tami. Które pozo­sta­wiały dokład­nie takie same ślady jak opi­sane przez Ter­rel.

- Nie zala­złam bruzd ani zadra­pań mogą­cych powstać od łań­cuszka, który ofiara miała na sobie, kiedy ją tu przy­wie­ziono. - Ter­rel ode­rwała wzrok od ciała. - Pew­no­ści nie mam, ale moim zda­niem nie miała tego łań­cuszka na szyi, kiedy ją mor­do­wano.

Oczy O'Don­nell i Zoe spo­tkały się na uła­mek sekundy.

- A co może nam pani powie­dzieć o ranie od noża? - zapy­tał Tatum.

- Przede wszyst­kim powiem, że ta rana nie została zadana nożem. - Ter­rel obe­szła zwłoki i wska­zała ranę na ramie­niu. - Przy bliż­szym spoj­rze­niu widać trzy rany, nie jedną. Dwa małe nakłu­cia i trze­cią ranę, znacz­nie więk­szą. To rany pozo­sta­wione przez igłę. Siniak na nad­garstku, o, tutaj, świad­czy o tym, że ktoś ją mocno trzy­mał. Praw­do­po­dob­nie w chwili, kiedy wbi­jał igłę.

- Denatce coś wstrzyk­nięto? - spy­tał Tatum.

- Bar­dzo praw­do­po­dobne, cho­ciaż muszę pocze­kać na raport z tok­sy­ko­lo­gii. Ta igła była jed­nak bar­dzo gruba. Jej śred­nica wyno­siła mię­dzy pół­tora a jeden i osiem dzie­sią­tych mili­me­tra. A zatem była to igła numer szes­na­ście albo sie­dem­na­ście G. Do zastrzy­ków zwy­kle używa się cień­szych igieł. Taki roz­miar sto­so­wany jest w krwio­daw­stwie. Poza tym nie rozu­miem, dla­czego dźgał ją tą igłą kilka razy.

Tatum zmarsz­czył czoło.

- Może po pro­stu kom­plet­nie nie zna się na zastrzy­kach.

Ter­rel przy­tak­nęła ruchem głowy.

- To prawda. Patrz­cie... widzi­cie to zasi­nie­nie? - Wska­zała olbrzymi fio­le­towy siniak wokół naj­więk­szej rany. - Praw­do­po­dob­nie powstało na sku­tek roze­rwa­nia naczyń krwio­no­śnych w trak­cie zastrzyku.

Zoe schy­liła się i przyj­rzała z bli­ska. Kształt i wiel­kość sińca przy­wo­dziły jej na myśl cał­kiem co innego.

- Czy ten siniak nie jest za duży jak na pozo­sta­łość po igle? - spy­tała.

- To zależy. Duża rana świad­czy o tym, że igła została wbita bar­dzo pry­mi­tyw­nie - odparła dok­tor Ter­rel.

Zoe wychwy­ciła w jej gło­sie lek­kie waha­nie, więc dopy­ty­wała się dalej:

- A jeśli ten siniak spo­wo­do­wało ssa­nie?

Ter­rel przyj­rzała mu się.

- Sądzę, że to moż­liwe.

Śled­cza O'Don­nell chyba zała­pała, o co cho­dzi.

- Myśli pani, że to malinka?

- Jak mówiła pani dok­tor, gru­bość igły była nie­ty­powa dla zastrzyku - wyja­śniła Zoe. - Może pró­bo­wał uto­czyć z niej krew dla sie­bie do spo­ży­cia. A kiedy zoba­czył, jak wypływa, nie mógł się powstrzy­mać.

Tatum, O'Don­nell i Ter­rel spoj­rzeli na nią zarówno z podzi­wem, jak i z nie­sma­kiem. Zoe nie przej­mo­wała się ich nie­do­wie­rza­niem. Picie krwi nie było czymś nie­spo­ty­ka­nym, czę­sto towa­rzy­szyło napa­ściom na tle sek­su­al­nym i wystę­po­wało u seryj­nych zabój­ców.

- Jeśli rze­czy­wi­ście tak było, toby wyja­śniało te rany - powie­działa Ter­rel. - Pierw­sze dwa nakłu­cia prze­biły mię­śnie. Nie potra­fił się wkłuć w jej żyłę. Za trze­cim razem tra­fił w żyłę odłok­ciową, ale przy­pad­kiem ją roze­rwał. Może ofiara się sza­mo­tała, wyszarp­nęła rękę i taki jest tego efekt. Utratę krwi spo­wo­do­wało to roz­dar­cie. Ale żeby powstał taki siniak, musiał się do niej przy­ssać z wiel­kim zapa­łem.

- Czy da się to jakoś spraw­dzić? - spy­tała O'Don­nell.

Ter­rel zasta­na­wiała się przez chwilę.

- Za pomocą spek­tro­sko­pii flu­ore­scen­cyj­nej mogę spraw­dzić, czy nie zostały resztki śliny.

- Myśli pani, że miał w tym doświad­cze­nie? - spy­tała Zoe. - Czy dźgał strzy­kawką wszę­dzie, gdzie zoba­czył żyłę?

- Trudno powie­dzieć, bo wygląda na to, że wal­czyła. W takiej sytu­acji nawet pro­fe­sjo­nalna pie­lę­gniarka mia­łaby kło­pot z wbi­ciem igły. Ale zawo­do­wiec celo­wałby raczej w żyłę pośrod­kową łok­cia. To mi wygląda na dzieło kogoś, kto widział, jak to się robi, zapewne z sieci, ale sam ni­gdy tego nie pró­bo­wał i nikt go fachowo nie nauczył.

Dok­tor Ter­rel podała jesz­cze kilka mniej istot­nych szcze­gó­łów, ale Zoe słu­chała jed­nym uchem. Glo­ver ni­gdy nie inte­re­so­wał się krwią swo­ich ofiar, a tym bar­dziej jej nie spo­ży­wał. Podob­nie jak inne tropy, które badali przez cały tydzień, także ten zapro­wa­dził ich w ślepą uliczkę.

Roz­dział 6

- Miała pani rację co do łań­cuszka - powie­działa O'Don­nell, gdy tylko wyszli z kost­nicy. - Chyba rze­czy­wi­ście zapiął go na szyi Cathe­rine już po jej śmierci.

Nic nie wska­zy­wało na to, żeby Zoe była tym szcze­gól­nie prze­jęta. Wyda­wała się dużo bar­dziej zmę­czona niż poprzed­niego dnia. No to mogły sobie podać rękę - O'Don­nell padała z nóg. Czę­ściowo z powodu sek­cji zwłok. Po nich zawsze się czuła, jakby prze­bie­gła paskudny mara­ton w smro­dzie. Ale ubie­gły dzień też zro­bił swoje.

Prze­słu­chi­wa­nie sąsia­dów nic nie dało. Na całej ulicy nikt nie widział ani nie sły­szał niczego nie­zwy­kłego i nikt nie znał Cathe­rine Lamb zbyt dobrze. O'Don­nell poświę­ciła kilka godzin na roz­mowę z dwiema naj­bliż­szymi przy­ja­ciół­kami Cathe­rine. Od kilku mie­sięcy widy­wały się z nią coraz rza­dziej, bo mówiła, że ma dużo pracy w kościele. Obie zauwa­żyły, że pod­czas każ­dego spo­tka­nia wyda­wała się nie­na­tu­ral­nie zmę­czona. Jedna z nich podej­rze­wała ją o depre­sję.

O'Don­nell nie prze­słu­chała ponow­nie ojca Cathe­rine. Oka­zało się, że przed trzema laty umarła matka dziew­czyny. Zarzą­dzała wów­czas kościo­łem i córka prze­jęła po niej obo­wiązki, naj­pierw nie­for­mal­nie, a potem już cał­kiem ofi­cjal­nie.

Poli­cjantka poroz­ma­wiała krótko z dru­gim doradcą reli­gij­nym w kościele, nie­ja­kiem Patric­kiem Car­pen­te­rem. Wciąż był w szoku na wieść o tym, co się stało, ale sam także prze­ży­wał cięż­kie chwile - tydzień wcze­śniej jego żona tra­fiła nagle do szpi­tala z podej­rze­niem zagro­że­nia ciąży. Od kilku dni nie widział się z Cathe­rine, roz­ma­wiali tylko krótko przez tele­fon w pią­tek, kilka godzin przed jej śmier­cią. Na pyta­nie, czy Cathe­rine ostat­nio wyda­wała się chora albo zmę­czona, odparł, że niczego takiego nie zauwa­żył. O'Don­nell popro­siła go o listę osób, któ­rym udzie­lali porad, i natych­miast atmos­fera stała się lodo­wata. Car­pen­ter kate­go­rycz­nie odmó­wił poda­nia jakich­kol­wiek nazwisk, a na koniec, bar­dzo nie­chęt­nie, zgo­dził się poroz­ma­wiać o tym jesz­cze naza­jutrz.

- Posta­wię wam coś do picia - zapro­po­no­wała O'Don­nell.

- Dzięki - odparł Tatum. - Ale powin­ni­śmy...

- Nie zajmę wam dużo czasu. - O'Don­nell pode­szła do auto­matu po dru­giej stro­nie kory­ta­rza. Prze­cią­gnęła kartę przez czyt­nik i wzięła dla sie­bie cola-colę. Otwo­rzyła puszkę i roz­legł się miły dla ucha syk, obie­cu­jący cukrową roz­kosz. Pocią­gnęła długi łyk, by pozbyć się nud­no­ści i bólu głowy, po czym odwró­ciła się do Zoe i Tatuma, któ­rzy przy­glą­dali się jej zdez­o­rien­to­wani. - Co dla was? Ja po sek­cji zwłok zawsze potrze­buję cukru.

Oboje też popro­sili o coca-colę. Przez chwilę w mil­cze­niu pocią­gali ze swo­ich puszek, sto­jąc przed kost­nicą. Wspa­niały mate­riał na reklamę: "Coca-cola, świe­żość w ustach po oglą­da­niu wyj­mo­wa­nia mózgu z czaszki".

Chyba jed­nak przy­dałby się copyw­ri­ter, żeby wysma­żył lep­szy slo­gan.

Zabrzę­czał tele­fon O'Don­nell. Dzwo­nił Kyle.

- Tak? - Ode­brała takim tonem, by mąż od razu wie­dział, że nie ma teraz czasu na poga­duszki.

- Mamu­sia?

Od razu zła­god­niała.

- Cześć, skar­bie. Nie bar­dzo mogę teraz roz­ma­wiać. Czy wszystko w porządku?

- Nie. - Głos Nel­lie brzmiał, jakby się miała roz­pła­kać. - Sytu­acja awa­ryjna.

Nel­lie miała pięć lat, ale wie­działa już, co to jest sytu­acja awa­ryjna. Bo tylko wtedy miała prawo dzwo­nić do matki. Czyli że sytu­acja awa­ryjna to taka, która pozwala zadzwo­nić do mamy.

O'Don­nell wes­tchnęła.

- O co cho­dzi, szkra­bie?

- Tata nie może zna­leźć moich fio­le­to­wych spodni. A potrze­buję ich na przy­ję­cie u Anny, mówi­łam ci, że ich potrze­buję, i obie­ca­łaś, że je upie­rzesz, żebym mogła je wło­żyć, a teraz tata mówi, że mam wło­żyć czarne spodnie, ale nie mogę.

O'Don­nell usły­szała w tle krzyk męża:

- Nel­lie, nie zawra­caj mamie głowy... to bar­dzo piękne spodnie. Chodź, Nel­lie, nie... - Nagle jego głos ucichł.

- Nel­lie? - rzu­ciła O'Don­nell. - Jesteś tam?

- Tak, zamknę­łam się w łazience.

O'Don­nell znów wes­tchnęła.

- Powiedz tacie, że są na kana­pie z pra­niem. - Kanapa z pra­niem była zwy­czajną kanapą w salo­nie, ale ponie­waż była stale zarzu­cona pra­niem, nikt ni­gdy na niej nie sia­dał.

- Tata już szu­kał na kana­pie z pra­niem. Naro­bił bała­ganu. - Nel­lie była wyraź­nie zado­wo­lona, że może zaka­blo­wać ojca.

- Są na trze­ciej ster­cie od lewej, pod bia­łymi koszu­lami.

- Tato! - wrza­snęła Nel­lie piskli­wie, pew­nie przez zamknięte drzwi do łazienki. - Fio­le­towe spodnie są na kana­pie z pra­niem pod bia­łymi koszu­lami w trze­ciej ster­cie!

Nie była to naj­bar­dziej sto­sowna chwila, ale O'Don­nell poczuła dziwną radość, sły­sząc, jak córka wyma­wia "fio­le­towe". Mała zawsze zwal­niała przy tym sło­wie, jakby pró­bu­jąc poskła­dać sylaby, co matka uwa­żała za wyjąt­kowo uro­cze.

- Już tam szu­ka­łem - dobiegł stłu­miony, ziry­to­wany głos Kyle'a.

- Poszu­kaj jesz­cze raz! - wrza­snęła Nel­lie.

O'Don­nell zer­k­nęła na Tatuma i Zoe.

- Jesz­cze sekundkę - rzu­ciła.

- Zna­lazł je - poin­for­mo­wała Nel­lie. - Dzię­kuję, mamu­siu.

- Pa, kocha­nie. Baw się dobrze.

Nel­lie się roz­łą­czyła, a poli­cjantka scho­wała tele­fon do kie­szeni.

- Roz­ma­wia­łam wczo­raj z Mar­ti­ne­zem - zwró­ciła się do fede­ral­nych. - A raczej się na niego wydar­łam. Nie miał prawa infor­mo­wać was o mor­der­stwie, zanim nie pogada ze mną.

- Nie chcie­li­śmy się wtry­niać na cudze podwórko - zapew­nił Tatum.

- Ale jakoś wam to nie prze­szka­dzało - odpa­liła O'Don­nell. - Nie­ważne. Mar­ti­nez mówi, że jeste­ście upier­dliwi jak cho­lera.

- Nasze rela­cje są skom­pli­ko­wane - wyja­śnił Tatum.

- Ale powie­dział też, że zna­cie się na swo­jej robo­cie. Chęt­nie posłu­cham waszego zda­nia w tej spra­wie. Dwu­krot­nie pro­wa­dzi­łam śledz­two w spra­wie zabój­stwa na tle sek­su­al­nym. Jedno popeł­nił były chło­pak, w dru­gim cho­dziło o gwałt, który się wymknął spod kon­troli. Takie sprawy potra­fię ogar­nąć. Ale z tym, żeby mor­derca pił krew swo­jej ofiary, jesz­cze się nie spo­tka­łam. Albo żeby przed wyj­ściem tra­cił czas na zapi­na­nie denatce łań­cuszka. Mar­ti­nez mówił, że gdy­by­ście mogli mi spo­rzą­dzić pro­fil tego mor­dercy...

- Pro­wa­dzimy teraz inne śledz­two - prze­rwała jej Zoe.

- Mówiła pani... w spra­wie Roda Glo­vera. A jeśli to ten sam facet?

- Mało praw­do­po­dobne.

- Dla­czego?

- To miej­sce zbrodni znacz­nie się różni od Glo­vera...

Tele­fon poli­cjantki znów zabrzę­czał.

- Wró­cimy do tego. - Z iry­ta­cją wyjęła tele­fon. Ale tym razem dzwo­nił Lar­sen, z labo­ra­to­rium. To on nad­zo­ro­wał tech­ni­ków w spra­wie Cathe­rine Lamb. Ode­brała. - O'Don­nell.

- Mam coś dla cie­bie - oznaj­mił Lar­sen.

O'Don­nell cze­kała. Lar­sen też. Nale­żał do tych, któ­rzy zawsze każą się pro­sić.

Wes­tchnęła.

- Co zna­la­złeś?

- Zba­da­li­śmy zebrane na miej­scu odci­ski butów. - Wczo­raj powie­dział jej, że mają odci­ski pra­wego i lewego buta mor­dercy, numer dzie­więć. Mówił, że mając but, bez trudu dopa­suje go do odci­sku, jeżeli uda jej się zdo­być to obu­wie. W sądzie bar­dzo by się to przy­dało. - Jest ich mnó­stwo, z róż­nych pokoi. Segre­go­wa­łem je dzi­siaj i zauwa­ży­łem, że jeden jest inny. To czę­ściowy odcisk, zdjęty w łazience. But wyraź­nie się różni. Z pew­no­ścią nie nale­żał do ofiary, a skoro wszyst­kim kaza­łaś nacią­gnąć na buty kon­domy, to wy też go nie zosta­wi­li­ście.

- Przed nami na miej­scu był jej ojciec - przy­po­mniała mu O'Don­nell. - Może to on wszedł do łazienki. - Wyobra­ziła go sobie, jak bie­gnie do toa­lety, żeby puścić pawia. Nie wspo­mniał o tym, ale byłoby to cał­kiem zro­zu­miałe.

- Ojciec nosi numer sie­dem i pół. Nasz odcisk ma numer osiem i pół. No to jesz­cze raz przej­rze­li­śmy wszystko, co mamy, i zgad­nij, co się oka­zało?

Czy naprawdę miała się domy­ślać? Posta­no­wiła nie ryzy­ko­wać.

- Co?

- Pamię­tasz te krwawe smugi po pal­cach, które zna­leź­li­śmy w całym domu? Bez dwóch zdań zosta­wiły je dwie pary rąk. Wysła­łem je spe­cowi od dak­ty­lo­sko­pii, a on to potwier­dził. Dło­nie, nawet w ręka­wicz­kach, można roz­po­znać po wielu cechach, nie tylko po odci­skach pal­ców, i wystę­pują tu istotne róż­nice.

- Czyli że w domu denatki po mor­der­stwie prze­by­wały dwie osoby? Obie to męż­czyźni?

- Pra­wie na pewno męż­czyźni, co wynika z roz­miaru butów i struk­tury dłoni. Ale to nie wszystko...

Znów zapa­dła cisza.

- Co jesz­cze? - spy­tała O'Don­nell.

- Wyobraź sobie, że wpa­dłem na pomysł, żeby sta­ran­niej zba­dać jesz­cze teren na zewnątrz. Jeśli przed drzwiami było dwóch męż­czyzn, mogli zosta­wić jakieś ślady. Na podwórku zna­leź­li­śmy jesz­cze jeden odcisk buta numer osiem i pół. A na futry­nie kolejny odcisk dłoni. Nie pod­nie­caj się, nie ma odci­sków pal­ców, ale ten odcisk pasuje do odci­sku dłoni dru­giego osob­nika.

- Rozu­miem. Coś jesz­cze?

- To wszystko.

- Infor­muj mnie na bie­żąco - rzu­ciła i wie­dząc, że na to czeka, dodała: - Świetna robota, Lar­son.

W Zoe zaszła odmiana. Zmę­czona, przy­bita osoba sprzed chwili zni­kła, sie­działa napięta, pod­eks­cy­to­wana.

- Na miej­scu zbrodni było dwóch męż­czyzn? - spy­tała.

- Na to wygląda - odparła ostroż­nie O'Don­nell.

- To tłu­ma­czy nie­spój­no­ści. - Zoe zer­k­nęła na Tatuma. - Jeśli Glo­ver połą­czył siły z kimś jesz­cze...

- Kimś mniej doświad­czo­nym - wpadł jej w słowo Tatum. - Kim łatwo można mani­pu­lo­wać.

- Podat­nym na jakieś fan­ta­zje, które Glo­ver mógł zaspo­koić - dodała Zoe. - Ten gość praw­do­po­dob­nie miał fan­ta­zje na temat Cathe­rine. Wła­śnie dla­tego wybrali aku­rat ją. To ktoś, kto ją znał.

- I komu praw­do­po­dob­nie sama otwo­rzyła drzwi - rzekł Tatum.

- On działa pierw­szy... to usta­lili zawczasu. Mógł nawet nie wie­dzieć, że Glo­ver ją zabije, ale Glo­ver wie­dział.

- Potem Glo­ver ją zabija. Jego wspól­nik w zbrodni ma poczu­cie winy. Zakrywa ofiarę. Znaj­duje łań­cu­szek i zawie­sza na jej szyi.

- A Glo­ver zabiera swoje tro­feum.

Obser­wu­jąc ich, jak uzu­peł­niają się zgod­nie z jakąś sobie tylko znaną dyna­miką, O'Don­nell poczuła ukłu­cie zazdro­ści. Swego czasu też miała takie poro­zu­mie­nie, ze swoim pierw­szym part­ne­rem. Ona i Jim zaczęli pra­co­wać razem, kiedy dostała awans na śled­czą w wydziale zabójstw. Byli part­ne­rami przez czter­na­ście mie­sięcy. Wtedy nie wie­działa jesz­cze, jakie ma szczę­ście. Zakła­dała, że ich rela­cja - ten brak zgrzy­tów - to w tej robo­cie nor­malka. Ale potem Jima awan­so­wali i prze­nie­śli, a ona dostała do pomocy Manny'ego Shea. I zro­bił się baj­zel. Z Man­nym miała do wyboru albo się sprze­dać, albo przy­my­kać oko. A kiedy jego szem­rane inte­resy szlag tra­fił, przy­szło jej za to zapła­cić. Teraz, rzecz jasna, pra­co­wała sama.

Patrząc, jak Zoe i Tatum wpa­dają sobie w słowo i koń­czą za sie­bie zda­nia, jak poro­zu­mie­wają się wzro­kiem, prze­ka­zu­jąc sobie tre­ści nie­do­stępne dla postron­nych, wró­ciła w czasy dzie­ciń­stwa, kiedy stała sama i obser­wo­wała hasa­jące na podwórku dzieci.

- Nie chcę psuć wam zabawy - powie­działa, choć wła­śnie to robiła. - Ale nie ma dowodu, że wasz Glo­ver maczał w tym palce. Nie chcę, żeby­ście mi spa­prali śledz­two z góry przy­ję­tymi zało­że­niami.

- Ma pani rację - rzu­cił szybko Tatum. - Ale chęt­nie pomo­żemy.

- Nie chcę, żeby­ście zro­bili mi pro­fil tego mor­dercy i orze­kli, że to na pewno wasz facet - cią­gnęła O'Don­nell scep­tycz­nie. Zale­żało jej na ich pomocy, ale z daleka było widać, co kom­bi­nują.

- Możemy zacząć od pro­filu tego dru­giego - zapro­po­no­wała Zoe. - Tego, który napił się krwi ofiary. Praw­do­po­dob­nie to on ją przy­krył kocem.

- Tego nie może pani być pewna - zapro­te­sto­wała poli­cjantka.

Zoe pod­chwy­ciła jej wzrok. O'Don­nell pomy­ślała, że oczy psy­cho­lożki są jak oczy kota tuż przed ata­kiem.

- Możemy się przy­dać.

Tak naprawdę O'Don­nell była wdzięczna za wszelką pomoc.