Germanofil. Władysław Studnicki Polak, który chciał sojuszu z III Rzeszą - Piotr Zychowicz

-
Proszę czekać

Wstęp

Wybiła pół­noc. W oto­czo­nym ponurą sławą aresz­cie śled­czym ber­liń­skiego Gestapo pano­wała cisza. Żela­zna sztaba odsko­czyła z meta­licz­nym trza­skiem, który odbił się echem w pustym kory­ta­rzu. Poja­wił się na nim straż­nik i dzwo­niąc klu­czami, skie­ro­wał się do drzwi jed­nej z cel.

Sie­dział w niej wię­zień spe­cjalny. Sam Rein­hard Hey­drich naka­zał oto­czyć go spe­cjalnym nad­zo­rem. Straż­nicy musieli co dwie godziny spraw­dzać, czy męż­czy­zna nie tar­gnął się na swoje życie. Nie powie­sił się w celi lub nie pod­ciął sobie żył. Trwało śledz­two i gesta­powcy chcieli wyci­snąć z niego wszystko, co wie.

Straż­nik nachy­lił się i spoj­rzał przez wizjer z har­to­wa­nego szkła - w celi dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę paliła się słaba żarówka. W mdłym świe­tle funk­cjo­na­riusz zoba­czył aresz­tanta. Nie spał. Sie­dział nie­ru­chomo na pry­czy, wpa­tru­jąc się w odra­paną ścianę.

Był to leciwy męż­czy­zna, nie­wy­soki i wątłej budowy. Zmierz­wiona siwa czu­pryna opa­dała na szczu­płą twarz, pobruż­dżoną przez czas i cięż­kie prze­ży­cia. Mimo że w celi było zimno jak w psiarni, miał na sobie tylko roz­cheł­staną koszulę. Z ust przy każ­dym odde­chu wydo­by­wały się kłębki pary.

Twardy Polak, pomy­ślał straż­nik. Odkąd go przy­wie­ziono, całe wię­zie­nie huczało od plo­tek. Mówiono, że przy­był do Ber­lina i zażą­dał natych­mia­sto­wego widze­nia z Adol­fem Hitle­rem. Z obu­rze­niem mówił o zbrod­niach, jakich Gestapo i SS dopusz­czają się w oku­po­wa­nej Pol­sce.

Przy­wiózł do sto­licy III Rze­szy dowody mro­żą­cych krew w żyłach okru­cieństw wobec Pola­ków i Żydów w Gene­ral­nym Guber­na­tor­stwie. Maso­wych egze­ku­cji, wypę­dzeń, gra­bieży i gwał­tów. Doku­menty potwier­dza­jące to, o czym w Ber­li­nie mówiono tylko szep­tem.

Sędziwy męż­czy­zna chciał się spo­tkać z Führerem w Kan­ce­la­rii Rze­szy, aby wsta­wić się za swoim naro­dem. Doma­gać się natych­mia­sto­wego wstrzy­ma­nia ter­roru, drę­cze­nia i szar­ga­nia god­no­ści milio­nów Pola­ków. Zwró­ce­nia Pol­sce ziem zagra­bio­nych w 1939 roku.

Spo­tka­niu w ostat­niej chwili zapo­bie­gło Gestapo. Śmiały Polak został aresz­to­wany w jed­nym z ber­liń­skich hoteli. "Spe­cja­li­ści" z Gehe­ime Sta­at­spo­li­zei pod­dali go cięż­kiemu śledz­twu. Pozba­wiany snu, drę­czony, pod­da­wany upo­rczy­wym wie­lo­go­dzin­nym prze­słu­cha­niom - kate­go­rycz­nie odma­wiał zło­że­nia zeznań.

Mało tego, był nie­by­wale hardy. Wygra­żał gesta­pow­com, wygła­szał tyrady na temat prze­stępstw popeł­nia­nych przez oku­pan­tów w jego ojczyź­nie. Ostrze­gał, że jeżeli Niemcy nie zmie­nią swo­jego postę­po­wa­nia - prze­grają wojnę! Żaden Polak ni­gdy nie ośmie­lił się tak mówić do Niem­ców w sto­licy III Rze­szy.

Straż­nik pokrę­cił głową. Nie wie­dział, czy ten czło­wiek jest bez­gra­nicz­nie odważny, czy po pro­stu sza­lony. Tak czy owak, sta­ru­szek długo nie pocią­gnie, pomy­ślał. Śled­czy dopro­wa­dzili go na skraj wyczer­pa­nia ner­wo­wego i fizycz­nego. W cza­sie prze­słu­cha­nia miał atak serca. Gdy wczo­raj dopro­wa­dzono go do celi, ledwo trzy­mał się na nogach.

Jakże on się nazywa? - Straż­nik pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć obco brzmiące nazwi­sko. Ach, tak. Wła­dy­sław Stud­nicki.

Nagle wię­zień spoj­rzał pro­sto w wizjer. Straż­nik zoba­czył dwoje gore­ją­cych oczu. Wyzie­rała z nich udręka i roz­pacz. Ale zara­zem były to oczy czło­wieka o żela­znej woli, wojow­nika, który nie opusz­cza rąk. Goto­wego do zacie­kłej walki.

Straż­nik z wra­że­nia aż cof­nął głowę. Zamknął wizjer i czym prę­dzej się odda­lił. Wła­dy­sław Stud­nicki znów został sam. Tylko ze swo­imi myślami. Myślami, które pozba­wiały go snu.

Przed oczami prze­su­wały mu się upiorne wizje. Łuny poża­rów, morze ruin, cią­gnące się po hory­zont rzędy krzyży. Rzeka krwi, która pły­nęła przez spa­loną zie­mię. Stud­nicki widział zagładę swo­jego pań­stwa i narodu. Kata­strofę, jakiej Pol­ska nie zaznała jesz­cze w całych swych tra­gicz­nych dzie­jach.

* * *

Boha­ter tej książki jest jedną z naj­cie­kaw­szych postaci II wojny świa­to­wej. A przy tym naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nych. Prze­mil­cza­nych i oplu­wa­nych. Przez lata na temat Wła­dy­sława Stud­nic­kiego pisano naj­gor­sze kłam­stwa, mio­tano obe­lgi. Odma­wiano mu patrio­ty­zmu, wyszy­dzano, pró­bo­wano przed­sta­wiać jako "sza­leńca" i "faszy­stę". Pomniej­szano wielką rolę, jaką ode­grał w histo­rii.

Dla­czego? Dla­tego, że Wła­dy­sław Stud­nicki miał odwagę wyła­my­wać się z "dys­cy­pliny naro­do­wej". Miał odwagę mieć wła­sne, odrębne zda­nie. Iść pod prąd. Wła­dy­sław Stud­nicki sprze­ci­wiał się nie tylko pre­zy­den­tom, pre­mie­rom i wpły­wo­wym mini­strom, ale rów­nież opi­nii publicz­nej wła­snego narodu. Wła­dy­sław Stud­nicki był wiel­kim indy­wi­du­ali­stą.

Ale był rów­nież wiel­kim pol­skim pro­ro­kiem. W przeded­niu II wojny świa­to­wej bez­błęd­nie prze­wi­dział kata­strofę, która spo­tkała Pol­skę. Bły­ska­wiczną klę­skę w star­ciu z Niem­cami, sowiecki cios w plecy, a nawet to, że na koniec wojny Wielka Bry­ta­nia bez mru­gnię­cia okiem porzuci swo­jego "sojusz­nika" na pastwę Józefa Sta­lina. Prze­wi­dział wszystko.

Dla­tego w 1939 roku sta­rał się nakło­nić wła­dze Rze­czy­po­spo­li­tej do zmiany poli­tyki pro­wa­dzą­cej ku prze­pa­ści. Uwa­żał, że Pol­ska powinna przy­jąć pro­po­zy­cję soju­szu zło­żoną jej przez Adolfa Hitlera. Zgo­dzić się na włą­cze­nie Wol­nego Mia­sta Gdań­ska do Rze­szy i eks­te­ry­to­rialną auto­stradę przez Pomo­rze. A następ­nie, u boku Wehr­machtu, ude­rzyć na Zwią­zek Sowiecki.

Prze­stroga Wła­dy­sława Stud­nic­kiego nie została wysłu­chana. Pol­ska, "silna, zwarta i gotowa", wie­rząca w potęgę swej armii i sojusz­ni­cze gwa­ran­cje, zde­cy­do­wała się na wojnę z Niem­cami. I stało się dokład­nie tak, jak prze­wi­dział Stud­nicki: skrwa­wiona, roz­szar­pana przez sąsia­dów, porzu­cona przez Zachód - zna­la­zła się na dnie otchłani.

Po upadku pań­stwa Wła­dy­sław Stud­nicki uznał, że należy rato­wać naród. Pod­jął w tym celu sta­ra­nia zmie­rza­jące do poro­zu­mie­nia ze zwy­cię­skimi Niem­cami. Stwo­rze­nia rządu, który - jak póź­niej we Fran­cji rząd mar­szałka Pétaina - pozwo­liłby spo­łe­czeń­stwu unik­nąć ter­roru nie­miec­kiej oku­pa­cji i zwią­za­nych z nim cier­pień.

Stud­nicki gotów był wziąć na swoje barki to brze­mię i sta­nąć na czele takiego gabi­netu. Zostać, jak to nazwał w swo­ich wspo­mnie­niach, "pol­skim Quislin­giem". W tym celu sta­rał się pod­jąć per­trak­ta­cje z przy­wód­cami III Rze­szy. Dzia­ła­nia te nie wyni­kały by­naj­mniej z sym­pa­tii do Adolfa Hitlera i naro­do­wego socja­li­zmu - któ­rymi pogar­dzał - ale z tro­ski o bio­lo­giczne prze­trwa­nie narodu.

Sędziwy, uro­dzony w roku 1867 Stud­nicki zacie­kle wal­czył o swo­ich roda­ków. Bom­bar­do­wał Niem­ców kolej­nymi memo­ria­łami, w któ­rych doma­gał się zmiany zbrod­ni­czej poli­tyki oku­pa­cyj­nej w Pol­sce. Zamknię­cia Auschwitz, Maj­danka i Pawiaka, zaprze­sta­nia roz­strze­li­wań i łapa­nek. Podej­mo­wał nie­zli­czone - czę­sto sku­teczne - inter­wen­cje na rzecz aresz­to­wa­nych Pola­ków.

Za swoją odwagę Wła­dy­sław Stud­nicki zapła­cił wysoką cenę. Kil­ka­krot­nie uwię­ziony i kil­ka­krot­nie ciężko pobity przez Gestapo, w roku 1940 został inter­no­wany w Niem­czech, a w 1941 wtrą­cony na czter­na­ście mie­sięcy do wię­zie­nia na Pawiaku. Tam spa­dły na niego kolejne ostre szy­kany. Bli­sko sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­letni poli­tyk omal nie przy­pła­cił tego życiem.

Poli­tyczna akcja Stud­nic­kiego zakoń­czyła się fia­skiem. Niemcy swo­jego postę­po­wa­nia nie zmie­nili. Na prze­szko­dzie sta­nęło zaśle­pie­nie ide­olo­giczne naro­do­wych socja­li­stów, któ­rzy uwa­żali, że pol­skimi Unter­men­schami należy rzą­dzić za pomocą knuta. A z dru­giej strony - nie­prze­jed­nane sta­no­wi­sko więk­szo­ści pol­skich elit poli­tycz­nych, które odrzu­cały myśl o ugo­dzie z Niem­cami.

Jego losy mogą słu­żyć za ilu­stra­cję sza­leń­stwa, które owład­nęło Niem­cami pod­czas II wojny świa­to­wej. Naj­lep­szy ich przy­ja­ciel w Pol­sce pod nie­miecką oku­pa­cją sie­dział w nie­miec­kim wię­zie­niu. Trudno o wymow­niej­szy sym­bol.

Niemcy nie zde­cy­do­wali się go jed­nak zamor­do­wać. Oca­liły go jego "stare zasługi". Wła­dy­sław Stud­nicki był bowiem "czo­ło­wym pol­skim ger­ma­no­fi­lem", nie­stru­dzo­nym szer­mie­rzem idei przy­mie­rza pol­sko-nie­miec­kiego, którą gło­sił przez cztery dekady. Od wybu­chu I wojny świa­to­wej do śmierci na emi­gra­cji w Lon­dy­nie w roku 1953.

Stud­nicki jako reali­sta uwa­żał, że w poli­tyce należy się kie­ro­wać zdro­wym roz­sąd­kiem i chłodną kal­ku­la­cją, a nie uczu­ciami i emo­cjami. Odrzu­cał więc tra­dy­cyjną pol­ską wiarę w pomoc odle­głych demo­kra­cji Zachodu. Prze­ko­ny­wał, że ani Fran­cja, ani Wielka Bry­ta­nia, ani Stany Zjed­no­czone nie ura­tują Pol­ski.

Według niego jedy­nym pań­stwem, które mogło oca­lić Pol­skę przed rosyj­ską - a póź­niej sowiecką - domi­na­cją, były Niemcy. Nale­żało więc odrzu­cić histo­ryczne resen­ty­menty i urazy, aby uło­żyć się z zachod­nim sąsia­dem. Poglądy te były przed wojną w Pol­sce skraj­nie nie­po­pu­larne, ska­zy­wały Stud­nic­kiego na osa­mot­nie­nie i mar­gi­na­li­za­cję. "Naj­bar­dziej zna­mienną cechą Stud­nic­kiego - pisał w 1936 roku publi­cy­sta Julian Babiń­ski - jest fakt dość dziwny: zawsze szedł wbrew powszech­nej opi­nii ogółu, a zawsze w zgo­dzie z inte­re­sami narodu"1.

Książka ta sku­pia się na naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nej czę­ści życia Wła­dy­sława Stud­nic­kiego - okre­sie II wojny świa­to­wej. Ten naj­więk­szy z pol­skich patrio­tów był nie tylko świad­kiem strasz­li­wej heka­tomby swo­jego narodu, ale rów­nież klę­ski swej kon­cep­cji poli­tycz­nej.

Każda kolejna zbrod­nia, jakiej Niemcy dopusz­czali się w Pol­sce, każda egze­ku­cja, każda gra­bież i każda krzywda była kolej­nym kamie­niem rzu­co­nym na trumnę, w któ­rej w 1939 roku zło­żona została idea przy­mie­rza War­szawy i Ber­lina.

Stud­nicki ze zgrozą śle­dził rów­nież poli­tykę rządu na wychodź­stwie i kie­row­nic­twa Pol­skiego Pań­stwa Pod­ziem­nego. Poli­tykę tę uwa­żał za skraj­nie szko­dliwą i nie­od­po­wie­dzialną. Wystę­po­wał prze­ciwko bez­sen­sow­nemu sza­fo­wa­niu krwią pol­skiej mło­dzieży. Prze­ciwko sabo­ta­żom i aktom dywer­sji, które pro­wo­ko­wały Niem­ców do krwa­wego odwetu.

Decy­zje o prze­pro­wa­dze­niu ope­ra­cji "Burza" i wywo­ła­niu powsta­nia war­szaw­skiego uwa­żał za zbrod­ni­cze. A wiarę w to, że Wielka Bry­ta­nia dotrzyma Pol­sce zobo­wią­zań sojusz­ni­czych - za naiwną mrzonkę.

Był jed­nak bez­radny. Nie słu­chali go ani Niemcy, ani rodacy. Darem­nie pró­bo­wał prze­ko­nać obie strony, że kon­flikt pol­sko-nie­miecki jest sza­leń­stwem. Że zyskują na nim tylko i wyłącz­nie bol­sze­wicy - wspólny wróg Pol­ski, Nie­miec, Europy i całej ludz­ko­ści.

Byłem jego zde­cy­do­wa­nym prze­ciw­ni­kiem. Póź­niej nabra­łem prze­ko­na­nia, że był to jeden z naj­więk­szych cha­rak­te­rów, jakie pozna­łem - pisał Sta­ni­sław Wacho­wiak, wice­pre­zes Rady Głów­nej Opie­kuń­czej. - Na prze­strzeni mego życia nie widzia­łem dużo takich tra­ge­dii wewnętrz­nych jak ta, którą prze­cho­dził Wła­dy­sław Stud­nicki2.

Pod­stawą tej książki jest moja praca magi­ster­ska. Napi­sa­łem ją w 2004 roku. Jej pro­mo­to­rem był pro­fe­sor Andrzej Choj­now­ski, a recen­zen­tem - nie­od­ża­ło­wa­nej pamięci pro­fe­sor Paweł Wie­czor­kie­wicz. Do dziś z uśmie­chem wspo­mi­nam obronę magi­ste­rium, na któ­rej pro­fe­sor Wie­czor­kie­wicz wystą­pił... w szla­froku. U jego nóg poszcze­ki­wało kilka jam­ni­ków, pro­fe­sor pił mocną kawę i przez kilka godzin dys­ku­to­wa­li­śmy o Stud­nic­kim, Hitle­rze, Sta­li­nie i wojen­nej tra­ge­dii, jaka spo­tkała nasz naród.

Ger­ma­no­fil to książka oparta na licz­nych - w dużej mie­rze wcze­śniej nie­zna­nych - doku­men­tach zacho­wa­nych w archi­wach w Pol­sce, Sta­nach Zjed­no­czo­nych, Niem­czech i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Jej pod­stawą są, do tej pory nie­mal nie­wy­ko­rzy­sty­wane przez histo­ry­ków, papiery Wła­dy­sława Stud­nic­kiego zacho­wane w Insty­tu­cie Józefa Pił­sud­skiego w Nowym Jorku.

Bar­dzo pomocne oka­zały się rów­nież dłu­gie roz­mowy z Kon­ra­dem Gizber­tem-Stud­nic­kim, jedy­nym synem Wła­dy­sława. Nie­stety pro­fe­sor Kon­rad Stud­nicki zmarł 28 marca 2020 roku. Nie docze­kał więc tej książki. Z jej wyda­niem zwle­ka­łem zbyt długo, o co mam dziś do sie­bie ogromny żal. Czasu jed­nak cof­nąć nie mogę.

Wła­dy­sław Stud­nicki miał i ma do dziś wielu wro­gów. Nie­na­wi­dzili go komu­ni­ści, dla któ­rych był naj­gor­szym "reak­cjo­ni­stą" i "wro­giem ludu". Jego kon­cep­cja anty­so­wiec­kiego soju­szu mię­dzy Pol­ską a III Rze­szą uzna­wana była przez "histo­ry­ków" doby PRL za naj­więk­szą here­zję i myślo­zbrod­nię.

Stud­nic­kiego nie­na­wi­dzą rów­nież współ­cze­śni pro­pa­gan­dy­ści histo­ryczni. Ludzie, któ­rzy zawo­dowo zaj­mują się bez­kry­tycz­nym ide­ali­zo­wa­niem wszyst­kich decy­zji pod­ję­tych w prze­szło­ści przez pol­skich przy­wód­ców. Na czele z fatal­nymi błę­dami, które przy­nio­sły naro­dowi pol­skiemu strasz­liwe klę­ski i cier­pie­nia.

Dla brą­zow­ni­ków histo­rii Stud­nicki - nawet teraz, sześć­dzie­siąt sie­dem lat po śmierci - jest nie­bez­pieczny. Nawet dzi­siaj się go boją. Jego książki, arty­kuły i memo­riały sta­no­wią bowiem dowód na to, że tra­giczne kon­se­kwen­cje decy­zji podej­mo­wa­nych przez Pola­ków w cza­sie II wojny świa­to­wej można było prze­wi­dzieć. Pol­ska w 1939 roku wcale nie była ska­zana na kata­strofę. A skala heka­tomby narodu pol­skiego nie musiała być tak ogromna. Wystar­czyło pro­wa­dzić poli­tykę realną, a nie sza­loną.

Zawo­do­wych "obu­rza­czy" do szału dopro­wa­dzają kry­tyczne opi­nie Stud­nic­kiego o Józe­fie Becku, Wła­dy­sła­wie Sikor­skim, Sta­ni­sła­wie Miko­łaj­czyku, gene­ra­łach Armii Kra­jo­wej i innych spraw­cach naszych naro­do­wych nie­szczęść. Dla­tego wła­śnie wciąż jest on nie­zwy­kle ostro ata­ko­wany.

W 2019 roku doszło do wyjąt­ko­wego skan­dalu. Pro­fe­tyczna książka Stud­nic­kiego Wobec nad­cho­dzą­cej dru­giej wojny świa­to­wej została wyrzu­cona z orga­ni­zo­wa­nego przez pań­stwowe media kon­kursu Książka Histo­ryczna Roku. Było to o tyle sym­bo­liczne, że tę samą książkę w 1939 roku skon­fi­sko­wały wła­dze sana­cyjne. Stud­nicki prze­wi­dział w niej bowiem, że Pol­ska prze­gra wojnę z Niem­cami i zosta­nie zaata­ko­wana przez Zwią­zek Sowiecki.

Roz­pacz­liwe próby zatrzy­ma­nia Wła­dy­sława Stud­nic­kiego nic jed­nak nie dadzą. Ów pol­ski ger­ma­no­fil cie­szy się coraz więk­szym zain­te­re­so­wa­niem opi­nii publicz­nej, szcze­gól­nie mło­dzieży o żywych, otwar­tych umy­słach. Jego patrio­tyzm i nie­ustra­szona postawa impo­nują. Jego kon­cep­cje prze­ko­nują żela­zną logiką i rze­czo­wymi argu­men­tami, jaskrawo kon­tra­stu­ją­cymi z pustymi fra­ze­sami, które padały z ust jego adwer­sa­rzy.

Z upły­wem czasu syl­wetki jego prze­ciw­ni­ków blakną. A syl­wetka Stud­nic­kiego prze­ciw­nie - nabiera ostro­ści.

Dziś nazwi­sko Stud­nic­kiego wymie­nia się w sze­regu innych - pisał w 1936 roku Julian Babiń­ski. - Figu­ruje na liście zaty­tu­ło­wa­nej: "współ­cze­śni poli­tycy pol­scy". Z bie­giem lat lista będzie się zmniej­szać, a nazwi­sko Stud­nic­kiego wybi­jać na czoło. Za lat zaś sto - który to okres czasu jest doraźną miarą per­spek­tywy histo­rycz­nej - lista pod tytu­łem "wielcy poli­tycy pol­scy przed - i po woj­nie" zmniej­szy się do nazwisk trzech, czte­rech, może pię­ciu. Stud­nicki będzie wśród nich figu­ro­wał gru­bymi czcion­kami.

Dziś tylko ludzie mający w oku miarę histo­ryczną widzą ten fakt, że w Pol­sce nie ma roju poli­ty­ków, jakby się to, sądząc z gazet, zda­wało. Jest tłum sza­ra­ków poli­tycz­nych i zale­d­wie kilku mężów stanu. Paczka ta roz­po­rzą­dza prasą, par­tiami, reklamą, wpły­wami, gro­szem. Przeto do paczki należy teraź­niej­szość. Prawda. Ale i cóż z tego? Teraź­niej­szość krótko trwa3.

Od napi­sa­nia tych słów nie upły­nęło jesz­cze sto lat. Mimo to prze­po­wied­nia Juliana Babiń­skiego mate­ria­li­zuje się na naszych oczach. Jeste­śmy wła­śnie świad­kami wiel­kiego powrotu Wła­dy­sława Stud­nic­kiego.

Nie ma już czło­wieka, ale jego monu­men­talna myśl żyje i prze­nika do świa­do­mo­ści Pola­ków. Choć Stud­nic­kiemu nie udało się ura­to­wać Pol­ski przed kata­strofą w roku 1939 - kto wie, czy nie ura­tuje jej w przy­szło­ści.

Roz­dział 1

Moska­lo­fob

Masywna bryła twier­dzy przy­tła­czała białe repre­zen­ta­cyjne aleje i drew­niane, roz­my­wa­jące się w zie­leni sadów przed­mie­ścia. Nikły przy niej wieże kościo­łów, syna­goga, a nawet - wznie­siony przez zaborcę - sobór Świę­tego Alek­san­dra New­skiego.

Miesz­kańcy mia­sta pod murami ponu­rej for­tecy prze­cho­dzili nie­chęt­nie. Prze­my­kali w jej cie­niu, odwra­ca­jąc głowy. Piękna dama wzdry­gnęła się mimo­wol­nie. Szła wałem ota­cza­ją­cym dawno wyschniętą fosę. W ciem­nej sukni, z czar­nym, żałob­nym krzy­żem na piersi. Za rękę trzy­mała małego chłopca. Str­wo­żone dziecko sze­roko roz­war­tymi oczami spo­glą­dało na szańce.

Szli dalej, w stronę pobli­skiego wię­zie­nia. Nagle chłopcu wydało się, że za okienną kratą mignęła ludzka ręka. Chuda, blada, skuta pordze­wia­łymi kaj­da­nami. A za nią zama­ja­czyła umę­czona twarz starca. Chło­piec zamru­gał z wra­że­nia i czło­wiek znik­nął.

Jawa to była czy mara? Rze­czy­wi­stość czy wytwór wyobraźni wraż­li­wego dziecka? Ni­gdy się tego nie dowie­dział. Dama pocią­gnęła go za rękę i podrep­tał za nią.

Twier­dza znaj­do­wała się w Dyne­burgu, sto­licy Inf­lant Pol­skich. Jej poprzed­niczka strze­gła pół­nocno-wschod­nich rubieży Rze­czy­po­spo­li­tej Obojga Naro­dów. W XIX wieku Rosja­nie wznie­śli na jej miej­scu now­sze for­ty­fi­ka­cje, mające bro­nić dostępu do Peters­burga. Teraz był tu dru­go­rzędny rosyj­ski gar­ni­zon i skład amu­ni­cji. Oraz wię­zie­nie.

Dziec­kiem, które wpa­try­wało się w zakra­to­wane okno, był zaś Wła­dy­sław Stud­nicki.

Gdy jako mały chło­piec - wspo­mi­nał - cho­dzi­łem z matką na spa­cer, poka­zy­wała mi górne pię­tra wię­zie­nia dyne­bur­skiego, gdzie przed paru jesz­cze laty sie­dzieli powstańcy stycz­niowi. Matka moja nie zawsze docho­dziła w spa­cerze do oko­lic wię­zie­nia. Widok jego bowiem wywo­ły­wał bole­sne wspo­mnie­nia. Wie­lo­krot­nie opo­wia­dano mi o Leonie Pla­te­rze, który został roz­strze­lany w Dyne­burgu, w pobliżu tamecz­nej for­tecy, za odbi­cie broni woj­ska rosyj­skiego dla powsta­nia.

Nie­raz, gdy sze­dłem na prze­chadzkę do for­tecy, obmy­śla­jąc plan jej zdo­by­cia, a zacho­dzące słońce odbi­jało się w tuma­nie wil­got­nym uno­szą­cym się znad łąk, wyda­wało mi się, że widzę duszę Pla­tera, i modli­łem się do niego jako do męczen­nika sprawy naro­do­wej. Pro­sząc, aby na mnie zesłał moc wyjarz­mie­nia Pol­ski4.

Szu­ka­jąc źró­deł poglą­dów Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, genezy jego poli­tycz­nych czy­nów i drogi życio­wej, należy się cof­nąć do Dyne­burga w latach sie­dem­dzie­sią­tych XIX wieku. Do tych dzie­cię­cych spa­ce­rów w cie­niu rosyj­skiej twier­dzy.

Ger­ma­no­fi­lia Stud­nic­kiego miała bowiem drugą stronę medalu. A była nią nie­na­wiść do Rosji. "Stud­nicki - jak traf­nie napi­sał jeden z recen­zen­tów jego książki - był czło­wie­kiem cho­rym na Moskala"5. Cho­roba owa była jed­nak w pełni zro­zu­miała. Była pro­duk­tem jego epoki. Atmos­fery domu rodzin­nego i tra­gicz­nej histo­rii narodu, do któ­rego nale­żał.

Stud­nicki uro­dził się 15 listo­pada 1867 roku, zale­d­wie trzy lata po "uśmie­rze­niu" ostat­niej wiel­kiej pol­skiej insu­rek­cji. Spra­wiło to, że - jak sam czę­sto pod­kre­ślał - nale­żał do poko­le­nia "dzieci roku 1863". Wycho­wa­nych w żało­bie po naro­do­wej klę­sce. W podzi­wie i żalu po pole­głych boha­te­rach, ale i w pogar­dzie dla zaborcy.

Znany w całych Inf­lan­tach i Wiel­kim Księ­stwie Litew­skim ród Gizber­tów-Stud­nic­kich wywo­dził się z Nider­lan­dów. Przod­ko­wie Wła­dy­sława zostali ścią­gnięci na teren Rze­czy­po­spo­li­tej w XVIII wieku przez kal­wiń­ską linię fami­lii Radzi­wił­łów.

Stud­niccy posia­dali roz­le­głe dobra w oko­li­cach Oszmiany i spra­wo­wali wiele sta­no­wisk pań­stwo­wych. Rodzina szybko się spo­lsz­czyła i prze­szła na kato­li­cyzm. Po upadku i roz­bio­rach Rze­czy­po­spo­li­tej ród pod­upadł, choć nie stra­cił cał­ko­wi­cie pozy­cji i wpły­wów6.

Ojciec Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, Adolf, był sędzią i wice­bur­mi­strzem Dyne­burga. Pod­czas powsta­nia stycz­nio­wego ode­grał poważną rolę - był przed­sta­wi­cie­lem jego władz w Inf­lan­tach. Po klę­sce udało mu się unik­nąć repre­sji i zesła­nia.

Matka Stud­nic­kiego, Iza­bella z domu Fasty­kow­ska, była o dzie­więt­na­ście lat młod­sza od męża. Uro­dziła się w zie­miań­skiej rodzi­nie z oko­lic Sie­bieża we wschod­niej czę­ści guberni witeb­skiej. Z samego krańca Rze­czy­po­spo­li­tej Obojga Naro­dów, gdzie koń­czyło się Wiel­kie Księ­stwo Litew­skie, a zaczy­nała Mosko­wia.

Wła­dy­sław Stud­nicki miał pię­cioro rodzeń­stwa. Trzy sio­stry - Sta­ni­sławę, Wandę oraz Iza­belę - oraz dwóch braci - Wacława i Adolfa. Iza­bela zmarła we wcze­snym dzie­ciń­stwie, Adolf zaś w 1878 roku, gdy nie mogąc spła­cić długu kar­cia­nego, popeł­nił samo­bój­stwo. Była to wielka rodzinna tra­ge­dia. Chło­pak miał zale­d­wie szes­na­ście lat7.

Stud­nicki prze­siąkł atmos­ferą rodzin­nego domu. Typo­wego domu patrio­tycz­nej kre­so­wej szlachty pol­skiej. Peł­nego sta­rych skrzy­pią­cych szaf i zega­rów, rodzin­nych i histo­rycz­nych pamią­tek. Na dnie kre­densu matka trzy­mała druki z cza­sów powsta­nia i lite­ra­turę roman­tyczną. W dłu­gie, jesienne i zimowe wie­czory czy­tała dzie­ciom przy świe­cach.

Od czasu do czasu - wspo­mi­nał Stud­nicki - poja­wiał się w naszym domu, jako prze­lotny gość, któ­ryś z powstań­ców powra­ca­ją­cych z Sybe­rii. Cza­sem krewny lub jakiś obcy przy­słany do nas z Rosji przez zna­jo­mych. Powsta­nie kształ­to­wało wtedy atmos­ferę naszego domu wspo­mnie­niami i opo­wia­da­niami, które czę­sto nie pozwa­lały mi zasnąć8.

Spo­tka­nia z wete­ra­nami insu­rek­cji, nocne roz­mowy przy stole, wspólne czy­ta­nie Dzia­dów Mic­kie­wi­cza - które były jego ulu­bioną książką - patrio­tyczne reli­kwie prze­cho­wy­wane w zaka­mar­kach domu... Wszystko to roz­pa­lało wyobraź­nię i kształ­to­wało poglądy chłopca.

Wspo­mnie­nia powstań­cze były dla Wła­dy­sława Stud­nic­kiego - pisał w 1917 roku jego pierw­szy bio­graf Win­centy Rzy­mow­ski - pierw­szą osnową myśli, pierw­szą strawą uczuć. Na ranach swego narodu, na męczeń­stwie osób naj­droż­szych uczył się nie­na­wi­ści do wroga. Ze wspo­mnień klę­ski wyniósł przy­ka­za­nie buntu prze­ciw cie­mięzcy. Rzec by można, że Powsta­nie Stycz­niowe jakąś iskrą nie­do­ga­szoną swej pogo­rzeli zapa­dło w umysł i serce Stud­nic­kiego i roz­nie­ciło duszę jego na całe życie w pożar nie­usta­ją­cej walki prze­ciw Rosji9.

Już wtedy, w szcze­nię­cych latach, Wła­dy­sław Stud­nicki poprzy­siągł, że zerwa­nie pęt nie­woli sta­nie się celem jego życia. Że poświęci temu wszystko. Gdzie w końcu XIX wieku mógł tra­fić chło­piec o takich poglą­dach i tem­pe­ra­men­cie? Tylko do obozu socja­li­stycz­nego. Jedy­nej siły poli­tycz­nej, która sta­wiała wów­czas na walkę czynną z Rosją. To socja­lizm - jak pisał Józef Mac­kie­wicz - miał stać się tym mło­tem, który roz­bije kaj­dany10.

Stud­nicki podą­żył więc tym samym tro­pem, tym samym szla­kiem, co jego rówie­śnik, inny młody szlach­cic z pół­nocno-wschod­nich rubieży Rze­czy­po­spo­li­tej - Józef Pił­sud­ski. Nasz boha­ter wie­rzył, że z cha­osu rewo­lu­cji, który obróci w gruzy impe­rium Roma­no­wów, wyłoni się wolna Pol­ska.

Karol Marks był zna­nym zwo­len­ni­kiem nie­pod­le­gło­ści Pol­ski - pisał Sta­ni­sław Cat-Mac­kie­wicz. - Restau­ra­cja pań­stwa pol­skiego figu­ro­wała w owych cza­sach w pro­gra­mach mię­dzy­na­ro­do­wego socja­li­zmu, co oczy­wi­ście sym­pa­tycz­nie oddzia­ły­wało na Stud­nic­kiego. Marks był nastro­jony skraj­nie anty­ro­syj­sko11.

Wysłany na naukę do War­szawy, do Szkoły Han­dlo­wej Leopolda Kro­nen­berga, nie oddał się - jak wielu jego rówie­śni­ków - roz­ryw­kom wiel­kiego mia­sta. Do bawią­cej się, cho­dzą­cej na ope­retki i tań­czą­cej na balach War­szawy poczuł odrazę. Zamiast zaj­mo­wać się bzdu­rami, przy­stą­pił do dzia­łal­no­ści rewo­lu­cyj­nej.

Agi­to­wał war­szaw­skich robot­ni­ków, roz­no­sił nie­le­galną lite­ra­turę. W 1888 roku wraz z grupką rady­kal­nych stu­den­tów zało­żył socja­li­styczną orga­ni­za­cję pod­ziemną II Pro­le­ta­riat. Była to kon­ty­nu­acja akcji rewo­lu­cyj­nej Ludwika Waryń­skiego. Dzia­łal­ność Stud­nic­kiego i jego grupy - okre­śla­jąc ich mia­nem nihi­li­stów - przed­sta­wił w Lalce Bole­sław Prus12.

Orga­ni­za­cja ta miała szy­ko­wać grunt do przy­szłej rewo­lu­cji. Agi­to­wać robot­ni­ków, doko­ny­wać aktów ter­roru. Na pierw­szą ofiarę obrała sobie zna­nego rusy­fi­ka­tora, gene­rała-guber­na­tora war­szaw­skiego Józefa Hurkę. Plany te pokrzy­żo­wała Ochrana.

II Pro­le­ta­riat został roz­bity przez falę aresz­to­wań. Jeden z pierw­szych za kraty tra­fił Stud­nicki. Agenci car­skiej taj­nej poli­cji wypro­wa­dzili go z domu i zawle­kli na war­szaw­ską Cyta­delę. W wię­zie­niu Stud­nicki prze­sie­dział osiem mie­sięcy. Poważ­nie nad­szarp­nęło to jego zdro­wie, z celi musiano go wyno­sić. "Byłem pewny - pisał po latach - że Cyta­dela będzie mym gro­bem".

Wkrótce zapadł wyrok. Jako nie­bez­pieczny wywro­to­wiec Stud­nicki miał zostać zesłany w głąb impe­rium. W grud­niu 1890 roku - przez moskiew­skie cen­tralne wię­zie­nie eta­powe na Butyr­kach - powie­ziono go na Sybe­rię, do zapo­mnia­nej przez Boga i ludzi wio­seczki o kil­ka­dzie­siąt wiorst od Minu­siń­ska nad Jeni­se­jem. Na wygna­niu spę­dził dłu­gie sześć lat.

Sybir to kolejny moment w bio­gra­fii Stud­nic­kiego, w któ­rym szu­kać należy źró­deł jego poli­tycz­nych kon­cep­cji. Kon­cep­cji, któ­rych osią zawsze była bez­kom­pro­mi­sowa walka z Rosją. Należy jed­nak pod­kre­ślić, że nie wyni­kało to z poczu­cia oso­bi­stej krzywdy, ura­żo­nej dumy.

To był jesz­cze piękny, libe­ralny wiek XIX, a nie paskudna epoka tota­li­ta­ry­zmów. Rosja była kon­ser­wa­tywną monar­chią abso­lutną, a nie bol­sze­wicką ośmior­nicą, która lep­kimi mac­kami wygnia­tała z ludzi dusze. Car­skie zesła­nie w niczym nie przy­po­mi­nało pie­kła sowiec­kich łagrów.

O swo­ich sybe­ryj­skich prze­ży­ciach Stud­nicki po latach opo­wie­dział w roz­mo­wie z Józe­fem Mac­kie­wi­czem:

Dowie­ziono go na zesła­nie sybe­ryj­skie. Socja­li­sta, zesła­niec Stud­nicki wszedł do prze­zna­czo­nej mu na miesz­ka­nie izby obwie­szo­nej iko­nami i tanimi lito­gra­fiami car­skich por­tre­tów, obrzu­cił wzro­kiem i zarzą­dził gospo­dyni: "Bogi mogą zostać, ale carów wszyst­kich won stąd!".

- No i co na to ta baba?

- Poczciwa była. Zdej­mo­wała ze ścian por­trety carów, wyno­siła z izby i bia­do­liła: "Już jak oni jemu, bied­nemu, musieli nado­ku­czać, że on ich tak nie­na­wi­dzi...".

- A był nad­zór?

- A jakże. Codzien­nie rano. Ale ja pisa­łem do późna w nocy i rano spa­łem. Cza­sem tylko przez sen sły­sza­łem, jak nad­zorca cicho puka do drzwi gospo­dyni i pyta: "Jewo bła­go­ro­die spiat? jesz­czo?".

- I co pan pro­fe­sor robił całymi dniami?

- A więc było tak. Rząd pła­cił za moje utrzy­ma­nie 8 rubli mie­sięcz­nie. Izba z peł­nym utrzy­ma­niem kosz­tuje 7 rubli. Zosta­wał mnie rubel. Z domu przy­sy­łali mi 10 rubli mie­sięcz­nie. Można było cho­dzić, robić wycieczki, polo­wać. Powie­trze bar­dzo zdrowe. Ale ja nie polo­wa­łem. Nafta do lampy kosz­to­wała kilka kopie­jek na cały mie­siąc. W Minu­siń­sku była olbrzy­mia biblio­teka. Raz na mie­siąc naj­mo­wa­łem trojkę, jecha­łem, nabie­ra­łem masę ksią­żek, czy­ta­łem i pisa­łem. Napisa­łem tam swoją książkę o Sybe­rii. Pisa­łem arty­kuły do gazet.

- Ależ to miał pan uro­cze życie!13

Stud­nicki w swo­ich wspo­mnie­niach chwa­lił kli­mat panu­jący w okręgu minu­siń­skim i pod­kre­ślał, że pobyt na sybe­ryj­skiej wsi wzmoc­nił go fizycz­nie. Na zesła­niu pra­co­wał naukowo, pisał do gazet, udzie­lał się w orga­ni­za­cjach spo­łecz­nych, a nawet zro­bił karierę jako obrońca w pro­win­cjo­nal­nych sądach Tobol­ska. "Przez cały okres mojego pobytu na Sybe­rii - napi­sał - nie doświad­czy­łem od Moskali żad­nej krzywdy"14.

Dla­czego więc pobyt na Sybe­rii spo­tę­go­wał u Stud­nic­kiego dąże­nie do walki z Rosją i wyzwo­le­nia Pol­ski? Bo Stud­nicki zoba­czył Rosję z bli­ska. Na wła­sne oczy się prze­ko­nał, jak wielki ma roz­mach, jak ogrom­nym i żar­łocz­nym jest pań­stwem. Zdol­nym do poły­ka­nia i tra­wie­nia kolej­nych nacji i kra­jów.

Stud­nicki prze­ko­nał się o tym, spo­ty­ka­jąc zrusz­czo­nych, wyna­ro­do­wio­nych potom­ków powstań­ców roku 1863. Dla tych ludzi pol­skość była już tylko wspo­mnie­niem. Wyjąt­kowo fatalne wra­że­nie zro­bili na nim pol­scy urzęd­nicy w służ­bie Rosji, któ­rzy gęsto zapeł­niali pań­stwowe insty­tu­cje Sybe­rii. Stud­nicki pogar­dzał nimi, uwa­żał za pół-Pola­ków, "mate­riał etno­gra­ficzny dla Rosji".

Praw­dzi­wym prze­ra­że­niem napa­wała go myśl, że cały naród pol­ski może się w ten spo­sób zasy­mi­lo­wać. Roz­pły­nąć się, znik­nąć w moskiew­skim morzu.

Sze­ro­kie twa­rze, nie­kształtne czaszki zna­mio­nu­jące olbrzy­mią przy­mieszkę krwi mon­gol­skiej wzbu­dzały we mnie wstręt - pisał z pasją o Rosja­nach. - Oto dzicz, oto bar­ba­rzyńcy, na karm któ­rych ma pójść naród pol­ski. Poczu­łem wów­czas taką boleść, taki wstręt, że pomy­śla­łem: lepiej zgi­nąć naro­dowi naszemu, lepiej się zger­ma­ni­zo­wać, niż iść na nawóz dla Mon­go­łów. To wra­że­nie pozo­sta­wiło głę­boki ślad w mej duszy i było pod­stawą przy­szłego mego sto­sunku do Rosji przez całe życie15.

Dłu­gie nocne roz­mowy nad syczą­cym samo­wa­rem pro­wa­dzone z zesła­nymi rosyj­skimi rewo­lu­cjo­ni­stami pozba­wiły go ostat­nich złu­dzeń. Ludzie ci, choć nie­na­wi­dzili caratu, nie dopusz­czali moż­li­wo­ści, by Pol­ska odro­dziła się jako nie­pod­le­głe pań­stwo w przed­ro­zbio­ro­wych gra­ni­cach. Nie, to nie byli bra­cia Moskale. To byli wro­go­wie.

W Sybe­rii pozna­łem Rosję wszel­kiego rodzaju: i tę, która więzi i chłosz­cze, i tę, która jest wię­ziona i chło­stana - wspo­mi­nał. - Wie­lo­krot­nie moje spo­strze­że­nia i wra­że­nia przy­wo­dziły mi na pamięć słowa Her­cena rzu­cane w twarz spo­łe­czeń­stwu rosyj­skiemu: W każ­dym z was jest kopa Muraw­jowa, jest atom Arak­cze­jewa. Rasa zimna i okrutna. Na Sybe­rii zro­zu­mia­łem, że ucisk poli­tyczny w Rosji jest funk­cją psy­cho­lo­gii rosyj­skiej16.

Tak ukształ­to­wany, w takim sta­nie ducha Wła­dy­sław Stud­nicki w 1896 roku opu­ścił Sybe­rię. Był w nastroju bojo­wym, miał nie­złomne posta­no­wie­nie kon­ty­nu­owa­nia zma­gań z rosyj­skim zaborcą.

Sprawa pol­ska według Stud­nic­kiego była sprawą anty­ro­syj­ską. Nie sprawą anty­au­striacką i na pewno nie anty­nie­miecką.

Prze­ko­na­nie to opie­rał na geo­gra­fii i histo­rii. Pod zabo­rem rosyj­skim znaj­do­wało się 81 pro­cent tery­to­rium Rze­czy­po­spo­li­tej. Pod zabo­rem austriac­kim 11 pro­cent, a pod zabo­rem nie­miec­kim - zale­d­wie 8 pro­cent.

Wnio­sek z tego mógł być tylko jeden. Tylko pobi­cie Rosji i wyzwo­le­nie zaboru rosyj­skiego umoż­liwi wskrze­sze­nie suwe­ren­nej pol­skiej pań­stwo­wo­ści. Cóż bowiem dałoby pobi­cie Nie­miec czy Austrii? Wyzwo­le­nie led­wie skraw­ków tery­to­rium, które nie mogłyby się ostać jako samo­dzielne orga­ni­zmy.

Prusy i Austria - dowo­dził Stud­nicki - zabrały jedy­nie pol­skie pro­win­cje. Rosja zaś zabrała Pol­skę. Dla­tego to Rosja była wro­giem numer jeden Pola­ków.

Nie było przy­pad­kiem, że to z Moskwą i Rosją Rzecz­po­spo­lita toczyła szes­na­ście zacie­kłych wojen. I że to w Rosję wymie­rzone były trzy wiel­kie powsta­nia naro­dowe.

Ostat­nią wojnę z całym pań­stwem nie­miec­kim Pol­ska toczyła zaś w... 1109 roku, za pano­wa­nia Bole­sława Krzy­wo­ustego. A więc osiem wie­ków wcze­śniej! Wojny z Zako­nem Krzy­żac­kim wyga­sły na początku XVI wieku. A Prusy, które wzięły udział w roz­bio­rach, były zale­d­wie jed­nym z sze­regu państw wcho­dzą­cych w skład Rze­szy.

Wła­dy­sław Stud­nicki nie postu­lo­wał jed­nak, aby roz­po­cząć walkę z Rosją natych­miast, bez oglą­da­nia się na dys­pro­por­cję sił i kon­se­kwen­cje. Sybe­ria wyle­czyła go z mło­dzień­czego mesja­ni­zmu i bez­kry­tycz­nej glo­ry­fi­ka­cji idei powstań­czej.

Obcu­jąc z potęgą, z nie­zmie­rzo­nymi prze­strze­niami impe­rium Roma­no­wów, zro­zu­miał, że następne pol­skie samotne powsta­nie musi się zakoń­czyć tak jak poprzed­nie. Klę­ską. Kolej­nym morzem krwi, kolej­nymi kon­fi­ska­tami, znisz­cze­niami i dłu­gimi kolum­nami ska­zań­ców pędzo­nych na Sybe­rię.

Nie, dowo­dził, tym razem należy to zro­bić porząd­nie.

1. Do kolej­nego boju z Rosją należy się odpo­wied­nio przy­go­to­wać. Trzeba mieć rozumny plan, broń i zastępy prze­szko­lo­nych ludzi.

2. Do kolej­nego boju z Rosją należy pozy­skać potęż­nego sprzy­mie­rzeńca, który będzie dążył do roz­bi­cia Rosji.

3. Do kolej­nego boju z Rosją Polacy muszą się zerwać w odpo­wied­nim momen­cie - gdy doj­dzie do wojny jed­nego ze świa­to­wych mocarstw z Rosją.

Stud­nicki uwa­żany był za roman­tyka - wspo­mi­nał Cat-Mac­kie­wicz. - Nie­wąt­pli­wie w swo­ich uczu­ciach i cha­rak­te­rze swego tem­pe­ra­mentu bliż­szy był poetom roman­tycz­nym, pie­śniom, które wywo­łały powsta­nie stycz­niowe, niż arty­ku­łom popo­wsta­nio­wych pozy­ty­wi­stów i orga­nicz­ni­ków. Ale od pol­skich roman­ty­ków róż­niło go zasad­ni­czo, kate­go­rycz­nie, bie­gu­nowo, zda­nie, które sobie dzięki swym stu­diom poli­tycz­nym wyro­bił:

Nie! Na samo­dzielne powsta­nie, to jest na powsta­nie wśród ogól­nego pokoju, nas nie stać. Jeste­śmy za słabi. Powsta­nie może się udać tylko pod­czas przy­szłej wojny.

Czy­ta­jąc to zda­nie Stud­nic­kiego, czło­wiek zamy­śla się głę­boko, dla­czego nasze powsta­nia w XIX wieku wybu­chały wła­śnie wtedy, kiedy Rosja była w sto­sun­kowo naj­lep­szych sto­sun­kach z innymi mocar­stwami17.

Stud­nicki na sybe­ryj­skie zesła­nie poje­chał jako roman­tyk rewo­lu­cjo­ni­sta, a wró­cił jako reali­sta.

Roz­dział 2

Kuj­cie broń!

Powró­ciw­szy z Sybiru przez Peters­burg do War­szawy, nasz boha­ter rzu­cił się w wir dzia­łal­no­ści poli­tycz­nej. Stwier­dze­nia tego nie należy rozu­mieć jako meta­fory. Cze­góż Wła­dy­sław Stud­nicki w tym cza­sie nie robił! Owład­nięty - jak sam przy­zna­wał - "obse­sją" walki o nie­pod­le­głość poświę­cił jej całego sie­bie.

Był człon­kiem kilku par­tii. Napi­sał tysiące arty­ku­łów, memo­ria­łów i ulo­tek. Wystą­pił na tysiącu wie­ców, na któ­rych wygło­sił tysiąc pło­mien­nych prze­mó­wień. Patro­no­wał pierw­szej taj­nej anty­ro­syj­skiej orga­ni­za­cji zbroj­nej, podró­żo­wał po Euro­pie i Ame­ryce, aby zdo­by­wać popar­cie dla idei wyzwo­le­nia Pol­ski. Pisał bro­szury i książki.

Lata poprze­dza­jące wybuch Wiel­kiej Wojny były bez wąt­pie­nia naj­bar­dziej inten­syw­nym okre­sem w jego życiu. Był wów­czas jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych, naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych pol­skich dzia­ła­czy poli­tycz­nych.

A jed­no­cze­śnie cier­piał, mio­tał się. Kochał Pol­skę, ale był roz­cza­ro­wany Pola­kami. Bo on chciałby, żeby cały naród był taki jak on. Żeby wszy­scy Polacy - jak jeden mąż - żyli tylko jedną myślą i jedną ideą: nie­pod­le­gło­ścią.

Prze­cież Pol­ska w nie­woli, prze­cież Moskale w War­sza­wie! Trzeba bić w wer­ble, mobi­li­zo­wać się do przy­szłej walki. Zbroić, szu­kać sojusz­ni­ków. Wszyst­kie te wezwa­nia prze­cho­dziły bez echa. Odbi­jały się - jak pisał Stud­nicki - "od sko­rupy apa­tii i bez­myśl­no­ści poli­tycz­nej naszego ogółu"18.

Rodacy zby­wali go wzru­sze­niem ramion.

W naro­dzie naszym - pisał - spo­ty­ka­li­śmy typ nie­zno­szący nie­woli. Typ, który byśmy nazwali czer­wo­no­skó­rym. I typ uro­dzo­nych nie­wol­ni­ków, który nazwiemy murzyń­skim. Przy­sto­so­wu­jemy się do nie­woli, stąd Murzy­nów ducho­wych mamy coraz to wię­cej, czer­wo­no­skó­rych coraz to mniej. Duch murzyń­ski zmu­sza nas szu­kać opar­cia się o Rosję, dla­tego, że ona nas katuje nie­mal już dwa wieki19.

Stud­nicki sie­bie oczy­wi­ście zali­czał do wojow­ni­czych Indian, a nie bier­nych Murzy­nów. Loja­lizm wobec cara, ugoda z domem panu­ją­cym, pogo­dze­nie z losem - wszystko to było mu wstrętne. Cała jego dzia­łal­ność miała na celu wyrwa­nie Pola­ków z apa­tii. "Zacho­wuje się jak czło­wiek - pisał Sta­ni­sław Cat-Mac­kie­wicz - który by wśród słod­kiej nocy dzwo­nił na kory­ta­rzu, usi­łu­jąc obu­dzić śpią­cych"20.

Jed­nym z mitów histo­rii pol­skiej był mit o sil­nym i powszech­nym duchu nie­pod­le­gło­ścio­wym w okre­sie roz­bio­ro­wym - pisał syn Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, Kon­rad. - Rze­czy­wi­stość była inna. We wszyst­kich zabo­rach miały miej­sce dekla­ra­cje lojal­no­ści. Polacy słu­żyli jako ofi­ce­ro­wie w armiach państw zabor­czych i wielu z nich uzy­skało wpły­wowe sta­no­wi­ska na dwo­rach cesar­skich.

Zabory zra­stały się gospo­dar­czo z pań­stwami, do któ­rych nale­żały i w któ­rych wielu Pola­ków doro­biło się więk­szych czy mniej­szych for­tun. Nie pozo­stało to bez wpływu na sto­su­nek Pola­ków do państw zabor­czych oraz na nie­chęć albo obawę przed ruchem nie­pod­le­gło­ścio­wym. Zro­zu­mie­nie, że walka o nie­pod­le­głość była ideą mało popu­larną, jest konieczne dla zro­zu­mie­nia trud­no­ści w podej­mo­wa­niu akcji nie­pod­le­gło­ścio­wej przez Stud­nic­kiego21.

Trak­to­wano go jako groź­nego rewo­lu­cjo­ni­stę, a w naj­lep­szym razie ode­rwa­nego od rze­czy­wi­sto­ści marzy­ciela. Pol­ska została podzie­lona mię­dzy trzy naj­po­tęż­niej­sze mocar­stwa Europy. Trzy naj­po­tęż­niej­sze armie Europy trzy­mają straż przed jej wię­zie­niem. A ten Stud­nicki opo­wiada o jakiejś nie­pod­le­gło­ści. Prze­cież to są śmieszne mrzonki!

Zda­wało mi się, że jestem w walce ze swoim poko­le­niem - wspo­mi­nał Stud­nicki - że w tym poko­le­niu należę do owych nie­wielu, któ­rzy iskry pożaru z 1863 roku prze­niosą poko­le­niom następ­nym. Im więk­szy kąt odchy­le­nia odczu­wa­łem mię­dzy swymi poglą­dami a poglą­dami swego narodu, tym bar­dziej uzbra­ja­łem się do przy­szłej walki22.

Szu­ka­jąc narzę­dzi do tej walki - zmie­niał par­tie jak ręka­wiczki.

W latach 1897-1900 nale­żał do PPS, przez następne dwa lata do Stron­nic­twa Ludo­wego, a od roku 1902 do 1905 współ­pra­co­wał ze Stron­nic­twem Demo­kra­tyczno-Naro­do­wym. W każ­dym z tych ugru­po­wań nale­żał do par­tyj­nego kie­row­nic­twa - był mię­dzy innymi człon­kiem Cen­tra­li­za­cji Związku Zagra­nicz­nych Socja­li­stów Pol­skich - i z każ­dego odcho­dził w atmos­fe­rze skan­dalu i kon­fliktu. Za każ­dym razem z hukiem trza­skał za sobą drzwiami.

Socja­li­stów Stud­nicki pró­bo­wał nakło­nić do porzu­ce­nia socja­li­zmu i roz­po­czę­cia walki o nie­pod­le­głość Pol­ski.

Z ludo­wcami pokłó­cił się o sto­su­nek do ukra­iń­skich chło­pów. Oni widzieli w nich braci - on groź­nych kon­ku­ren­tów do pano­wa­nia nad Gali­cją Wschod­nią.

Z ende­kami z kolei poróż­nił się na tle sto­sunku do Rosji. Gdy Naro­dowa Demo­kra­cja tak­tycz­nie prze­szła na pozy­cje ruso­fil­skie, uznał ją za stron­nic­two zdrady naro­do­wej.

Stud­nicki miał zbyt silną oso­bo­wość, aby być człon­kiem par­tii. Nie potra­fił pod­po­rząd­ko­wać się cudzym pole­ce­niom. A tym bar­dziej - reali­zo­wać cudzego pro­gramu. Mógł reali­zo­wać tylko pro­gram wła­sny. "Nie wcią­gniemy was do Ligi Naro­do­wej - powie­dział kie­dyś Stud­nickiemu Roman Dmow­ski - bo wy jeste­ście zbyt samo­dzielną indy­wi­du­al­no­ścią i nie mogli­by­ście się pod­po­rząd­ko­wać dyrek­ty­wom obo­wią­zu­ją­cym dla członka Ligi"23.

Dmow­ski miał świętą rację.

Kie­dyś, gdy jesz­cze byłem w obo­zie socja­li­stycz­nym - wspo­mi­nał Stud­nicki - Daszyń­ski zapy­tał mnie:

- Z kim jeste­ście w zgo­dzie?

Odpo­wie­dzia­łem:

- Z samym sobą.

Tak, w życiu poli­tycz­nym Pol­ski, aby być w zgo­dzie z samym sobą, musia­łem cią­gle być w walce z innymi. Czu­jąc się w mniej­szo­ści, czu­jąc się nie­mal samotny, musia­łem ener­gią walki zastą­pić brak mas wcią­gnię­tych do walki, byłem więc bez­względny24.

Stud­nicki w pierw­szych latach po sybe­ryj­skim zesła­niu stu­dio­wał eko­no­mię i nauki poli­tyczne w Wied­niu i Heidel­bergu. Wiele mie­sięcy spę­dził w Lon­dy­nie. Stu­dia te miały olbrzymi wpływ na kształ­to­wa­nie się jego poglą­dów.

Doszedł do wnio­sku, że soli­dar­ność mię­dzy­na­ro­do­wego pro­le­ta­riatu i inne dogmaty ruchu robot­ni­czego są ste­kiem głupstw i non­sen­sów. Kapi­ta­lizm uznał za sys­tem znacz­nie bar­dziej efek­tywny niż socja­lizm. "Gdym zapra­gnął zerwać ze wszyst­kimi kłam­stwami socja­lizmu - wspo­mi­nał - musia­łem w końcu zerwać z socja­lizmem"25.

W roku 1901 Stud­nicki zamiesz­kał w Gali­cji. For­so­wał tam ideę tria­li­styczną. Zakła­dała ona, że zabór rosyj­ski po prze­pę­dze­niu z niego Rosjan zosta­nie połą­czony z austriacką Gali­cją. Zle­pione z nich pań­stwo pol­skie miało utwo­rzyć trzeci człon monar­chii Habs­bur­gów.

Nie trzeba doda­wać, że w takim mariażu wielka w porów­na­niu z Węgrami i Austrią Pol­ska w końcu zapewne zdo­mi­no­wa­łaby te kraje.

Drogą do urze­czy­wist­nie­nia tej kon­cep­cji była oczy­wi­ście wojna. Stud­nicki - który już wów­czas ujaw­nił swoje zdol­no­ści pro­fe­tyczne - wska­zy­wał, że na hory­zon­cie świa­to­wej poli­tyki poja­wiło się widmo dwóch kon­flik­tów zbroj­nych: Japo­nii z Rosją i Austro-Węgier z Rosją.

Gdy Stud­nicki mówił, że Japo­nia sta­nie w szranki z impe­rium Roma­no­wów (i wygra!), śmiano się z tak nie­do­rzecz­nego pomy­słu. Z jed­nej strony rosyj­ski kolos, z dru­giej - malutka egzo­tyczna Japo­nia. Bądźmy poważni, mówiono. Stud­nickiego uwa­żano za postrze­lo­nego fan­ta­stę, któ­remu nie­na­wiść do Rosji przy­sła­niała zdol­ność trzeź­wego myśle­nia.

A jed­nak to on miał rację. Wojna rosyj­sko-japoń­ska wybu­chła w roku 1904 i zakoń­czyła się trium­fem azja­tyc­kiego mocar­stwa. Stud­nicki w cza­sie tego kon­fliktu wysu­nął kon­cep­cję stwo­rze­nia pol­skich legio­nów u boku armii japoń­skiej. Sto­sowny memo­riał - za pośred­nic­twem brata, Wacława - zło­żył w amba­sa­dzie japoń­skiej w Paryżu. W odpo­wie­dzi dostał zapro­sze­nie do Tokio26.

Liczył on, że zbrojne zma­ga­nia Rosji z Japo­nią prze­ro­dzą się w wojnę świa­tową, która otwo­rzy przed Pol­ską szansę na wybi­cie się na nie­pod­le­głość. Nie­stety wojna rosyj­sko-japoń­ska pozo­stała kon­flik­tem lokal­nym. Austro-Węgry i Niemcy nie zde­cy­do­wały się do niej włą­czyć.

To, że prę­dzej czy póź­niej doj­dzie do wojny euro­pej­skiej, Stud­nicki uzna­wał jed­nak za pew­nik. Wyda­wał kolejne gazety, wystę­po­wał na wie­cach, ape­lo­wał do Pola­ków, by mobi­li­zo­wali siły na ten roz­strzy­ga­jący kon­flikt.

Wyko­rzy­stu­jąc odwilż, do któ­rej doszło po rewo­lu­cji 1905 roku, prze­niósł swoją dzia­łal­ność do War­szawy i Peters­burga. Cztery lata póź­niej, zagro­żony aresz­to­wa­niem, musiał jed­nak ucho­dzić z powro­tem do Gali­cji. Gra­nicę prze­kro­czył dosłow­nie w ostat­niej chwili, gdy taj­niacy Ochrany dep­tali mu już po pię­tach.

Austro-Węgro-Pol­ska

Uczu­łem, że sta­now­cza godzina się zbliża - wspo­mi­nał. - Przyjdą wypadki, które dadzą nam wyzwo­le­nie lub zagładę. Wojny pra­gną­łem, wojny nie­zwłocz­nej. Naj­sil­niej­szym pra­gnie­niem mojego życia było wyzwo­le­nie Pol­ski, nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że Rosja będzie pobita, jeżeli wojna zaraz nastąpi. Nie czu­łem się zbie­giem, który nie­sie wylę­kłą głowę za gra­nicę, ale bojow­ni­kiem wiel­kiej sprawy.

Nie na hasłach huma­ni­tar­nych, nie na pra­wie narodu do bytu nie­pod­le­głego budo­wać będziemy naszą przy­szłość. Hasła - dym i kłam. Realna siła, na któ­rej budo­wać można nasze wyzwo­le­nie, to anta­go­ni­ści Rosji.

Gdym rzu­cał wzro­kiem na roz­ście­ła­jący się z okna wagonu kra­jo­braz - zary­so­wały się przed oczyma duszy pola bitew, linie ognia. Za nikim i niczym tak nie tęsk­ni­łem, jak do nad­cho­dzą­cej wojny27.

Stud­nicki dowo­dził, że nikt Pola­kom pań­stwa nie poda­ruje, że Polacy muszą sobie je wywal­czyć. Dla­tego nakła­niał gali­cyj­ską mło­dzież, aby wstę­po­wała do armii austriac­kiej i robiła w niej kariery ofi­cer­skie. Tak miały powsta­wać kadry przy­szłej armii nie­pod­le­głej Pol­ski.

Nawo­ły­wał też do pogo­to­wia bojo­wego, two­rze­nia na tere­nie Gali­cji orga­ni­za­cji para­mi­li­tar­nych. Maga­zy­no­wa­nia broni i pie­nię­dzy na sfi­nan­so­wa­nie przy­szłej walki. Był to czas ponow­nego zbli­że­nia z Pił­sud­skim, który reali­zo­wał ten sam pro­gram. Szy­ko­wał się do boju z Rosją u boku Austro-Węgier.

To walka o orien­ta­cję anty­ro­syj­ską, wów­czas austriacką - pisał Sta­ni­sław Cat-Mac­kie­wicz. - Stud­nicki staje wtedy u boku Komen­danta Józefa Pił­sud­skiego, naraża się za Niego, w Nim widzi nadzieję Pol­ski. Prze­ła­muje śmie­chy i chi­choty, pod­łość i pod­łostki, kuleje przez kałuże pol­skiej koł­tu­ne­rii, pła­sko­ści, krót­ko­widz­twa. Pol­ska wzru­sza ramio­nami na Stud­nickiego, ale tak samo zresztą na strzel­ców, na hasła nie­pod­le­gło­ściowe28.

Swoje ówcze­sne poglądy Stud­nicki wyra­ził w słyn­nej, wyda­nej w 1910 roku, książce Sprawa pol­ska. Była to jedna z naj­waż­niej­szych, naj­bar­dziej prze­ło­mo­wych pol­skich ksią­żek tam­tej epoki. Autor opa­trzył ją cha­rak­te­ry­stycz­nym mot­tem, sło­wami Napo­le­ona Bona­par­tego: "Zoba­czymy, czy Polacy warci są być naro­dem".

Nie pokój, a miecz nie­sie pierw­sza ćwierć wieku XX - wiesz­czył Stud­nicki - Aby nam tylko nie zbra­kło ducha ofiary, któ­rego wojna wymaga, dla przy­go­to­wa­nia się do wojny, stwo­rze­nia siły zbroj­nej. Nie wiel­kie walki spo­łeczne, nie rewo­lu­cja socjalna, ale wiel­kie walki naro­dów i państw cze­kają Europę. Kuj­cie broń! Kuj­cie broń! To jest twórz­cie siły mili­tarne, siłę czynną, nosi­cielkę ducha ofiary, pod­stawę podźwi­gnię­cia się z upadku29.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

J. Babiń­ski, Wła­dy­sław Stud­nicki, który idzie zawsze pod prąd, "Mer­ku­ry­usz Pol­ski Ordy­na­ry­iny", 19 I 1936. [wróć]

S. Wacho­wiak, Wojna i oku­pa­cja 1939-1945, "Zeszyty Histo­ryczne" nr 77, Paryż 1986, s. 88. [wróć]

J. Babiń­ski, Wła­dy­sław Stud­nicki... [wróć]

W. Stud­nicki, Z prze­żyć i walk, War­szawa 1928, s. 7-8. [wróć]

K. Stud­nicki, Komen­tarz na temat życia i dzia­łal­no­ści Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, "Athe­na­eum" 10/2003, s. 54. [wróć]

Tamże, s. 53. [wróć]

K. Stud­nicki, Komen­tarz..., s. 53; W. Gizbert-Stud­nicka, Kraj lat dzie­cin­nych. Książka dla mło­dych serc, Wilno 1912. [wróć]

W. Stud­nicki, Tra­giczne manowce. Próby prze­ciw­dzia­ła­nia kata­stro­fom naro­do­wym 1939-1945, oprac. J. Gzella, Toruń 2001, s. 20. [wróć]

W. Rzy­mow­ski [pod ps. L. Wodziń­ski], Wła­dy­sław Stud­nicki. Frag­ment irre­denty pol­skiej, War­szawa 1917, s. 7. [wróć]

J. Mac­kie­wicz, Przed dwu­dzie­stu pię­ciu laty zmarł Wła­dy­sław Stud­nicki, [w:] tenże, B. Topor­ska, Droga Pani..., Lon­dyn 1998, s. 425. [wróć]

S. Cat-Mac­kie­wicz, Stu­le­cie uro­dzin Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, "Zeszyty Histo­ryczne" nr 9, Paryż 1966, s. 189. [wróć]

A. Pisko­zub, Nauki Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, "Arcana" 45/2002, s. 104; I. Kober­dowa, Socjalno-Rewo­lu­cyjna Par­tia Pro­le­ta­riat, War­szawa 1981. [wróć]

J. Mac­kie­wicz, Wła­dy­sław Stud­nicki, [w:] tenże, B. Topor­ska, Droga Pani..., s. 75-77. [wróć]

W. Stud­nicki, Z prze­żyć i walk, s. 26. [wróć]

Tamże, s. 21. [wróć]

Tamże, s. 22-24. [wróć]

S. Cat-Mac­kie­wicz, Stu­le­cie uro­dzin..., s. 189. [wróć]

W. Stud­nicki, Sprawa pol­ska, Poznań 1910, s. 518. [wróć]

Tamże, s. 563. [wróć]

S. Cat-Mac­kie­wicz, Stu­le­cie uro­dzin..., s. 187. [wróć]

K. Stud­nicki, Komen­tarz..., s. 55. [wróć]

W. Stud­nicki, Z prze­żyć i walk, s. 66 i 120. [wróć]

Tamże, s. 74. [wróć]

Tamże, s. 100. [wróć]

W. Stud­nicki, Sprawa pol­ska, s. 514. [wróć]

W. Jędrze­je­wicz, Sprawa "Wie­czoru". Józef Pił­sud­ski a wojna rosyj­sko-japoń­ska, 1904-1905, Paryż 1974. [wróć]

W. Stud­nicki, Z prze­żyć i walk, s. 212 i 223. [wróć]

S. Cat-Mac­kie­wicz, Cztery walki Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, "Słowo", 26 I 1936. [wróć]

Tamże, s. 7, 568, 574 i 576. [wróć]