Geriatryczne Biuro Śledcze - Iwona Banach

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ada Hill nie miała nic. No oczy­wi­ście oprócz tego, co miała. Miała dom, kilka ko­tów i kosz­marny ba­ła­gan, który w tym mo­men­cie kla­sy­fi­ko­wał ją wy­soko w dro­dze do miana ma­nia­kal­nej zbie­raczki, ale nie miała sensu ży­cia, a to w pew­nym wieku jest znacz­nie waż­niej­sze niż ja­kie­kol­wiek ma­te­rialne prze­jawy do­bro­stanu.

Miała też eme­ry­turę i po­kaźną tu­szę, ale i to było za mało.

Pra­gnęła tego nie­uchwyt­nego uczu­cia, że jej ży­cie się jesz­cze nie skoń­czyło, że ma po co, dla kogo żyć i że żyć chce, a ja­koś tego nie czuła.

Chciała coś zmie­nić. Nie tak za­raz ja­koś osta­tecz­nie. Sprzą­tać i od­chu­dzać się nie za­mie­rzała, koty były jej wielką mi­ło­ścią i we­dług nie­któ­rych nie­mym świa­dec­twem ży­cio­wej po­rażki. Ho­do­wała je jed­nak me­todą próż­niową. W domu próżno by było ich szu­kać. To zna­czy dom był bez ko­tów, za to całe obej­ście było ich pełne.

Miała oczy­wi­ście przy­ja­ciół, o co w jej wieku za­zwy­czaj trudno, i po­nad sześć­dzie­siąt lat, jej przy­ja­ciele jesz­cze nie za­mie­nili się w wy­mie­ra­jące di­no­zaury, ale ona na­brała sporo mą­dro­ści ży­cio­wej, a ta po­zwa­lała jej na­wet z da­leka od­róż­niać idio­tów od lu­dzi roz­sąd­nych. Nie lu­biła ani jed­nych, ani dru­gich. Jedni ją de­ner­wo­wali, dru­dzy de­pry­mo­wali. Ani głu­pota, ani roz­są­dek jej nie po­cią­gały, to­też po­zo­stała przy swo­ich zna­jo­mych z daw­nych lat i z daw­nej pracy.

Ada Hill była kie­dyś osobą nie­zwy­kle ważną i wpły­wową. Ważną i wpły­wową w ten nie­okre­ślony spo­sób, który nie wy­nika z wy­so­kich sta­no­wisk, pie­nię­dzy czy wy­kształ­ce­nia. Była bu­fe­tową. Nie byle jaką - była bu­fe­tową w ko­men­dzie po­li­cji. Stąd jej przy­jaź­nie.

Nie była to sto­łeczna ko­menda po­li­cji, więc nikt się nie sa­dził, nie wy­wyż­szał, nie uwa­żał za lep­szego, była to ko­menda w nie­wiel­kim Pra­sławcu, gdzie lu­dzie się lu­bili, na­wet je­żeli się nie­na­wi­dzili. To zna­czy po la­tach ja­koś tak wy­szło, że na­wet ci, któ­rzy się nie­na­wi­dzili, zo­stali przy­ja­ciółmi.

Z pew­nego eg­zy­sten­cjal­nego przy­musu. Lep­szy stary, do­bry, znany wróg niż ame­ry­kań­ski ge­ne­rał z Fa­ce­bo­oka.

Poza wszyst­kim cza­sami się spo­ty­kali. Ada szy­ko­wała wtedy cia­sto, ro­bili grilla i pili do bia­łego rana. Było miło i gdyby nie oboj­czyk Ady, na­dal by tak było. Bo ona ich do domu nie wpusz­czała. Pik­niki or­ga­ni­zo­wali w ogro­dzie i było w po­rządku, ale te­raz z po­wodu oboj­czyka i pew­nych ogra­ni­czeń mu­siała ich wpu­ścić.

- Jezu, co ty masz tu za syf! Prze­cież tak nie można żyć! - za­wo­łał od progu Edzio, eme­ry­to­wany ko­mi­sarz po­li­cji, ła­piąc się za głowę.

- Prze­cież ja nie żyję! Ja we­ge­tuję! - od­burk­nęła Ada, wraż­liwa na słowa na­gany.

- O kurwa! - jęk­nął Pa­ty­czak, chudy, blady, kie­dyś blon­dyn, ale te­raz siwy Hu­bert w oku­la­rach. - Aleś tu na­srała?! Co ty za­mie­rzasz?

- Prze­trwać! - od­burk­nęła Ada.

- Co?

- Co­kol­wiek się da! Chcia­łam so­bie ja­koś ży­cie zor­ga­ni­zo­wać. Coś zna­leźć.

- W sen­sie?

- W sen­sie sensu!

Ada mó­wiła prawdę. Po tym jak prze­szła na eme­ry­turę, szu­kała sensu ży­cia, gdzie tylko się dało, ale ja­koś to jej nie wy­cho­dziło. Naj­pierw po­sta­no­wiła za­szy­deł­ko­wać się na śmierć, stąd wszę­dzie dzier­gane... hmmm... dzier­ganki, bo ina­czej nie dało się tego na­zwać. Z szy­deł­kiem jest tak: po­trze­buje albo upo­rząd­ko­wa­nia, albo ar­ty­zmu. Ada gu­biła oczka, rzędy, my­liła się, ro­biła dziury, po­rządku w tym nie było, a ar­tyzm? No cóż, to nie były jej kli­maty.

Se­riali nie oglą­dała, bo po ja­kimś od­cinku jed­nego z tu­rec­kich zro­biło jej się nie­do­brze od ckli­wych wes­tchnień i głu­pich tek­stów, przy któ­rych na­wet Co­elho może ucho­dzić za fi­lo­zofa.

Od po­li­tyki stro­niła, bo cóż... zbyt szybko prze­cho­dziła do rę­ko­czy­nów. Za­jęła się więc ko­tami.

A to spra­wiło, że po­czuła się stara i nie­po­trzebna.

Gdyby nie zła­ma­nie, pew­nie by tak było da­lej, ale ist­nieją w ży­ciu dziwne zbiegi oko­licz­no­ści, które wy­wra­cają je do góry no­gami.

- Jessssu, Ada! Co to za sieci ry­bac­kie? - Mun­dek wska­zał na dziu­rawe ser­wety i na­rzuty w ko­lo­rach za­ku­rzo­nej tę­czy. - Trzeba to wy­wa­lić!

I tak w su­mie się za­częło, trzej ko­le­dzy, no dawni w su­mie ko­le­dzy, z po­ste­runku przy­stą­pili do od­gru­zo­wy­wa­nia domu Ady.

I zro­biło się pa­skud­nie, to zna­czy czy­sto, ład­nie, ale pu­sto.

- Ja, kurwa, już nie mam siły na to ży­cie - jęk­nęła Ada. - Ja tak nie mogę! Mu­szę coś ro­bić!

Wszy­scy trzej po­ki­wali gło­wami ze zro­zu­mie­niem.

- Ja też bym chciał - wes­tchnął Pa­ty­czak. - Nie umiem so­bie miej­sca zna­leźć. Szlag mnie tra­fia przed te­le­wi­zo­rem. Jak są grzyby. to jesz­cze, ale ze­szłego roku tyle przy­ta­cha­łem, że nie daję rady zjeść. Ryj mi wy­krzy­wia od su­szo­nych, sło­iki z ma­ry­no­wa­nymi się pię­trzą... Za­mra­żarki za­wa­li­łem na amen.

- Ja wy­czy­ta­łem wszyst­kie kry­mi­nały z bi­blio­teki. Zo­stały oby­cza­jówki, ale te aku­rat mnie nie ku­szą.

- To zróbmy coś! - po­wie­dział Edzio, wcale nie li­cząc na ja­ki­kol­wiek efekt.

W za­sa­dzie pra­co­wać nie mu­sieli, mieli za co żyć. Tyle że ja­koś tak wy­szło, że nie mieli po co.

- Faj­nie było kie­dyś - wes­tchnęła Ada. - Czło­wiek się uro­bił, ale wie­dział, że żyje!

- Nie lu­bi­łem pa­dać na pysk, a te­raz nor­mal­nie mi tego bra­kuje.

- A pa­mię­ta­cie, jak roz­pra­co­wy­wa­li­śmy te bary z ke­ba­bem, a Ada nam co­dzien­nie przy­no­siła ra­pha­cho­lin?

- I pie­rogi z ja­go­dami. Kurwa, ale to było fajne, wró­cił­bym na­tych­miast, na­wet bym do­pła­cił, żeby znów mieć tamtą ro­botę.

Ada po­pa­trzyła na niego i aż prych­nęła.

- Daj spo­kój, wiesz, jak oni tam te­raz pra­cują? Na osrał pies!

- Po­dobno.

- Nie po­dobno, na­prawdę. Była u mnie ta fry­zjerka, co to jej córka stra­ciła pie­nią­dze na tego ge­ne­rała, no tego z Afga­ni­stanu, ame­ry­kań­skiego, i wie­cie, co jej po­wie­dzieli? Że jest głu­pia, a za głu­potę się płaci.

- Nie przy­jęli za­wia­do­mie­nia?

- No, przy­jęli, ale co z tego? Nic nie zro­bią!

- No ale co mie­liby zro­bić?

- Ja to bym zba­dał IP kom­pu­tera, po­szu­kał­bym po­dob­nych po­szko­do­wań po sieci, na pewno nie była pierw­sza, na sto pro­cent nie ostat­nia. Dał­bym radę. Na­wet jak fa­cet ko­rzy­sta z kom­pu­tera w ja­kimś miej­scu pu­blicz­nym, to i tak musi cza­sami się po­wta­rzać.

- No ale Afga­ni­stan jest da­leko! - burk­nęła Ada.

- Ale zło­dziej sie­dzi w Pol­sce, cza­sami na­wet na dru­giej ulicy. Spraw­dzić prze­lewy, co się da, jakby po­grze­bać... Tyle że im się nie chce szu­kać, wolą sprawy oczy­wi­ste. Ja­kieś sma­ko­wite mor­der­stwa - roz­rzew­nił się.

- Sma­ko­wite mor­der­stwa? Za­po­mnij! Nie dla nas ta­kie cuda!

- No, a zwy­kli lu­dzie, jak do nich pójdą coś zgło­sić, to kosz­mar.

- Naj­go­rzej ze star­szymi, ta­kie bab­cie to nor­mal­nie może by i coś zgło­siły, ale się boją, że ktoś je wy­śmieje.

Ta­kie po­dej­ście nie­stety po­ku­tuje, bo star­sze pa­nie wi­dzą wię­cej, ale ro­zu­mieją to, co wi­dzą, na swój wła­sny spo­sób.

- Ja bym nie wy­śmiał, ale wiesz, jak jest, cza­sami ro­boty jest tyle, że nie da się ina­czej.

- Za­raz... - Ada jęk­nęła, pa­trząc na Edzia tasz­czą­cego ostat­nie pu­dła pa­pie­rów.

- O co ci cho­dzi? O te pu­dła? Wszystko trzy razy już prze­glą­da­łaś!

- Nie - od­burk­nęła Ada, bar­dzo ja­koś na­gle za­my­ślona.

- Za­pew­niam cię, że tak! Co ty? Masz za­niki pa­mięci? W twoim wieku?

Mimo wieku już odro­binę eme­ry­tal­nego wszy­scy czuli się młodo, ba, na­wet zde­cy­do­wa­nie młodo, może dla­tego, że kiedy byli młodsi, wciąż pra­co­wali i na tę mło­dość nie mieli wcale czasu, więc te­raz nie prze­szka­dzały im ze­wnętrzne ob­jawy tego wieku w po­staci si­wi­zny czy zmarsz­czek.

- Nie - po­wtó­rzyła Ada - nie cho­dzi o pu­dła, ale o pracę. Prze­cież mo­żemy sami się tym za­jąć. Bę­dziemy od­cią­żać or­gany ści­ga­nia. Wie­cie, taka agen­cja dla lu­dzi! Dla sta­ru­szek i tak da­lej.

- Bę­dziemy pro­sty­tu­ować sta­ruszki?

- Nie, de­bilu, bę­dziemy roz­wią­zy­wać ta­kie pro­blemy, któ­rymi po­li­cja nie ma szans się za­jąć. Przyj­dzie sta­ruszka i zgłosi ja­kie­goś ame­ry­kań­skiego ge­ne­rała albo coś...

- Nie zgłosi, ona nie mia­łaby czym za­pła­cić.

- Na za­sa­dzie bar­teru mo­żemy dzia­łać. Ja­kie­go­kol­wiek, zresztą czego nam trzeba? Za­robku czy pracy?

- Pracy - po­wie­dział Hu­bert, a wszy­scy inni mu przy­tak­nęli.

- Ale o co cho­dzi z tą pracą? - Edzio, wy­soki, siwy, tro­chę zgar­biony, na­gle się wy­pro­sto­wał i oży­wił. - Że mo­gli­by­śmy wró­cić na po­ste­ru­nek?

- Nie, wró­cić się nie da, ale mo­żemy otwo­rzyć po­ste­ru­nek tu u nas.

- Nie­le­gal­nie?

- Oj tam, oczy­wi­ście, że le­gal­nie, wy z wa­szymi stop­niami do­sta­nie­cie li­cen­cje pry­wat­nych de­tek­ty­wów od ręki, a ja mogę otwo­rzyć bu­fet bez żad­nych ze­zwo­leń.

- A sa­ne­pid? - cze­pił się jak za­wsze dro­bia­zgowy Mun­dek.

- Od­wal się ze swoim sa­ne­pi­dem. To bę­dzie nasz pry­watny bu­fet. No to co? Dzia­łamy? Bez­płat­nie?

***

Lu­dzie, któ­rzy pró­bują coś ro­bić bez­płat­nie, stają przed dy­le­ma­tem na­tłoku. Bo mimo po­zo­rów tego, co za darmo, nikt nie sza­nuje. W pew­nym sen­sie, jak to mó­wią, da­ro­wa­nemu ko­niowi się w zęby nie za­gląda, a kra­dzione nie tu­czy, czyli in­nymi słowy mó­wiąc, sza­nuje się bar­dziej na­wet to, co kra­dzione, niż to, co dar­mowe.

Po kilku dniach i za­le­d­wie odro­bi­nie re­klamy szep­ta­nej mieli dość.

- Sześć­dzie­siąt trzy - oświad­czyła Ada smut­nym gło­sem.

- Co sześć­dzie­siąt trzy? - zdzi­wili się pa­no­wie pra­co­wi­cie od­gru­zo­wu­jący jej dom, czyli swoje przy­szłe miej­sce pracy.

- Zgło­sze­nia!

- Już? Prze­cież jesz­cze na­wet nie za­czę­li­śmy! To chyba do­brze? Choć sam nie wiem - po­wie­dział Edzio, który w tym mo­men­cie bar­dziej jed­nak był Edwar­dem, bo miał dość mar­sową minę.

- A ja wiem! To kosz­mar! - burk­nęła Ada.

- No ale prze­cież tego chcia­łaś?!

- Ja­sne, że chcia­łam, ale nie tak! Mamy zgło­sze­nie o wam­pi­rze w ogro­dzie miej­skim, do­nie­sie­nie na są­siada, który ca­łymi dniami pusz­cza z ta­śmy od­głosy re­montu, a re­montu wcale nie robi. Me­cha­niczne szcze­ka­nie psa po no­cach.

- Me­cha­niczne?

- No tak, po­dobno dla wku­rze­nia są­sia­dów o lo­so­wych go­dzi­nach włą­cza się szcze­ka­nie. Ża­den pies tam nie mieszka. I też od razu za­zna­czam, po­dobno.

Usia­dła zmę­czona, choć ona ro­biła naj­mniej ze względu na oboj­czyk.

- Jest do­nie­sie­nie, że Ku­siń­ska wy­ku­piła cały pa­pier to­a­le­towy ze sklepu i na nim spe­ku­luje. Coś o rep­ti­lia­nach i o No­wym Po­rządku Świata. Do­dat­kowo fry­zjerka oszu­kuje na far­bach, Ko­wa­lec chem­tra­ilsy w ziemi za­ko­puje i dla­tego ma do­rodne po­mi­dory, szcze­pionki spo­wo­do­wały au­tyzm u yorka Mal­winy Kie­rec­kiej, syn bur­mi­strza do­stał wy­sypki, bur­mi­strzowa są­dzi, że ktoś pod­ra­so­wał po­krzywy w celu spo­wo­do­wa­nia ob­ra­żeń u jej dziecka, Majka Ku­cicka po­dobno zo­stała za­chi­po­wana przez den­tystkę, a An­tek Pie­chota wi­dział UFO nad dys­ko­teką i zgło­sił, że ko­smici di­lują. Bez­sens!

- Bo dar­mowo.

Lu­dzie mu­szą w coś wie­rzyć i coś ro­bić, ale naj­chęt­niej do­pa­so­wują świat do swo­jej wi­zji, która bywa ogra­ni­czona za­zwy­czaj do ta­kich stwier­dzeń: "on to robi na złość" albo "to spi­sek prze­ciwko mnie", a na ko­niec "oni wszy­scy chcą mnie znisz­czyć", po­tem do­cho­dzą ko­smici i chem­tra­ilsy, ale w su­mie wszystko jest spe­cjal­nie i na złość. Ta­kie przy­pa­dło­ści się le­czy, ale lu­dzie le­czyć się nie chcą, bo stra­ci­liby sens ży­cia. Dla­tego teo­rie spi­skowe są ta­kie po­pu­larne i naj­pierw do­ty­czą rze­czy ma­łych, a po­tem się roz­ra­stają.

Bo naj­pierw to tylko są­siad tu­pie po no­cach, żeby ten z dołu nie mógł spać, a po­tem tu­pa­nie jest oznaką cze­goś więk­szego, to ma być ak­cja wy­nisz­cza­jąca, na nie­wy­spa­nie, a po­tem tu­pie cały blok. Po kilku ty­go­dniach całe mia­sto za­czyna tu­pać. I to jak? Bez­czel­nie. Tu­pią, idąc chod­ni­kami, tu­pią w mar­ke­tach, tu­pią w dys­kon­tach, na pocz­tach i w ban­kach, tu­pią, cho­dząc i sie­dząc. I taki wraż­liwy na to tu­pa­nie ma dwa wyj­ścia: albo zgło­sić to na po­li­cję z wia­do­mym skut­kiem, albo za­cząć się le­czyć.

Nie­stety na ogół wy­biera sie­kierę.

- To zna­czy?

- Jak będą mu­sieli za­pła­cić, to będą roz­waż­niejsi. Prze­cież nie wy­walą pie­nię­dzy na ko­smi­tów!

- No wiem, ale... Ale jak będą mu­sieli za­pła­cić, to nie przyjdą, jak nie ki­jem go, to pałą! Nie wiem, co ro­bić.

Ta­kie mie­cze obo­sieczne czę­sto na­prawdę są wku­rza­jące, szcze­gól­nie je­żeli cze­goś się bar­dzo pra­gnie. Była słynna sprawa nie­zna­nego au­tora kry­mi­na­łów pod­wod­nych, który na­pi­sał be­st­sel­ler i bar­dzo chciał go wy­dać, bo był prze­ko­nany, że pod­bije świat, nie­stety bał się, że wy­dawca go okrad­nie, po­rwie mu jego ge­nialny tekst i wyda go pod swoim na­zwi­skiem, a okra­dziony au­tor, nie ma­jąc dojść i zna­jo­mo­ści, nie bę­dzie mógł nic na to po­ra­dzić. Bał się za­ry­zy­ko­wać i tak oto świat zo­stał po­zba­wiony pierw­szego na świe­cie kry­mi­nału pod­wod­nego.

A au­tor osi­wiał i po­gryzł lap­topa z bez­sil­nej zło­ści, że oto wiel­kość zo­stała mu dana i ode­brana w jed­nej chwili.

- Prze­cież już wam mó­wi­łam! Weź­miemy bar­ter! No wie­cie, po daw­nemu. Osełka ma­sła, wy­tłoczka ja­jek... Co kto może, ale żeby czuł, że płaci - oświad­czył Hu­bert.

- Nikt te­raz ma­sła nie wy­ra­bia - burk­nęła Ada.

- Ale kon­fi­tury już tak. - Edzio ob­li­zał się ła­ko­mie.

- Nie ma to więk­szego sensu, ale jak tam chce­cie - zgo­dziła się Ada, przy­tło­czona sy­tu­acją. - Na po­czą­tek może za­nim coś, to po­wiem wam, czego się ostat­nio u fry­zjerki do­wie­dzia­łam.

Ta­kie bab­skie gadki na­wet w wy­da­niu Ady w mę­skim to­wa­rzy­stwie były nie do przy­ję­cia. Wszy­scy spo­dzie­wali się opo­wie­ści o od­ro­stach, si­wie­niu i far­bach zna­nej firmy, które spra­wiły, że jed­nej z klien­tek włosy wpa­dły w chiń­ską zie­leń, a druga pra­wie ośle­pła.

- Jezu - jęk­nął Edzio - i to ma na tym po­le­gać? Szlag mnie od tego trafi.

- Nic ci nie bę­dzie! No więc słu­chaj­cie. Wie­cie, że babka Ma­recka nie żyje?

***
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki