Gerda - Krzysztof A. Zajas

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Pierw­sze zej­ście pod zie­mię

luty-ma­rzec 1945

1

Naj­pierw usły­szała bu­cze­nie. Ni­skie, mru­kliwe, po­dobne do brzę­cze­nia psz­czół, które kie­dyś wy­ro­iły się dziad­kowi Wil­hel­mowi i la­tały jak zwa­rio­wane po ogro­dzie. Okrop­nie się wtedy bali. Bab­cia Hen­rietta za­mknęła ich w po­koju i za­bro­niła wy­cho­dzić, tłu­ma­cząc, że od dzie­się­ciu użą­dleń na­raz można umrzeć. A dzie­ciom da­leko do śmierci, mó­wiła, całe ży­cie przed wami. Sie­dzieli w sze­ścioro, oprócz niej młod­sze sio­stry: Anna, Ma­ria, Ka­tha­rina i Eli­sa­beth, oraz pię­cio­letni ku­zy­nek Otto od Stu­be­nau­erów. He­ike była wtedy jesz­cze ma­lutka i spała w sy­pialni ro­dzi­ców. Otto be­czał ze stra­chu i wo­łał, że chce siu­siu, bo ina­czej też umrze. Nie żar­tuj so­bie ze śmierci, kar­ciła go bab­cia.

Słowo "śmierć" wbiło się wów­czas jak ko­łek w dzie­cięcą du­szę Gerdy. I już tam zo­stało.

Der Tod. Gdyby wtedy wy­szła do ogrodu i wy­sta­wiła swoje ciało na brzę­czącą chmurę, spu­chłaby jak dmu­chana za­bawka i umarła. Nie po­zna­łaby ni­czego, co się póź­niej wy­da­rzyło. Póź­niej, czyli kiedy? W któ­rym roku wy­ro­iły się psz­czoły dziadka Wil­helma? W czter­dzie­stym pierw­szym, tak, na pewno. Tam­tego lata nie­zwy­cię­żona ar­mia nie­miecka ru­szyła na tych strasz­nych Ro­sjan, o któ­rych tu, we wsi, nie mó­wiono ina­czej niż z nie­na­wi­ścią. Cztery i pół roku temu. Miała nie­spełna dwa­na­ście lat i gdyby wtedy umarła od psz­czół, nie mu­sia­łaby dzi­siaj prze­ży­wać hań­bią­cego ich na­ród od­wrotu. Nie mu­sia­łaby z całą ro­dziną ucie­kać nie wia­domo do­kąd, wśród zło­wro­gich po­krzy­ki­wań: Bol­sche­wi­ken! Iwans!

To nie psz­czoły. Jest ostatni dzień lu­tego. Psz­czoły śpią w zi­mo­wym le­targu i obu­dzą się, kiedy już bę­dzie po wszyst­kim. Wy­gra­molą się z uli na krańcu ogrodu, od po­łu­dnia, gdzie słońce grzeje naj­moc­niej, i po­pa­trzą na nowy, po­wo­jenny świat. A w nim już nie bę­dzie Niem­ców, tylko ja­cyś inni lu­dzie. Pew­nie Po­lacy, może Ro­sja­nie. To bę­dzie cał­kiem inny świat; nie miała tylko po­ję­cia, jak bar­dzo inny.

Bu­cze­nie na­ra­stało. Sztywne, zmro­żone po­wie­trze za­fa­lo­wało, jakby na­gle od­ta­jało. Prze­tarła oczy. Wkoło za­le­gała bez­li­to­sna biel. Po ho­ry­zont i da­lej, aż do oło­wia­nego Ost­see, cią­gnęły się ca­łuny śnież­nych pól. Cze­kały na przy­ję­cie ciał wszyst­kich tych, któ­rzy nie prze­żyją. Wi­działa kie­dyś taki po­grzeb. Stary Ha­ase umarł sam, biedny i chory na ja­kąś za­raź­liwą cho­robę. Jego ciało za­wi­nięto w białe prze­ście­ra­dło i wrzu­cono do głę­bo­kiego dołu, a po­tem po­sy­pano wap­nem. Wtedy mama szep­nęła to słowo: Le­ichen­tuch. Ca­łun. Może mó­wiła o prze­ście­ra­dle, a może o tym kre­do­wym proszku, któ­rego dro­binki uno­siły się nad ło­patą gra­ba­rza Grund­manna.

Kiedy sa­mo­loty wy­pa­dły na­gle zza le­si­stego wznie­sie­nia, ze­sko­czyła z drogi do rowu i przy­warła do ja­wo­ro­wego pnia. Gołe drzewa, bez li­ści, prze­świ­ty­wały na wy­lot i by­stry strze­lec po­kła­dowy mógł ją wy­pa­trzyć. Sku­liła się. Zimny i su­chy od mrozu pień przy­po­mi­nał ka­mień. Po obu stro­nach drogi stało ich kil­ka­dzie­siąt, nie­mych świad­ków jej wa­riac­kiego wy­czynu z wra­ca­niem do wsi po Reksa i od­pro­wa­dza­niem go na sta­tek w Rügen­walde, a stam­tąd da­lej na za­chód. Prze­cież pies też ma prawo do ucieczki, tak jak czło­wiek. Byle da­lej od strasz­li­wego słowa Bol­sche­wi­ken.

Szpa­ler ja­wo­rów przy dro­dze z He­ins­dorf do Schlawe sa­dził jesz­cze oj­ciec dziadka. "Wszy­scy sa­dzą kasz­tany albo lipy, a my bę­dziemy mieli aleję ja­wo­rową", po­wta­rzał jego słowa Opa Willi, gdy z sio­strami wy­słu­chi­wały opo­wie­ści o tym, jak to kie­dyś na Po­mo­rzu było wspa­niale i jak wszystko scho­dzi na psy. Skrzy­wiła się. Ona te­raz też ze­szła na psy. Na jed­nego psa, Reksa.

Trzy. Le­ciały ni­sko. Nad wsią wzięły ostry za­kręt i ru­szyły wprost na nią. Wcze­śniej już wiele razy wi­działa sa­mo­loty, ale za­wsze były to sa­mo­loty nie­miec­kiej Luft­waffe, ich sa­mo­loty. Ma­chała do nich ra­do­śnie czer­wo­nymi cho­rą­giew­kami z czarną swa­styką. Miały przy­nieść im zwy­cię­stwo i za­wsze chro­nić przed ta­kimi jak te trzy, które su­nęły te­raz nad drogą, żeby wy­pło­szyć dziew­czynę spod drzewa i za­bić. Przy­ci­snęła po­li­czek do zim­nej kory. Ukryj mnie, ja­wo­rze. Pra­dziadku, który umar­łeś dawno temu i le­żysz w tej ziemi, ochroń mnie.

Huk roz­ry­wa­nego śmi­głami po­wie­trza prze­to­czył się nad jej głową i po­mknął da­lej na pół­noc. Ode­tchnęła z ulgą, a po­tem na­gle zro­zu­miała. Boże, tylko nie to! Wy­sko­czyła na bru­ko­wany trakt i rzu­ciła się do biegu. Trzeba ich ostrzec! Po­de­szwa buta uje­chała na ob­lo­dzo­nym ka­mie­niu i Gerda upa­dła na ko­cie łby. W ko­la­nach eks­plo­do­wał ból. Po­de­rwała się, ale stłu­czone nogi od­mó­wiły współ­pracy. Upa­dła znowu. Le­żała na środku drogi z pię­ścią wci­śniętą w usta. Za­gry­zła ją z ca­łej siły. Za­biją ich! Wszyst­kich za­biją! Usły­szała se­rię z ka­ra­bi­nów. I po­tężną eks­plo­zję. Jęk­nęła.

Długo szu­kała w so­bie sił, żeby wstać. Od ka­mieni szedł lo­do­waty chłód. Ko­lana sztyw­niały i pie­kły świe­żymi ra­nami w prze­tar­ciach weł­nia­nych raj­tuz. To było jak ogień pło­nący mro­zem. Nie wsta­nie, bę­dzie le­żeć na środku drogi, aż ją znajdą ci nowi lu­dzie, któ­rzy mają ob­jąć ich zie­mię we wła­da­nie. Umrze na dro­dze. Ta wojna jest jed­nym wiel­kim umie­ra­niem po­środku drogi.

Za­mknęła oczy i po­szu­kała w my­ślach cze­goś do­brego, cie­płego, co chcia­łaby za­pa­mię­tać na wiecz­ność, kiedy tru­pio­bia­łymi po­lami przyj­dzie tu po nią Pan Śmierć. Ich bin der Tod, jak mó­wił oj­ciec chrzestny w ba­śni. Tak nie­dawno, za­le­d­wie ty­dzień temu, czy­tała ją do snu sze­ścio­let­niej He­ike z gru­bej książki braci Grimm. Mała do­stała ją pod cho­inkę i od tej pory nie chciała spać bez czy­ta­nia. W jej otwar­tych oczach tam, na wo­zie, nie było prze­ra­że­nia ani zdu­mie­nia, tylko otu­cha. Tak, Gerda, idź, uwol­nij go! Pulch­niutka i za­wsze cie­plutka He­ike, do któ­rej Gerda uwiel­biała się tu­lić, żeby ogrzać zgra­białe dło­nie, gdy po­mor­skie chłody przy­cho­dziły wcze­śnie i oj­ciec jesz­cze nie pa­lił w piecu, a mama nie kwa­piła się z wyj­mo­wa­niem ze skrzyni zi­mo­wych pie­rzyn.

Idę. Bie­gnę.

Reks zo­stał na łań­cu­chu i za­raz zdech­nie z głodu. Mniej wię­cej taki im­puls przed go­dziną pchnął ją do tego, by pu­ścić uzdę Carla, jed­nego z dwóch siw­ków cią­gną­cych wóz ze stertą be­tów oraz bab­cią Hen­riettą i małą He­ike, i krzyk­nąć, że wraca po niego. Oj­ciec naj­pierw jej su­rowo za­bro­nił, po­tem na­zwał idiotką i do­dał, że idzie na pewną śmierć. "Ucie­kamy, żeby prze­żyć, a ty, ty...!", go­to­wał się. Wresz­cie ude­rzył ją w twarz. Chyba nie za­mie­rzała na­prawdę wra­cać, ra­czej cho­dziło jej o wy­krzy­cze­nie ca­łego tego kosz­mar­nego ab­surdu z pa­ko­wa­niem, ucie­ka­niem, po­rzu­ca­niem domu i wle­cze­niem się w śniegu i mro­zie. Co za róż­nica, gdzie spad­nie na nich to, co i tak musi spaść? Bała się i ten strach nie zo­stał tam, w ko­lum­nie ucie­ki­nie­rów, tylko szedł ra­zem z nią. Nie od­pusz­czał. I już nie od­pu­ści.

Wy­mie­rzony przez ojca po­li­czek zmie­nił ka­prys w po­sta­no­wie­nie. Za­wró­ciła do wsi.

Zo­sta­wiła ich na szo­sie; oj­ciec coś gar­dło­wał, ale nie po­biegł za nią, choć w du­chu na to li­czyła. Miał nogę prze­strze­loną w ko­la­nie, dla­tego zwol­nili go z frontu do domu, i te­raz cho­dził, mocno ku­le­jąc. Nie po­tra­fił bie­gać. Je­śli nie on, to kto­kol­wiek, może na­wet syn kie­row­nika poczty, Jo­seph Mül­ler, z któ­rym tań­czyła w stycz­niu na za­ba­wie w re­mi­zie stra­żac­kiej. Nie, nikt się za nią nie ru­szył. Są­sie­dzi gde­rali, że nie ma czasu na pa­nień­skie ka­prysy, więc oj­ciec świ­snął ba­tem, po swo­jemu za­ci­ska­jąc zęby, i cała ko­lumna ru­szyła da­lej. Jesz­cze bab­cia Hen­rietta za­wo­łała: "Gerda!", ale słabo. Jakby wcale nie chciała jej za­trzy­mać, tylko po­że­gnać. W biegu od­wró­ciła głowę. Bab­cia i mała He­ike pa­trzyły za nią w mil­cze­niu, z sze­roko otwar­tymi oczami. Za­wa­hała się. Po­bie­gła. To tylko parę ki­lo­me­trów, za­raz wróci. Front był jesz­cze da­leko. Tak mó­wiono.

Wie­działa, że robi głu­pio, ale co z tego wszyst­kiego do­koła nie było głu­pie?

Ko­cie łby pa­rzyły w po­li­czek. Z tru­dem pod­nio­sła głowę. Brzę­cze­nie osła­bło, da­leki huk sa­mo­lo­tów ule­ciał w niebo. Wstała. Po­tłu­czone ko­lana już na­wet nie bo­lały, tylko po pro­stu zni­kły. Mię­dzy udami a sto­pami nie czuła w ogóle ciała, nogi przy­po­mi­nały dwie be­to­nowe pod­pory. Nie zwra­cała na nie uwagi. Nad­sta­wiła uszu. Ci­cho. Bar­dzo ci­cho. Wszy­scy zgi­nęli. Nie, to nie­moż­liwe. Nie da się za­bić ca­łej wsi w parę mi­nut. Na pewno prze­żyli i zbie­rają się do drogi. Stra­cili tro­chę czasu i mu­szą się spie­szyć. Ona rów­nież. Nikt nie chciał zo­stać we wsi po tym, jak do­tarli do niej ucie­ki­nie­rzy z Prus Wschod­nich i opo­wia­dali, co na zdo­by­tych nie­miec­kich te­re­nach wy­pra­wia Ar­mia Czer­wona. Na wszyst­kie spo­soby od­mie­niano słowa Ver­ge­wal­ti­gung i Miss­brauch. Mgli­ście do­my­ślała się, co zna­czą, ale na­prawdę prze­stra­szyła się do­piero, kiedy za­py­tana o nie bab­cia od­parła: "Le­piej, dziecko, że­byś nie wie­działa".

Po­tarła rę­kami uda i obite ko­lana, żeby przy­wró­cić w nich krą­że­nie, szara wełna rę­ka­wi­czek za­bru­dziła się na bor­dowo. Zro­biła dwa kroki - da się iść. Ob­lo­dzone ko­cie łby, któ­rych pa­rzące piętno czuła na­dal na po­licz­kach, przy­wró­ciły jej jaką taką rów­no­wagę. Na za­cho­dzie mroźny dzień zbie­rał się do si­no­fio­le­to­wego fi­nału, jesz­cze chwila i za­cznie się ściem­niać. Ależ jest głu­pia, prze­cież i tak nie zdąży! Ob­cią­gnęła płaszcz, po­pra­wiła prze­krzy­wioną czapkę i ru­szyła na pół­noc. Re­zy­gnuje. Za go­dzinę po­winna ich do­go­nić.

W miej­scu osa­dziło ją szcze­ka­nie. Było od­le­głe i cien­kie jak pisk my­szy. Nie szcze­ka­nie, ale za­wo­dze­nie; mimo to prze­szyło ją na wy­lot. Na­tych­miast je roz­po­znała. Od­wró­ciła się. Wieża ko­ścioła była na wy­cią­gnię­cie ręki, bli­sko, nie da­lej niż kwa­drans bie­giem, o ile jej ko­lana po­dejmą się ta­kiego wy­zwa­nia. Spoj­rzała na za­chód, gdzie jesz­cze tro­chę i czer­wona twarz słońca oprze swoją po­si­nia­czoną brodę na li­nii lasu. Na pół­noc, gdzie pa­no­wała bez­li­to­sna ci­sza. Na wschód, skąd do­cho­dziło da­le­kie dud­nie­nie ar­ty­le­rii. I znowu na po­łu­dnie, gdzie za­wo­dził po­rzu­cony przez go­spo­da­rzy pies. Jej Reks.

Jest dzielna, naj­star­sza z szóstki, pra­wie jak syn. Da radę.

Po­bie­gła do wsi.

Ko­lana się roz­ru­szały i te­raz bie­gła raź­niej, czu­jąc roz­cho­dzące się pod płasz­czem cie­pło. Cie­pło to ży­cie. Bę­dzie żyła. Oni też na pewno prze­żyli, a te­raz bar­dzo się mar­twią, bo zro­biła głu­pio, wra­ca­jąc do He­ins­dorf z po­wodu psa, ale za­raz to wszystko na­prawi i do nich wróci. Reks jest sil­nym i mą­drym psem, w ra­zie po­trzeby mógłby ją na­wet po­cią­gnąć na san­kach. Wiele razy tak się ba­wiła. Oj­ciec od­pi­nał z łań­cu­cha Reksa i za­przę­gał par­cia­nym pa­sem do sa­nek, na które kładł koc, żeby dzie­ciom było cie­plej, i otwie­rał wrota na scho­dzącą ku do­li­nie łąkę. Pierw­sza za­wsze je­chała Ana i kwi­czała przy tym z ra­do­ści jak pro­sia­czek. Oj­ciec śmiał się gło­śno.

Oj­ciec. Jo­hann Lieb­ner. Ude­rzył ją, bo mu­siał, są­sie­dzi przy­glą­dali się, jak ra­dzi so­bie z wy­cho­wy­wa­niem sze­ściu có­rek. W ca­łej ko­lum­nie uchodź­ców, wśród star­ców, ko­biet i dzieci, jako in­wa­lida wo­jenny był je­dy­nym męż­czy­zną w sile wieku. Przy­szło jej do głowy, że stąd brała się jego su­ro­wość: miał sześć có­rek i żad­nego syna, któ­rego mógłby w swoim imie­niu po­słać na front. A ona, Gerda, była naj­star­sza. Miała być naj­star­szym sy­nem, czyli tym sil­nym, od­waż­nym i od­po­wie­dzial­nym, kimś, kto w trud­nych sy­tu­acjach po­trafi zdo­być się na po­świę­ce­nie. W ra­diu bęb­niono o tym na okrą­gło. No to się zdo­była. Ktoś mu­siał zro­bić po­prawkę w ich do­brze zor­ga­ni­zo­wa­nym i upo­rząd­ko­wa­nym wy­mar­szu, do któ­rego wkradł się drobny błąd. Pa­dło na nią.

Wbie­gła mię­dzy pierw­sze go­spo­dar­stwa. Ścieżka na prze­łaj, przez stary ogród Groh­lów, i po­tem da­lej za do­mami, żeby nie pa­ra­do­wać środ­kiem ulicy. Groh­lo­wie pro­wa­dzili we wsi sklep i nie mieli czasu zaj­mo­wać się pie­lę­gno­wa­niem go­spo­dar­stwa, więc płot był stary i dziu­rawy, znała w nim każde przej­ście. Ga­niały tędy z sio­strami setki razy. Mi­nęła jedno obej­ście, dru­gie, ni­g­dzie ni­kogo. Tylko dłu­gie cie­nie trzy­mały da­remną straż mię­dzy opusz­czo­nymi do­mami. Czarny kot z ku­rzym skrzy­dłem w py­sku ze­sko­czył z wiel­kiego becz­ko­wozu na zie­mię i ma­sze­ro­wał nie­spiesz­nie przez po­dwó­rze Stu­be­nau­erów. Mitzi, za­wo­łała, Mitzi, hier! Kotka za­trzy­mała się, po­pa­trzyła na nią z wa­ha­niem, jakby roz­strzy­gała po­ważny dy­le­mat, i do­stoj­nie ru­szyła da­lej. Zni­kła w szo­pie. Ger­dzie prze­mknęło przez głowę, że wła­ści­wie ją też po­winna za­brać, w końcu kot nie jest gor­szym do­mow­ni­kiem od psa, ale szybko od­rzu­ciła ten po­mysł. Nie pój­dzie do Rügen­walde z ca­łym zwie­rzyń­cem, jak ja­kiś święty Fran­ci­szek, bo prze­cież na Mitzi się nie skoń­czy. Jakby w od­po­wie­dzi roz­sz­cze­kały się oko­liczne psy, a ona w ich uja­da­niach sły­szała prośby i bła­ga­nia: mnie też weź! I mnie! I mnie! Nie mo­gła ich za­brać, ale po­sta­no­wiła w dro­dze po­wrot­nej od­piąć kilka z łań­cu­chów. Niech bie­gną i spró­bują prze­żyć. Tak jak ona.

Wśród psiego ja­zgotu wy­cie Reksa było inne. Te­raz już gło­śne i roz­pacz­liwe, jakby wie­dział, że ona jest bli­sko, i tym na­tar­czy­wiej wo­łał o po­moc. Przy­spie­szyła kroku. Wpa­dła na po­dwórko i zdzi­wiła się, że spod budy nie sko­czył ku niej roz­ra­do­wany biały szpic o fan­ta­zyj­nie wy­wi­nię­tym ku gó­rze ogo­nie i ster­czą­cych uszach. W ogóle go nie było. Zwol­niła i ro­zej­rzała się nie­pew­nie. Gdzie on jest? Wtedy znowu za­skam­lał.

Był nie­wi­doczny. Pod ścianą sto­doły le­żały rzu­cone byle jak na­rzę­dzia rol­ni­cze: czte­ro­ski­bowy pług, prze­wra­carka do siana, ko­siarka McCor­mick z dłu­gim me­ta­lo­wym dy­sz­lem i zę­bami jak u smoka. Przed nimi pię­trzyła się sterta drew­nia­nych bron z me­ta­lo­wymi zę­bami, od lat nie­uży­wa­nych, bo oj­ciec trzy­mał je już chyba tylko z sza­cunku do tra­dy­cji albo po pro­stu ze skąp­stwa. Nor­mal­nie cały ten park ma­szy­nowy stał pod wiatą, ale trzeba go było usu­nąć, żeby wy­do­być ob­szerny wóz dra­bi­nia­sty, na który po­tem wszystko za­ła­do­wali. Oj­ciec wy­wlókł brony i rzu­cił je tam, gdzie mu było naj­wy­god­niej, my­śląc o szyb­kim, spraw­nym wy­jeź­dzie, a nie o bez­pie­czeń­stwie psa na łań­cu­chu.

Reks tkwił mię­dzy nimi. Po­nad kra­tow­nicę be­lek wy­sta­wały tylko białe uszy, tu­łów za­trzy­mał się w po­ło­wie, a łapy ob­su­nęły się ni­żej i grze­bały w po­wie­trzu, pró­bu­jąc zła­pać punkt pod­par­cia. Kiedy pies wy­czuł Gerdę na po­dwó­rzu, za­wył roz­dzie­ra­jąco i szarp­nął się w górę. Ude­rzył łbem w belkę i za­sku­czał prze­cią­gle. Jego łań­cuch za­plą­tał się w kolce bron. Spró­bo­wała pod­nieść wierzch­nią bronę, jej cię­żar znacz­nie prze­kra­czał jed­nak moż­li­wo­ści szes­na­sto­let­niej dziew­czyny. Zwie­rzę za­wyło. Reks, pie­sku, spo­koj­nie. Ci­cho już, ci­cho. Za­raz cię wy­cią­gnę.

Po­trze­bo­wała dźwi­gni i pod­pórki. Przy­cią­gnęła spod ściany gruby drąg, we­pchnęła go mię­dzy brony, od­pięła łań­cuch od ob­roży i pod­wa­żyła kra­tow­nicę. Unio­sła się, jest do­brze. Pies usi­ło­wał sam się wy­gra­mo­lić, ale na­tych­miast jęk­nął i opadł. Pod­sta­wiła drąg pod unie­sioną bronę i ostroż­nie ujęła psi kor­pus. Reks prze­stał wyć i li­zał ją po ręce. No już, psiaku, jesz­cze tro­chę. Chodź. Szarp­nęła i psi­sko wark­nęło. Kuc­nęła. Zaj­rzała pod brony i zro­zu­miała. Przed­nia łapa Reksa wy­gi­nała się pod nie­na­tu­ral­nym ką­tem, wci­śnięta mię­dzy dwa me­ta­lowe ra­dełka. Przy każ­dym po­ru­sze­niu ostrze jed­nego z nich wrzy­nało się w otwartą ranę. Pchnęła unie­sioną bronę na ścianę sto­doły i po­ło­żyła się plac­kiem na zdra­dli­wej ster­cie. Się­gnęła w głąb kar­ko­łom­nej kon­struk­cji, by po omacku zba­dać sy­tu­ację. Reks war­czał i sku­czał na prze­mian. Miała ochotę ro­bić to samo, ale była naj­star­sza i dzielna. Trzeba so­bie ra­dzić. Pcha­jąc łapę w dół, uwol­niła ją z nie­bez­piecz­nego ostrza, które ster­czało te­raz czer­wone od psiej krwi. Reks w od­ru­chu obron­nym prze­krzy­wił łeb i kłap­nął ją zę­bami w bark. Syk­nęła z bólu. Spo­koj­nie, pie­sku. Kiedy pod­jęła go pod boki i ostroż­nie unio­sła, jęk­nął nie­mal ludz­kim gło­sem, ale już ci­cho, zgo­dli­wie. Naj­ostroż­niej, jak umiała, wzięła go na ręce, zsu­nęła się z nim na zie­mię i po­sta­wiła na śniegu. Stał na trzech ła­pach, li­żąc czwartą, która wy­krę­cała się na ze­wnątrz jak uschnięta ga­łąź. Pod­niósł łeb, po­pa­trzył na nią smutno i po­li­zał ją po rę­ka­wiczce uwa­la­nej krwią z jej roz­bi­tych ko­lan, jakby chciał ją prze­pro­sić za cały ten ba­ła­gan. Po­gła­skała go, on za­skam­lał. Dwoje fe­ral­nych wiel­bi­cieli wol­no­ści. Cią­gnię­cie sa­nek dia­bli wzięli. Przy­tu­liła twarz do ku­dła­tego łba i szep­nęła do psiego ucha: no już, ko­chany, już. Damy radę.

Do­piero te­raz się roz­pła­kała.

2

Za­nio­sła go do kuchni. Łapa była zła­mana i po­ka­le­czona kol­cami, a do­dat­kowo po­szar­pana do krwi tuż przy tu­ło­wiu. Wy­glą­dało na to, że pies w przy­pły­wie de­spe­ra­cji pró­bo­wał ją so­bie od­gryźć, bo Gerda roz­po­zna­wała re­gu­larny ślad kłów. Uło­żyła go na sta­rym kocu i przy­ka­zała grzecz­nie le­żeć. Pies po­tul­nie usłu­chał, a ona my­ślała, co da­lej. Po­dwó­rze po­sza­rzało, od wschodu i pół­nocy świat za­le­wała nie­ubła­gana ciem­ność, która zimą za­pada za­wsze zbyt szybko i za­ska­kuje lu­dzi w środku ro­boty. Z tru­dem po­wstrzy­mała płacz. Te­raz już nie ma od­wrotu. Trudno, pójdą do Schlawe po ciemku i je­śli nie do­go­nią ko­lumny przed nocą, prze­śpią się w mie­ście, gdzie na pewno jest sporo opusz­czo­nych miesz­kań, a rano ru­szą da­lej. Zdążą, na pewno zdążą. Po­gła­skała Reksa po pu­szy­stej bia­łej sier­ści. Prze­stał sku­czeć i z wy­wa­lo­nym ję­zo­rem grzecz­nie cze­kał na roz­wój wy­da­rzeń. Zu­peł­nie jakby wie­dział, że je­śli chce prze­żyć, musi być po­słuszny i we wszyst­kim słu­chać się Gerdy. Bab­cia Hen­rietta lu­biła mó­wić, że Reks jest naj­mą­drzej­szy z wszyst­kich psów, ja­kie miała w ży­ciu. Sły­szysz? Ty je­steś po­słuszny, a ja ci po­mogę. Że­by­śmy tylko zdą­żyli. Zdą­żymy, prawda, pie­sku?

Od­po­wie­dział jej głu­chy grzmot, po­tem drugi i ko­lejne. Gdyby było lato, mo­głaby się łu­dzić, że to bu­rza, ale była środa, dwu­dzie­sty ósmy lu­tego, a psz­czoły dziadka Wil­helma wciąż spały w ulach na końcu ogrodu. To front. Lęk ją otrzeź­wił, po­de­rwała się z pod­łogi i za­częła ner­wowo szu­kać cze­goś, co nada­łoby się do usztyw­nie­nia łapy. Jej wzrok padł na mio­tłę w ką­cie. Przy­mie­rzyła ją do zła­ma­nej nogi i no­żem na­cięła kij tam, gdzie dłu­gość wy­dała jej się od­po­wied­nia. Po­tem po­głę­biła na­cię­cie na­około i prze­ła­mała na udzie. Twardy bu­kowy kij pękł rów­niutko. Do­brze, tem­blak już miała, po­trze­bo­wała jesz­cze ban­daży. Przy­po­mniała so­bie, jak mama z bab­cią mó­wiły, że żoł­nie­rze na fron­cie ro­bią ban­daże ze sta­rych szmat i że gdyby mo­gły, po­sła­łyby im wszyst­kie swoje prze­ście­ra­dła. Po­bie­gła do sy­pialni i jed­nym szarp­nię­ciem otwarła ko­modę z po­ścielą. Za­pach na­kroch­ma­lo­nego płótna ude­rzył ją w noz­drza, serce się ści­snęło.

Usia­dła na łóżku ro­dzi­ców i przy­tknęła do twa­rzy wiel­kie, sztywne prze­ście­ra­dło. Boże je­dyny, to jest mój dom? Ten sam, w któ­rym spę­dzi­łam całe swoje szes­na­sto­let­nie ży­cie? I te­raz tak po pro­stu trzeba go zo­sta­wić? Prze­cież in­nego już nie bę­dzie miała! Otarła prze­ście­ra­dłem łzy. Wszystko na nic, całe to jej wa­riac­kie bie­ga­nie tam i z po­wro­tem pro­wa­dzi do­ni­kąd. Nie ma już tego świata, w któ­rym mama kroch­ma­liła płó­cienną po­ściel i po­tem Gerda ukrad­kiem mięła ją przed ob­łó­cze­niem, żeby tro­chę zmię­kła. Nie ma, a ona żad­nego in­nego nie po­trze­buje. Le­piej już było umrzeć od psz­czół. Jej ży­cie i tak ni­gdy dla ni­kogo nie miało zna­cze­nia. I tak wszystko prze­grane.

Za oknem ciem­ność za­dud­niła groź­nie, w sy­pialni ro­dzi­ców rów­nież roz­pa­no­szył się wie­czorny mrok. Z tego po­śpie­chu nie za­pa­liła świa­tła, nie była zresztą pewna, czy w ogóle jest jesz­cze prąd. Wstrzą­snął nią chłód. Pies w kuchni na­gle za­skam­lał gło­śno, ale jakby ina­czej, bar­dziej ra­do­śnie. Unio­sła za­pła­kaną twarz i zo­ba­czyła, że w drzwiach stoi chło­piec.

- Gerda?

- Otto? - krzyk­nęła, zry­wa­jąc się z łóżka. - Co tu ro­bisz?

Otto Stu­be­nauer się­gnął do kon­taktu i prze­krę­cił ba­ke­li­towy włącz­nik. Sy­pial­nię za­lało żółte świa­tło. Stał w progu w zi­mo­wym ko­żuszku z fu­trza­nym koł­nie­rzem i w ob­le­pio­nej śnie­giem weł­nia­nej czapce na gło­wie. Uśmie­chał się. Pod­biegł do niej i mocno ob­jął ją w pa­sie.

- Gerda! Już się ba­łem, że cię nie znajdę.

Zdzi­wiona od­wza­jem­niła uścisk. Na­gle od­czuła nowy strach - że nie da rady opie­ko­wać się i cho­rym psem, i ku­zy­nem. Zginą całą trójką, a ją przed śmier­cią czeka jesz­cze to po­tworne Ver­ge­wal­ti­gung.

- Po co przy­sze­dłeś? - spy­tała, kiedy już ją pu­ścił.

- Żeby ci po­móc - od­po­wie­dział re­zo­lut­nie i po­gła­dził ją po ręce. Oboje drżeli.

- Przy­sze­dłeś sam?

- Ana i Ma­ria też chciały biec, ale wu­jek Jo­hann je za­trzy­mał i ka­zał wła­zić na wóz, a babci Hen­riet­cie i cioci po­wie­dział, żeby je pil­no­wały. Wszyst­kie dzieci pła­kały, a lu­dzie z in­nych wo­zów krzy­czeli. Chcieli już iść da­lej, po­dobno ja­kiś spe­cjalny sta­tek czeka w Rügen­walde. Gdzie jest Reks?

- W kuchni. Ma zła­maną łapę, wpadł na brony. A ty? Cie­bie nie za­trzy­my­wali?

- Za­trzy­my­wali, ale skła­ma­łem, że idę na siku w krzaki, i stam­tąd po­bie­głem przez pola do He­ins­dorf. Wi­dzia­łaś te sa­mo­loty? Strze­lały do nas, ale krótko, i po­le­ciały da­lej, chyba na Schlawe. Straszny krzyk się pod­niósł. Chodź, trzeba wra­cać!

Po­cią­gnął ją za rękę, a ona po­słusz­nie po­szła za nim, oszo­ło­miona nie­ocze­ki­wa­nym ob­ro­tem rze­czy. Mały Otto przy­biegł, żeby jej po­móc. Sza­leń­stwo, ale ja­kieś ta­kie... do­bre. Strach od­pełzł na chwilę i po­czuła wielką, nie­wy­sło­wioną ulgę, że już nie jest sama z tym zim­nym, po­ła­ma­nym świa­tem. Bli­skość dru­giego czło­wieka, choćby i dzie­się­cio­let­niego ku­zyna Ot­tona Stu­be­nau­era, była może naj­lep­szą od­po­wie­dzią na tę peł­znącą od wschodu ciem­ność i za­razę, po­sy­paną wap­nem zmro­żo­nego śniegu.

Kiedy prze­szli do kuchni i włą­czyła pstryk­nię­ciem świa­tło tak, jak ro­biła to setki razy przez te wszyst­kie he­ins­dor­fskie lata, znowu do­pa­dło ją po­czu­cie nie­rze­czy­wi­sto­ści. Prze­cież to nie­moż­liwe! Dom na­dal stoi, me­ble cze­kają, łóżko po­ście­lone, świa­tło w kuchni się pali - a oni to po­rzu­cili i ucie­kają. Do­kąd? Po co?

Po­moc Ot­tona znacz­nie przy­spie­szyła całą ope­ra­cję. Po­darli prze­ście­ra­dło na po­dłużne pa­ski, przy­go­to­wali ki­jek oraz ta­siemki i za­brali się do na­sta­wia­nia zła­ma­nej ko­ści. Gerda ca­łym cia­łem przy­warła do Reksa, łeb schwy­ciła w obie ręce i głasz­cząc, szep­tała uspo­ka­ja­jąco do psiego ucha, pod­czas gdy jej ku­zyn pró­bo­wał we­pchnąć od­sta­jący pisz­czel na swoje miej­sce. Ci­cho, pie­sku, za­boli, a po­tem już bę­dzie do­brze. Ci­cho, ciii, ciii. Chyba ro­zu­miał, bo z otwar­tego py­ska do­by­wał się je­dy­nie słaby jęk. Ludzki.

Mały Otto zdu­miał ją swoim opa­no­wa­niem. Do­piero co trząsł się ze stra­chu i pod­nie­ce­nia, a przy na­sta­wia­niu ko­ści po­tra­fił się skon­cen­tro­wać jak pro­fe­sjo­nalny we­te­ry­narz. Wie­działa, że lu­bił zwie­rzęta i za­wsze ja­kieś ho­do­wał w klat­kach za sto­dołą, nie są­dziła jed­nak, że ta pa­sja prze­kłada się na aż taką spraw­ność. Chło­piec lewą ręką ujął łapę od góry, a prawą de­li­kat­nie ob­ma­cy­wał zła­ma­nie, szu­ka­jąc od­po­wied­niego punktu. Kiedy go zna­lazł, pchnął wy­sta­jący pisz­czel kciu­kiem i usztyw­nił ca­łość za­ci­śnię­tymi pal­cami obu dłoni. Psem wstrzą­snął na­gły ból, Gerda przy­trzy­mała go z ca­łej siły - i w kilka se­kund było po wszyst­kim.

- Po­winno być równo - oznaj­mił Otto spo­koj­nym i pew­nym gło­sem, jakby całe ży­cie nic in­nego nie ro­bił, tylko na­sta­wiał psom zła­mane koń­czyny. Reks z za­sko­cze­nia rów­nież prze­stał ję­czeć i pa­trzył na nich w oszo­ło­mie­niu.

- Skąd ty umiesz ta­kie rze­czy? - spy­tała zdzi­wiona.

- Nie umiem - od­parł. - Na­uczy­łem się te­raz. Skła­da­łem kie­dyś skrzy­dło kawki, ale to było co in­nego. Przy­trzy­maj tem­blak.

Przy­po­mniała so­bie kawkę o imie­niu Hilda, którą chło­piec fak­tycz­nie pie­lę­gno­wał w ubie­głym roku i która pew­nego dnia od­le­ciała, by ni­gdy wię­cej nie wró­cić. Zu­peł­nie jak ona - od­leci stąd i ni­gdy wię­cej nie wróci. Sza­leń­stwo.

Przy­sta­wiła przy­cięty ki­jek do psiej nogi, a Otto przy­wią­zał go ta­siem­kami, zręcz­nie omi­ja­jąc rany i otar­cia na skó­rze. Po­tem za­brali się do owi­ja­nia łapy ban­da­żami, od tu­ło­wia aż do łok­cia, a po skoń­czo­nej ro­bo­cie ka­zali psu wstać. Sta­nął na trzech ła­pach, tę usztyw­nioną pod­gi­na­jąc do tyłu, i nie­zdar­nie pod­szedł do mi­ski. Dwa razy pod­parł się ki­ku­tem, jęk­nął z ci­chą pre­ten­sją do swego psiego losu i za­czął gło­śno chłep­tać wodę.

Klę­cząc obok niego, Gerda ob­jęła Ot­tona za szyję i uca­ło­wała w po­li­czek.

- Taka ci je­stem wdzięczna. Już my­śla­łam, że tu zo­stanę i zdech­niemy oboje na środku po­dwó­rza, Reks i ja, dwa za­po­mniane by­dlątka z bau­er­skiego do­bytku Lieb­ne­rów.

- Coś ty, Gerda.

- Na­prawdę, Otto. Wiesz, gdy sta­nę­łam w progu domu i uświa­do­mi­łam so­bie, jak straszną głu­potę zro­bi­łam...

- To wcale nie była głu­pota!

- Była. Do tego ta zła­mana łapa. I że je­stem sama...

- Prze­cież wiesz, że ja... ni­gdy bym cię nie zo­sta­wił - wy­pa­lił i na­tych­miast spu­ścił wzrok.

Przyj­rzała mu się.

- Otto...

Chło­piec nie pa­trzył na nią, na­gle za­jęty pil­nym zbie­ra­niem bia­łych ni­tek z pod­łogi, jakby te­raz naj­waż­niej­sza była czy­stość w kuchni. Chciała po­wie­dzieć coś mi­łego, cie­płego; żal jej się zro­biło tego chłopca i jego śmiesz­nych od­ru­chów, ale od wschodu znowu za­dud­niła głu­cha ka­no­nada.

- Chodź, Otto, mu­simy wra­cać. My­ślisz, że da radę tak iść? - spy­tała, wska­zu­jąc głową chłep­czą­cego psa. Jakby w od­po­wie­dzi Reks prze­kuś­ty­kał osten­ta­cyj­nie całą kuch­nię i usiadł przed ciem­nym kre­den­sem, ob­li­zu­jąc pysk.

- Sama wi­dzisz - od­parł Otto, zdmu­chu­jąc z pal­ców kępkę ni­tek.

Po­gła­dziła go po gło­wie.

- Je­steś ko­cha­nym chłop­cem, Otto. A ja je­stem strasz­nie głodna. Weźmy coś do je­dze­nia na drogę i za­bie­rajmy się stąd. Iwany idą, jak mówi twój tata. Po­szu­kaj sa­nek w szo­pie i rzuć kro­wom siana, tyle, ile unie­siesz. I tak je za­biją, ale przy­naj­mniej nie będą zdy­chać z głodu.

Otto wy­biegł za­do­wo­lony, że nie musi już się przed nią czer­wie­nić, a ona po­szła do spi­żarni po je­dze­nie. Wę­dzo­nek i se­rów nie było, mama wszystko spa­ko­wała na wóz, ale zo­stały słoje z we­ko­wa­nym mię­sem. Wzięła dwa do płó­cien­nej torby, do­rzu­ciła po­dłużny bo­che­nek ciem­nego chleba, który sama pie­kła w ostat­nią so­botę, i wy­bie­gła. W sieni skrę­ciła w lewo, żeby ostatni raz za­ła­twić się w ła­zience. Usia­dła na se­de­sie przy­kry­wa­ją­cym spe­cjalny zbior­nik na nie­czy­sto­ści i ulżyła so­bie. Jej roz­bite ko­lana wy­glą­dały jak jedno wiel­kie nie­szczę­ście, w za­sa­dzie rów­nież kwa­li­fi­ko­wały się do usztyw­nie­nia za po­mocą kija i pa­sków prze­ście­ra­dła. O tym oczy­wi­ście nie było mowy, ale po­sta­no­wiła przed drogą owi­nąć je ka­wał­kami płótna, które zo­stały na pod­ło­dze w kuchni.

Wtedy jej wzrok padł na ścianę i na­gry­zmo­lony tam przez nią nie­dawno na­pis:

Und du war­test, er­war­test das Eine,

Das dein Le­ben unen­dlich ver­mehrt...[1]

No ja­sne, jak mo­gła za­po­mnieć! Szybko wcią­gnęła na sie­bie ubra­nie, w sieni wy­grze­bała z szu­flady ko­módki pła­ską la­tarkę i wdra­pała się drew­nia­nymi scho­dami na strych. Było tu jesz­cze zim­niej niż na dole, otu­liła się płasz­czem i mię­dzy skrzy­niami na zboże prze­py­chała się pod okienko w szczy­to­wej ścia­nie domu. Pach­niało ku­rzem i my­szami. Pod pa­ra­pe­tem w nie­wiel­kiej wnęce ukryta była ka­setka, a w ka­setce - jej se­kretny ze­szyt z wier­szami. Po­gła­dziła pal­cami śli­ską okładkę i otwarła na chy­bił tra­fił.

Die Krähen schrei'n

Und zie­hen schwir­ren Flugs zur Stadt;

Bald wird es schnein -

Wohl dem, der jetzt noch - He­imat hat![2]

Pod spodem wid­niała data. Jej oso­bi­sta data: 24 wrze­śnia '44, wpi­sana do ze­szytu w nie­dzielne po­po­łu­dnie pod ja­bło­niami w sa­dzie, z dala od do­mow­ni­ków. Było wtedy roz­kosz­nie cie­pło i ci­cho, pola w do­li­nie spo­wi­jała mgiełka ba­biego lata. Czy­tała wier­sze z ksią­żeczki Das deut­sche Ge­dicht, po­ży­czo­nej w bi­blio­tece w mie­ście, z po­le­ce­nia na­uczy­ciela, pana Rätzke, który szybko zo­rien­to­wał się w jej czy­tel­ni­czych na­mięt­no­ściach. Przy­po­mniała so­bie, jak mała He­ike przy­plą­tała się pod ja­bło­nie i spy­tała, se­ple­niąc: Was sle­ibst du?, bo za­częły jej wy­pa­dać pierw­sze zęby. A ona wła­śnie prze­pi­sy­wała wiersz o wro­nach au­tor­stwa po­nu­rego fi­lo­zofa na­zwi­skiem Nie­tz­sche.

Inny świat, któ­rego już nie ma i który nie wróci. Dla­czego w tam­ten cie­pły dzień spodo­bały jej się aku­rat kra­czące wrony i ich smutny au­tor z gru­bym wą­sem pod no­sem? Czyżby już prze­czu­wała, że z oj­czy­zną jest coś nie tak? Weh dem, der ke­ine He­imat hat, koń­czył się wiersz. "Cierpi, kto nie ma domu". Czy to było o niej? W od­po­wie­dzi małe okienko stry­chowe roz­bły­sło czer­wo­nym świa­tłem. Pod­nio­sła wzrok znad ze­szytu i zo­ba­czyła ol­brzy­mią łunę po­żaru. Chwilę póź­niej w po­wie­trzu prze­to­czył się huk, a szybki za­drżały pi­skli­wie w ram­kach. Pło­nął są­siedni Kor­tow, naj­bliż­sza wieś na wschód od He­ins­dorf. Wci­snęła ze­szyt do torby i po­bie­gła na dół. Reks i Otto cze­kali na nią w sieni.

- Gerda, mu­simy ucie­kać! Prędko!

- Wi­dzę. Sły­szę. Masz sanki?

Otto po­ki­wał głową i wy­biegł. Na progu kuchni wzięła trzy głę­bo­kie wde­chy, żeby się znowu nie roz­pła­kać, zga­siła świa­tło i wy­szła. Klucz scho­wała na belce, gdzie nie tak trudno było go zna­leźć, choć pew­nie w ogóle nie będą szu­kać. Po­dobno zwy­kle roz­wa­lali drzwi kop­nia­kami.

Ru­szyli w drogę po­wrotną ścieżką za do­mami. Za­chmu­rzyło się i wiatr za­ci­nał w twarz su­chym śnie­giem, który za­le­piał usta i nos. Po­mor­ska po­goda do­sto­so­wała się do sza­lo­nego czasu i zmie­niała się rów­nie sza­le­nie. Łuny na wscho­dzie roz­świe­tlały niebo jak scenę, na któ­rej szy­kuje się wielki spek­takl. Gerda mo­dliła się, by nie mu­siała w nim od­gry­wać żad­nej roli. Liebe Got­te­smut­ter, miej mnie w swo­jej opiece. Wy­pa­dło blado. Słowa jej kru­chej mo­dli­twy co rusz mą­ciło wy­obra­że­nie po­dob­nych do dia­błów mon­gol­skich jeźdź­ców, w bla­sku po­chodni ga­lo­pu­ją­cych po za­śnie­żo­nych po­lach i po­krzy­ku­ją­cych: Ałła, ałła!, z ka­ra­bi­nami za­miast wi­deł. Ob­raz był mocny i przy­ćmie­wał twarz Matki Bo­skiej. Bo­lał aż gdzieś w dole brzu­cha. Straszny i fa­scy­nu­jący, jak ilu­stra­cja z ba­śni braci Grimm. Tak to wi­działa: za dnia Pan Śmierć idzie przez białe pola, nocą nad­jeż­dża konno ze swymi czer­wo­nymi po­moc­ni­kami. Nie­ustę­pliwy. Nie­ubła­gany. Herr Tod.

Otto cią­gnął sanki, na które zrzu­ciła płó­cienną torbę z je­dze­niem i dwa koce, na wszelki wy­pa­dek. Reks kuś­ty­kał obok Gerdy. Szybko po­ła­pał się, o co cho­dzi z tym ki­jem na ła­pie, i sta­wiał ją uważ­nie, po ko­ciemu, cza­sami tylko z ci­cha po­ję­ku­jąc, gdy tra­fił na nie­rów­ność.

Mi­jali wła­śnie dom Stu­be­nau­erów i Otto zwol­nił.

- Nie wró­ci­łeś przy­pad­kiem po coś jesz­cze? - spy­tała.

Znowu się za­czer­wie­nił, a po­tem z wa­ha­niem przy­tak­nął.

- To bę­dzie mi­nutka, zo­ba­czysz. Mogę?

- A po­wiesz mi, co to jest, czy bę­dziesz uda­wał, że nie cho­dzi o twoje oło­wiane żoł­nie­rzyki?

Zro­bił zdzi­wioną minę, a po­tem przy­tak­nął.

- Cho­dzi. Tata mi nie po­zwo­lił za­brać. Że za cięż­kie.

- Bie­gnij. Ja uwol­nię parę kun­dli, obie­ca­łam im.

Umó­wili się w tym sa­mym miej­scu za pięć mi­nut. Wzięła Reksa na sznu­rek i od­wró­ciła się.

- Otto...

Chciała po­wie­dzieć, żeby uwa­żał na sie­bie. A w ra­zie czego niech ucieka po­lami w dół na Mal­chow, bo tam są gę­ste za­ro­śla i ła­two się ukryć. Nie wie­działa dla­czego. Coś w niej chciało to po­wie­dzieć. Nie zdą­żyła, chło­piec już znik­nął na po­dwó­rzu Stu­be­nau­erów.

Znik­nął na za­wsze.

Za­rzu­ciła na ra­mię wo­rek i po­szli z Rek­sem do naj­bliż­szego go­spo­dar­stwa pań­stwa Kol­l­witz. Nie pa­mię­tała imie­nia pło­wego kun­dla, więc za­wo­łała do niego po pro­stu "pie­sku". Szczek­nął groź­nie, na do­bre zaś roz­sz­cze­kał się na wi­dok Reksa. Inne psy w oko­licy do­łą­czyły, Reks rów­nież, i w jed­nej chwili roz­po­częła się ogólna awan­tura. W tej sy­tu­acji pod­cho­dze­nie do psa Kol­l­wit­zów gra­ni­czy­łoby z sa­mo­bój­stwem. Jej po­chop­nie rzu­cona psom obiet­nica oka­zała się znacz­nie trud­niej­sza w re­ali­za­cji, niż to so­bie za­pla­no­wała. Coś jed­nak wy­pa­dało zro­bić. Psi ja­zgot na­ra­stał i aż się zdzi­wiła, że tylu go­spo­da­rzy za­po­mniało o swo­ich pu­pi­lach. No cóż, oni też za­po­mnieli o Rek­sie...

Po­sta­no­wiła "ura­to­wać" cho­ciaż jed­nego.

Zer­k­nęła na wschód. Łuna przy­ga­sła, salwy ar­mat­nie rów­nież jakby nieco przy­ci­chły. Zdąży. Po krót­kim na­my­śle ru­szyła do cen­trum wsi, do go­spo­dar­stwa pań­stwa Mül­le­rów, któ­rzy miesz­kali obok czer­wo­nego bu­dynku poczty. Ich po­czciwa wil­czyca o imie­niu Dora mimo łań­cu­cho­wego ży­cia nie stra­ciła sym­pa­tii do lu­dzi i za­wsze chęt­nie da­wała się gła­skać. Ger­dzie zda­wało się, że w ogól­nym har­mi­de­rze sły­szy rów­nież jej da­leki szczek.

Dora, uj­rzaw­szy ich, pod­sko­czyła z ra­do­ści, a na­stęp­nie rym­snęła ma­low­ni­czo za­dkiem w zwały śniegu. Wy­grze­by­wała się stam­tąd, skam­la­jąc i mer­da­jąc wiel­gach­nym ogo­nem. Nie po­tra­fiła za­pa­no­wać nad emo­cjami i kiedy Gerda ma­cała przez rę­ka­wiczkę ob­lo­dzony łań­cuch w po­szu­ki­wa­niu za­pię­cia, ta li­zała ją i tyr­pała no­sem, jakby jej wy­ba­wi­cielka była w ra­mach pre­mii ob­wie­szona pę­tami kieł­basy. Wresz­cie dziew­czy­nie udało się na­ci­snąć spinkę i uwol­nione psi­sko wy­ko­nało sza­leń­czy bieg do­koła po­dwó­rza, wy­szcze­ku­jąc swoją ra­dość na wszyst­kie strony. Po zro­bie­niu peł­nego kółka Dora sprin­tem wy­pa­dła na ulicę i skrę­ciła w prawo na szosę do Schlawe. Gerda uśmiech­nęła się. Psy nie mu­szą się za­sta­na­wiać, od razu wie­dzą, do­kąd biec. Z po­czu­ciem jako tako speł­nio­nego obo­wiązku za­rzu­ciła torbę na ra­mię, ujęła sznu­rek Reksa w zgra­białe ręce i zro­biła krok ku furtce.

Padł strzał.

Znie­ru­cho­miała. Serce sko­czyło jej do gar­dła. Padł drugi strzał. To­wa­rzy­szył mu krótki, prze­raź­liwy sko­wyt, po czym wszyst­kie psy we wsi uci­chły jak na ko­mendę. Prze­ma­ga­jąc pa­nikę, wcią­gnęła Reksa za szopę, we­pchnęła go pod drew­nianą taczkę i sama na czwo­ra­kach wpeł­zła za nim. Przez szparę w de­skach spoj­rzała na ulicę. La­tar­nie nie dzia­łały i cen­trum He­ins­dorf skry­wała ciem­ność mdło roz­ja­śniona świe­żym śnie­giem. W tej ciem­no­ści za­stu­kały koń­skie ko­pyta. Ich zło­żony, eg­zo­tyczny rytm był jak za­pro­sze­nie do tańca. Ger­dzie za­wi­ro­wało w gło­wie, oparła się ciężko o ścianę i przy­tu­liła Reksa. Ci­cho, pie­sku, ci­cho. Od­dy­chała płytko, bez­gło­śnie. Chcia­łaby znik­nąć. Więc to już? Tak... szybko? Got­te­smut­ter, Got­te­smut­ter, po­wta­rzała szep­tem, ale żadna święta fi­gura nie dała naj­mniej­szego znaku, że jest za­in­te­re­so­wana jej lo­sem.

A po­tem ich zo­ba­czyła. Trzy cie­nie su­nące środ­kiem ulicy i żar trzech tlą­cych się pa­pie­ro­sów. Tań­czyły w takt koń­skich kro­ków. Czer­wone dia­bły, które przy­słał Pan Śmierć.

3

Je­chali wolno, z uwagą ob­ser­wu­jąc za­bu­do­wa­nia. Ten w środku trzy­mał w ręku pi­sto­let z długą lufą i zer­kał czuj­nie raz w jedną, raz w drugą stronę. Dwaj po bo­kach lu­stro­wali za­grody, mie­rząc w cha­łupy z pi­sto­le­tów ma­szy­no­wych. Ko­nie stą­pały po­słusz­nie w rów­nym szyku, mimo pusz­czo­nych wo­dzy. Kiedy zna­leźli się na wy­so­ko­ści szopy z ukrytą za tacz­kami Gerdą, tu­lącą do sie­bie oku­la­łego i cier­pią­cego psa, ten naj­bli­żej niej pod­niósł rękę i wszy­scy trzej za­trzy­mali się bez słowa. Na­słu­chi­wali przez chwilę w ci­szy. Po­tem jeź­dziec, który dał znak po­zo­sta­łym, lekko zwró­cił się w stronę jej kry­jówki i koń na­tych­miast wy­ko­nał po­le­ce­nie. Skrę­cił i przez otwartą furtkę ru­szył na po­dwó­rze. Śnieg na­dal pa­dał, był jed­nak zbyt drobny, by w tak krót­kim cza­sie za­sy­pać ślady czło­wieka i psa. Wy­raźne od­ci­ski bu­tów oraz psich łap pro­wa­dziły wprost pod taczkę. Gerda za­kryła łok­ciem głowę i za­ci­snęła po­wieki. To ko­niec. Nie broń się. Po co.

Miękki stuk ko­pyt na­ra­stał, zbli­żał się. Sły­szała świst z koń­skich chrap i dzwo­nie­nie uprzęży. Miała wra­że­nie, że coś przy­gniata ją i dławi, jakby całe niebo osu­nęło jej się na głowę i do­ci­skało ją do ziemi. Nie była w sta­nie się ru­szyć, nie mo­gła prze­łknąć śliny, wstrzy­mała od­dech. Cze­kała na ten ostatni błysk, w któ­rym po­dobno wi­dzi się całe swoje ży­cie, od po­czątku do końca, czyli do te­raz. Przy­szło jej jesz­cze na myśl, że Reks na­prawdę jest bar­dzo mą­dry i nie wy­daje z sie­bie żad­nego dźwięku. Za­częła się du­sić i z ci­chym wes­tchnie­niem wy­pu­ściła po­wie­trze z płuc. Stu­ka­nie ko­pyt ustało. W po­wie­trzu za­wi­sła ci­sza, nie­zno­śnie długa i mę­cząca. Po­czuła ostry za­pach koń­skiego potu. Otwarła jedno oko.

W od­le­gło­ści dwóch me­trów od szopy stał mu­ro­wany Hin­ter­haus. Przej­ście mię­dzy nimi słu­żyło do no­sze­nia słomy ze sto­doły do stajni i wy­cią­ga­nia obor­nika. W tym przej­ściu tkwił koń­ski łeb, a po chwili wy­ło­niła się obok niego ludzka głowa w trój­kąt­nej fu­trza­nej cza­pie. Wy­su­wała się po­woli, czuj­nie, w bla­dej śnież­nej po­świa­cie bły­snęły kan­cia­ste po­liczki, ciemny wąs. Gerda nie wi­działa oczu pod fu­trza­nym oto­kiem, ale była pewna, że one wi­dzą ją. Sko­śne i mar­twe. Dia­bel­skie. Zdrę­twiała, nie­zdolna wy­ko­nać żad­nego ru­chu. Reks nie wy­trzy­mał i wark­nął, koń lekko po­de­rwał łeb, a twarz wy­krzy­wiła się w gry­ma­sie, za­pewne uśmie­chu, i dziew­czyna uj­rzała wy­cią­gniętą ku niej rękę.

- Frau, komm - po­wie­dział ci­cho jeź­dziec. Na­dal się uśmie­chał, a może tylko jej się wy­da­wało w wi­ru­ją­cej drob­nym śnie­giem ciem­no­ści. Reks znowu wark­nął, ale żoł­nierz nie zwra­cał na niego uwagi.

- Frau, komm - po­wtó­rzył miękko, z dziw­nym ak­cen­tem. Gerda czy­tała kie­dyś, że dia­beł po­trafi mó­wić wie­loma ję­zy­kami. Ak­cent jed­nak miał wła­sny, po­my­ślała z dziwną lek­ko­ścią. Bała się po­ru­szyć, co­raz wy­raź­niej czuła, że to do ni­czego nie pro­wa­dzi, że naj­waż­niej­sze już się stało. Reks war­czał, ona gła­skała go uspo­ka­ja­jąco. Ci­cho, nie warcz, to ko­niec. Po­czuła ulgę. Na­resz­cie.

Żoł­nierz płyn­nym ru­chem zsu­nął się z ko­nia i sta­nął przed nią z prze­wie­szo­nym przez ra­mię au­to­ma­tem. Gwał­tow­nym ru­chem ode­pchnął taczkę, a ta z ło­mo­tem ru­nęła na usta­wione pod ścianą na­rzę­dzia. Wy­cią­gnął rękę i Gerda drgnęła, po czym bez­wied­nie unio­sła dłoń w weł­nia­nej rę­ka­wiczce. Pa­trzyli na sie­bie, ona na­pięta i sztywna, on uśmiech­nięty. Na­chy­lił się.

- Komm, die­wuszka.

W tym mo­men­cie po­wie­trzem tar­gnął po­tężny huk. Spło­szony koń za­rżał i po­de­rwał się do biegu, wy­rzu­ca­jąc spod tyl­nych ko­pyt bryły zmar­z­nię­tego błota. Grudki za­grze­cho­tały o szopę. Dia­beł w trój­kąt­nej czapce bły­ska­wicz­nym ru­chem zła­pał się łęku i wsko­czył na sio­dło, po czym po­ga­lo­po­wał zsu­nięty na bok jak akro­bata. Po kilku se­kun­dach znik­nął wśród za­bu­do­wań. Po­zo­stali dwaj rów­nież po­gnali ulicą na drugi ko­niec wsi, gło­śny tę­tent po he­in­dor­fskim bruku od­bi­jał się echem od ścian bu­dyn­ków. Roz­le­gła się ko­lejna eks­plo­zja, a po­tem zna­jomy ter­kot broni. Wczo­raj i dzi­siaj sły­szała go wiele razy od strony zbli­ża­ją­cego się frontu, da­leki i słaby jak cy­ka­nie świersz­cza. To pew­nie ten dziwny pi­sto­let z ma­ga­zyn­kiem jak puszka szpro­tek, który jej dia­beł miał na ra­mie­niu.

Jej dia­beł, też coś. Pod­parła się ręką o szopę i ostroż­nie wstała. Jesz­cze nie po­jęła do końca, co się wy­da­rzyło. Jej ciało przy­go­to­wało się już na naj­gor­sze, gdzieś w głębi za­dzia­łał me­cha­nizm blo­kady bodź­ców i stała te­raz jak ska­mie­niała, bez czu­cia, bez my­śli, bez ty­kotu go­rą­cej krwi. Prze­kro­czyła gra­nicę stra­chu i nie czuła nic. To była ostat­nia re­ak­cja obronna or­ga­ni­zmu na owo nie­po­jęte, nie­znane, straszne Ver­ge­wal­ti­gung.

Reks trą­cił ją no­sem w ob­tarte ko­lano. Wzdry­gnęła się. Tak, tak, bie­gnijmy. Zła­pała mocno sznu­rek w lewą rękę, prawą przy­trzy­mała torbę na bio­drze i po­bie­gli za sto­dołę. W pierw­szej chwili po­my­ślała, żeby się scho­wać w piw­nicy u Mül­le­rów, za­ry­glo­wać drzwi i przy­sta­wić czym się da, a po­tem prze­cze­kać do odej­ścia żoł­nie­rzy. Szybko zre­zy­gno­wała z tego po­my­słu. Po pierw­sze, nie wy­obra­żała so­bie drzwi, któ­rych tam­ten czło­wiek nie po­tra­fiłby otwo­rzyć. Po dru­gie, zbli­żał się front, a z nim cała ar­mia istot po­dob­nych do jej prze­śla­dowcy. Mu­sia­łaby tam sie­dzieć ty­dzień, a może i mie­siąc.

Jesz­cze nie wszystko skoń­czone. Bie­gła na oślep przez sady za do­mami i go­rącz­kowo od­twa­rzała w pa­mięci mapę oko­licy. Mały do­mek sta­rego Ha­ase, cia­sne po­dwórko, biedna staj­nia, i tyle. Da­lej oka­załe go­spo­dar­stwo Aschen­bren­ne­rów, z dwoma bu­dyn­kami go­spo­dar­czymi z biało-czar­nego fa­chwerku i z osobną staj­nią dla koni - mnó­stwo po­ten­cjal­nych kry­jó­wek, ale ni­gdy tam nie była i nie miała po­ję­cia, gdzie ich szu­kać. Ce­glany bu­dy­nek poczty, ko­ściół, szkoła... Za­wa­hała się. Znała szkolną piw­nicę i na­wet ko­tłow­nię. Kie­dyś ra­zem z Inge Katz od­wa­żyły się tam pójść po pana od ra­chun­ków, który lu­bił na prze­rwach zni­kać w pod­zie­miach i de­ko­wać się u cie­cia, a po­tem za­po­mi­nał przyjść na lek­cje. Wra­cał w mdłych opa­rach al­ko­holu, na co Rudi Kol­l­witz stwier­dzał z całą sta­now­czo­ścią, że roz­po­znaje sa­mo­gon. Kol­l­wit­zo­wie ucie­kli wcze­śniej, jesz­cze w stycz­niu, i są już w Niem­czech. Boże, gdzie ten świat na­gle znik­nął?

Ro­zej­rzała się i stwier­dziw­szy, że w polu wi­dze­nia ni­kogo nie ma, ostroż­nie po­de­szła pod drzwi szkoły. Za­mknięte na głu­cho. Okna na par­te­rze były za­bite od we­wnątrz de­skami. Mo­głaby stłuc szybę i od­bić de­ski, ale wtedy po­ka­za­łaby, gdzie jej na­leży szu­kać. Rów­nie do­brze mo­głaby otwo­rzyć drzwi na oścież i na­ry­so­wać strzałkę na śniegu: tu je­stem! Na­le­żało się spo­dzie­wać, że bę­dzie za­mknięte. Ża­den po­rządny nie­miecki stróż nie zo­sta­wiłby otwar­tej szkoły, na­wet je­śli zbli­żają się na­jeźdźcy, któ­rym wy­star­czy chwila, by cały bu­dy­nek ob­ró­cić w perzynę. Obej­rzała się i stwier­dziła, że ślady na śniegu rów­nież ją zdra­dzają. Wró­ciła na pola. Przy­sia­dła na śniegu za krze­wem dzi­kiego głogu. Reks, wy­myśl coś, bła­gam!

Psi­sko dy­szało ciężko z wy­wa­lo­nym ję­zy­kiem. Głodne, chore, wy­czer­pane - po­ję­ki­wało jak dziecko. Zu­peł­nie nie przy­po­mi­nało ko­goś, kto mógłby te­raz wpaść na świetny po­mysł w spra­wie kry­jówki. Czy w ja­kiej­kol­wiek in­nej spra­wie. Pies po­ło­żył się na śniegu i za­mknął oczy. Za­sy­piał.

Po dru­giej stro­nie wsi, gdzie przed chwilą do­szło do eks­plo­zji, wy­buchł po­żar. Ję­zory pło­mieni zrazu nie­śmiało bły­snęły mię­dzy do­mami, by wkrótce wy­strze­lić w niebo, roz­świe­tla­jąc oko­licę. W ogni­stej po­świa­cie Gerda uj­rzała jeźdźca z pi­sto­le­tem w ręku, któ­rego wcze­śniej uznała za do­wódcę. Ga­lo­po­wał nie­spiesz­nie pół­ko­lem, gdy na­gle coś przy­kuło jego uwagę, osa­dził ko­nia w miej­scu, ze­sko­czył i ukląkł na śniegu. Trwało to za­le­d­wie kilka se­kund, po czym po­de­rwał się i nie uży­wa­jąc strze­mie­nia, zwin­nym sko­kiem do­siadł wierz­chowca. Wy­mie­rzył pi­sto­let w niebo i strze­lił dwu­krot­nie. Za­krę­cił się, wy­ko­nu­jąc pełne koło i po­ga­lo­po­wał łąką opa­da­jącą ła­god­nie na wschód, ku do­li­nie rzeki Wip­per. Dwaj po­zo­stali wy­pa­dli spo­mię­dzy do­mów i po­gnali za nim. Na sio­dłach za ich ple­cami pod­ska­ki­wały nie­wiel­kie to­bołki. Za­nim znik­nęli za po­chy­ło­ścią wzgó­rza, dwa na­stępne po­żary raźno po­chła­niały bu­dynki w tej czę­ści wsi, gdzie stał ich dom oraz dom Stu­be­nau­erów. Wieś pło­nęła.

Do­piero te­raz po­my­ślała o ku­zy­nie. Prze­cież on tam zo­stał! Wy­bie­gła zza do­mów i nie zwa­ża­jąc na nie­bez­pie­czeń­stwo, po­pę­dziła środ­kiem ulicy w kie­runku po­ża­rów. Umę­czony Reks kuś­ty­kał nie­zgrab­nie za nią, skam­ląc z bólu. Trudno. Waż­niej­sze od zła­ma­nej nogi było zna­le­zie­nie ży­wego i ca­łego Ot­tona, chłopca, który wró­cił po pu­dełko z oło­wia­nymi żoł­nie­rzy­kami tak jak ona po swój ze­szyt. Ta­kie głup­stwa i oku­pione taką ceną! Gdyby so­bie da­ro­wali swoje dzie­cięce sła­bo­ści, by­liby już da­leko stąd.

Gdyby, gdyby... Gdyby nie wró­ciła po psa, pew­nie by­łaby już ze wszyst­kimi w mie­ście, a może da­lej, w dro­dze do portu. Gdyby oj­ciec nie rzu­cił bez­myśl­nie bron pod sto­dołę, a Reks nie wpadł na nie, rów­nież by­łaby już da­leko stąd. Z ko­lei gdyby Otto nie przy­szedł jej z po­mocą, pew­nie na­dal mo­zo­li­łaby się nad psią łapą i na­wet nie za­uwa­ży­łaby trzech czer­wo­nych dia­błów sto­ją­cych w progu kuchni tuż za jej ple­cami. A póź­niej? Gdyby nie te wy­bu­chy, co by się stało? Ja­kie za­miary miał czło­wiek w trój­kąt­nej cza­pie i o sko­śnych, zim­nych oczach? Do­kąd chciał ją za­brać i co zro­bić? Prze­biegł ją dreszcz. Da­lej wo­lała nie gdy­bać.

Pło­nął dom przed Stu­be­nau­erami oraz dwa inne po dru­giej stro­nie ulicy, które pod­pa­lili tamci dwaj, opusz­cza­jąc wieś w ślad za swoim do­wódcą. Co ich skło­niło do na­głego od­jazdu i dla­czego ten, który ją zna­lazł, po nią nie wró­cił? Prze­stra­szyli się? Po­je­chali po po­siłki? A może po pro­stu zdo­byli po­trzebne in­for­ma­cje i po­je­chali o nich za­mel­do­wać?

Sa­nek na ścieżce za do­mami nie było. Ich ślad pro­wa­dził ku za­chod­niej do­li­nie, do­kład­nie tam, do­kąd miała za­miar wy­słać Ot­tona na wy­pa­dek nie­ocze­ki­wa­nego roz­dzie­le­nia. Je­śli rze­czy­wi­ście się tam udał, byłby to do­syć nie­sa­mo­wity zbieg oko­licz­no­ści. Naj­pierw po­sta­no­wiła jed­nak spraw­dzić, czy ku­zyna nie ma w domu. Za­nim we­szła do domu wu­jo­stwa, obej­rzała się przez ra­mię. Coś jej nie grało. Przy pło­ną­cej sto­dole po­wi­nien stać becz­ko­wóz, któ­rym We­ide­man­no­wie wy­wo­zili gno­jówkę do na­wo­że­nia pól i desz­czówkę do pod­le­wa­nia ro­ślin. Była to cał­kiem spora cy­sterna na wiel­kich gu­mo­wych ko­łach i stała tu jesz­cze go­dzinę temu. Gerda do­brze to za­pa­mię­tała, bo wła­śnie z tej beczki na płot sko­czyła Mitzi, za­nim zna­la­zła się na po­dwórku. Zer­k­nęła przez płot na drugą stronę. Po becz­ko­wo­zie zo­stało parę po­strzę­pio­nych blach i koło ża­ło­śnie pod­parte ka­wał­kiem urwa­nej osi. Sto­doła od tej strony w ogóle nie miała ściany. Gerda przy­po­mniała so­bie głu­chy wy­buch i do­szła do wnio­sku, że mu­siała to być eks­plo­zja beczki. Czyżby Otto? Jak on to zro­bił?

Z za­mę­tem w gło­wie we­szła do domu Stu­be­nau­erów, który znała do­sko­nale.

- Otto?

Nikt nie od­po­wia­dał. W bla­sku po­żaru prze­szu­kała cały dom, ale młod­szego i sztu­backo w niej za­ko­cha­nego ku­zyna ni­g­dzie nie było. W jego po­koju zna­la­zła na łóżku drew­nianą ka­setkę, w środku grze­cho­tały oło­wiane żoł­nie­rzyki. Otwarła i wy­jęła jed­nego na chy­bił tra­fił. Ta­tar­ski wo­jow­nik na ko­niu, z łu­kiem i w trój­kąt­nej czapce na gło­wie. Po­spiesz­nie wrzu­ciła fi­gurkę do pu­dełka i za­trza­snęła z po­wro­tem.

- Otto? - za­wo­łała drżą­cym gło­sem. - Je­steś tu? Otto?

Ci­szę prze­ry­wał je­dy­nie trzask be­lek z pło­ną­cej sto­doły We­ide­man­nów. Pło­mie­nie strze­lały w górę, a wiatr spy­chał je na dach domu. Wi­dok był osza­ła­mia­jący i straszny, a ona była bez­radna. Nie miała ani czasu, ani moż­li­wo­ści, ani siły, by co­kol­wiek zro­bić. Wzięła pu­dełko z żoł­nie­rzy­kami pod pa­chę i zbie­gła na dół, po­ty­ka­jąc się na scho­dach. To wszystko było po­nad jej siły.

Reks na jej wi­dok wstał z tru­dem spod drzewa, gdzie go zo­sta­wiła. On też już miał do­syć. Chodź, pie­sku, jesz­cze tro­chę. Mu­simy dać radę, prze­cież je­ste­śmy oboje tacy dzielni. Ru­szyli za dwiema smu­gami zo­sta­wio­nymi przez sanki. Miała na­dzieję, że Otto spo­wo­do­wał eks­plo­zję, po czym uciekł po­lami do lasu, skąd dało się nie­zau­wa­że­nie prze­do­stać do Mal­chow i da­lej ku Rügen­walde, by do­łą­czyć do swo­ich. Plan był do­bry.

Rze­czy­wi­stość szybko po­zba­wiła ją złu­dzeń. Po­dwójny ślad płóz, ow­szem, szedł w dół, ale po kil­ku­dzie­się­ciu me­trach za­wra­cał do wsi i wiódł mię­dzy do­mami na drugą stronę. Na­ra­sta­jące w niej po­dej­rze­nie za­mie­niło się w pew­ność. Płozy sa­nek Ot­tona Stu­be­nau­era wio­dły na dół, a to­wa­rzy­szyły im głę­bo­kie od­ci­ski koń­skich ko­pyt. Po­je­chali za nim. Upa­dła na śnieg w środku okręgu, który jeź­dziec z pi­sto­le­tem wy­dep­tał swoim fan­ta­zyj­nym tań­cem, i za­szlo­chała gło­śno. Reks po­ło­żył się przy niej i po­ta­ku­jąco za­sku­czał. Zgod­nie uznali, że dają so­bie spo­kój. Jak ko­niec, to ko­niec.

4

Otto wcale nie wró­cił po żoł­nie­rzyki. Od dawna nie wyj­mo­wał ich z pu­dełka. Kiedy ma się sześć lat, to za­bawa oło­wia­nymi fi­gur­kami może jest po­ry­wa­jąca, ale nie, gdy ma się lat dzie­sięć i jest się za­ko­cha­nym. Je­śli strze­lać, to z praw­dzi­wej broni, a nie z pal­ców i ob­śli­nio­nych warg.

Otto wró­cił po pa­ra­bel­lum, zwane rów­nież lu­ge­rem, które dzia­dek, we­te­ran pierw­szej wojny świa­to­wej, scho­wał w stajni pod po­wałą. Przed ucieczką soł­tys ostrze­gał, że jako lud­ność cy­wilna nie po­winni mieć broni pal­nej, żeby nie pro­wo­ko­wać kło­po­tów. Po na­ra­dzie po­sta­no­wili więc zo­sta­wić lu­gera w schowku. Więk­szość miesz­kań­ców He­ins­dorf ży­wiła głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że nie­długo tu wróci, i dzia­dek Ot­tona na­le­żał do tej więk­szo­ści. Po­mru­ki­wał coś o spra­wie­dli­wo­ści dzie­jo­wej i od­wiecz­nym pra­wie do ziemi, o tym, że świat nie ma prawa i tak da­lej. Otto nie pró­bo­wał na­wet opo­no­wać, ale my­ślał o tej woj­nie tro­chę ina­czej.

Scho­wek od­krył już la­tem, cał­kiem przy­pad­kowo, go­niąc po stajni za mło­dymi ja­skół­kami, a dzia­dek wcale się nie ze­zło­ścił, tylko po­ka­zał mu, jak się z tymi rze­czami ob­cho­dzić. Parę razy wy­cią­gał pa­ku­nek, od­wi­jał pi­sto­let z na­oli­wio­nej szmaty i po­zwa­lał wnu­kowi roz­kła­dać i skła­dać broń. A pew­nego dnia stwier­dził: "Jest wojna, chłop­cze, trzeba umieć strze­lać", i za­brał go do lasu. To był chyba naj­pięk­niej­szy dzień jego ży­cia! Z gru­bych bu­ko­wych de­sek dzia­dek zbił tar­czę, wy­ry­so­wał na niej koła z nu­me­rami i ka­zał ce­lo­wać w śro­dek. Przy pierw­szym strzale my­ślał, że mu rękę urwie. Czuł to szarp­nię­cie w barku jesz­cze przez ty­dzień. Dzia­dek był zwo­len­ni­kiem twar­dego wy­cho­wa­nia i w ogóle nie za­uwa­żył pro­blemu albo udał, że nie za­uważa, a trzy dni póź­niej znowu za­rzą­dził wy­marsz do lasu. Po mie­siącu Otto tra­fiał z dwu­dzie­stu me­trów pra­wie w sam śro­dek. Dzia­dek go nie chwa­lił, ale na ko­niec lek­cji ob­jął ra­mie­niem i przy­ci­snął do sie­bie.

Wie­czo­rami przed za­śnię­ciem Otto wy­obra­żał so­bie, że nad­cho­dzi front, źli żoł­dacy ata­kują He­ins­dorf, a on bie­rze Gerdę za rękę i z za­tkniętą za pas bro­nią wy­pro­wa­dza ją do przy­go­to­wa­nej przez sie­bie kry­jówki. Po dro­dze za­bija paru wro­gów strza­łem pro­sto w czoło. Kiedy oboje już są bez­pieczni, ona mu dzię­kuje i ca­łuje go w usta. Po­tem się obej­mują i przy­tu­lają do sie­bie, jak ta para na ta­le­rzu z bab­ci­nej por­ce­lany. To była myśl słodka i pod­nie­ca­jąca, od któ­rej ści­skało go w dołku i po­ciły się ręce.

A te­raz źli żoł­nie­rze przy­szli na­prawdę. Kiedy Gerda tam na dro­dze za­częła krzy­czeć o Reksa, cała ko­lumna ucie­ki­nie­rów sta­nęła i stryj Lieb­ner ude­rzył córkę w twarz, a ona po­bie­gła z po­wro­tem do wsi, Otto w pierw­szym od­ru­chu chciał ze­sko­czyć z wozu i biec za nią. Nie mógł. Dzia­dek po­sa­dził go na koźle i ka­zał po­wo­zić, więc sie­dział bez­radny ze ścią­gnię­tymi lej­cami, trzy­ma­jąc krótko dwa nie­spo­kojne gnia­do­sze, które tylko cze­kały, żeby ktoś im po­pu­ścił. Gerda raz się obej­rzała, a po­tem zni­kła za za­krę­tem. Pa­trzył zroz­pa­czony, jed­nak po kilku krzy­kach ko­lumna ru­szyła i on rów­nież mu­siał mach­nąć lej­cami. Ko­nie szarp­nęły wo­zem, dzia­dek, za­miast usiąść obok niego, spo­czął z tyłu na to­bo­łach i za­padł w drzemkę. Je­chali, a Otto czuł się jak w klatce. Gerda tam idzie sama, na śmierć. On nie umie jej po­móc. Nie chce.

- Mamo, mu­szę siu­siu.

- Wy­trzy­maj jesz­cze, do mia­sta nie­da­leko.

- Ale ja mu­szę.

Matka od­wró­ciła się i szturch­nęła dziadka, a ten burk­nął coś pod no­sem i prze­gra­mo­lił się do przodu. Usiadł na ławce obok wnuka i po­ki­wał głową.

- Idź, za­łatw, co trzeba, i wra­caj. Tam są krzaki.

Po­ka­zał ba­tem na za­śnie­żone pola, gdzie jak okiem się­gnąć nie było żad­nej kępy za­ro­śli. Był za to wą­ski pa­rów, któ­rym da­łoby się wy­mknąć nie­zau­wa­że­nie z ko­lumny i wró­cić do He­ins­dorf. Chło­piec po­my­ślał, że dzia­dek wie. Dzia­dek dużo wie­dział, dla­tego mało mó­wił. Otto uści­snął sta­rego Stu­be­nau­era za ra­mię i ze­sko­czył.

Wró­cił do wsi. Zna­lazł ją we wła­snym domu. Przy­tu­lił. Sie­działa na łóżku i była strasz­nie smutna, a on pod­eks­cy­to­wany. Pach­niała mro­zem i psem, co mu się nie­zwy­kle po­do­bało. Przy na­sta­wia­niu łapy Reksa sta­rał się po­ka­zać, jaki jest do­ro­sły i od­po­wie­dzialny, co ona chyba za­uwa­żyła. Po­chwa­liła go, uśmiech­nęła się. Po­ca­ło­wała w po­li­czek. Było cu­dow­nie.

Na tym jego ka­wa­le­ryj­skie po­my­sły w za­sa­dzie się koń­czyły, poza jed­nym - mieli jesz­cze przed sobą drogę po­wrotną, pi­sto­let mógł się przy­dać. Py­ta­nie Gerdy o żoł­nie­rzyki okrop­nie go za­wsty­dziło, ale za­raz po­tem uznał, że to na­wet do­bry pre­tekst. Niech uważa go za dzie­ciaka. Kiedy na jej oczach rąb­nie paru Iwa­nów, wtedy do­piero za­cznie go po­dzi­wiać!

Lu­ger był na swoim miej­scu, w szpa­rze mię­dzy belką a da­chów­kami, na­oli­wiony i błysz­czący w świe­tle kie­szon­ko­wej la­tarki. Otto spraw­dził ma­ga­zy­nek, prze­ła­do­wał i wsa­dził do kie­szeni kurtki. Po­czuł się bar­dzo do­ro­sły i silny, roz­pie­rała go duma. Tknięty nową my­ślą po­świe­cił jesz­cze w szparę pod da­chów­kami i zo­ba­czył me­ta­lową za­krętkę. Wie­dział o nim, tak samo jak o pi­sto­le­cie. Się­gnął ręką i wy­jął długi gra­nat z drew­nianą rączką. Serce mu za­ło­mo­tało. Po­wi­nien, nie po­wi­nien? Z du­szą na ra­mie­niu we­tknął go pod pa­sek od spodni i ostroż­nie za­czął scho­dzić. Umie­rał ze stra­chu, że jak mu się zsu­nie przez no­gawkę i spad­nie na zie­mię, zo­sta­nie z niego krwawa mia­zga. Ża­ło­sny ko­niec he­ro­icz­nej wy­prawy Ot­tona Stu­be­nau­era w obro­nie pięk­nej Gerdy Lieb­ner.

Wła­śnie po­sta­wił stopę na ziemi, kiedy usły­szał strzał. Wy­biegł ze stajni i pa­roma su­sami do­sko­czył do płotu. Zer­k­nął mię­dzy szta­che­tami na główną ulicę i zo­ba­czył ich. Trzech Ro­sjan na ko­niach. Je­den z nich mie­rzył do psa bie­gną­cego od strony poczty, czyli to mo­gła być Dora od Mül­le­rów. Padł drugi strzał, psi­sko ze sko­wy­tem prze­ko­zioł­ko­wało parę razy i pa­dło na śnieg. Żoł­nierz, który tra­fił, uniósł rękę w trium­fal­nym ge­ście. Otto za­ci­snął zęby z żalu i wście­kło­ści. Jesz­cze zo­ba­czymy.

Gerda! Prze­cież ona po­szła uwol­nić psy! Jakby dla po­twier­dze­nia jego obaw żoł­nierz z le­wej skrę­cił w po­dwó­rze i z ręką na pe­pe­szy przy­glą­dał się śla­dom na śniegu. Ogar­nęło go prze­ra­że­nie. W pierw­szej chwili wy­szarp­nął pi­sto­let z kie­szeni i wy­mie­rzył w jed­nego z jeźdź­ców. Od­le­głość była duża, ra­czej nie trafi, ale przy­naj­mniej od­wróci uwagę. Wtedy przy­po­mniał so­bie o gra­na­cie za pa­zu­chą. Rzuci na drogę i tamci na pewno za­wrócą, ten na po­dwó­rzu rów­nież. Jego wzrok padł na becz­ko­wóz. To mu się wy­dało znacz­nie sku­tecz­niej­sze. Śmier­dząca beka We­ide­man­nów de­ner­wo­wała Stu­be­nau­erów od za­wsze i na­resz­cie naj­młod­szy z rodu miał oka­zję się ode­grać. Prze­lazł na drugą stronę ogro­dze­nia i otwo­rzył bla­szaną klapę. Za­le­ciało za­mar­z­niętą gno­jówką. Od­krę­cił na­kładkę na drew­nia­nym trzonku i szarp­nął z ca­łej siły sznu­rek za­wleczki. Wrzu­cił gra­nat do beczki, ze­sko­czył i pę­dem po­biegł za wę­gieł stajni. Dla pew­no­ści wpadł za drzewo i przy­kuc­nął.

Huk był po­tężny. Ogłu­szony i pod­nie­cony efek­tem Otto nie mógł zła­pać od­de­chu. Wkoło fru­wały ka­wałki drewna i bla­chy, wi­ro­wały źdźbła słomy i pie­rze z do­mo­wego dro­biu. Z po­dwó­rza wy­to­czyło się wiel­kie koło, za­ko­ły­sało na śniegu i upa­dło. Po chwili roz­legł się drugi wy­buch, słab­szy i bar­dziej głu­chy, a za­raz po nim z ro­ze­rwa­nej sto­doły buch­nął ogień. Mu­siał gdzieś tam być ukryty zbior­nik z pa­li­wem do trak­tora. Kiedy odłamki opa­dły, Otto ści­snął lu­gera w pra­wej ręce i po­biegł po sanki. Za­raz tu będą, musi znik­nąć. Ru­szył pę­dem w dół, a po­tem skrę­cił z po­wro­tem mię­dzy domy, prze­ciął szosę i zna­lazł się po dru­giej stro­nie głów­nej drogi. Usły­szał tę­tent za ple­cami, obej­rzał się - jeź­dziec wy­padł zza sto­doły i za­trzy­mał się. Spraw­dził ślady, za­krę­cił się w kółko i po­ga­lo­po­wał za nim. Wkrótce do­łą­czyli dwaj po­zo­stali. Gerda zo­stała na po­dwórku Mül­le­rów, uwol­niona od śmier­tel­nego nie­bez­pie­czeń­stwa. Taką przy­naj­mniej miał na­dzieję. Musi so­bie ra­dzić sama. Na ra­zie, póki on ich nie za­ła­twi i nie wróci do niej po na­stępny po­ca­łu­nek wdzięcz­no­ści.

Miał mniej niż sto me­trów prze­wagi, czyli za­le­d­wie kil­ka­na­ście se­kund. Już nie od­czu­wał stra­chu, tylko przy­jemne pod­nie­ce­nie ry­wa­li­za­cją z wid­mo­wymi ry­ce­rzami na ko­niach, wpraw­dzie znacz­nie więk­szymi od jego oło­wia­nych żoł­nie­rzy­ków, ale i więk­szymi od dziad­ko­wej tar­czy w le­sie, którą w sam śro­dek tra­fiał z dwu­dzie­stu me­trów. Ciem­ność i drobny śnieg ogra­ni­czały wi­docz­ność, po­winno się udać. Kiedy do­tarł do krańca pola, stromo opa­da­ją­cego ku Wie­przy, pchnął sanki w dół, a sam skrę­cił w lewo i ukrył się za stertą na­wozu na polu Kol­l­wit­zów. Od­bez­pie­czył lu­gera, ści­snął w gar­ści i przy­warł do ziemi. Nad­je­chali ga­lo­pem i nie zwal­nia­jąc, po­gnali za san­kami. Za mi­nutę, naj­da­lej dwie, zo­rien­tują się, że są pu­ste, i za­wrócą. Co jesz­cze może zro­bić? Nie bar­dzo wie­dział, ale waż­niej­sze było, że Gerda ma tro­chę czasu i może uciec. Ucie­kaj, Gerda!

Tę­tent ucichł. Otto uniósł głowę, na­słu­chu­jąc, ale za wznie­sie­niem pa­no­wała cał­ko­wita ci­sza. Ro­zej­rzał się wkoło, pola rów­nież były pu­ste. We wsi pło­nęły już cztery bu­dynki i czer­wona po­świata roz­le­wała się po oko­licy, pod­pa­la­jąc śnieg. Wiatr zno­sił pło­mie­nie na na­stępne domy, wiel­kie ję­zory ło­po­tały w po­wie­trzu jak sztan­dary przed szkołą pod­czas święta na­ro­do­wego. Wtedy ją zo­ba­czył. Wy­szła zza jed­nego z do­mów, za nią nie­zgrab­nie czła­pał na sztyw­nej ła­pie Reks. Oboje upa­dli na śnieg. Chyba pła­kała. Nie po­winna sie­dzieć na wi­doku, w ja­snym bla­sku po­żaru wi­dać ją było jak na dłoni. I nie po­winna pła­kać. Przy­szedł jej po­móc i na­le­żało wy­ko­nać tę ro­botę do końca. Po­de­rwał się i zro­bił krok przed sie­bie, kiedy unio­sły go silne ręce. Zdą­żył krzyk­nąć: "Ge­eer...!", po­czuł tępy ból i za­pa­dła ciem­ność.

5

Ile jest jesz­cze siły w czło­wieku, który już nie ma siły? Co na­pę­dza pracę mię­śni i ścię­gien, kiedy nie ma w nich ani grama ener­gii? Wy­obra­ziła so­bie, że od­po­wiada na we­wnętrzne we­zwa­nie: "Wstań i idź" - i po­wstaje. Na prze­kór gło­som, krzy­czą­cym w niej z żalu i stra­chu, bie­rze w garść sznu­rek do­wią­zany do szyi ku­la­wego czwo­ro­noga i wle­cze się nocą przez pola do Schlawe. Po to w końcu przy­szła. Te­raz uj­rzała przed oczami tę ab­sur­dalną, po­tworną drogę przez wy­peł­nioną ta­tar­skimi okrzy­kami ciem­ność i do­szła do wnio­sku, że nie po­trafi. Nie jest dzielna. W jej wy­pra­wie wcale nie cho­dziło o psa ani o wier­sze wci­śnięte pod pa­ra­pet na stry­chu, lecz o Pana Śmierć. Wró­ciła, żeby umrzeć w domu. Ci wszy­scy tam, na dro­gach wo­jen­nej ucieczki, nie po­jęli pro­stej i oczy­wi­stej rze­czy: że ro­dzinne strony można opu­ścić, ale nie można od nich uciec. Ro­dzice, dziad­ko­wie, są­sie­dzi, sio­stry i ko­le­żanki - wszy­scy oni łu­dzili się oca­le­niem, które utoż­sa­miali z fi­zycz­nym prze­trwa­niem, ale to nie tak. Na za­wsze zo­staje w du­szy nie­za­go­jona rana, i bę­dzie się ją­trzyć i krwa­wić aż do ostat­niej mi­nuty ży­cia, kiedy całe tamto od­rzu­cone ukaże się w bły­sku nie­za­tar­tego, wciąż świe­żego wspo­mnie­nia. Angst, und Ge­stalt, und Ge­bet. Może do tego słu­żyły jej za­pi­sy­wane w od­osob­nie­niu li­nijki wier­szy - by się upew­nić, że praw­dziwa mi­łość nie prze­mija, na­wet je­śli jest tylko mi­ło­ścią do kilku ob­raz­ków naj­bliż­szej oko­licy. Ko­chała to miej­sce, może naj­bar­dziej wła­śnie te­raz, kiedy za jej ple­cami pło­nęły pu­ste, po­rzu­cone domy. Ko­chała i nie chciała opu­ścić. A je­śli już opu­ścić, to osta­tecz­nie. Tak, Reks, osta­tecz­nie. Co bę­dzie z tobą, nie wiem.

Krzyk ją otrzeź­wił. Do­le­ciał stam­tąd, od peł­zną­cej po­lami ta­tar­skiej ciem­no­ści, i na­le­żał do Ot­tona. Urwał się na­gle, jakby ktoś za­tkał mu usta albo jakby... Bała się po­my­śleć to słowo, ale ob­raz chłopca z pod­cię­tym gar­dłem ucze­pił się jej umy­słu i nie za­mie­rzał znik­nąć. Nie, te­raz nie po­winna umie­rać, po­peł­ni­łaby okropną nie­lo­jal­ność wo­bec niego. Chodź, psino, mu­simy biec na po­moc.

Zdo­łała za­le­d­wie po­wstać i ująć smycz w zgra­białe dło­nie, kiedy po­sły­szała przy­tłu­miony tę­tent. Da­leko na bia­łej płasz­czyź­nie za­ma­ja­czyły trzy po­sta­cie na ko­niach. Bar­dziej się ich do­my­ślała, niż zo­ba­czyła, oni jed­nak z pew­no­ścią wi­dzieli ją do­sko­nale w bla­sku pło­ną­cych do­mów. Reks już szar­pał i cią­gnął ku wsi. Był po stro­nie ży­cia, chciał ucie­kać. Za­wa­hała się. Tamci pę­dzili pro­sto na nią. Mo­gła po­de­rwać się i ucie­kać raz jesz­cze, ale to prze­cież nie miało naj­mniej­szego sensu. Wi­dzieli ją i byli znacz­nie szybsi. Stała więc na­prze­ciw ga­lo­pu­ją­cej trójki i cze­kała. Reks war­czał. Zbli­żali się w brzęku po­dzwa­nia­ją­cych uprzęży, jej dia­beł znowu po le­wej. Do­szła do prze­wrot­nego wnio­sku, że w tej sy­tu­acji mogą ją ura­to­wać tylko czary. Unio­sła dłoń. Wy­obra­ziła so­bie, że jest cza­row­nicą, starą wiedźmą, która wyj­muje zza pa­zu­chy po­giętą różdżkę i rzuca za­klę­cie w ga­lo­pu­jącą wprost na nią ciem­ność. Nie­wi­dzialny pro­mień uni­ce­stwia pie­kiel­nych jeźdź­ców, roz­pra­szają się na wie­trze jak śnieżny pył i roz­pusz­czają w ni­cość na atra­men­to­wym nie­bie. To ją uspo­ko­iło. Prze­stała się bać i cze­kała nie­wzru­szona jak ka­mień.

Ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów przed nią środ­kowy jeź­dziec pod­niósł rękę i cała trójka wy­ko­nała zwarty skręt. Wy­rów­nali szyk i po­ga­lo­po­wali na po­łu­dnie, w stronę da­le­kich łun pło­ną­cego Kor­tow. Jesz­cze chwilę bły­skały wznie­cane ko­py­tami chmury śniegu, a po­tem ciem­ność znie­ru­cho­miała. Gerda chwilę stała w oszo­ło­mie­niu. Nie poj­mo­wała, co się dzieje. Po­pa­trzyła na prawą dłoń, jakby spo­dzie­wała się zo­ba­czyć w niej różdżkę, ale zo­ba­czyła tylko szarą włócz­kową rę­ka­wiczkę z bru­nat­nymi pla­mami krwi, jej albo Reksa. W na­pię­ciu na­słu­chi­wała ich po­wrotu, jed­nak zi­mowa pustka uci­chła na do­bre. Do uszu Gerdy do­cho­dził je­dy­nie trzask pło­ną­cych de­sek po­bli­skiej sto­doły. Pies pa­trzył na dziew­czynę z uzna­niem. Po­krę­ciła głową: to nie ja, psiaku.

Po­zo­stało od­szu­kać Ot­tona. Bała się po­my­śleć to, co pod­su­wał prze­sy­cony ob­ra­zami ka­ta­strofy umysł. Wma­wiała so­bie, że to­bo­łek prze­rzu­cony przez sio­dło do­wódcy, który dał roz­kaz do od­wrotu, to zra­bo­wane rze­czy, a nie jej ku­zyn. Że dyn­da­jące z koń­skiego boku buty były wo­jen­nym łu­pem gra­bież­ców, a nie chło­pię­cymi no­gami. Dla­tego mimo pro­te­stów ku­la­wej psiny uparła się i po­szła spraw­dzić. Ci­sza pę­kła jak na­pięta lina. Od wschodu i po­łu­dnia wzmo­gły się bi­tewne grzmoty, bły­skały eks­plo­zje po­ci­sków, ter­ko­tały ka­ra­biny. Nie zwró­ciła na nie uwagi. Zna­la­zła od­ci­śnięty w śniegu kształt chło­pię­cego ciała, obok niego ślady mę­skich bu­tów. W świe­tle la­tarki do­strze­gła kilka plam krwi. Dwa rowki wy­drą­żone przez buty wle­czo­nego chłopca pro­wa­dziły za wznie­sie­nie, gdzie stra­to­wany ko­py­tami śnieg zna­czył miej­sce po­stoju czujki. Tu za­ła­do­wali jej ku­zyna na koń­ski grzbiet i ru­szyli po nią, a po­tem z nie­zro­zu­mia­łych po­wo­dów od­je­chali, zo­sta­wiw­szy ją samą na śniegu jak zlek­ce­wa­żoną zdo­bycz.

Ile jest sił w dziew­czy­nie, która nie ma już sił? Ile jest jesz­cze ży­cia w Ger­dzie, która wró­ciła, by umrzeć? Upa­dła na ko­lana. Otto. Szczu­pły i nie­po­zorny Otto, który był na­prawdę dzielny, nie tak jak ona. Znik­nął w tej po­twor­nej mroź­nej nocy ra­zem ze swo­imi opraw­cami, po­chło­nięty przez nie­na­żar­tego po­twora wojny. A wszystko przez nią. Na­brała w ręce śniegu z dro­bi­nami krwi chłopca i uca­ło­wała jak re­li­kwie. Co jesz­cze mo­gła dla niego zro­bić?

I na­gle po­my­ślała: kto wie, gdyby wy­cią­gnęła dłoń wcze­śniej, za­nim go po­rwali... Może zdo­ła­łaby ich za­trzy­mać? Przyj­rzała się swoim drob­nym, zsi­nia­łym od mrozu rę­kom. Wy­glą­dały jak mar­twe i zda­wały się po­na­glać resztę ciała, by ze­chciało czym prę­dzej do­łą­czyć. Czary to prze­kra­cza­nie gra­nic, prze­cho­dze­nie z moż­li­wego do nie­moż­li­wego. Od tego, co ist­nieje, do tego, co nie ma prawa ist­nieć i jest ni­co­ścią. Czymże in­nym jest umie­ra­nie, je­śli nie ta­kim wła­śnie przej­ściem? Czy nie ta­kiego za­klę­cia wła­śnie użyła, wy­krzy­ku­jąc bez­gło­śnie ku nad­cią­ga­ją­cym jeźdź­com: cóż wam, dia­bel­skie stwory, przyj­dzie z za­bi­ja­nia umar­łej?! Jak chcesz mnie się­gnąć, sza­nowny Pa­nie Śmierć, skoro ten roz­koszny ból mogę za­dać so­bie sama? Mu­siał­byś mi na­tych­miast od­dać ży­cie, by móc mnie znowu za­bić, a tego na­wet ty nie po­tra­fisz. Twoja wszech­moc działa tylko w jedną stronę.

Po­czuła skurcz w pod­brzu­szu, myśl o roz­kosz­nej śmierci była pod­nie­ca­jąca. No wła­śnie, prze­cież miała umrzeć.

Reks przy­kuś­ty­kał i trą­cił ją no­sem w ra­mię. Chodźmy, za­raz znowu bę­dzie za późno.

Spoj­rzała na pół­noc i tam istot­nie zo­ba­czyła łuny. Po­dob­nie na za­cho­dzie. Pa­liło się na­około. Wo­jenna po­żoga ota­czała ich ze wszyst­kich stron, krwawa me­ta­fora nie­miec­kiego losu w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym pią­tym roku, ostat­niego dnia lu­tego. Do­kąd­kol­wiek po­bie­gną, na­tra­fią na ogień i znisz­cze­nie. He­ins­dorf rów­nież pło­nął. Każde wyj­ście było bra­kiem wyj­ścia.

Nie, Reks, już ni­g­dzie nie pójdę. Wy­bacz, że cię oszu­ka­łam. Ja tu zo­staję, niech się dzieje, co chce. Wiesz, je­stem dzielna, dam so­bie radę. Na­uczy­łam się cza­ro­wać, sam wi­dzia­łeś, i te­raz to jest chyba ostat­nia moja broń prze­ciwko ży­ciu. Tak, do­brze mó­wię, prze­ciwko ży­ciu, które ma już dla mnie tylko cier­pie­nie i cier­pie­nie, i na­stępne cier­pie­nie, i tak aż do końca. Pew­nie psy nie zaj­mują się roz­my­śla­niem nad sen­sem eg­zy­sten­cji i zręczne afo­ry­zmy nie ro­bią na nich wra­że­nia, ale chcia­łam po­wie­dzieć, że będę żyć w śmierci. I umie­rać w ży­ciu. To moje za­klę­cie zwrotne, działa w obie strony i prze­kra­cza gra­nice, jak duch za­wie­szony po­mię­dzy świa­tami. Nie ro­zu­miesz? Nie szko­dzi, z cza­sem zro­zu­miesz. Bo wi­dzisz: zo­sta­łam cza­row­nicą.

Reks nie da­wał za wy­graną i po­szcze­ki­wał, po­ka­zu­jąc py­skiem na pół­noc. Tam gdzieś od­da­lało się od nich ży­cie i je­śli chcą prze­trwać, po­winni za nim po­dą­żać bez względu na wszystko. Po­gła­skała go po ja­snym łbie. Śnieg prze­stał pa­dać i niebo na­gle się roz­gwieź­dziło. Naj­ja­śniej­szy zi­mowy gwiaz­do­zbiór, który przy­po­mi­nał wielką ko­kardę za­wią­zaną przez Boga na gło­wie wszech­świata w przy­pły­wie do­bro­dusz­nej tro­ski, wi­siał nad czarną li­nią lasu. Tam pój­dziemy, po­wie­działa, po­ka­zu­jąc go pal­cem. Pies pa­trzył zdez­o­rien­to­wany. Jego wy­ba­wi­cielka naj­wy­raź­niej zu­peł­nie osza­lała i wy­bie­rała się do­kład­nie tam, gdzie przed chwilą znik­nęli ich prze­śla­dowcy. Wy­bie­rała się pie­szo, z nim jako le­d­wie dy­szą­cym ze zmę­cze­nia ku­ter­nogą, pod­czas gdy tamci od­je­chali konno. Na jego psi ro­zum było to zde­cy­do­wa­nie zbyt trudne do po­ję­cia.

Za­rzu­ciła torbę na ra­mię i po­drep­tała wol­nym kro­kiem po­mię­dzy pniami na­gich, zmar­z­nię­tych drzew. Mi­jali ko­lejne za­grody, aż wró­cili do go­spo­dar­stwa Mül­le­rów i szopy, pod którą się cho­wali. Już przed­tem przy­po­mniała so­bie o tym schowku, słu­cha­jąc koń­skich kro­ków na po­dwó­rzu, ale wtedy był nie­osią­galny. Nie zdą­ży­łaby, zwłasz­cza że nie wie­działa, czy jest otwarty.

Mül­le­ro­wie na­le­żeli do bo­ga­tych go­spo­da­rzy i kie­ro­wa­nie pocztą by­naj­mniej nie było naj­waż­niej­szym źró­dłem do­cho­dów pana An­tona. Z po­mocą syna Jo­se­pha, zwa­nego Sep­pem, upra­wiał spory ka­wał pola, głów­nie bu­raki cu­krowe, które na zimę skła­do­wano w zie­mian­kach. Na końcu sadu, za ostat­nią an­to­nówką znaj­do­wały się trzy ta­kie dziury w ziemi, przy­kryte dar­nią. Znała je, bo słu­żyły za świetne kry­jówki do za­bawy, w daw­nych cza­sach, kiedy ona była dziec­kiem, a świat wy­glą­dał jesz­cze w miarę nor­mal­nie. Koń­czyła się zima, po­winny być przy­naj­mniej czę­ściowo opróż­nione.

Wy­brała tę z le­wej. Od­gar­nęła śnieg ze sko­bla. Nie było na nim kłódki, ale i tak nie dało się otwo­rzyć - klapa przy­mar­zła. Od po­łu­dnia usły­szała dud­nie­nie. To nie były wy­bu­chy ar­ty­le­ryj­skie, tylko re­gu­larny war­kot. Pew­nie ja­kieś me­cha­niczne po­jazdy czer­wo­nych dia­błów, sku­tecz­niej­sze od koni, które może wy­stra­szyć je­den po­my­słowy chło­piec. Może czołgi. Reks pa­trzył na nią z za­in­te­re­so­wa­niem, jakby uprzej­mie za­py­ty­wał: i co te­raz, droga wa­riatko? Wzru­szyła ra­mio­nami. Nie ob­cho­dziło ją. Po­chy­liła się i za­częła chu­chać w spo­je­nie włazu i drew­nia­nej ramy. Sta­rała się jak naj­mniej na­ru­szać po­kry­wa­jący go śnieg; cho­dziło o za­ma­sko­wa­nie wej­ścia. Po kilku mi­nu­tach klapa drgnęła. Od po­łu­dnia zbli­żało się to coś dud­nią­cego i chrzęsz­czą­cego, pies za­strzygł uszami. Po­świe­ciła do środka, miej­sca było do­syć. Z tru­dem wzięła Reksa na ręce i znio­sła na dół, po czym wró­ciła, sta­ran­nie przy­mknęła właz i prze­krę­ciła klamkę sko­bla. Za­mknięte. Ni­kogo nie ma. Kiedy ostatni raz rzu­ciła okiem na po­łu­dnie, zza wznie­sie­nia wy­ło­nił się pierw­szy czołg. Czarny po­twór na bia­łej płasz­czyź­nie he­ins­dor­fskiego pola.

W zie­miance było cie­pło i su­cho. Prze­leźli na sam ko­niec, Gerda roz­ło­żyła płaszcz na bu­ra­cza­nych bul­wach i wy­głod­niali za­brali się do je­dze­nia. Dziew­czyna od­ry­wała ka­wa­łek chleba i wy­gar­nia­jąc nim ze sło­ika kon­ser­wowe mięso, kar­miła na prze­mian psa i sie­bie. Nad ich gło­wami drżała zie­mia, po któ­rej prze­ta­czały się pie­kielne ma­szyny, ale wkrótce prze­stali na nie zwra­cać uwagę. Na­sy­ciw­szy głód, uło­żyli się do spa­nia. Reks grzał ją swoim gru­bym bia­łym fu­trem. War­kot po­jaz­dów i krzyki lu­dzi do­cho­dziły z in­nego świata, z od­le­głej kra­iny ży­wych. Gerda już się nie bała. Było jej do­brze. Jak w gro­bie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki