George Sand i język wolności - Beate Rygiert

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Pa­ryż, wio­sna 1831 roku

Au­rore przy­glą­dała się swo­jemu od­bi­ciu w lu­strze. Wy­si­łek się opła­cił - mę­skie spodnie i ka­mi­zelka z gru­bej wełny le­żały ide­al­nie. Dziew­czyna z za­do­wo­le­niem stwier­dziła, że jej piersi pra­wie nie rzu­cają się w oczy. Przy jed­nym z gu­zi­ków u góry ster­czała nitka; Au­rore szybko ode­rwała ją zę­bami, jak ro­biła swego czasu w szkole klasz­tor­nej, gdy sio­stra Ma­de­le­ine nie pa­trzyła. Cie­kawe, co za­kon­nica po­wie­dzia­łaby, gdyby zo­ba­czyła te­raz swoją byłą pod­opieczną.

Młoda ko­bieta za­śmiała się w du­chu. Po­tem scho­wała czarne włosy pod fa­lu­che, czapką, jaką no­sili pa­ry­scy stu­denci. Do­stała ten ak­sa­mitny be­ret w pre­zen­cie od Ju­les'a; uwa­żała, że była to jedna z naj­pięk­niej­szych rze­czy, jaką kie­dy­kol­wiek jej po­da­ro­wano.

Sze­roko uśmie­chała się do swo­jego cał­ko­wi­cie od­mie­nio­nego od­bi­cia. Czy to na­prawdę ona? Dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nia ba­ro­nowa Au­rore Du­de­vant, matka sied­mio­let­niego chłopca i dwu­let­niej dziew­czynki, ży­jąca w se­pa­ra­cji z mę­żem Ca­si­mi­rem, naj­pew­niej uga­nia­ją­cym się te­raz za jedną ze słu­żą­cych w swo­jej po­sia­dło­ści na wsi? Ta pełna ma­rzeń i ide­ałów Au­rore Du­de­vant, która po­mimo wielu roz­cza­ro­wań, a może wła­śnie z ich po­wodu, na­dal wie­rzyła w praw­dziwą mi­łość?

Cho­ciaż miała bu­rzę czar­nych lo­ków, wiel­kie ciemne oczy, in­ten­sywne spoj­rze­nie spod cięż­kich po­wiek, nie­ska­zi­telną cerę i pięk­nie łu­ko­wate brwi, ni­gdy nie uwa­żała się za uro­dziwą. Wą­ski, długi nos w naj­lep­szym ra­zie można by okre­ślić "cha­rak­te­ry­stycz­nym". Jej pełne wargi wy­da­wały się nie­pro­por­cjo­nal­nie małe w po­rów­na­niu do reszty twa­rzy.

Nikt ni­gdy nie na­zwał ją piękną. Te­raz przy­naj­mniej ob­ró­ciła to na swoją ko­rzyść, gdyż rze­czy­wi­ście wy­glą­dała w tych ubra­niach jak męż­czy­zna. Albo ra­czej mło­dziutki stu­dent. Mu­siała jesz­cze tylko wło­żyć skó­rzane buty. Ależ się cie­szyła na to, żeby zwie­dzić w nich Pa­ryż, po­nie­waż de­li­katne pan­to­felki z ma­te­riału, które współ­cze­sna moda na­ka­zy­wała no­sić ko­bie­tom, po­darły się i ubru­dziły za­le­d­wie po kilku ty­go­dniach spa­ce­ro­wa­nia po tro­tu­arach mia­sta. Au­rore cho­dziła po po­koju w tę i z po­wro­tem, sta­wia­jąc wiel­kie kroki. Tak wła­śnie sma­ko­wała wol­ność.

Ktoś za­pu­kał do drzwi.

- Pro­szę - krzyk­nęła młoda ko­bieta i szybko scho­wała ostatni nie­sforny lok pod na­kry­ciem głowy.

Od­wró­ciła się do drzwi. Była cie­kawa, co po­wie ma­dame Bon­net, do­zor­czyni domu, która zaj­mo­wała się skrom­nym miesz­ka­niem jej oraz Ju­les'a i z którą Au­rore się za­przy­jaź­niła.

- Bon­jour, ma... - za­częła ko­bieta, ale urwała w pół słowa i wle­piła w Au­rore za­sko­czone spoj­rze­nie. - Mon­sieur - po­wie­działa zdu­miona i zmarsz­czyła czoło. - Nie wi­dzia­łam, jak wcho­dził pan do bu­dynku! Czy ma­dame Du­de­vant... hmm... jest w domu?

- Ma­dame Bon­net - od­po­wie­działa z uśmie­chem Au­rore. - Czy na­prawdę mnie pani nie roz­po­znaje?

- Mon Dieu - wy­msknęło się do­zor­czyni. Zmie­rzyła dziew­czynę wzro­kiem od stóp do głów. - Chyba nie chce pani tak wyjść na ulicę?

Au­rore nie mo­gła po­wstrzy­mać uśmie­chu.

- To bę­dzie na­sza ta­jem­nica, do­brze? - Zdjęła z wie­szaka płaszcz, który uszyła z tego sa­mego ma­te­riału co spodnie i ka­mi­zelkę. - Za­chowa to pani dla sie­bie, prawda?

- Na­tu­ral­nie! - od­po­wie­działa ma­dame Bon­net. - Będę mil­czała jak grób. Ale niech pani uważa, bo będą chcieli wsa­dzić pa­nią do wię­zie­nia!

Uśmiech Au­rore sta­wał się co­raz szer­szy, a w czar­nych oczach po­ja­wił się błysk.

- Może tak - po­wie­działa, na­rzu­ciła na sie­bie re­din­got, mę­ski płaszcz się­ga­jący ko­lan, i zdjęła z wie­szaka szary weł­niany sza­lik Ju­les'a. - Może nie.

Scho­dząc po scho­dach, trzy­krot­nie owi­nęła szal wo­kół szyi. W po­wie­trzu uno­sił się do­brze znany za­pach ty­to­niu i drewna san­da­ło­wego. Czy są­sie­dzi roz­po­zna­liby Au­rore, gdyby spo­tkała jed­nego z nich na klatce? Jej miesz­kanko znaj­do­wało się na pod­da­szu. Prę­dzej czy póź­niej na pewno na­tknie się na któ­re­goś z lo­ka­to­rów. Ma­dame Bon­net miała ra­cję. Od ty­siąc sie­dem­set dzie­więć­dzie­sią­tego dzie­wią­tego roku obo­wią­zy­wało prawo za­ka­zu­jące ko­bie­tom no­sze­nia mę­skich ubrań pod groźbą kary wię­zie­nia.

Była na czwar­tym pię­trze, gdy na­gle usły­szała zna­jomy huk za­trza­sku­ją­cych się cięż­kich drzwi wej­ścio­wych, a po­tem do­bie­gły ją zde­cy­do­wane kroki na scho­dach. Serce Au­rore za­częło szyb­ciej bić. Wy­chy­liła się przez ba­lu­stradę i roz­po­znała cy­lin­der mon­sieur Ray­monda, który ra­zem z żoną i córką miesz­kał tuż obok niej. Mon­sieur Ray­mond pra­co­wał w ma­gi­stra­cie, jesz­cze nie tak dawno roz­ma­wiali o ostat­nich wy­da­rze­niach po­li­tycz­nych. Dziew­czyna po­czuła, jak jej twarz ob­lewa fala go­rąca, i ukryła brodę jesz­cze głę­biej w sza­liku Ju­les'a. Przez chwilę chciała szybko uciec z po­wro­tem do swo­jej man­sardy, ale po­sta­no­wiła spo­koj­nie iść da­lej. Z mon­sieur Ray­mon­dem spo­tkali się w po­ło­wie scho­dów. Są­siad Au­rore ob­rzu­cił ją su­ro­wym spoj­rze­niem, a ona uprzej­mie ze­szła mu z drogi i wy­mam­ro­tała: "Bon­jour, mon­sieur". Męż­czy­zna raz jesz­cze zmie­rzył ją wzro­kiem, po czym ski­nął głową i się od­wró­cił. Ka­mień spadł dziew­czy­nie z serca. Wy­szła na rue de Se­ine i głę­boko ode­tchnęła. Skoro mon­sieur Ray­mond jej nie roz­po­znał, nie mu­siała się o nic mar­twić.

Za­pa­dał już zmierzch, gdy do­tarła nad rzekę. W znaj­du­ją­cym się po dru­giej stro­nie Se­kwany Luw­rze w dwóch rzę­dach okien pa­liły się świa­tła. Złoty blask mnó­stwa świec w krysz­ta­ło­wych ży­ran­do­lach od­bi­jał się w wo­dzie i roz­świe­tlał mło­dej ko­bie­cie drogę przez pont des Arts. Był chłodny wio­senny wie­czór, przez cały dzień pa­dał deszcz, a w do­mo­stwach, które mo­gły so­bie na to po­zwo­lić, na­dal jesz­cze pa­lono w ko­min­kach. Dym za­nie­czysz­czał po­wie­trze i spra­wiał, że do oczu Au­rore na­pły­wały łzy. Po­mimo to prze­peł­niała ją ogromna ra­dość. Obite me­ta­lem ob­casy jej bu­tów ude­rzały o chod­nik, nikt nie zwra­cał na nią uwagi - była wolna. Mo­gła przejść Pa­ryż wzdłuż i wszerz, nie mu­sząc się oba­wiać, że znisz­czy swoją drogą gar­de­robę.

- W Pa­ryżu ko­bieta po­trze­buje rocz­nie dwu­dzie­stu pię­ciu ty­sięcy fran­ków na ubra­nia, obu­wie i prze­jazdy do­roż­kami - uskar­żała się po swoim ślu­bie Zoe, przy­ja­ciółka Au­rore ze szkoły klasz­tor­nej.

Do­kład­nie taką kwotę Du­de­vant otrzy­mała od męża po roz­sta­niu, i to nie tylko na odzież, lecz także na czynsz, je­dze­nie oraz wszystko, czego po­trze­bo­wała. Dla­tego też uszyła so­bie mę­skie ubra­nia.

Sy­tu­acja fi­nan­sowa nie była je­dy­nym po­wo­dem tej de­cy­zji. Au­rore pra­gnęła móc ro­bić to, co wolno było męż­czy­znom, z któ­rymi się przy­jaź­niła: cho­dzić no­cami po uli­cach mia­sta, nie na­ra­ża­jąc się na za­czepki, i za­spo­ka­jać swoją po­trzebę ru­chu - w końcu do­ra­stała na wsi i jako mała dziew­czynka ga­niała po po­lach z dziećmi chło­pów. Chciała uczęsz­czać do klu­bów prze­zna­czo­nych wy­łącz­nie dla męż­czyzn. Przede wszyst­kim jed­nak pra­gnęła móc oglą­dać naj­now­sze sztuki wy­sta­wiane w pa­ry­skich te­atrach, zaj­mu­jąc naj­tań­sze miej­sca sto­jące prze­zna­czone dla stu­den­tów. A po­nie­waż ko­biet nie przyj­mo­wano na uni­wer­sy­tety, mu­siała prze­bie­rać się za męż­czy­znę...

Gdy otwo­rzyła drzwi Café de Pa­ris miesz­czą­cej się na rogu bo­ule­vard des Ita­liens i rue Ta­it­bout, ude­rzył ją ha­łas prze­krzy­ku­ją­cych się gło­sów i śmie­chu. Para uno­sząca się z wil­got­nych weł­nia­nych płasz­czy mie­szała się z gę­stym dy­mem ty­to­nio­wym. W wi­szą­cych na ścia­nach lu­strach od­bi­jało się świa­tło lamp naf­to­wych, a pa­ste­lowe stroje pań ozdo­bione ko­ron­kami i fal­ban­kami kon­tra­sto­wały z ciem­nymi gar­ni­tu­rami pa­nów. Bu­dy­nek opery znaj­do­wał się za­le­d­wie kilka kro­ków da­lej, po­dob­nie jak Mont­mar­tre i jego liczne va­ri­étés. To wła­śnie tu tak zwany demi-monde spo­ty­kał się z wyż­szymi sfe­rami, ma­la­rze ze swo­imi mo­de­lami, pio­sen­ka­rze z kom­po­zy­to­rami, ba­let­nice i tan­cerki re­wiowe ze swo­imi ad­o­ra­to­rami. Przede wszyst­kim jed­nak wi­dy­wali się tu pi­sa­rze i ci, któ­rzy chcieli nimi zo­stać - tak jak ona, Ju­les San­deau, jego przy­ja­ciel Émile Re­gnault oraz Gu­stave Pa­pet, Al­phonse Fleury, Félix Pyat i reszta to­wa­rzy­stwa przy­była do Pa­ryża z po­łu­dnio­wej pro­win­cji Berry, od­da­lo­nej od sto­licy o trzy dni drogi. Au­rore pró­bo­wała wy­pa­trzeć zna­jo­mych po­śród kłę­bów sza­rego dymu. Wresz­cie doj­rzała ich sie­dzą­cych cia­sno je­den obok dru­giego wo­kół sto­lika w naj­dal­szym końcu po­miesz­cze­nia. Po­cząt­kowo ża­den z mło­dych męż­czyzn, z któ­rymi przy­jaź­niła się od dzie­ciń­stwa, nie zwró­cił na nią uwagi; byli zbyt po­chło­nięci roz­mową. Au­rore po­woli ro­biło się go­rąco w płasz­czu i no­wej czapce.

- No to jak? - za­py­tała i wci­snęła się obok Ju­les'a na ławkę obitą czer­wo­nym ak­sa­mi­tem. - Idziemy do te­atru? Chcę obej­rzeć nową sztukę Ale­xan­dre'a Du­masa. I to z par­kietu prze­zna­czo­nego dla stu­den­tów.

Ju­les San­deau, o osiem lat młod­szy od niej stu­dent prawa, pod­niósł wzrok, po­iry­to­wany, a po­tem wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem, ob­jął ją ra­mie­niem i czule ją do sie­bie przy­cią­gnął.

- Spójrz­cie tylko na nią! - za­wo­łał i ude­rzył dło­nią w stół tak mocno, że za­dźwię­czały szklanki. - No po­pa­trz­cie! - krzyk­nął jesz­cze gło­śniej, gdy ko­le­dzy nie po­słu­chali od razu. - Chciał­bym przed­sta­wić wam na­szego no­wego przy­ja­ciela! Jak ci na imię, chłop­cze? - zwró­cił się żar­to­bli­wie do Au­rore.

- Skończ z tymi wy­głu­pami - od­po­wie­działa z uśmie­chem, zdjęła z głowy be­ret i po­trzą­snęła czu­pryną. Na­gle przy stole za­pa­dła cał­ko­wita ci­sza. - Za­mknij usta, Émile'u - na­ka­zała z do­bro­tli­wym uśmie­chem. - A ty, Gu­sta­vie, uwa­żaj, żeby oczy nie wy­szły ci na wierzch. No i jak wam się po­do­bam?

- Wy­glą­dasz bo­sko - oce­nił Félix. - Zu­peł­nie jak szes­na­sto­letni uczniak. Po­win­naś jed­nak ob­ciąć te swoje dłu­gie włosy. Lu­dzie będą zwra­cali na nie uwagę.

- To nie wcho­dzi w grę - od­parł Ju­les i czule po­gła­skał Au­rore po czar­nych lo­kach. - Po moim tru­pie. Je­śli ko­niecz­nie chcesz, żeby uwa­żano cię za stu­denta, moja droga, mu­sisz żyć jak rap­tus. To nie po­winno być dla cie­bie ni­czym no­wym.

- Jak uwa­żasz - od­parła Au­rore i scho­wała włosy z po­wro­tem pod czapką. - Mo­żemy już iść? Przed­sta­wie­nie za­czyna się za pół go­dziny.

- O czym tak żywo dys­ku­to­wa­li­ście? - do­py­ty­wała Au­rore, gdy wy­szli na ze­wnątrz.

Wzięła Ju­les'a pod ra­mię. La­tar­nie ga­zowe już się świe­ciły i rzu­cały słaby blask na za­tło­czoną ulicę.

- O "Le Fi­garo" - od­po­wie­dział.

- Masz na my­śli tę straszną ga­zetę?

- To dzien­nik sa­ty­ryczny, który od­nosi nie­małe suk­cesy.

Au­rore nie­mal zde­rzyła się z ja­kimś star­szym je­go­mo­ściem. Mu­siała przy­zwy­czaić się do tego, że nie scho­dzono jej z drogi, gdy miała na so­bie mę­ski strój.

- Jej wy­dawcą jest dzien­ni­karz Henri de La­to­uche - oznaj­mił Ju­les. - On także po­cho­dzi z Berry. Al­phonse już u niego był. Po­wie­dział, że La­to­uche na­dal szuka lu­dzi. To by­łoby coś dla nas, nie uwa­żasz?

Ze­szli z drogi ja­kie­muś pi­ja­nemu męż­czyź­nie, który nie­pew­nie chwiał się na no­gach i mam­ro­tał coś o są­dzie bo­żym.

- Nie je­stem pewna - od­parła w końcu Au­rore. - Nie mam za grosz ta­lentu do pi­sa­nia sa­tyr. Wiesz prze­cież, że brak mi po­czu­cia hu­moru.

Ju­les San­deau za­śmiał się.

- Au­rore, je­śli chcesz, mo­żesz wszystko. Po­tra­fisz fan­ta­stycz­nie ma­lo­wać, szyć mę­skie gar­ni­tury, jeź­dzić konno le­piej niż więk­szość męż­czyzn, masz zna­ko­mity gust, który wi­dać już choćby po mnie. Mo­żesz więc także pi­sać dla La­to­uche'a. A je­śli nie, to po pro­stu się tego na­uczysz.

Spoj­rzał na nią i zo­ba­czył, że w za­my­śle­niu wy­su­nęła dolną wargę. Za­wsze tak ro­biła, gdy miała wąt­pli­wo­ści albo coś jej nie pa­so­wało. Po chwili do­dał:

- Nie by­li­by­śmy pierw­szymi pi­sa­rzami, któ­rych droga do suk­cesu pro­wa­dzi­łaby przez dzien­ni­kar­stwo.

- Do­brze płaci? - za­py­tała Au­rore.

Przed nimi znaj­do­wał się ja­sno oświe­tlony Théâtre de la Porte-Sa­int-Mar­tin. Że­bracy pró­bo­wali szczę­ścia, krę­cąc się przy do­roż­kach, z któ­rych wy­sia­dali ele­ganccy pa­no­wie i szy­kowne pa­nie. Na stu­den­tów na­wet nie spo­glą­dali - wie­dzieli, że nic od nich nie do­staną.

- Cóż zna­czy "do­brze"? - od­po­wie­dział oględ­nie Ju­les. - W obec­nych cza­sach po­win­ni­śmy się cie­szyć, że ktoś nam daje taką moż­li­wość.

- Pój­dziesz do niego?

- Oczy­wi­ście - od­parł San­deau, chwy­cił Au­rore za rękę i po­pro­wa­dził po scho­dach do wej­ścia. - Chodź, mój młody przy­ja­cielu. Dziś ja za­pra­szam. Tylko uwa­żaj na wy­so­kich chło­pa­ków.

- Na kogo?

- Na kla­kie­rów - wy­ja­śnił z wy­ro­zu­mia­ło­ścią Gu­stave, który stał w ko­lejce tuż przed nimi. - Dla nich nie ma zmi­łuj, je­śli uznają, że bi­jesz brawo nie­wła­ści­wym oso­bom.

Au­rore już wcze­śniej nie raz od­wie­dzała Théâtre de la Porte-Sa­int-Mar­tin i pod­czas tych wi­zyt, chcąc nie chcąc, była zmu­szona ku­po­wać dro­gie miej­sca w loży. Gdy te­raz stała na ta­nim miej­scu na par­kie­cie, czuła się jak w rów­no­le­głym świe­cie. Stu­denci two­rzyli nie­znany jej do­tąd tłok, do­cho­dziło do prze­py­cha­nek o naj­lep­szy wi­dok na scenę. Co i raz czyjś ło­kieć ude­rzał ją w że­bra. W pew­nym mo­men­cie ja­kiś dry­bla­so­waty chło­pak splu­nął ty­to­niem do żu­cia na jej nowe buty i wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem, do­strze­gł­szy obu­rzone spoj­rze­nie Au­rore. Ju­les po­pro­wa­dził ją da­lej i de­li­kat­nie, acz sta­now­czo to­ro­wał im obojgu drogę przez tłum. Au­rore była nie­zbyt wy­soka i oba­wiała się, że nie zo­ba­czy nic poza ple­cami stu­den­tów ubra­nych w zno­szone kurtki, Émile i Gu­stave za­jęli im jed­nak miej­sca w pierw­szym rzę­dzie.

- W prze­ciw­nym ra­zie chło­pak ni­czego nie zo­ba­czy - od­parł Ju­les, sły­sząc pro­te­sty tych, przed któ­rymi sta­nęli. - Jest tu pierw­szy raz. Nie od­bie­raj­cie mu tej przy­jem­no­ści.

Pa­dło jesz­cze kilka słów sprze­ciwu i do­szło do drob­nych prze­py­cha­nek, lecz gdy pod­nio­sła się kur­tyna, Au­rore za­po­mniała o ota­cza­ją­cym ją świe­cie.

Na sce­nie roz­gry­wał się bo­wiem mi­ło­sny dra­mat, który ku jej prze­ra­że­niu wraz z roz­wo­jem ak­cji przy­po­mi­nał jej wła­sną sy­tu­ację. Nie wie­działa, co po­ru­szało ją bar­dziej - po­żą­dli­wość An­tony'ego, który z po­wodu wła­snego po­cho­dze­nia nie był go­towy na re­zy­gna­cję z mi­ło­ści swo­jego ży­cia, czy roz­dar­cie Ad­?le, która tak jak Au­rore czuła się uwię­ziona w nie­szczę­śli­wym, zim­nym mał­żeń­stwie. Na­miętne uczu­cia roz­bi­jały się o ramy po­zba­wio­nej sensu kon­wen­cji, tra­giczny ko­niec był nie­unik­niony. Gdy An­tony, chcący przy­wró­cić ho­nor uko­cha­nej, za­bił ją na jej wła­sne ży­cze­nie, a mę­żowi Ad­?le rzu­cił do stóp za­krwa­wiony szty­let i krzyk­nął: Elle me rési­stait, je l'ai as­sas­si­née!, Au­rore nie była je­dyną osobą, która ocie­rała łzy z twa­rzy. "Nie chciała mi ulec! Za­bi­łem ją!" - te słowa cy­to­wano we wszyst­kich krę­gach to­wa­rzy­skich jesz­cze wiele ty­go­dni póź­niej, gdyż dra­mat tak bar­dzo po­ru­szył lu­dzi. I gdy pu­blicz­ność uczest­ni­cząca w pre­mie­rze sza­lała z za­chwytu, Au­rore bo­le­śnie uświa­do­miła so­bie, że wła­śnie tego na­dal jej bra­ko­wało po­mimo sym­pa­tii Ju­les'a oraz kilku prze­lot­nych ro­man­sów, na które po­zwo­liła so­bie po la­tach cier­pie­nia u boku Ca­si­mira. Zdała so­bie sprawę, że nie do­świad­czyła jesz­cze tej jed­nej wiel­kiej, na­mięt­nej mi­ło­ści, dla któ­rej warto żyć - a na­wet umrzeć.

Aplauz trwał w nie­skoń­czo­ność, ak­to­rzy dwa­na­ście razy wy­cho­dzili na scenę, a Au­rore nie mo­gła się zde­cy­do­wać, od­twórca któ­rej roli spodo­bał jej się bar­dziej - Ma­rie Do­rval gra­jąca Ad­?le czy cza­ru­jący męż­czy­zna o pseu­do­ni­mie ar­ty­stycz­nym Bo­cage, który z nie­sły­chaną pa­sją wcie­lił się w rolę An­tony'ego. Gdy w końcu na sce­nie po­ja­wiła się po­tar­gana ruda czu­pryna Ale­xan­dre'a Du­masa, sto­jący wo­kół Au­rore stu­denci za­częli tak mocno tu­pać w par­kiet, że cały te­atr aż za­drżał.

- Uwa­żam, że Bo­cage tro­chę prze­sa­dził - po­wie­dział Gu­stave, gdy wresz­cie prze­do­stali się do wyj­ścia.

- Dla Du­masa to bez wąt­pie­nia był triumf - rzu­cił Al­phonse. - To bar­dzo od­ważne po­su­nię­cie, żeby sztukę na­pi­sać prozą.

- Praw­do­po­dob­nie skoń­czyły mu się rymy - za­żar­to­wał Gu­stave, a Félix po przy­ja­ciel­sku szturch­nął go w ra­mię.

- Wersy są prze­żyt­kiem, sza­nowny stu­den­cie me­dy­cyny - po­wie­dział. - Czyż­byś mó­wił wier­szem, kiedy fi­glu­jesz ze swoją małą Ma­non?

Au­rore mil­czała, wciąż cał­ko­wi­cie oszo­ło­miona siłą słów i na­mięt­no­ści. Może kie­dyś bę­dzie po­tra­fiła pi­sać tak jak Du­mas, wy­ra­zić to, co pło­nie w jej du­szy. Zdoła opi­sać w dra­ma­cie mi­ło­snym nie­zno­śną po­dwójną mo­ral­ność skost­nia­łego spo­łe­czeń­stwa i wy­wo­łać w lu­dziach ta­kie emo­cje, że nie­mal roz­niosą oni bu­dy­nek te­atru. Gdyby kie­dyś jej się to udało...

Za­częła pa­dać mżawka i wszy­scy byli za­do­wo­leni, do­tarł­szy do Café de Pa­ris. Mieli szczę­ście - za­jęli je­den z ostat­nich wol­nych sto­li­ków. Au­rore od­waż­nie zdjęła be­ret i ta­siemką zwią­zała włosy w na­dziei, że nikt jej nie roz­po­zna. Było jej po pro­stu za go­rąco w ak­sa­mit­nej czapce.

- A ja­kie jest twoje zda­nie? - Ju­les wy­rwał ją z za­my­śle­nia. - Czy po­do­bała ci się sztuka?

- Była zna­ko­mita - po­wie­działa krótko i spoj­rzała po przy­ja­cio­łach ze­bra­nych przy stole.

Miała dwa­dzie­ścia sześć lat i była naj­star­sza ze wszyst­kich. Więk­szość z nich wła­śnie skoń­czyła dwa­dzie­ścia lat, a Ju­les miał do­piero dzie­więt­na­ście.

- A je­śli cho­dzi o Bo­cage'a, to ni­gdy nie wi­dzia­łam lep­szego ak­tora - do­dała.

- Po­doba ci się, mam ra­cję? - rzu­cił ła­god­nie Ju­les.

- Oczy­wi­ście, że tak. Do­rval też mi się po­doba. Fan­ta­styczna ko­bieta.

W tym mo­men­cie do ka­wiarni wszedł ele­gancko ubrany je­go­mość z mod­nym wą­sem i bo­ko­bro­dami. Od­daw­szy płaszcz oraz cy­lin­der kel­ne­rowi, który pod­szedł do niego w po­śpie­chu, ro­zej­rzał się po lo­kalu i zlu­stro­wał po­zo­sta­łych go­ści.

- To on - wy­szep­tał Al­phonse do przy­ja­ciół. - To La­to­uche - do­dał i uniósł rękę na po­wi­ta­nie.

Wy­dawca go roz­po­znał, życz­li­wie ski­nął głową w jego kie­runku, po czym skie­ro­wał się do in­nego sto­lika.

- Bo­cage zo­stał wy­rzu­cony z kon­ser­wa­to­rium - kon­ty­nu­ował Gu­stave.

Za­mó­wił dla wszyst­kich ko­lejkę ab­syntu. Jako je­dyny z kliki po­cho­dził z za­moż­nej ro­dziny i chęt­nie za­pra­szał swo­ich przy­ja­ciół.

- Tak, po­nie­waż do­ra­stał w ubo­gim domu - do­dał Ju­les. - Jego oj­ciec był tka­czem w Ro­uen. Bo­cage'a nie było stać na cze­sne i dla­tego mu­siał zre­zy­gno­wać z za­jęć ak­tor­skich.

- To hańba - obu­rzyła się Au­rore. - Ar­ty­stów po­winno się wspie­rać i oce­niać miarą ich ta­lentu, a nie po­cho­dze­nia czy ma­jęt­no­ści.

- Pro­szę, pro­szę - ode­zwał się za nią ni­ski szy­der­czy głos. Do­łą­czył do nich Henri de La­to­uche. - A więc uważa pan, że kon­ser­wa­to­rium po­winno przy­zna­wać nę­dza­rzom bez­płatne miej­sca na stu­dia?

- Je­śli nę­dza­rze mają ta­lent, to zde­cy­do­wa­nie po­winno się tak zro­bić - od­parła Au­rore, pod­czas gdy Al­phonse po­spiesz­nie przy­su­nął wy­dawcy krze­sło. La­to­uche w końcu usiadł, nie spusz­cza­jąc z Au­rore bacz­nego spoj­rze­nia. - I nie tylko bez­płatne miej­sca - kon­ty­nu­owała ze spo­ko­jem. - W aka­de­miach z za­ło­że­nia po­winno się przy­dzie­lać miej­sca stu­den­tom ze względu na ich ta­lent, a nie ma­ją­tek czy oso­bi­ste re­la­cje. W ob­li­czu sztuki wszy­scy je­ste­śmy równi...

- Tylko w przy­padku sztuki? - prze­rwał jej wy­dawca i ski­nął na kel­nera, żeby za­mó­wić na­stępną ko­lejkę dla wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych przy sto­liku.

- Nie, nie tylko.

W wi­szą­cym na­prze­ciw niej lu­strze Au­rore do­strze­gła swoje od­bi­cie: drobną, czar­no­włosą po­stać w oto­cze­niu bar­czy­stych męż­czyzn, i za­sta­na­wiała się, czy La­to­uche już ją przej­rzał. Jed­nak ku jej wła­snemu zdzi­wie­niu nie miało to dla niej żad­nego zna­cze­nia. Pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała w błę­kitne oczy wy­dawcy.

- Wszy­scy lu­dzie są równi - cią­gnęła spo­koj­nie. - Przy­cho­dzimy na świat nadzy, a po śmierci każdy z nas ob­raca się w proch. Wy­łącz­nie na za­sa­dzie przy­padku lu­dzie dzielą się na bied­nych i bo­ga­tych...

- ...i na męż­czyzn oraz ko­biety?

Au­rore się uśmiech­nęła. Oczy La­to­uche'a za­bły­sły.

- Ow­szem - od­po­wie­działa. - Męż­czyźni i ko­biety po­winni mieć te same prawa. Tak jak chłopi i wła­ści­ciele ziem­scy, ro­bot­nicy i fa­bry­kanci, ary­sto­kraci i tak zwani pro­ści lu­dzie.

- To od­ważne stwier­dze­nie, ma­de­mo­iselle - oznaj­mił z sze­ro­kim uśmie­chem La­to­uche.

- Ma­dame - po­pra­wiła go i ką­tem oka do­strze­gła, że Ju­les się wzdry­gnął.

La­to­uche z za­in­te­re­so­wa­niem uniósł brwi. Przy­po­mi­nał węd­ka­rza, który przy­pusz­cza, że ma na ha­czyku wy­jąt­kowo do­rodną rybę.

- Ma­dame? Ach tak... Ma­dame się myli - kon­ty­nu­ował. - Męż­czyźni i ko­biety nie są tacy sami, ist­nieją mię­dzy nimi zna­czące róż­nice. A może pani to kwe­stio­nuje?

- Skądże, z bio­lo­gicz­nego punktu wi­dze­nia są od­mienni - od­parła z opa­no­wa­niem Au­rore. - Oczy­wi­ście, że męż­czyźni i ko­biety róż­nią się od sie­bie. Ale to nie po­wód, żeby ko­biety były tak bar­dzo pod­po­rząd­ko­wane męż­czy­znom za­równo w świe­tle prawa, jak i w oczach spo­łe­czeń­stwa.

- "Żony, bądź­cie pod­dane mę­żom..." - za­cy­to­wał La­to­uche i wy­szcze­rzył zęby w szy­der­czym uśmie­chu. Wy­da­wało się, że czer­pie z roz­mowy nie­sły­chaną ra­dość.

- Wy­cho­wy­wa­łam się w klasz­to­rze - od­parła Au­rore, nie­wzru­szona. - Mało bra­ko­wało, a zo­sta­ła­bym za­kon­nicą.

- To by­łaby wielka szkoda.

- Też tak uwa­żam. Ukry­wa­nie się za klasz­tor­nymi mu­rami i od­da­wa­nie się ilu­zji du­cho­wej wol­no­ści nie jest żad­nym roz­wią­za­niem. Chcę się cie­szyć peł­nią wol­no­ści w spo­łe­czeń­stwie, a nie z dala od niego. I to nie mniej­szą ani nie więk­szą niż ta, która przy­słu­gi­wa­łaby mi jako męż­czyź­nie.

Przy­szedł kel­ner z tacą pełną szkla­nek, w któ­rych po­ły­ski­wało złote wino, i po­dał je go­ściom. Ju­les pró­bo­wał prze­ka­zać Au­rore spoj­rze­niem, żeby nie prze­cią­gała struny - przy­naj­mniej ona tak to spoj­rze­nie zin­ter­pre­to­wała. Uwa­żała jed­nak, że i tak za długo kryła się ze swo­imi prze­ko­na­niami. Skoro fak­tycz­nie chciała pi­sać do "Le Fi­garo", wy­dawca po­wi­nien wie­dzieć, z kim ma do czy­nie­nia.

- Cóż - po­wie­dział La­to­uche i pod­niósł szklankę - zo­baczmy więc, czy umie pani także pić jak męż­czy­zna.

Ko­bieta unio­sła szklankę w to­a­ście i miała ci­chą na­dzieję, że La­to­uche nie pla­no­wał ry­wa­li­za­cji w pi­ciu, po­nie­waż nie­na­wi­dziła al­ko­holu. Prze­szedł ją dreszcz na wspo­mnie­nie pi­ja­tyk, które jej mąż i przy­rodni brat Hip­po­lyte urzą­dzali w No­hant każ­dej nocy i które naj­pew­niej na­dal się od­by­wały. Pi­jań­stwo oby­dwu męż­czyzn i ha­łas, jaki ro­bili, były nie do wy­trzy­ma­nia. Rzu­ciła wy­dawcy ba­daw­cze spoj­rze­nie spod gę­stych rzęs, ale on da­lej są­czył na­pój i nie spusz­cza­jąc z niej wzroku, wy­cią­gnął z kie­szeni srebrne etui. Otwo­rzył je i po­dał Au­rore. W środku znaj­do­wało się sześć dwu­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wych cy­gar dro­giej marki, pięk­nie uło­żo­nych na czer­wo­nej sa­ty­nie.

- Te same prawa, te same oby­czaje - po­wie­dział. Jego blond wąs za­drżał z roz­ko­szy.

Oczy wszyst­kich osób skie­ro­wały się na Au­rore. Pa­le­nie cy­gar ucho­dziło za ostatni krzyk mody; pro­du­ko­wano je w dwóch roz­mia­rach: były krót­kie i dłu­gie. Przy­rodni brat Au­rore wpro­wa­dził w No­hant eks­tra­wa­gancki i kosz­towny zwy­czaj pa­le­nia cy­gar, po­dob­nie jak kilka in­nych bez­sen­sow­nych za­cho­wań, i wraz z Ca­si­mi­rem wy­peł­niał jej dom cuch­ną­cym dy­mem. Pew­nego wie­czoru na krótko przed swoim wy­jaz­dem do Pa­ryża z prze­kory za­pa­liła ra­zem z Ca­si­mi­rem i Hip­po­lyte'em, a te­raz wy­bie­rała cy­garo z miną znaw­czyni. Od­gry­zła za­okrą­gloną koń­cówkę, jakby była to dla niej co­dzien­ność, i po­dob­nie jak reszta wy­pluła ją na pod­łogę, po czym zwró­ciła się do La­to­uche'a, który przy­glą­dał się jej z za­fa­scy­no­wa­niem.

- Czy byłby pan tak uprzejmy i dał mi ognia? - za­py­tała ak­sa­mit­nym gło­sem, który za­wsze wpra­wiał męż­czyzn w za­kło­po­ta­nie.

Wy­dawca od razu wy­cią­gnął z kie­szeni ma­ry­narki fi­dy­bus, na­są­czony wo­skiem pa­sek pa­pieru, od­pa­lił go od świecy i przy­tknął pło­mień do koń­cówki jej cy­gara. Au­rore po­woli ćmiła je, aż ty­toń w końcu za­czął się ża­rzyć, i wy­pu­ściła z ust małe okrą­głe chmurki dymu. Mu­siała się po­wstrzy­my­wać, żeby nie wy­buch­nąć gło­śnym śmie­chem, gdyż tak bar­dzo ba­wiły ją zdu­mione miny przy­ja­ciół. Non­sza­lancko za­ło­żyła nogę na nogę, pal­cami zdjęła okruch ta­baki z czubka ję­zyka i spoj­rzała wy­dawcy w oczy.

- Te same oby­czaje - po­wie­działa - te same prawa. Mo­żemy się zgo­dzić co do tego?

- Ma­dame, jest pani do­prawdy zdu­mie­wa­jąca. Jak miał­bym to za­kwe­stio­no­wać?

- Mógłby pan da­lej ob­sta­wać przy tym, że to nie oby­czaje two­rzą nie­rów­no­ści, lecz dar my­śle­nia i wy­cią­ga­nia pra­wi­dło­wych wnio­sków - kon­ty­nu­owała Au­rore, a jej czarne oczy za­bły­sły pod cięż­kimi po­wie­kami.

- A ja­kich praw by pani żą­dała, gdyby uznano rów­ność płci?

- Prawa do wol­no­ści - od­parła bły­ska­wicz­nie. - Wol­no­ści po­ru­sza­nia się, stąd też mój strój. Wol­no­ści od­wie­dza­nia wszyst­kich miejsc, na ja­kie mam ochotę. Wol­no­ści my­śle­nia i wy­ra­ża­nia opi­nii. I wresz­cie wol­no­ści ko­cha­nia, nie zwa­ża­jąc na róż­nice spo­łeczne. Ach, by­ła­bym za­po­mniała. Jak po­do­bała się panu pre­miera? Na pewno ją pan wi­dział.

La­to­uche przy­tak­nął.

- A co pani o niej my­śli? - za­py­tał i oparł się ple­cami o krze­sło, wy­cze­ku­jąc od­po­wie­dzi.

- Głę­boko mnie po­ru­szyła, może dla­tego, że fa­buła od­zwier­cie­dla część mo­jej hi­sto­rii ro­dzin­nej. Można po­wie­dzieć, że łą­czą się we mnie naj­więk­sze sprzecz­no­ści na­szego spo­łe­czeń­stwa. Mój oj­ciec był pra­wnu­kiem króla Pol­ski i wnu­kiem Mau­ry­cego Sa­skiego. To za sprawą ojca w mo­ich ży­łach pły­nie błę­kitna krew. Z ko­lei moja matka po­cho­dziła z pro­stej pa­ry­skiej ro­dziny, jej oj­ciec han­dlo­wał pta­kami przy quai des Grands Au­gu­stins. Babka ze strony ojca, hra­bina Ma­rie-Au­rore de Saxe, nie po­chwa­lała wy­boru swo­jego syna. Dla­tego moi ro­dzice byli zmu­szeni po­brać się w ta­jem­nicy, a ja jako małe dziecko zo­sta­łam po­słań­cem po­mię­dzy oby­dwoma obo­zami. Co cie­kawe, ro­dzina mo­jej matki żyła cał­ko­wi­cie we­dług tak zwa­nych do­brych oby­cza­jów. W prze­ci­wień­stwie do ary­sto­kra­tycz­nego rodu mo­jego ojca, w któ­rym na świat przy­cho­dził je­den bę­kart za dru­gim. Mimo to wszy­scy za­dzie­rali swoje nie­prawe nosy z prze­ko­na­niem, że ich krew jest wię­cej warta niż krew zwy­kłych oby­wa­teli. Ale wra­ca­jąc do sztuki Du­masa: uwa­żam, że mi­łość nie zna gra­nic stwo­rzo­nych przez lu­dzi. Jest praw­dzi­wym dziec­kiem re­wo­lu­cji, po­nie­waż bu­rzy ba­ry­kady. W mi­ło­ści, tak jak w nie­na­wi­ści, wszy­scy je­ste­śmy równi.

Po tych sło­wach za­pa­dła ci­sza. Au­rore znów po­cią­gnęła cy­garo, pil­nu­jąc, żeby żar nie wy­gasł. Po­mimo ostrego smaku pa­lą­cego ję­zyk czer­pała przy­jem­ność z do­tyku mię­si­stych li­ści ty­to­niu na war­gach, na­peł­nia­nia ust dy­mem i wy­pusz­cza­nia go. Spod przy­mru­żo­nych po­wiek spo­glą­dała przy tym w zdu­mione twa­rze swo­ich to­wa­rzy­szy.

"Mi­łość", po­my­ślała i strzep­nęła po­piół na pod­łogę. Prze­cież jesz­cze ni­gdy jej nie do­świad­czyła. Z Ju­les'em łą­czyła ją de­li­katna, sym­pa­tyczna mi­łostka, która jej słu­żyła. Mimo to Au­rore czuła pra­gnie­nie, żeby ko­chać jesz­cze na­mięt­niej, ni­czym go­rący i trza­ska­jący żar cy­gara cier­pli­wie cze­ka­jący na to, aby za­pło­nąć ja­snym pło­mie­niem. Gdyby tylko tak się stało i w końcu zna­la­zła od­po­wied­nią osobę...

- A więc to tak - po­wie­dział Henri de La­to­uche i ski­nął, jakby wła­śnie wszystko zro­zu­miał. - Te­raz już wiem, kim pani jest, ba­ro­nowo Du­de­vant. Nasi oj­co­wie się przy­jaź­nili, a i my pew­nego razu spo­tka­li­śmy się w Berry, ale wtedy była pani mło­dziutką dziew­czyną. Cóż, bez wąt­pie­nia po­siada pani ta­lent ora­tor­ski - do­dał, za­my­ślony. - Czy po­trafi pani także pi­sać?

- Umiem, od­kąd skoń­czy­łam cztery lata - od­parła Au­rore.

La­to­uche za­śmiał się i po­krę­cił głową. Wy­da­wał się po tro­sze roz­ba­wiony i po­iry­to­wany.

- Będę pani mu­siał wy­bić z głowy nie­które na­le­cia­ło­ści - oznaj­mił. - Ale po­ra­dzimy so­bie. Niech pani przyj­dzie ju­tro do mo­jej re­dak­cji. Pani młod­szy przy­ja­ciel wie, gdzie mnie zna­leźć.

Wiele go­dzin póź­niej Au­rore le­żała w ra­mio­nach Ju­les'a. Jej efek­towne wy­stą­pie­nie w roli stu­denta oszo­ło­miło męż­czy­znę i roz­nie­ciło w nim na­mięt­ność. Ko­chali się tak jak ni­gdy przed­tem. Choć Ju­les już dawno spał, ona nie mo­gła zmru­żyć oka. Jej my­śli krą­żyły wo­kół hi­sto­rii An­tony'ego i Ad­?le oraz nie­moż­li­wo­ści jej szczę­śli­wego za­koń­cze­nia. Au­rore naj­bar­dziej zaj­mo­wało to, że Ad­?le, po­nie­waż nie chciała ruj­no­wać przy­szło­ści swo­jej córki, nie wi­działa in­nego wyj­ścia ani­żeli umrzeć z ręki ko­chanka. Główna bo­ha­terka naj­pew­niej po­go­dziła się z ostra­cy­zmem spo­łecz­nym, ale chciała oszczę­dzić hańby córce.

A jak to wy­glą­dało w przy­padku Au­rore? Ona także miała córkę. Czy swoim po­stę­po­wa­niem sta­wiała na szali do­bre imię So­lange? Czy miała prawo wieść ży­cie nie­za­leż­nej ar­tystki? I co z Mau­rice'em?

Tak bar­dzo tę­sk­niła za dziećmi, że żal ści­snął jej serce. Wie­działa, że nie­spełna ośmio­letni Mau­rice był pod do­brą opieką pia­stuna, uprzej­mego i mą­drego czło­wieka, który pi­sał do niej nie­mal co­dzien­nie. Ale czy męż­czy­zna po­trafi za­stą­pić chłopcu matkę? Oczy­wi­ście, że nie. Czy jej nowe ży­cie było warte tej ofiary? Przy­rze­kła so­bie, że tak szybko, jak to moż­liwe, spro­wa­dzi do Pa­ryża przy­naj­mniej małą So­lange. Nie chciała, żeby jej córka mu­siała prze­ży­wać to samo co Au­rore, gdy ta była w jej wieku. Aż za do­brze pa­mię­tała swoją roz­pacz po tym, jak matka po­rzu­ciła ją po tra­gicz­nej śmierci ojca. Do­ra­sta­jąc u babki w po­sia­dło­ści w Berry, przez wiele lat żyła z na­dzieją, że pod­czas jed­nej z rzad­kich wi­zyt matka w końcu za­bie­rze ją ze sobą do Pa­ryża. Piękna So­phie, córka ptasz­nika, któ­rego była naj­więk­szą mi­ło­ścią, ni­gdy nie do­trzy­mała jed­nak da­nego słowa, choć setki razy obie­cy­wała to córce.

Te­raz Au­rore wie­działa, że matka nie mo­gła nic na to po­ra­dzić - babka szan­ta­żo­wała ją, gro­żąc od­cię­ciem fi­nan­sów, w ra­zie gdyby sy­nowa chciała ogra­ni­czyć jej kon­takty z wnuczką. Je­śli się nad tym do­brze za­sta­no­wić, to matka prze­han­dlo­wała dziew­czynkę za wyż­sze roczne upo­sa­że­nie. Choć Au­rore da­rzyła babkę głę­bo­kim uczu­ciem, a te­raz, dzie­sięć lat po jej śmierci, bar­dzo za nią tę­sk­niła, ko­bieta nie była w sta­nie ku­pić jej mi­ło­ści. Dziecko po­winno być z matką. Babka nie mo­gła jej za­stą­pić. A tym bar­dziej opie­kunka.

Au­rore głę­boko wes­tchnęła i ostroż­nie wy­swo­bo­dziła się z ob­jęć Ju­les'a. Mu­siała zna­leźć spo­sób na to, żeby za­ra­biać wy­star­cza­jąco dużo pie­nię­dzy. Chciała bo­wiem obu tych rze­czy - mieć przy so­bie dzieci i być nie­za­leżną. So­lange po­winna wy­ro­snąć na pewną sie­bie ko­bietę i od ma­łego uczyć się, że jest warta tyle samo co jej brat. Au­rore wie­rzyła w rów­ność męż­czyzn i ko­biet i wie­działa, że skła­dają się na nią nie tylko prawa, lecz także obo­wiązki. Do­bro­wol­nie opu­ściła męża i po­sia­dłość, którą odzie­dzi­czyła po śmierci babki. Trzy mie­siące spę­dzała w domu, ko­lejne trzy mie­siące w Pa­ryżu - tak wy­glą­dał kom­pro­mis, który po za­cie­kłych ba­ta­liach wy­pra­co­wała z Ca­si­mi­rem. Przy­je­chała z Ju­les'em do Pa­ryża za­le­d­wie kilka ty­go­dni temu. Po­winna się cie­szyć, je­śli mąż bę­dzie trzy­mał się usta­leń. A to dla­tego, że po tym, jak za­warli mał­żeń­stwo, cały jej ma­ją­tek prze­szedł na niego, co sta­no­wiło ko­lejną z tak wielu nie­spra­wie­dli­wo­ści. Dla­czego kiedy ko­bieta wy­cho­dzi za mąż, wszystko, co po­siada, au­to­ma­tycz­nie staje się wła­sno­ścią jej mał­żonka? Cho­dziło o to, aby żona do końca ży­cia po­zo­stała za­leżna od męża. Ca­si­mir uwa­żał się za pana No­hant, ale także w tej kwe­stii nie pa­dło jesz­cze ostat­nie słowo. Na ra­zie Au­rore bar­dzo po­trze­bo­wała prze­rwy od tych ża­ło­snych kłótni; na samo wspo­mnie­nie o pod­ło­ściach, ja­kie mu­siała zno­sić w trak­cie mał­żeń­stwa, bu­rzyła się w niej krew.

Przez okno wpa­dał blask księ­życa w pełni. Au­rore przez dłuż­szą chwilę przy­pa­try­wała się śpią­cemu Ju­les'owi. Po­mimo mod­nej brody na­dal wy­glą­dał jak mło­dzie­niec. Po­czuła wzbie­ra­jącą czu­łość. Nie mo­gła już dłu­żej wy­trzy­mać w łóżku, więc po ci­chu wstała. W man­sar­dzie pa­no­wał prze­raź­liwy chłód, dziew­czyna naj­chęt­niej za­pa­rzy­łaby so­bie her­batę, ale nie chciała bu­dzić Ju­les'a. Aby po­zbyć się pie­ką­cego smaku cy­gara, który wciąż czuła w ustach, wy­piła szklankę wody. Szybko mar­zła, a po­nie­waż tego nie cier­piała, wło­żyła spodnie i szla­frok, a na ra­miona na­rzu­ciła weł­nianą chu­stę. Przez kilka mi­nut stała przy oknie i przy­glą­dała się księ­ży­cowi, który srebr­nym świa­tłem roz­ja­śniał da­chy pa­ry­skich do­mów i obie wieże ka­te­dry No­tre Dame znaj­du­ją­cej się na Île de la Cité. Paru pi­ja­nych stu­den­tów sto­ją­cych na ulicy śmiało się i ha­ła­so­wało, z jed­nego z lo­kali wy­szli bir­banci z lam­pio­nami i nie­śli ko­ły­szące się świa­tła w kie­runku Se­kwany.

Pa­ryż ni­gdy nie za­sy­piał i dla­tego tak bar­dzo Au­rore pa­so­wała do tego mia­sta. Już od wcze­snej mło­do­ści cier­piała bo­wiem na bez­sen­ność, naj­póź­niej od mo­mentu, gdy no­cami opie­ko­wała się chorą babką, a na­stęp­nie czu­wała przy jej łożu, gdy ta umie­rała. Gdy na­sta­wał świt, za­miast spać, sio­dłała klacz Co­lette i przez dwie, trzy go­dziny jak sza­lona jeź­dziła ga­lo­pem przez pola. Miała te­raz ochotę zro­bić to samo. Au­rore była cie­kawa, jak miewa się Co­lette.

Jako że nie miała w Pa­ryżu ko­nia, ci­cho za­pa­liła lampę naf­tową, zmniej­szyła pło­mień, żeby nie prze­szka­dzać Ju­les'owi, i usia­dła przy se­kre­ta­rzyku. Wy­cią­gnęła czy­stą kartkę pa­pieru i otwo­rzyła ka­ła­marz, żeby na­pi­sać list do dzieci. Po­tem wy­jęła z szu­flady teczkę z ma­nu­skryp­tami.

W za­my­śle­niu prze­glą­dała gę­sto za­pi­sane strony, które jesz­cze nie uj­rzały świa­tła dzien­nego; za­wsze czy­tała je wy­łącz­nie w bez­senne noce. Te­raz miała w rę­kach opo­wia­da­nie pod ty­tu­łem Dziew­czyna z Al­bano, w któ­rym młoda ko­bieta zmu­szona jest do wy­boru po­mię­dzy mał­żeń­stwem a ży­ciem ar­tystki.

Ale czy pro­blem nie po­le­gał wła­śnie na tym, że w ogóle trzeba było wy­bie­rać mię­dzy eg­zy­sten­cją miesz­czań­ską a speł­nie­niem ar­ty­stycz­nym, i to nie­za­leż­nie od płci? Czy wol­ność rze­czy­wi­ście mo­gła ist­nieć je­dy­nie w pa­rze z nie­pew­no­ścią, nie­upo­rząd­ko­wa­nymi re­la­cjami, za­wsze gdzieś na mar­gi­ne­sie spo­łe­czeń­stwa? A może Au­rore uda się kie­dyś żyć ze swo­jej sztuki i sa­mo­dziel­nie za­pew­nić dzie­ciom bez­pie­czeń­stwo fi­nan­sowe, do­bre wy­kształ­ce­nie i wszystko to, co się z tym wiąże?

Odło­żyła opo­wia­da­nie z po­wro­tem do teczki i wy­cią­gnęła coś in­nego - szkic po­wie­ści. Au­rore chciała w niej za­kwe­stio­no­wać kla­syczne role, w ja­kie spo­łe­czeń­stwo wtła­czało ko­biety. Jedna z bo­ha­te­rek, Blanka, miała wstą­pić do klasz­toru, a ko­me­diantka Róża, córka swatki, ska­zana była na ży­cie pro­sty­tutki. Także męż­czyźni, któ­rzy za­ko­chują się w tych mło­dych ko­bie­tach, na­rzu­cają im swoje wy­obra­że­nia. Czy w ta­kich oko­licz­no­ściach praw­dziwa mi­łość w ogóle jest moż­liwa? Tak wła­śnie brzmiało za­sad­ni­cze py­ta­nie, które tak bar­dzo zaj­mo­wało dziew­czynę. W tej po­wie­ści chciała prze­pro­wa­dzić swego ro­dzaju eks­pe­ry­ment i skrzy­żo­wać ze sobą drogi naj­róż­niej­szych po­staci. Każda pod­jęta przez nie de­cy­zja wy­klu­czała moż­li­wość in­nego ży­cia. Czy wła­śnie to nie było naj­więk­szym dra­ma­tem ży­cia?

Przez trzy noce z rzędu za­pi­sała pięć­dzie­siąt stron. Słowa po pro­stu z niej pły­nęły, ale po ja­kimś cza­sie stra­ciła en­tu­zjazm. Pi­sa­nie po­wie­ści przy­po­mi­nało jej bu­do­wa­nie mi­ster­nej kon­struk­cji. Je­śli po­pełni się błąd, to na ko­niec ca­łość ru­nie. A może Au­rore tra­piły zbyt duże wąt­pli­wo­ści? Może po­winna pi­sać da­lej z na­dzieją, że osta­tecz­nie wszystko ja­koś się ułoży?

Wes­tchnęła i scho­wała pa­piery z po­wro­tem do se­kre­ta­rzyka. W mi­nio­nych la­tach na­pi­sała dwie po­wie­ści, które osta­tecz­nie spa­liła. A to dla­tego, że po­mysł, który na po­czątku wy­da­wał jej się tak in­try­gu­jący i nie­zwy­kły, oka­zał się fun­da­men­tem, który ko­niec koń­ców nie utrzy­mał kon­struk­cji. Po­sta­cie oka­zały się ni­ja­kie i sztuczne, jak to zwy­kle bywa w przy­padku eks­pe­ry­mentu. A ży­cie to nie do­świad­cze­nie. Czym więc było? W czym tkwiła ta­jem­nica tego, że w dra­ma­cie An­tony Ale­xan­dre'a Du­masa bo­ha­te­ro­wie byli tak żywi i praw­dziwi?

Au­rore wstała od se­kre­ta­rzyka i cia­śniej otu­liła się chu­stą. Na­lała do kubka mleka i zja­dła do­mo­wej ro­boty ma­ka­ro­nik wy­jęty z puszki z wgnie­ce­niami, którą matka dała jej pod­czas ostat­nich od­wie­dzin. Au­rore oszczęd­nie ob­cho­dziła się z ła­ko­ciami; So­phie rzadko roz­piesz­czała ją w ten spo­sób, prze­waż­nie szu­kała pre­tek­stu, żeby się z nią po­sprze­czać. Tym cen­niej­sze wy­da­wały się mło­dej ko­bie­cie te mig­da­łowe wy­pieki. Ich smak za­wsze przy­wo­dził jej na myśl dzie­ciń­stwo, po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i mi­łość.

Po­my­ślała o ojcu i o tym, że w prze­ci­wień­stwie do Ad­?le, bo­ha­terki sztuki te­atral­nej Du­masa, po­dą­żył za gło­sem serca i po­ślu­bił ko­bietę, która w po­wszech­nym prze­ko­na­niu do niego nie pa­so­wała. Gdyby tego nie zro­bił, Au­rore nie by­łoby na świe­cie. Czy to przy­pa­dek? Czy jako owoc bun­tow­ni­czej mi­ło­ści nie była zo­bli­go­wana do tego, żeby kon­ty­nu­ować tę walkę?

Po­sta­no­wiła, że przyj­mie ofertę eks­cen­trycz­nego wy­dawcy ga­zety. Może Ju­les miał ra­cję i droga do ar­ty­stycz­nej nie­za­leż­no­ści pro­wa­dziła przez re­dak­cję La­to­uche'a. Ale Au­rore nie po­jawi się tam ju­tro z pu­stymi rę­kami.

Ze zde­cy­do­wa­niem wy­cią­gnęła z szu­flady nową kartkę pa­pieru i po­now­nie usia­dła przy se­kre­ta­rzyku. Jako próbkę swo­jego ta­lentu na­pi­sała dla La­to­uche'a re­cen­zję wczo­raj­szej pre­miery te­atral­nej. Wy­star­czyła jej chwila sku­pie­nia, by pióro samo po­pły­nęło po pa­pie­rze.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki