Rozdział trzeci
Annie i George
posłusznie wyszli z dużego pokoju i gdy tylko dotarli do kuchni, rzucili
się do biegu.
- Kto ostatni do domku na drzewie, ten... - wykrzyknęli zgodnym chórem.
- Zepsuty banan! - dokończyła Annie.
- Śmierdzące jajo! - wrzasnął George, kiedy oboje wpadli już do ogrodu.
Próbowali spychać się nawzajem z drogi i każde starało się znaleźć przy
dziurze w płocie przed tym drugim.
Do jabłoni udało im się dotrzeć jednocześnie. Annie chwyciła drabinkę, a George zaczął wchodzić po linie z węzłami, jak marynarz wspinający się
na burtę dużego okrętu.
W domku wylądowali dokładnie w tym samym
momencie, z okrzykiem meta! Drzewo chwiało się na wszystkie strony,
jakby miotane burzowym wichrem, więc chwycili się siebie nawzajem, żeby
nie spaść z platformy do ciemnego ogrodu.
- Raju! - wykrzyknęła Annie, kiedy domek się w końcu ustabilizował.
- O kurczę! - George poczuł się winny. - Wychodząc stąd, nie
wciągnęliśmy drabinki na górę.
- Czy twój teleskop jest cały? - spytała Annie.
Chłopiec miał taką nadzieję! Z kieszeni wyciągnął małą latarkę. Teleskop
nadal stał bezpiecznie na swoim miejscu, z aparatem fotograficznym obok,
czekając na swoją godzinę chwały w dokumentowaniu nocnego nieba. George
wyjął chusteczkę i delikatnie wytarł wizjer, by usunąć klejący się brud.
- Jak te bliźniaczki w ogóle się tutaj dostały? - zdziwiła się Annie. -
Umieją się wspinać po drabince sznurowej?
- One potrafią wleźć wszędzie - odparł George ponuro. - Nic się przed
nimi nie uchroni.
- Ach, są takie słodkie... - Dziewczynka się uśmiechnęła. - Wiem, że tak
naprawdę bardzo je kochasz.
George nie odpowiedział. Był w tym momencie zajęty próbami uchwycenia
Saturna w teleskopie, żeby zdjęcie tej wspaniałej planety z pierścieniami wyszło idealnie. Podniósł wzrok ku niebu, spojrzał na
gwiazdy gołym okiem i pomyślał, że to przepiękny widok. Chłopiec był
niezwykle zafascynowany kosmosem - tym, co się znajduje poza krańcem
atmosfery.
Kochał nawet samo słowo kosmos. Nieskończona przestrzeń
Wszechświata, ogromna ponad wszelkie wyobrażenie i pełna dziwacznych,
fascynujących zjawisk: planet, czarnych dziur, gwiazd neutronowych...
lista nie miała końca. ,,Wszechświat jest niesamowity - pomyślał. - A ja
chcę go pojąć do końca. Chcę sięgać poza granice ludzkiej wiedzy i możliwości zrozumienia, dopóki się nie dowiem wszystkiego, co tylko
możliwe, o naszym niezwykłym kosmicznym domu".
- Masz zamiar w końcu zrobić to zdjęcie? - Głos Annie przerwał jego
rozważania.
- Zaraz spróbuję - odparł. - Mam nadzieję, że nie ma dziś zbyt dużego
odblasku.
Małe uniwersyteckie miasteczko Foxbridge potrafiło wyprodukować tak dużo
światła, że nocne niebo tuż nad horyzontem było pomarańczowe, a nie
czarne. Jednak George nacisnął migawkę w aparacie fotograficznym,
używając teleskopu, aby zebrać więcej światła, niż potrafiło ludzkie
oko. Dzięki temu aparat mógł utrwalić widok planet Układu Słonecznego,
które znajdowały się w odległości milionów kilometrów.
- Daj popatrzeć. - Annie chwyciła aparat. - Zobaczmy to twoje piękne
zdjęcie... - Otworzyła ostatni plik na karcie pamięci. - Och! -
wykrzyknęła zaskoczona.
- Co? Nie zadziałało? - zaniepokoił się George.
- No cóż, zdjęcie z całą pewnością zostało zrobione, ale...
George sięgnął po aparat i spojrzał na fotografię.
- To w ogóle nie jest Saturn - powiedział. - Wygląda, jak... Sam nie
wiem, co by to mogło być...
- Może to jakiś statek kosmiczny - dokończyła za niego Annie. - Ale nie
żaden z tych, które widzieliśmy wcześniej. - Spojrzała w nocne niebo
przez teleskop. - Nic nad nami nie widzę.
- Ja też nie. - Tym razem to George zajrzał w okular teleskopu. -
Cokolwiek to było, teraz już zniknęło.
- To strasznie dziwne - uznała Annie. - Naprawdę. Na zdjęciu wygląda to
tak jak lewitująca kosmiczna oponka, a kiedy spojrzy się w niebo przez
teleskop, niczego nie widać. Oczywiście poza gwiazdami i całą resztą...
Ale one od początku tam były.
- Totalnie odjechane - zgodził się chłopiec, manipulując zoomem, żeby
powiększyć zdjęcie na małym wyświetlaczu aparatu. Dostrzegł niewyraźne
znaki z boku tajemniczego obiektu. - Tutaj jest jakiś napis: JAM.
- JAM? Co to znaczy? Jednoetapowa Amerykańska Misja? Jajogłowy Android
Militarny? Jadalny Arsenał Mechaniczny...?
- Nie wiem - odparł George. - O niczym takim nie słyszałem. - Jako
gorący wielbiciel kosmosu za punkt honoru stawiał sobie znajomość
wszystkich misji przebywających aktualnie na niskiej orbicie Ziemi, lecz
nie była to żadna z nich. - Może to jakiś tajny statek kosmiczny?
- Albo Obcy? - zasugerowała podekscytowana Annie.
- Najprawdopodobniej to jakiś satelita meteorologiczny. - George był
odrobinę większym realistą.
- Trochę za duży jak na satelitę, tego jestem pewna! Myślę, że to UFO.
- Ale co UFO miałoby tu robić? - zaczął się zastanawiać George. - Czego
by chcieli Obcy od Fox-bridge?
Gdy tylko wypowiedział te słowa, w głowie pojawiła mu się odpowiedź - i nawet w mdłym świetle dostrzegł nagłe zdenerwowanie Annie. Znał jej
największą obawę, że coś strasznego stanie się jej tacie. Eric był
niesłychanie ważnym naukowcem i uczestniczył w tylu supertajnych
projektach, że w przeszłości brali go na cel różni ludzie, którzy
chcieli zniszczyć jego dokonania albo się dowiedzieć, nad czym właśnie
pracuje.
- Jestem pewien, że to nie ma nic wspólnego z twoim tatą! - Chłopiec
próbował uspokoić Annie, choć sam czuł dziwne łaskotanie w żołądku,
jakby przeczucie, że wkrótce wydarzy się coś niesłychanie ekscytującego.
- To pewnie jakiś naukowy pojazd kosmiczny, który robi pomiary w atmosferze. Po prostu wygląda jak UFO. Założę się, że z bliska jest
całkiem zwyczajny. - Jednak mówiąc te słowa, czuł już w głębi duszy
nadzieję, że się myli i że ten obiekt wcale nie jest zwyczajny.
- Jasne, jasne. - Jego przyjaciółka nie wyglądała na całkiem przekonaną,
niemniej trochę się uspokoiła. Potarła adidasem o drugi but. - Myślisz,
że tata jest teraz bezpieczny?
- Oczywiście! - odrzekł George stanowczo, choć wcale nie był pewien, czy
to prawda. - Jest najważniejszym naukowcem w całym kraju. Na pewno wciąż
go pilnują. A ty przestań się o niego zamartwiać! Nie sądzę, żeby
cokolwiek się wydarzyło podczas ferii w Fox-bridge. Tylko nudni rodzice,
projekty szkolne i takie tam. To wszystko.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz - mruknęła Annie, wpatrując się w niebo w poszukiwaniu oznak powracającego UFO. Nadal nie zachowywała się
tak jak dobrze znana George'owi, żywiołowa osóbka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział pierwszy
Na innej planecie
domek na drzewie byłby idealnym miejscem do obserwowania kosmosu. Choćby
na takiej, na której nie ma rodziców. Domek zainstalowany w połowie pnia
ogromnej jabłoni, rosnącej pośrodku grządki warzywnej, znajdował się
na tyle wysoko i był ustawiony pod takim
kątem, że George mógłby przesiadywać w nim
całe noce i wpatrywać się w gwiazdy. Niestety, jego mama i tata mieli co
do tego inne zdanie, musiał więc wykonywać w domu różne obowiązki:
odrabiać lekcje, sypiać w łóżku, jeść kolację i spędzać wspólny
czas ze swoimi młodszymi siostrami,
bliźniaczkami - mimo że żadna z tych rzeczy w ogóle go nie
interesowała.
Wszystko, czego pragnął George, to sfotografować Saturna. Przynajmniej
jedno malutkie zdjęcie jego ulubionej planety - imponującego giganta
zbudowanego z zamarzniętego gazu, z pięknymi lodowymi pierścieniami,
które wypełniał kosmiczny pył. Jednak o tej porze roku, gdy słońce
zachodziło bardzo późno, Saturn pojawiał się na niebie dopiero około
północy. George zaś musiał chodzić do łóżka bardzo wcześnie i nie mógł
nawet marzyć, aby rodzice pozwolili mu zostać w domku na drzewie aż do
tej godziny.
Siedząc z nogami przewieszonymi przez brzeg platformy domku, George
zaczął ze smutkiem obliczać, ile godzin i dni musi jeszcze upłynąć,
zanim będzie wystarczająco dorosły, aby się uwolnić...
- Hejka! - Drobna osóbka w workowatych szortach-bojówkach za kolana,
bluzie z kapturem i czapeczce bejsbolowej wskoczyła na platformę i przerwała rozmyślania chłopca.
- Siemka! - George natychmiast się rozpogodził. - Annie?
Annie była jego najlepszą przyjaciółką od czasu, gdy kilka lat temu wraz
ze swoimi rodzicami przeprowadziła się do Foxbridge. Mieszkała w domu
obok, ale nie był to jedyny powód, dla którego się kolegowali. George
zwyczajnie ją lubił: Annie, córka naukowca, była zabawna, mądra, dzielna
i fajna. Nigdy się nie wahała, nie przepuściła też żadnej okazji do
przygody, testowała każdą teorię i rozważała wszelkie hipotezy.
- Co porabiasz? - spytała.
- Nic - mruknął George. - Czekam.
- Na co?
- Aż coś się wydarzy - odparł żałośnie.
- Ja też. Myślisz, że Wszechświat o nas zapomniał, bo nie wolno nam już
odbywać podróży pozaziemskich?
Chłopiec westchnął.
- Czy kiedykolwiek uda nam się jeszcze polecieć w kosmos?
- Nie w tej chwili. Może nasz zasób przygód już się wyczerpał i teraz,
kiedy mamy po jedenaście lat, powinniśmy być przez cały czas poważni?
George wstał, a drewniane deski lekko się zachwiały pod jego stopami.
Był jednak pewien, że domek na drzewie jest bezpieczny i ryzyko tego, iż
oboje spadną na twardą ziemię pod jabłonią, jest minimalne. Zbudował ten
domek z tatą, Terence'em, z materiałów znalezionych na miejscowym
składowisku odpadów. Kiedy konstruowali tę część domu, na której
siedział teraz z Annie, tata przypadkowo przebił nogą spróchniałą deskę.
Na szczęście nie przeleciał przez dziurę, ale George musiał użyć
wszystkich swoich sił, żeby go wyciągnąć. Przez cały ten czas jego
młodsze siostry, bliźniaczki Junona i Hera, krztusiły się ze śmiechu.
Z tego drobnego wypadku wynikło tyle dobrego, że domek na drzewie został
uznany przez rodziców George'a za zbyt niebezpieczny dla bliźniaczek i zabroniono im się wspinać do niego po drabince sznurowej. Chłopiec był z tego powodu bardzo szczęśliwy, bo oznaczało to, że domek stał się tylko
jego królestwem, wolnym od zamętu panującego w rodzinnym gnieździe.
Rodzice kazali mu zawsze wciągać drabinkę na górę, co miało uniemożliwić
wspinaczkę małym istotkom, nader chętnym, by się przyłączyć do
ukochanego brata. George bardzo pilnował bezpieczeństwa i nigdy nie
zostawiał spuszczonej drabinki, co oznaczało...
- Hej! - Nagle zdał sobie sprawę, że Annie nie powinna zjawić się tutaj
ot tak po prostu, znikąd. - Jak się tu dostałaś?
Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko.
- Kiedy byłam dzieckiem, ugryzł mnie pająk... - zaczęła dramatycznym
tonem. - Dzięki temu zyskałam nadzwyczajną, magiczną moc, którą dopiero
teraz zaczynam w pełni rozumieć.
George wskazał zaciśniętą wokół najgrubszej gałęzi linę, którą właśnie
zauważył.
- To twoje dzieło?
- Owszem - przyznała Annie normalnym głosem. - Chciałam po prostu
sprawdzić, czy mi się uda.
- Spuściłbym dla ciebie drabinkę - oznajmił.
- Kiedy ostatnio cię o to poprosiłam, kazałeś mi odgadnąć miliardy
różnych haseł i w dodatku musiałam ci oddać połowę swojego kit kata -
odparła oskarżycielsko Annie.
- To wcale nie był kit kat! - sprostował chłopiec - tylko kawałek
"czekolady" - zaakcentował cudzysłów palcami - którą usiłowałaś stworzyć
w warunkach laboratoryjnych. Zawinęłaś go w papierek po kit kacie, żeby
sprawdzić, czy będę w stanie poczuć różnicę.
- Skoro mysz może sobie wyhodować ucho na grzbiecie, to dlaczego ja nie
miałabym wyhodować kit kata? - oburzyła się dziewczynka. - Stworzenie
samopowielających się cząsteczek czekolady, które nieustannie podwajają
swoją objętość, na pewno jest możliwe.
Annie była zagorzałą młodą chemiczką i często używała kuchni jako
osobistego laboratorium, co doprowadzało jej mamę, Susan, do szaleństwa.
Kobieta sięgała na przykład do lodówki po sok jabłkowy, lecz zamiast
niego znajdowała produkt złożony z krystalicznego białka.
- Tak przy okazji, twój kit kat smakował jak dinozaurzy pa... - zaczął
George.
- Wcale nie! - przerwała mu Annie. - Wyhodowana przeze mnie czekolada
była przepyszna. Nie mam pojęcia, o czym mówisz. A poza tym kiedy to
niby próbowałeś żuć dinozaurzy paluch?
- Paznokieć - dokończył George. - Ta czekolada była naprawdę
obrzydliwa. Jak skamielina sprzed tryliona lat.
- Ha, ha, ha, bardzo śmieszne - odparła sarkastycznie Annie. - Bo ty
niby jesteś taki wy-kwitny.
- Nie masz pojęcia, co to jest wykwintność - odciął się George.
- Właśnie, że tak.
- No to mi wytłumacz. - Chłopiec był pewien, że akurat tę część dyskusji
udało mu się wygrać.
- Bo teraz jest maj, wszystko kwitnie - wyjaśniła Annie. - Więc ty też
jesteś wy-kwitny. - Wytrzymała do końca zdania, zanim wybuchnęła
śmiechem. Śmiała się tak bardzo, że spadła z poduchy, na której
siedziała.
- Idiotka z ciebie - skomentował dobrodusznie George.
- Z ilorazem inteligencji równym sto pięćdziesiąt dwa. - Annie podniosła
się z podłogi. Tydzień wcześniej przeszła testy IQ1 i nie
zamierzała pozwolić, żeby ktokolwiek zapomniał o jej wynikach. Nagle
dostrzegła stertę rzeczy należących do George'a.
- Co to wszystko ma znaczyć?
- Szykuję się. - Chłopiec wskazał ręką sprzęt odebrany z małych
siostrzanych rączek i ściągnięty w bezpieczne miejsce w domku na
drzewie. Znajdował się tu sześćdziesięciomilimetrowy biały teleskop z czarnymi paskami po bokach oraz aparat fotograficzny, który George
usiłował przymocować do teleskopu, aby można było robić zdjęcia.
Teleskop podarowała mu w prezencie Mabel, jego babcia, natomiast aparat
został znaleziony na składowisku odpadów.
- Chcę sfotografować Saturna,
kiedy zrobi się ciemno. Pod warunkiem, że moi nudni rodzice nie każą mi
wracać do domu. To mój projekt szkolny.
- Super! - Annie przytknęła oko do wizjera teleskopu. - Fuj! -
natychmiast wykrzyknęła. - Jest ubabrany czymś klejącym!
- O nie! - zawołał chłopiec i przyjrzał się teleskopowi uważniej.
Faktycznie, obwódka wizjera była wysmarowana jakąś lepką, różową
substancją.
- Dosyć tego! - Nagle wezbrała w nim złość. Rzucił się do drabinki
sznurowej, by zejść na dół.
- Dokąd idziesz? - Annie ruszyła za nim. - To nic takiego. Przecież
możemy to wyczyścić!
Ale George parł do przodu. Czerwony na twarzy pobiegł do domu i wpadł do
kuchni. Jego tata właśnie usiłował nakłonić Junonę i Herę do zjedzenia
kolacji.
- I jedna za tatusia! - powiedział do Hery. Dziewczynka otworzyła usta i wzięła do buzi zieloną papkę, lecz natychmiast wypluła ją na Terence'a.
Potem zapiszczała z radości i zaczęła szaleńczo walić łyżką o tackę
przymocowaną do jej wysokiego krzesełka, a wszystkie inne stojące na
niej rzeczy podskakiwały niczym kukurydza prażona na patelni. Junona,
która zazwyczaj naśladowała swoją bliźniaczą siostrę we wszystkim,
przyłączyła się do zabawy, uderzając w tackę łyżką i głośno puszczając
bąble ustami.
Terence odwrócił się, żeby spojrzeć na George'a. Na jego twarzy malowała
się mieszanina cierpienia i radości, a zielona papka ściekała mu z brody
na własnoręcznie uszytą koszulę.
George nabrał powietrza w płuca i już miał rozpocząć gniewną tyradę o małych ludziach, którzy niszczą rzeczy należące do innych, lecz Annie
zdążyła w porę przecisnąć się obok niego i stanąć z przodu.
- Dzień dobry, panie G! - zaszczebiotała radośnie do Terence'a. - Cześć,
maleństwa!
Dziewczynki zaczęły jeszcze energiczniej walić łyżkami i gulgotać,
radośnie witając taką odmianę podczas kolacji.
- Chciałam tylko zapytać, czy George mógłby pójść ze mną do mojego
domu?! - trajkotała dalej Annie. Wyciągnęła rękę i połaskotała Herę pod
delikatnym, lepkim od jedzenia podbródkiem, co wywołało u małej
niepowstrzymany chichot.
- A co z moim teleskopem? - wymamrotał za jej plecami rozeźlony George.
- Załatwimy to - odparła Annie stanowczo, przyciszonym głosem. - Jesteś
szczęściarzem, że masz młodsze rodzeństwo - zagruchała, spoglądając na
bliźniaczki. - Chciałabym mieć takie słodziutkie, małe siostrzyczki. Ja
jestem jedynaczką... Sama, samiuteńka... - Skrzywiła się, przesadnie
demonstrując smutek.
- Phi! - George z rozkoszą zamieszkałby w jej cichym, naukowym, pełnym
nowoczesnych urządzeń domu, z uczonym ojcem i coraz bardziej skupioną na
karierze matką. Nie było tam małych dzieci, hałasu, organicznych warzyw
i bałaganu; no, może poza chwilami, kiedy Annie przeprowadzała w kuchni
kolejne, coraz bardziej interesujące doświadczenia.
- Emm... tak, możesz iść do Annie, ale pamiętaj, żebyś wrócił na czas,
aby wypełnić swoje obowiązki. - Terence usiłował sprawiać wrażenie
kogoś, kto ma wszystko pod kontrolą.
- Fantastycznie! - wykrzyknęła z entuzjazmem Annie i wypchnęła George'a za drzwi.
Chłopiec wiedział, że kiedy Annie jest w tak apodyktycznym nastroju,
musi się jej podporządkować. Poszedł więc za nią. I nie było to wcale
takie trudne, bo jak mógłby usiedzieć w domu, w złym humorze, skoro miał
w perspektywie odwiedziny u swojej przyjaciółki.
- Do widzenia, panie G, pa, maluchy! - wykrzyknęła dziewczynka, gdy
razem wybiegali. - Bawcie się dobrze!
- George, pamiętaj, że musisz wypełnić swój grafik nagród, kiedy
będziesz wykonywał cotygodniowe obowiązki! - zawołał słabym głosem
Terence, spoglądając na znikającą mu z oczu sylwetkę najstarszego
dziecka. - Zostały ci jeszcze trzy piąte diagramu kołowego!
Ale jego syna już nie było. Annie porwała go do ekscytującej Krainy
Sąsiedztwa - domu pełnego najnowszych wynalazków technicznych,
naukowego, elektronicznego i w oczach chłopca po prostu fantastycznego.
Skrót od ang. Intelligence Quotient - iloraz inteligencji (wszystkie
przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]
Rozdział drugi
Przedostali się na
teren Annie przez dziurę w płocie oddzielającym ogrody przy obu domach.
Zrobił ją Freddy - wieprzek (kolejny podarunek od pomysłowej babci
George'a), kiedy dzielnie próbował wydostać się na wolność i opuścić
posiadłość Greenbych. Idąc po śladach raciczek, George poznał tamtego
popołudnia Annie oraz jej rodzinę: Erica, jej tatę, świetnego badacza i fachowca, oraz Susan, jej mamę, która była muzykiem. Wtedy też po raz
pierwszy zetknął się z superkomputerem Kosmosem, który był tak potężny i inteligentny, że potrafił stworzyć w powietrzu drzwi prowadzące do
każdej części Wszechświata, jaką tylko człowiek chciałby odwiedzić
(oczywiście pod warunkiem, że miał na sobie skafander kosmiczny). Od
tamtego czasu George surfował na komecie, spacerował po powierzchni
Marsa i zmierzył się z podstępnym naukowcem w odległym układzie
gwiezdnym. Można by powiedzieć, że jego życie przestało być ciche i spokojne.
- Hej! - rzuciła Annie w biegu. - Nie powinieneś być taki wredny wobec
swoich sióstr.
- Słucham? - George już dawno przestał myśleć o bliźniaczkach. - O czym
ty mówisz? Wcale nie byłem wredny!
- Tylko dlatego, że cię powstrzymałam - oznajmiła dziewczynka
oskarżycielskim tonem. - Chciałeś powiedzieć coś naprawdę podłego.
- Byłem wściekły! - odparł oburzony George. - Nie powinny dotykać moich
rzeczy ani wchodzić do domku na drzewie!
- Masz szczęście, że w ogóle masz jakieś rodzeństwo - rzekła Annie. - Ja
nie mam nic.
- Właśnie, że masz! - wybuchnął chłopiec. - Masz tyle rzeczy! Na
przykład Kosmosa. Masz, praktycznie rzecz biorąc, całe laboratorium
tylko dla siebie, masz Xboxa, laptopa, iPoda i iPada... i jeszcze inne
iCosie. Masz tego mechanicznego psa, hulajnogę elektryczną... Sam nie
wiem... masz po prostu wszystko.
- To nie to samo co prawdziwy brat lub siostra - wyszeptała Annie.
- Założę się, że gdybyś miała rodzeństwo, nawet dwójkę, wcale byś go nie
chciała. Ich... - dodał George z powątpiewaniem.
Para przyjaciół wbiegła przez tylne wejście do kuchni.
- Hurra! - Dziewczynka rzuciła się ślizgiem do ogromnej lodówki i sięgnęła do klamki.
Nawet lodówka Bellisów nie wyglądała jak zwykłe urządzenie kuchenne,
lecz bardziej jak coś, co można zobaczyć w laboratoriach: była masywna,
wykonana ze stali, miała głębokie szuflady i przegrody, żeby można było
trzymać różne rzeczy oddzielnie. Oczywiście była to profesjonalna
maszyna, tak bardzo różniąca się od normalnej lodówki, jak statek
kosmiczny od papierowego samolociku. To jedna z tych rzeczy, które
George uwielbiał w domu Annie: pełnym zaskakujących przedmiotów i naukowych niezwykłości; Eric je kupił, znalazł lub otrzymał w trakcie
swojej wieloletniej kariery. Chłopiec z zazdrością spoglądał na lodówkę
emanującą jakąś dziwaczną niebieską poświatą. Najbardziej zaawansowany
technicznie przedmiot w całym jego domu miał pewnie mniej mocy
przerobowej niż lodówka Annie.
George właśnie rozmyślał nad tym przygnębiającym faktem, kiedy nagle
zdał sobie sprawę z odgłosów dochodzących z dużego pokoju.
- Annie! George! - Eric wetknął głowę przez drzwi kuchenne. Uśmiechał
się, a jego oczy połyskiwały za grubymi szkłami okularów. Miał
poluzowany krawat i podwinięte rękawy koszuli.
- Przyszedłem po dolewkę - wyjaśnił, po czym wziął do ręki zakurzoną
starą butelkę i wyciągnął z niej korek z głośnym mlaśnięciem.
Nalał do kieliszków gęstej brązowej cieczy, by zaraz się odwrócić z zamiarem
powrotu do swojego gabinetu.
- Chodźcie ze mną i przywitajcie się z moim gościem. - Jego twarz
rozciągnęła się w szerokim uśmiechu. - Myślę, że ma coś, co mogłoby was
zainteresować.
Dzieci natychmiast zapomniały o swojej chwilowej kłótni i ruszyły za
Erikiem do jego gabinetu, wypełnionego stertami książek sięgającymi
sufitu. Był to duży, piękny pokój, pełen interesujących przedmiotów,
takich jak stary teleskop z brązu. Najnowocześniejsze urządzenia
techniczne, które rządziły w pozostałej części domu, tutaj nie były tak
wszechobecne. Pomieszczenie wydawało się miłe i wygodne, a nie zimne i futurystyczne. Na miękkiej sofie, pamiętającej jeszcze studenckie lata
Erica, siedziała starsza pani.
- Annie, George, poznajcie Beryl Wilde - powiedział Eric, wręczając
kobiecie kieliszek wiśniówki.
Beryl przyjęła trunek z wdzięcznością i natychmiast zaczęła go siorbać.
- Jak się macie! - Pomachała do dzieci dłonią uzbrojoną w kieliszek.
- Beryl jest jednym z najlepszych matematyków naszych czasów - oznajmił
Eric z powagą.
Kobieta wybuchnęła śmiechem.
- Och, nie bądź głuptasem!
- Ale to prawda! - upierał się Eric. - Gdyby nie jej matematyczny
geniusz, zginęłyby miliony ludzi.
- Jakich ludzi? - zainteresował się George.
Tymczasem Annie wyciągnęła swój telefon komórkowy i zaczęła wyszukiwać
Beryl Wilde w Wikipedii.
- Jak się pisze pani nazwisko? - spytała.
- Nie znajdziesz mnie tam. - Beryl domyśliła się, co próbuje zrobić
dziewczynka. Błękitne oczy staruszki błysnęły łobuzersko. - Muszę
absolutnie przestrzegać ustawy o tajemnicy państwowej i nawet po tylu
latach nie ma o mnie ani jednej wzmianki.
Eric wskazał dłonią urządzenie znajdujące się na stoliku kawowym przed
sofą. Wyglądało jak staroświecka maszyna do pisania.
- To... - zaczął dramatycznie - jest Enigma. Jedna z tych, których
używano podczas drugiej wojny światowej do kodowania wiadomości. Jej
konstruktorom chodziło o to, aby przesyłane informacje były bezpiecznie
i aby nikt, kto by je przechwycił, nie dał rady ich odszyfrować. Beryl
należała do grupy matematyków, którzy rozwiązali tajemnicę Enigmy.
Dzięki temu wojna skończyła się dużo wcześniej, niż mogła, i pochłonęła
znacznie mniej ofiar.
- O rany! - Annie spojrzała na staruszkę znad telefonu. - A więc
potrafiła pani przeczytać zaszyfrowane wiadomości, a inni nie mieli
pojęcia, że pani wie, co zamierzają? To tak, jakby ktoś miał teraz
dostęp do wszystkich moich e-maili... Tyle że ja oczywiście nie prowadzę
z nikim wojny - dodała. - Oczywiście z wyjątkiem Karli Pinchnose, która
kazała wszystkim się ze mnie naśmiewać, gdy napisałam coś z błędem na
interaktywnej tablicy...
- Dokładnie tak - kiwnęła głową Beryl. - Mogliśmy przechwytywać
wiadomości i je deszyfrować, więc było wiadomo, co planują nasi
wrogowie. Dawało nam to ogromną przewagę.
- Rany gościa! - wykrzyknęła Annie. - Szacunek! - I z powrotem zajęła
się telefonem.
- Czy to prawdziwa Enigma? Serio? - George wpatrywał się w maszynę z zazdrością, bo w domu Bellisów znalazł się kolejny niezwykły przedmiot.
Po raz milionowy żałował, że nie urodził się w tej rodzinie zamiast w swojej.
- Owszem. - Beryl uśmiechnęła się do niego. - I chcę ją dać Ericowi. W prezencie.
Tata Annie stłumił okrzyk. Najwyraźniej nie miał pojęcia o zamiarach
starszej pani.
- Nie możesz tego zrobić! - zawołał.
- Właśnie, że mogę! - odparła stanowczo Beryl. - To dla twojego wydziału
matematyki na uniwersytecie. Jesteś idealnym kandydatem z twoją pracą
nad komputerami kwantowymi. I naprawdę nie wyobrażam sobie lepszego domu
dla mojej Enigmy.
- Co to jest komputer kwantowy? - zaciekawił się George. Była to dla
niego nowość, i to bardzo ekscytująca. Ostatnimi czasy Eric był dość
skryty i tajemniczy i chłopiec nie mógł z niego wydobyć nic poza
ogólnikowymi odpowiedziami, kiedy chciał się dowiedzieć, nad czym
obecnie pracuje wielki naukowiec.
Teraz jednak Eric sprawiał wrażenie chętniejszego do rozmowy.