Le Mans
Dla Luciena Bianchi, André Hallera,
Jean-Louisa La Fosse, Jo Gartnera
Tankowanie, wymiana opon.
Siedzisz już w kokpicie, zaciskasz pasy, mechanicy nieszczędzą wysiłków, drzwi zatrzaskują się z głuchym łoskotem.
No i wszystko gotowe, usuwasz tablicę brakes, kciuk włącza zapłon, silnik obnaża swą dzikość, teraz sprzęgło, pierwszy bieg, i samochód gwałtownie rusza, pas startowy jest krótkim odcinkiem pierzchających kolorów, zaraz potem tor, pusty i zamglony w oparach upału.
Widać już zjazd za mostem Dunlop, wyczuwasz siłę i lekkość samochodu, to dziwne, masz w pamięci jego ociężałość przy pełnym zbiorniku, tymczasem manewry w lewo i w prawo są precyzyjne, i oto skutecznie hamujesz na zakręcie Tertre Rouge, to aż niewiarygodne, jest tak, jak na jazdach próbnych, z kilkoma litrami w baku.
Teraz nurkujesz, przed tobą otwiera się prosta, niczym gościnna kładka, bezkresna rzeka asfaltu, to najgorętsza godzina poranka, ścigasz nieosiągalną wodę, wciąż umykającą aż po horyzont.
Ilu godzin brakuje do mety, już niewielu, tylu co nic, po długim ociąganiu się świtu, po anemicznej i pustej niepewności poranka, dręczącym wspomnieniu nocy, jest jazda w fosforyzującym pejzażu, w geografii wytyczonej przez drogowskazy, świetlne pasy, strzałki, odległości zanikające przy hamowaniu, zryw auta, i coraz większe zmęczenie ramion, wzrok zasnuty lekką mgłą, jak palce, które badają niepewność jutra.
Wszystko jeszcze tu jest, blisko, obok ciebie, jak uporczywa obecność w głośnym warkocie jazdy, jak rozrastające się doznanie blasku popołudnia, które nadciąga i czeka tylko na jakiś powód, na los, na geometrię bardziej wyrazistą i dokładniejszą od rysunku, na bezlitosne współrzędne znaczenia, sensu, który wytryska z niczego, zakwita pośród zdarzeń i prowadzi je, bezbronne, w suchych dłoniach losu, do bezkresnego końca.
Auto w niemilknącym wojennym okrzyku wymazuje głębię twojej drogi, dziurawi świąteczny pejzaż, zdobiący młodość lata, wbija się, rozpalone, w lekkie powietrze, które go nie ogranicza, na zakręcie wyhamujesz jego dzikość, za każdym razem spostrzegasz, że przychodzi ci ją poskramiać z coraz większym trudem.
Czujesz w ramionach wibrującą moc maszyny, wyciągasz ręce w pustkę toru, niczego nieświadomych świateł, które obejmują twoje długotrwałe złudzenie, barwy życia są wyblakłe i niepewne, i tylko to zatapia w łunie mirażu twój niepojęty dzień, bez wrogów, bez zagrożeń dla prędkości myśli, dla niezawodności ręki spoczywającej na dźwigni zmiany biegów, nikt nie usłyszy twojego głosu na pustkowiu prostej drogi, twoich nieustraszonych słów w miękkich warstwach kasku, kogo miałbyś zamiar wzywać, gdy z radosnym gniewem będziesz zmierzał do mety, kogo chciałbyś tu widzieć w półcieniu oczekiwania, wzdłuż swojej trasy, kogo zdołasz ocalić od żałości czasu, żadna odległość nie przetrwa dłużej niż pamięć, żaden dzień nie oprze się skałom podwodnym wieczoru, prowadzisz sam, opieczętowany kruchością pędu, jeszcze nie widać zakrętu, mkniesz do linii horyzontu, kto by zechciał dostrzec czarne strzałki zmiany trasy, drogowskazy, hamulce, tutaj, w samym środku prawdy pamięci, masz jeszcze czas, żeby wypatrzyć swój kierunek, ale dopada cię niepewność, nie dostrzegasz w rzeczach choćby zapowiedzi, preludium zakrętu, wahania drogi w drżeniu świateł, teraz już wiesz, nie możesz zwolnić, ta prosta była krótka, nie ociągasz się nigdy, niezależnie od nieokreśloności trasy, z nawyku wyczuwasz moment hamowania, ale nie dostrzegasz niczego, co by zapowiadało kres wolności, tak wyjątkowy jest ten relaks, jeszcze nadejdzie chłód lasu, okrutny impet zakrętów, wieczna młodość trybun, odnowione święto mety, jeszcze jest ci dany ten nieokreślony interwał, ta zwłoka, ulga w męczącej gęstości rzeczy, nie przekraczaj progu tej chwili, jej spokój jest nikły, nie zdoła przetrwać bez twojego przyzwolenia.