Geografia szczęścia - Eric Weiner

Kup ebooka

54.00 zł
43.20 zł (42,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Torby spakowane, prowiant przygotowany. Byłem gotów na przygodę. Pewnego letniego popołudnia wyciągnąłem Drew, swojego przyjaciela, dość sceptycznie nastawionego do mego pomysłu, na wyprawę, w trakcie której mieliśmy odkryć nowe światy i - miałem nadzieję - odnaleźć szczęście. Zawsze żywiłem przekonanie, że szczęście czai się tuż za rogiem i chodzi jedynie o to, by znaleźć ten właściwy róg.

Gdy tylko wyruszyliśmy, Drew zaczął pękać. Prosił, żebyśmy zawrócili, ale ja obstawałem przy swoim, pędzony trudną do pohamowania ciekawością, co też nas czeka. Niebezpieczeństwo? Magia? Musiałem się tego dowiedzieć i po dziś dzień jestem pewien, że dotarłbym tam, gdzie chciałem, gdyby tylko policjanci patrolu z Baltimore nie wmieszali się w nasze plany i nie doszli do wniosku - nazbyt pochopnego, jak wówczas mniemałem - że pobocze głównej drogi stanowej nie jest odpowiednim miejscem dla dwóch pięciolatków.

Niektórzy łapią bakcyla podróżowania. Inni się z nim rodzą. W moim przypadku choroba ta - o ile prawidłowo rozpoznaję jej symptomy - po przerwanej ekspedycji z Drew uległa remisji na wiele lat. Ponownie zaatakowała mnie dopiero, kiedy ukończyłem college. Bardzo pragnąłem zwiedzić świat, oczywiście najlepiej na cudzy koszt. Ale jak to zrobić? Nie miałem żadnych umiejętności, które mógłbym sprzedać, dysponowałem jedynie skarłowaciałym poczuciem moralności oraz posępnym usposobieniem. Postanowiłem więc zostać dziennikarzem.

Jako zagraniczny korespondent publicznego radia podróżowałem do Iraku, Afganistanu, Indonezji - do miejsc, w których brakowało szczęścia. Miało to pewien sens. Podświadomie cały czas przestrzegałem pierwszego prawa pisarstwa: pisz o tym, co znasz z własnego doświadczenia. Zatem z notesem w ręku i z magnetofonem zawieszonym na pasku przerzuconym przez ramię wędrowałem po świecie, opowiadając historie smutnych, nieszczęśliwych ludzi. Prawda jest taka, że nieszczęśliwi ludzie, żyjący w obfitujących w nieszczęścia miejscach, są znakomitym materiałem na dobrą historię. Poruszają serca i budzą smutek.

Ale taka praca to prawdziwy koszmar. Zacząłem się więc zastanawiać, co by było, gdybym tak rok poświęcił na podróżowanie po świecie, omijając jednak wszystkie te dobrze znane punkty zapalne, a w zamian poszukując ukrytych, pełnych szczęścia miejsc? Miejsc, w których bez trudu można odnaleźć jeden lub kilka czynników niezbędnych do szczęścia, takich jak pieniądze, przyjemności, duchowość, rodzina albo czekolada. Istnieją tysiące potencjalnych scenariuszy szczęśliwego życia, które gdzieś na świecie ktoś realizuje. Co by było, gdybyśmy mieszkali w bajecznie zamożnym kraju, w którym nie trzeba płacić podatków? Co by było, gdybyśmy żyli w kraju, gdzie niepowodzenie jest jednym z dopuszczalnych rozwiązań? Co by było, gdybyśmy mieszkali w państwie o tak rozwiniętej demokracji, że do urn wyborczych trzeba by chodzić po siedem razy do roku? A co by było wówczas, gdybyśmy mieszkali w kraju, w którym zniechęca się ludzi do nadmiernego myślenia? Czy wtedy bylibyśmy szczęśliwi?

Usilnie chciałem znaleźć odpowiedź na to pytanie, rezultatem zaś tego ewidentnie idiotycznego eksperymentu stała się niniejsza książka.

Urodziłem się w roku "uśmiechniętej buźki": w 1963. Wtedy właśnie pewien grafik z Worcester w stanie Massachusetts o nazwisku Harvey Ball narysował wszechobecną dzisiaj, uśmiechniętą, żółtą twarzyczkę. W początkowym założeniu dzieło to miało rozweselać ludzi pracujących w pewnej firmie ubezpieczeniowej, ale z czasem stało się symbolem zwiewnego, wybitnie amerykańskiego szczęścia.

Rozradowana buzia nakreślona przez Balla nigdy jakoś do mnie nie przemawiała. Nie czuję się osobą szczęśliwą i nigdy taką nie byłem. Moim ulubionym bohaterem książkowym z dzieciństwa był wiecznie markotny Kłapouchy z Kubusia Puchatka. Przez większą część dziejów ludzkości byłbym uważany za osobę normalną, szczęście bowiem, w tym życiu i na tym świecie, przez większość naszej historii stanowiło nagrodę zarezerwowaną dla bogów i garstki wybrańców. Jednak w obecnych czasach uważa się, że każdy może - a nawet powinien! - je osiągnąć. Dlatego też i ja, i miliony innych ludzi, cierpimy na współczesną chorobę, którą historyk Darrin McMahon nazwał "zgryzotą wynikającą z braku szczęścia". Przy czym wcale nie jest to zabawne.

Podobnie jak wielu innych próbowałem pracować nad tym aspektem życia. Nigdy nie natrafiłem jednak na poradnik, który by mi się spodobał. Moja biblioteczka to rosnący, coraz bardziej chwiejny pomnik egzystencjalnego niepokoju, przepełniony książkami, których autorzy twierdzą, że szczęście leży gdzieś we mnie. Według nich, jeśli nie jestem szczęśliwy, oznacza to, że nie kopię wystarczająco głęboko.

Ów poradnikowy aksjomat jest już tak silnie zakorzeniony, że stał się oczywistą prawdą. Pojawia się tylko jeden problem: nie jest on prawdziwy. Szczęście nie leży wewnątrz nas, lecz na zewnątrz. Lub też, by rzec nieco precyzyjniej, granica między "zewnętrzem" a "wnętrzem" nie jest wcale zarysowana tak ostro, jak sądzimy.

Brytyjski filozof Alan Watts podczas jednego ze swoich wykładów na temat filozofii Wschodu użył następującej analogii: "Jeśli narysuję okrąg, większość osób zapytanych o to, co widzi, odpowie, że narysowałem okrąg, koło lub piłkę. Mało kto powie, że narysowałem dziurę w ścianie, gdyż większość myśli najpierw o tym, co wewnątrz, a nie o tym, co jest na zewnątrz. Jednak w rzeczywistości obie te strony są ze sobą połączone - nie można mieć "wnętrza" bez "zewnętrza"".

Innymi słowy, miejsce, w którym się znajdujemy, ma istotny wpływ na to, kim jesteśmy.

Gdy mówię o miejscu, nie chodzi mi tylko o środowisko fizyczne, ale także kulturowe. Kultura to morze, po którym pływamy - jest tak wszechobecne i tak nieogarnione, że nie dostrzegamy jego obecności, dopóki z niego nie wyjdziemy. Ma to o wiele większe znaczenie, niż skłonni bylibyśmy sądzić.

Za pomocą języka, którego używamy, podświadomie łączymy geografię z poczuciem szczęścia. Mówimy o poszukiwaniu szczęścia czy znajdowaniu ukojenia, jakby były to rzeczywiste miejsca na mapie świata, które można by odwiedzić, gdyby tylko mieć odpowiednią mapę i umiejętności nawigacyjne. Każdy, komu choć raz podczas wakacji, dajmy na to na Karaibach, przyszła do głowy myśl: "Tutaj mógłbym być szczęśliwy", zrozumie, o co mi chodzi.

Oczywiście zza kurtyny wszystkich podobnych rozważań wychyla się zawsze zwodnicza i nieuchwytna idea raju, od zamierzchłych czasów mamiąca ludzkość. Platon wyobrażał sobie Wyspy Szczęśliwe, na których szczęście przelewało się niczym ciepłe wody Morza Śródziemnego. Aż do XVIII wieku ludzie wierzyli, że biblijny raj, ogród rozkoszy, Eden, jest realnym miejscem. Przedstawiano go na mapach w miejscu, gdzie Tygrys łączy się z Eufratem, a więc - o ironio! - tam, gdzie dziś znajduje się Irak.

Europejscy podróżnicy, przygotowując się do wypraw w poszukiwaniu raju, uczyli się aramejskiego, języka, którym posługiwał się Jezus. Ja w swoją podróż wybrałem się bez znajomości aramejskiej mowy, ale za to władając innym mało znanym językiem współczesnej liturgii szczęścia, używanym przez nowych apostołów rodzącej się dopiero nauki o szczęśliwości. Do perfekcji opanowałem takie zwroty jak "pozytywny afekt" czy "hedoniczna adaptacja". Nie woziłem ze sobą Biblii - wystarczyło mi kilka przewodników Lonely Planet i przekonanie, że - jak to ujął Henry Miller - "celem człowieka nie jest miejsce, ale nowy sposób postrzegania".

W ten sposób pewnego - jak zwykle parnego - dnia w Miami (które dla niektórych ludzi jest synonimem raju) spakowałem swoje bagaże i wyruszyłem w podróż, o której z góry wiedziałem, że jest skazana na niepowodzenie. Wyprawa była równie głupia, co ta, którą podjąłem w wieku pięciu lat. Jak pisał Eric Hoffer: "Poszukiwanie szczęścia jest jednym z istotniejszych źródeł jego braku". W porządku. I tak już jestem nieszczęśliwy. Nie mam nic do stracenia.

HolandiaSzczęście jest liczbą

Ludzie, zgodnie ze swą naturą, czerpią rozkosz z podpatrywania, jak inni oddają się przyjemnościom. Można tym tłumaczyć popularność pornografii i ruchu kawiarnianego. Podczas gdy Amerykanie osiągnęli mistrzostwo w tym pierwszym, Europejczycy zdecydowanie lepiej radzą sobie z drugim. Same zakąski i kawa schodzą u nich na dalszy plan. Słyszałem nawet kiedyś o kawiarni w Tel Awiwie, w której całkowicie zrezygnowano z serwowania posiłków i napojów - zamiast tego klientom podawano puste talerzyki i filiżanki, żądając w zamian prawdziwych pieniędzy.

Kawiarnia to teatr, w którym klient jest jednocześnie i widzem, i aktorem. Pewną znakomitą kawiarenkę znalazłem kiedyś w centrum Rotterdamu, jedną przecznicę od hotelu, w którym się zatrzymałem. Jest ona duża, a zarazem przytulna, ekskluzywna, a zaniedbana. Podłogi są wyłożone luksusowym drewnem, a jednak wyglądają tak, jakby od lat nikt ich nie froterował. Lokal ten należy do miejsc, gdzie godzinami można przesiadywać nad jednym piwem. Podejrzewam, że tak właśnie czyni wielu jego klientów. Wszyscy tutaj palą, więc przyłączam się i także zapalam małe cygaro. Miejsce to ma w sobie coś, co sprawia, że czas zdaje się tu rozciągać i rozszerzać - nagle moje zmysły się wyostrzają i zaczynam dostrzegać najdrobniejsze szczegóły. Zwracam uwagę na usadowioną przy barze kobietę z opartymi o poręcz długimi nogami tworzącymi coś na kształt mostu zwodzonego, który podnosi się i opada, przepuszczając przechodzących.

Zamawiam piwo trapistów. Jest ciepłe. Nie przepadam za ciepłym piwem, ale to mi akurat smakuje. Wokół słyszę przyjemny gwar. Holenderski wydaje mi się jakby znajomy, choć nie wiem czemu. Nagle spływa na mnie olśnienie: holenderski brzmi jak angielski na wspak! Jestem tego pewien, bo w życiu wiele się nasłuchałem angielskiego puszczanego od tyłu. W erze "przedcyfrowej" montowałem nagrania dla publicznego radia, używając do tego szpulowego magnetofonu wielkości telewizora. Wymagało to częstego cofania taśmy, a więc i odsłuchiwania fragmentów nagrań od tyłu. A teraz, siedząc w kawiarni z cygarem, nad ciepłym piwem trapistów, zastanawiam się, czy gdybym nagrał kogoś mówiącego po holendersku i odtworzył nagranie wspak, usłyszałbym angielski.

Jak już zapewne wszyscy się domyślili, jestem człowiekiem dysponującym sporą ilością wolnego czasu. Mnóstwem czasu. A to właśnie stanowi sens europejskiej kawiarni - przydługie posiedzenia bez najmniejszego poczucia winy. Nic dziwnego, że znakomita większość filozofów pochodzi właśnie z Europy. Przesiadywali oni w kawiarniach i pozwalali swobodnie błądzić swoim myślom dopóty, dopóki nie rodził się z nich nagle jakiś całkowicie nowy nurt filozoficzny - dajmy na to egzystencjalizm. Sam jednak nie przybyłem tu, by stworzyć nową szkołę filozoficzną. A przynajmniej nie do końca. Moim celem jest coś, co Francuzi nazywają la chasse au bonheur - polowaniem na szczęście.

Dziś moim łupem pada holenderski profesor Ruut Veenhoven - ojciec chrzestny badań nad szczęściem. Veenhoven prowadzi Światową Bazę Danych na temat Szczęścia (World Database of Happiness, w skrócie WDH). To nie żart. Veenhoven zgromadził w jednym miejscu całą ludzką wiedzę dotyczącą czynników, które sprawiają, że czujemy się szczęśliwi lub nieszczęśliwi, a także - co szczególnie mnie interesuje - listę miejsc, które są uważane za najszczęśliwsze. Jeśli rzeczywiście jest jakaś mapa, atlas samochodowy szczęścia, to Ruut Veenhoven musi o tym wiedzieć.

Niechętnie opuszczam kawiarnię i wracam do hotelu na kolację. Rotterdam nie należy do najpiękniejszych miast. Jest szary i nudny, ma zaledwie parę ciekawszych miejsc. Jednak, dzięki mieszance rodowitych Holendrów i imigrantów, spośród których wielu to muzułmanie, Rotterdam jest pełen fascynujących kontrastów. Cleopatra Sex Shop, z wystawą pełną dużych i zaskakująco realistycznych wibratorów, jest oddalony zaledwie o jedną ulicę od pakistańskiego centrum islamistycznego. Przechodząc ulicą, w jednym miejscu bez trudu rozpoznaję charakterystyczny zapach marihuany - aromatyczną woń holenderskiej tolerancji. Dwie przecznice dalej widzę mężczyznę stojącego na drabinie i wieszającego na witrynie sklepowej gigantyczny żółty chodak, pod którym dwóch przybyszów z Bliskiego Wschodu cmoka się w policzki na powitanie. Nie wiem, skąd dokładnie pochodzą, ale wielu imigrantów przybywa do Holandii z krajów, w których alkohol jest nielegalny, a kobiety zakrywają się od stóp po sam czubek głowy. Tutaj, w ich nowym, przybranym domu, legalna jest i trawka, i prostytucja. Nic dziwnego, że w powietrzu czuję napięcie, pomieszane z zapachem konopi indyjskich.

Hotelowa restauracja jest niewielka i przytulna. Holendrzy wiedzą, jak zadbać o nastrój. Zamawiam zupę szparagową. Smaczna. Kelner zabiera pusty talerz i proponuje:

- Now maybe you would like some inter course.

- Excuse me?

- Inter course. You can have inter course.

Już zaczynam myśleć, że ci Holendrzy rzeczywiście są bardzo liberalni, gdy dociera do mnie, że chodzi mu o coś innego. Inter course - coś "pomiędzy daniami", a nie intercourse[1].

Oddycham z ulgą i przystaję na propozycję kelnera.

Nie jestem zawiedziony. Mam swój inter course w restauracji hotelu Van Walsum. Cieszę się całym tym nieśpiesznym posiłkiem. Popijam piwo, gapię się przed siebie i zasadniczo nic nie robię - aż do momentu, kiedy kelner przynosi mi łososia z grilla, co sygnalizuje koniec krótkiej przerwy między daniami.

Rano jadę metrem do mojego świętego Graala: Światowej Bazy Danych na temat Szczęścia. Normalnie trudno byłoby mi połączyć słowa "baza danych" i "szczęście", ale tym razem jest inaczej. Światowa Baza Danych na temat Szczęścia jest świecką odpowiedzią na Watykan, Mekkę, Jerozolimę i Lhasę razem wzięte. Wystarczy parę kliknięć myszką, aby zyskać dostęp do wszystkich tajemnic szczęścia. Tajemnic opartych nie na efemerycznych objawieniach, które w zamierzchłej starożytności spłynęły na kogoś pośród pustyni, ale na współczesnej nauce; tajemnic utrwalonych nie na pergaminowych zwojach, ale na twardych dyskach; spisanych nie po aramejsku, ale w języku naszych czasów - w kodzie dwójkowym.

Od stacji metra muszę przejść kawałek pieszo i od razu jestem rozczarowany. Kampus, na którego terenie stoi budynek WDH, wygląda bardziej jak podmiejski kompleks biurowców niż centrum szczęścia, repozytorium ludzkiej wiedzy na temat tego zjawiska. Próbuję się otrząsnąć z pierwszego wrażenia. Zresztą, czego ja się spodziewałem? Czarnoksiężnika z krainy Oz? A może Żwirka i Muchomorka biegających w kółko i krzyczących: "Mamy, mamy! Znaleźliśmy tajemnicę szczęścia"? Nie, chyba nie. Miałem jednak nadzieję na coś mniej "sterylnego". Więcej szczęścia, mniej danych.

Idę nijakim korytarzem i pukam w równie nijakie drzwi. Jakiś mężczyzna z silnym holenderskim akcentem krzyczy, bym wszedł. Oto i on. Doktor Wspaniałe Samopoczucie we własnej osobie. Ruut Veenhoven jest człowiekiem w świetnej formie, choć, jak zgaduję, przekroczył już sześćdziesiątkę. Ma czarną brodę z pasmami siwizny i żywe spojrzenie. Ubrany jest na czarno - stylowo, nieponuro. Wydaje mi się dziwnie znajomy i po chwili zdaję sobie sprawę, że wygląda jak holenderski odpowiednik Robina Williamsa - ma w sobie ten sam rodzaj uśpionej energii i lekko psotny uśmieszek. Dziarsko podnosi się z fotela, podaje mi dłoń i wręcza swoją wizytówkę: "Ruut Veenhoven, profesor studiów nad szczęściem".

Jego biuro wygląda jak gabinet każdego innego profesora: książki i dokumenty są wszędzie - nie panuje tu jakiś nadmierny bałagan, ale też nie jest to najschludniejsze biuro, jakie widziałem. W oczy rzuca się brak "uśmiechniętej buźki". Profesor nalewa mi filiżankę zielonej herbaty. Milknie i czeka, aż ja coś powiem.

Nie wiem, od czego zacząć. Jako dziennikarz przeprowadziłem już setki wywiadów. Rozmawiałem z królami, prezydentami i premierami, nie wspominając o przywódcach organizacji terrorystycznych, takich jak Hezbollah. Jednak teraz, siedząc naprzeciwko tego uprzejmego holenderskiego profesora, który wygląda jak Robin Williams, nie mogę znaleźć odpowiednich słów. Jakaś część mnie - ta, która pragnie spokoju umysłu - chce wykrzyknąć: "Doktorze Veenhoven, przeanalizował pan wszystkie te liczby, badał pan kwestię szczęścia przez całe swoje życie zawodowe; proszę, niech pan mi to da. Niech pan mi da tę cholerną receptę na szczęście!".

Ale nie mówię tego na głos. Nie mogę ot tak sobie zapomnieć lat nauki, które nakazują mi zachować dystans do tematu i nigdy, przenigdy nie ujawniać zbyt wiele o sobie. Jestem jak policjant po służbie, który je obiad z rodziną, ale nie może się powstrzymać przed lustrowaniem całej restauracji w poszukiwaniu potencjalnych bandytów.

Zamiast zatem zrzucić ciężar z serca, sięgam po starą sztuczkę stosowaną przez dziennikarzy i przez kobiety w celu rozluźnienia swojego rozmówcy.

- Doktorze Veenhoven - odzywam się w końcu - proszę opowiedzieć mi coś o sobie. Jak zainteresował się pan zagadnieniem szczęścia?

Veenhoven wygodnie rozpiera się w krześle i chętnie odpowiada na moje pytania. Dorastał w latach sześćdziesiątych. Wszyscy jego koledzy palili marihuanę, nosili koszulki z wizerunkiem Che Guevary i dyskutowali o "dobrym społeczeństwie". Veenhoven także często sięgał po trawkę, ale nie chodził w koszulkach z Che Guevarą, natomiast te tak zwane "dobre społeczeństwa" - kraje bloku wschodniego - Veenhoven uważał za niepełne. Zastanawiał się, czy aby - zamiast oceniać społeczeństwo według jego systemu - nie powinno się raczej zwrócić uwagi na rezultaty, jakie ono osiąga? Czy obywatele tych państw byli szczęśliwi? Młody Veenhoven za bohatera miał nie Che Guevarę, ale społecznie niedostosowanego brytyjskiego prawnika Jeremy'ego Benthama, żyjącego w XIX wieku. Bentham był prekursorem utylitaryzmu ilościowego, głoszącym słynną zasadę, że największym dobrem jest "największa przyjemność największej rzeszy istot". Ruut chętnie nosiłby T-shirt z wizerunkiem Benthama, gdyby tylko można było taki znaleźć.

Veenhoven studiował socjologię, która w tamtych czasach była nauką wyłącznie o chorych, dysfunkcyjnych społeczeństwach. Jej siostrzana dyscyplina - psychologia - funkcjonowała wówczas jako nauka o chorych umysłach. Ale młody Ruut miał inne podejście. Jego interesowały zdrowe umysły i szczęśliwe miejsca. Pewnego dnia trochę nieśmiały, ale silnie zdeterminowany zapukał do drzwi swojego nauczyciela i spytał go, czy pozwoliłby mu poświęcić się kwestii szczęścia. Nauczyciel, poważny człowiek o solidnym autorytecie w akademickich kręgach, polecił mu bez ogródek, aby się zamknął i nigdy więcej nie wypowiadał na głos tego słowa. Szczęście nie było wystarczająco poważnym tematem.

Veenhoven pokornie opuścił gabinet swojego nauczyciela, ale w duchu był zadowolony. Czuł, że jest na dobrym tropie. Tak się bowiem składało - choć młody Holender nie mógł wtedy jeszcze tego wiedzieć - że badacze społeczeństw na całym świecie zaczynali się budzić i dostrzegać narodziny nowej dyscypliny: nauki o szczęściu. Obecnie Veenhoven jest autorytetem w dziedzinie, w obszarze której co roku powstają setki prac badawczych. Organizuje się konferencje poświęcone szczęściu, wydaje się periodyk naukowy "Journal of Happiness Studies" (redagowany przez Veenhovena). Studenci Claremont Graduate University w Kalifornii mogą pisać prace magisterskie i rozprawy doktorskie z zakresu psychologii pozytywnej - ze szczęścia.

Niektórzy koledzy Veenhovena nadal uważają, że jego opiekun naukowy miał rację, sądząc, iż badania nad szczęściem są bezsensowne i głupie. Ale nie mogą go całkowicie ignorować. Wyniki badań holenderskiego uczonego są cytowane w publikacjach naukowych, a w świecie akademickim to właśnie liczy się najbardziej.

Oczywiście rozważania na temat szczęścia nie są niczym nowym. Zajmowali się tym starożytni Grecy i Rzymianie. Platon, Arystoteles, Epikur i wielu innych wytężało swoje umysły, by znaleźć odpowiedź na odwieczne pytania. Na czym polega "dobre życie"? Czy przyjemność jest tożsama ze szczęściem? Kiedy w końcu ludzkość wymyśli kanalizację i do toalety nie trzeba będzie biegać na zewnątrz?

Później do Greków i Rzymian przyłączyli się też myśliciele z północy, o znacznie bledszej karnacji, całe dnie spędzający w kawiarniach na roztrząsaniu nierozwiązywalnych dylematów tego świata - Kant, Schopenhauer, Mill, Nietzsche, a potem Larry David. Oni również mieli wiele do powiedzenia na temat szczęścia.

No i jeszcze religia. Czymże jest religia, jeśli nie przewodnikiem wskazującym drogę do szczęścia? Każda religia uczy swoich wyznawców, jak osiągnąć szczęście, czy to w tym życiu, czy w następnym, poprzez uległość, medytację, oddanie albo - jak w przypadku judaizmu i katolicyzmu - poprzez poczucie winy.

Wszystko to mogłoby się okazać pomocne, czasem wręcz mogłoby być źródłem oświecenia, ale nie była to nauka, a jedynie zbiór opinii na temat szczęścia. Owszem, miały one charakter uczonych sądów, ale mimo wszystko jedynie sądów, podczas gdy w obecnych czasach niezbyt cenimy sobie opinie, chyba że swoje własne, a i to nie zawsze. Współcześnie szanujemy jedynie "twardą" naukę, a gdy jej zabraknie, godzimy się chociażby na "miękką". Dziś interesują nas badania. Media wiedzą, że najlepszym sposobem przyciągnięcia uwagi są słowa: "Jak dowodzą najnowsze badania...". To, co nastąpi po powyższym wprowadzeniu, nie ma już większego znaczenia. Jak dowodzą najnowsze badania, czerwone wino jest zdrowe / zabija. Jak dowodzą najnowsze badania, praca domowa przyczynia się do zaniku / rozwoju mózgu. Szczególnie podobają nam się te badania, które dowodzą sensu naszych własnych dziwactw i specyficznych zachowań: "Jak dowodzą najnowsze badania, ludzie, którzy mają bałagan na biurkach, są inteligentniejsi" albo "Jak dowodzą najnowsze badania, umiarkowane codzienne wzdęcia korzystnie wpływają na długość życia".

Żeby zatem ta nowa nauka poświęcona szczęściu została potraktowana poważnie, trzeba było przeprowadzić badania. Jednak przede wszystkim należało stworzyć terminologię, naukowy żargon. Samo słowo "szczęście" nie wystarczyłoby, gdyż brzmi ono zbyt potocznie i jest zbyt zrozumiałe. To spory problem. Dlatego też badacze zajmujący się naukami społecznymi wymyślili pojecie "subiektywnego dobrego samopoczucia". Idealny termin. Nie dosyć, że to określenie wielosylabowe i praktycznie niezrozumiałe dla laików, to dodatkowo można je skondensować w akronimie. Do dziś, jeśli chcemy odnaleźć najnowsze rezultaty badań naukowych na temat szczęścia, powinniśmy wpisać w wyszukiwarce Google hasło "SWB" (ang. subjective well-being), a nie po prostu "szczęście". Do tego doszły kolejne specjalistyczne terminy. "Afekt pozytywny" to odczucie zadowolenia; "afekt negatywny" - tak, dobrze się domyślasz! - odczucie niezadowolenia.

W dalszej kolejności nowa nauka wymagała danych. Liczb. Bo przecież nauka opiera się właśnie na wartościach liczbowych - najlepiej, jeśli są one duże i mają kilka cyfr po przecinku. W jaki sposób naukowcy zdobywają tego rodzaju dane? Dokonując pomiarów.

I tu pojawia się problem. W jaki sposób zmierzyć szczęście? To przecież odczucie, nastrój, sposób patrzenia na świat. Nie, szczęścia nie da się zmierzyć.

A może jednak? Prowadzącym badania nad układem nerwowym naukowcom z uniwersytetu w Iowa udało się zidentyfikować obszary mózgu odpowiedzialne za dobry i zły nastrój. W swoich doświadczeniach wykorzystują oni obrazowanie rezonansu magnetycznego - osoby badane (studentów potrzebujących szybkiego zastrzyku gotówki) podłącza się do urządzenia zwanego MRI (magnetic resonance imaging), a następnie pokazuje się im serię obrazów. Jeśli prezentowane widoki są przyjemne - piękne krajobrazy, bawiące się delfiny - w mózgach oglądających je osób uaktywniają się obszary zlokalizowane w płacie przedczołowym. Jeśli natomiast obrazy kojarzą się w niezbyt miły sposób - ptak pokryty ropą, żołnierz z roztrzaskaną przez kulę twarzą - wówczas reagują na nie bardziej prymitywne części mózgu. Wynika stąd, że ośrodek szczęścia leży w tym obszarze mózgu, który ewoluował stosunkowo niedawno. Obserwacja ta rodzi intrygujące pytanie: czy ludzie - w sensie ewolucyjnym, a nie osobistym - dążą do szczęścia?

Naukowcy próbują zmierzyć szczęście także i na inne sposoby: analizują poziom hormonów stresu, rytm pracy serca, a nawet coś, co nazywają "ekspresją twarzy" - licząc na przykład, ile razy się uśmiechamy. Wszystkie te techniki wyglądają obiecująco i niewykluczone, że dzięki nim pewnego dnia badacze będą mogli "zmierzyć poziom szczęścia" w taki sam sposób, jak dziś lekarz mierzy temperaturę.

Jednak na razie głównym sposobem pomiaru szczęścia jest znacznie mniej zaawansowana i - jeśli się nad tym zastanowimy - dość oczywista metoda, zgodnie z którą naukowcy zwyczajnie pytają ludzi, jak bardzo są szczęśliwi. Naprawdę. "Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, jak bardzo czuje się pan/pani szczęśliwy/a?" Od mniej więcej 40 lat to lub podobne pytanie zadają ankieterzy na całym świecie.

Ruut Veenhoven i jego współpracownicy twierdzą, że odpowiedzi są nad wyraz wiarygodne.

- Można być chorym i o tym nie wiedzieć - zapewnia mnie profesor - ale nie można być szczęśliwym i nie zdawać sobie z tego sprawy. Z założenia, jeśli jesteś szczęśliwy, musisz o tym wiedzieć.

Może i tak, ale nie sposób tu pominąć ludzkiej skłonności do samooszukiwania. Czy rzeczywiście jesteśmy w stanie ocenić poziom własnego szczęścia? Pamiętam na przykład, że jako siedemnastolatek czułem się bardzo szczęśliwy i zadowolony ze swojego życia, absolutnie nie interesując się całym zewnętrznym światem. Teraz, z perspektywy czasu, wydaje mi się, że tamte lata po prostu przeżyłem jak we śnie. To plus duże ilości piwa zrobiły swoje.

Kolejny problem związany z badaniami nad szczęściem bierze się stąd, że różni ludzie różnie postrzegają szczęście. Moja ulubiona definicja szczęścia wykiełkowała w umyśle nieszczęśliwego człowieka o nazwisku Noah Webster. Gdy w 1825 roku opracowywał on pierwszy w Ameryce słownik, zdefiniował w nim szczęście jako "przyjemne odczucia, które wypływają z cieszenia się dobrem". Ta definicja mówi wszystko. Określenie "przyjemne odczucia" wskazuje na fakt, że szczęście jest odczuciem. Hedoniści zapewne na tym by poprzestali. Ale jest tam również sformułowanie "cieszenie się", które oznacza, że szczęście to coś więcej niż zwykła zwierzęca przyjemność. W dodatku - cieszenie się czym? "Dobrem". Uważam, że Webster powinien był wyróżnić słowo "dobro" i napisać je wielką literą. Chcemy odczuwać szczęście, ale musi ono wypływać z właściwych pobudek. Takie podejście niewątpliwie przypadłoby do gustu Arystotelesowi, który twierdził, że "szczęście to prawe działanie duszy". Innymi słowy, prawe życie to życie szczęśliwe.

My, ludzie, jesteśmy stworzeniami reagującymi pod wpływem doświadczeń z ostatnich pięciu minut. Jedno z badań pokazało, że osoby, które na chodniku znalazły monetę kilka minut przed usłyszeniem pytania o własny poziom szczęśliwości, lepiej oceniały całe swoje życie niż osoby, które tej monety nie znalazły. Naukowcy starają się zminimalizować wpływ owego dziwactwa ludzkiej duszy na rezultaty badań dzięki zastosowaniu metody próbkowania doświadczeń. Badanym osobom przyczepia się urządzenia przypominające kształtem i rozmiarem pilota, a następnie pyta się je wielokrotnie w ciągu dnia: Czy teraz jesteś szczęśliwy? A teraz? Jednak i tu pojawiają się pewne problemy - w myśl zasady Heisenberga głoszącej, że już sama czynność obserwowania jakiegoś zjawiska wpływa na jego charakter. Innymi słowy, całe to wypytywanie badanych osób może zmodyfikować sposób postrzegania przez nie szczęścia.

Większość ludzi chce pokazywać się światu z jak najlepszej strony. Fakt ten tłumaczy, dlaczego wyniki badań bezpośrednich wykazują wyższe poziomy szczęśliwości niż wyniki ankiet wysyłanych pocztą. Jeszcze wyższe poziomy szczęśliwości odnotowuje się wówczas, gdy osoba przeprowadzająca wywiad jest przeciwnej płci. Instynktownie wiemy, że szczęście jest seksowne.

Mimo wszystko naukowcy zajmujący się szczęściem bronią sensu swojej pracy. Podkreślają, że odpowiedzi badanych są spójne w czasie. Ponadto możliwe jest potwierdzenie uzyskanych wyników, na przykład poprzez przeprowadzenie wywiadu wśród przyjaciół i krewnych badanej osoby. "Czy Joe jest, według ciebie, szczęśliwą osobą?" Okazuje się, że te zewnętrzne oceny z reguły pokrywają się z samooceną. Naukowcy mierzą też przecież inteligencję czy nastawienie wobec takich kwestii jak na przykład rasizm, które to zagadnienia również mają charakter subiektywny. Dlaczego zatem nie mieliby mierzyć także poziomu szczęścia?

A może, tak jak ujął to Mihály Csíkszentmihalyi, jeden z liderów badań nad szczęściem: "Gdy człowiek mówi, że jest "dość szczęśliwy", nikt nie ma prawa ignorować tego stwierdzenia ani też interpretować go odwrotnie".

Wobec tego, zakładając, że wszystkie opisane badania są wiarygodne, do jakich wniosków one prowadzą? Kto jest szczęśliwy? I jak można się do grona owych szczęśliwców przyłączyć? W tym momencie przyda się nam Ruut Veenhoven i jego baza danych.

Veenhoven prowadzi mnie do pokoju tak nijakiego i bezdusznego jak cała reszta kampusu. W sali stoi rząd kilku komputerów. Ich obsługą zajmuje się niewielka, złożona głównie z wolontariuszy, grupa pracowników Światowej Bazy Danych na temat Szczęścia. Żaden z nich nie wygląda na szczególnie szczęśliwą osobę. Ignoruję to spostrzeżenie - przecież nawet lekarz z nadwagą może doradzić dobrą dietę i ćwiczenia.

Zatrzymuję się i napawam tą chwilą. W stojących przede mną komputerach mieści się cała wiedza ludzkości na temat szczęścia. Po wielu dziesięcioleciach ignorowania tej dziedziny badacze nadrabiają stracony czas, mnożąc prace badawcze z jej zakresu. Można by rzec, że szczęście jest dziś w modzie.

Odkrycia naukowe okazują się - na przemian - albo oczywiste, albo całkowicie sprzeczne z tym, co podpowiada intuicja; z jednej strony są przewidywalne, z drugiej zaskakujące. W wielu przypadkach wyniki badań potwierdzają tylko wnioski sformułowane już dawno przez wielkich filozofów minionych epok - tak jakby starożytni Grecy potrzebowali tego rodzaju weryfikacji swoich sądów. Oto kilka wniosków, przedstawionych bez żadnego konkretnego porządku.

Ekstrawertycy są szczęśliwsi niż introwertycy. Optymiści są szczęśliwsi niż pesymiści. Ludzie pozostający w stałych związkach są szczęśliwsi od osób żyjących samotnie. Choć jednocześnie pary z dziećmi wcale nie są szczęśliwsze od par bezdzietnych. Republikanie okazują się szczęśliwsi od demokratów. Ludzie wierzący są szczęśliwsi niż ci, którzy nie biorą udziału w zgromadzeniach religijnych. Osoby ze średnim wykształceniem są szczęśliwsze od osób bez wykształcenia, ale ludzie mogący się pochwalić wyższym stopniem naukowym są z kolei mniej szczęśliwi niż ludzie, którzy mają jedynie licencjat. Osoby prowadzące aktywne życie seksualne są szczęśliwsze niż osoby go pozbawione. Kobiety są równie szczęśliwe co mężczyźni, aczkolwiek mają dostęp do szerszego spektrum emocji. Romans daje szczęście, ale to za mało, by wyrównać ogromne straty, jakie okażą się nieuchronne, gdy partner wszystko odkryje i zostaniemy sami. Ludzie czują się najmniej szczęśliwi podczas dojazdów do pracy. Osoby bardziej zajęte są szczęśliwsze niż ci, którzy nie mają zbyt wiele do roboty. Natomiast bogaci są tylko odrobinę szczęśliwsi od biednych.

Co powinniśmy wobec tego zrobić? Pobrać się, ale nie mieć dzieci? Zacząć regularnie chadzać do kościoła? Zrezygnować ze studiów doktoranckich? Nie, nie tak szybko. Naukowcy z trudem rozwiązują problem, który sami zwą "odwróconą przyczynowością", a który laicy określają frazeologizmem "jajko czy kura". Przykładowo: zdrowi ludzie są szczęśliwsi od chorych? Czy też to ludzie szczęśliwi są po prostu zdrowsi? Osoby żyjące w związku są szczęśliwe? A może to szczęśliwi ludzie łatwiej znajdują partnera? Trudno to jednoznacznie rozstrzygnąć. Odwrócona przyczynowość jest jak chochlik siejący zamęt w wielu projektach badawczych.

Tak naprawdę wcale nie chcę wiedzieć, kto jest szczęśliwy, ale gdzie ludzie są szczęśliwi - i dlaczego. Veenhoven wzdycha, gdy go o to pytam, i nalewa kolejną filiżankę herbaty. Tu właśnie komplikują się wszystkie obliczenia. Czy naprawdę możemy stwierdzić, które kraje i którzy ludzie są szczęśliwsi od innych? Czyżby moje poszukiwania najszczęśliwszych miejsc na świecie miały się zakończyć, jeszcze zanim na dobre zdążyły się rozpocząć?

Wszystkie kultury mają słowo na określenie szczęścia - czasem nawet kilka słów. Ale czy angielskie słowo happiness znaczy to samo, co francuskie bonheur, hiszpańskie felicidad lub arabskie sahaada? Inaczej mówiąc, czy wyraz "szczęście" we wszystkich językach oznacza dokładnie to samo? Można przytoczyć dowody na to, że rzeczywiście tak jest. Szwajcarzy zgłaszają taki sam poziom szczęśliwości, bez względu na to, czy wypełniają ankiety w języku francuskim, niemieckim czy włoskim - a więc w którymkolwiek z trzech urzędowych języków tego kraju.

We wszystkich kulturach ceni się szczęście, ale nie wszędzie w takim samym stopniu. W krajach wschodnioazjatyckich większy nacisk niż na zadowolenie jednostki kładzie się na znaczenie harmonii i wywiązywania się ze społecznych zobowiązań. Wobec tego być może nie jest przypadkiem, że w tych krajach odnotowuje się niższy poziom szczęśliwości - zachodzi tu zjawisko, które nazwano wschodnioazjatycką luką szczęścia. Kolejną kwestią jest "uprzedzenie związane ze społecznymi oczekiwaniami". Problem polega na tym, że ludzie wypełniają ankiety nie tak, jak dyktuje im serce, ale tak, jak oczekuje tego społeczeństwo. Przykładowo, Japończycy są znani z tego, że trzymają się na uboczu i boją się występować przed szereg. Są także - w porównaniu do stopnia swojej zamożności - relatywnie mało szczęśliwi. Przez wiele lat mieszkałem w Japonii, ale nigdy nie przywykłem do widoku Japonek zakrywających usta, gdy się śmiały albo tylko uśmiechały, jak gdyby wstydziły się swojego zadowolenia.

Natomiast my, Amerykanie, obnosimy się z własnym poczuciem szczęścia i tylko z rzadka przesadzamy, próbując wywrzeć wrażenie na innych. Oto, co pewien Polak mieszkający w Stanach Zjednoczonych powiedział pisarce Laurze Klos-Sokol o Amerykanach: "Gdy Amerykanie mówią, że było wspaniale, ja wiem, że było dobrze. Gdy mówią, że było dobrze, wiem, że było w porządku. A kiedy mówią, że było w porządku, wiem, że było źle".

Tak - wtedy wiedziałem już, że to spore wyzwanie. Atlas szczęścia, jeśli taki w ogóle istnieje, nie będzie łatwy do odczytania, niczym pognieciona mapa leżąca w schowku samochodowym. Byłem jednak zdeterminowany, aby przeć przed siebie, pewien, że nawet jeśli nie uda nam się odróżnić odcieni szczęścia w różnych krajach, to przynajmniej będziemy w stanie powiedzieć, które kraje są szczęśliwsze od innych.

Veenhoven dał mi pełny dostęp do swojej bazy danych i życzył powodzenia, jednak dodał przy tym:

- Może się panu nie spodobać to, co pan tam znajdzie.

- To znaczy?

Wyjaśnił, że najszczęśliwsze miejsca niekoniecznie muszą pokrywać się z tymi, które za takie uważamy. Niektóre z najszczęśliwszych państw na świecie - na przykład Islandia i Dania - są jednorodne, co burzy amerykańskie przekonanie, że siła i szczęście tkwią w różnorodności. Jeden z wniosków, do których Veenhoven doszedł niedawno, nie przysporzył mu zbyt wielu zwolenników wśród socjologów. Odkrył on mianowicie, że rozkład dochodów na świecie nie pokrywa się z mapą szczęścia. Kraje, gdzie panuje duży rozdźwięk między bogatymi i biednymi warstwami społeczeństwa, wcale nie są mniej szczęśliwe niż kraje, w których współczynnik zamożności rozkłada się bardziej równomiernie. Czasem są wręcz szczęśliwsze.

- Moi koledzy nie są z tego zbyt zadowoleni - mówi Veenhoven. - Brak równości to ważna teza dla socjologów. Zbudowano na niej wiele karier naukowych.

Grzecznie przyjmuję wskazówki profesora, choć wydaje mi się, że przesadza i wyolbrzymia problemy, które przede mną stoją. Mylę się. Poszukiwanie najszczęśliwszego miejsca na świecie każdego może uczynić nieszczęśliwym - a przynajmniej przyprawić o wyjątkowo silny ból głowy. Z każdym kolejnym kliknięciem myszą odkrywam następne tajemnice i pozorne sprzeczności. Oto przykład: wiele państw, które uważane są za najszczęśliwsze na świecie, mają jednocześnie wysoki wskaźnik samobójstw. Albo to: ludzie, którzy aktywnie uczestniczą w praktykach religijnych, są szczęśliwsi od tych, którzy tego nie robią, ale najszczęśliwsze narody świata są ateistyczne. No i oczywiście - Stany Zjednoczone, najbogatsze i najpotężniejsze mocarstwo świata, wcale nie jest najszczęśliwsze. Można znaleźć wiele innych państw, których mieszkańcy są o wiele bardziej szczęśliwi.

Podczas swojego pobytu w Rotterdamie popadłem w przyjemną rutynę. Śniadanie w hotelu, ewentualnie inter course, przejażdżka metrem do siedziby Światowej Bazy Danych na temat Szczęścia. Tu wertowanie różnych opracowań naukowych oraz zestawień danych w poszukiwaniu mojego atlasu szczęścia. Wieczorami wizyty w ulubionej kawiarni (nigdy nie udaje mi się zapamiętać jej nazwy), gdzie sączę ciepłe piwo, palę cygara i rozważam naturę szczęścia. Na moją rutynę składa się spora doza kontemplacji, umiarkowana dawka środków odurzających i bardzo niewiele prawdziwej pracy. Reasumując, to bardzo europejska rutyna. Powoli staję się tubylcem.

Z jakiegoś powodu postanawiam zacząć od samego dołu "drabiny szczęścia" i powoli piąć się po niej w górę. Mieszkańcy którego kraju są najmniej szczęśliwi? Nie powinno nas zaskakiwać, że w tej kategorii znajdziemy wiele państw afrykańskich. Tanzania, Rwanda i Zimbabwe zajmują ostatnie miejsca na liście. Kilka państw, takich jak Ghana, zdołało dotrzeć do środka rankingu, ale to już absolutne maksimum możliwości tego obszaru geograficznego. Przyczyny zdają się oczywiste. Skrajna bieda nie sprzyja odczuwaniu szczęścia. Mit szczęśliwych i dumnych dzikich tym właśnie jest: mitem. Jeśli człowiek nie może zaspokoić swoich podstawowych potrzeb, niewielkie ma szanse na osiągnięcie szczęścia.

Co ciekawe, na dole rankingu tkwi jeszcze jedna grupa krajów: byłe republiki Związku Radzieckiego - Białoruś, Mołdawia, Ukraina, Uzbekistan i parę innych.

Czy obywatele krajów demokratycznych są szczęśliwsi od mieszkańców państw zarządzanych przez dyktaturę? Niekoniecznie. Wiele byłych republik radzieckich w rzeczywistości jest krajami quasi-demokratycznymi. Ich obywatele z pewnością mają dziś większy zakres swobód niż w czasach Związku Radzieckiego, jednak obecnie są mniej szczęśliwi niż wtedy. Ron Inglehart, profesor uniwersytetu w Michigan, poświęcił niemal całą swoją karierę na badanie zależności pomiędzy ustrojem demokratycznym a szczęściem. Naukowiec twierdzi, że związek przyczynowo-skutkowy zachodzi w drugą stronę: demokracja nie stanowi powodu do szczęścia, jednak istnieje o wiele większe prawdopodobieństwo, że szczęśliwe miejsce będzie krajem demokratycznym - co oczywiście niezbyt dobrze wróży Irakowi.

Co natomiast z ciepłymi, słonecznymi miejscami, utożsamianymi ze szczęściem tropikalnymi rajami, w których jesteśmy gotowi spędzić drogie wakacje? Okazuje się, że wcale nie są one takie szczęśliwe, jak by się mogło wydawać. Fidżi, Tahiti, Bahamy - wszystkie plasują się w środku rankingu. Szczęśliwe kraje z reguły leżą w strefie klimatu umiarkowanego, a jedne z najszczęśliwszych - jak Islandia - w pasie klimatu zimnego.

Wierzcie lub nie, ale większość ludzi na świecie twierdzi, że jest szczęśliwa. W zasadzie każdy kraj osiąga wynik między pięć a osiem w dziesięciopunktowej skali. Jest kilka wyjątków: ponurzy Mołdawianie stale deklarują wynik w pobliżu 4,5, a przez krótki okres w 1962 roku mieszkańcy Dominikany dzierżyli rekord 1,6 punktu, co stanowiło najniższy deklarowany poziom szczęścia na naszej planecie. Jak już stwierdziłem, są to rzadkie wyjątki. Ogólnie rzecz biorąc, większa część świata jest szczęśliwa.

Dlaczego fakt ten budzi zdziwienie? Wydaje mi się, że winni temu są dziennikarze i filozofowie. Media, których jestem przedstawicielem, ponoszą część winy za taki stan rzeczy, gdyż z reguły przekazują jedynie złe wiadomości. Rzeczywiście interesują nas przede wszystkim wojny, klęski głodu i rozwody hollywoodzkich gwiazd. Nie chciałbym umniejszać rozmiaru problemów tego świata i Bóg wie, że dzięki ich przekazywaniu zarabiam na godziwe życie, ale fakt pozostaje faktem - my, dziennikarze, przedstawiamy zniekształcony obraz świata.

Głównymi winowajcami są jednak filozofowie - zamyśleni, bladolicy ludzie z Europy. Ich przedstawiciele z reguły nosili się na czarno, nadużywali tytoniu i mieli problemy z umówieniem się z kimkolwiek na randkę. Dlatego samotnie przesiadywali w kawiarniach, zastanawiając się nad tajemnicami wszechświata i - o dziwo! - w swej refleksji doszli do wniosku, że jest to miejsce z gruntu nieszczęśliwe. Oczywiście, że tak. Ale tylko wówczas, gdy jesteś samotnym, bladym, zamyślonym mężczyzną. Szczęśliwi ludzie, choćby mieszkańcy osiemnastowiecznego Heidelbergu, byli zbyt zajęci afirmowaniem życia, by znaleźć czas na pisanie długich, zawiłych rozpraw naukowych przeznaczonych do torturowania nieurodzonych jeszcze studentów zmuszonych w przyszłości zdawać egzaminy z filozofii.

Najgorszy okazuje się Freud. Choć nie był filozofem w ścisłym tego słowa znaczeniu, to właśnie on w dużej mierze ukształtował nasze poglądy na temat szczęścia. Powiedział kiedyś: "Wygląda na to, że ludzkie szczęście nie zostało przewidziane w planie stworzenia". Niezwykłe to stwierdzenie, zważywszy na fakt, że jego autorem był człowiek, którego badania stały się podstawą obowiązującego systemu zdrowia psychicznego. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby jakiś lekarz z Wiednia na przełomie wieków zadeklarował: "Wygląda na to, że zdrowie ludzkiego ciała nie zostało przewidziane w planie stworzenia". Prawdopodobnie natychmiast byśmy go zamknęli, a przynajmniej pozbawili tytułu lekarza. Z całą pewnością nie oparlibyśmy całego systemu zdrowotnego na podobnym twierdzeniu. Jednakże tak właśnie postąpiliśmy w przypadku Freuda.

Jak to zatem możliwe, że większość ludzi czuje się szczęśliwa? Jakoś mnie to nie przekonuje. Jestem człowiekiem, a nie czuję się przesadnie szczęśliwy. Refleksja ta skłania mnie do dalszych dociekań - gdzie jest moje miejsce na mapie szczęścia Veenhovena? Gdybym miał być szczery - a skoro zadaję sobie trud pisania tej książki, to tak zapewne jest - swój wynik oszacowałbym na sześć. Oznacza to, że jestem mniej szczęśliwy od moich rodaków Amerykanów i wedle informacji zaczerpniętych ze Światowej Bazy Danych na temat Szczęścia najlepiej czułbym się w Chorwacji.

Zgadzam się chyba z moją bratnią duszą w zrzędzeniu, z lingwistką Anną Wierzbicką, która, na stwierdzenie, że większość ludzi czuje się stosunkowo szczęśliwa, odpowiedziała jednym prostym i celnym pytaniem: "Kim są ci szczęśliwcy?".

No właśnie: kto jest szczęśliwy? Od myślenia o tym aż rozbolała mnie głowa. Czyżbym się podjął daremnej misji? W tym momencie jednak spostrzegam, że jedno z państw nieprzerwanie zajmuje wysoką pozycję na skali szczęścia - nie jest wprawdzie u samego szczytu rankingu, ale dość blisko. To kraj, w którym właśnie przebywam.

Wracam do mojej kawiarni, zamawiam piwo i zastanawiam się nad szczęściem w holenderskim wydaniu. Dlaczego właśnie Holandia - płaski i nijaki kraj - jest miejscem, w którym ludzie czują się szczęśliwi? Przede wszystkim Holendrzy są Europejczykami, a to oznacza, że nie muszą się martwić utratą ubezpieczenia zdrowotnego czy pracy. W razie kłopotów państwo się nimi zaopiekuje. Ich urlopy trwają tygodniami, w nieskończoność, a jako Europejczycy cieszą się większym prestiżem niż Amerykanie. Czy samozadowolenie prowadzi do szczęścia? Dumam nad tym wszystkim, popijając piwo trapistów. Nie, musi być coś jeszcze.

Tolerancja! Holendrzy to naród, który za motto mógłby mieć hasło: "Nie depcz mnie". Przebywając w tym kraju, można odnieść wrażenie, że dorośli wybrali się gdzieś za miasto, a o wszystkim decydują nastolatki. I to nie tylko przez weekend - cały czas.

Holendrzy tolerują wszystko, nawet brak tolerancji. W przeszłości z otwartymi ramionami witali imigrantów z całego świata, włącznie z przedstawicielami tych nacji, które nie tolerują wolności religijnej i dla których nie do pomyślenia jest, by kobiety mogły pracować, prowadzić samochód lub pokazywać swoje twarze. Holenderska tolerancja pociąga za sobą pewne koszty, jak na przykład zabójstwo reżysera Theo van Gogha dokonane przez muzułmańskiego ekstremistę. Jednak badania Veenhovena dowodzą, że tolerancyjni ludzie są szczęśliwsi.

Jak na co dzień wygląda ta holenderska tolerancja? W pierwszym skojarzeniu do głowy przychodzą mi trzy rzeczy: narkotyki, prostytucja i jazda na rowerze. Wszystkie one są w Holandii legalne. Wszystkie mogą prowadzić do szczęścia, oczywiście pod warunkiem zachowania pewnych środków ostrożności. Na przykład jazda na rowerze - tylko w kasku.

Aby dotrzeć do samego sedna holenderskiego szczęścia, powinienem zbadać przynajmniej jedną z tych jego ikon. Ale którą? Jazda na rowerze z całą pewnością jest przyjemna i wszyscy wiedzą, że Holendrzy ją uwielbiają, ale na dworze - zimno, dla mnie zbyt zimno. Prostytucja? Ten z kolei proceder zazwyczaj uprawia się wewnątrz, zatem pogoda nie stanowiłaby tu żadnej przeszkody. Ewidentnie niektórzy z prostytucji czerpią wiele szczęścia. Pojawia się jednak pewien problem: moja żona. Co prawda do pewnych granic sekunduje ona mojemu poszukiwaniu szczęścia, ale coś mi mówi, że skorzystanie z usług holenderskiej prostytutki wykracza już poza tę magiczną granicę.

Pozostają więc już tylko narkotyki. Miękkie środki odurzające, takie jak marihuana i haszysz, są w Holandii całkowicie legalne. Kupuje się je w kawiarniach (coffee shops), które w rzeczywistości są narkotykowymi spelunami. "Kawiarnia" brzmi jednak lepiej niż "narkotykowa speluna".

Czego w takim razie powinienem spróbować? Wybór jest ogromny. Odnoszę wrażenie, że w Rotterdamie co trzeci lub co czwarty sklep jest "kawiarnią". Kusi mnie lokal Sky High, ale ta nazwa wydaje mi się zbyt... banalna. Inne z kolei brzmią zbyt modnie. Nie narkotyzowałem się przecież od szkolnych czasów - nie chcę zrobić z siebie głupca.

W końcu znajduję lokal, który mi odpowiada. Alpha Blondie Coffee Shop. Jest idealny. Oprócz nazwy, której trudno się oprzeć, Alpha Blondie oferuje także wentylację w postaci otwartego okna, co jest niewątpliwą zaletą. Naciskam dzwonek i za moment pnę się w górę po wąskich schodach. Wewnątrz znajduje się stół do gry w piłkarzyki i chłodziarka wypełniona butelkami Fanty i Coli oraz batonikami Snickers i torebkami M&M'sów. Ze zdziwieniem spostrzegam automat do kawy, ale sprawia wrażenie, że nie używano go od miesięcy. Dochodzę do wniosku, że to tylko element dekoracji.

Kiepska muzyka z lat siedemdziesiątych, nastawiona trochę za głośno. Na jednej ze ścian wisi obrazek wyglądający tak, jakby namalował go uzdolniony szóstoklasista. Na pierwszym planie widać samochód, który przed chwilą wjechał w drzewo; ślady hamowania nikną gdzieś na horyzoncie. Podpis głosi: "Niektóre drogi istnieją tylko w odurzonych umysłach". Nie jestem pewien, czy ma to być ostrzeżenie, czy raczej zachęta do odkrywania owych nieznanych dróg.

Wygląda na to, że wszyscy goście tego przybytku są jego stałymi bywalcami, oczywiście oprócz mnie. Natychmiast odzywa się wspomnienie czasów, kiedy mieszkałem w akademiku w New Jersey. Próbuję się wyluzować i dopasować do otoczenia, ale jakoś mi to nie wychodzi.

Po chwili zbliża się do mnie facet o oliwkowej karnacji i łamaną angielszczyzną przedstawia mi menu. Dziś proponują tajską marihuanę - mówi to tak, jakby chodziło o zupę dnia - i dwa rodzaje haszyszu: odmianę marokańską i afgańską.

Czuję się zagubiony. Robię więc dokładnie to samo, co wtedy, gdy nie mogę sobie poradzić z wyborem dania w restauracji. Pytam kelnera, co by mi polecił.

- Wolisz mocne czy łagodne? - pyta.

- Łagodne.

- W takim razie ja bym wybrał odmianę marokańską.

Wręczam mu banknot o wartości pięciu euro, a w zamian otrzymuję torebeczkę z brązową kostką wielkości znaczka pocztowego.

Nie mam pojęcia, co z tym zrobić.

Przez chwilę zastanawiam się, czy nie zadzwonić do mojego kolegi z pokoju w akademiku, Rusty'ego Fishkinda. Rusty wiedziałby, o co chodzi - on zawsze był wyluzowanym kolesiem. Radził sobie z fajeczką do palenia marihuany niczym Yo-Yo Ma z wiolonczelą. Jestem prawie pewny, że Rusty został prawnikiem i mieszka teraz z żoną i czwórką dzieci na przedmieściach, jednak mógłbym się założyć, że nadal wiedziałby, co należy zrobić z kawałkiem marokańskiego haszu.

W tym momencie, jakby specjalnie dla mnie, w głośnikach rozlega się głos Lindy Ronstadt: You're no good, you're no good, baby, you're no good[2].

Zastanawiam się, czy tego nie połknąć i nie popić pepsi, ale jakoś nie wydaje mi się to dobrym pomysłem. Obracam w rękach kawałek narkotyku i staram się wyglądać możliwie jak najbardziej bezradnie, co w tych okolicznościach przychodzi mi bez trudu. W końcu jakiś brodaty facet w skórzanej kurtce lituje się nade mną. Bez słowa wyjmuje mi z ręki haszysz i kruszy go w dłoniach. Rozwija zwykłego papierosa i w miejsce tytoniu wsypuje narkotyk. Płynnym ruchem wstrząsa całość, ślini papierek i zakleja go, po czym oddaje mi napełnionego haszyszem papierosa.

Dziękuję mu i zapalam.

Parę uwag. Po pierwsze - polecam odmianę marokańską. Rzeczywiście jest łagodna. Po drugie - radość robienia czegoś nielegalnego przynajmniej w połowie wynika z samego faktu nielegalności, wykonywana czynność natomiast nie ma tu już większego znaczenia. Innymi słowy, legalne palenie haszyszu w Rotterdamie nie jest tak zabawne ani przyjemne jak ta sama czynność celebrowana po kryjomu w akademiku z Rustym Fishkindem.

Mimo wszystko czuję się dobrze. Żadnego bólu czy nieprzyjemności. Gdy marokańskie zioło powoli dociera do mojej kory mózgowej, zaczynam się zastanawiać: co by było, gdybym przez cały czas pozostawał w tym samym stanie odurzenia? Czy nie byłbym wtedy bez przerwy szczęśliwy? Moje poszukiwania najszczęśliwszego miejsca na świecie mógłbym zakończyć tutaj, w Alpha Blondie Coffee Shop w Rotterdamie. Być może to właśnie jest najszczęśliwsze miejsce na świecie.

Coś do powiedzenia na ten temat miał niewątpliwie filozof Robert Nozick. Nie o kawiarni Alpha Blondie, do której - jak mniemam - nie chadzał, ani też o marokańskim haszyszu, którego mógł nie próbować. Nozick długo i intensywnie myślał o związku hedonizmu ze szczęściem. Opracował nawet pewien eksperyment, który nazwał "maszyną przeżyć".

Wyobraźmy sobie, że neuropsychologowie wynaleźli urządzenie będące w stanie stymulować ludzki mózg w taki sposób, aby wywoływać u człowieka jedynie przyjemne doświadczenia. Maszyna jest superbezpieczna, nie ma żadnego ryzyka awarii, a wszystko jest absolutnie nieszkodliwe dla zdrowia. Osoba podłączona do takiej maszyny mogłaby doświadczać nieprzerwanej ekstazy do końca swoich dni. A teraz pytanie: czy pozwoliłbyś się podłączyć do takiej maszyny?

Jeśli odpowiedziałeś "nie", wedle Nozicka można to uznać za dowód, że życie nie składa się z samej przyjemności. Pragniemy osiągać szczęście, a nie tylko go doświadczać. Być może chcemy doznawać także nieszczęścia, a przynajmniej chcemy mieć taką możliwość, aby móc prawdziwie doceniać szczęście.

Niestety, zgadzam się z Nozickiem. Nie chciałbym się podłączyć do takiej "maszyny przeżyć", a więc nie mógłbym na stałe zamieszkać w Alpha Blondie Coffee Shop. Szkoda. Czy wspominałem już, jak świetnie smakuje marokański haszysz?

Następnego ranka, z umysłem wolnym od marokańskiego zioła, jak co dzień, udaję się do Światowej Bazy Danych na temat Szczęścia. Wspominam o moim eksperymencie Veenhovenowi. Oczywiście odnosi się do niego z pełną aprobatą. Istotnie, gdy po raz pierwszy stwierdziłem, że wiele z tych rzeczy, które dla Holendrów są czymś normalnym - jak prostytucja czy narkotyki - w Stanach Zjednoczonych wpędziłoby mnie do aresztu, Veenhoven uśmiechnął się chytrze i rzekł: "Wiem. Życzę dobrej zabawy".

Profesor twierdzi, że prowadzona przez niego baza danych może dać nam odpowiedź na odwieczne pytanie: czy przyjemność i szczęście są tym samym? Na pewnym etapie swoich badań znajduję artykuł autorstwa samego Veenhovena zatytułowany Hedonizm i szczęście. Czytam streszczenie.

"Związek między szczęściem i konsumpcją środków odurzających można przedstawić za pomocą wykresu w kształcie odwróconej litery U. Osoby nadużywające trunków lub narkotyków są mniej szczęśliwe niż osoby, które stosują je w sposób umiarkowany". Tym samym potwierdza się myśl, którą Grecy znali już kilka tysięcy lat temu: wszystko, ale z umiarem. Czytam dalej i dowiaduję się, że "wyniki kilku przedsięwzięć badawczych dowiodły pozytywnej korelacji między liberalnym nastawieniem do seksu a ideą osobistego szczęścia". Prawdopodobnie owi liberalni szczęśliwcy nie są tymi samymi szczęśliwcami, którzy regularnie chadzają do kościoła. Wracając do środków odurzających, badania z 1995 roku potwierdziły - i nic w tym dziwnego - że stosowanie twardszych narkotyków w miarę upływu czasu zmniejsza poziom odczuwania szczęśliwości. Co natomiast z miękkimi narkotykami, takimi jak na przykład marokański haszysz? Okazuje się, że w tej kwestii nie przeprowadzono zbyt wielu badań.

A może - zastanawiam się, odjeżdżając krzesłem od monitora - to podczas wczorajszej wizyty w Alpha Blondie Coffee Shop, już na samym początku swojej podróży, przeprowadziłem przełomowe badania? Kto wie?

To mój ostatni dzień w Rotterdamie. Przeciętne miasto, za którym jednak bez wątpienia będę tęsknił. Czas pożegnać się z Veenhovenem, a rozstania nie wychodzą mi najlepiej. Dziękuję mu za okazaną pomoc i przydatne informacje. Przy samym wyjściu uderza mnie jeszcze pewna myśl. Zatrzymuję się przy drzwiach i mówię:

- Praca tutaj i prowadzenie badań nad szczęściem musi być naprawdę wspaniałym doświadczeniem.

Veenhoven patrzy na mnie zaskoczony.

- Co ma pan na myśli?

- No, chodzi mi o to, że musi pan mieć głęboką wiarę w zdolność rasy ludzkiej do przeżywania szczęścia.

- Nie, nie bardzo.

- Ale przecież bada pan i analizuje szczęście przez całe swoje życie.

- Tak, ale dla mnie nie ma znaczenia, czy ludzie są szczęśliwi, czy nie, jeżeli tylko jedni są szczęśliwsi od drugich. Dzięki temu mogę analizować dane.

Stoję przez chwilę jak wryty. Dotąd sądziłem, że Veenhoven to mój towarzysz podróży, bratnia dusza w poszukiwaniu szczęścia, a tu nagle okazuje się, że jego interesuje coś całkowicie innego. Ujmijmy to tak: Veenhoven nie jest graczem - on jest sędzią, który pilnuje wyniku. I, jak każdego dobrego sędziego, nie obchodzi go, kto wygra. Szczęście czy przygnębienie - dla niego to bez znaczenia. O ile tylko jedno przeważa nad drugim.

To tu, moim zdaniem, tkwi cały sens tej nowej dziedziny badań. Veenhoven i inni "szczęściolodzy" desperacko chcieli, aby świat nauki poważnie potraktował ich dociekania i aby nie odrzucił ich jako wyznawców New Age. Odnieśli sukces, ale jakim kosztem! W ich rzeczywistości szczęście zostało zredukowane do kolejnych danych statystycznych, do suchych informacji, które można zebrać, przeanalizować, wprowadzić do komputera i w końcu - co nieuniknione - przedstawić w arkuszu kalkulacyjnym. A mnie trudno sobie wyobrazić coś mniej kojarzącego się ze szczęściem niż arkusz kalkulacyjny.

Wiem, że moja wizyta tutaj była dobrym początkiem, ale zdaję sobie sprawę, że doświadczenie to pozostało w pewnym stopniu niekompletne. Wśród ośmiu tysięcy opracowań i raportów z wynikami badań nie znalazłem ani jednej wzmianki na temat szczęścia, jakie naród może osiągnąć dzięki swojej sztuce, nic o przyjemności płynącej z wysłuchania wiersza w mistrzowskiej interpretacji albo z obejrzenia świetnego filmu z pudełkiem popcornu w ręku. Nie dowiedziałem się też tutaj niczego na temat niewidocznych więzów łączących członków rodziny. Niektóre rzeczy ciągle pozostają niemierzalne.

Tworzę więc swój własny atlas szczęścia, moją mapę drogową szczęśliwych miejsc, po części wspierając się danymi z bazy Ruuta Veenhovena, a po części własnymi przeczuciami. Nie ma znaczenia, czy kraj jest bogaty, czy biedny, gorący lub zimny, demokratyczny czy dyktatorski. Będę szedł za zapachem szczęścia, gdziekolwiek zawiedzie mnie trop.

Z atlasem w ręku wsiadam do pociągu na głównym dworcu Rotterdamu. Gdy pociąg rusza i za oknami zaczynają migać mi obrazki holenderskiej wsi, odczuwam nieoczekiwaną ulgę. Wręcz wolność. Wolność od czego? Nie mogę zrozumieć. Moja wizyta była przecież udana. Piłem dobre piwo, paliłem niezły haszysz, a na dokładkę dowiedziałem się czegoś na temat szczęścia.

W tym momencie doznaję nagłego olśnienia. Odczuwam wolność od całej tej... wolności. Tolerancja jest świetną sprawą, ale łatwo może przejść w obojętność, a to już nie jest przyjemne. Poza tym nie mógłbym żyć bez niektórych ograniczeń. Jestem na to za słaby. Gdybym przeprowadził się do Holandii, prawdopodobnie już po kilku miesiącach znaleźlibyście mnie spowitego chmurką marokańskiego towaru, z każdej strony otoczonego dziwkami.

Nie, holenderski sposób na życie jest nie dla mnie. Może kolejny cel mojej podróży okaże się lepszy. Jadę do kraju, w którym pociągi kursują zgodnie z rozkładem, ulice są czyste, a tolerancję, tak jak wszystko, stosuje się ostrożnie i z umiarem. Zmierzam do Szwajcarii.

SzwajcariaSzczęście jest nudą

Pierwsi poznani przeze mnie Szwajcarzy wkurzyli mnie jak mało kto. Wiem, co sobie myślicie. Szwajcarzy? Ci mili, neutralni, bawiący się scyzorykami, noszący zegarki i jedzący czekoladę Szwajcarzy? Tak, to byli właśnie ci Szwajcarzy.

Działo się to pod koniec lat osiemdziesiątych, podczas mojej podróży do Tanzanii, dokąd przyjechałem ze swoją dziewczyną na safari. Wybraliśmy wariant oszczędnościowy i podróżowaliśmy z czworgiem innych turystów z wężem w kieszeni: z dwoma łagodnymi w obejściu Norwegami i ze spokojną parą Szwajcarów.

Naszym kierowcą-przewodnikiem był Tanzańczyk, którego zwano Good Luck. Wzięliśmy to za dobry omen. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że jego pseudonim wyraża raczej życzenie niż stan faktyczny. Kiedy wszystko zaczęło się nagle sypać, za późno już było na zmianę przewodnika. Najpierw spod kół jadącej przed nami ciężarówki wystrzelił kamień, który rozbił nam przednią szybę. Wprawdzie nikt nie został ranny, ale przez całe dwa następne dni jeździliśmy od wioski do wioski w poszukiwaniu nowej szyby - nadaremno. Potem spadł deszcz, choć to wcale nie była pora deszczowa. W trakcie ulewy wspólnie z moją dziewczyną udało nam się rozbić namiot, który jednak już po kilku minutach runął, a my pozostaliśmy przemoknięci, ubłoceni i nieszczęśliwi. Namiot Norwegów też ledwo się trzymał.

A Szwajcarzy? Ich namiot stał równiutko i stabilnie niczym Matterhorn. Dzielnie opierając się ulewie i porywistym podmuchom wiatru, zapewniał naszym towarzyszom podróży ciepło i chronił ich przed wilgocią. Mogę się założyć, że podczas nawałnicy popijali sobie w zaciszu gorącą czekoladę. A niech ich cholera weźmie - myślałem sobie wtedy. Niech cholera weźmie wszystkich tych wydajnych i kompetentnych Szwajcarów.

Wspomnienie to wciąż było świeże, kiedy w pociągu jadącym z Rotterdamu przekraczałem granicę między Niemcami a Szwajcarią. Powtarzałem sobie: "Przybywam tu z pewną misją, a misja ta nie przewiduje zemsty". Szwajcarzy zajmują jedno z pierwszych miejsc na stworzonej przez Ruuta Veenhovena liście najszczęśliwszych narodów świata. Mają świetną pozycję. Tak, Szwajcarzy muszą wiedzieć coś więcej niż inne narody - cholerni szczęśliwcy!

Mój pociąg jest spóźniony o 18 minut, co wywołuje niemałe zamieszanie w nadgranicznym miasteczku Bazylei, gdzie mam przesiadkę na pociąg do Genewy. Spóźnienie burzy cały rozkład jazdy. Pasażerowie, a wśród nich i ja, gramolą się z opóźnionego niemieckiego pociągu i biegną na pociąg szwajcarski, który oczywiście zawsze jest podstawiany punktualnie. Zdumiewające - myślę sobie, sapiąc i dysząc w trakcie pokonywania schodów - tylko Szwajcarzy mogli sprawić, że Niemcy wydają się nagle w czymś nieudolni.

No dobrze, mamy potwierdzenie stereotypu: Szwajcarzy są świetnie zorganizowani i zawsze punktualni. A przy tym zamożni i prawie nieznający bezrobocia. Mają też oczywiście świeże powietrze. Ich ulice są nieskazitelnie czyste. Nie sposób tu pominąć ich wyśmienitej czekolady. Ale czy są szczęśliwi? Nie widziałem żadnych oznak radości na twarzach tamtej szwajcarskiej pary, którą poznałem w Afryce. Dostrzegłem jedynie wyraz cichej satysfakcji pomieszanej z samozadowoleniem.

Aby rozwikłać tę kwestię, powróćmy raz jeszcze do wspomnianych wcześniej, nieżyjących już, bladych i nieszczęśliwych filozofów. Najbardziej nieszczęśliwy spośród nich wszystkich był Arthur Schopenhauer. Jeżeli szczęście rzeczywiście jest - tak jak sądził - brakiem nieszczęścia, wówczas Szwajcarzy mają wszelkie powody, by uważać się za szczęśliwych. Jeśli jednak szczęście to coś więcej, jeśli za nieodłączny z nim uznać jakiś element radości, wówczas szczęście Szwajcarów pozostaje tajemnicą tak głęboką i ciemną, jak tabliczka czekolady Lindta.

Dlaczego zatem Szwajcarzy nieustannie osiągają w rankingu szczęśliwości miejsca wyższe niż Włosi i Francuzi tryskający joie de vivre? Ba, przecież to właśnie Francuzi wynaleźli pojęcie "radości życia".